Kurs na ulicę Szczęśliwą - Bartosz Gardocki - ebook

Kurs na ulicę Szczęśliwą ebook

Bartosz Gardocki

4,3

Opis

Bartosz Gardocki po pięciu latach rzucił pracę w agencji public relations, żeby spełnić swoje marzenie – zostać taksówkarzem. Jego pasażerami są między innymi: Hanna Krall, Halina Szpilman, Tomasz Stańko, Zbigniew Wodecki, Rafał Trzaskowski, ale i sprzedawca skarpet spod Dworca Centralnego, powstaniec warszawski, lewicowy baron, pan Marek, który odwiedza prostytutki, niewidomy o nazwisku Drakula, sfrustrowana matka… W książce Kurs na ulicę Szczęśliwą taksówka jest jak konfesjonał, a jej kierowca jak spowiednik.

Tych kilkanaście minut intymności przypomina jazdę windą z obcym człowiekiem. Kierowca i pasażer są skazani na swoje towarzystwo, czują nawzajem swój zapach. Niektórzy nie patrzą taksówkarzowi w oczy, traktują go jak maszynę, do której wrzucili monetę, nic nie mówią. Inni mówią bez przerwy. „Wiem dużo. Czasami wiem rzeczy, których wolałbym nie wiedzieć. Wiem kto z kim, kiedy, za ile, kto kogo, kto komu, czy było dobrze, czy źle, czy będzie jeszcze raz. Słucham ludzi. Jezu, tylu ludzi… Przez tych pięć lat w najlepszym zawodzie świata w mojej taksówce siedziało z piętnaście tysięcy osób”.

Taylor z Iralndii wsiada do taksówki bez majtek, informatyk z Gdyni opowiada, jak uwierzył w duchy, emerytka w fioletowym kapeluszu poleca masaże, a żona komunistycznego ministra zwierza się z samotności…

Kiedy Bartosz Gardocki usiadł za kierownicą, poczuł się szczęśliwy. Szybko się okazało, że jego pasażerowie też szukają szczęścia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 186

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
mmalodzinska

Nie oderwiesz się od lektury

Czyta się szybko i przyjemnie, w sam raz na dwa wieczory.
00

Popularność




Bartosz Gardocki

Z wykształcenia prawnik.

Chwilę pracował w zawodzie, potem ruszył w świat.

Odwiedził Kubę, Meksyk, Peru, Boliwię i Stany Zjednoczone, skąd przywiózł swoją pierwszą książkę Oczy Wuja Sama (Poznań 2012) – otrzymał za nią nagrodę „National Geographic Traveler”.

Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu.

Publikował w „Dużym Formacie”, „Gazecie Wyborczej”, „Kontynentach”.

WARSZAWA

Bartosz Gardocki KURS NA ULICĘ SZCZĘŚLIWĄ

wydanie pierwsze, Warszawa 2020

copyright © by Bartosz Gardocki, 2020

copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2020

redakcja

Julianna Jonek-Springer

korekta i poprawność językowa

Małgorzata Włodarczyk

grafika na okładce

Jacek Walesiak

projekt graficzny i typograficzny serii

Magdalena Wdowicz-Wierzbowska

projekt okładki

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio

skład i łamanie

Anna Szarko

ISBN 978-83-65970-95-4

redaktor naczelna wydawnictwa

Julianna Jonek-Springer

Wydanie elektroniczne 2020

Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Imprint Fundacji Instytut Reportażu
Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa
www.dowody.com
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Toli, Hani i Karoliny

Poszły spać modne dziewczyny

sennie ziewają skinheadzi z przedmieścia

wzniećmy pożar w ich uszminkowanych sercach

czasy są niepewne

sytuacja jest napięta

kocham nocne przewroty

i kontrrewolucje

dziury w parasolach

seledynowych szpiegów

policjantów, złodziei

kieszonkowych morderców

nieważkich pijaczków

stróżów cnoty w burdelach

Samotny pasażer to ja

Ty jesteś moją samotną pasażerką

dusze nocy są w nas

a my jesteśmy ich częścią

fragment piosenki Pasażer

Krzysztofa „Grabaża” Grabowskiego, Pidżama Porno

(wersja oryginalna: Iggy Pop, Passenger)

Dzielnice budzą się powoli i w różnym tempie. Jeśli przyjmie się tydzień za jednostkę czasu, da się zaobserwować powtarzalny cykl życia miasta. Jego zmęczony, lecz niestrudzony oddech. Niecichnącą melodię tego organizmu.

