Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kusicielka - Margaret Moore

Anglia, okres średniowiecza.

Ona zagina na niego parol. On długo kluczy i robi uniki. Uważa, że jest dla niej za stary. Wydaje mu się też, że wciąż kocha piękność, która porzuciła go dla bogatego arystokraty. Urocza Beatrice jest niczym żywe srebro. Nikt by się nie domyślił, że ta młodziutka dziewczyna ma za sobą rodzinny dramat. Napiętnowana jako córka zdrajcy nagle znajduje się poza nawiasem społeczności. Na szczęście, przyjaciele biorą ją pod swoje skrzydła. Właśnie w ich domu poznaje sir Ranulfa. Starszy od niej, niesłychanie męski, cieszący się zasłużonym uznaniem rycerz, urasta w jej oczach do ideału. Początkowe zauroczenie przeradza się w głębokie uczucie. Beatrice jest gotowa na wszystko, byle tylko zdobyć ukochanego

Opinie o ebooku Kusicielka - Margaret Moore

Fragment ebooka Kusicielka - Margaret Moore

TłumaczyłaAnna Pietraszewska

Tytuł oryginału: Hers to Desire

Pierwsze wydanie: Harlequin Historical Romance, 2006

Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska

Redakcja: Władysław Ordęga

Korekta: Jolanta Spodar

© 2006 by Margaret Wilkins

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequini znak serii Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

Skład, łamanie i projekt okładki: COMPTEXT ®, Warszawa

ISBN 978-83-238-8182-7

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Słowo o autorce

Margaret Moore, wielokrotnie nagradzana autorka, której książki znajdują się na listach bestsellerów USA Today, bardzo wcześnie podjęła pierwsze próby literackie. Studiowała literaturę na uniwersytecie w Toronto, uzyskując licencjat. Zadebiutowała w 1991 roku, publikując romans historyczny w Wydawnictwie Harlequin (Harlequin Enterprises). Dziś jest autorką ponad dwudziestu pięciu powieści, które zostały przetłumaczone i ukazały się w kilkunastu krajach. Pisze także książki dla dzieci i współpracuje z HarpersCollins Children's Books. Margaret Moore zaprasza na swoją stronę internetową: www. margaretmoore. com.

,,Margaret Moore to mistrzyni narracji, któraumiejętnie potrafi niezwykle ciekawie opowiadać o dawnych czasach”.

,,Affaire de Coeur”

,,Znakomicie napisane powieści historyczne pióra laureatki licznych nagród, Margaret Moore, zasłużenie cieszą się ogromną popularnością wśród czytelników”.

,,Dunder the Covers”

,,Autorka, która wie, jak umiejętnie pokazać w powieści historycznej wątek miłosny na tle bogatego tła opisywanej epoki”.

Prolog

Środkowa Anglia, rok 1228

Strach to twój najgorszy wróg, wyrzeknij się wszelkich ludzkich uczuć i słabostek – taką naukę wpoili chłopcu ojciec tyran i prześmiewca oraz skorzy do bitki starsi bracia. Po śmierci matki domostwo de Beauvieux stało się pozbawionym ciepła siedliskiem zgorzknienia i przemocy. Ranulf nie rozpaczał więc, kiedy jako dwunastoletniego wyrostka przegnano go precz. Nie uronił ani jednej łzy, gdy rozsierdzony rodzic smagał go batogiem, wyklinał pod niebiosa i wyzywał od najgorszych. Uciekał, lecz nie przed razami. Wziął nogi za pas, aby wreszcie poznać smak wolności, by wyzwolić się spod władzy krewnych.

Od samego początku wiedział, co uczyni i dokąd się uda. Pójdzie do zamku sir Leonarda de Brissy'ego i nauczy się władać mieczem. Już dawno umyślił sobie zostać rycerzem. Podróż okazała się dłuższa i o wiele bardziej męcząca, niż przypuszczał. Mimo wyczerpania, dotarłszy do celu, uniósł dumnie głowę i wyprostował mężnie ramiona.

– Wiedźcie mnie natychmiast przed oblicze mistrza Leonarda – rzekł stanowczo do zdumionych wartowników, którzy strzegli drewnianych wrót.

– Ktoś ty i co cię sprowadza? – zapytał starszy z mężczyzn, spoglądając na przybysza spod zmarszczonych brwi. Zmierzwiona ruda czupryna i postrzępione odzienie wskazywały na to, że ma do czynienia z biednym jak mysz kościelna ulicznikiem. Młokos nosił się wszakże niczym udzielny książę i przemawiał jak wielmoża.

– Jestem Ranulf, syn lorda Faulka de Beauvieux – oznajmił dumnie. – Przybyłem na nauki do sir Leonarda.

– Wiedz, że to nie takie proste, chłopcze. Sir Leonard sam wybiera wychowanków. Nie wystarczy zwyczajnie zażądać, by cię przyjęto.

– Ręczę, że dla mnie sir Leonard zrobi wyjątek.

Drugi ze strażników gwizdnął pod nosem.

– Takiś pewny swego, zuchwalcze?

– Powiadam wam, zwę się Ranulf de Beauvieux i chcę mówić z mistrzem de Brissym. Przeszedłem... to jest... przebyłem szmat drogi, aby się z nim zobaczyć.

Choć Ranulf wciąż usiłował zachować pozory śmiałości, powoli opadała go desperacja. Czyżby wędrował w nieskończoność na próżno? Kradł jadło i sypiał pod gołym niebem, żeby teraz odejść z kwitkiem?

– Przyszedłeś piechotą? – Młodszy wartownik spojrzał na niego z niejakim podziwem. – Pochodzisz z daleka, jak mniemam?

– Wytłumaczę się przed sir Leonardem, nie przed tobą.

– A z czegóż to będziesz mi się tłumaczył, młodzieńcze? – rozległ się raptem szorstki męski głos.

Strażnicy wyprostowali się jak na komendę. Ranulf przyjrzał się z uwagą wysokiemu, siwowłosemu mężczyźnie, który zmierzał ku nim raźnym krokiem. Miał na sobie kolczugę oraz czarną tunikę. Ogorzałe oblicze szpeciło kilka blizn, a przenikliwe błękitne oczy wpatrywały się w chłopca, jakby próbowały zajrzeć w głąb jego duszy. Ranulf odgadł, że za chwilę stanie przed mistrzem Leonardem. Uzmysłowił sobie, że jeżeli de Brissy wyczuje w nim choćby cień fałszu, odprawi go bez wahania. Musi zatem powiedzieć prawdę. W przeciwnym razie nie nauczy się walczyć i nigdy nie zostanie wojownikiem.

