Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kurs do Genewy - Bartłomiej Rychter

Pościgi i ucieczki, strzelaniny i morderstwa, niebezpieczne tajemnice i barwne, żywe postaci – Kurs do Genewy to pasjonująca powieść sensacyjna z fabułą pełną zagadek i zaskakujących zwrotów akcji. Współczesny Kraków. Do taksówki Tomasza Bartela -zgorzkniałego samotnika, który, próbując uciec od bolesnych wspomnień, powoli osuwa się w alkoholizm – wsiada młoda dziewczyna o pachnących deszczem włosach. I natychmiast zaczyna się pościg. Bartel zostaje dotkliwie pobity, a pasażerka znika, zostawiając na tylnym siedzeniu samochodu plecak, w którym znajduje się podniszczony starodruk. Bagaż próbuje odzyskać wpływowy, powiązany z krakowskimi gangsterami kochanek dziewczyny, a także tajemniczy zleceniodawca niemieckiego prawnika i sami gangsterzy. Mężczyźni nie przebierają w środkach, gotowi są zapłacić za książkę ogromne pieniądze, a nawet zabić. Kiedy ginie zamieszany w sprawę antykwariusz, Bartel postanawia się wycofać i o wszystkim zapomnieć. Jest już jednak za późno – taksówkarz zdążył narazić się gangsterom, przywiązać się do książki i do dziewczyny... Tempo, ucieczki, pościgi, wyraziste postaci, morderstwa i księga sprzed stuleci. Kurs do Genewy to gotowy materiał dla reżysera filmowego, ale też świadectwo, że polscy twórcy literatury popularnej piszą coraz lepiej i bez kompleksów. Mariusz Czubaj, Polityka

Opinie o ebooku Kurs do Genewy - Bartłomiej Rychter

Fragment ebooka Kurs do Genewy - Bartłomiej Rychter

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Prolog

Berlin, rok 1980

Gdyby kobieta mieszkająca pod numerem 13 w kamienicy przy Geheimstrasse 8 wróciła do domu w porę, zauważyłaby, jak z jej mieszkania wychodzi niski człowieczek o pulchnych dłoniach i okrągłej twarzy, jak ostrożnie stąpa po schodach, przyciskając do siebie coś, co schował pod marynarką, jak wygląda przez uchylone drzwi, by szybkim krokiem wyjść na ulicę i wmieszać się w tłum przechodniów. Kobieta zajmująca mieszkanie numer 13 przyszła jednak nieco później, a winę za to ponosiły kwiaty na klombach otaczających fontannę przy sąsiednim placu. Nie mogła oprzeć się ich czarowi i przystanęła na moment, ciesząc oczy wiosenną świeżością barw.

Wróciła zatem do domu. W przedpokoju zdjęła płaszcz i buty. Szyba biblioteczki odbiła jej twarz, gdy kobieta przeszła przez salon, by otworzyć okna i wpuścić do mieszkania zapach kwitnących wzdłuż ulicy akacji. Zatrzymała się w pół kroku i zamarła. Zaraz usiadł a przy sekretarzyku, wyjęła z szuflady papier listowy i szybko, tak szybko, że linie pisanego wiecznym piórem tekstu nie trzymały się linijek na kartce, skreśliła kilkanaście zdań, nie zastanawiając się nawet nad ich brzmieniem. Kiedy skończyła, nie przeczytała tego, co napisała, ale zaledwie przebiegła wzrokiem po kartce, którą następnie umieściła w kopercie. Wstała, wyszła z mieszkania i zapukała do drzwi sąsiadów. Od czasu do czasu prosiła ich syna, by odebrał z poczty paczkę, kupił papierosy lub przyniósł z kiosku gazetę. Na szczęście chłopiec był w domu. Wręczyła mu zaklejoną kopertę wraz z garścią drobnych monet. Poprosiła, by udał się na pocztę, po czym wyraźnie uspokojona, wróciła do swojego mieszkania.

Przez kilka minut krążyła bez celu między pokojami, sprawdziła, czy przychodząca dwa razy w tygodniu pomoc domowa wypastowała podłogę, a następnie uruchomiła gramofon i nastawiła pierwszą z brzegu płytę. Weszła do łazienki i napełniła wannę gorącą wodą. Zanurzyła się w kąpieli, układając kark na brzegu wanny, by nie zamoczyć włosów.

Nie mogła słyszeć kroków na schodach, bo ten, kto nimi wchodził, był tak ostrożny, że zanim dorobionym kluczem otworzył drzwi do mieszkania numer 13, najpierw długą chwilę nasłuchiwał, przyłożywszy do nich ucho, ale jedynym, co usłyszał, była melodia grana na saksofonie. Zanurzona w kąpieli, kobieta nie usłyszała kroków w przedpokoju, a nawet gdyby dotarł do niej ich cichy odgłos, wzięłaby go za dobiegający zza okna trzepot gołębich skrzydeł. Dźwięk otwieranych drzwi do łazienki nie przywrócił jej do rzeczywistości, gdyż ten, kto nacisnął klamkę, zrobił to delikatnie, i nawet gdyby zawiasy skrzypnęły zdradziecko, pomyliłaby ten dźwięk z motywem płynącej ballady. Stojąca nad wanną postać przesłoniła palącą się pod sufitem żarówkę i rzuciła cień na przymknięte powieki kąpiącej się. Kobieta przeciągnęła się i dotknęła stopą kurka. Dopiero gdy opięta rękawiczką dłoń zakryła jej usta, a stal dotknęła szyi, ofiara otworzyła oczy. Ostrze sztyletu rozcięło jej skórę. Wąska nitka krwi spłynęła wzdłuż brzegu wanny i rozpłynęła się ciemnoczerwonym pióropuszem we wzburzonej gwałtownymi ruchami wodzie.

1

Kraków, ubiegłej nocy

Tomasz Bartel spoglądał na świat w jeden tylko sposób – ponad maską swego samochodu, między ślizgającymi się po asfalcie światłami taksówki, nigdy nie zwracając uwagi na to, co dzieje się po bokach, i nie przejmując się tym, co nie dotyczyło go bezpośrednio. Dlatego gdy bladożółte smugi reflektorów jak kinowe projektory rzuciły obraz mijanych latarni na ciemne ściany kamienic, natychmiast zauważył kryjącą się przed deszczem pochyloną sylwetkę. Zwolnił, dając tym samym stojącej postaci czas na ruch ręką. Może gdyby w tej samej chwili zamontowane pośrodku deski rozdzielczej radio przerwało milczenie i głos dyspozytora podał zlecenie kolejnego kursu, Bartel odjechałby, zapominając o drobnej sylwetce po kilkuset metrach, a cała ta historia nie miałaby miejsca. Radio jednak milczało i tylko krople deszczu głucho spadały między wolno poruszające się wycieraczki.

Taksówkarz stanął przy chodniku i spojrzał w boczne lusterko, ale niczego nie dostrzegł w nocnym pejzażu, rozmytym blaskiem latarni. Ulica pogrążona była w ciszy, na fasadzie kamienicy odbiły się światła skręcającego na sąsiednim skrzyżowaniu nocnego autobusu. Usłyszał odgłos szybkich, miękkich kroków i drzwi taksówki się otworzyły. W prostokącie wstecznego lusterka zobaczył, jak przemoknięta dziewczyna w ciemnozielonej kurtce wskakuje na tylne siedzenie, wciągając za sobą plecak i wpuszczając do środka zapach mokrego bruku i trawy.

– Jedziemy – powiedziała trochę zbyt głośno i pociągnęła nosem. – Proszę ruszać!

Taksówkarz pstryknął przełącznik licznika i wcisnął pedał gazu. Była trzecia nad ranem, a o tej porze – zbyt dobrze znał to z własnego doświadczenia – na ulicach działy się rzeczy, jakie można zobaczyć tylko w tanich serialach, a on zbyt długo siedział za kierownicą, by dziwić się czemukolwiek. Przez kilka minut jechał przed siebie, pozwalając prowadzić się znakom i wymalowanym na jezdni strzałkom.

– Dokąd jedziemy? – zapytał, zerkając w lusterko, ustawione w taki sposób, by mógł w razie potrzeby obserwować pasażera. Widział tylko zarys jej głowy, podświetlony wpadającym przez tylną szybę blaskiem ulicznych latarni. Mogła być rozpieszczoną córką bogatego tatusia, wracającą późno do domu, lub młodą mężatką, która po pierwszej poważnej kłótni zostawiła podpitego małżonka na firmowym bankiecie w restauracji. Mogła być prostytutką, zagubioną dziewczyną z prowincji, zbierającą na czesne i mieszkanie, a może wiecznym dzieckiem z ciągłym uśmiechem na ustach i tysiącem historii w głowie. Nie była jednak ubrana jak prostytutka, a już na pewno tak nie pachniała. Bartel nie poczuł nic oprócz świeżego zapachu nocy i deszczu. Jak każdy taksówkarz, często miał do czynienia z prostytutkami, choć nigdy nie był pewien, czy dziewczyna, którą wiezie, pracuje w tym zawodzie, czy też nie. Mylił też spontaniczną kokieterię z obmyślonym i wypraktykowanym wyrachowaniem, przypadkowe dotknięcia z wyraźną propozycją, odważne zaproszenia z ofertą handlową, i dlatego starał się unikać jakiegokolwiek kontaktu, również werbalnego, z kobietami, co do których nabierał podejrzeń. Bał się, że źle coś zrozumie, lub jeszcze gorzej – że sam zostanie opacznie zrozumiany.

Pasażerka w tej chwili była dla taksówkarza tylko skuloną, przemokniętą dziewczyną na tylnym siedzeniu starego mercedesa. Niekiedy, gdy milczący klient zamawiał daleki kurs, Bartel dla zabicia czasu ukradkiem spoglądał w lusterko i obserwując pasażera, układał w myślach jego historię. Teraz jednak nie miał żadnego pomysłu. Krótka znajomość, trwająca kilkanaście jednostek wskazanych przez taryfikator, z gatunku tych, o których zapomina się zaraz po ich zakończeniu. Jeżeli dziewczyna nawet dostrzegła w ciemności twarz taksówkarza, zapomni o niej tuż po zapłaceniu za kurs i trzaśnięciu drzwiami.

