Kwantowa dusza. Połączenie nauki i religii w fizyce kwantowej - Frido Mann, Christine Mann - ebook

Kwantowa dusza. Połączenie nauki i religii w fizyce kwantowej ebook

Frido Mann, Christine Mann

1,0

Opis

 

Publikacja dwójki wybitnych naukowców rzuca zupełnie nowe światło na konflikt na linii wiara-nauka analizując rozwój obserwacji natury i nauk przyrodniczych w poprzednich epokach. Prezentuje nieznane fakty dotyczące astronomii jako umiejętności kapłanów w przedchrześcijańskim antyku. Wyjawia również zdroworozsądkowe badania i filozofię natury w Starożytnej Grecji. Autorzy ujawniają mroki wczesnochrześcijańskiej wrogości względem nauk przyrodniczych i przybliżają sylwetki chrześcijańskich teologów znajdujących się na celowniku dawnej kościelnej cenzury. Dzięki nim poznasz „Księgę natury” względnie „Księgę nieba” jako rozszerzenie boskiego objawienia oraz otworzysz się na nowy obraz świata. Kwantowe pojednanie religii i nauki!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wszystkie religie, sztuki i nauki są gałęziami tego samego drzewa.– Albert Einstein

INA TEMAT DZISIEJSZEJ SYTUACJI

Sceneria wyjściowa: badania w mroku

Na początek opowiedzmy o przeprowadzonym niedawno wywiadzie z emerytowanym biologiem, profesorem P. na temat jego długiego i burzliwego życia akademickiego. Mieliśmy nadzieję, że zajmie on stanowisko w kwestii powszechnej dziś troski o sytuację badań w naukach przyrodniczych, która jest silnie naznaczona babilońskim zamętem w stosowaniu języka naukowego, konkurencyjnymi sposobami myślenia i indywidualistycznym nastawieniem.

Profesor P. opowiedział nam najpierw o początkach swojej kariery pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia, które go ukształtowały. Był wtedy młodym doktorantem i jako członek zespołu pracowniczego składającego się z innych doktorantów, dyplomantów, praktykantów, pracowników naukowych po doktoracie i wykładających gościnnie na uczelni prowadził badania w Instytucie Biochemicznym na renomowanym niemieckim uniwersytecie. Poza asystentami i kierownikiem projektu, który był jednocześnie promotorem doktorantów, wszyscy mieli umowę o pracę na czas określony. W tym zespole roboczym, podobnie jak we wszystkich krajowych i zagranicznych instytucjach badawczych, prowadzono badania nad procesami przemiany materii zarówno w komórkach bakterii, jak również w wirusach, które wniknęły do bakterii. Celem było zbadanie drogą biochemiczną komórkowych uwarunkowań powstawania życia. Pokładano nadzieję, że w ten sposób zostanie wniesiony wkład w nowy wówczas obszar badań – technologię genetyczną. Dlatego w tamtej fazie w badaniach biochemicznych panowała wyjątkowa atmosfera, która udzielała się wszystkim uczestnikom i sprawiała, że byli niezwykle zmotywowaniu i odprężeni. Ci pracownicy naukowi charakteryzowali się też silną potrzebą wzajemnej bieżącej wymiany wyników badań nad systemami bakterii/bakteriofagów.

Duże laboratorium, w którym pracowała około dwudziestoosobowa grupa robocza, było umiejscowione w położonym w śródmieściu starym Instytucie Biochemicznym. Znajdowało się w suterenie budynku. Przestrzeń była ograniczona, a warunki techniczne niewystarczające. Członkowie grupy roboczej mogli w czasie pracy bez przeszkód i szybko dzielić się informacjami na temat wyników swoich dociekań i związanych z tym problemów, a także wzajemnie sobie pomagać. Dochodziło do wielu spontanicznych, pobudzających rozmów, które były przyjemne, co w pewnym stopniu wyrównywało nieco niewygodne warunki i dawało osobom należącym do grupy pewne poczucie bezpieczeństwa i pewności, a jednocześnie przyczyniało się do zwiększania ogólnej motywacji do pracy.

Zupełnie inaczej było po przeprowadzce w 1970 roku do wybudowanego w międzyczasie daleko poza granicami miasta nowego instytutu badawczego. Był to imponujący, bardzo nowoczesny budynek z betonu i szkła, przypominający labirynt, przedzielony wysokimi kolumnami i wyposażony w wiele bocznych klatek schodowych, wyposażony w tajemnicze przejścia i oszklone dziedzińce. Instytut był otoczony idyllicznym, sztucznym kompleksem parkowym z fontannami. Miejsce badań wspomnianej grupy roboczej było bardzo oddalone od głównego wejścia i mieściło się na drugim końcu budynku, gdzieś na przedostatnim piętrze. Ku zaskoczeniu grupy roboczej po wprowadzeniu się do instytutu okazało się, że zamiast dotychczasowego dużego wspólnego laboratorium, każdy naukowiec ma teraz własne obszerne i bardzo jasne (dzięki dużym oknom) laboratorium wyposażone w wyciąg. Każdemu badaczowi przypisano asystentkę techniczną, która przejęła wszystkie rutynowe prace, takie jak przygotowywanie buforów i kultur bakterii i zaszczepianie ich wirusami. Znajdująca się na parterze pod wysokim przeszklonym dachem elegancka, błyszcząca czystością kantyna z pierwszorzędnym zaopatrzeniem była tak duża i pełna zakamarków, że można było się w niej zagubić.