Skłonił się i rzekł:

– Sir Leonardzie, jestem Ranulf, syn lorda Faulka de Beauvieux. Pokornie proszę, panie, byś przyjął mnie do swego domu i wyuczył wojennego rzemiosła.

– Słyszałem to i owo o twoim ojcu – odparł chłodno de Brissy.

Stary de Beauvieux znany był z bezprzykładnego okrucieństwa oraz skłonności do pijaństwa. Młodzik odziedziczył po zapalczywym rodzicu nie tylko ostre rysy, lecz także smukłą posturę i wyniosłą postawę. Ryża czupryna i zielonobrązowe oczy wyrostka zmiękczyły serce starego rycerza. Przypominały mu matkę chłopca, piękną i łagodną niewiastę, której nie widział od z górą dwudziestu lat. W przeciwieństwie do syna brakowało jej uporu i determinacji. Gdyby była nieco mniej uległa, być może zdołałaby uniknąć skojarzonego przez rodziców małżeństwa.

Tak czy owak młodzik z miejsca mu się spodobał. De Brissy wyczuwał w nim zapał i niezłomną siłę woli. Chłopak posiadł również niezwykłą dla tak młodego wieku umiejętność panowania nad własnymi emocjami. Leonard widywał podobny hart ducha jedynie u gruntownie wyszkolonych i zaprawionych w bojach rycerzy. Tak, instynkt go nie myli, uznał. Młokos wyjdzie na ludzi. Dla jednych będzie nieocenionym sprzymierzeńcem, dla innych nieprzejednanym przeciwnikiem. Biada tym, którzy znajdą w nim wroga.

– Znałem ongiś twoją matkę – odezwał się przyjaźnie. – Wezmę cię pod swój dach przez wzgląd na nią, Ranulfie de Beauvieux.

Niewysłowiona ulga niemal odebrała młodzieńcowi mowę, uznał wszakże, że już na wstępie wypada mu poruszyć pewną istotną kwestię.

– Nie jestem i nie będę jednym z Beauvieux. Ojciec przepędził mnie z domu. Nie chcę więcej oglądać ani jego, ani braci.

– A czemuż to zostałeś wygnany?

– Wyznam ci wszystko jak na spowiedzi, panie, ale na osobności. Wolałbym, aby rodzinne swary nie stały się pożywką dla plotek.

Sir Leonard nie skwitował jego życzenia śmiechem ani nie poczuł się urażony.

– Skoro tak – rzekł – pójdź za mną, chłopcze. Coś mi się zdaje, że mamy sporo do omówienia.

Rozdział pierwszy

Kornwalia, rok 1244

Pan na zamku Tregellas niespokojnie wiercił się na dębowym krześle.

– Na rany Chrystusa, czemuż to tyle trwa? – wymamrotał pod nosem.

Lord Merrick był mężem z natury statecznym i nad wyraz powściągliwym. Dziś jednak rozsądek i opanowanie całkowicie go opuściły. Nie bez przyczyny, ma się rozumieć. Umiłowana małżonka jego lordowskiej mości od rana cierpiała katusze, wydając na świat pierwszego potomka. Jak to zwykle w takich razach bywa, wszystkich domowników dopadła nerwowa gorączka. Służba stąpała na palcach, nie śmiejąc wyrzec słowa, nawet psy leżały nieruchomo na matach przykrywających podłogę. Jedynie rudowłosy towarzysz przyszłego ojca sprawiał wrażenie kompletnie nieporuszonego. Pogładziwszy brodę, skosztował wina i zauważył rzeczowym tonem:

– Ponoć bywa, że schodzi się dwa, a nawet trzy dni.

Lord Merrick łypnął na niego spod przymrużonych powiek.

– Też mi pociecha, słowo daję!

Wargi Ranulfa wykrzywiły się w krzywym uśmiechu.

– Sądziłem, że moje słowa natchną cię otuchą. – Usłyszawszy w odpowiedzi urągliwe prychnięcie, westchnął i dodał pojednawczo: – Powiadam ci, drogi przyjacielu, tam na górze wszystko pójdzie jak z płatka. Zdaje nam się, że czekamy całą wieczność, ale śmiem twierdzić, że twojej Constance czas wlecze się o wiele bardziej. Długi połóg to nic nadzwyczajnego, zwłaszcza za pierwszym razem. Po cóż rwać włosy z głowy na zapas? Bądź cierpliwy. Dam sobie rękę odjąć, że ani matce, ani dziecięciu nie grozi nic złego.

– Myślałby kto, żeś taki znawca – obruszył się podenerwowany małżonek. – Co ty tam możesz wiedzieć o babskich... przypadłościach.

– Słusznie prawisz – odparł stoicko de Beauvieux. Opryskliwość kompana nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia, jako że dawno do niej przywykł. – Nie wyznaję się na tych sprawach, ale swój rozum mam. Podpowiada mi, że nie ma czym się trwożyć. Gdyby, Boże uchowaj, coś było nie tak, akuszerka posłałaby po ciebie i kazałaby sprowadzić księdza. Ani chybi wyprosiłaby też z komnaty lady Beatrice.

Choć nie wypadało mu powiedzieć tego na głos, uważał, że Bea nie powinna towarzyszyć kuzynce w takiej chwili. Oglądanie narodzin, to, jak sądził, niezbyt przyjemny widok, poza tym obecność dziarskiej i nieprzewidywalnej młódki nierzadko bywała uciążliwa. Bea gotowa zagadać krewniaczkę na śmierć. Gdyby sam cierpiał na łożu boleści, raczej nie chciałby, aby skakała wokół posłania, racząc go bez ustanku najnowszymi plotkami, albo, co gorsza, niezliczonymi opowieściami o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu.

– Constance pragnęła mieć ją przy sobie – wyjaśnił gospodarz, jakby czytał w myślach Ranulfa. – Są dla siebie jak siostry.

Nie trzeba mu było o tym przypominać. Ranulf doskonale wiedział, że Beatrice znalazła schronienie tylko dzięki nadzwyczajnej zażyłości z lady Tregellas. Gdy ojca ścięto za zdradę stanu, Beę pozbawiono majątku i pozycji. Pozostał jej jedynie tytuł, który również by jej odebrano, gdyby mąż kuzynki nie wstawił się za nią u księcia Kornwalii.

