Wydawca: BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 616 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kuszenie i uległość - Stephanie Laurens

Jonas Tallent wiedzie beztroskie życie przystojnego, zamożnego arystokraty – grywa w karty, flirtuje i uwodzi. W pewnym momencie jednak znużony takim życiem zaszywa się w rodzinnej wiejskiej posiadłości i postanawia doprowadzić ją do rozkwitu. Poszukuje osoby, która zarządzałaby miejscowym zajazdem. Gdy zgłasza się do niego panna Emily Beauregard, chcąc przyjąć taka posadę, Jonas z miejsca mówi: nie. Jego zdaniem nie jest to zajęcie dla pięknej młodej kobiety. Emily jednak za wszelka cenę chce dopiąć swego i zamieszkać w tej okolicy – tu bowiem wiedzie trop do wyjaśnienia rodzinnej tajemnicy…

Opinie o ebooku Kuszenie i uległość - Stephanie Laurens

Fragment ebooka Kuszenie i uległość - Stephanie Laurens

Stephanie Laurens

Kuszenie i uległość

Przełożył Piotr Maksymowicz

Warszawa 2013

Tytuł oryginału: Temptation and Surrender

Projekt okładki: Beata Kulesza-Damaziak

Copyright © 2009 Savdek Management Proprietory Ltd

Published by arrangement by HarperCollins Publisher

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2013

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej nawww.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-7551-368-4

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Konwersja:

Rozdział 1

Colyton, Devon

październik 1825

– Mam ochotę wyrwać sobie wszystkie włosy, chociaż to i tak nic by nie pomogło.

Wspomniane ciemne włosy opadały w niesfornych lokach wokół pięknej głowy Jonasa Tallenta. W jego brązowych oczach malowała się pełna odrazy irytacja, gdy usiadł ciężko w fotelu za biurkiem, w bibliotece wiejskiego majątku Grange, rodzinnego domu, który miał kiedyś odziedziczyć. Właśnie ten fakt przyczynił się do frustracji i złości dziedzica.

Siedzący wygodnie w drugim fotelu szwagier Jonasa, Lucyfer Cynster, skrzywił się, uśmiechając współczująco.

– Nie chcę dorzucać ci kolejnej zgryzoty, ale czuję się w obowiązku zauważyć, iż z biegiem czasu oczekiwania zawsze rosną.

Jonas westchnął.

– Nic dziwnego… Upadek Juggsa, niestanowiący zresztą wielkiej straty, poprawił nieco atmosferę w gospodzie Pod Czerwonym Dzwonkiem. Kiedy Edgar znalazł tego starego pijaka w kałuży piwa, okoliczni mieszkańcy odetchnęli z ulgą i natychmiast zaczęli spekulować, co się stanie, gdy zjawi się tam bardziej kompetentny oberżysta.

Juggs był zarządcą zajazdu od prawie dziesięciu lat. Dwa miesiące temu jego ciało znalazł barman, Edgar Hills.

Jonas usiadł głębiej w fotelu.

– Muszę przyznać, że byłem jednym z pierwszych, którzy rozpoczęli takie spekulacje, ale to było jeszcze, zanim wuj Martin padł z przepracowania, a rodzic wyjechał, aby zająć się ciotką Elizą i jej hordą, obarczywszy mnie sprawą znalezienia nowego zarządcy gospody.

Prawdę mówiąc, chętnie wykorzystał tę sposobność, aby wrócić z Londynu i przejąć zarządzanie majątkiem. Przyuczał się do tego zadania w młodości. Jego ojciec wciąż był krzepki, ale jednak tracił już siły. Nic dziwnego więc, że nieoczekiwana i zapowiadająca się na długą nieobecność ojca wydała się Jonasowi idealną okazją, aby ruszyć do akcji i wziąć sprawy w swoje ręce.

Jednakże nie to było głównym powodem, dla którego tak szybko wyrwał się z Londynu.

W ciągu ostatnich miesięcy coraz bardziej mierziło go miejskie życie, które stało się jego udziałem. Te kluby, teatry, kolacje i bale, przyjęcia i spotkania w starannie dobranym towarzystwie zamożnych arystokratów, oraz te wyniosłe matrony, z których większość chętnie witała w swoim łożu przystojnego, bogatego i dobrze ułożonego dżentelmena. Kiedy pierwszy raz ruszył w miasto – a było to wkrótce po ślubie jego bliźniaczej siostry, Phyllidy, z Lucyferem – szybko rozrywkowy tryb życia stał się jego celem. Ponieważ miał wrodzone i odziedziczone atrybuty – a dzięki powiązaniu z Lucyferem również poparcie Cynsterów – zdobycie wszystkiego, czego pragnął, nie było wcale trudne. Jednak po osiągnięciu swych celów i kilkuletnim obracaniu się w kręgach towarzyskich Jonas stwierdził, że życie na tej pozłacanej scenie doprowadziło go do stanu, w którym nie czuł nic, tylko dziwną pustkę.

Był niespełniony. W rzeczywistości, osamotniony.

Gotów był wrócić do domu w Devon i przejąć zarząd nad wiejską posiadłością oraz majątkiem, gdy ojciec udał się do Norfolk, aby wspomóc pogrążoną w kłopotach Elizę.

Na początku zastanawiał się, czy również życie w Devon wyda mu się teraz puste, pozbawione celu. Gdzieś w zakamarkach duszy dręczyło go pytanie, czy ta wewnętrzna otępiająca nicość to wyłącznie efekt towarzyskiego trybu życia w Londynie, czy też, o zgrozo, objaw głębszej apatii.

Jednak już po kilku dniach od powrotu na wieś upewnił się przynajmniej w tej ostatniej kwestii. Nagle poczuł, że jego życie nabrało sensu. Ani przez chwilę nie brakowało mu nowych wyzwań, którym musiał poświęcić uwagę. Od powrotu do domu i wyjazdu ojca prawie nie miał czasu, aby pomyśleć.

To niepokojące uczucie oderwania od rzeczywistości i pustki minęło, pozostał jedynie leżący u jego podłoża niepokój.

Nie czuł się już bezużyteczny – najwyraźniej życie pana na włościach, do jakiego był przysposabiany od urodzenia, stanowiło jego prawdziwe powołanie – jednak cały czas w jego życiu czegoś brakowało.

Teraz najbardziej dawała mu się we znaki sprawa wakatu po poprzednim zarządcy gospody Pod Czerwonym Dzwonkiem. Zastąpienie nieopłakiwanego Juggsa okazało się zadaniem nad wyraz trudnym.

Z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Kto by pomyślał, że tak ciężko będzie znaleźć nowego oberżystę?

– A jak daleko szukałeś?

– Kazałem rozesłać ogłoszenia po całym hrabstwie, a nawet dalej, do Plymouth, Bristolu i Southampton. – Zasępił się. – Mógłbym wysłać je również do agencji w Londynie, ale tak właśnie zrobiliśmy ostatnim razem, no i przysłali nam Juggsa. Gdybym mógł wybierać, wolałbym powierzyć tę pracę komuś miejscowemu, a przynajmniej mieszkańcowi zachodniej Anglii. – Wyprostował się w fotelu, jego mina wyrażała determinację. – A skoro to nie wyjdzie, przynajmniej chciałbym porozmawiać z kandydatem, zanim dam mu posadę. Gdybyśmy rozmówili się z Juggsem, zanim najęła go agencja, nawet do głowy by nam nie przyszło ściągać go na wieś.

Lucyfer siedział z wyciągniętymi przed siebie nogami. Wciąż był zabójczo przystojnym ciemnowłosym diabłem, który przed laty doprowadzał matrony z towarzyskiej elity do omdleń. Teraz zmarszczył brwi.

– To dziwne, że nikt się nie zgłosił.

Jonas westchnął.

– To wina naszej małej wioski, jej prowincjonalność odstrasza wszystkich dobrych kandydatów. Kontrargumenty, że gdyby dodać okoliczne domy i majątki, stanowilibyśmy dość sporą społeczność, oraz że w pobliżu nie ma innego zajazdu, więc możemy liczyć na więcej klientów, są niewystarczające i nie rekompensują braku sklepów oraz małej liczby miejscowej ludności. – Długim palcem przekartkował stertę papierów. – Kiedy tylko przekonują się, jakie jest nasze Colyton, wszyscy porządni kandydaci biorą nogi za pas. – Skrzywił się, spoglądając w ciemnoniebieskie oczy Lucyfera. – A skoro są dobrzy, są też ambitni. Nic dziwnego, że uważają, iż w Colyton nie zrobią wielkiej kariery.

Lucyfer również skrzywił twarz w grymasie.

– Wygląda na to, że szukasz kogoś wyjątkowego: kogoś potrafiącego zarządzać gospodą, kto jednocześnie pragnie zamieszkać w takiej dziurze, jak Colyton.

Jonas popatrzył na niego z namysłem.

– Ty mieszkasz w tej dziurze, może ciebie skuszę, abyś spróbował swych sił w prowadzeniu zajazdu?

Lucyfer uśmiechnął się półgębkiem.

– Dziękuję, ale nie skorzystam. Podobnie jak ty, mam własną posiadłość, którą muszę zarządzać.

– A poza tym żaden z nas nie ma zielonego pojęcia o zarządzaniu gospodą.

Lucyfer potwierdził skinieniem głowy.

– Ale przecież Phyllida umiałaby poprowadzić taki interes z zamkniętymi oczami.

– Tyle że i tak ma już roboty po łokcie.

– Dzięki tobie. – Jonas rzucił szwagrowi kpiarskie i zarazem pełne przygany spojrzenie. Lucyfer i Phyllida mieli już dwoje dzieci, Aidana i Evana, bardzo żywych chłopców. Phyllida niedawno wyjawiła, że nosi pod sercem trzeciego potomka. Pomimo wielu służących zawsze gotowych do pomocy zawsze pełne ręce roboty. Nie myślała o odpoczynku.

Lucyfer uśmiechnął się bez cienia skruchy.

– Zważywszy na to, że uwielbiasz występować w roli wujka, twa oskarżycielska mina jest jednak zbyt łagodna.

Tym razem Jonas uśmiechnął się smutno i popatrzył na stosik listów, jakie nadeszły w odpowiedzi na rozesłane po hrabstwie ogłoszenie.

– To naprawdę smutne, że najlepszym kandydatem jest były pensjonariusz więzienia w Newgate.

Lucyfer parsknął śmiechem, po czym wstał i przeciągnął się.

– Coś… lub ktoś na pewno się pojawi.

– Mam nadzieję – odparł Jonas. – Tylko kiedy? Jak słusznie zauważyłeś, oczekiwania rosną z każdą chwilą. Czas gra na moją niekorzyść, gdyż jestem właścicielem gospody, a zatem człowiekiem, od którego oczekuje się spełnienia wspomnianych oczekiwań.