– Zna pan tu jakiś hotel? – zapytała, teraz już znacznie ciszej i spokojniej. – Niedrogi, ale czysty.

Jasne, że znał. Co drugi kurs po zmroku kończył się w takich właśnie miejscach, tanich, ale czystych. W hotelach, których hol przypominał dworcową poczekalnię, gdzie pokoje można było wynajmować na godziny, a recepcjonistka ani trochę nie dawała po sobie poznać, że dziwi ją widok starszego mężczyzny tulącego dziewczynę co najmniej dwa razy młodszą od siebie. Tanio, ale czysto. Włączył kierunkowskaz i ustawił się na właściwym pasie przed skrzyżowaniem.

Taksówkarz dostrzegł grafitowe audi, zajmujące miejsce na tym samym pasie. Przejechali skrzyżowanie, potem następne, audi wciąż trzymało się kilkanaście metrów za nimi. Bartel przyśpieszył, a sznur podwójnych punkcików w lusterku zaczął oddalać się rozmyty deszczem. Oprócz jasnych, kołyszących się w rytmie nierówności jezdni świateł audi, które przyśpieszyło wraz z nimi. „Przypadek”, pomyślał Bartel i skupił się na tym, co widział między monotonnie pracującymi wycieraczkami. Zawsze dbał o to, by nie wtrącać się w nie swoje sprawy, zarówno dla dobra własnego, jak i tych, których sprawy te mogły dotyczyć. Należał do osób, które idąc chodnikiem, wpatrzone są w jeden punkt, ponad głowami innych przechodniów, i które nie spoglądają na bok bez wyraźnej przyczyny. Jednak gdy audi wjechało na część jezdni przeznaczoną dla tramwajów i zrównało się z nimi, a z jego uchylonego okna wysunęła się ręka, dając wyraźny znak, by się zatrzymali, Bartel zrozumiał, że właśnie znalazł się w sytuacji, kiedy to sprawy zaczęły dotyczyć jego samego.

Dziewczyna również zauważyła gest pasażera grafitowego samochodu.

– Proszę się nie zatrzymywać – powiedziała i przesunęła się do przodu, opierając ramiona o fotel. – Proszę jechać dalej!

Usłyszał, jak rozpina sprzączkę plecaka, po czym w jej dłoniach zaszeleścił banknot. Wydawała się nie tyle wystraszona, co poirytowana, a może nawet zaciekawiona.

– Jeżeli zgubi pan ten samochód, zapłacę podwójnie!

Tomasz Bartel nie był człowiekiem odważnym, choć nie był też tchórzem, nigdy bowiem w krytycznej sytuacji nie cofnął się w obliczu niebezpieczeństwa. Do tej pory niebezpiecznych sytuacji po prostu unikał. Gdyby zastanowił się choć przez chwilę, gdyby rozważył wszystkie „za” i „przeciw”, zapewne postąpiłby zgodnie ze swoją naturą: zaparkował w mijanej zatoczce autobusowej i pozwolił wydarzeniom biec ich własnym torem. No bo co właściwie obchodziła go nieznajoma dziewczyna, która do jego samochodu trafiła przypadkiem. Teraz jednak zamiast pomyśleć zignorował gest mężczyzny, gwałtownie skręcił i przyśpieszył, a reflektory grafitowego audi błysnęły w lusterkach. „To nie mój problem”, pomyślał, zatrzymując się przed kolejnym skrzyżowaniem niemal na białej linii. Tutaj ulica, którą jechali, łączyła się z trasą wylotową. Luksusowy samochód stanął trzy miejsca za nimi, ale taksówkarz doskonale widział w lusterku jego przednią szybę i zarysy siedzących postaci. Światła zmieniły się na żółte, a potem na zielone, ale Bartel nie ruszał. Stojący tuż za taksówką biały bus zatrąbił, spróbował ruszyć, ale wysoka krawędź wysepki skutecznie uniemożliwiała wyminięcie taksówki. Bartel czekał spokojnie, wsłuchany w miarowe stukanie kierunkowskazu. Dziewczyna siedziała w milczeniu. Nawet jeżeli była zdenerwowana, nie dawała tego po sobie poznać, co utwierdziło go w przekonaniu, iż jadący za nimi samochód to tylko część jakiegoś żartu, błahej historii czy szczeniackiego wygłupu. W pewnym momencie poczuł nawet podniecenie tym nocnym pościgiem. W końcu światła zmieniły się na żółte i zaraz na czerwone. Rząd ustawionych po prawej stronie samochodów powoli ruszył, gdy Bartel gwałtownie wrzucił bieg i przemknął im z piskiem tuż przed maskami, rozbryzgując stojącą w kałużach wodę. Taksówka przechyliła się na ostrym łuku jak odrzutowiec, opony darły asfalt, a zza szyb okrążyła ich panorama jasno oświetlonego miasta. Przyśpieszenie wcisnęło taksówkarza w fotel, a dziewczynę rzuciło na boczne drzwi. Przemknęli przez skrzyżowanie, zostawiając za sobą ryk klaksonów i nieme przekleństwa kierowców.

Taksówkarz wyrównał, zmienił bieg na wyższy i uważnie rozglądał się na boki, szukając dogodnego zjazdu. Szalony manewr na skrzyżowaniu mógł dać im najwyżej kilkadziesiąt sekund przewagi.

– Zgubiliśmy ich? – zapytała dziewczyna. Miała w tej chwili w sobie coś z rozbawionej własnym psikusem dziewczynki.

– To się okaże.

Bartel przejechał przez dwa kolejne skrzyżowania, za każdym razem prześlizgując się na żółtym świetle. Przez chwilę rozważał myśl, czy nie wjechać na pogrążony w ciemnościach parking supermarketu i sprawdzić, czy kierowca audi dał za wygraną, czy też próbuje ich ścigać. Parking miał jednak tylko jeden wąski wjazd i mógł stać się pułapką. Taksówkarz zwolnił i skręcił w jednokierunkową między blokami. Przez chwilę kluczył w ciemnym labiryncie, starając się znaleźć wyjazd na główną ulicę. Uważnie spoglądał w lusterka, wypatrując w ciemności halogenowych reflektorów ścigającego ich samochodu. Wytarł z potu najpierw jedną, potem drugą dłoń, spojrzał w wewnętrzne lusterko. Dziewczyna siedziała spokojnie. Na końcu języka miał już pytanie o tajemniczy samochód jadący ich śladem, ale powstrzymał się. To nie był jego problem, on miał jedynie dowieźć dziewczynę. Zatoczył koło i zawrócił.

Grafitowe audi pojawiło się nagle, wyjechało z bocznej ulicy z wyłączonymi światłami i gwałtownie zajechało im drogę. Opony zapiszczały na mokrym asfalcie, a Bartel szybkim ruchem kierownicy wprowadził samochód na chodnik i przyśpieszył. Taksówka przechyliła się, jadąc jednym kołem na krawężniku. Przemknęli obok blokującego jezdnię samochodu tak blisko, że ich boczne lusterka się roztrzaskały. Kierowca audi natychmiast wrzucił wsteczny i zawrócił niemal w miejscu, a ostre światło wypełniło ciemne wnętrze mercedesa i odbijając się od lusterka, oślepiło taksówkarza. Bartel mocno ściskał kierownicę, szukając możliwości skrętu w prawo, a za szybą, szybko jak bramki w czasie biegu zjazdowego, migały latarnie. Kreska wskaźnika przesunęła się z impetem po zielonkawej tarczy prędkościomierza, a zarysy mijanych budynków zlały się w ciemną masę. Uliczka zwęziła się i kierowca audi musiał zwolnić i jechał za taksówką, ale gdy tylko droga na powrót się rozszerzyła, wykorzystał większą moc silnika, zrównał się z uciekającym samochodem i dał kierownicą w prawo. Samochody otarły się o siebie ze szczękiem. Taksówka wypadła na chodnik. Bartel aż zmrużył oczy, gdy kosz na śmieci przeleciał przez maskę i o włos mijając przednią szybę, przefrunął ponad dachem. Taksówkarz skontrował i wprowadził samochód na jezdnię, ale audi wykorzystało okazję i wysunęło się do przodu. Jego kierowca wyprzedził taksówkę, zahamował i ostro skręcając, wprowadził samochód w kontrolowany poślizg, tarasując całą szerokość uliczki. Bartel zareagował błyskawicznie. Wcisnął hamulec i pochylił głowę. Usłyszał jeszcze, jak jadąca bez zapiętych pasów dziewczyna uderza najpierw o jego fotel, a potem z jękiem wbija się barkiem w drzwi taksówki. Maska mercedesa przechyliła się do przodu, samochód niemal dotknął zderzakiem asfaltu i zakręcił się w poślizgu. Przez dobre kilka metrów sunęli bokiem siłą rozpędu. Bartel modlił się w duchu, aby pozbawiony kontroli samochód trzymał się jezdni, obawiając się, że gdy wyrzuci ich między drzewka na trawniku, czekać go będą spore wydatki. Gdy samochód całkiem wytracił prędkość, Bartel odpiął pas i odwrócił się, chcąc sprawdzić, co stało się z dziewczyną, ale w tym momencie ktoś otworzył drzwi taksówki i para silnych rąk chwyciła taksówkarza za gardło, przyduszając kołnierzem jego własnej kurtki. Ktoś wyciągnął go z samochodu. Bartel spróbował odepchnąć napastnika, ale ten był silniejszy. Napastnik, wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze, wprawnie podciął taksówkarzowi nogi i pchnął go na samochód, zaciskając jednocześnie chwyt na jego szyi. Bartel poczuł, że traci przytomność.