– Nie zniosę dłużej tej bezczynności – zaczął Merrick, poderwawszy się z miejsca. – Idę. – Przystanął w pół kroku, kiedy raptem otworzyły się drzwi i w progu stanął nieznany de Beauvieux mężczyzna. Przybysz miał przemoczone do suchej nitki odzienie, a jego pierś wznosiła się i opadała w urywanym oddechu.

– Panie! – zawołał, przemierzając pospiesznie westybul.

– To Myghal, przyboczny szeryfa Penterwell, jednego z pomniejszych majątków – wyjaśnił Merrick.

– Przynoszę złe wieści, panie – oznajmił Myghal, potwierdzając domysły de Beauvieux. – Sir Frioc nie żyje – dodał zwięźle.

Frioc był tęgim jegomościem o szlachetnym sercu i łagodnym usposobieniu. Lord Tregellas uczynił go kasztelanem wkrótce po przejęciu schedy po zmarłym ojcu.

– Jak do tego doszło? – spytał Merrick. Jego twarz pozostała jak zwykle niewzruszona, lecz Ranulf usłyszał w głosie przyjaciela szczere zatroskanie.

– Nieszczęśliwy upadek na łowach, wasza lordowska mość. Sir Frioc ścigał zająca. Straciliśmy go na moment z oczu, a kiedyśmy go odnaleźli, leżał bez życia na wrzosowisku ze skręconym karkiem. Okulały koń błąkał się nieopodal. Hedyn sądzi, że zwierz się potknął i zrzucił jeźdźca z siodła.

Hedyn pełnił funkcję szeryfa Penterwell jeszcze za czasów poprzedniego feudała. Merrick uznał go za męża godnego zaufania i pozostawił na urzędzie po odziedziczeniu włości po swym świętej pamięci rodzicu.

Myghal sięgnął za pazuchę i wyjął skórzaną sakiewkę.

– Mam pismo od szeryfa dla waszej lordowskiej mości.

– Idź do kuchni, niech cię nakarmią i napoją. – Tregellas wyjął list i złamał pieczęć. – Każę przygotować dla ciebie izbę na nocleg.

Po wyjściu posłańca zerknął w stronę schodów wiodących do alkierza, po czym zasiadł na ławie i odczytał widomość. De Beauvieux starał się nie okazywać zniecierpliwienia. Dopił wino i odstawił na bok puchar. Wyczekiwał kolejnych słów towarzysza, lecz ten milczał jak zaklęty, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w zdobiący ścianę gobelin.

– Szkoda Frioca – zagaił ostrożnie Ranulf. – Zacny był z niego człek.

Merrick kiwnął milcząco głową i znów spojrzał w górę. Jego myśli nieustannie biegły ku żonie.

– Szczęście, że nie pozostawił po sobie wdowy ani potomstwa. O ile mnie pamięć nie myli, nie miał synów, którzy zechcieliby uzurpować sobie prawo do przejęcia jego stanowiska. Zresztą, tobie przypada w udziale przywilej mianowania nowego kasztelana, no nie?

Merrick wsunął pismo do kieszeni tuniki.

– Nie inaczej.

– Zdecydowałeś już, na kogo spadnie ten zaszczyt?

– Owszem. Potrzebuję kogoś lojalnego, całkowicie godnego zaufania. Dlatego też postanowiłem powierzyć kasztelanię tobie.

Ranulf nie miał ochoty brać na barki tak wielkiej odpowiedzialności. Na cóż mu nowe zobowiązania? Wystarczy przysięga wierności, którą złożył pobratymcom oraz monarsze. Roześmiał się z przymusem, aby ukryć zmieszanie.

– Wdzięczny ci jestem, żeś o mnie pomyślał, ale prawdę rzekłszy, wolałbym jak najszybciej opuścić Kornwalię. Pomnij na to, że zatrzymałem się w tych stronach przejazdem. Miałem dowodzić tutejszą chorągwią tylko przez pewien czas.

– Tak czy inaczej, zasłużyłeś na to, by objąć urząd na zamku.

Schlebiało mu, że Merrick ma o nim tak wysokie mniemanie, niemniej całą swą istotą burzył się przeciw temu, by przyjąć darowaną funkcję. Dary mają to do siebie, że mogą zostać odebrane, a Ranulf niczego nie lękał się tak bardzo, jak poczucia straty. Nie zniósłby, gdyby spotkało go kolejne niepowodzenie, a jego słabość wyszła na jaw. Skłonił uprzejmie głowę i rzekł:

– Jeszcze raz z serca ci dziękuję, obawiam się wszakże, iż Penterwell leży nazbyt blisko morza. Wilgoć mogłaby okazać się zgubna dla moich nie najmłodszych kości. Już teraz łupie mnie w krzyżu, gdy zbiera się na deszcz.

Lord Tregellas obrzucił go przenikliwym spojrzeniem, którego nie powstydziłby się sam mistrz de Brissy.

– Masz mnie za głupca? Miałbym dać wiarę temu, żeś zbyt zgrzybiały, by przejąć pieczę nad jedną z moich ziem? Toż to czcze wykręty, nic więcej!

– Bogu dzięki, potrafię jeszcze władać mieczem – odparował Ranulf. – Jeśli mam być szczery, nie przemawia do mnie perspektywa dokonania żywota na zbieraniu danin.

– Zapewniam, że chodzi o znacznie więcej. Właśnie dlatego wybrałem ciebie. Potrzebny mi ktoś, na kim mogę całkowicie polegać. Doszły do mnie pewne niepokojące wieści...

Wtem przeszył powietrze rozdzierający krzyk. Przerażony Merrick pobladł jak płótno i poderwawszy się na równe nogi, dopadł do pulchnej służącej, która pojawiła się właśnie na schodach.

– Co to było? – gorączkował się Tregellas.

– Nic złego, panie – uspokoiła go Demelza, wygładzając fałdy spódnicy. – Idzie ku końcowi. Za pozwoleniem, wasza lordowska mość, posłano mnie po gorącą wodę.

– Nie zatrzymuj jej – interweniował de Beauvieux, spostrzegłszy, że przyjaciel zamierza otworzyć usta, aby zadać kolejne pytanie. Położył mu rękę na ramieniu i odciągnął na środek izby.

Merrick zamrugał nieprzytomnie powiekami i półżywy pozwolił odprowadzić się z powrotem do krzesła. Najwyraźniej obawiał się najgorszego. Ranulf szczerze mu współczuł. Wiedział, co znaczy stracić ukochaną osobę.

– Opowiedz mi, co się dzieje w Penterwell – zachęcił. Doszedł do wniosku, że powinien jednak rozważyć propozycję.