Lucyfer uśmiechnął się ze zrozumieniem, ale bez intencji udzielenia pomocy.

– Sam musisz sobie z tym poradzić. Obiecałem, że wcześniej wrócę do domu i pobawię się w piratów z synami.

Jonas spostrzegł, że Lucyfer – tak, jak zwykle – z wyjątkowym upodobaniem wypowiedział ostatnie słowo, delektując się jego brzmieniem i treścią.

Szwagier żwawo zasalutował i wyszedł, pozostawiwszy Jonasa ze stertą tych okropnych zgłoszeń na stanowisko oberżysty w gospodzie Pod Czerwonym Dzwonkiem. Jonas żałował, że i on nie może pobawić się w piratów.

Na tę myśl ujrzał w wyobraźni obraz tego, co czekało na Lucyfera u celu krótkiej wędrówki leśną ścieżką, łączącą tylną część Grange z zapleczem Colyton Manor, domu, który odziedziczył i teraz dzielił z Phyllidą, Aidanem i Evanem oraz grupą służących. Dwór był pełen ciepła i życia, energii, która wypełniała duszę i promieniowała od wszystkich jego zadowolonych i szczęśliwych mieszkańców.

I potrafiła człowiekiem zawładnąć.

Jonas czuł się komfortowo w swoim majątku – domu, gdzie miał fantastyczną służbę, którą znał od dziecka. Jednak miał świadomość – być może po niedawnych przemyśleniach związanych z małością życia w wyższych sferach – pragnienia, że takie ciepło i szczęście, jakie panuje w Colyton Manor, zakorzeni się również w Grange i otuli go.

Wypełni jego duszę na zawsze.

Dłuższą chwilę patrzył niewidzącym wzrokiem na pokój, potem otrząsnął się z tych myśli i ponownie zerknął na stosik beznadziejnych zgłoszeń.

Mieszkańcy Colyton zasługiwali na dobrą gospodę.

Z westchnieniem przesunął zgłoszenia na środek bibułowej podkładki i zmusił się, aby przejrzeć je jeszcze jeden, ostatni raz.

* * *

Emily Ann Beauregard Colyton stała tuż za ostatnim zakrętem krętej drogi wiodącej do Grange na południowym krańcu wioski Colyton, spoglądając na odległy ledwie o pięćdziesiąt jardów kryty dachówką dom. Bezpretensjonalny, lecz mający pewien urok, wielospadowy dach spoczywał ponad okienkami strychu i dwoma piętrami szerszych, pomalowanych na biało okiennych ram. Do ganku z głównym wejściem prowadziło kilka schodów. Ze swojego miejsca Em ledwie widziała frontowe drzwi, nieco cofnięte, zacienione, majestatyczne. Po obu stronach rozpościerały się starannie wypielęgnowane ogrody. Za trawnikiem z lewej strony zauważyła ogród różany, a w nim jasne kolorowe kwiaty, bujne i nęcące, które kołysały się na tle ciemniejszych liści.

Poczuła, że musi jeszcze raz spojrzeć na trzymaną w dłoni kartkę, która była kopią ogłoszenia, jakie zauważyła na tablicy w zajeździe koło Axminster, z ofertą posady oberżysty w gospodzie Pod Czerwonym Dzwonkiem w Colyton. Kiedy ujrzała je po raz pierwszy, odniosła wrażenie, że jej modlitwy zostały w końcu wysłuchane.

Razem z bratem i siostrami zmarnowali trochę czasu, czekając na kupca, który zgodził się zabrać ich wozem przy okazji odwiedzin w Colyton. Przez ostatnie półtora tygodnia, od dnia jej dwudziestych piątych urodzin, kiedy to ze względu na swój dojrzały wiek i testament niedawno zmarłego ojca przejęła opiekę nad bratem i trzema siostrami, razem odbywali podróż z domu jej wuja w Leicestershire przez Londyn, aby w końcu dotrzeć do Axminster i ostatecznie – kupieckim wozem – do Colyton.

Wyprawa okazała się droższa, niż oczekiwała: pochłonęła jej skromne oszczędności oraz niemal wszystkie pieniądze – jej udział w majątku ojca – które zorganizował dla niej rodzinny adwokat, pan Cunningham. Tylko on wiedział, że Emily z rodzeństwem zabrali udziały i przenieśli się do wioski Colyton w hrabstwie Devon.

Ich wuj oraz wszyscy, których mógłby zmusić lub namówić do realizacji swoich celów – czyli do wymoszczenia sobie gniazdka dzięki ich darmowej pracy – nie zostali poinformowani o celu podróży rodzeństwa.

Co oznaczało, że znowu byli zdani głównie na siebie, a dokładniej – że opieka nad Isobel, Henrym oraz bliźniaczkami, Gertrude i Beatrice, spoczywała od tej pory na barkach Emily.

Nie miała nic przeciwko temu; chętnie wzięła na siebie ten obowiązek. Pozostanie w domu wuja dzień dłużej, niż to było absolutnie konieczne, okazało się trudne do zniesienia; jedynie obietnica rychłego, a potem natychmiastowego wyjazdu pozwoliła piątce Colytonów przetrwać tak długo pod ciężką ręką Harolda Potheridge’a, lecz do czasu osiągnięcia przez Em wieku dwudziestu pięciu lat, on – brat niedawno zmarłej matki – był ich prawnym opiekunem wspólnie z panem Cunninghamem.

W dniu dwudziestych piątych urodzin Em prawnie zastąpiła wuja. Tego dnia razem z rodzeństwem zabrali skromny dobytek, który był już od dawna spakowany, po czym opuścili Runcorn – ziemską posiadłość wuja. Em już wcześniej zbierała siły, aby stawić mu czoła i wyjaśnić tę decyzję, ale okazało się, że Harold właśnie tego dnia pojechał na spotkanie miłośników wyścigów konnych, więc nie był świadkiem ich wyjazdu. Wszystko ułożyło się dobrze, wiedziała jednak, że on ruszy ich śladem tak daleko, jak tylko będzie mógł. Mieli dla niego dużą wartość – jako nieodpłatna służba. Zatem szybki dojazd do Londynu był kwestią najważniejszą, a to oznaczało podróż powozem zaprzężonym w czwórkę koni, co – o czym się przekonała – było kosztownym przedsięwzięciem. Potem dorożkami musieli przemierzyć Londyn i spędzić dwie noce w porządnym hotelu, takim, w którym czuliby się dostatecznie bezpiecznie, aby spokojnie spać. Chociaż od tej chwili bardzo oszczędnie gospodarowała pieniędzmi i dalszą drogę odbyli dyliżansem pocztowym, to jednak koszt pięciu biletów, posiłków i noclegów w przydrożnych zajazdach znacznie nadszarpnął jej fundusze, które malały w alarmującym tempie.

Zanim dotarli do Axminster, już wiedziała, że ona i zapewne również młodsza o dwa lata Issy będą musiały znaleźć pracę, lecz nie miała pojęcia, jakież to zajęcie mogłyby podjąć dwie młode kobiety o szlacheckim pochodzeniu.

Do chwili, gdy przeczytała to ogłoszenie na tablicy.

Jeszcze raz szybko omiotła wzrokiem swoją kopię, powtarzając w myślach – jak to czyniła przez ostatnie godziny – właściwe słowa i zapewnienia, jakimi mogłaby przekonać właściciela Grange, będącego zarazem właścicielem zajazdu Pod Czerwonym Dzwonkiem, że to ona, Emily Beauregard – bo przecież nikt nie musiał wiedzieć, że nazywają się Colyton, przynajmniej na razie – jest właśnie tą osobą, której można powierzyć zarządzanie gospodą.

Kiedy pokazała ogłoszenie rodzeństwu i poinformowała je o zamiarze ubiegania się o tę pracę, wszyscy, jak zwykle zresztą – niech im Bóg pobłogosławi – entuzjastycznie zareagowali na ten pomysł. Teraz miała w torbie podróżnej trzy znakomite referencje wystawione Emily Beauregard niby to przez właścicieli zajazdów, które minęli podczas podróży. Sama napisała jedne z nich, druga rekomendacja wyszła spod pióra Issy, a trzecią naskrobał piętnastoletni Henry: bardzo chciał się do czegoś przydać. Wszystkie listy polecające sporządzili podczas oczekiwania, aż kupiec będzie gotów wyruszyć w drogę i zabierze ich wozem.

Dowiózł ich do samego zajazdu Pod Czerwonym Dzwonkiem. Emily z ogromną ulgą stwierdziła, że na ścianie tuż obok drzwi wisi kartka z wysmarowanym czarnymi grubymi literami napisem: „Zatrudnię oberżystę”. A więc ogłoszenie nadal było aktualne. Posadziła rodzeństwo w rogu dużej sali dla gości, zostawiwszy kilka monet na lemoniadę. Jednocześnie bacznie oglądała gospodę, oceniając wszystko, co było w zasięgu wzroku. Zauważyła, że okiennice wymagają malowania, że wnętrze jest zakurzone i brudne, lecz zarazem nie stwierdziła, by cokolwiek stało na przeszkodzie, aby doprowadzić pomieszczenie do porządku. Potrzebowałaby ścierki. Poza tym wymagało to, trzeba przyznać, odrobiny determinacji.

Obserwowała nieco ponurego mężczyznę stojącego za barem. Chociaż obsługiwał gości, jego oblicze świadczyło o tym, że myślami jest zupełnie gdzieś indziej, zresztą bez zbytniego entuzjazmu. Na ogłoszeniu widniał adres dla aplikantów, którzy mieli zgłaszać swe kandydatury nie w samym zajeździe, lecz w majątku Grange w Colyton, co sugerowało, że należy przysyłać podania o pracę drogą pocztową. Emily zebrała się na odwagę i – wyraźnie słysząc szelest swoich „referencji” w torbie – podeszła do baru, aby spytać mężczyznę o drogę do Grange.

W taki właśnie sposób znalazła się tam, na drodze dojazdowej do majątku, zaniepokojona i pełna rozterek. Powiedziała sobie, że gdy poprzez uważne oględziny jego domu usiłuje się zorientować, jakim typem człowieka jest właściciel, robi to, co nakazuje rozsądek.