Na początku oślepieni blaskiem nowego instytutu członkowie grupy roboczej cieszyli się swoją przeprowadzką do nowych pokoi i bajecznymi warunkami pracy. Jednak szybko ogarnęło ich niedobre uczucie, że zostali zamknięci w złotej klatce. Po relatywnie krótkim czasie zaczęli, szczególnie pod koniec intensywnego dnia pracy, czuć się samotni i odizolowani na swoich wyspach. By porozmawiać ze swoimi kolegami, jak w starym instytucie, musieli odwiedzać ich na innym końcu długiego korytarza na ich wyspach. Te wysiłki i przeszkody doprowadziły stopniowo do tego, że potrzeba kontaktu z praktycznie odciętymi od siebie kolegami osłabła, ponieważ każdy przyzwyczaił się do samotności i swojej sytuacji samotnego jeźdźca. Więzi pomiędzy naukowcami słabły również przez to, że inaczej niż wcześniej profesor prowadzący projekt teraz często krążył wokół poszczególnych współpracowników i nadstawiając uszu pytał o stan badań i pedantycznie sprawdzał wyniki w perspektywie opublikowania ich w czasopiśmie naukowym. Profesor używał przy tym niesympatycznego sformułowania „gotować wyniki”. Wcześniejsze żywe interakcje między członkami grupy roboczej znacząco zmieniły się przez diady składające się z profesora i zależnych od niego zawodowo pracowników. W ten sposób początkowy zapał badawczy młodych naukowców prawie niezauważalnie przeszedł w egoistyczną rywalizację, połączoną z tendencją do izolacji. Odwiedziny poszczególnych wysp stawały się coraz rzadsze i w końcu zupełnie ustały. Pracownicy prowadzący badania w swoich laboratoriach coraz bardziej odczuwali presję pchającą ich do konkurowania ze sobą. Priorytetem w badaniach w coraz mniejszym stopniu były wynikające z dociekania prawdy naukowej i przepełnione czcią, a coraz bardziej to, żeby jak najszybciej dostarczyć nowe, warte publikacji, wyniki badań. Zwiększało to szanse na wsparcie finansowe ze strony jakichś fundacji czy sponsorów i wieńczyło cały proces nagrodą za działalność naukową.

To z kolei prowadziło do tego, że motywacja do dzielenia się z kolegami z pracy najnowszymi wynikami badań, wyraźnie osłabła. Istniała też milcząca zgoda, żeby zarówno wewnątrz, a już szczególnie na zewnątrz trzymać wiedzę dla siebie, by, o ile to możliwe, być pierwszym w kolejce do płynących z niej korzyści finansowych i zapewnić sobie rozwój kariery.

„Presja była tak duża”, skarżył się nam profesor P., „że ja i osoby, z którymi o tym rozmawiałem, często byliśmy tak wyczerpani, że zostawialiśmy wszystko, żeby przez kilka minut tylko głęboko oddychać i z tęsknotą patrzeć przez okno na zieleń, chociaż w idyllicznym pustkowiu wokół nas nie było widać prawie nic poza okazjonalnie przejeżdżającymi samochodami i jeszcze rzadziej przechodzącymi ludźmi. A ponieważ każdy był przyklejony do swojego miejsca pracy i jak opętany pracował do późnej nocy, również na korytarzach i klatkach schodowych nie można było spotkać żywej duszy. Również stołówka, poza porą obiadową, była zazwyczaj upiornie pusta i nawet kiedy czasami ten czy inny pracownik szukał tam wzmocnienia w filiżance kawy i kawałku ciasta, przez swój sterylny błysk wydawała się martwa”.

„Tak było już w 1970 roku”, stwierdził profesor P. potakując głową wymownie.

„Czy ma pan na myśli, że wówczas w porównaniu do dzisiejszych czasów panowały jeszcze łagodne warunki?”, dopytywaliśmy.

„Z pewnością są tu pewne różnice. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że dziś uniwersytety muszą w znacznym stopniu pozyskiwać środki z zewnątrz, a naukowcy jeszcze bardziej niż wcześniej są skazani na zabieganie o pieniądze. Stara już amerykańska zasada „publish or perish” („publikuj albo giń”) już dawno temu przywędrowała do nas zza oceanu. W Stanach Zjednoczonych techniczne wyposażenie instytutów badawczych jest wprawdzie jeszcze bardziej luksusowe i płyną tam o wiele większe pieniądze od sponsorów niż u nas, ale tym bardziej widać, że połączenie komfortu i izolacji szkodzi badaniom, a być może nawet je paraliżuje”.

Na koniec profesor P. opowiedział nam jeszcze o zakończeniu swojego doktoratu we wspomnianym instytucie badawczym. W końcu przyszedł czas na publikację jego pracy. Problemem był fakt, że uzyskane przez niego wyniki były sprzeczne z tymi, do których doszedł kierownik projektu i opiekun doktorantów. Mimo to wysłał swoją pracę do renomowanego czasopisma (nazwał je „Mekką wśród czasopism naukowych”). Wkrótce jego artykuł został jednak odesłany z prośbą o rewizję badań przy pomocy nowej serii doświadczeń. Zrobił to, jednak doszedł znowu do tego samego rezultatu, przeciwnego do badań swojego promotora. Swoją pracę z nową próbą losową wysłał do tej samej redakcji i znowu otrzymał prośbę o powtórzenie eksperymentu z jeszcze nowszymi pomiarami. To powtarzało się do czasu aż pewnego dnia kierownik projektu i promotor pojawił się u niego zdenerwowany i powiedział mu, że jakimiś tajemniczymi kanałami dowiedział się, że w jednym z czołowych molekularnobiologicznych instytutów badawczych w Stanach Zjednoczonych otrzymano wyniki, które zgadzały się dokładnie z tymi uzyskanymi przez doktoranta (naszego późniejszego profesora P.). Promotor zachęcił swojego doktoranta, żeby jak najszybciej postarał się o publikację wyników, by wyprzedzić Amerykanów. Szybko i sprawnie jego praca została opublikowana w następnym wydaniu czasopisma – z kierownikiem projektu jako współautorem.