Merrick był mu jak brat. Wraz z innym towarzyszem broni, Henrym, przyrzekli sobie wzajem lojalność aż po grób. Czy to wypada odmówić druhowi w potrzebie? Nijak nie wypada, tym bardziej że miałby z tego korzyść i dla siebie. Gdyby objął kasztelanię i wyjechał, znalazłby się z dala od urokliwej Beatrice. Nie musiałby co dzień na nowo opierać się pokusie...

– Skoro mam przejąć zamek, muszę wiedzieć wszystko.

– Zgadzasz się?

– Przemyślałem kwestię i zmieniłem zdanie. Uzmysłowiłem sobie, że będę miał dozór nad kuchnią. Każę sobie podawać mięsiwo, tak jak lubię, i będę jadał tyle chleba, ile tylko dusza zapragnie. To nie lada przywilej, bracie. Musiałbym być niespełna rozumu, by z niego zrezygnować.

Tregellas uśmiechnął się półgębkiem.

– Czyżbyśmy cię źle karmili?

– Skądże znowu. Rzecz w tym, że nęci mnie poczucie władzy.

– Jakiekolwiek są twoje powody, rad jestem, żeś przystał na moją prośbę.

– Zdradź mi zatem, co cię trapi w związku z Penterwell.

Merrick spoważniał.

– Ponoć między mieszkańcami wioski rodzą się niesnaski – zaczął ponurym tonem. – Frioc nie zdołał się wywiedzieć, o co dokładnie poszło. Przypuszczał, że chodzi o pozyskanie względów niewiasty albo o szalbierstwo. Koniec końców uznał, że to błahostka, i nie zabiegał o moją wizytę w majątku... Coś mi się widzi, że jednak powinienem był pofatygować się na miejsce i osobiście zbadać, co jest na rzeczy.

– Miałeś podówczas inne zmartwienia.

Gospodarz podniósł wzrok na przyjaciela.

– Marna to wymówka... Jeżeli Frioc zginął przez moją opieszałość...

– Pleciesz androny – uciął Ranulf. – Małoż to razy słyszeliśmy o swarach między wieśniakami? Powodów jest bez liku i zazwyczaj nie watro ich dociekać. Co do niespodziewanego zgonu świętej pamięci kasztelana, cóż, nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście nastąpił wskutek niefortunnego upadku. O ile mnie pamięć nie zawodzi, z sir Frioca jeździec był raczej marny.

Obydwaj skoczyli na równe nogi, gdy przerwał im odgłos kroków na schodach.

– To chłopiec! – zawołała radośnie lady Beatrice. Z rozsypanymi na ramionach złotymi włosami wyglądała niczym anioł zwiastujący dobrą nowinę. – Masz syna! Ślicznego rumianego chłopczyka!

Merrick podbiegł do niej, niemal potykając się o własne nogi. Zazwyczaj dystyngowany i nadmiernie poważny tym razem dał się ponieść emocjom. Porwawszy roześmianą kuzynkę żony w objęcia, zakręcił nią w powietrzu, a potem serdecznie ją uściskał. De Beauvieux tkwił w miejscu nieruchomo jak głaz. Zżerała go zazdrość, gorzka i bolesna, jakby ktoś przekłuł mu serce ostrzem sztyletu. Tymczasem lord Tregellas postawił powinowatą z powrotem na ziemi. Zmarszczył czoło.

– A Constance? – dopytywał się gorliwie. – Co z nią?

– Wszystko w jak najlepszym porządku – zapewniła Bea. – Była bardzo dzielna. Aeda powiada, że nigdy nie spotkała tak mężnej białogłowy, a pomagała przy wielu narodzinach. Możesz być dumny z żony. Prawie wcale nie krzyczała. Tylko troszeczkę, a i to dopiero na końcu. Robiła bez sprzeciwu, co jej kazała akuszerka. Och, Merrick, musisz jak najprędzej zobaczyć synka. Ma ciemne włosy jak ty. Jest cudny i silny. Od razu zaczął głośno kwilić i wierzgać nóżkami. Nie będę cię dłużej zatrzymywać. Constance nie może się ciebie doczekać.

Uszczęśliwiony ojciec i mąż pognał do alkierza, pokonując po trzy stopnie naraz. Ranulf uznał, że jego obecność stała się zbędna i odwrócił się, aby odejść. Nie uszedł nawet kroku, gdy wtem znalazł się w ciasnym uścisku Beatrice.

– Jaki szczęśliwy dzień nam nastał, czyż nie? – wykrzyknęła rozanielona, wtulając się w niego całym ciałem. Jej oddech muskał mu szyję.

De Beauvieux zamarł. Stał przed nią jak słup soli z opuszczonymi rękoma, choć wiele go kosztowało, by jej nie objąć. Pasowała do niego wprost idealnie. Z trudem nakazał sobie spokój i pozostał niewzruszony. Niemal udało mu się zignorować uczucia, które wzbudzała w nim bliskość Beatrice. Zmusił się, by nie myśleć o jej ustach, wypukłościach przyciśniętych do jego torsu ani o uroczej buzi i pięknych oczach. W przeciwieństwie do niego Bea jest urzekająca, niewinna i czysta... Powinien zawsze o tym pamiętać i unikać jej jak ognia.

– Owszem, wielce radosna to chwila – odparł gładko i delikatnie, acz stanowczo uwolnił się od opasujących go ramion. W swej naiwności zapewne nie zdawała sobie sprawy z tego, jak silne wrażenie może wywrzeć na mężczyźnie jej nierozważne zachowanie. – Niestety, obowiązki wzywają. Wybacz, pani, ale muszę spieszyć do swoich ludzi. Potrzebują hasła i odzewu na dzisiejszą wartę. Myślę, że ,,syn'' i ,,dziedzic'' będą stosowne do okazji.

– O tak, pasują w sam raz! – podchwyciła z entuzjazmem. Wydawała się zupełnie niezrażona tym, że nie odwzajemnił jej czułości. – Masz słuszność, panie. Nie możemy pozwolić, by wszystko stanęło w miejscu. – Zwróciła się ku zgromadzonej w westybulu służbie, która przybiegła zwabiona wieścią o narodzinach sukcesora. – Wracajcie do pracy! – poleciła wesoło, po czym ujęła w dłonie rękę Ranulfa i posłała mu promienny uśmiech. – Malec jest piękny jak z obrazka! Ma cudne niebieskie oczęta i tak zabawnie marszczy buzię, kiedy płacze. To doprawdy urocze!