Pomyślała, że ów mężczyzna musi być starszy i stateczny – dom miał w sobie coś, co nasuwało właśnie takie wnioski. Człowiek ten zapewne prowadził wygodne, spokojne życie. Żonaty przez wiele lat, może owdowiały, a jeśli nie, to żona z pewnością była równie wiekowa jak on sam i wiodła takie samo, pozbawione trosk życie. Z pewnością był szlachcicem, prawdopodobnie tego rodzaju, jaki określano mianem filaru ziemiaństwa. Paternalistyczny, co do tego nie miała cienia wątpliwości, co z pewnością okaże się bardzo pożyteczne. Emily stwierdziła, że musi pamiętać, by wzbudzić w nim tę emocję, gdyby potrzebowała pomocy w nakłonieniu go do przyjęcia jej do pracy. Szkoda, że zabrakło jej śmiałości, by podpytać barmana o właściciela gospody, lecz fakt, że pragnęła ubiegać się o stanowisko jego przełożonej, czynił tę sprawę dość niezręczną, Emily nie chciała zaś ściągać na siebie niczyjej uwagi.

Prawda była taka, że potrzebowała tej pracy. I to rozpaczliwie. Oprócz konieczności odbudowania zasobów finansowych, ona i rodzeństwo musieli przecież gdzieś mieszkać. Zakładała, że w wiosce będą wolne pokoje, ale przekonała się, że w Colyton jedynym miejscem, które pomieści ich piątkę, jest zajazd. A jej nie było stać na to, by spędzili w nim więcej niż jedną noc.

Już samo to stanowiło duży problem, ale okazało się, że pod nieobecność oberżysty zaprzestano wynajmowania pokoi gościom. Otwarty był tylko bar, w którym nawet nie można było kupić czegoś do jedzenia. Zajazd Pod Czerwonym Dzwonkiem ledwo funkcjonował. Bardzo pilnie potrzebował zarządcy.

Na jej Wielki Plan – cel, który dodawał jej otuchy przez ostatnie osiem lat – składał się powrót do Colyton, do domu przodków, oraz odnalezienie skarbu Colytonów. W rodzinie wiadome było, że skarb, starannie schowany przed przyszłymi pokoleniami, został ukryty właśnie tam, w nieznanym miejscu, którego lokalizację przekazywano sobie w postaci zagadkowego wierszyka.

Babcia niezachwianie wierzyła w istnienie skarbu i nauczyła Emily oraz Issy tej krótkiej rymowanki.

Za to dziadek wraz z ojcem pokpiwali z tej historii. Nie wierzyli w nią. Emily trwała w swej wierze w czasach dostatku i biedy; dla niej i Issy, a później dla Henry’ego i bliźniaczek, nadzieja na odzyskanie skarbu była tym, co trzymało ich razem i dodawało otuchy przez ostatnie osiem lat.

Skarb tam był. Nie chciała… nie mogła wierzyć w nic innego.

Nigdy w życiu nie zarządzała zajazdem, lecz prowadząc dom wuja od piwnicy po strzechę przez osiem lat, włączając w to niezliczone tygodnie, gdy gościł swoich kompanów, którzy zostawali na polowania, Emily czuła, a nawet była pewna, że ma kwalifikacje do zarządzania cichym zajazdem w sennej wiosce, takiej jak Colyton.

Co miałoby być w tym trudnego?

Z pewnością pojawią się małe wyzwania, lecz z pomocą Issy i Henry’ego będzie w stanie stawić im czoła. Nawet bliźniaczki, dziesięcioletnie psotnice, mogły okazać się naprawdę pomocne.

Stwierdziła, że stoi w miejscu wystarczająco długo. Musiała to zrobić, podejść do frontowych drzwi, zapukać i przekonać starszego ziemianina, by najął ją jako nową oberżystkę w gospodzie Pod Czerwonym Dzwonkiem.

Razem z rodzeństwem przyjechali do wioski. Teraz jej zadaniem było zyskać dla nich wszystkich trochę czasu oraz miejsce do zamieszkania, żeby mogli poszukać skarbu i odnaleźć go, a tym samym zabezpieczyć sobie przyszłość.

Nabrawszy głęboko powietrza, zatrzymała je w płucach, po czym zdecydowanym krokiem ruszyła alejką w kierunku domu.

Weszła po schodkach, a potem, nie zastanawiając się ani chwili dłużej, uniosła rękę i energicznie zapukała w pomalowane białą farbą drzwi.

Opuściwszy dłoń, zauważyła sznur od dzwonka. Chwilę myślała, czy za niego pociągnąć, gdy usłyszała odgłos czyichś zbliżających się kroków i skupiła uwagę na drzwiach.

Otworzył je kamerdyner, z typu tych bardziej imponujących. Przed śmiercią ojca znalazła się w wyższych sferach towarzyskich Yorku, więc umiała ich rozpoznać. Miał wyprostowane plecy i duży brzuch. Omiótł spojrzeniem jej głowę, po czym popatrzył na nią pustym, niewyrażającym emocji wzrokiem.

– Słucham, panienko?

Życzliwa mina mężczyzny napełniła ją otuchą.

– Chciałabym rozmawiać z właścicielem zajazdu Pod Czerwonym Dzwonkiem. Przyjechałam, żeby ubiegać się o stanowisko zarządcy tej gospody.

Na twarzy kamerdynera odmalowało się zaskoczenie. Po chwili lekko uniósł brwi. Popatrzył na nią z wahaniem.

– To jakiś żart, panienko? – spytał w końcu.

Ściągnęła usta, przymykając oczy.

– Nie, mówię poważnie. – Zacisnęła szczęki i postanowiła chwycić byka za rogi. – Tak, wiem, jak wyglądam. – Jasnobrązowe włosy z tendencją do kręcenia się oraz twarz, którą wszyscy bez wyjątku uznawali za słodką, w połączeniu ze skromną posturą i niższym niż średni wzrostem, nie sprawiały wrażenia, że przynależą do osoby o silnej osobowości, a taka bez wątpienia była potrzebna do zarządzania zajazdem. – Mimo to mam bogate doświadczenie. Rozumiem, że stanowisko jest nadal nieobsadzone.

Kamerdyner nieco się speszył jej gwałtownością. Przyglądał się jeszcze chwilę młodej kobiecie w oliwkowozielonej sukni z zapiętą pod szyją stójką, który to strój przygotowała sobie jeszcze podczas pobytu w Axminster.

– Jeśli jest pani pewna…

– Oczywiście, że jestem pewna. – Uniosła brwi. – Przecież tu stoję, prawda?

Potwierdził lekkim skinieniem głowy. Mimo to wciąż się wahał.

Uniosła podbródek.

– Mam pisemne referencje, i to aż trzy. – Poklepała dłonią torbę. Przypomniała sobie gospodę i ogłoszenia z wyraźnie podniszczonymi brzegami. Skupiwszy wzrok na twarzy lokaja, zaryzykowała drogę logicznej dedukcji. – To oczywiste, że wasz pan ma trudności ze znalezieniem odpowiedniej osoby na tę posadę. I na pewno chce, by jego zajazd znowu działał, jak należy. Więc oto jestem, doskonała kandydatka do tej pracy. Czy jest pan pewien, że woli mnie pan odesłać z kwitkiem, zamiast poinformować go, że tu czekam i pragnę z nim rozmawiać?

Tym razem dłużej taksował ją wzrokiem, a ona zastanawiała się, czy ten błysk w jego oczach przypadkiem nie jest wyrazem szacunku.

W końcu kiwnął głową.

– Zawiadomię pana Tallenta o przybyciu panienki. Kogo mam zaanonsować?

– Pannę Emily Beauregard.

* * *

– Kto taki? – Jonas podniósł wzrok znad sterty podań i gapił się na Mortimera. – Młoda kobieta?

– No… niewiasta, proszę pana. – Mortimer najwyraźniej nie był zdecydowany co do społecznego statusu panny Emily Beauregard, co już było niecodzienne. Pełnił swoją funkcję od kilkudziesięciu lat i znakomicie umiał identyfikować poziom osób, jakie zjawiały się przed drzwiami miejscowego sędziego pokoju. – Wydawała się… bardzo zdeterminowana w dążeniu do uzyskania tej posady. Zważywszy na sytuację, pomyślałem, że powinien pan z nią pomówić.

Jonas rozparł się w fotelu. Spoglądał na Mortimera i zastanawiał się, co w niego wstąpiło. Panna Emily Beauregard widocznie wywarła na nim duże wrażenie, skoro zgodził się wystąpić w jej sprawie. Lecz idea, że kobieta miałaby prowadzić zajazd… Zaraz, przecież pół godziny temu sam przyznał, że Phyllida potrafiłaby zarządzać gospodą z zamkniętymi oczami.

Posada była dla zarządcy zajazdu, a wszak niektóre kobiety doskonale znały się na zarządzaniu.

Usiadł prosto.

– Dobrze. Przyprowadź ją. – Uznał, że na pewno będzie lepsza niż ten kandydat po wyroku odsiedzianym w Newgate.

– Tak jest. – Mortimer odwrócił się do drzwi. – Powiedziała, że ma pisemne referencje, trzy sztuki.

Jonas zrobił zdumioną minę. Najwyraźniej panna Beauregard przyjechała doskonale przygotowana.

Zerknął na leżącą przed nim stertę zgłoszeń, wyrównał je i odsunął na bok. Nie żywił wielkich nadziei, że panna Beauregard będzie odpowiedzią na jego modlitwy, po prostu miał już dosyć patrzenia na te papiery, które były dowodem fiaska jego dotychczasowych wysiłków.

Na dźwięk zbliżających się kroków podniósł głowę.

Do gabinetu weszła młoda kobieta, za jej plecami kręcił się Mortimer. Jonas instynktownie wstał.

Pierwszą myślą, jaka nasunęła się Emily, gdy tylko zobaczyła mężczyznę za biurkiem, było: On jest zbyt młody.

O wiele za młody, aby żywić wobec niej paternalistyczne odczucia.

Zupełnie nie ten typ.

Poczuła nieoczekiwaną panikę, Ten mniej więcej trzydziestoletni, przystojny jak diabli mężczyzna nie wyglądał na takiego, z jakim spodziewała się mieć do czynienia.

W pomieszczeniu jednak nie było nikogo innego: właśnie przed chwilą wyszedł stąd kamerdyner, który ją tu przyprowadził. Zapewne mężczyzna dobrze wiedział, kogo ma oczekiwać.

Kiedy ów dżentelmen, który na jej widok wstał, zaczął taksować ją wzrokiem, nabrała głęboko powietrza, uspokoiła się i wykorzystała tę sposobność, aby mu się dobrze przyjrzeć.

Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, długie kończyny, był smukły, a szerokie ramiona wyraźnie rysowały się pod świetnie skrojonym surdutem. Ciemne włosy o barwie sobolego futra opadały w eleganckich, niefrasobliwych lokach wokół kształtnej głowy; wyraziste rysy twarzy były dość powszechne pośród arystokracji, co tylko umocniło ją w przekonaniu, że właściciel Grange znajduje się wyżej w społecznej hierarchii niż zwykły właściciel ziemski.