Najbardziej odrealniona pora doby wypada między czwartą a piątą rano. Czuję się wtedy jak jeden z ostatnich ludzi na ziemi. Pojedyncze samochody szukają sensu swojej podróży, tego, co im go nada. Sposób jazdy nocnych maruderów jest inny niż w dzień, kiedy kierowcy pędzą w nerwowym rozgorączkowaniu, wciąż nie nadążając za swoimi zegarkami. Klakierzy na trasie wyścigu karier. Piewcy wielkiej, obfitej, życiodajnej stolicy. Lokalni i przyjezdni. Białe kołnierzyki, krawaciarze, karierowicze, frankowicze, słoiki, agenci ubezpieczeniowi, przedstawiciele handlowi, kurierzy, dostawcy. Smogiem Warszawy jest stres. Jej puls wybija sekundnik.

Na pograniczu nocy i dnia nic nie jest pewne, nic nie jest oczywiste. Ale gdy wskazówka zegarka w mojej taksówce dochodzi do piątej, nieuchronnie zbliża się rzeczywistość.

Co chwilę mijam miejsca mojego życia. Przedszkole na Starym Mokotowie, szkoła podstawowa na Stegnach, kościół, w którym służyłem do mszy. Place zabaw, trzepaki, boiska. Blok dziadków na Muranowie i tamtejsze podwórka. Dom drugich dziadków w Wawrze. Pierwsze miłości, dziewczyna z Ursynowa, dziewczyna z Żoliborza. Miejsca dawniejsze, z początku osi czasu, oraz niedawne, z końca tej osi. Niektóre z nich robią mi już niewiele. Inne przyprawiają o szybsze bicie serca, gęsią skórkę i gulę w gardle, na moment pozbawiają oddechu. Szybko stamtąd odjeżdżam, bo powietrze tam pachnie inaczej. Bywa, że stratą. Brakiem. Miejsca oswojone, które kiedyś były mi najbliższe i takie miały już pozostać, z czasem stały się obce. Plany, nadzieje, radości i dramaty. Zyski i straty. Rozczarowania i tęsknoty. Mijam je wszystkie.

To moje miasto.

Jestem taksówkarzem.

Wiem dużo. Czasami wiem rzeczy, o których wolałbym nie wiedzieć. Wiem, kto z kim, kiedy, za ile, kto kogo, kto komu, czy było dobrze, czy źle, czy będzie jeszcze raz. Słucham ludzi. Jezu, tylu ludzi... Przez tych pięć lat w najlepszym zawodzie świata w mojej taksówce siedziało z piętnaście tysięcy osób.

Jestem ciekawy każdego z was.

UL. SOBIESKIEGO – AL. NIEPODLEGŁOŚCI

– Bo ogólnie, proszę pana, to ja uważam, że ja nienawidzę – zaczyna mówić zaraz po zajęciu miejsca na tylnym siedzeniu.

Razem ze swoimi siatkami, reklamówkami, torbami kobieta zajmuje pół kanapy. Spod jej czerwonej sukienki wystają łydki fioletowe od pajęczyny żylaków.

– Nie za wesoło brzmi to pani „dzień dobry”... A dokąd jedziemy?

– Do GUS-u – odpowiada. I dalej na tym samym wydechu: – Nienawidzę tego osiedla, miasta i życia ogólnie. No i oczywiście tej pracy.

Mówi, jakby chciała oczyścić się ze wszystkiego, co jej ciąży. W końcu taksówkarz jest jak spowiednik.

– A Stegien to nie cierpię jak psów! – Mijamy powoli kolejne przecznice Dolnego Mokotowa: św. Bonifacego, Czarnomorską, Limanowskiego. – Bloczyska nudne jak msza święta i do tego wszystko źle! Wie pan, że na korytarzu mam o cztery żeberka w kaloryferze więcej niż w sypialni? Banda debili. Nigdzie na świecie tak się nie buduje, kto to widział na Zachodzie takie rzeczy?! Do więzień ich powsadzać i tyle. Te bloki... Wszystkie identyczne, można się pogubić.

– Ale słyszałem, że niedawno powstał tam fajny park multimedialny z fontannami – wtrącam nieśmiało.

– A na co to komu, proszę pana? Głupoty jakieś, na pewno za łapówkę. Niezłe koperty idą za takie historie, ja to panu mówię. Nerwy tylko się psują człowiekowi, jak na to wszystko wokół patrzy... A to my już tutaj? Ale pan sprawnie jedzie. Luźno dziś jakoś. Kiedyś to były korki, panie kochany, nie to co teraz. Jak na wsi... Nawet porządnych korków w tym mieście nie ma! Wie pan dlaczego? Bo nie ma pracy. Roboty brak, to i ludzie nie jeżdżą, więc ulice się nie korkują.