– Zapewniam, że za kilka tygodni jego płacz nie będzie już brzmiał tak uroczo jak dziś – zauważył cierpko.

– Jest silny i zdrowy, ot co – odparła z przyganą. – Kiedy się urodził, z miejsca narobił takiego wrzasku, że uszy nam spuchły. – Przechyliła się nieznacznie i otarła biustem o jego ramię. – Akuszerka natychmiast obwieściła, że chłopak ma płuca, jak się patrzy. W ten sposób dowiedziałyśmy się, że to chłopiec. Szkoda, żeś nie widział miny Constance. – W zapamiętaniu ścisnęła go jeszcze mocniej.

Boże miłosierny, pomyślał, co ta pannica wyprawia? Jak długo zamierza mnie dręczyć?

– Najpierw uderzyła w płacz, a potem się roześmiała i zdradziła nam, że od początku co dzień modliła się o syna. Cóż, stwórca musiał wysłuchać usilnych próśb przyszłej matki. Choćby tylko po to, by wynagrodzić jej zgryzoty, których doznała niegdyś od niewdzięcznego teścia. Byłoby wielką niesprawiedliwością, gdyby jej życzenie się nie ziściło. Nie zaprzeczysz, prawda?

– Hm... niezbadane są wyroki boskie – powiedział Ranulf, odsunąwszy się na bezpieczną odległość.

Sięgnął po czarkę z winem i podał ją rozszczebiotanej Beatrice. Uznał, że to jedyny sposób, by utrzymać ją z dala od siebie. Postarał się, żeby ich dłonie się nie zetknęły, gdy z wdzięcznością odbierała naczynie. Umilkła na moment i zajęła się piciem. Zauważył, że jest chorobliwie blada i ma sińce pod oczyma.

– Powinnaś, pani, odpocząć – rzekł, nie kryjąc niezadowolenia.

– Och, wcale nie jestem zmęczona! Nic a nic, choć wyznam, że trochę się bałam... Ale wtedy Constance poprosiła mnie, żebym umiliła jej czas plotkami i opowieściami o królu Arturze. Powiada, że moja paplanina bardzo jej pomogła – dodała z dumą. – Aeda uciszyła mnie tylko raz.

Akuszerka musi być wzorem cierpliwości, uznał Ranulf, a kuzynka zwyczajnie nie chciała sprawiać jej przykrości. Po chwili jednak wyobraził sobie, jak by to było, gdyby Bea opiekowała się nim w chorobie, i raptem zrobiło mu się ciepło na sercu. Krzątałaby się wokół łóżka, ocierała mu czoło, podawała strawę i szeptała do ucha słowa pociechy. Poirytowany odpędził tę przemiłą wizję. Chyba sam jest wyczerpany, skoro imaginacja podsuwa mu tak niedorzeczne rojenia.

– Wybacz, pani, ale muszę cię opuścić – oznajmił stanowczo. – Zmarnowałem już dość czasu, a dzień rychło się kończy.

– Towarzyszyłeś przyjacielowi w potrzebie, panie. Nie nazwałabym tego stratą czasu. Merrick jest ci bardzo wdzięczny.

– Tak czy owak, pora wracać do obowiązków. Do zobaczenia podczas wieczerzy. Tuszę, że do tego czasu zdążysz, pani, wypocząć. Drzemka dobrze ci zrobi...

Podparła się pod boki i posłała mu urażone spojrzenie. Ranulf nie mógł oderwać wzroku od jej ponętnych krągłości.

– Nie jestem niemowlęciem, mój panie! – wykrzyknęła rozeźlona. – Nie mam zwyczaju sypiać za dnia. Zdajesz się zapominać, sir Ranulfie, że dawno już dorosłam do tego, żeby wyjść za mąż i wydać na świat potomstwo.

– Bądź spokojna, pani, jestem aż nadto świadom twego wieku – oświadczył de Beauvieux, po czym skłonił się sztywno i wymaszerował z komnaty.

– Czego chciał od ciebie ten czarci pomiot, kruszyno? – usłyszał za plecami, gdy zbliżał się do drzwi.

Rozdział drugi

Bea popatrzyła za Ranulfem, westchnęła ciężko i obróciwszy się na pięcie, napotkała świdrujące spojrzenie dawnej piastunki. Jako że matka odumarła ją we wczesnym dzieciństwie, niania stała dla niej kimś niezmiernie ważnym. Niemniej opiekuńcze zapędy swarliwej Maloren bywały czasem nad wyraz uciążliwe.

Nie wiedzieć czemu krewka służąca nienawidziła mężczyzn, wszystkich bez wyjątku, w szczególności zaś nie cierpiała tych, których natura obdarowała rudymi włosami. Zapewne właśnie dlatego krzywiła się teraz, jakby nakarmiono ją dziegciem. Jej nasrożona mina zwiastowała burzę. Ech, nie obędzie się bez kolejnego kazania, pomyślała niechętnie Beatrice.

– Nic takiego – odpowiedziała ostrożnie na pytanie. – Twierdził, że wyglądam na zmęczoną, i radził mi udać się na spoczynek.

– Wiedziałam! Od samego początku przeczuwałam, że ten łajdak zamyśla cię zbałamucić! Czy nie ostrzegałam cię, serce ty moje, byś się go strzegła? Powiadam ci, trzymaj się z dala od tego czorta z ognistą czupryną, bo przyniesie ci zgubę.

W skrytości ducha Beatrice marzyła o tym, by zbliżyć się do Ranulfa. Od dawna usilnie zabiegała o jego względy, choć nie do końca wierzyła, że uda jej się osiągnąć upragniony cel. Gdyby nie była córką zdrajcy, sprawy miałyby się zupełnie inaczej. Mogłaby się przynajmniej łudzić, że zostanie kiedyś jego prawowitą małżonką. Niestety, niecny występek ojca pozbawił ją widoków na zamążpójście. Tregellasowie zadbali wprawdzie o to, aby zachowała tytuł, a nawet ufundowali dla niej posag, miała jednak dość oleju w głowie, żeby nie karmić się pobożnymi życzeniami. Wiedziała, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zechce jej za żonę. Ranulf de Beauvieux zasługiwał na godniejszą siebie połowicę. Mogła zatem żywić nadzieję wyłącznie na to, że zostanie jego nałożnicą. Wstyd się przyznać, lecz pragnęła tego z całej duszy. Maloren padłaby trupem, gdyby poznała nieprzystojne myśli swojej ,,umiłowanej gołąbeczki''.