Jego twarz przykuwała wzrok. Ciemnobrązowe oczy, w których zobaczyła więcej życia niż smutku – osadzone pod ciemnymi łukami brwi – od razu zwróciły jej uwagę, mimo że ich spojrzenia jeszcze się nie spotkały. Spoglądał na nią, omiatał wzrokiem jej postać. Widziała, jak ocenia jej figurę. Opanowała nieoczekiwany dreszcz.

Znowu nabrała powietrza, tym razem zatrzymała je w płucach. Powoli zaczynała rozumieć, co może oznaczać to szerokie czoło, silny nos, jeszcze silniejsza, nieco kwadratowa szczęka – wszystko to znamionowało mocny charakter, stanowczość i zdecydowanie.

Jego usta… nie pozwalały się skupić. Były raczej wąskie, ich linia sugerowała dużą ruchliwość, która na pewno łagodziła kanciaste, niemal ascetyczne rysy twarzy. Oderwała od nich oczy, ogarniając wzrokiem jego perfekcyjnie dopasowane, subtelnie eleganckie ubranie. W przeszłości widywała już londyńskich dandysów, on zaś, mimo że nie był przesadnie wystrojony, miał na sobie doskonałej jakości strój, a pod szyją fular zawiązany z wprawą w zwodniczo prosty węzeł.

Pod cienkim płótnem koszuli rysowała się muskularna pierś, choć był uosobieniem smukłości i elegancji. Kiedy powolnym, miękkim krokiem wyszedł zza biurka, wyglądał jak drapieżne zwierzę, które porusza się z niebezpieczną, pełną ukrytej mocy gracją.

Zamrugała.

– Czy to pan jest właścicielem zajazdu Pod Czerwonym Dzwonkiem? – nie zdołała powstrzymać pytania.

Zatrzymał się przy narożniku biurka i w końcu spojrzał jej w oczy.

Opanowała ją fala gorąca. Wstrzymała oddech.

– Nazywam się Tallent, Jonas Tallent. – Głos miał głęboki, lecz wyraźny, mówił z akcentem charakterystycznym dla swojej klasy. – To mój ojciec, sir Jasper Tallent, jest właścicielem zajazdu. Obecnie wyjechał, a ja zarządzam majątkiem pod jego nieobecność. Proszę spocząć.

Gestem wskazał jej krzesło przed biurkiem. Musiał stłumić w sobie pragnienie, by podejść i potrzymać oparcie, gdy siadała.

Gdyby była mężczyzną, musiałaby pozostać w pozycji stojącej. Na szczęście była kobietą, bez dwóch zdań. Myśl, że miałaby stać przed nim, a on, siedząc za biurkiem, czytałby jej referencje i wypytywał ją o kwalifikacje, była nie do przyjęcia.

Posłuchała, wyćwiczonym ruchem układając fałdy oliwkowej sukni.

Spojrzał ponad jej głową na Mortimera i teraz zrozumiał jego wahanie, gdy ten określił pannę Beauregard jako młodą kobietę. To przede wszystkim dama.

Jej przodkowie byli widoczni w każdej linii smukłej figury, w każdym wykonywanym z nieświadomą gracją ruchu. Była drobnej, delikatnej budowy, miała piękną, wywołującą szybsze bicie serca twarz o bladej, porcelanowej cerze i rysach, które – gdyby miał natchnienie – mógłby opisać jako wyrzeźbione przez mistrza.

W odniesieniu do jej wydatnych bladoróżowych ust i tak byłoby to niedomówienie. Idealnie kształtne, teraz nieustępliwe, które zapragnął zmiękczyć i zmusić do uśmiechu. Nos miała mały i prosty, a rzęsy długie i bujne. Stanowiły piękną oprawę orzechowych oczu, jakich nigdy dotychczas nie widział. Te przykuwające wzrok oczy spoglądały spod delikatnie wygiętych brązowych brwi, a wokół czoła zwisały niesforne, połyskujące jasnobrązowo loczki. Próbowała upiąć je w koczek na karku, lecz włosy nie chciały się trzymać. Delikatnie zaokrąglony podbródek stanowił jedyny element, który sugerował ukrytą siłę.

Kiedy Jonas wrócił w pobliże fotela, naszła go nieodparta myśl: do licha, co ona wyprawia, ubiegając się o pozycję oberżystki?

– Panno Beauregard…

– Mam trzy listy polecające. Proszę przeczytać. – Szukała czegoś w torebce. W końcu wyjęła złożone kartki, nachyliła się i podała mu je w wyciągniętej ręce.

Musiał je wziąć.

– Panno Beauregard…

– Jeśli pan je przeczyta… – Złożyła dłonie na torebce spoczywającej na kolanach, ruchem głowy wskazując referencje. – … przekona się pan, że mam duże doświadczenie, większe niż wystarczające, aby objąć posadę zarządcy zajazdu Pod Czerwonym Dzwonkiem. – Nie dała mu czasu na odpowiedź, lecz popatrzyła prosto w oczy. – Rozumiem, że posada jest wolna od dłuższego czasu – powiedziała spokojnie.

Przygwożdżony bezpośrednim, niespodziewanie ostrym spojrzeniem musiał zmienić zdanie o pannie Emily Beauregard.

– W rzeczy samej.

Spokojnie patrzyła mu prosto w oczy. Bez względu na wygląd twarda z niej sztuka – pomyślał.

Po chwili niezręcznego milczenia skierowała wzrok na listy, które trzymał w dłoniach, lecz zaraz ponownie spojrzała mu w twarz.

– Jeśli pan woli, mogę sama przeczytać je na głos.

Wzdrygnął się. Ściągnąwszy usta, posłusznie rozpostarł pierwszą kartkę.

Kiedy czytał trzy starannie i identycznie złożone listy, Emily przedstawiała mu swe liczne zalety, przede wszystkim doświadczenie w prowadzeniu domów oraz gospód. Miała przyjemny, uspokajający głos. Od czasu do czasu podnosił głowę, zaskoczony zmianami tonu. Po trzecim razie zrozumiał, że zmiana zachodzi wtedy, gdy opowiadała o wydarzeniu z przeszłości i sięgała do swej pamięci.

Pomyślał, że właśnie te części jej opowiadania są prawdziwe: z pewnością miała doświadczenie w prowadzeniu domu, organizowaniu przyjęć dla wielu gości.

Jednak w kwestii doświadczenia w zarządzaniu gospodą…

– Kiedy byłam zatrudniona Pod Trzema Piórami w Hampstead…

Znowu opuścił głowę i przebiegł wzrokiem jej list polecający z zajazdu Pod Trzema Piórami. Opowieść ustna pasowała do treści listu, w sumie Emily nie powiedziała mu niczego więcej.

Jeszcze raz przyjrzał się uważnie jej anielskiej twarzy, po czym rozważał w myślach, czy wyjawić, że ma pewność co do tego, iż te referencje są sfabrykowane. Pisały je trzy różne osoby – mógłby przysiąc, że dwie z nich były kobietami, co stało w jawnej sprzeczności z podpisami pochodzącymi od rzekomych męskich właścicieli gospód. Trzeciego listu polecającego nie pisała kobieta. Charakter pisma nie był wyrobiony, więc zapewne list napisał chłopak, którego sposób pisania wciąż jeszcze się zmieniał.

Jednak najbardziej znamienne było to, że trzy pisma – rzekomo pochodzące z trzech odległych od siebie miejsc, sporządzone w czasie pięciu lat – były napisane na takim samym papierze, takim samym tuszem i piórem, które miało małą rysę na stalówce.

Poza tym wyglądały na dopiero co napisane, właściwie nowe.

Spoglądając ponad biurkiem na pannę Emily Beauregard, Jonas zastanawiał się, dlaczego po prostu nie zadzwonił po Mortimera, aby ten odprowadził ją do drzwi. Wiedział, że powinien tak właśnie zrobić, jednak tego nie uczynił.

Nie mógł pozwolić jej odejść, nie uzyskawszy odpowiedzi na podstawowe pytanie: Dlaczego dama jej pokroju ubiega się o stanowisko zarządcy gospody?

Wreszcie skończyła tyradę i popatrzyła na niego, pytająco i nieco wyniośle unosząc brwi.

Rzucił referencje na blat biurka i spojrzał jej prosto w oczy.

– Powiem wprost, panno Beauregard. Nie myślałem o zatrudnieniu do tej pracy kobiety, a już szczególnie tak młodej, jak pani.

Przez chwilę nie spuszczała z niego wzroku, lecz potem nabrała głęboko powietrza i dumnie uniosła głowę. Zaciskając zęby, wytrzymała jego spojrzenie.

– Ja też powiem wprost, panie Tallent. Po drodze zajrzałam na krótko do gospody. Okiennice wymagają malowania, a w środku nikt porządnie nie sprzątał od co najmniej pięciu lat. Żadna kobieta nie zasiadłaby w sali biesiadnej z własnej woli, a jest to jedyne miejsce dostępne dla wszystkich. Nie można tam kupić nic do jedzenia, nie można też wynająć pokoju. Krótko mówiąc, zajazd działa teraz jedynie jako knajpa. Jeśli rzeczywiście zarządza pan majątkiem ojca, to musi pan przyznać, że jako inwestycja gospoda Pod Czerwonym Dzwonkiem przynosi jedynie ułamek dochodów, jakie mogłaby potencjalnie dawać.

Mówiła przyjemnym głosem, idealnie modulując ton. Podobnie jak jej twarz, taki sposób wypowiedzi skrywał jej wewnętrzną siłę – i ulokowane gdzieś w głębi napięcie.

Przechyliła głowę, cały czas nie spuszczając z niego wzroku.

– Rozumiem, że zajazd funkcjonuje bez zarządcy od kilku miesięcy?

Ściągnął usta, lecz musiał przyznać jej rację.

– Tak, od kilku.

Zbyt wielu.

– Śmiem twierdzić, że pan z niecierpliwością czeka, by gospoda jak najszybciej zaczęła funkcjonować jak należy, zwłaszcza że w miejscowości nie zauważyłam innego miejsca, w którym mieszkańcy mogliby się spotykać. A więc również miejscowi oczekują, aż ich gospoda znowu będzie działać tak, jak trzeba.

Dlaczego miał wrażenie, że jest osaczany?

Najwyższy czas, by przejął kontrolę nad tą rozmową i dowiedział się tego, czego był ciekaw.

– Proszę mnie oświecić, panno Beauregard, co panią sprowadza do Colyton.

– Zobaczyłam pana ogłoszenie na gospodzie w Axminster.