Teraz, z dystansu czterdziestu lat, profesor P. opowiada o tym epizodzie z pewną uciechą, ale też z pogardliwym kręceniem głowy nad bezwzględnością i bezczelnością, której wtedy doświadczył.

A potem? Jak potoczyły się dalej sprawy z promocją jego rozprawy doktorskiej, która w znacznym stopniu opierała się na wynikach jego wieloletnich badań? Czy skompromitowany promotor posunął się do tego, żeby w procesie obrony doktoratu kłaść jeszcze jakieś kłody pod nogi swojemu doktorantowi?

Nie, było jeszcze gorzej: jego praca została przyjęta przez opiekuna i kierownika projektu jako rozprawa doktorska, jednak ten przedstawiał przy każdej sposobności wyniki swojego doktoranta jako „kontynuację swojej własnej pracy”. On sam był tak zniesmaczony bezwstydnością kierownika wydziału, a wręcz przestępstwem naukowym, jak określił to w rozmowie z nami, a także całym funkcjonowaniem badań w tym instytucie, że wkrótce po obronie doktoratu opuścił go i zaczął dodatkowe studia medyczne. Tam uzyskał w końcu tytuł doktora medycyny w obszarze immunologii klinicznej. Już w czasie studiów medycznych z fachowych kręgów rozwijającej się w międzyczasie coraz szybciej technologii genetycznej raz po raz docierały do niego pytania o jego wcześniejszą pracę doktorską z obszaru biologii molekularnej. To doprowadziło do tego, że krótko po promocji doktorskiej z medycyny, poszedł za głosem serca i objął katedrę biologicznej immunogenetyki. Głównym powodem tej zmiany – powrotu do pierwotnej dziedziny było to, że po długiej przerwie ciągnęło go znowu do badań biologicznych, od których zaczął. Był starszy i rozsądniejszy i w ciągu kolejnych długich lat odczuwał ciągle radość, którą przepełniony może być stworzony do badań naukowiec. Niefortunne warunki, które zawsze mogą się pojawić, nie mogły powstrzymać go przed działaniem.

Widzieliśmy też tę radość z własnych odkryć, to niepohamowane parcie do badania naszego świata, żeby jeszcze lepiej go zrozumieć i przez to przybliżyć się bardziej do prawdy o naszym bycie u naszego ojca/teścia, fizyka Wernera Heisenberga. Kiedy pytaliśmy go, co właściwie wyraża jego mechanika kwantowa, próbował nam to wyjaśnić odpowiednio do naszych zdolności poznawczych. Czasami kończył swoje tłumaczenia radośnie wypowiadanym zdaniem: „Tak zajrzałem trochę Panu Bogu przez ramię”. I robienie tego, zbliżanie się nieco w ten sposób do prawdy, było dla niego bardzo ważną częścią składową jego życia. Rzadko chodził ze swoimi dziećmi do kościoła, a kiedy one pytały go, czy nie wierzy w Boga, mówił: „To nie jest takie proste”. Wtedy tłumaczył nam, że jego wyobrażenie Boga coraz bardziej zdąża w nieco bardziej abstrakcyjnym kierunku, i pozostaje kompasem jego życia. Poza tym w kręgu znajomych naszego ojca poznawaliśmy oczywiście również osoby, które pracowały nad naukami stosowanymi i były przepełnione silnym pragnieniem, żeby zrobić coś dla ludzi, dla ich dobrobytu i zdrowia. Również dla tych osób było to sensem i przez to mocnym oparciem w ich życiu.

To doświadczenie było ważnym impulsem, który sprawił, że w mojej książce (F.M.) Das Versagen der Religion (Zawodność religii) przedstawiłem także doświadczanie, obserwację i badanie natury jako jedne z głównych możliwości znalezienia wewnętrznego sensu i zorientowania się w wartościach. To przekonanie zostało wzmocnione przez książkę Griszki i Igora Bogdanowa: Reise zu der Stunde Null. Die Ursprünge des Universums (Stuttgart 2008) (Podróż do godziny zero. Początki wszechświata). Zostały w niej zacytowane wyznania i wypowiedzi wielu fizyków czy astronomów jako świadectwo tego, jak bardzo można odnieść ich naukę do wręcz religijnego wewnętrznego sensu. Na przykład Albert Einstein wyraził się tak: „Człowiek zyskuje przekonanie, że w prawach rządzących wszechświatem objawia się duch – duch, który znacząco przewyższa człowieka i wobec którego musimy wyglądać mizernie w obliczu naszych skromnych mocy”. Albo: „Kosmiczne religijne uczucie jest najsilniejszym i najszlachetniejszym motywem badań naukowych”. Podobnej oceny dokonał alzacki fizyk atomowy i zdobywca Nagrody Nobla Alfred Kastler: „Dla mnie jako fizyka absurdalna jest myśl, że wszechświat powstał w sposób «przypadkowy»”1. Nie trzeba przy tym wykonywać zawodu przyrodnika. Sama obserwacja natury może prowadzić do gwałtownych przeżyć, które wydają się wskazywać na pewną transcendencję i nadają sens życiu. Jest to wyraźne na przykład w wypowiedzi pewnego teologa: „Słońce! Żadnego dźwięku w bezgranicznym bezmiarze. Z wyjątkiem pieśni Słońca, którą nie uszy, ale oczy słyszą. (…) Jak łatwo zrozumieć, że starożytne ludy widziały w Słońcu bóstwo (…) Niektórzy chrześcijanie, którzy uważają Słońce za ciało niebieskie i nic więcej, wydają się większymi poganami niż ci starożytni, którzy upadali przed nim na kolana”2. Także na przykład francuski kompozytor Claude Debussy na początku XX wieku był naznaczony zupełnie nie kościelno-chrześcijańskimi, ale silnie odnoszącymi się do natury uczuciami religijnymi. Czasami był tak oszołomiony przez obserwowanie barwnych zachodów słońca, że prowadził z niebem nad sobą przypominający modlitwę dialog, i miał powiedzieć kiedyś, że natura jest jego religią. Znamy również malarki i malarzy, którzy nie wierzyli w tradycyjny sposób w osobowego boga, ale malowanie wyjątkowo pięknego krajobrazu traktowali jak pewnego rodzaju nabożeństwo, które nadawało ich życiu sens.