Cóż, Bea nie potrafiła temu zaradzić. Jakże bowiem wyleczyć się z kochania? To zupełnie niepodobna... W jej oczach Ranulf jawił się jako najwspanialszy i najpiękniejszy mężczyzna, jakiego nosiła ziemia. Poruszał się z niewymuszonym wdziękiem, miał potężne ciało wojownika, a do tego mądre oczy, szlachetne, odrobinę kanciaste rysy twarzy oraz dworne maniery. Na dodatek był wiernym druhem Merricka i człowiekiem honoru. W tym cały kłopot. Ponieważ honor jest dla niego kwestią najwyższej wagi, jej wybranek nigdy po nią nie sięgnie. Przez myśl by mu nie przeszło, by zdeprawować niewinną pannę, a zarazem powinowatą przyjaciela. Nawet gdyby sama próbowała przywieść go do grzechu, najpewniej niewiele by zdziałała.

– Widziałam, jak ten piekielnik na ciebie patrzy! – zagrzmiała piastunka, marszcząc brwi. – Już ja wiem, co mu się roi w tej jego rudej głowie.

Na dźwięk tych słów serce Beatrice podskoczyło z radości. Może jednak nie wszystko stracone, a jej marzenie rychło się spełni. Choć ukochany traktował ją zazwyczaj z pełną rezerwy uprzejmością, bywały chwile, w których zdawało jej się, że spogląda na nią z taką samą tęsknotą, z jaką ona spoziera na niego. Pewnego razu w święto Bożego Narodzenia, po wspólnym tańcu, za sprawą milczącego porozumienia, oddalili się od współbiesiadników i przystanęli w odległym, zacienionym kącie komnaty, z dala od wzroku pozostałych gości. Zwróciła ku niemu twarz, by coś powiedzieć, i wtedy spostrzegła, że on wpatruje się w nią tak, że aż zaparło jej dech w piersiach i na moment odjęło mowę. Nigdy wcześniej w całym swoim życiu nie była tak przejęta. Usta bezwiednie rozchyliły się do pocałunku, lecz raptem Ranulf się opamiętał i zapytał jak gdyby nigdy nic, czy zechce napić się wina.

Po namyśle doszła do wniosku, że wyczytała z jego zachowania zbyt wiele. Zwyczajnie jej się przywidziało, że Ranulf wpatruje się w nią pożądliwym wzrokiem. Jak mogła pomyśleć, że ktoś tak wspaniały jak on uzna ją za wartą grzechu? Przemawia przez nią próżność, ot co. Pewnie znosi ją tylko dlatego, że jest kuzynką Constance.

Wkrótce przekonała się, że Ranulf nie zwraca na nią uwagi. Zamiast stroić się dla niego godzinami, równie dobrze mogła włożyć zgrzebny worek. Był tak pochłonięty zajadaniem specjałów przygotowanych na tę szczególną okazję przez kucharza, że ani na nią spojrzał. Był z natury małomówny, ale dziś przeszedł samego siebie. Świętowali narodziny dziedzica, a on milczał jak zaklęty. Koniec końców uznała, że to jej paplanina wprawia go w rozdrażnienie i nabrała wody w usta.

Niedługo potem zjawili się Merrick i jego dziadek Peder, po którym nowo narodzony miał odziedziczyć imię. Beatrice zostawiła mężczyzn, aby mogli swobodnie wznosić toasty za małego dziedzica, i udała się na spoczynek. Gospodarz i starszy Tregellas pożegnali ją z serdeczną wylewnością, za to Ranulf zerknął na nią od niechcenia i wrócił do sączenia wina.

Markotna długo nie mogła zasnąć, mimo że była wyczerpana po długim i pełnym wrażeń dniu. Gdy z siennika w kącie izby rozległo się miarowe pochrapywanie, wstała i upewniwszy się, że Maloren zapadła w głęboki sen, wsunęła stopy w wyściełane futrem bambosze, po czym zakryła skąpy nocny strój płócienną koszulą z długim rękawem.

A gdyby tak udała się po kryjomu do alkierza swego wybranka? Czy powitałby ją z otwartymi ramionami? A może zdjęty zgrozą przepędziłby ją precz, a rankiem doniósł Merrickowi, że jego podopieczna to zepsuta dziewczyna, którą należałoby odesłać do klasztoru? Gorączkowe rozważania przerwał jej potężny łomot oraz zduszone przekleństwa dobiegające z korytarza. Zerknęła na śpiącą piastunkę – nawet się nie poruszyła. Chwała Bogu, że jest przygłucha, pomyślała Bea, wychodząc na zewnątrz. Rozpoznała głos de Beauvieux. Zrzędliwe jęki utwierdziły ją w przekonaniu, że przytrafiło mu się coś złego.

Ujrzała go w wątłym świetle księżyca, które wpadało do środka przez wąskie łukowate okna. Siedział oparty o ścianę z nogami rozrzuconymi przed sobą. Minę miał przy tym nietęgą, słowem, wyglądało na to, że biedaczysko nie bardzo wie, co się z nim dzieje. Podczas wieczerzy miał na sobie czarną tunikę, teraz był w nogawicach i koszuli, w dodatku rozchełstanej.

– Pomożesz mi wstać, mój aniele? – zapytał z szerokim, pijackim uśmiechem.

Beatrice nigdy dotąd nie widziała go w takim stanie. Nie miał zwyczaju pić na umór, co więcej, nie sądziła, że pofolgował sobie wyłącznie z okazji narodzin Pedera. To do niego niepodobne. Musiało zatem chodzić o coś więcej. Tak czy inaczej, jeśli nie znajdzie się rychło we własnej komnacie, zbudzi Maloren, a ta wpadnie w furię i narobi takiego rabanu, że zamek zadrży w posadach. Podbiegła do Ranulfa i ujęła go pod ramię. Niestety, był ciężki, a nie zanosiło się na to, żeby zechciał się ruszyć. Zamiast tego pokręcił głową i rzekł, wpatrując się w nią nieprzytomnym wzrokiem:

– Niedobrze... Powinnaś być teraz w łóżku...

– Nie zostawię cię przecie na podłodze i mów nieco ciszej, jeśli łaska, bo jeszcze Maloren cię usłyszy i dopiero będzie ambaras.

– Ta stara wiedźma? Brr! – Wzdrygnął się bezwiednie. – Nic tylko się boczy i ciągle nazywa mnie czarcim pomiotem. A czy moja to wina, że mój ojciec to łajdak? – Dźwignął się i wsparł ciężko na jej boku. – Ale... masz słuszność, nie chcemy budzić licha, moja cudna Beo.