– A co przywiodło panią do Axminster?

Wzruszyła ramionami.

– Byłam… – Urwała, przyglądając mu się przez chwilę z namysłem. – My, to znaczy mój brat, siostry i ja, po prostu przejeżdżaliśmy tamtędy. – Spuściła wzrok na splecione dłonie spoczywające na torebce. – Podróżowaliśmy całe lato, ale teraz pora wziąć się do pracy.

Jonas mógłby przysiąc, ze to również było kłamstwo. Z pewnością nie podróżowali całe lato… lecz zorientował się, że faktycznie przyjechała z bratem i siostrami. Miała świadomość, że on i tak dowiedziałby się o nich, gdyby dostała tę posadę, więc w tej kwestii powiedziała prawdę.

Zaczynał rozumieć jej zainteresowanie pracą w zajeździe. Rozumiał je zwłaszcza po tym, jak jeszcze raz obejrzał sobie jej suknię – była bardzo praktyczna, dobrej jakości, lecz nie stanowiła ostatniego krzyku mody.

– Ma pani młodszego brata i siostry?

Uniosła głowę, spoglądając na niego uważnie.

– W rzeczy samej. – Zawahała się. – Czy to problem? Dotychczas nigdy nie było z nimi kłopotu. To nie są małe dzieci. Najmłodsze ma… dwanaście lat.

To wahanie było tak nieznaczne, że dostrzegł je tylko dzięki skupieniu, z jakim jej słuchał. Może nie dwanaście, ale nad wiek rozwinięte dziesięć.

– A wasi rodzice?

– Oboje nie żyją. Od wielu lat.

Wyczuł prawdę. Zaczynał rozumieć, dlaczego Emily Beauregard pragnęła uzyskać tę posadę. Ale…

Westchnął i pochylił się do przodu, oparłszy luźno splecione ręce na biurku.

– Panno Beauregard…

– Panie Tallent.

Zaskoczony jej ostrym tonem, rozchylił dłonie i spojrzał w jej orzechowe oczy.

– Myślę, że zmarnowaliśmy już dosyć czasu na krążenie wokół tematu – podjęła. – Prawda jest taka, że pan pilnie potrzebuje zarządcy zajazdu, a ja jestem tu, na miejscu, chętna i wykwalifikowana do podjęcia tej pracy. Czy naprawdę odprawi mnie pan z kwitkiem tylko dlatego, że jestem kobietą i mam młodsze rodzeństwo? Najstarsza siostra ma dwadzieścia trzy lata i pomaga mi w każdej pracy, jakiej się podejmę. Brat ma lat piętnaście i w chwilach wolnych od nauki pracuje razem w nami. Najmłodsze siostry to bliźniaczki, nawet one pomagają, jak tylko potrafią. Jeśli pan mnie zatrudni, oni wszyscy również będą pracowali dla pana.

– Więc pani wraz z rodziną to dla mnie nie lada gratka?

– Tak jest, chociaż, oczywiście, nie pracujemy za darmo. Oczekuję wynagrodzenia w wysokości jednej dwudziestej przychodów lub jednej dziesiątej części zysków na miesiąc. Oprócz tego pokoju do zamieszkania oraz wyżywienia w gospodzie. – Trajkotała niemal bez chwili przerwy na nabranie powietrza. – Zakładam, że pan oczekuje, aby zarządca mieszkał w zajeździe. Zauważyłam, że są tam nizagospodarowane pokoje na poddaszu, które byłyby idealne dla mnie i mojego rodzeństwa. A skoro już jesteśmy na miejscu, mogłabym objąć obowiązki natychmiast…

– Panno Beauregard. – Tym razem przemówił głosem, w którym zabrzmiała zimna stal, tak aby Emily przestała mówić i nie próbowała mu przerywać. Ich spojrzenia skrzyżowały się. – Jeszcze nie zdecydowałem, czy panią zatrudnię.

Nie uciekła wzrokiem ani na sekundę. Między nimi stało biurko, ale zdawało się, że siedzą tuż naprzeciwko siebie. Teraz odezwała się beznamiętnym, nieco stłumionym głosem.

– Panu bardzo zależy, aby jak najszybciej ktoś objął zarządzanie gospodą. A ja chciałabym dostać tę pracę. Czy naprawdę odprawi mnie pan z kwitkiem?

Pytanie zawisło w powietrzu między nimi. Zaciskając usta, mierzył ją wzrokiem, a i ona nie uciekała spojrzeniem. Tak, miała rację, zależało mu na zatrudnieniu kompetentnego oberżysty, a ona była tu, na miejscu…

A gdyby ją odprawił, co by zrobiła? Ona i jej rodzina, którą się opiekowała.

Nie musiał się zastanawiać, aby wiedzieć, że dotychczas nie parała się nierządem, więc jej młodsza siostra z pewnością również tego nie uczyniła. Gdyby ją teraz odprawił, być może ona, a raczej one, w pewnym momencie zostałyby zmuszone, aby…

Nie! Podejmowanie ryzyka nie wchodziło w rachubę, nie mógłby żyć z poczuciem winy. Nawet gdyby nigdy nie poznał prawdy, sama myśl, możliwość, doprowadziłaby go do obłędu.

Spojrzał na nią, mrużąc oczy. Nie czuł się zbyt dobrze, zmuszony do skorzystania z propozycji panny Beauregard; udało jej się tego dokonać. Bez względu na wszystko…

Oderwał od niej wzrok i sięgnął po czystą kartkę. Nie patrząc na siedzącą naprzeciwko kobietę, położył papier na biurku, wziął pióro i, sprawdziwszy stalówkę, otworzył kałamarz. Nabrawszy nieco inkaustu, zaczął szybko pisać.

Mimo że referencje były fałszywe, jej kandydatura była lepsza niż brak jakiejkolwiek innej nadającej się osoby, poza tym ona bardzo chciała dostać tę posadę. Bóg raczy wiedzieć, czy jest wystarczająco przedsiębiorcza, aby podołać obowiązkom. Po prostu będzie ją bacznie obserwował, dopilnuje, aby skrupulatnie rozliczała się ze wszystkich wpływów oraz nie robiła żadnych niestosownych rzeczy. Wątpił, by spijała zapasy z piwniczki, tak jak to czynił Juggs.

Skończył pisać krótki list, wysuszył go bibułą i złożył. Dopiero wtedy podniósł na nią wzrok i ujrzał wpatrzone w niego, szeroko otwarte, pełne wyczekiwania oczy.

Wyciągnął ku niej rękę, w której trzymał kartkę.

– To jest pismo do barmana, Edgara Hillsa. Przedstawiam w nim panią jako nowego zarządcę zajazdu. On i John Ostler to obecnie jedyne osoby, które tam pracują.

Gdy ujęła palcami skraj listu, jej rysy wyraźnie złagodniały. Nie tylko usta – z całego jej oblicza promieniała radość. Przypomniał sobie, że właśnie tego pragnął, zastanawiał się, jak te usta – tak niesamowicie ponętne – mogły smakować…

Lekko pociągnęła kartkę, lecz on nie puszczał.

– Zatrudnię panią na trzymiesięczny okres próbny. – Musiał odchrząknąć. – Potem, jeśli rezultaty pani pracy będą dla wszystkich satysfakcjonujące, otrzyma pani tę posadę bezterminowo.

Puścił list, który szybko schowała w torbie, by po chwili podnieść wzrok. Gdy ich spojrzenia spotkały się, zobaczył jej uśmiech.

W ten prosty sposób wywołała zamęt w jego głowie.

Tak właśnie się czuł, gdy, wciąż uśmiechnięta, wstała. On również podniósł się, wiedziony wyłącznie instynktem, gdyż w tym momencie nie myślał o wyuczonych formach kulturalnego zachowania.

– Dziękuję – powiedziała od serca. Jej spojrzenie, spojrzenie tych orzechowych oczu, wciąż spoczywało na jego twarzy. – Przysięgam, że nie pożałuje pan tej decyzji. Zmienię Pod Czerwonym Dzwonkiem w gospodę, na jaką Colyton zasługuje.

Skłoniwszy grzecznie głowę, odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi.

Chociaż wcale tego nie pamiętał, musiał pociągnąć za sznur od dzwonka, gdyż po chwili zjawił się Mortimer, aby odprowadzić ją do wyjścia.

Wyszła z wysoko podniesioną głową, sprężystym krokiem, jednak ani na chwilę się nie odwróciła.

Jeszcze długo po tym, jak znikła, Jonas stał, spoglądając na puste przejście. Powoli zbierał myśli.

I od razu podziękował Wszechmogącemu za to, że nie ujawniła swego uśmiechu od razu w momencie przybycia.

Rozdział 2

Em energicznym krokiem poszła drogą wiodącą od domu, który właśnie opuściła, by po chwili skręcić w aleję do Colyton.

Miała ochotę podskakiwać z radości. A więc dostała tę pracę, zdołała przekonać pana Jonasa Tallenta, aby powierzył jej posadę zarządcy, mimo że wywarł na niej niezwykłe wrażenie. Wytrącił ją z równowagi. Zupełnie. A przecież zazwyczaj potrafiła się doskonale opanować.

Sama myśl o nim, wypowiedzenie w myślach jego imienia, sprawiały, że przypominała sobie uczucie, jakiego doznawała, gdy spoczywał na niej jego spokojny wzrok. Przypominała sobie to uczucie lekkiego zawrotu głowy, gdy zaglądała w te niezgłębione brązowe oczy, które nie były smutne, co od razu zauważyła, lecz pełne życia i intensywnej głębi – kuszącej głębi, którą nieoczekiwanie dla siebie pragnęła poznać.

Dobrze, że nie podał jej ręki. Nie była pewna, jak by zareagowała, gdyby jego dotyk zrobił na niej tak wielkie wrażenie jak spojrzenie. Mogłaby uczynić coś okropnego, na przykład znacząco wzdrygnąć się lub zadrżeć i zamknąć oczy.

Na szczęście nie musiała poddać się tej próbie.

Wręcz przeciwnie, wszystko ułożyło się dla niej znakomicie.

Nie umiała powstrzymać się od uśmiechu. Pozwoliła sobie na czysto żywiołowy podskok, gdy spojrzawszy przed siebie, ujrzała pierwsze chaty stojące wzdłuż drogi biegnącej z północy na południe przez środek Colyton.

Miejscowość nie była duża, stanowiła jednak siedlisko jej przodków, przez co miała do niej duży sentyment. Była też akuratnej wielkości.

No i mogli tu zostać.

Przynajmniej do czasu odnalezienia skarbu.