Milknie. Myślę, że może to już wszystko, co jej leży na wątrobie. Zerkam we wsteczne lusterko – ściąga brwi, jakby szukała czegoś we wspomnieniach.

– Wyznam panu, że tęsknię za Śródmieściem. Kiedyś mieszkałam przy Kruczej. Wszystko blisko – i jedzenie, i zabawa. Teraz zabudowali całe centrum, coraz bardziej jest nieprzewiewne, zasmrodzone...

– A długo pani mieszka na Stegnach?

– Trzydzieści lat będzie. A wie pan, jakoś tak...

Okrągła twarz pasażerki zastyga. Błądzi wzrokiem za oknem w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego wciąż tam mieszka. Nagle budzi się z zamyślenia.

– A już najbardziej to nie cierpię tej pracy!

Przekłada pakunki w torbie na dwóch kółkach. Oddycha ciężko, każde słowo zdaje się sprawiać jej wysiłek. Wierci się nieustannie, a cała ta aktywność powoduje, że samochód kołysze się na boki.

– Pani chciała pod GUS-em od Niepodległości, tak?

– Panie kochany, wie pan, że jak tak dzień w dzień jadę pod ten adres, a jeżdżę już czterdzieści lat, to aż mi się niedobrze robi. Tak mi się nie chce, już sam ten budynek jest dla mnie tak obrzydliwy...

Parkuję przed wejściem. Kobieta, nie przestając mówić, szuka pieniędzy w torebce.

– I tak sobie marzę codziennie, gdy jadę, że jak już dojadę, to się okaże, że budynku nie ma, bo spłonął albo się zawalił, albo go wysadzili. Czasem to mi się śni nawet. A potem okazuje się, że nic z tego, jest, stoi.

Wzdycha, jakby rzeczywiście była zawiedziona, że dotarliśmy na miejsce.

– Reszty nie trzeba – mówi i trzaska drzwiami.

UL. SZCZĘŚLIWA 2

Korpulentna pani o zatroskanym obliczu:

– Szczęście? Proszę pana: zdrowie, pieniądze i miłość. I wszystko.

– Ale tak konkretnie gdyby miała pani powiedzieć?

– Tak konkretnie to miłość.

WARSZAWA – PODLASIE

Czarna sylwetka siedzącego na dachu stodoły bociana wygląda jak posąg na tle jaśniejącego świtem nieba. Ożywa dopiero, gdy ptak przekrzywia głowę, z zainteresowaniem patrząc na przelatującego obok nietoperza. Ostatnie gwiazdy gasną, a odległe pianie koguta ledwo przebija się przez koncert ptaków. Czwarta rano w lipcu. Moja ulubiona pora doby i roku.

Jestem następny w kolejce do przeprawy promowej przez Bug łączącej Zabuże z Mielnikiem.

Mój pasażer należy do tych mieszkańców Zabuża, którzy chętnie korzystają z unijnych udogodnień, ale delikatnie mówiąc, nie są unijnymi entuzjastami.

– Kiedyś było lepiej – mówi i patrzy w okno beznamiętnym wzrokiem. – Relacje były inne. Ludzie sobie pomagali, bo musieli, a dzięki temu trzymali się bliżej siebie. Ta wieś żyła swoim życiem. Komuna była, jaka była, ale na świni dało się zarobić, Rus brał. A teraz wahania cen takie, że nikomu nie chce się w to bawić. Nie wiadomo, co będzie. Młodzi wyjeżdżają, bo i co tu mają robić, na roli żaden nie posiedzi, nie chcą zostawać, do miasta każdy ciągnie. Kiedyś wszyscy mieli po równo, klepali biedę, ale trzymali się razem. Dzisiaj jeden z drugim dorobią się nie wiadomo na czym i już nosa zadzierają. Satelity, internety pozakładają, proszę pana, i siedzą po domach, nikt pod sklep nie wyjdzie pogadać. Sztuczne relacje się porobiły, to i taka sztuczna wieś dla mnie jest teraz. Kiedyś była prawdziwa. Unia przyszła, Unia dała, droga utwardzona, prom jest. Ludziom wygodniej, łatwiej żyć, ale jakoś tak nie wiem... Może za wygodnie. Za łatwo...

Przychodzi nasza kolej. Wjeżdżamy na prom, który po chwili odpływa od brzegu. Zerkam jeszcze na tablicę informacyjną z wyliczeniem wartości inwestycji z funduszy UE: „Dotacje na innowacje – inwestujemy w waszą przyszłość!”.