Ślepa uliczka czy nowe drogi?

W trakcie lektury tej książki okaże się, że instytucje naukowe oraz działania i zasadnicze nastawienie poszczególnych naukowców są zależne od panującego w naszym społeczeństwie światopoglądu i związanych z nim podstawowych wartości. W kolejnych rozdziałach będziemy próbowali udowodnić, że opisana wcześniej jako przykład, ukształtowana przez niesprzyjające komunikacji odosobnienie i konkurowanie ze sobą atmosfera pracy we wspomnianym instytucie badawczym odpowiada dokładnie głównemu nurtowi dzisiejszego sposobu myślenia w naukach przyrodniczych.

Dominuje w nim nadal czysto materialistyczne zapatrywanie na konstrukcję naszej natury, z którego wynika, że duchowe wartości i normy etyczne są widziane tylko jako oddzielone od tego materialistycznego światopoglądu i dlatego w ramach badań przyrodniczych nie są brane pod uwagę. To dziś bardzo rozpowszechnione dualistyczne myślenie jest wynikiem ciągnącego się przez tysiąclecia przeplatania się na różne sposoby naukowego i przednaukowego światopoglądu, przy czym wahadło stale przechylało się między dwiema ekstremalnymi alternatywami „tylko duch” lub „tylko materia”.

Dzisiejszy materialistyczny światopogląd jest reakcją na uwolnienie się od trwającej kilka stuleci kościelnej kurateli nad naszym myśleniem, jaka miała miejsce na początku nowych czasów. Ta kuratela opierała się na idealistycznym i jednocześnie wrogim oświeceniu i naukom przyrodniczym teologicznym światopoglądzie, który w średniowieczu był wspierany przez ostre sankcje wobec wszystkich, którzy gorliwie prowadząc badania przyrodnicze odstępowali od głównego nurtu. Ten prymat duchowej religijności z kolei musiał być wywalczony przez wczesny Kościół chrześcijański w starożytności, a przede wszystkim przez najwcześniejsze wspólnoty chrześcijańskie i pochłonąć wiele ofiar w starciu z antyreligijnym i racjonalistyczno-pragmatycznym myśleniem i dążeniem do władzy w Imperium Rzymskim i w greckiej kulturze. W ten sposób można prześledzić jeszcze daleko wstecz historię kultury Zachodu i w końcu wyrobić sobie obraz, który dziś można porównać do pewnego rodzaju spiralnego ruchu epokowych zmian pomiędzy przeciwieństwami z fazą zmiany światopoglądu w każdej z nich.

Obecnie znajdujemy się znowu na rozdrożu. Powszechnemu w dzisiejszych naukach przyrodniczych, pochodzącemu jeszcze z wczesnej nowożytności wyobrażeniu, że natura składa się z cząstek elementarnych – małych okruchów materii – grozi takie samo skostnienie, jakie miało miejsce pod koniec średniowiecza w ściśle zasklepionej w sobie i nadzorowanej przez świętą inkwizycję konstrukcji teoretycznej późnoscholastycznej teologii. W sprzeczności z panującym jeszcze dzisiaj uparcie materialistycznym światopoglądem stoją diametralne odmienne od niego odkrycia fizyki kwantowej. Chociaż na początku XX wieku jej prawidła zostały w pełni potwierdzone w eksperymentach, fizyka kwantowa w fizykalnej i filozoficznej doniosłości ciągle jeszcze nie jest rozumiana w szerszych kręgach i wydaje się być odrzucana czy ignorowana ze względu na jej prowokującą i psychologicznie niewygodną abstrakcyjną strukturę.

Centralnym tematem tej książki będzie pokazanie wywołanego przez teorię kwantową przełomu w naukach przyrodniczych i wynikających z niego następstw w naszym myśleniu i działaniu. Przy tym rozważone zostanie zarówno światopoglądowe, jak i techniczne znaczenie techniki kwantowej w naszym społeczeństwie. Ta refleksja powinna przyczynić się do zlikwidowania fałszywego dualistycznego przeciwieństwa pomiędzy „idealizmem” a „materializmem”.