Było poniedziałkowe popołudnie, poza nią na drodze nie widać było żywej duszy. W drodze do zajazdu rozglądała się. Nieco dalej po lewej stronie stała kuźnia, za nią był cmentarz, ciągnący się aż do kościoła zbudowanego na wzgórku, stanowiącym zachodnią granicę miejscowości. Przed świątynią błonia rozpościerały się do dużego stawu i dalej, aż do samej drogi. Dokładnie naprzeciwko umiejscowiła się gospoda Pod Czerwonym Dzwonkiem o przebrzmiałej na dziś świetności.

Zatrzymawszy się na krzyżówce z alejką, popatrzyła na nowe miejsce pracy. Poza okiennicami z łuszczącą się farbą fasada budynku była do przyjęcia, przynajmniej na razie. Na zewnątrz wystawiono stoły na kozłach i ławy – przydałoby się im porządne czyszczenie, ale poza tym jak najbardziej nadawały się do użytku. Trzy skrzynki na kwiaty stały puste, ale to łatwo można było zmienić, zresztą je też należałoby pokryć świeżą warstwą farby. Szybki w oknach wymagały porządnego mycia, a resztę trzeba było należycie wyszorować i wysprzątać.

Zerknęła na okna poddasza – przynajmniej tamte pomieszczenia miały dużo światła, albo będą miały po umyciu szyb. Ciekawa była, w jakim stanie są pozostałe pokoje, zwłaszcza gościnne, na pierwszym piętrze.

Spoglądając dalej wzdłuż drogi, omiotła wzrokiem rząd stojących naprzeciwko błoni chatek, aż do większego domu na samym końcu, a pierwszego w wiosce od strony północnej.

Przypuszczała, że to Colyton Manor, rodowy dom jej rodziny. Jej pradziadek był ostatnim z Colytonów, który tam mieszkał przed wielu laty. Wątpiła, by ktokolwiek z żyjących nadal go pamiętał.

Otrząsnęła się z tych myśli, jeszcze raz popatrzyła na gospodę i mimowolnie uśmiechnęła się. Czas rozwiać niepokoje rodzeństwa. Z coraz szerszym uśmiechem skierowała się do drzwi zajazdu.

Siedzieli w rogu, tam, gdzie ich zostawiła, otoczeni stertą podróżnych kufrów i pakunków. Nie musiała nic mówić, aby odgadli prawdę. Jedno spojrzenie na jej wesołą minę wystarczyło, by niebieskookie bliźniaczki o jasnych włosach, te diablice w anielskiej powłoce, wydały radosne okrzyki i podbiegły, aby ją objąć.

– Udało ci się! Udało się! – wołały zgodnym chórem, tańcząc dookoła.

– Tak, ale teraz bądźcie cicho. – Uściskała je szybko i zrobiła kilka kroków dalej, napotykając niebieskie, śmiejące się oczy Issy. Potem z jeszcze weselszą miną spojrzała na Henry’ego, który jako jedyny pozostał ponury i poważny.

– Wszystko dobrze? – spytał.

Henry miał piętnaście wiosen, ale był dojrzały jak czterdziestoletni mężczyzna i czuł na sobie brzemię tych lat. Chociaż wyższy od Em, a teraz nawet od Issy, miał tę samą karnację co najstarsza siostra – jasnobrązowe włosy i oczy, mniej wyrafinowane niż jej orzechowe, a rysy twarzy zdecydowanie bardziej wydatne niż te delikatne, kobiece u Em.

Nie musiał mówić, aby zrozumiała, że bardzo się niepokoił, by w Grange nikt nie wyrządził jej krzywdy.

– Wszystko odbyło się w bardzo cywilizowany sposób. – Uśmiechnęła się uspokajająco, kładąc torbę na stole, przy którym się zebrali. – Okazało się, że ten pan Tallent, który obecnie zarządza majątkiem, jest synem, a nie ojcem, lecz on, pan Jonas Tallent, zachował się tak, jak na dżentelmena przystało. – Spostrzegła, że ta wiadomość wcale nie rozwiała niepokoju Henry’ego, wręcz przeciwnie. – Nie jest wcale taki młody – dodała. – Myślę, że ma ponad trzydzieści lat.

Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że ledwo co skończył trzydzieści lat, lecz samo brzmienie tej liczby, która dla piętnastoletniego Henry’ego była wiekiem wręcz niewyobrażalnym, wystarczyło, aby rozwiać jego obawy. Przy odrobinie szczęścia, zanim spotka się z Jonasem Tallentem, Henry dojdzie do wniosku, że ich pracodawca nie stanowi zagrożenia ani dla niej, ani dla Issy. Że Jonas Tallent to mężczyzna zupełnie innego pokroju niż niektórzy przyjaciele ich wuja.

Pomijając wrażenie, jakie wywarł na niej samej – które zresztą nie wynikło z jego winy, lecz z jej bezprecedensowej wrażliwości – miała absolutną pewność, że Jonas Tallent jest dżentelmenem skrupulatnie przestrzegającym zasad dobrego wychowania w odniesieniu do dam. Miał w sobie coś, co sprawiało, że mimo pewnego niepokoju czuła się w jego towarzystwie całkowicie bezpieczna, jakby on gotów był obronić ją przed każdym zagrożeniem i krzywdą.

Być może był trochę irytujący, lecz mimo to doszła do wniosku, że to człowiek honoru.

Wyjąwszy z torby złożony list napisany przez Tallenta, pomachała kartką w powietrzu, aby przyciągnąć uwagę rodzeństwa.

– Muszę pokazać to barmanowi, nazywa się Edgar Hills. Oprócz niego jedyną osobą zatrudnioną w zajeździe jest stajenny, John Ostler. Proszę was – spojrzała wymownie na bliźniaczki – bądźcie grzeczne, gdy pójdę załatwić tę sprawę.

Dziewczynki usiadły na ławie obok Issy, która uśmiechnęła się z rozbawieniem. Henry siedział w milczeniu, obserwując, jak Em, z torbą w ręku, podchodzi do baru.

Na odgłos zbliżających się kroków Edgar Hills uniósł głowę i popatrzył na nią zdziwiony. Wcześniej usłyszał radosne okrzyki bliźniaczek, lecz nie zrozumiał, o czym rozmawiali. Teraz grzecznie skinął głową, kiedy Emily zatrzymała się po drugiej stronie lady.

– Słucham panią?

Uśmiechnęła się.

– Nazywam się Beauregard. – Podała mu list. – Jestem nowym zarządcą zajazdu.

Nie zdziwiła się, gdy Edgar przyjął tę wiadomość z nieskrywaną ulgą i radością; z natury spokojny i smętny, powitał ją i rodzeństwo w gospodzie, z uśmiechem reagując na żywiołowość bliźniaczek. Potem pokazał im posesję, by wreszcie oddać się do ich dyspozycji, zaczynając od wniesienia ich kufrów i pakunków na pięterko.

Kolejne godziny minęły w wesołej atmosferze, co stanowiło znacznie bardziej radosne zakończenie dnia, niż Em mogłaby sobie wymarzyć. Pokoje na piętrze idealnie nadawały się dla rodzeństwa – Issy, Henry i bliźniaczki zdumiewająco zgodnie dokonali podziału pomieszczeń między siebie; dla każdego z nich znalazło się tam idealne miejsce. Speszona Em stwierdziła, że jej przypadło osobne prywatne mieszkanie. Edgar nieśmiało poprowadził ją do wąskich drzwi u szczytu schodków prowadzących z ogólnej sali na piętro. Na górze z lewej strony przez długość zajazdu ciągnął się szeroki korytarz z pokojami gościnnymi, z widokiem na teren przed gospodą i za nią. Drzwi, które otworzył Edgar, znajdowały się na prawo od schodów, przodem do korytarza. Za nimi zaczynała się domena zarządcy gospody – duży salonik, za nim spora sypialnia z osobną garderobą i łaźnią. Ta ostatnia była połączona wąskimi schodami z tylną częścią sali, tuż obok przykuchennej komórki.

Pokazawszy jej wszystkie pokoje, Edgar mruknął, że pójdzie przynieść jej rzeczy, i wyszedł.

Zostawszy sama – a tak rzadko bywała sama, że pomimo bezbrzeżnej miłości, jaką darzyła rodzeństwo, delektowała się każdą chwilą samotności, która się nadarzała – podeszła do frontowego okna i wyjrzała przez nie.

Zobaczyła plac przed gospodą. Leżące po drugiej stronie drogi błonia były już skąpane w purpurowym cieniu. Na wzgórku widniała wyraźna ciemna sylwetka kościoła na tle rozświetlonego słońcem zachodniego nieba.

Otworzyła okienne skrzydło, nabrała w płuca chłodnego, świeżego powietrza, nasączonego zapachem zielonej trawy i upraw. Gdzieś z oddali dobiegało niesione wieczorną bryzą kwakanie kaczek, głębszy, podobny do dzwonu, żabi rechot.

Issy zdążyła już objąć rządy w kuchni. W domu wuja to głównie właśnie ona zajmowała się gotowaniem. Była lepszą kucharką niż Em, lubiła wyzwania. Wbrew oczekiwaniom Em, Issy poinformowała ją, że kredensy i spiżarnie są zapełnione mniej więcej w połowie, a znajdujące się w nich produkty umożliwiają przygotowanie posiłków. Tak więc Issy przebywała w kuchni, przygotowując kolację.

Przysiadając na parapecie, Em oparła się o ramę otwartego okna. Mimo wszystko będzie musiała uzupełnić zapasy w spiżarniach. Jutro wypyta o wszystkie lokalne miejsca i procedury zaopatrzenia.

Edgar nie mieszkał w zajeździe, lecz codziennie dochodził z chatki znajdującej się na terenie gospodarstwa jego brata na obrzeżach wioski. Spytała go o zakres jego obowiązków; oprócz pracy za barem chętnie zgodził się kontynuować obsługę przybywających gości. Bardzo szybko doszli do porozumienia: ona będzie odpowiadać za zaopatrzenie, organizację oraz wszystko, co ma związek z przywróceniem dawnej funkcji zajazdu, jeśli chodzi o zapewnienie noclegu i wyżywienia, natomiast on będzie nadzorował pracę baru, obserwował zapasy trunków, chociaż to ona miała je zamawiać, i organizować ich dostawę.

Poprosiła Edgara, aby przedstawił ją Johnowi Ostlerowi, mieszkającemu w izbie nad stajnią. Stajnia była schludna i czysta, gdyż od dłuższego czasu nie przebywały w niej konie. John żył dla koni – oceniła, że to nieśmiały, skryty, dobiegający trzydziestki mężczyzna, który pod nieobecność gości utrzymał posadę, pomagając przy wierzchowcach w Colyton Manor.