Flisak zapiera się całym ciałem, ciągnąc linę drewnianym chwytakiem. Prom porusza się bez napędu mechanicznego, wykorzystując jedynie nurt rzeki oraz – w mniejszym stopniu – siłę mięśni człowieka.

Przeprawa trwa kilka minut, mam mało czasu, więc zagajam do niego od razu po odbiciu od brzegu:

– Męcząca robota, co? Lubi pan ją?

– Panie kochany, uwielbiam! Państwowa posada, pieniążki na czas, piękne turystki i ruch na świeżym powietrzu. Czego chcieć więcej?

– A może da mi pan chwilę poprowadzić?

– Oj nie, kochany, nie dziś.

Nachyla się, ścisza głos i mówi poufnym tonem:

– Dostałem właśnie cynk, że będzie kontrola... Z urzędu... Już raz miałem kłopoty z powodu wygłupów. Nie mogę stracić tej pracy! Lepszej nie znajdę. Teraz to nawet słodycze jakieś dzieciakom czasem kupię. Wcześniej po zasiłkach ledwo na opał starczało. Najwięcej macham w sobotę i w niedzielę. Ludzie czasami stoją w kolejce na przeprawę pół godziny. Sami by dotarli wcześniej do Mielnika, gdyby pojechali naokoło mostem. Ale stoją, czekają, to atrakcja taka, frajda dla dzieciaków. Samochodem po rzece. Tylko że nie szanują tej rzeki. Wrzeszczą, kurwią, puszki rzucają. Kiedyś młodzi samochodów nie mieli, to i bardziej przyrodą się cieszyli, rybki połowili spokojnie, posiedzieli, pogadali. A teraz zjedzie się toto z okolicy, ognisko nad rzeką rozpalą, muzyka z auta, ptaki popłoszą. Śmieci tylko zostawiają... Panie, czego tam nie ma, nawet prezerwatywy zużyte leżą! Ścierwo takie, że mówię panu... Kiedyś nie było samochodów i promu, to dymali naokoło rowerkiem, ale szacunek do rzeki mieli, jak swoją traktowali. Dziś furą każdy się wozi, postępowo i wygodnie, ale do głowy więcej głupot przychodzi. Daj pan spokój. I idź swój wehikuł odpal. Jesteśmy na miejscu – mówi i wyciąga liny do zacumowania przy drugim brzegu.

Auta zjeżdżają z pokładu, a ja jeszcze chwilę zostaję na brzegu z flisakiem, który siada na ławeczce i wyciąga mocnego papierosa.

Chcę podtrzymać rozmowę, więc opowiadam, że jestem zachwycony tutejszą przyrodą i krajobrazami, że ciągnie mnie od zawsze na wieś, do natury. On prycha:

– Byśta kilka miesięcy posiedzieli w tej ciszy, głuszy, robić co nie ma, internetów nie ma, ludzi nie ma, nic nie ma, toby się wam odechciało tej natury. Zwłaszcza w zimie, jak trzeba sześć kilometrów w śniegu po pas do sklepu po chleb dymać. A zdarza się, że tak nawali, że nie odśnieży żaden, a i z gminy nikt nie dojedzie. Jak większe zakupy na zapas się zrobi, to czasem na trzeci tydzień dopiero człowieka zobaczysz.

– I co wtedy ludzie robią? Tak całymi dniami?

– A co? Bimber grzeją, bo co tu robić.

UL. SASKA – LOTNISKO MODLIN

Taylor wpada do mojej taksówki. Ucieka przed dziewczyną, która biegnie za nim, wymachując jego majtkami. Jest dziesiąta rano, a on nie wie nic. Nie wie, w którym barze zgubił znajomych, nie wie, czy są oni jeszcze w hostelu, czy już w drodze na lotnisko, a może i w Modlinie albo – najgorsze – w Dublinie. Nie wie, o której godzinie miał startować ich samolot czy może już odleciał. Nie wie, ani gdzie jest jego paszport, ani bilet lotniczy. Nie wie nawet, czy miał dobry seks z tą dziewczyną, która niezbyt czule go pożegnała. Miała na imię Anastazja, a przynajmniej tak się przedstawiła – tyle Taylor wie. I że teraz siedzi w mojej taksówce bez majtek, w samych spodniach.

Po podłączeniu telefonu do ładowarki chłopak dowiaduje się, że musi dostać się do Modlina w pół godziny.

Uwielbiam takie wyzwania. Pogłaśniam Can’t you hear me knocking Rolling Stonesów i dociskam pedał gazu.