Od początków filozofii wielu znaczących myślicieli łamało sobie głowy nad tym, jak połączone ze sobą są duch i materia, ciało i dusza. Zawsze istniały różne obozy: jedni uważali, że ciało jest uformowane z materii, ale duch, życie istoty żywej są tchnięte przez Boga, a materia i duch są przez to dwoma całkowicie różnymi, istniejącymi niezależnie od siebie bytami. Z kolei inni filozofowie, jak na przykład Platon, wyjaśniali, że podstawa świata jest duchowa, jednak możemy dostrzec tylko cienie tego, co duchowe i przyjąć je za rzeczywistość. Z początkiem nowożytności powstały nauki przyrodnicze, które rozwinęły metody pozwalające na dokładniejsze zbadanie i skalkulowanie natury, w dużej części poprzez eksperymenty. Przez to ludzie zaczęli coraz bardziej koncentrować się na dającej się zaobserwować materii. Ponieważ tego rodzaju badania doprowadziły do wcześniej niewyobrażalnego postępu w technice i medycynie, powstało przekonanie, że to obserwowanie świata jest właściwe i wszystko zasadniczo jest tylko materią. Ten światopogląd dominuje w większym lub mniejszym stopniu do dzisiaj w metodach badawczych i sposobie interpretacji empirycznych wyników eksperymentów w ramach nauk przyrodniczych, na przykład różnych gałęzi współczesnej biologii. Ciągle traktuje się ducha i świadomość głównie jako epifenomen procesów neurobiologicznych. W związku z tym w naukach biologicznych materialistyczny światopogląd dominuje jako panująca zasada. Do aksjomatów nauk przyrodniczych należy tak zwany metodyczny ateizm, to znaczy Bóg nie może być wykorzystywany ani do wypełniania luki w jeszcze niecałkowicie wyjaśnionych prawach fizyki ani jako przyczyna zjawisk empirycznych. Każde dodatkowe poszukiwanie przez jakiegoś biologa wewnętrznego sensu i duchowej orientacji w wartościach czy nawet treściach religijnych jest redukowane przez system materialistycznego monizmu do nie dającej się pogodzić z prawdami nauk przyrodniczych prywatnej sprawy pojedynczego „niepoprawnego” badacza. A ponieważ nauka ze względu na jej niezaprzeczalne sukcesy w rozwijaniu naszego świata cieszy się dużym autorytetem, również odrzucenie wszelkiego rodzaju transcendencji ma trudny do przecenienia wpływ na myślenie ludzi w naszym społeczeństwie. Nie tylko ludzie są przez to zubożali w swojej orientacji duchowej, ale też nauka traci z oczu leżący u jej podstaw cel, by poprzez swoje poszukiwanie prawdy i dążenie do technicznego postępu służyć dobru człowieka. W końcu ulega ona ryzyku, że przez krótkowzroczne, często uchodzące za niegodziwie dążenie do postępu i sukcesu przy swojej działalności (na przykład w technologii genetycznej) bez skrupułów, nie zważając na wyższe zasady moralne wykazuje gotowość do naruszania podstawowych zasad ludzkiej godności dla osiągnięcia naukowych wyników.

Zasadniczo inaczej wygląda to w biologii i chemii oraz leżącej u podstaw każdej nauki przyrodniczej współczesnej fizyki. Tu na początku XX wieku przede wszystkim przez rewolucję fizyki kwantowej otworzyły się nowe drzwi. Dlatego również nasz ojciec/teść mógł zachwycony opowiadać, że podstawą naszego świata nie są też małe cząsteczki materii, atomy, ale nasza materia ostatecznie składa się z ducha, z przepięknych matematycznych struktur. Ponadto w biegu dalszego rozwoju fizyki kwantowej do XXI wieku można było wkroczyć na nowe drogi i tłumaczyć naukowo również powstawanie świadomości i psychiki, a zatem tego, co duchowe.

Ta odkryta na nowo przez fizykę kwantową ścisła współprzynależność materii i ducha nie jest nowa. Raczej już od tysięcy lat w wysoko rozwiniętych kulturach średniowiecza i antyku przekonanie o tej współprzynależności przejawiało się ciągle u pojedynczych osobowości, między innymi u również ochoczo eksperymentujących teologów i filozofów, do których wrócimy w odpowiednim miejscu. Dlatego, ściśle rzecz biorąc, przerwanie tego holistycznego światopoglądu pomiędzy początkiem nowożytności a zmianą paradygmatu ku fizyce kwantowej na początku ery atomowej trwało tylko kilka stuleci.

Z tego powodu zasadniczo układ treści niniejszej książki będzie wyglądać następująco.

Najpierw nakreślimy zmienną historię stosunków nauki i religii, względnie stosunków nauk przyrodniczych i humanistycznych w orientacyjny sposób od wysoko rozwiniętych kultur starożytności po dziś, i pokażemy, jak silnie te zmienne stosunki do teraz kształtują kulturę. Potem zajmiemy się nowymi teoretycznymi podstawami fizyki kwantowej XX i XXI wieku, które są bazą nowego rozpatrywania wspólnie materii i ducha. Z obrazu fizyki kwantowej jako fizyki możliwości i relacji wynikają dalsze wyjątkowe aspekty. Dotyczą one również samych nauk przyrodniczych. Poza tym przy analizie wzajemnych oddziaływań pomiędzy mózgiem i świadomością w kontekście fizyki kwantowej w nowym świetle ukazują się określone fenomeny ludzkich przeżyć, ludzkiego postrzegania i wspomnień oraz określonych indywidualnych i międzyludzkich głębokich doświadczeń. Również w refleksji nad dalszymi egzystencjalnymi obszarami naszego życia jak na przykład pytaniami o dalszą egzystencję po śmierci czy o wolną wolę, włączenie procesów fizyki kwantowej może otworzyć nowe perspektywy. Z naszych rozważań na końcu książki wynikają postulaty sięgnięcia po sensowne kreatywne i wspomagające kooperację środki w obszarze kultury i nauki w służbie fizycznego i duchowego przetrwania naszej planety.