– Chciało ci się zgrywać bohatera, co? – Głos mężczyzny drżał od przyśpieszonego oddechu i emocji. Taksówkarz zdążył zauważyć jeszcze starannie wyprasowane klapy ciemnej marynarki i śnieżnobiały romb kołnierzyka. Niesygnalizowane, wyprowadzone z lekkiego półobrotu uderzenie zmiażdżyło mu żołądek i całkiem odebrało oddech. Skulił się gwałtownie, a mocne kopnięcie wybiło mu ziemię spod stóp. Opadł na kolana i z trudem łapał ustami powietrze jak ryba wyrzucona z wody. Poczuł zapach trawy i wody kolońskiej.

– Nie wiesz, w co się wmieszałeś, debilu! – Taksówkarz otworzył oczy i dostrzegł swoją twarz odbitą w kałuży, pośrodku której klęczał. – Było ci to potrzebne?

Bartel nie odpowiedział, zgięty wpół, starał się odzyskać oddech, choć nawet gdyby był w stanie mówić, nie potrafiłby znaleźć sensownej odpowiedzi.

– Dziewczyna! – krzyknął drugi męski głos gdzieś z boku. – Bierz samochód!

Czubki butów zniknęły Bartelowi sprzed oczu. Usłyszał, jak uderzają o chodnik, oddalając się coraz bardziej od miejsca, w którym klęczał. Grafitowe audi ruszyło uliczką, omiatając reflektorami ociekające niedawnym deszczem zarośla. Silnik grzmiał głucho jeszcze przez chwilę, cichł stopniowo, aż w końcu zamilkł, zagłuszony przez ujadającego w oddali psa. Po chwili Bartel słyszał już tylko własny oddech i przyśpieszone tętno w uszach.

Ciemne bryły bloków, tworzące ciasny kanion osiedlowej uliczki, zaczęły rozjaśniać się pojedynczymi światłami. Ktoś coś krzyczał przez uchylone okno, ujadanie psa przybierało na sile.

Bartel wstał z trudem, bardziej z powodu strachu niż bólu, i usiadł za kierownicą. Włączył silnik i ruszył przed siebie.

Obudził się tuż przed południem i w jednej chwili poczuł smak wypitego przed zaśnięciem alkoholu. Skrzywił się i sięgnął po stojącą przy łóżku szklankę, w połowie wypełnioną herbatą. Od zawsze miał kłopoty z zasypianiem, a wydarzenia ubiegłej nocy zupełnie wytrąciły go z równowagi. Aby zasnąć, musiał sięgnąć po stale obecną w lodówce porcję najpewniejszego środka nasennego, mieniącą się matowym światłem butelkę z mlecznego szkła. Nie trapiły go problemy z alkoholem, choć czasem miewał kłopoty, a coś mocniejszego miał pod ręką prawie zawsze. Pił niewiele i nie za często, ale kiedy samotnie spędzane wieczory dłużyły się szczególnie smętnym milczeniem, nalewał sobie pół szklanki, czasem trochę więcej. Byle do rana. Oglądał wtedy telewizję, przeskakując z kanału na kanał i szukając ładnych widoków, pięknych kobiet lub szybkiej akcji. Kiedy miał wolny wieczór, siedział przed telewizorem do późna, z pilotem w jednej ręce, w drugiej zaś, w zależności od nastroju i natężenia bezsenności, trzymał butelkę ulubionego piwa lub szklaneczkę ze schłodzoną wódką. Kładł się do łóżka, kiedy był całkiem pewien, że zaśnie bez niekończącego wsłuchiwania się w odgłosy nocy dobiegające zza okna i te bliższe, zza ściany, gdy był pewien, że sen skutecznie wybawi go od natrętnych wspomnień o zdarzeniach, które miały miejsce przed laty, a dziś właściwie nie miały znaczenia, oraz o kobiecie, której zdjęcie włożone było w którąś z nieczytanych książek i która tak naprawdę również nie miała już dla niego znaczenia.

Otworzył oczy i jak zwykle w pierwszej chwili nie pamiętał, jaki jest dzień tygodnia. Wszystkie wyglądały dla niego tak samo, wszystkie zaczynały się w wąskim łóżku, w pustym mieszkaniu niemal bez książek, w którym punktem centralnym był ustawiony naprzeciw starego fotela telewizor. Jedynym śladem obecności kogoś innego niż główny lokator była ustawiona przy drzwiach wejściowych miseczka, którą wieczorami i rankami Bartel wystawiał na klatkę dla trochę oswojonego rudego kocura. Dni tygodnia praktycznie nie różniły się, były samymi nazwami, siedmioma słowami o jednym znaczeniu; w kuchni wisiał domowy kalendarz, którego zrywane kartki zatrzymały się na dacie z połowy ubiegłego roku.

Ubrał się i włączył radio. W łazience spoglądał podczas golenia na swoje odbicie w brudnym lusterku: szara, pociągła twarz, na której pierwsze zmarszczki odciskały się coraz wyraźniej, tak typowa, że niemal niezauważalna. Lodowato zimna woda usunęła z oczu przekrwione plamki, ale nie uspokoiła go na tyle, by dłoń bez drżenia mogła prowadzić maszynkę wzdłuż krzywizn twarzy. Dokończył golenie, spłukał twarz i wytarł się ręcznikiem. W kuchni nastawił wodę na herbatę, a do kubka włożył dwie torebki wyjęte z wielkiego blaszanego pudełka. Jak zwykle w lodówce nie miał niczego, co mógłby zjeść na śniadanie. Siedział przy stole i spoglądał na podwórko przed blokiem, na zaparkowanego w cieniu drzewa starego mercedesa.

Z kubkiem pełnym gorącej herbaty wrócił do pokoju. Stanął na środku, rozejrzał się w poszukiwaniu porzuconych gdzieś spodni, spojrzał na szafkę przy lustrze i zamarł. Stał przez długą chwilę, z kubkiem herbaty na wysokości bioder, wpatrując się w to, co leżało na drewnianej szafce. Usiadł w fotelu, a przed oczyma przewinęły mu się sceny z ubiegłej nocy: dziewczyna na tylnym siedzeniu, ostatni kurs zakończony ucieczką ulicami Krakowa i bolesne spotkanie z mężczyznami jadącymi grafitowym audi. Siedział tak, dopóki herbata w kubku nie wystygła. Wtedy dopił ją kilkoma szybkimi łykami, raz jeszcze spojrzał na szafkę i poczuł, jak coś ciężkiego i zimnego osuwa mu się przełykiem i zagnieżdża w żołądku.

Nie miał czasu, by spokojnie przemyśleć ostatnie wydarzenia, ale sądził, że cały ten pościg, uciekająca dziewczyna i grafitowy samochód mknący w szalonym pędzie po szynach tramwajowych były efektem jakiegoś dziwnego zakładu, konsekwencją sceny zazdrości, jaką kierowca audi urządził dziewczynie, która potem zwiała mu taksówką, a on, nie chcąc stracić twarzy przed kumplami, za wszelką cenę chciał ją dogonić. Mogło istnieć tysiąc powodów, dla których faceci z audi chcieli złapać dziewczynę, a on sam wplątał się w tę historię przez przypadek. Dziewczyna, być może, leży teraz w zmiętej pościeli razem z kierowcą tamtego samochodu, w łóżku, w którym skończyła się dla nich dzisiejsza noc, i ze śmiechem wspomina cały ten pościg, a on przechwala się, jak przyłożył taksówkarzowi, którego twarzy pewnie nawet nie zauważył. „Być może – myślał Bartel – wydarzenia te definitywnie zakończyły się w kałuży”, gdzieś w labiryncie wąskich osiedlowych uliczek, skąd wrócił nad ranem do swojego mieszkania. „Być może – łudził się – wszystkie te wydarzenia nie będą miały żadnych konsekwencji, żadnego ciągu dalszego, a z czasem staną się nic niewartym wspomnieniem”. Ale nadzieje te niebezpiecznie podważył przedmiot leżący na szafce przy jego łóżku.

Mały ciemnozielony plecak, który dziewczyna zostawiła ubiegłej nocy na tylnym siedzeniu. Zabrał go na górę nad ranem, kiedy zaparkował mercedesa pod blokiem i zauważył ciemny kształt za fotelem kierowcy. Teraz plecak leżał na szafce, między lampką a budzikiem z pękniętym szkiełkiem. Jeszcze przed zaśnięciem otworzył sznurowaną górę i zajrzał do środka. To, co tam się kryło, zdziwiło taksówkarza jeszcze bardziej. Nie wiedział, co zrobić. W zasadzie mógł wyrzucić do Wisły plecak wraz z jego zawartością. Przedmiot ten był materialnym dowodem potwierdzającym prawdziwość wydarzeń ubiegłej nocy. Plecak był też śladem jego udziału w całej tej historii. „Powinienem go wyrzucić” – pomyślał.

Ale go nie wyrzucił.

Miał wolne do obiadu, ale postanowił wyjechać wcześniej. Zgłosił się przed radio do dyspozytora i ruszył w miasto. Po drodze kupił nowe boczne lusterko i przykręcił je od razu w miejsce starego, urwanego ubiegłej nocy. Pierwsze zlecenie otrzymał, zanim jeszcze silnik rozgrzał się na dobre. Elegancko ubrany blondyn zamówił kurs do dzielnicy domków jednorodzinnych, przez całą drogę rozmawiał przez komórkę, tłumacząc się z nocnej narady i ścierając drugą dłonią ślady ciemnoróżowej szminki z szyi. Potem dwie studentki w drodze na uczelnię, zapach drogich perfum i dwuznaczne uśmiechy, spódniczka tej, która usiadła w przednim fotelu pasażera, podwinięta wysoko nad połową uda, tłumiony śmiech tej siedzącej z tyłu i wysoki, zbyt wysoki napiwek na końcu trasy. Wiedział, że kobiety uważają go za atrakcyjnego, mylnie biorąc właściwy jego twarzy wyraz znudzenia i chłodnego dystansu do otoczenia za przejaw życiowej dojrzałości i doświadczenia. Nie zwracał na nie uwagi, ale im podobało się to jeszcze bardziej, niż gdyby zjechał z kursu pod najtańszy motel w mieście i zaproponował kilka miłych chwil w pokoju na godziny.