Yeah, you got satin shoes

Yeah, you got plastic boots

Y’all got cocaine eyes (...)

Can’t you hear me knockin’ on your window

Can’t you hear me knockin’ on your door

Can’t you hear me knockin’ down your dirty street, yeah

UL. DZIKA – CMENTARZ NA WÓLCE

– Na Wólkę poproszę, zaczeka pan i z powrotem. Lubię rano szybko skoczyć i z głowy, bo potem tłumy. Muszę wracać do domu gości przyjmować – mówi kobieta na oko lat pięćdziesiąt pięć, o sportowej sylwetce. W jej torbie pobrzękują znicze.

– Gości? Dziś?

– Tak, bo wie pan, ja się urodziłam w Święto Zmarłych – śmieje się. – I całe moje życie jest takim żartem. Człowiek nie przewidzi, co go spotka... Nigdy bym nie pomyślała na przykład, że będę sobie latać na Bermudy – i to za darmo! A byłam już kilka razy, teraz w niedzielę wróciłam. Do dzieci latam, bilety mi fundują. Córka wyszła za Kanadyjczyka, a on ma mamusię na Bermudach właśnie. Fajno tam, palmy ładne, ale ja na moim Muranowie lepiej się czuję.

– Bo Muranów piękny.

– I normalniej tu jakoś tak jest. Mąż po rozwodzie i po stanie wojennym wyemigrował do Kanady, oni chętnie brali uchodźców wtedy. Dom tam sobie postawił. A ja? Schorzeń w barkach się dorobiłam, bo pływałam zawodowo.

– Ja biegałem maratony, ale siadły mi trochę kolana.

– Powinien pan do tego wrócić, chociaż trochę. Ja w latach sześćdziesiątych zdobyłam mistrzostwo Warszawy w pływaniu. A potem wymyśliłam sobie dziennikarstwo. Założyłam wydawnictwo i poszłam w mieszkaniówkę, publikuję biuletyny spółdzielni. Wiadomo, coś trzeba robić, ale nuda jak flaki z olejem...

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – zdążyłem jeszcze krzyknąć, zanim trzasnęły drzwi.

OCHOTA – URSYNÓW

– A pan z Warszawy? – pyta bezpośrednio.

Kobieta o dużych oczach i sympatycznym spojrzeniu, w długim beżowym płaszczu. Mówi tak, że chce się jej słuchać. Od razu łapiemy kontakt. Czuję, że choćbyśmy mieli jechać do rana, to nie będziemy się nudzić.

– Tak. A pani?

– Z Chrzanowa.

– Nigdy tam nie byłem.

– A to proszę przyjechać... Czy wie pan, że Chrzanów przed wojną w osiemdziesięciu procentach należał do Żydów? Polacy wyrabiali u nich i to za jedzenie, taka była bieda. Moja prababcia ze strony dziadka zostawiała dwóch synów w chlewiku, dawała im nagotowanych ziemniaków, zamykała ich tam ze świniami i szła pieszo do Katowic wyrabiać u Żydów. Wracała po tygodniu. A synowie mieli sześć i siedem lat... Potem babcia w zasadzie utrzymywała się z Żydów i dużo rodzin żydowskich ją znało. Więc po wybuchu wojny ludzie się do niej zgłaszali. Bo wie pan, oni byli sąsiadami, od pokoleń żyli razem. Wtedy nie liczyło się, czy to jest Żyd, czy Polak, tylko że to wszystko ludzie. Jedna rodzina dwa lata siedziała w pięć osób pod podłogą w stodole babci. W takiej zimnej kamiennej dziurze, do której zrzucało się ziemniaki. Nie było to wiele większe niż pańska taksówka. Część Niemców o tym wiedziała – to byli ci, którzy się spodziewali, że będą w przyszłości potrzebować usług babci.

– A dlaczego mieliby potrzebować jej usług? – dopytuję, bo jednak rzadko się słyszy takie historie z czasów wojny.

– Babcia Łucja była jedyną w okolicy akuszerką.

Mijamy Lotnisko Chopina. Przyspieszam na Wirażowej, gdzie w dzień widać spottersów fotografujących przez specjalne otwory w ogrodzeniu zaparkowane na lotnisku samoloty, a po zmroku można przez przypadek władować się w środek nielegalnie organizowanych wyścigów mocno podrasowanych aut. Skręcam, wjeżdżam na wiadukt nad autostradą i po chwili jesteśmy już na Ursynowie.

– U mnie w domu jest wiele pamiątek pożydowskich, bo często też tym płacili. Więc babcia pracowała za meble, kubki, menory...