Ta książka balansuje w pewnym stopniu pomiędzy z jednej strony sprawdzonymi empirycznie faktami, nie będąc jednak rozprawą naukową, a z drugiej strony teoretycznymi wnioskami zawierającymi nowe spojrzenie na świadomość. Przy tym celem jest opracowanie nowych granic pomiędzy naukami przyrodniczymi i humanistycznymi, względnie naukami przyrodniczymi a filozofią, duchowością i religią. Granice te są co prawda nadal ostre, ale współczesna fizyka kwantowa sprawiła, że stały się bardzo cienkie. To jednocześnie oznacza jednak zdecydowany sprzeciw wobec wszelkiej formy paranaukowej ezoteryki czy też pełnego przesądów spirytyzmu. Dlatego mówiąc o rozwoju dzisiejszej fizyki kwantowej będziemy zawsze ściśle rozróżniać to, co empirycznie potwierdzone od tego, co pozostaje jeszcze w sferze hipotez.

Właściwa główna hipoteza tej książki powoli ukształtuje się dopiero z tych rozważań:

Nie tylko w naukach przyrodniczych, ale też w religii, polityce i społeczeństwie powszechnie panuje destruktywna, często zagrażająca życiu postawa dogmatyzmu, nietolerancji i ograniczona podyktowana strachem i myśleniem o władzy, oporna na naukę podstawowa mentalność rządząca naszą codziennością. Może to być kompatybilne z myśleniem przyczynowym ściśle zamkniętego, deterministycznego systemu klasycznej fizyki z jednej strony i oddzielonym od niej, tak samo zamkniętym w sobie sztywnym systemem fundamentalnej religii i wyobrażenia o moralności. Fizyka kwantowa jako fizyka możliwości i holistycznych relacji nie pasuje już jednak do dogmatyczno-deterministycznych postaw w kwestiach religijnych, politycznych i społecznych. Przynosi raczej całkowicie nowe szanse na dokonanie podstawowych przemyśleń i otwarcie na elastyczne, dalekowzroczne i kształtowane przez pluralizm i tolerancję myślenie. Ta zmiana myślenia prowadzi nas do ciągłego międzyludzkiego dialogu oraz do zrównania poziomów. Każde odgraniczanie i małostkowa hybryda uporu i ekskluzywności, którą dziś jeszcze wszędzie napotykamy, nie odpowiada istocie naszego świata i dlatego jest szkodliwa. Można mieć nadzieję, że to nowe myślenie i jego wielorakie konsekwencje mogą na dłuższą metę być drogowskazem prowadzącym do zmiany myślenia, które jest tak potrzebne dla naszego globalnego przeżycia.

IIROZWÓJ OBSERWACJI NATURY I NAUK PRZYRODNICZYCH W POPRZEDNICH EPOKACH W RUCHU SPIRALNYM

Astronomia jako umiejętność kapłanów w przedchrześcijańskim antyku

Już w czasach przedhistorycznych ludzie interesowali się rozgwieżdżonym niebem. W malowidłach na ścianach jaskini Lascaux sprzed 17-15 tysięcy lat przed naszą erą odnajdziemy przedstawienie letniego nieba, jak również pojedynczych gwiazdozbiorów. W neolicie stosowanie kalendarza na podstawie wiedzy na temat Księżyca, drogi Słońca i przede wszystkim pór roku było ważne dla rozwoju kultury rolniczej. Z tym pragmatycznym codziennym aspektem ściśle związana była religijna interpretacja występujących na niebie fenomenów. I odwrotnie: początek rolnictwa sprzyjał też wykształceniu się kultów astralnych i właściwym początkom astronomii. Okrągły kompleks grobowy utworzony około 7 tysięcy lat temu w Goseck nad rzeką Saale, wówczas jeszcze rzekomo całkowicie nieuprawnym obszarze germańskim, uchodzi za najstarsze obserwatorium słoneczne świata.

Świadectwem wywierającego jeszcze do dziś wyjątkowe wrażenie i prawdopodobnie najlepiej znanego prehistorycznego miejsca kultu w Europie są pozostałości liczącej 5 tysięcy lat i zaliczającej się od 1986 roku do Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO budowli Stonehenge w południowej Anglii. Istnieją powody, by zakładać, że Stonehenge pierwotnie było wykorzystywane głównie jako miejsce pochówku, a równocześnie prehistoryczne obserwatorium astronomiczne, którego celem było wyznaczanie optymalnych czasów siewu i zbiorów. Budowla była bowiem tak ustawiona, że rankiem w dniu przesilenia letniego, najbardziej przesunięte na północ w ciągu roku słońce wschodziło dokładnie nad szczególnym kamieniem, Heel Stone, w taki sposób, że jego promienie w prostej linii mogły dotrzeć do ułożonego w kształt podkowy zespołu głazów. Można było również jasno oznaczyć dzień przesilenia zimowego oraz równonocy wiosennej i jesiennej jako czterech ważnych dla gospodarki rolnej punktów roku. Na podwójne kultowe i astronomiczne wykorzystanie Stonehenge wskazuje okrągły kompleks grobowy, w którym prawdopodobnie pochowana została elita zamieszkujących tam plemion. Poza tym niedaleko obchodzono znaczące święta, a przebiegająca w linii prostej droga pielgrzymek rozciągała się od tego miejsca świętowania do kamiennych kręgów w Stonehenge. Te święta religijne były tak ważne, że pielgrzymowali na nie nawet ludzie z oddalonych o ponad tysiąc kilometrów obszarów Szkocji. To znaczy, że astronomia i religia były ściśle ze sobą związane, a przewodnicy religijni dzięki swoim dokładnym obserwacjom nieba i wynikającej z tego wiedzy, która była wykorzystywana przez zajmujące się rolnictwem społeczeństwo, budowali swój autorytet.