Nazwał mnie aniołem i swoją cudną Beą, ucieszyła się Beatrice. Nawet Conastance nie używała tego zdrobnienia. Czyżby jednak odrobinę ją lubił? Czy to możliwe?

Ruszyli z wolna ku jego izbie.

– Sądzisz, że ta jędza zna mego ojca? Albo moich braci? Ci nikczemnicy tłukli mnie ongiś na potęgę. Uczynili sobie z tego turniej, pojmujesz. Lali na zmianę, żeby sprawdzić, który szybciej doprowadzi mnie do płaczu.

Była to dla niej nowość. Beatrice nie znała bowiem żadnych szczegółów z przeszłości Ranulfa. Wiedziała jedynie, że terminował u mistrza de Brissy'ego wraz z Merrickiem i Henrym. Potem na prośbę przyjaciela znalazł się w Tregellas, by objąć dowództwo nad tutejszą chorągwią.

– Tylko się nade mną nie użalaj, lady Beo – ostrzegł, grożąc jej palcem. – Nie potrzebuję niczyjej litości. Dzięki temu, że za młodu zbierałem cięgi, teraz jestem silniejszy. – Nagle przystanął i spróbował ją od siebie odepchnąć.

– To nie uchodzi. Wracaj do łóżka.

– Wyśpię się później.

Zachwiał się i oparł o ścianę.

– Wyśpisz się... zupełnie sama...

– Dalej, Ranulfie, chodź ze mną. Odprowadzę cię do twej komnaty.

Wyciągnęła dłoń, ale jej nie przyjął.

– Zaprowadzisz mnie do łóżka? Jest puste jak zwykle. Nie mam kochanki, tylko czasem zgodzę sobie jakąś sprzedajną dziewkę, bo trzeba ci wiedzieć, moja pani, że mężczyzna ma swoje potrzeby.

– Nie mam najmniejszej ochoty tkwić tu do świtu i rozprawiać o twoich nałożnicach. Idziesz ze mną czy nie? Decyduj, bo będę musiała zostawić cię samego.

Poderwał się raptownie i otoczył ją ramieniem.

– Skoro tak, prowadź, moja słodka. Nie chcę, byś mnie zostawiła. Nie chcę, by ktokolwiek znów mnie opuścił. Już nigdy więcej...

Kto i kiedy go opuścił? Pragnęła o to zapytać, ale jego słowa stawały się coraz bardziej bełkotliwe i trudno jej było cokolwiek z nich wyrozumieć. W końcu dotarli na miejsce. Gdy się zatrzymali, Ranulf zakołysał się gwałtownie i odchylił w tył. Niewiele myśląc, Beatrice chwyciła go wpół i powstrzymała przed upadkiem. Niebawem odzyskał równowagę i stanął pewniej na nogach, ona tymczasem uzmysłowiła sobie z przestrachem, że gdyby ktoś ich teraz zobaczył, uznałby, że widzi namiętny uścisk kochanków.

De Beauvieux spojrzał na nią z góry otumanionym wzrokiem.

– Proszę, proszę – wymamrotał leniwie. – Co my tu mamy? Śliczna Bea w moim alkierzu? Na dobitkę wygląda nad wyraz ponętnie... – Pochylił głowę, jakby zamierzał ją pocałować i posłał jej krzywy uśmiech. – Ech, moja ty cudna, gdybyś tylko wiedziała, jakie nachodzą mnie myśli, kiedy jesteś w pobliżu, zmykałabyś przede mną, gdzie pieprz rośnie. Żaden ze mnie czarci pomiot, ale święty z pewnością nie jestem.

Bez wątpienia próbował ją przed sobą ostrzec, ale Bea wcale się go nie bała. Przeciwnie, marzyła o tym, by znaleźć się blisko Ranulfa, kiedy będzie trzeźwy. Tyle że kolejna sposobność może się prędko nie nadarzyć. Teraz są sami, dookoła nie plącze się służba, nie ma też wszędobylskiej Maloren... Tak, najlepiej będzie jeśli już teraz okaże mu, co do niego czuje. Wspiąwszy się na palce, szepnęła mu wprost do ucha:

– Gdybyś wiedział, panie, jakiego widuję cię w snach... – Z tymi słowy musnęła wargami jego usta, tak jak to chciała zrobić wiele razy.

Zamarł, lecz trwało to krótką chwilę. Potem westchnął i porwał ją ramiona. Przyciskał ją mocno do piersi i całował żarliwie. Nareszcie, pomyślała Bea, poddając się fali błogości, która ogarnęła jej ciało. Było dokładnie tak, jak to sobie wiele razy wyobrażała. Rozchyliła usta i pozwoliła, by pogłębił pocałunek. Jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa i roznamiętniona. Jęknęła i wtedy Ranulf raptem od niej odskoczył, jakby wylała mu na głowę kubeł zimnej wody.

– Dość tego dobrego! – wykrzyknął, usiadłszy ciężko na brzegu łóżka. – Zostaw mnie w spokoju!

Czemu znienacka tak się rozeźlił? Przecież dopiero co trzymał ją w namiętnym uścisku. Czyżby nagle przypomniał sobie, że jest kuzynką Constance i podopieczną Merricka? A może odtrącił ją z zupełnie innego powodu? Może zwyczajnie nie chce córki zdrajcy?

– Ranulfie, co ci? Proszę, powiedz...

Zwiesił głowę i przyłożył dłonie do skroni.

– Wyjdź, mówię!

Beatrice poczuła w oczach łzy, okręciła się na pięcie i wybiegła z komnaty.

– Mówiłam, że będzie z tego nieszczęście – utyskiwała od progu Maloren, gdy następnego ranka wparowała do alkierza wychowanki. – Słyszał kto, żeby tak pić bez opamiętania? Powiadam ci, drogie dziecko, zaraza z tymi chłopami, nic więcej. Żadnego umiaru nie znają pierony sakramenckie!

– Nieszczęście? – przerwała jej zatrwożona Beatrice.

Od razu pomyślała, że jej wczorajsza rozmowa z Ranulfem jakimś sposobem wyszła na jaw. Na samą myśl o haniebnym finale owego spotkania zaczerwieniła się ze wstydu. Po tym jak ją przepędził, pobiegła do siebie, rzuciła się na posłanie i szlochała gorzkimi łzami dopóty, dopóki nie zmorzył jej sen. Marzenia o szczęśliwej przyszłości u boku ukochanego obróciły się wniwecz, a wspomnienie rozkosznego pocałunku przyblakło zbrukane dojmującym poczuciem upokorzenia. Po namyśle doszła do wniosku, że stara służąca raczej o niczym nie wie. Gdyby wiedziała, zrugałaby ją na samym wstępie.