– Wie pani, to chyba tutaj ten sklep – przerywam jej wyliczankę.

– A tak. Dziękuję bardzo.

Wraca po kwadransie.

– Kupiłam futerko dla mamy i sukienkę dla córki, jestem bardzo zadowolona! – cieszy się i pokazuje ubrania. – Ale co ja bym mogła jeszcze panu o Chrzanowie opowiedzieć...

– Z Chrzanowa to już chyba niedaleko do Oświęcimia – zauważam.

– Tak, siedemnaście kilometrów. Kiedy pytałam babcię, jak się żyło obok obozu, odpowiadała, że normalnie. Był strach, ale było i przyzwyczajenie. To tak, jakbyśmy zapytali dzisiaj kogoś, kto przeżył katastrofę w Czarnobylu, jak się żyło przed, w trakcie i po. Odpowiedź brzmiałaby: normalnie. Tylko że w tej normalności zdarzały się drobne zakłócenia. Jak na przykład pranie.

– Pranie? – dziwię się.

– No zwyczajne pranie. Babcia opowiadała, że jeśli wiatr wiał od strony obozu i niósł, jak to mówiła, pchły, czyli popiół, który obłaził mokre ubrania jak insekty, to wszyscy wiedzieli, że tego dnia była spora kremacja. Czyli tak jak mówiłam, ludzie w okolicznych miejscowościach żyli normalnie, tylko czasami musieli drugi raz te same ubrania przeprać.

UL. MARYNARSKA – UL. PUŁAWSKA

– ...niech będzie ale to musimy mieć w poniedziałek maks na EOBD dziewczyny zrobiły już tego calla a teraz robią briefki ale pamiętaj że ja muszę mieć to ASAP na status sforłarduj mi potem wycinki ja dam ci znać co myślę ale to będzie tylko FYI bo nie chcę żeby to trafiło do tego nowego juniora IMHO powinni wyjebać go już dawno... – dziewczyna mentorskim tonem poucza niżej postawioną w hierarchii koleżankę. – ...mówię ci że jestem ostatnio non stop na takim stendbaju że cycami po ziemi szuram no ale wiesz kredyt sam się nie spłaci pamiętaj odebrać zaproszenia z drukarni fakturę od razu mailem i pocztą do klienta a kopię do dowodówek tylko najpierw pokaż mi bo musi nam się zgadzać z budżetem najwyżej podciągniemy jakieś inne działania pod to do raportu to ci mówiłam że jeśli chodzi o wyniki w regionach to można wpisać co się chce oni tego i tak nie sprawdzą widziałaś jakie mamy za to FEE jakby oni wiedzieli że to wszystko lipa i kwestia jednego maila toby się nieźle wkurwili pamiętaj też o tych slajdach do prezentacji tam możesz w statystykach ściemnić co chcesz tylko żebyś umiała to obronić zaproszenia do kolsów musimy mieć na wczoraj więc przypilnuj specyfikacji żeby znowu nie było fakapu na bieżąco też monitoruj Fejsa i Insta tam pamiętaj o konkursach tylko przed publikacją wszystko do akceptacji do mnie i Kingi na CC no to z najważniejszych rzeczy to tylko tyle pamiętaj że choćbyśmy mieli się zesrać to muszą nam się zgadzać KPI jak będziesz miała pytania to pisz o każdej porze ostatnio i tak siedzę nad łorkiem w domu całe noce... – Nagle dziewczyna pokazuje kogoś za oknem. – ...ty patrz jakie ona ma grube nogi ja pierdolę jak tak się w ogóle można ubrać żen... – I zaraz zwraca się do mnie, chociaż orientuję się dopiero po chwili: – ...a panu nie nudzi się tak jeździć taksówką jakby pan w korporacji pracował to mógłby pan sobie taką toyotą jeździć – wskazuje na wielki samochód za oknem.

– Lubię swojego superba, lubię to, co robię, sam sobie zawód wybrałem... Taką toyotą jeździć? To zależy za jaką cenę. A w agencji już pracowałem, dziękuję, wolę swoją taksówkę.

– No wie pan co, przecież każdy chciałby pracować w korporacji!

W piątek pięć lat wcześniej powiedziałem dotychczasowemu życiu: dość. To był mój ostatni dzień pracy za biurkiem. Coś we mnie wezbrało, a szereg okoliczności zinterpretowałem ostatecznie jako wewnętrzny głos, który podpowiedział: zrób to.