Dwa kursy między bankami, potem zlecenie zakupów: cztery flaszki wódki i karton soku porzeczkowego, odebrane przez faceta w białym podkoszulku i krawacie zawieszonym na ramieniu. Po tym kursie zrobił sobie małą przerwę pod blaszaną budką z chińskim żarciem, popijając smażonego kurczaka wielkim kubkiem coli. Posiłek przerwał mu trzask radiowych zakłóceń i głos dyspozytora, zgłaszający kolejne zlecenie. Gdy tak jeździł zapchanymi ulicami Krakowa, przeciskając się przez skrzyżowania, przepuszczając tramwaje i biegających po przejściach pieszych, Bartel prawie zapomniało wypadkach ubiegłej nocy. Prawie nie myślał też o przedmiocie we wnętrzu plecaka, który leżał teraz na jego szafce.

Zabrał kobietę z pokaźną walizą na dworzec kolejowy, przez kilkanaście minut kręcił się taksówką po centrum, stojąc w korkachi gapiąc się na spódniczki dziewczyn. Po kolejnej godzinie pojechał na postój. Był to szeroki, wyżwirowany plac, wciśnięty między supermarket a osiedle z trzypiętrowymi blokami i zaniedbanym skwerem. Zaparkował i wysiadł z samochodu. Przez chwilę chodził między taksówkami, witając się z kolegami. Znał ich wszystkich po imieniu, choć z żadnym nie utrzymywał bliższych stosunków. Nie miał rodziny, nie mógł więc złapać kontaktu z tymi, na których w domach czekały żony, nie lubił nocnych wycieczek po knajpach i dlatego nie przestawał z tymi, którzy spędzali czas na szukaniu kobiet lubiących przygody. W zasadzie trzymał się z dala od brudnych interesów, nigdy nie brał niczego w komis, żadnego białego proszku, zielonych liści ani kolorowych dropsów, które niektórzy kierowcy wozili pod fotelem, a dzięki którym mogli potroić dochody. Wszyscy ci, którzy lubili w ten sposób dorobić do pensji, zachowywali wobec niego dystans, obawiając się, czy aby nie chce za dużo wiedzieć. Dlatego Bartel ograniczył się tylko do podania ręki kierowcom stojącym w kolejce taksówek i wrócił za kierownicę swojego samochodu, gdzie rozsiadł się wygodnie. Z lektury gazety wyrwał go szum ciężko pracującego silnika.

Czarne bmw, nisko zawieszone i ze skorodowanymi, pokrytymi łuszczącą się farbą listwami, wjechało na parking pod kasztanami tak, jak jego kierowca czynił to za każdym razem: okrążając plac na dużej prędkości, nie zwalniając na łukach i obsypując wystrzeliwanymi spod kół kamykami gołębie. Samochód przejechał tuż obok mercedesa i zatrzymał się gdzieś poza zasięgiem wzroku taksówkarza. Bartel spojrzał w boczne lusterko. Kierowca bmw zaparkował w cieniu, przodem w kierunku wyjazdu na główną ulicę, a z wnętrza samochodu wysiadło dwóch mężczyzn. Znał ich każdy taksówkarz, który nocami jeździł między klubami i dyskotekami a tanimi hotelami z podpitymi mężczyznami, mającymi ochotę na mocny koniec przeciągającego się po świt wieczoru. Znał ich każdy, kto miał okazję sprzedać małolatom w szerokich spodniach pudełko zapałek wypełnione po brzegi suchymi, zielonymi liśćmi o ostrym zapachu lub woreczek białego proszku, specjalnie dla młodych ludzi o wyglądzie urzędników bankowych, w drogich garniturach i z eleganckimi zegarkami na ręku. Prędzej czy później poznać ich musiał każdy, kto wożąc rozmaitych ludzi, od czasu do czasu słyszał coś, co dla kogoś innego mogło mieć wymierną wartość: kto komu pożyczył pieniądze, kto je oddał, a kto się ukrywał. Taksówkarz zamknął drzwi, nie zwracając uwagi na zaduch i pot lejący się wzdłuż szyi za kołnierz. Skupił się na gazecie.

Wolne kroki na rozgrzanym słońcem żwirze ucichły tuż obok taksówki, a zaraz po tym pukanie w boczną szybę zmusiło Bartela do podniesienia wzroku. Tuż nad nim, wsparty o dach samochodu, pochylał się wysoki mężczyzna o smagłej twarzy i czarnych jak noc oczach. Leon, bo pod takim imieniem Bartel znał pukającego w szybę, miał prawie dwa metry wzrostu i cokolwiek by robił, wyglądało to niezdarnie i komicznie, tak jakby impulsy biegnące z ostrzyżonej na żołnierską modłę głowy do chudych członków potrzebowały więcej czasu niż w wypadku zwykłych ludzi. Leon był jednym z tych typów, którzy całe dnie spędzali w przesiąkniętych zapachem uryny bramach lub brudnych klatkach schodowych, a wychodząc z domu bez składanego noża w kieszeni spodni, czuli się tak, jak w deszczowy dzień ludzie, którzy zapomnieli parasola. Drugiego z mężczyzn, stojącego trochę z boku, Bartel nie znał, ale nie miał kłopotów z jego zaklasyfikowaniem. Krótko przystrzyżone włosy i spuszczone wzdłuż ciała ręce o nieco zaciśniętych palcach, oddalone od tułowia o dobrych kilkanaście centymetrów, tak by opięte skórzaną marynarką barki robiły wrażenie szerszych, niż były w rzeczywistości. Wzrok miał pewny, nieco wyzywający i trochę bezczelny.

Bartel opuścił boczną szybę i wyłączył radio.

– O co chodzi? – zapytał. – Proszę podejść do przodu. Mamy tu kolejkę.

– Wyskakuj. – Leon skrzywił się i sam sięgnął do klamki. – Musimy pogadać. – Wykonał dłonią gest w stronę zaparkowanego po drugiej stronie placu samochodu. – No już.

Taksówkarz wysiadł, zatrzasnął drzwi i mrużąc oczy, rozejrzał się, ale parking momentalnie stał się cichym i pustym miejscem. Bartel poczuł w brzuchu coś zimnego i lepkiego, mimo kompletnie suchego gardła przełknął ślinę i wiedząc, że faceci w skórzanych kurtkach doskonale zdają sobie sprawę z jego strachu, ruszył między nimi w stronę czarnego bmw. Zanim jeszcze doszedł do samochodu na tyle, by rozpoznać siedzącą w środku osobę, wiedział już, z kim będzie miał do czynienia.

– Cześć – z tylnego siedzenia odezwał się całkiem przyjaznym głosem Teodor, niski, krępy mężczyzna o szerokim karku zapaśnika, nalanym podbródku i gładko wygolonej kanciastej czaszce. – Wsiadaj. – Wykonał zapraszający gest i przesunął się w głąb samochodu.

– Cześć – odpowiedział Bartel i przełożył nogę nad skorodowanym progiem.

Teodor, z uśmiechem przylepionym do masywnej twarzy, wyglądał bardziej na dawno niewidzianego serdecznego kumpla niż gościa, który żył z tego, co udało mu się siłą wydrzeć innym. Miał właściwą tylko kameleonom i tanim małym gangsterom umiejętność wtapiania się w otoczenie. Kiedy stał za barem swojej dyskoteki, sprawiał wrażenie restauratora troszczącego się o dobrą zabawę gości i spokój na sali, w czasie objazdu interesów, na skórzanej kanapie czarnego bmw, wyglądał jak uliczny zbir o wysokiej samoocenie i przeciętnej pozycji w hierarchii przestępczej, mimo iż z jego zdaniem musiał liczyć się cały półświatek miasta. Siedział z rozłożonymi szeroko ramionami i dłońmi wplecionymi w chromowane usztywnienia zagłówków, w takiej pozycji jego pękaty brzuch, opięty teraz jedwabną koszulą, unosił się nieco, odsłaniając pasek z krokodylej skóry, kupiony w jednym z najdroższych sklepów w Krakowie. A przecież nie tak dawno siedział na składanym turystycznym krzesełku – za polowym łóżkiem, ze stertą wełnianych skarpet i podróbek dżinsów przemycanych z Turcji – które z czasem zamienił na osłonięte blaszaną wiatą stoisko, a to z kolei po upływie kilkunastu miesięcy na zadymiony lokal w zaadaptowanej wilgotnej piwnicy pod starą kamienicą. Szybko odkrył, że z taką samą łatwością, z jaką przychodziło mu wręczanie łapówek strażnikom miejskim patrolującym bazar, można podejmować inne działania, przynoszące jeszcze większe zyski, a stróże prawa są tak samo podatni na widok kilku pachnących nowością banknotów ukrytych w niezaklejonej kopercie. Zarówno teraz, jak i wtedy miał przy sobie ludzi pokroju Leona. Swój sukces zawdzięczał brakowi skrupułów i w jeszcze większym stopniu brakowi wyobraźni. Kiedy inni uważnie analizowali swoje działania pod kątem ich późniejszych konsekwencji, on po prostu działał. Kiedy dawno temu zimową nocą oblewał benzyną drewniany barak z odzieżą, który naprzeciwko bazaru wystawił konkurent niezbyt skory do układów, nie myślało tym, że wszystkie podejrzenia padną właśnie na niego, jako tego, który z pożaru odniósł najwięcej korzyści. Poranek odsłonił zwęglone zgliszcza ogrodzone policyjną taśmą, i tak handlarz tureckimi dżinsami otrzymał pierwszą teczkę w wydziale śledczym i zdobył szacunek całego bazaru. Później wydarzenia potoczyły się szybko, zupełnie jak w filmie. Dzięki temu mógł teraz pozować na gangstera w starym stylu, ale choć bardzo chciał przypominać Vito Corleone, dżentelmena w garniturze, z drogim sygnetem na palcu, bardziej był podobny do Tony'ego Soprano.