Od niego dowiedziała się, że Colyton Manor to w istocie ten duży dom stojący dalej przy trakcie, obecnie miejsce zamieszkania rodziny Cynsterów, pani domu zaś to bliźniacza siostra Jonasa Tallenta.

Spoglądając na pogrążone w coraz większym cieniu otoczenie, Em w myślach ogarniała nową domenę. W gospodzie było tylko jedno publiczne pomieszczenie, ogólna sala, lecz zajmowała długość parteru. Frontowe drzwi prowadziły do jej wnętrza, długi bar rozciągał się bardziej w prawo niż w lewo, pozostawiając sporo miejsca przed drzwiami do kuchni, za którymi – w lewym tylnym rogu – znajdowały się schody. Na środku każdej bocznej ściany stał duży kominek z kamienną obudową.

Oceniła, że w głównej sali może jednocześnie zasiadać co najmniej czterdzieści osób. Znajdowały się tam stoły, ławy i krzesła, a nawet fotele w półkolu przed jednym z kominków. Najwidoczniej zwyczajowo utarło się, że część sali na prawo od frontowych drzwi to bar, wyposażony w okrągłe stoły, drewniane krzesła i ławy wzdłuż ścian. Na lewo od drzwi stały ławy obite miękką tkaniną i takie same krzesła i fotele ustawione wokół niższych stolików. Z tyłu, pomiędzy kominkiem i drzwiami do kuchni, znajdowały się prostokątne stoły i ławy, tworząc miejsce przeznaczone do spożywania posiłków.

Sądząc po kurzu zgromadzonym na co wygodniejszych siedziskach i niskich stolikach, Em doszła do wniosku, że to miejsce – zapewne przeznaczone dla kobiet i starszych osób – w ostatnich latach nie było często wykorzystywane.

Miała nadzieję, że to się zmieni. Gospoda taka jak Pod Czerwonym Dzwonkiem powinna stanowić centrum życia miejscowych, łącznie z żeńską połową populacji oraz seniorami.

Poza wszystkim, obecność kobiet i starszych we wspólnej sali powinna wpłynąć na złagodzenie zachowania się mężczyzn. Postanowiła, że ustanowi takie normy i znajdzie sposób, aby wprowadzić je w życie.

Edgar już zdążył jej powiedzieć, a w zasadzie w typowy dla siebie sposób wyszeptać, że klientela zajazdu znacznie zmalała podczas rządów jej poprzednika, niejakiego Juggsa. Nawet podróżni, którzy zwykli zatrzymywać się tu na odpoczynek, z czasem znaleźli sobie inne miejsca.

Miała ogrom pracy, zanim zajazd zacznie znowu w pełni wykorzystywać swój potencjał. Ku swemu zdziwieniu stwierdziła, że to wyzwanie napełniło ją entuzjazmem, a więc uczuciem, jakiego absolutnie się nie spodziewała.

– Ooo, jak tu ładnie. – Do pokoju weszła Gertrude, na którą w rodzinie wołano Gert. Tuż za nią przydreptała Beatrice, czyli po prostu Bea, która z podobnie szeroko otwartymi oczami oglądała wszystko dookoła. Po bliźniaczkach zjawił się Henry, a za nim Issy, ubrana już w fartuch, wycierająca ręce o ściereczkę.

– Kolacja będzie gotowa za pół godziny – ogłosiła z dumą. Zerknęła na Em. – Okazuje się, że to całkiem dobrze wyposażona kuchnia. Udało mi się odnaleźć wszystkie garnki i patelnie. Ktoś położył je w komórce. – Przekrzywiła głowę. – Masz pomysł co do pomocy kuchennej?

Em wyprostowała się i skinęła głową.

– Edgar powiedział mi, kto tu kiedyś pracował jako kucharka, i kto jej pomagał. To miejscowi, i zapewne nadal są wolni, gdybyśmy chcieli ich zatrudnić, a ja powiedziałam, że chcemy. – Spojrzała na Issy skupiona. – Chciałabym, abyś mi pomogła w sporządzeniu jadłospisu i zamawianiu produktów, kiedy już się wypytam o dostawców, ale nie chcę, żebyś gotowała, chyba że w wyjątkowych sytuacjach. – Issy już otworzyła usta, lecz Em uciszyła ją podniesieniem ręki. – Tak, wiem, że nie masz nic przeciwko gotowaniu, lecz nie po to uwolniłam cię z kuchni wuja Harolda, aby zainstalować cię w innej.

Omiotła wzrokiem twarze pozostałych.

– Wszyscy wiemy, po co tu jesteśmy.

– Żeby znaleźć skarb! – wypaliła Bea.

Em odchyliła się nieco, chwyciła zaczep i zamknęła okno. Wysokie głosy bliźniaczek niosły się daleko, a obecnie nikt inny nie musiał znać powodów, dla których znaleźli się w Colyton.

– Tak. – Zdecydowanie kiwnęła głową. – Znajdziemy skarb, ale jednocześnie będziemy normalnie żyć.

Przyjrzała się bliźniaczkom, jednak bez udawanej srogości; doskonale znała ich skłonności.

– Rozmawialiśmy o tym już wcześniej, ale Susan, niestety, zaniedbała waszą edukację. Nie możecie być córeczkami tatusia bez starannego wychowania. Issy, Henry i ja mieliśmy guwernantki, które nasz uczyły. Wy teraz nie możecie mieć nauczycielki, ale Issy, z moją pomocą, może przynajmniej zacząć wasze lekcje.

Bliźniaczki wymieniły spojrzenia, co nigdy nie było dobrym znakiem, ale potem przeniosły wzrok na Em i posłusznie kiwnęły głowami.

– Dobrze – powiedziały chórem. – Spróbujemy i zobaczymy.

O żadnym „zobaczymy” nie mogło być mowy, lecz tę bitwę Em zostawiła na później. Issy, z którą przez wiele godzin rozmawiała o kształceniu dziewczynek, także zgodnie skinęła głową.

Chociaż wszyscy byli Colytonami, dziećmi swego ojca, to bliźniaczki pochodziły z drugiego małżeństwa Reginalda Colytona. Susan, matka dziewczynek, była cudowną kobietą, którą Em, Issy i Henry szczerze pokochali, lecz pochodziła z innej klasy. Dopóki żył ojciec, dopóty nie miało to większego znaczenia, lecz po jego śmierci, gdy bliźniaczki miały zaledwie dwa lata, rodzina została rozdzielona. Harold Potheridge został wyznaczony na opiekuna Em, Issy oraz Henry’ego, po czym zabrał ich do swojego domu, Runcorn Manor w Leicestershire, a bliźniaczki, naturalną koleją rzeczy, zostały z Susan w Yorku. Chociaż Em i Issy regularnie korespondowały z Susan, a jej listy do nich zawsze były radosne, to po jej śmierci, gdy dziewięcioletnie sieroty pojawiły się niezapowiedziane u drzwi Harolda, Em i Issy dowiedziały się wystarczająco dużo od tych niewinnych istot, by pojąć, że z Susan nie wszystko było tak, jak myślały – jak dano im do zrozumienia.

Małżeństwo, o którym ich zawiadomiła, w ogóle nie doszło do skutku.

A bliźniaczki nie otrzymały żadnej edukacji.

Em była zdeterminowana, aby naprawić to ostatnie zaniedbanie, a na szczęście obie dziewczynki były z rodu Colytonów, więc odznaczały się bystrym umysłem i uczyły się szybko, gdy udało się je przekonać do takiego poświęcenia.

Z drugiej strony, zmuszenie ich, potomkiń Colytonów – osób uwielbiających ponad wszystko eksplorację – do skupienia się na lekcjach nie należało do zadań łatwych.

Em spojrzała na Henry’ego. Z nim nigdy nie było tego rodzaju problemów. Uwielbiał naukę, która była dla niego sposobem na badanie świata poza dostępnymi fizycznie granicami.

– Znajdziemy dla ciebie nauczyciela. Nie możesz zaniedbać nauki.

Poważnie skinął głową.

– Mimo wszystko będę pomagał w gospodzie. Tak będzie uczciwie.

Em przytaknęła, lecz jednocześnie kolejny raz wymieniła spojrzenia z Issy. Postarają się, aby Henry poświęcał czas przede wszystkim na naukę. Elementem umowy, którą Em dawno temu zawarła z Haroldem, a o której Henry nigdy się nie dowiedział, było to, że w zamian za usługi świadczone przez Em i Issy w ramach prowadzenia domu Harold miał zapewnić lekcje dla chłopca u miejscowego wikarego wykształconego w Oksfordzie i zapalonego badacza.

Tego jednego zobowiązania Harold rzeczywiście dotrzymał, wiedząc, że wówczas Em i Issy pozostaną na miejscu – będą prowadzić mu dom, zapewniać wszelkie wygody bez dodatkowych opłat. Tak więc obecnie Henry był na dobrej drodze, by zostać uczonym, czego zawsze pragnął. Musiał rozpocząć przygotowania do wstąpienia na uniwersytet, mimo że miało to nastąpić dopiero za kilka lat.

– Opowiedz nam jeszcze raz o skarbie. – Gert zaczęła podskakiwać na jednym z foteli, wzbijając w powietrze tuman kurzu.

Bea natychmiast zaczęła ją naśladować, z podobnym skutkiem.

– Jeśli usiądziecie spokojnie – stwierdziła szybko Em. Ponieważ opowieść o rodzinnym skarbie była jedyną, której rodzeństwo nigdy nie miało dosyć, bliźniaczki posłusznie znieruchomiały, wlepiając w nią wzrok. Em zerknęła na Issy, która aprobująco machnęła ręką.

– Mamy dużo czasu. Postawiłam garnek na ogniu, jedzenie samo się ugotuje.

Issy i Henry przysiedli na sofie. Em zapisała sobie w pamięci, że przed snem musi odkurzyć pokój, po czym przeniosła wzrok na bliźniaczki i zaczęła:

– Dawno temu, w czasach sir Waltera Raleigha i hiszpańskich konkwistadorów, jeden z Colytonów, a był to pirat i kapitan własnego okrętu, zdobył hiszpański galeon pełen skarbów.

Dalej nastąpił opis kapitana, jego statku, rejsu i bitwy, która zakończyła się wspaniałym zwycięstwem odniesionym przez ich przodka.