Poprzedniego dnia organizowałem dla restauratorów, kucharzy oraz dziennikarzy kulinarnych wizytę studyjną w zakładach uboju drobiu na Mazowszu. Przed południem podziwialiśmy zmechanizowaną zagładę tysięcy kurczaków, a wieczorem bawiliśmy się na bankiecie w osiemnastowiecznym pałacu. Jako organizator wyjazdu byłem odpowiedzialny za wszystko, a szczególnie za dobre samopoczucie gości, w czym trochę się zagalopowałem. Kiedy kolacja miała się ku końcowi, dałem się zaprosić pewnej sympatycznej damie na spacer po pałacowych ogrodach, który prawie skończył się w ogrodach pałacowych tej pani.

Wtedy uznałem, że po pięciu latach w public relations czas na nową zawodową przygodę.

Ziarno taxi zostało zasiane wiele lat wcześniej, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Noc na Ziemi Jima Jarmuscha. Od tamtej pory to, że wykiełkuje, było tylko kwestią czasu. Na przekór uniesionym brwiom moich bliskich posłuchałem intuicji, poszedłem za głosem serca i wsiadłem do taksówki. Umęczony ciężarem odpowiedzialności dotychczasowych obowiązków, wykańczającym stresem, a przede wszystkim poczuciem beznadziei i bezcelowości wykonywanej pracy, marzyłem o zajęciu, przy którym nie będę musiał wciskać nikomu kitu tak jak do tej pory. Kitu, pod którym musiałem podpisywać się własnym nazwiskiem.

Taksówki wynajmował mój znajomy.

– Wsiądź na weekend – zaproponował. – Spróbuj, może ci się spodoba.

Wsiadłem i już nie wysiadłem. Brak szefa nad głową, nienormowany czas pracy, ulubiona muzyka... Bezcenna iluzja wolności i niezależności to oczywiście pułapka, ale lubię dawać się jej nabierać.

Zostałem taksówkarzem. Poczułem się jak bohater American Beauty po zatrudnieniu McDonald’s.

Pamiętam swój pierwszy raz. Piątek, godzina dwudziesta trzecia. Siedziałem w piętnastoletniej maździe na pustym parkingu przed centrum handlowym na Sadybie i próbowałem opanować aplikację do obsługi zleceń. Ale przede wszystkim zastanawiałem się, kto to będzie. Mój pierwszy klient. Z kim rozpocznę ten nowy rozdział w życiu?

Nagle ktoś zapukał w szybę. Chłopak poprosił o kurs do apteki całodobowej, bo stacja benzynowa była chwilowo nieczynna z powodu rozliczenia dobowego. Miał w domu gościa, wyskoczył w pilnej potrzebie zakupu prezerwatyw.

Jasne, wsiadaj. Jedziemy.

UL. KOSZYKOWA – UL. GRZYBOWSKA

Gdy wsiada, od razu się domyślam, kim jest. Pochylone plecy, mundur i odznaczenia z symbolem Polski Walczącej.

– Widzę, że jest pan powstańcem, więc zawiozę pana za darmo na dzisiejsze obchody. Taką mam zasadę pierwszego sierpnia. To nie jest prezent od firmy – tłumaczę. – To mój dowód wdzięczności, szacunku i uznania.

– Tata nic panu nie odpowie. Ledwo słyszy i mało mówi – wyjaśnia córka powstańca, drobna kobieta o twarzy podobnej do Helen Hunt lub Jodie Foster. Wąskie usta, ostre rysy twarzy, spiczasty nos i przenikliwe spojrzenie. Silna osobowość i mocny charakter w genach po ojcu widoczne na pierwszy rzut oka.

– Nie szkodzi, to i tak dla mnie zaszczyt, że mogę państwa podwieźć pod muzeum.

– To w zamian opowiem panu historię taty. Był kurierem, a w zasadzie można powiedzieć, że listonoszem. Nie nosił rozkazów, tylko listy między rodzinami, ale również między kochankami. Któregoś dnia powstania zorientował się, że nie da już rady dostarczyć ostatnich siedmiu przesyłek. Postanowił ukryć je w drzwiach mieszkania jednej z kamienic w Śródmieściu, zdaje się, że w okolicach skrzyżowania Pięknej i Kruczej. Było dla niego niesłychanie ważne, żeby listy nie zaginęły. Miał zadanie do wykonania, czuł się odpowiedzialny za tę korespondencję. Po wojnie okazało się, że jakimś cudem koperty przetrwały w stanie prawie idealnym. Życiową misją mojego ojca stało się, aby każda z tych powierzonych mu przesyłek dotarła do swojego adresata. Jak postanowił, tak też zrobił. Zajęło mu to czterdzieści cztery lata, ale dopiął swego. Nie wszyscy adresaci żyli, wtedy dostarczał listy ich bliskim. Dużo było przy tym łez, dużo wzruszeń. Przecież w tych listach padały deklaracje na całe życie, wyznania miłości. Przerażeni ludzie żegnali się ze sobą w obliczu śmierci... Taki ładunek emocjonalny nosił tata w kopertach zamkniętych w niektórych przypadkach przez prawie pół wieku.