– Przejedziemy się, co? – bardziej stwierdził, niż zapytał gangster, a siedzący za kierownicą chłopak w dresie, kiedy tylko Bartel zajął miejsce na tylnej kanapie, wcisnął gaz i bmw ruszyło. Bartel, kątem oka, nie odwracając głowy w kierunku szyby, śledził trasę i starał się odgadnąć cel podróży. Już raz, jakiś czas temu, jechał na tylnej kanapie tego samego bmw; miał wtedy spore problemy nie tylko z siedzeniem, ale i z patrzeniem, a przedmiotem troski Teodora była jedynie obawa, czy taksówkarz nie zabrudzi krwią eleganckiej, choć nieco sfatygowanej i w kilku miejscach przetartej tapicerki. Wspomnienie tamtych chwil nie było miłe, Bartel skoncentrował się więc na kołyszącej się futrzanej kostce do gry przy wewnętrznym lusterku.

– Co tam u ciebie słychać? – zapytał głośno Teodor, patrząc z ukosa na sztywno siedzącego Bartela. – Wszystko po staremu, co?

– Wszystko po staremu – odparł pogodnie taksówkarz.

– A u mnie, widzisz, co chwila coś nowego. Kompletne urwanie głowy – gangster mówił tym samym tonem, jakim nie tak dawno zwierzał się z kłopotów kumplom z bazaru, zanim jeszcze odkrył, że są równie nieprzygotowani do nowych czasów jak on, a mają znacznie większe skrupuły i o wiele mniejszą determinację, by działać. – A co słychać u tej, no… – Udał zamyślenie, głęboko marszcząc brwi, po czym pstryknął palcami. – Jak też ona miała na imię? – Potarł czoło dłonią, czekając, aż taksówkarz dokończy i wymówi imię, które obaj pamiętali doskonale, lecz Bartel, choć wiedział aż za dobrze, milczał jak grób.

– Karina. – Teodor się ucieszył, zupełnie jakby nagle je sobie przypomniał. – Właśnie, co słychać u Kariny?

– Nie wiem.

– Nie wiesz? – Gangster udał zdziwionego. – Żadnych wiadomości? Żadnych listów? Telefonów? Choćby kartki na święta?

Teodor gwałtownie obrócił głowę za dziewczyną stojącą przy przejściu dla pieszych. Uderzył dłonią w kark kierowcy, a ten klaksonem wyraził uznanie dla jej odsłoniętych kształtów.

– Obejrzała się, widziałeś? – Gangster się zaśmiał. – Wszystko przez te baby, co nie? – Odwrócił się do Bartela. – Uśmiechnie się taka, pokręci tyłkiem, a facetom wali do głowy jak po ciepłej wódce. Mam rację?

– Jasne.

Choć Bartel bardzo starał się przed tym powstrzymać, jego wyobraźnia przywołała wspomnienie twarzy, której podkreślona pastelowym makijażem uroda zwracałaby uwagę równie dobrze w paryskiej kawiarni lub rzymskim bistro, co w zatłoczonej taniej dyskotece, w podchodzącej wilgocią piwnicy krakowskiej kamienicy. Było to dawno temu, w czasach, kiedy jeszcze zdarzało mu się spędzać wieczory w takich miejscach, gdzie samotnie pił piwo i przyglądał się dziewczynom tańczącym między pulsującymi światłami. Ona nie tańczyła, siedziała spokojnie przy stoliku, patrząc dookoła nieobecnym wzrokiem. Nie była sama, jej towarzystwo co jakiś czas wymieniało się z tańczącymi na parkiecie, ale ona tylko siedziała i patrzyła przed siebie, paląc papierosa. Po kilkudziesięciu minutach i kilku piwach zdecydował się wstać i poprosić ją o taniec lub chwilę rozmowy. Gdyby to przemyślał, gdyby się zastanowił, zamiast wstawać, zamówiłby kolejne piwo i poprzestał na patrzeniu. Na krótką chwilę stracił ją z oczu, zasłoniętą przez chłopaka z kuflem piwa w dłoni, a gdy dostrzegł ją na powrót, rozmawiała z facetem w skórzanej kurtce. Jakiś czas stał, blokując drogę na podświetlany parkiet, a gdy zauważył, że tamten bierze dłoń dziewczyny, zdecydował się wrócić na miejsce. Dziewczyna jednak gwałtownym ruchem uwolniła rękę i ostentacyjnie odwróciła się, sięgając po drinka. Mężczyzna w skórzanej kurtce zrobił ruch, jakby miał odejść, ale nagle zamachnął się szeroko ramieniem i uderzył dziewczynę, która przewróciła się na podłogę, pociągając za sobą stolik i obity pluszem fotel. Bartel, niewiele myśląc, przecisnął się przez tłum wokół leżącej dziewczyny. Chwycił tamtego za poły pobrzękującej klamrami kurtki i precyzyjnym wejściem kolanem w podbrzusze zgiął go wpół, a następnie szerokim prawym sierpowym cisnął w zgromadzonych wokół gapiów. Po czymś takim facet nie miał prawa wstać. Bartel odsunął stolik i pomógł podnieść się dziewczynie. Płakała, część jej twarzy pokrywał pulsujący czerwienią owal wielkości męskiej dłoni. Bartel zauważył ruch za barem i trzech rosłych ochroniarzy przeciskających się między ludźmi, chwycił więc szybko jej rękę i pociągnął dziewczynę w stronę wyjścia.

– Dziękuję – powiedziała miękko z wyraźnym, nieco śpiewnym akcentem, a on ruchem dłoni zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. Nie wiedział, dokąd ją odwieźć, milczała, a on nie pytał i zabrał ją do siebie. Milczała, gdy odważył się objąć jej talię na schodach, gdy musnął ustami jej włosy już w drzwiach mieszkania. Milczała, gdy w ciasnej, zagraconej łazience obmywał jej twarz chłodną wodą, pozbawiając ją przy tym makijażu, ale nie spokojnego, ciepłego piękna. Sam już nie pamiętał, jak znaleźli się w łóżku, choć dziś jeszcze czuł pod palcami jej wilgotne ciepło. W jej ramionach odnalazł spokój, którego szukał, i spełnienie, którego potrzebował. Pachniała dymem tanich papierosów, balsamem do ciała i ich wspólnym potem. Całował jej usta, czując w ich cieple cierpki smak alkoholu, wodził po nich językiem, upijając się jej smakiem. Kochali się powoli i spokojnie, choć nie znali swych imion. Nie była pierwszą ważną kobietą w jego życiu, jej twarz nie była twarzą z pogiętego zdjęcia wciśniętego w nieczytaną książkę, ale tej nocy była najważniejsza. Kiedy obudził się następnego ranka, miejsce koło jego boku było ciepłe, lecz puste. O tym, że była własnością, wyłączną własnością innego mężczyzny, dla którego pracowała i który mógł dysponować nią wedle własnego uznania, dowiedział się kilka dni później. Dopiero wtedy poznał jej imię. Zgarnęli go z parkingu przed domem w biały dzień, na oczach sąsiadki wyprowadzającej płowego kundla. Już mocno naruszonego, wciągnęli do samochodu i wywieźli za miasto, gdzie połamali mu szczękę, nos i kilka żeber. Zanim stracił przytomność, leżąc z twarzą wciśniętą w podeptaną ich buciorami trawę, usłyszał jeszcze kilka życiowych nauk. Dziewczyna pracowała w agencji, w której Teodor miał swoje udziały. Tego wieczora, kiedy wybiegli z zatłoczonej dyskoteki, ona była w pracy, a facet, którego posłał na deski, mógł być jej klientem. Mężczyźni wytłumaczyli mu to tak dokładnie, że Bartel prawie dwa tygodnie przeleżał w szpitalu. Wiele razy zastanawiał się, czy tym, co zrobił, zasłużył bardziej na wdzięczność dziewczyny, czy też przeciwnie, zepsuł jej pozycję na rynku, przeszkodził w interesach i zmusił do wyjazdu w inny rejon kraju, a może nawet za granicę, do Niemiec, lub z powrotem, na Ukrainę.

– Żadnych listów – potwierdził Bartel, uwalniając się od natrętnego spojrzenia jasnoniebieskich oczu oraz od wspomnienia ciepłych ust i gładkiej, prawie przezroczystej skóry. – Nawet telefonu.

Teodor roześmiał się na cały głos. Urażoną dumę już dawno uleczył widok zwiniętego w kłębek, skamlącego naiwniaka, który odważył się wyciągnąć rękę po nie swoją własność, a w miejsce złości pojawiła się trudna do wytłumaczenia irracjonalna sympatia, dająca o sobie znać za każdym razem, kiedy Teodor w czasie alkoholowych libacji opowiadał kumplom o głupim taryfiarzu, który dostał łomot za obronę honoru głupiej dziwki. „I wiecie co – kończył swoją opowieść, stojąc na kołyszących się nogach z kieliszkiem w dłoni- czasem, kiedy mam dostarczyć dziewczynę do klienta, dzwonię specjalnie po niego, niech się uczy”.