Trudno sobie wyobrazić, jak ci ludzie niedysponujący takimi jak my dzisiaj środkami technicznymi, przetransportowali te ogromne kamienie do Stonehenge i je ustawili. W służbie kultu religijnego ci ludzie aktywowali całą swoją pomysłowość i działali, by oddać cześć swojemu Bogu. W ostatnim czasie powstały nawet przypuszczenia, że grano tam również muzykę i że ustawienie kamieni w okręgu jest związane z interferencyjnymi strukturami w przedstawieniach muzycznych3. Tak kult religijny stał się decydującym motorem rozwoju kultury, która później doprowadziła do stworzenia wspaniałych, kamiennych budowli, które możemy podziwiać na przykład w Grecji i zachodniej Turcji.

Odkrycie brązu jednak tak bardzo zmieniło życie ludzi, że kapłani ze Stonehenge i przez to również to miejsce kultu – i prawdopodobnie również miejsce kultu w Goseck – stracili swoje znaczenie. To, że również w epoce brązu obserwowanie nieba odgrywało ważną rolę, pokazuje odnaleziony dopiero kilka lat temu, liczący 4 tysiące lat dysk z Nebry, wykonany z brązu z dodatkiem złota dysk o średnicy około 32 centymetrów, który prawdopodobnie przedstawia astronomiczne fenomeny, które są związane z kalendarzem i są symbolami religijnymi. Został znaleziony na wzniesieniu Mittelberg w pobliżu miasta Nebra w Saksonii-Anhalt i znajduje się obecnie w Muzeum Prehistorii w Halle. Odkryta w epoce brązu możliwość pozyskiwania metalu i wykorzystywania go, doprowadziła do wyraźnego przełomu również w obszarze religii. I znowu do religijnych rytuałów dodano coś o najwyższym wyrazie artystycznym, na jaki mogli się zdobyć ludzie, więc religia i kultura naprawdę się wspierały.

Inaczej niż w Europie Północnej, w której dziś prehistoryczną astronomię da się badać tylko metodami archeologicznymi, w Egipcie i Mezopotamii istnieją pisemne zapisy sięgające do trzech tysięcy lat wstecz. Wczesne badania astronomiczne szczególnie w Egipcie należy rozpatrywać na tle wówczas panującego tam kultu Słońca i dążeń do dokładnego obliczenia występowania wylewów Nilu4. W religii starożytnego Egiptu kapłani-astronomowie dzięki swojej wiedzy astronomicznej i przede wszystkim ciągłej korekcji kalendarza pilnowali, żeby nie zniknęły z niego stare religijne święta5.

W astronomii Sumerów z kolei szczególne warte zauważenia jest, jak precyzyjne pomiary zapisano pismem klinowym na glinianych tabliczkach. Z tej wiedzy korzystał też Tales z Miletu przepowiadając historyczne zaćmienie Słońca z 28 maja 585 r. p.n.e., które zadecydowało o wyniku wyniszczającej wojny pomiędzy Lidyjczykami a Medami na korzyść „ostrzeżonych” Lidyjczyków. Prosta forma przedstawienia ruchu ciał niebieskich, mianowicie strefa armilarna (sferyczne astrolabium), „maszyna świata”, urządzenie astronomiczne składające się z kilku obracających się względem siebie metalowych pierścieni tworzących razem kulę, było wykorzystywane już przez Babilończyków i rozwijane dalej przez Greków. Greckie podejście do odkryć astronomicznych było jednak inne niż u Babilończyków i starożytnych Egipcjan. Astronomia była uprawiana przez Greków tylko ze względu na naukowe zainteresowania, niezależnie od praktycznego wykorzystania kalendarza i bez religijnych i astrologicznych motywów. Dlatego nie była już sprawą kapłanów, ale przyrodników. To znaczy, w międzyczasie Grecy wynaleźli własne pismo i w ten sposób uzyskali tyle wiedzy, że zwykli obywatele, niezależnie od religii, zaczęli intensywnie obserwować naturę i się nad nią zastanawiać. I ta umysłowa wolność doprowadziła do czegoś nowego, do przełomu, który znacząco posunął naprzód rozwój kultury.

Już od wielu tysiącleci ludzie w logiczny sposób rozwijali swoją kulturę. Na przykład w piątym stuleciu przed naszą erą ludzie byli świadomi swojego myślenia i zdolni wspierać je jako ważną kompetencję oraz stosować we wszystkich możliwych obszarach. W ten sposób powstała filozofia we właściwym sensie. Urodzony w 469 r. p.n.e. i działający w Atenach Grek Sokrates może być określany jako pierwszy prawdziwy filozof, ponieważ badał nie tylko naturę, ale też samo myślenie. Był tak zafascynowany procesem myślenia, że próbował na agorze zachęcać młodych ludzi do wzmożonego wysiłku intelektualnego zadając im pytania. Ten nowy rodzaj myślenia napotykał jednak na znaczny opór większości ludzi z jego otoczenia. Dotyczyło to również żony Sokratesa Ksantypy, która stała się symbolem narzekającej kobiety, popadającej w zgorzknienie, ponieważ jej mąż, zajmując się myśleniem i rozmowami o nim, nie troszczył się o codzienne potrzeby swojej rodziny. W końcu Sokrates został skazany na wypicie czary trucizny, ponieważ rzekomo swoimi pytaniami demoralizował i niepokoił młodzież. Chociaż mógł uciec, wypił truciznę, ponieważ był przekonany, że jednostka musi ugiąć się przed wspólnotą i jej decyzjami. Pobudzony przez tę świadomość myślenia Platon jako uczeń Sokratesa zajmował się nie tylko etyką i kosmologią, ale stworzył też własną teorię państwa, sztuki i epistemologię.