– Lord Merrick wywrócił się, kiedy odprowadzał dziadka do domu. Ponoć obydwaj całą drogę pokrzykiwali i śpiewali na całe gardło. Imaginujesz sobie? Lady Constance posłała po medyka, żeby obejrzał jego lordowską mość.

Bea w jednej chwili zapomniała o własnych zgryzotach i wyskoczyła z łóżka.

– Mam nadzieję, że to nic poważnego.

– Niby tak, niemniej kość jest złamana. Medyk orzekł, że rychło się zrośnie, o ile pan zechce oszczędzać nogę.

– Constance pewno się martwi. Powinnam jak najszybciej do niej pójść i sprawdzić, czy jej czego nie trzeba.

– Ani chybi ucieszy się na twój widok. Będzie musiała się nietęgo napocić, żeby utrzymać jaśnie pana w jednym miejscu. Rękę dam sobie odjąć, że lord Merrick jęczy i złorzeczy od bladego świtu, odkąd tylko otworzył oczy. Wieczne utrapienie z tymi mężczyznami. W chorobie są bardziej kapryśni niż dzieci. Gdyby przyszło im rodzić, jak niewiastom, pewnikiem pomarliby ze strachu, nim przyszłoby co do czego. Posil się najpierw, kruszyno, nim zaczniesz ganiać po zamku. Gaston podgrzewa dla ciebie owsiankę.

– Jakie to szczęście, że mamy pod bokiem sir Ranulfa – zauważyła niby od niechcenia Beatrice, wyjmując z kufra zieloną suknię. – Póki taki zręczny dowódca sprawuje pieczę nad tutejszą chorągwią, żaden śmiałek nie odważy się napaść na zamek, nawet gdy rozniesie się wieść o niedyspozycji Merricka.

– Ladaco spakował manatki i odjechał z samego rana – odparła niania i dodała: – Czort z nim, nikt tu po nim płakał nie będzie.

Beatrice była wstrząśnięta. Może jednak ktoś ją wczoraj widział i doniósł o jej nieprzystojnych wyczynach Tregellasom? Jeśli odesłali Ranulfa z tego powodu, musi im wyjaśnić, że jest niewinny. Nie miał złych zamiarów. To wszystko jej sprawka. Wyzna im prawdę jak na spowiedzi. Zniesie każdą zniewagę, byle pozwolili mu wrócić.

– Czemu opuścił Tregellas? – zapytała ostrożnie.

– O niczym nie wiesz, kruszyno? – zdziwiła się służąca, pomagając jej włożyć suknię. – Jaśnie pan uczynił go kasztelanem Penterwell.

Bea poczuła tak wielką ulgę, że niemal ugięły się pod nią kolana. Zatem to nie kara, lecz nagroda. Dlaczego nie powiedział jej o tym podczas wieczerzy? Być może sądził, że Merrick już ją powiadomił. Zamiast powinszować mu zasłużonego awansu, cały czas paplała o Constance i dziecku. Ani słowem nie wspomniała o jego rychłym wyjeździe. Pewno uznał, że zupełnie jej to nie obchodzi.

– Nie pojmuję, czemu powierzył tę zaszczytną funkcję właśnie jemu – ciągnęła zrzędliwe służąca, sznurując stanik Bei. – Pewnikiem upadek zmącił mu rozum. Każdy ci powie, że nie można ufać ludziom z rudymi włosami. Tylko patrzeć, jak Ranulf ograbi naszego pana z ziemi. Wspomnisz moje słowa...

Bea odwróciła się gwałtownie i z gniewną miną spojrzała na Maloren.

– Dobrze wiesz, że sir Ranulfowi nawet przez myśl by nie przeszło, żeby zrobić coś takiego. Od dawna jest oddanym druhem Merricka. Przysięgali sobie wierność aż po grób. Po co wygadywać takie niestworzone bajdy?

Piastunka zawstydziła się i spuściła wzrok. Beatrice nieczęsto przemawiała do niej w ten sposób.

– Ja tylko... lękam się o sprawy jego lordowskiej mości.

– Lord Tregellas doskonale sobie radzi bez twojej pomocy. Wie, jak zarządzać majątkiem. Skoro uznał, że Ranulf nadaje się na kasztelana, powinno ci to wystarczyć. Sama powiedz, czy godzi się podawać w wątpliwość jego wolę?

– Nie zżymaj się na mnie, kruszyno – rzekła, ściskając dłonie Bei. – Nie możesz tego wiedzieć, ale on jest wypisz wymaluj jak twój ojciec za młodu. Cudny niczym z obrazka, bystry i gładki. Tamten rozkochał w sobie twoją świętej pamięci matkę. Nie minęły dwie niedziele, a stanęli przed ołtarzem. Potem było już tylko gorzej. Do grobu ją wpędził swoimi niecnymi występkami. Zabił w niej radość i ducha. Nawet miłość do dziecka nie zdołała jej wyratować. Poddała się chorobie i odeszła z tego świata. Jakem Maloren, nie pozwolę, by jakiś utrapieniec pokrzywdził moją umiłowaną owieczkę!

Beatrice domyślała się, że matka nie miała lekkiego życia, choć piastunka nigdy wcześniej o tym nie wspominała. Ojciec nie dbał o nikogo z wyjątkiem samego siebie. Zależało mu jedynie na władzy i bogactwie. Nie ukrywał, z jakich powodów cieszy go uroda córki. Gdyby była szpetna, trudniej by mu było nią frymarczyć. Wolała nie myśleć o tym, jak smutny byłby jej los, gdyby nie miała u boku wiernej służącej. W przypływie wdzięczności przytuliła staruszkę i pogłaskała ją po ramieniu.

– Wybacz, że wpadłam w gniew. Jesteś mi droga jak matka. Nigdy nie wolno ci w to wątpić.

– Bóg zapłać za dobre słowo, gołąbeczko. I ja miłuję cię jak córkę.

Uścisnęły się serdecznie. W pamięci Bei odżyły wspomnienia. Ileż to razy przybiegała do Maloren, gdy nieczuły rodzić odpychał ją niczym mebel, który stoi mu na zawadzie? Zawsze znajdowała w jej ramionach pociechę. Ojciec przyniósł jej wyłącznie boleść i sromotę. Jakiż szlachetny rycerz zechce ją teraz na żonę? Nie dziwota, że Ranulf odjechał bez pożegnania.