Teodor należał do ludzi, którzy nie mają marzeń. Wcale nie dlatego, że pozbawiła go ich proza życia, wręcz przeciwnie, codzienna egzystencja była dla niego spełnieniem marzeń. Miał swój samochód, duże mieszkanie w drogiej dzielnicy i własną dyskotekę, miał atrakcyjną żonę o jasnych włosach i skórze, otaczał się ludźmi, którzy okazywali mu szacunek, miał też swojego prawnika i co najważniejsze: miał tyle władzy, by sprawiała mu ona przyjemność, nie wywołując przykrego uczucia niedosytu. Dlatego we wszystkim, co robił, widać było jego absolutną afirmację mijającej właśnie chwili, wiązał krawat nie po to, by dobrze wyglądać w czasie kolacji, ale by leżąca na łóżku młoda kochanka uznała ten gest za szczególnie męski i pociągający. W takim samym celu wypowiadał zdania kierowane do wystraszonego taksówkarza. Dobrze wiedział, że Bartel nigdy w życiu by mu się nie postawił, nigdy jednak nie mógł oprzeć się pokusie i po raz kolejny udowadniał swoją przewagę.

– Wiesz co, Tomek – powiedział gangster poważnym tonem - każdy dostaje od losu szansę. Każdy. Problem w tym, czy potrafi się ją dostrzec, a potem wykorzystać. A ty? Myślisz, że wiesz, co zrobić, żeby nie wpadać w kłopoty, ale żeby wykorzystać swoje pięć minut?

– Jasne, wiem, co mam zrobić – odpowiedział spokojnie Bartel, choć wcale nie wiedział, jak się zachować.

– Świetnie. – Gangster rozpogodził się. – Być może los uśmiechnął się i dał ci szansę.

Bartel skrzywił się.

– Teodor, ja niczym nie handluję. To nie moja działka. Po mieście jeździ wielu chłopaków, każdy z nich chętnie zarobi parę groszy i puści na ulicy wszystko, co chcesz.

– Nie o to chodzi. – Teodor się skrzywił. – Żadnych prochów, żadnych liści. Chcę, żebyś z kimś porozmawiał. Chcę, żebyś był dla kogoś miły. Chcę, żebyś komuś pomógł, a wtedy ja pomogę tobie.

– Z kim mam porozmawiać?

– Nie pękaj. – Gangster się uśmiechnął. – Jesteśmy prawie na miejscu.

2

– Bardzo mi przykro, ale nie jestem prywatnym detektywem – powiedział taksówkarz, wcale nie będąc pewien, czy te dwie profesje tak bardzo różnią się od siebie, szczególnie w tej chwili, kiedy siedząc w eleganckiej kawiarence w towarzystwie człowieka, z którym nikt uczciwy nie chciałby być publicznie widziany, został poproszony o współpracę, a właściwie zmuszony do niej, jednym zdaniem wypowiedzianym przez siwiejącego mężczyznę.

Kawiarenka mieściła się w kamienicy przy jednej z uliczek przylegających do Rynku, miała ściany w pastelowych kolorach i oszklony front, przez który siedzący przy okrągłych stolikach goście mogli obserwować przechodzących ulicą turystów.

– Chcę, żebyś znalazł dziewczynę – powiedział elegancki mężczyzna. – Mam tu jej zdjęcie. – Sięgnął szczupłą dłonią do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął sfatygowaną nieco fotografię. Przysunął ją w stronę taksówkarza i obrócił tak, by mógł się lepiej przyjrzeć.

– Nie jestem prywatnym detektywem.

Kelnerka, balansując tacą pełną kufli z piwem, zwinnie ominęła stolik, krótkim spojrzeniem dając wyraz zdziwieniu z powodu kontrastu między siedzącymi obok siebie mężczyznami. Przysadzisty, mocno zbudowany typ, z szerokimi ramionami i okrągłą głową, rozparty na krześle, znajdował się naprzeciw starszego, elegancko ubranego mężczyzny, który ruchami prezentera telewizyjnego co jakiś czas poprawiał okulary w złotej oprawce. Kelnerka już dawno straciła zaufanie do eleganckich mężczyzn w drogich okularach, a zaufania do przychodzących do kawiarni łysych facetów w skórzanych kurtkach i białych sportowych butach nie miała nigdy. Na siedzącego w dziwnym towarzystwie mężczyznę nawet nie zwróciła uwagi.

W pierwszej chwili Bartel nic nie zrozumiał, podał na powitanie dłoń mężczyźnie w okularach i przedstawił się. Człowieka, z którym się spotkali, widział po raz pierwszy. Mógł być prawnikiem, wskazywał na to silny, przywykły do głośnego mówienia głos, dobór słów i stateczny wygląd. Jeśli wziąć pod uwagę przedmiot i zakres jego działalności, Teodor musiał potrzebować wielu prawników – od ekspertów od prawa podatkowego, do adwokatów specjalizujących się w sprawach karnych. Mężczyzna ten mógł być wspólnikiem gangstera, kimś, kto dbał o legalną przykrywkę dla jego mało legalnych interesów. Mógł być kimkolwiek, lecz znajomość z Teodorem nie świadczyła o nim najlepiej. Mijały minuty, a Bartel w dalszym ciągu nic nie rozumiał.

– Nie potrzebujemy prywatnego detektywa. – Teodor, który do tej pory kołysał się w milczeniu na krześle, całą swoją uwagę poświęcając wyłapywaniu co ładniejszych dziewczyn z tłumu, odezwał się, obracając twarz w stronę taksówkarza. – Potrzebujemy kogoś, kto dowie się tego, co należy, kto popyta kogo trzeba, a może i sam zobaczy coś lub zapamięta. A przede wszystkim… – zrobił znaczącą przerwę – …będzie trzymał język za zębami.

– Kto zna lepiej drogi, po których chodzą dziwki, jeśli nie alfons albo taksówkarz? – Mężczyzna w garniturze uśmiechnął się. – Właśnie tak. Potrzebujemy prywatnego detektywa od dziwek.

Teodor zaśmiał się głośno i klepnął Bartela w ramię.

– Znasz tę dziewczynę? – zapytał przyjaciel gangstera, wskazując szczupłymi palcami fotografię. – Widziałeś ją kiedyś?

Mężczyzna w garniturze wyglądał jak ktoś, komu się powodziło, typ faceta z klasą, który starannie dobiera słowa. Letni garnitur, jedwabny krawat, drogi zegarek na eleganckim skórzanym pasku i spinki przy mankietach. Bartel już w pierwszej chwili zaklasyfikował go do tych mężczyzn, którzy w obecności kobiety dają nieprzyzwoicie wysokie napiwki, ale kiedy nie chcą nikomu imponować, rozważają wydanie każdej złotówki. Mężczyzna spoglądał z zimnym uśmiechem na znoszoną koszulę taksówkarza i tani zegarek, trzymający się nadgarstka dzięki plastikowemu paskowi. Przy powitaniu nie podał swojego nazwiska. Należał do ludzi, którzy okazują uprzejmość tylko wtedy, kiedy ma ona znaczenie, a spotkanie z taksówkarzem najwyraźniej nie należało do takich sytuacji.

– Widziałeś kiedyś tę dziewczynę?

Bartel uciekł wzrokiem w bok, obawiając się, że na zdjęciu mógłby zobaczyć kogoś, kogo zna, a właściwie kogoś, kogo kiedyś wiózł.

– Wysil pamięć, Tomek. – Nuta zniecierpliwienia w głosie gangstera była coraz wyraźniejsza. – Może gdzieś ci mignęła.

Kiedy tylko Bartel usłyszał pytanie o dziewczynę, przed oczyma stanęła mu pamiętna deszczowa noc, przypomniał sobie każdy szczegół jazdy ulicami śpiącego miasta oraz dziewczynę w wojskowej kurtce, pachnącą wilgotnym asfaltem i mokrymi trawnikami. „To niemożliwe – pomyślał – to zbieg okoliczności, to tylko przypadek”. Najzwyklejszy przypadek. Wciągnął powietrze przez nos i spojrzał na fotografię, na której ten sam mężczyzna, który teraz siedział naprzeciwko niego, ubrany jednak w szorty i koszulkę polo, obejmował ciemnowłosą, uśmiechniętą dziewczynę, gdzieś na tle muru. Byli opaleni, a z kieszeni koszulki, którą miał na sobie mężczyzna, wystawały ciemne okulary. Ani śladu wojskowej kurtki, starego plecaka czy audi mknącego z piskiem opon po osiedlowych uliczkach.

– Nigdy jej nie widziałem – powiedział z przekonaniem, choć w tej właśnie chwili uświadomił sobie, że tak naprawdę nie zobaczył twarzy dziewczyny, którą wiózł ubiegłej nocy. Pamiętał jej zapach, pamiętał zarys jej sylwetki na tle tylnej szyby samochodu, odbity w lusterku, pamiętał jej cichy, lekko drżący głos. Ale twarzy nie mógł sobie przypomnieć. – Dla kogo pracuje? – wskazał wzrokiem uśmiechającą się na zdjęciu dziewczynę.

– To nie jest zwykła dziwka – wtrącił Teodor, który jeszcze przed chwilą twierdził, że nie szuka zwykłego detektywa. – Nie pracuje na ulicy, ale…

– To jest zwykła dziwka – poprawił gangstera mężczyzna w garniturze, akcentując każde wypowiadane słowo. – Nie różni się od tych, które wozisz co wieczór. Nie była tania, to prawda, nie pracowała na ulicy ani nie szła z byle kim. To też prawda. Ale z całą pewnością to dziwka. Zwykła dziwka – powiedział i spojrzał na zdjęcie z takim wyrazem twarzy, że taksówkarz nie miał wątpliwości, że to mężczyzna w garniturze był tym, dla którego pracowała, a którego w jakiś sposób zawiodła.

Gdyby cała ta rozmowa miała miejsce w jego taksówce, gdyby słuchał jej w szumie silnika, z dłońmi położonymi na obciągniętej skórą kierownicy, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, nie miałby kłopotu z odgadnięciem historii, która się za nią kryła. Młoda dziewczyna, atrakcyjna, pewna siebie. Starszy mężczyzna, elegancki i miły, mogący pozwolić sobie na dużo. Prosty układ: mała kawalerka gdzieś na mieście, jeden, może dwa wieczory w tygodniu. Raz na pół roku wspólne wakacje, ciepłe morze i rozgrzana słońcem plaża, a po dwóch tygodniach powrót z opalenizną na twarzy, on do żony, ona do małej kawalerki. A potem wydarzenie, które niweczy ten prosty układ. Może mężczyzna bardziej majętny, mogący pozwolić sobie na więcej, może młodszy, a może jeszcze coś innego. Trzaśnięcie drzwiami, klucz w zamku, listy spakowane do kartonowego pudełka. Ale ta rozmowa nie była prowadzona ot tak sobie, dla zabicia czasu, a mężczyzna w okularach, którego dziewczyna ze zdjęcia tak bardzo zawiodła, nie siedział na tylnym siedzeniu jego taksówki.