– Wszyscy się cieszyli z tych doręczonych po latach przesyłek?

– Nie, nie wszyscy. Jeden pan miał nawet pretensje, dlaczego po tylu latach ktoś wpieprza mu się w życie z wiadomościami z bolesnej przeszłości. Wolał nie wiedzieć o tym, co było napisane w liście, bo gdyby poznał jego treść w porę, to być może inaczej pokierowałby swoim życiem... Proszę się zatrzymać, wysiądziemy w tym miejscu. Chodź, tato! Już jesteśmy! Wysiadamy!

Po ulicy Przyokopowej, z trudem stawiając krok za krokiem, z mozołem idą powstańcy, a w przeciwną stronę, w kierunku centrum miasta, nerwowo przepychają się między nimi ludzie w garniturach, garsonkach, z teczkami, dokumentami, laptopami, biegną do szklanych biurowców.

– Naprawdę szkoda, że ojciec sam nie może panu o tym wszystkim opowiedzieć – dodaje jeszcze kobieta.

– Ja też bardzo żałuję. To wspaniała historia – mówię, patrząc na staruszka, który przez całą drogę milczał.

Mam wrażenie, że jego oczy robią się mokre.

WARSZAWA – GŁOSKÓW

– A do tego Głoskowa to na wakacje czy do pracy? – pytam wysokiego, niewiele młodszego ode mnie chłopaka, gdy wsadzamy jego walizkę do bagażnika.

– Ani to, ani to. Muszę się, jak to mówią, podreperować. Poleciałem trochę za daleko.

– Rozumiem. Pewnie nie chcesz o tym gadać?

– Możemy pogadać, czemu nie. Żaden wstyd. Choroba jak choroba. Mamy przed sobą kawałek drogi, a jak to powiedział taksówkarz w Hydrozagadce: rozmowa umila pracę.

– Czyli wiozę cię na turnus do sanatorium odwykowego?

Kiwa głową.

– To przez to, co się stało kilka dni temu. Wszystko weszło naraz. A było tego sporo. Chemiczny koktajl. Stopy jeszcze dotykały parkietu, ale ja już lewitowałem pod sufitem. Zapomniałem o tej cienkiej granicy. Ma ona grubość szyby w oknie klubu w centrum Warszawy. Od lat ściągają do niego takie upadłe typy jak ja. Lokal kusi pod pretekstem najlepszej sceny techno w mieście, ale przecież dobrze wiemy, że nie chodzimy tam tylko po muzę. Dla nas nie ma tańca i muzyki bez tego zatracenia. Jednym przyciskiem wyłączasz wszystko, całą rzeczywistość. Idziesz tam po pożądanie, po zachwyt, po uznanie, po akceptację, po taniec, po seks, po euforię...

– Po miłość? – pytam.

– Po miłość? – zamyka oczy. – Kurwa, co się z nami stało...

Jedziemy chwilę w ciszy. On patrzy przez okno na Wisłę, która zostaje za nami, kiedy przejeżdżamy most za Górą Kalwarią. Nie zadaję więcej pytań, czekam.

– Wiesz, chyba po to, żeby poczuć to wszystko naraz – mówi nagle. – Albo po to, żeby choć przez chwilę nie czuć nic. Tego, że nie dasz rady, że się boisz, że nie dorównasz, że nie zaspokoisz oczekiwań, nie sprostasz im. Żeby nie czuć się wreszcie tak bardzo innym, tak strasznie dziwnym. Żeby zapomnieć złość, wszystkie wyrzuty, krzyki, uderzenia, wrzaski. Żeby uniknąć odpowiedzialności za swoje dorosłe przecież już, kurwa, życie. Żeby osiągnąć pierdolony spokój. Nawet za cenę kaca, histerii, delirki, paranoi, omamów, lęków, niepokoju, krzywd bliskich, rozbitych rodzin, konfliktów z ludźmi i z prawem, utraty pracy, zgubionych telefonów, pieniędzy, rzygania, potów, ran, upodleń, upokorzeń, żebrania o kreski nad ranem, wstydu...

– Dobry jesteś w teorii. Skoro to wszystko wiesz, to dlaczego wciąż tam chodzisz?