Odkrycie myślenia pochodzi jednak nie od samego Sokratesa, świat ogólnie wydawał się być dojrzały do tego przełomu, do uświadomienia sobie, że istniej coś takiego jak mądrość i że można dojść do niej poprzez myślenie. Mniej więcej w tym samym czasie powstała w Chinach pewnego rodzaju teoria mądrości, której najbardziej znanym przedstawicielem był Laozi. Ludzkość dzięki wynalezieniu pisma zebrała tak wiele wiedzy i odkryć, że mądrość otworzyła się przed nią jako ważna możliwość napełnionego sensem, wartego starań życia. Stało się to w wielu kulturach zupełnie niezależnie od siebie. Świadome wykorzystanie myślenia do tego, by lepiej zorganizować swoje życie i osiągnąć mądrość, jak się wówczas wydawało, wisiało w powietrzu. To odkrycie rozprzestrzeniało się, rozwijało się i wpływało na całą naszą kulturę. Tak jest aż do dziś. Dzięki opanowaniu myślenia ludziom udało się zbadać nie tylko astronomię, ale również wiele innych obszarów natury.

Zdroworozsądkowe badanie i filozofia natury w Starożytnej Grecji

Podróż do dzisiejszej zachodniej Turcji, przedchrześcijańskiej kolebki kultury europejskiej położonej na zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego, niegdyś greckiej Azji Mniejszej, przybliżyła nas nieco do czasów i życia oraz myślenia tamtejszych ludzi. Już sam wyglądający archaicznie, rozległy i jałowy pagórkowaty krajobraz pomiędzy zwiedzanymi przez nas miastami i antycznymi wykopaliskami umożliwiał nam na ciągłe zanurzanie się w tej dawno minionej epoce. Naprawdę przebywając w ruinach świątyni w Milecie, położonej około 80 kilometrów na południe od dzisiejszego Izmiru, gdzie Tales z Miletu około 600 r. p.n.e. prowadził swoje badania przyrodnicze i matematyczne, czuliśmy się jak przeniesieni w czasie. Tales stworzył nazwane jego imieniem twierdzenie na temat okręgu jako środka pomocniczego tworzenia trójkątów prostokątnych i nauczał, że życie powstało z wody. Była to teoria, która nie odbiega od naszych dzisiejszych twierdzeń. Szczególnie w antycznym mieście Efez, którego stare centrum między dwoma zboczami zostało już odsłonięte w trakcie wykopalisk, mogliśmy zobaczyć, jak rozwinięta kultura umożliwiła takie prace naukowe. Rozplanowane pierwotnie brukowane ulice prowadziły nas przez miasto do ówczesnego portu, przechodząc obok będących prawdziwymi dziełami sztuki świątyń, domów mieszkalnych i imponującej, wielopiętrowej biblioteki, w której niegdyś każdy, kto chciał, mógł poszerzyć swoją wiedzę, sięgając po ponad dwa tysiące napisanych ręcznie ksiąg. Fascynujące było wyobrazić sobie, jak pierwsi „fizycy”, Tales, Anaksymander i Anaksymenes z Miletu, a szczególnie Heraklit z Efezu żyli tam i działali w VII i VI stuleciu p.n.e.

Już filozofowie przedsokratejscy w VI w. p.n.e. tworzyli różne modele astronomiczne. Tales z Miletu, matematyk i astronom, reprezentował geocentryczny światopogląd, zgodnie z którym Ziemia znajduje się w centrum, a niebo tworzy półkula (sfera). Ten pogląd, za którym około 200 lat później wyraźnie opowiedział się Arystoteles a następnie rozwinął go około 150 r. n. e. Klaudiusz Ptolemeusz, zapanował na prawie następne dwa tysiące lat nad naszym wyobrażeniem Ziemi spoczywającej w centrum kosmosu. I to mimo tego, że już w III w. p.n.e. Arystrach z Samos odkrył, że w centrum naszego świata znajduje się Słońce. Nie przekonał jednak sobie współczesnych. Przy tym stworzył nawet poprawną metodę mierzenia odległości Ziemi względem Słońca w stosunku do Księżyca.

Ci badacze natury interesowali się również światłem. Demokryt zajmował się pytaniem, jak dochodzi do tego, że widzimy, i stworzył pierwsze teorie na temat światła6. Później Euklides z Aleksandrii rozwinął optykę na podstawie geometrii i badał odbicia lustrzane za pomocą metod matematycznych. Ptolemeusz oraz Heron z Aleksandrii mierzyli w sposób eksperymentalny załamanie światła.

Zgodnie z legendą Pitagoras opisał pierwszą konkretną i ilościowo zgodną z prawami natury akustykę7 na podstawie odkrytych przez jego kowala stosunków liczbowych pomiędzy przyjemnymi dźwiękami.

Wzmożone badanie