– Nadal nic nie rozumiem – przyznał szczerze Bartel, spoglądając raz na Teodora, raz na mężczyznę w garniturze.

Gangster sięgnął ręką ponad ustawionym na stoliku szkłem i zastukał palcem w zdjęcie.

– Interesuje nas ta dziewczyna – powiedział. – Zniknęła tydzień temu. Przyczaiła się gdzieś w mieście, ale prędzej czy później wypłynie. Kasa skończy się jej szybciej, niż myśli, a wtedy wróci na ulicę. Najpierw postara się znaleźć sponsora z klasą, dobrym samochodem, mieszkankiem, złotą kartą w portfelu, ale przekona się, że to nie takie łatwe. W tej branży jest wielka konkurencja, pojawiają się coraz młodsze, coraz ładniejsze. Wróci na ulicę. Jeżeli jest bystra, od razu poszuka sobie opiekuna, jeżeli nie, szybko ją ktoś do tego przekona. Może będzie chciała załapać się na stałe w jakimś lokalu.

Mężczyzna w garniturze wyglądał teraz jak adwokat lub prezes wielkiej korporacji: jak człowiek sukcesu prosto z okładki kolorowego tygodnika, a nie ktoś, kto opowiada taksówkarzowi o pewnej dziwce.

– Ma na imię Estera – powiedział i schował zdjęcie do kieszeni w marynarce.

– Miała na imię Estera – poprawił go z uśmiechem Teodor. – Teraz to Klaudia, Sandra, Nicole albo jeszcze inaczej. Na przykład

Karina. – Spojrzał na Bartela, a jego uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej.

– Teodor, ja nie zajmuję się dziewczynami. – Bartel odsunął od siebie szklankę zimnej już herbaty. – To nie moja działka.

– Wozisz je chyba, co? – zapytał ostro mężczyzna w garniturze.

– Znasz kluby, w których pracują, wiesz, do jakich hoteli każą się wieźć, kiedy złapią już faceta. Wiesz o nich więcej niż jakikolwiek detektyw.

– Przykro mi, ale obawiam się, że nie mogę panom pomóc.

Siedzący po obu stronach taksówkarza mężczyźni wymienili spojrzenia, po czym ten w garniturze wstał i podszedł do baru, gdzie zapytał o toaletę. Teodor zaczekał, aż jego towarzysz zniknie, po czym gwałtownie uderzył dłonią w stolik. Filiżanki zatrzęsły się, a siedzący obok ludzie przerwali na moment rozmowy, chcąc dyskretnie przyjrzeć się mężczyźnie, który w upalny, letni dzień zabiera ze sobą do kawiarni skórzaną kurtkę.

– Czy ty niczego nie rozumiesz – warknął gangster, nic sobie nie robiąc z cudzych spojrzeń. – Zrobisz wszystko, czego ten gość będzie od ciebie chciał, albo następnym razem pogadamy w innych okolicznościach. Masz być grzeczny, rozumiesz? – Uderzył dłonią po raz kolejny, zwracając na siebie uwagę kelnerek i barmana. – Bądź grzeczny, a wszystko będzie dobrze. Jak się postarasz, możesz na tym zyskać. Tomek, zacznij myśleć!

Teodor usiadł, obracając bezczelnie głowę w stronę najbliższego stolika, a siedząca przy nim para natychmiast podjęła przerwaną rozmowę. Obaj w milczeniu czekali, aż mężczyzna w okularach wyjdzie z toalety i wróci do nich.

Gangster przysunął krzesło w stronę taksówkarza i położył doń na jego ramieniu.

– Tomek, prosimy cię tylko o przysługę – powiedział cicho.

– Chcemy, żebyś miał otwarte oczy. I tyle. Ona prędzej czy później wypłynie. Może usłyszysz, jak dziewczyny opowiadają sobie o kimś nowym na mieście, może będziesz wiózł klienta, który zwierzy ci się z szybkiego podboju. Zapamiętasz wtedy, co trzeba, i dasz mi cynk. Kto wie, może dopisze ci szczęście i pewnego wieczora sam będziesz ją wiózł?

„Kto wie”, pomyślał Bartel, wpatrując się w blat stolika, w miejsce, w które trafiał promień wpadającego przez okno światła, a gdzie jeszcze przed chwilą leżało zdjęcie ciemnowłosej dziewczyny. „Kto wie – pomyślał. – Może pewnej nocy”.

– Jeżeli dobrze się spiszesz, będę z ciebie zadowolony. – Teodor wstał i włożył kurtkę, obrzucając zarazem groźnym spojrzeniem gości kawiarni. – Może podrzucę ci parę zleceń. Kilku kumpli gra wieczorami w pokera. Trochę sobie przy tym wypiją, trzeba odwozić ich do domów. Kiedy któremuś idzie karta, nie liczy się z kasą na napiwki. A i pan Walczak dorzuci coś, prawda?

– Dorzucę – zgodził się mężczyzna w garniturze, również wstając od stolika. – Tylko ją znajdźcie.

– Walczak. – Oleg Kromancow przeciągnął się w szerokim skórzanym fotelu i raz jeszcze powtórzył nazwisko, tak jakby mogło mu to ułatwić przeszukiwanie zakamarków pamięci. – Walczak. Chyba go nie znam, a to bardzo dobrze o nim świadczy.

Oleg Kromancow mieszkał w Polsce już od kilku lat, ale jego akcent wciąż naznaczony był spędzoną w Moskwie młodością. Nie starał się mówić poprawnie. W jego działalności taki akcent był tym, czym w innych branżach dyplomy prestiżowych uczelni lub staże zagraniczne.

Kromancow splótł na brzuchu dłonie – które każdemu, kto dowiadywał się, że ich posiadacz ma wyższe wykształcenie muzyczne, wydawały się zbyt duże – wsuwając kciuki pod brzeg czarnej jedwabnej kamizelki. Tylko garnitur, bardziej wieczorowy niż do noszenia w pracy, pomagał rozpoznać w tym zwalistym, nieco niedźwiedziowatym mężczyźnie, o ciemnych, mało słowiańskich oczach i jasnej, typowo rosyjskiej czuprynie, absolwenta Moskiewskiego Konserwatorium Muzycznego w klasie akordeonu.

– Mam nadzieję, że nie wplątałeś się w kłopoty zbyt duże, byś nie mógł wydostać się z nich bez szwanku – zapytał spokojnie.

Siedzący po drugiej stronie stołu taksówkarz uśmiechnął się lekko.

– To nic takiego. Poradzę sobie. Chcę tylko wiedzieć, z kim mam do czynienia.

Po rozmowie w kawiarni Bartel poczuł, że sytuacja wymyka mu się spod kontroli. Znał Teodora od dłuższego czasu, wiedział, na co go stać i czym się zajmuje, nigdy nie łączył jednak porywczego gangstera z ludźmi, którzy chodzą w garniturach, noszą okulary w złotych oprawkach i mówią tak, jakby żyli wyłącznie z tego.

Taksówkarz jeszcze w kawiarni postanowił zachowywać się tak jak zwykle. Prędzej czy później wszyscy inni przestaną zwracać uwagę na jego osobę. Teodor i mężczyzna nazwiskiem Walczak zażądali, aby odnalazł dziewczynę, która krążyła gdzieś w mieście. Nie miał wyjścia, musiał się zgodzić, ale wiedział, że po Krakowie kręci się kilkaset takich dziewczyn. Mógł spokojnie wykonywać swoją misję, jeździć taksówką, a potem do późna oglądać telewizję, czasem pić przed snem i budzić się rano, nie wiedząc, jaki jest dzień tygodnia, a kiedy Teodor lub ktoś od niego zapyta, co z dziewczyną, odpowie, że jej nie widział. Ze zwracał uwagę, że rozmawiał w tej sprawie z kilkoma osobami, ale bardzo mu przykro, nie trafił na żaden ślad. Przy odrobinie szczęścia dziewczynę znajdzie ktoś inny, bo Bartel był pewien, że podobną rozmowę Teodor odbył z innymi taksówkarzami, z bramkarzami z nocnych klubów, recepcjonistami w tanich hotelach, barmanami, alfonsami i ludźmi, którzy obstawiali agencje towarzyskie, a nawet z zaprzyjaźnionymi policjantami. Bartel mógł więc nie wychylać się, robić, co do niego należało, a cała sprawa prędzej czy później sama się wyjaśni. Mężczyzna w garniturze wzbudzał jednak niepokój. Sam nie był w stanie dowiedzieć się czegokolwiek o mężczyźnie w złotych okularach, ale znał kogoś, kto potrafił ustalić szczegóły tożsamości człowieka, który szukał dziewczyny.