– Jako swoją część z podziału łupów przywiózł do domu skrzynię pełną złota i klejnotów. Jego żona, mieszkająca tutaj, w Colyton, stwierdziła, że rodzina już wcześniej była wystarczająco zamożna, wiedziała bowiem, że gdyby jej mąż i jego bracia, sami poszukiwacze przygód, jak wszyscy Colytonowie, zatrzymali sobie skarb, zostałby on wykorzystany na zakup okrętów i finansowanie kolejnych wypraw. Zaproponowała, aby zamiast tego większą część ukryć w miejscu znanym tylko Colytonom, by mogły zeń skorzystać przyszłe pokolenia, gdyby znalazły się w kłopotach. Chodziło o to, żeby nazwisko Colyton nie wymarło i aby zapewnić rodzinie materialne bezpieczeństwo, na co wszyscy mężczyźni w rodzinie wyrazili zgodę. – Em przerwała i uśmiechnęła się do wpatrzonych w nią czterech nabożnie skupionych twarzyczek. – Tak więc skarb ukryto w wiosce, a miejsce skrytki zaszyfrowano w rymowance i przekazywano z matki na dziecko; szczególnie dbano, by poznała ją żona pierwszego syna, i w ten sposób rymowankę przekazywano kolejnym pokoleniom.

– I nam! – zawołała radośnie Gert.

Em kiwnęła głową.

– Tak, nam. Jesteśmy ostatnimi Colytonami, potrzebujemy tego skarbu i właśnie po to tu jesteśmy, w Colyton.

– Skarb Colytonów spoczywa w Colyton – zaintonował Henry, powtarzając rymowankę, którą wszyscy znali na pamięć.

– W najwyższym domu, w domu najwyższych na piętrze najniższym – podjęła Issy.

– Leży w stosownej komorze, którą tylko Colyton otworzy – dokończyła instrukcję Em, ku uciesze bliźniaczek.

– Więc teraz tu jesteśmy – stwierdziła Bea – i odnajdziemy skarb.

– Tak jest. – Em wstała. – Ale najpierw zjemy kolację. Jutro znajdziemy nauczyciela dla Henry’ego, a wy rozpoczniecie naukę z Issy, gdy ja tymczasem zacznę porządki w gospodzie. – Chwyciła bliźniaczki za ręce, ściągnęła je z foteli i skierowała ku drzwiom. – Teraz jesteśmy tutaj, mamy dach nad głową, możemy tu spokojnie mieszkać przez kilka miesięcy, wszyscy mamy też swoje zadania, więc lepiej zachowajmy nasze poszukiwania w tajemnicy i prowadźmy je tylko w wolnym czasie. Skoro już jesteśmy na miejscu, nie ma potrzeby się śpieszyć.

– Więc zachowamy skarb w tajemnicy – powiedziała Gert.

– A wykonując inne zadania, po cichu będziemy go szukać. – Em zatrzymała przyrodnie siostrzyczki koło drzwi i zajrzała w ich jasne oczy. – Obiecajcie mi, że same nie będziecie szukać skarbu, nawet po cichu, bez spytania mnie o pozwolenie.

Czekała, wiedząc, że nie ma sensu żądać, aby zostawiły poszukiwania wyłącznie jej.

Na ustach bliźniaczek pojawiły się identyczne uśmiechy.

– Obiecujemy – powiedziały zgodnie.

– Dobrze. – Em puściła siostry, a gdy te pobiegły po schodach, odwróciła się do Issy. – Teraz musimy je nakarmić i zagonić do łóżka.

Jeszcze przed ósmą Em z zadowoleniem stwierdziła, że bliźniaczki, Henry i Issy zadomowili się w swoich pokojach, a i jej udało się odkurzyć kwaterę na tyle, by później spokojnie pójść spać.

Rozłożywszy na łóżku świeżą pościel, wyszła. Już uprzedziła Edgara, że zejdzie, aby przyjrzeć się klientom, zorientować, jaki ich typ zagląda do gospody, dzięki czemu zdecyduje, jakie przekąski i posiłki będą dla nich najbardziej odpowiednie.

Schodząc cicho głównymi schodami, zatrzymała się w połowie drogi i ogarnęła wzrokiem z tego miejsca główną salę. Zauważyła kilku mężczyzn opartych o bar i dwie pary starszych, siedzących przy stolikach koło pustego kominka.

Pogoda tego dnia była przyjemna, lecz Em pomyślała, że ogień w kominku ociepliłby atmosferę. Schodząc, pomyślała o tym, aby do listy zakupów dopisać drewno na opał.

Gdy zeszła z ostatniego schodka, miała świadomość ukradkowych spojrzeń, jakie goście rzucali w jej kierunku, chociaż żaden z nich nie spojrzał jej w oczy, gdy rozglądała się po pomieszczeniu. Z pewnością już dowiedzieli się o jej nowej posadzie. Wyczuła w ich spojrzeniach zainteresowanie i wyczekiwanie, więc szczelniej owinęła ramiona szalem i skręciła do kuchni.

Krążąc po pustej kuchni, weszła do wąskiego korytarzyka między zapleczem a kantorkiem zarządcy gospody. Już wcześniej zwiedziła to ostatnie pomieszczenie, w którym oprócz starych kwitów nie znalazła innych dokumentów, z których zapewne korzystał Juggs – ani ksiąg rozrachunkowych, ani rachunków – z których mogłaby odczytać nazwiska dostawców.

Sposób funkcjonowania zajazdu w przeszłości był owiany mgiełką tajemnicy, lecz zadanie rozwiania jej Em wyznaczyła sobie na dzień następny. Dziś zadowoli się rekonesansem odnośnie do obecnych klientów gospody.

Zatrzymawszy się przed drzwiami kantoru, ukrytymi w głębokim cieniu korytarza, ponownie przyjrzała się gościom, notując w pamięci listę potraw, na jakie byliby gotowi wydać pieniądze. Zastanawiała się, ilu z nich ma żony, zwłaszcza takie, które mogłyby skusić się na skorzystanie z dobrodziejstw czystej i zadbanej gospody.

Dodała do listy zakupów duży słój wosku pszczelego, najlepiej z nutą cytrynowego lub lawendowego aromatu.

Przyglądała się dwóm siedzącym razem mężczyznom, gdy nagle wyczuła za plecami czyjąś obecność… Poczuła ten specyficzny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.

– To Hector Crabbe. Mieszka w małej chacie na południe od wioski.

Natychmiast rozpoznała głęboki głos, mimo że był uwodzicielsko ściszony do szeptu. Mężczyzna szeptał wprost do jej ucha. Powodowana czystą dumą skrzyżowała ręce pod biustem, zaciskając mocno ramiona. Włożyła dużo wysiłku, by się mimo chęci nie odwrócić. Zmusiła się do tego, aby odpowiedzieć mu lekkim tonem.

– Który z nich to Crabbe?

Nastała chwila milczenia. Bez wątpienia mężczyzna oczekiwał od niej bardziej stosownego sygnału, potwierdzającego jego obecność. Jednak ona nawet nie drgnęła.

– To ten z brodą.

– Żonaty?

– Tak sądzę. – Niemal słyszała jego myśli. – A dlaczego pani pyta?

– Ponieważ… – odparła, po czym wiedziona tajemniczą siłą rzuciła mu spojrzenie przez ramię – zastanawiałam się, czy mogłabym skłonić panią Crabbe i inne podobne do niej kobiety do tego, aby odwiedzały gospodę i korzystały z sali jako z miejsca spotkań miejscowej społeczności.

Przeniosła wzrok na gości, usilnie ignorując nagłe łomotanie serca. Z tak bliskiej odległości oczy Jonasa nawet w półmroku były pełne wyrazu, urzekające.

– Czy wie pan, gdzie teraz kobiety spotykają się na pogaduszki?

Tym razem usłyszała w jego głosie wyraźne zainteresowanie.

– Nie mam pojęcia, czy w ogóle się spotykają.

Uśmiechnęła się i jeszcze raz spojrzała przez ramię.

– Tym lepiej dla nas.

Jonas popatrzył w jej oczy i ponownie odczuł zniewalającą siłę jej uśmiechu.

Sam nie wiedział, czy poczuł rozczarowanie, czy też ulgę, gdy po chwili odwróciła wzrok i skupiła go na obecnych w sali mężczyznach.

– A kim jest rozmówca Crabbe’a?

Powiedział jej, a ona zaczęła pytać o kolejnych gości: o ich imiona, miejsce zamieszkania, stan małżeński. Udzielał tych informacji nieco zbity z tropu i lekko poirytowany, że ona z taką łatwością nie tyle odrzuciła, co zignorowała wiszącą w powietrzu chemię. Mógłby się zastanawiać, czy w ogóle ją odczuła, ale spostrzegł, jak w pierwszej chwili wyraźnie wstrzymała oddech. Jednak nie zauważył, jak mocno ściskała się za łokcie, jakby to miało utrzymać ją na miejscu.

W pełni doceniał walory tego spontanicznego spotkania; stojąc tak blisko niej, na tyle blisko w panującym tu półmroku, by poczuć delikatny aromat jej skóry i lśniących włosów, sam doświadczył lekkiego zawrotu głowy.

Co było… niezwykłe. Nigdy dotychczas nie spotkał kobiety, nie mówiąc już o damie, która zupełnie bez wysiłku go pociągała, która z taką łatwością wzbudzała jego niesłabnące zainteresowanie.

Określenie „bez wysiłku” było jak najbardziej adekwatne. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ona nie miała i nie ma zamiaru wywierać na niego wpływu.

Ani też go pociągać.

Bóg jeden wiedział, że jej obecne zachowanie działało na niego niczym największa pokusa.

Szkoda, że on jest… jeszcze bardziej uparty niż ona, przynajmniej takie odniósł wrażenie.

Gdy skończyli rozmowę o obecnych gościach, odwróciła się do niego bokiem i przelotnie spojrzała mu w twarz.

– Zajrzałam do kantoru, lecz nie znalazłam żadnych rachunków ani zapisów księgowych. Czy pan je ma?

Nie od razu odpowiedział. Nie od razu bowiem zrozumiał sens pytania, zbyt zajęty rozważaniem niesamowitych możliwości, jakie dawało ich umiejscowienie. Korytarz był krótki, wąski i pogrążony w półmroku. Stał dość blisko za nią. A teraz ona odwróciła się… a czubek jej głowy ledwie sięgał jego obojczyka. Aby spojrzeć na jego twarz, musiała odchylić głowę i podnieść ją… cały czas stojąc tak blisko, że gdyby głęboko nabrał powietrza, połami surduta otarłby się o jej piersi. Spojrzał jej w oczy i nawet w tak niewielkiej ilości światła zauważył, jak walczyła ze sobą, by cofnąć się o krok. Jednak słusznie przypuszczał, że uparta z niej osóbka. Jedynie zakołysała się lekko, w instynktownej próbie powiększenia dzielącego ich dystansu, lecz pozostała na miejscu.

Ta chwila przeciągała się, sytuacja stawała się niezręczna. W końcu Jonas skapitulował, cofnął się o krok i płynnym ruchem zaprosił ją do kantoru.