Kilka lat temu Kromancow przyjechał do Polski razem z Nikitą Waksajewem i Denisem Worozowem, przyjaciółmi z konserwatorium. Wyjechali z Moskwy kilka miesięcy po otrzymaniu dyplomów, kiedy okazało się, że jako muzycy nie zdołają zarobić w rodzinnym mieście na nic więcej niż tylko mizerne utrzymanie. Mieli zamiar występować jako rosyjskie trio akordeonowe w hotelach i restauracjach, na eleganckich przyjęciach i firmowych bankietach. Po kilku tygodniach bezowocnego poszukiwania wylądowali na ulicy, przy dobrej pogodzie grając na skwerkach w ruchliwych punktach Krakowa, a zimne i deszczowe dni spędzając w przejściach podziemnych niedaleko dworca. Gnieździli się we trójkę w małym, ciemnym pokoju w hotelu robotniczym, pełniącym teraz funkcję taniego akademika, schroniska dla osób niemających dowodu osobistego i noclegowni dla przybyszów zza wschodniej granicy. Wychodzili wczesnym rankiem, razem z tymi, którzy taszcząc ciężkie torby i wypchane plecaki, jechali tramwajami na krakowskie targowiska. Wychodzili z hotelu przed świtem, a wracali wieczorem, dzień w dzień, nie wyłączając świąt, i tak byłoby do dziś, gdyby nie pewien przypadek. Jeden z ich znajomych, zajmujący pokój na tym samym piętrze, pożyczył niewielką sumę komuś, kto nie czuł się w obowiązku jej zwrócić. Znajomy poprosił ich o pośrednictwo w rozmowach z dłużnikiem, obiecując w zamian zgrzewkę piwa i obiad w pobliskiej stołówce.

Przyjaciele, odebrawszy uprzednio zaliczkę na bilety tramwajowe, pojechali na szare, smutne osiedle, gdzie odszukali blok tak samo smutny i szary jak cała okolica. Wjechali na odpowiednie piętro i stanęli równo obok siebie przed drzwiami mieszkania, zupełnie jak w dawnych czasach, kiedy jeszcze w Moskwie stawali wspólnie przed publicznością na konkursach i przesłuchaniach młodych talentów. Jeden z nich nacisnął dzwonek, a w drzwiach pojawił się człowiek, od którego mieli odzyskać pieniądze. Kromancow, co pamiętali bardzo dobrze, bo ani Waksajew, ani Worozow ze zdenerwowania nie potrafili wydobyć z siebie głosu, przedstawił całą sprawę dłużnikowi. „Jest pan winien naszemu przyjacielowi pieniądze. Dwa tygodnie temu minął termin zwrotu pożyczki. Co ma pan zamiar zrobić w tej sprawie?” Kromancow mówił krótkimi, zdradzającymi słabą znajomość języka zdaniami, a z każdym wypowiadanym słowem dłużnik bladł coraz bardziej. Kromancow mówił powoli, starając się panować nad swoim wschodnim akcentem, a przyjaciele ze zdenerwowania kiwali jedynie głowami. Mężczyzna oddał pieniądze w ciągu trzech minut. Muzycy przekazali całą sumę znajomemu z piętra, a ten późnym wieczorem, kiedy siedzieli nad ostatnimi puszkami, wyznał im, dlaczego akurat ich poprosił o przysługę. „Wyglądacie jak ruscy, mówicie jak ruscy. A dla Polaka każdy Rosjanin to albo mafioso, albo gangster. Koleś narobił w spodnie, jak tylko was zobaczył”. Przyjaciele dopili piwo i położyli się spać.

Kromancow nie mógł zasnąć. Myślał. Myślał długo, a sine smugi świtu wspięły się ponad zastawiony słoikami parapet. Odczekał, aż Waksajew i Worozow się obudzą, po czym przedstawił im swój plan. Mówił długo i powoli, zdanie po zdaniu, tak aby wszystko zrozumieli. Mówił po rosyjsku, choć jeszcze na dworcu autobusowym w Krakowie obiecali sobie, że odtąd będą mówić wyłącznie po polsku. Jeszcze tego samego dnia zamknęli swoje akordeony, wysłużone weltmeistery, w skórzanych futerałach, i pojechali do największego komisu z instrumentami muzycznymi w mieście. Po długich targach sprzedali wszystkie trzy, choć jeszcze dzień wcześniej nie potrafili sobie tego wyobrazić. Każdy w skrytości ducha obiecywał sobie, że pewnego dnia odkupi swój instrument, choć żaden nie przypuszczał, jak szybko o tym zapomni. Tego chłodnego, mglistego dnia stali we trójkę na chodniku przed komisem, patrzyli na swoje odbicia w witrynie, nie do końca rozumiejąc, że rozpoczęli właśnie nowy etap życia.

– Daj mi parę dni, a dowiem się czegoś o tym Walczaku. – Kromancow przeciągnął się, wyprostował ramiona i zabębnił palcami po blacie biurka, zupełnie jak muzyk próbujący zagrać dawno słyszaną melodię. Po raz kolejny spojrzał uważnie na taksówkarza i ponownie zadał pytanie, które intuicja podsuwała mu od chwili, kiedy Bartel pojawił się przed drzwiami jego biura: – Mam nadzieję, że nie wpakowałeś się w żadne poważne kłopoty?

– Bez obaw. – Bartel uśmiechnął się. – To nic poważnego. Powiedzmy, że to natrętny i wyjątkowo złośliwy gość.

– Czy wy nie macie jakiegoś kodeksu etycznego? – Kromancow zaśmiał się głośno, jak gdyby w głowie miał ripostę finalizującą swój własny żart. – Taksówkarz nie powinien chyba wiedzieć zbyt wiele o ludziach, których wozi, co? – Pstryknął palcami. – Dobra, popytam tu i tam. Ale sam rozumiesz, będziesz mi coś winien. Dziś ja pomogę tobie, jutro ty pomożesz mi – powiedział to z uśmiechem, udając, że to, co mówi, jest jedynie żartem. Ale Bartel zdawał sobie sprawę, że to nieprawda.

Dziś ci pomogę, ale jutro będziesz musiał mi się odwdzięczyć. Ta dewiza przyświecała Kromancowowi od początku jego działalności. Wszystko ma swoją wartość. Tak było od dnia, w którym wynajęli małe biuro – zakurzoną klitkę z aneksem gospodarczym – którego nie chciał wynająć nikt inny. Skusiła ich atrakcyjna cena i brak sąsiedztwa. Właściciel lokalu wstawił im biurko i szafę na ubrania, w sklepie ze starociami kupili małe szafki na akta i wielki, niemal sięgający sufitu wieszak, który pamiętał chyba jeszcze lata trzydzieste dwudziestego wieku. Ten sam znajomy, dla którego odzyskali pierwszy dług, zrobił dla nich, zupełnie po kosztach, sporej wielkości szyld, który po długich negocjacjach z administratorem kamienicy umieścili nad wejściem na klatkę schodową: „Aleksander Woronin. Windykacja należności”. Poważne, czarne litery na białym tle. Postanowili nie firmować przedsięwzięcia nazwiskiem któregokolwiek z nich, a nazwę wymyślił Worozow, który zawsze dużo czytał i którego nazwa ta, nie wiedzieć czemu, przyprawiała o napady śmiechu. Kiedy po roku działalności zamienili ciemną klitkę na apartament w nowoczesnym biurowcu, postanowili zabrać ze sobą stary szyld.

Początki działalności nie wyglądały jednak obiecująco. Rozlepili ogłoszenia o swojej ofercie na wszystkich pobliskich latarniach, a w lokalnej prasie zamieścili swój anons. Pierwsze zlecenie dostali dopiero po kilku dniach nerwowego wyczekiwania przy telefonie. Zgłosił się właściciel podkrakowskiej hurtowni. Sprzedawał dużo, ale jego odbiorcom coraz częściej zdarzało się odwlekać w nieskończoność termin zapłaty. Kromancow sporządził listę dłużników, naniósł ich siedziby na plan miasta i zaplanował trasę. Hurtownik pokrywał wszelkie koszty, mogli więc pozwolić sobie na taksówkę. Zadzwonili pod pierwszy z brzegu numer, a po kilkunastu minutach na chodniku przed ich kamienicą zaparkował stary mercedes z Tomaszem Bartelem za kierownicą. Już wtedy taksówkarz interesował się tylko własnymi sprawami, co bardzo spodobało się potrzebującym dyskrecji Rosjanom.

Bartel woził ich od sklepu do sklepu, a trzej przyjaciele z sal koncertowych w każdym wypadku powtarzali tę samą czynność: ubrani w eleganckie garnitury, w równym szeregu, ramię w ramię, wchodzili do środka, przedstawiali się i prosili o rozmowę z właścicielem. „Jest pan winien pieniądze”, mówili z wyraźnym wschodnim akcentem, patrząc spokojnie w coraz większe oczy właściciela sklepu czy hurtowni. „Powinien pan zapłacić. Musi pan zapłacić”, mówili, choć wcale nie było pewne, kto boi się bardziej: zalegający z płatnościami przedsiębiorca czy upominający się o dług Rosjanie akordeoniści, niemający zielonego pojęcia o dokumentach, które przedstawiali dłużnikowi. Zostawiali pismo z numerem telefonu do biura oraz numerem rachunku bankowego klienta, a odjeżdżając, zapowiadali kolejną wizytę. Wychodzili spokojnym krokiem, wsiadali do czekającej na ulicy taksówki, a Bartel wiózł ich do następnego dłużnika, zgodnie z trasą układaną każdego ranka przez Olega Kromancowa. Mniej więcej koło południa zjeżdżali z zaplanowanej trasy i zatrzymywali się przy tanim blaszanym barze, gdzie wspólnie jedli duże śniadanie: trzej muzycy i taksówkarz. W tamtym okresie nawiązała się między nimi nić sympatii, namiastka przyjaźni, której część przetrwała do czasów, gdy muzycy zamienili klitkę w starej kamienicy na apartament w eleganckim biurowcu, a do skutecznego odzyskiwania pieniędzy nie wystarczał już rosyjski akcent. Do czasów, gdy przyjaciele nie potrzebowali już taksówki, która woziłaby ich między sklepami i hurtowniami, bo sami nie musieli tak często opuszczać swego przestronnego biura, z sekretarką witającą gości miłym uśmiechem i filiżanką kawy z włoskiego ekspresu. Do czasów, kiedy to z oczu trójki przyjaciół znikła nieśmiałość i zażenowanie, zastąpione przez czujność i podejrzliwość, a palce zajęte wertowaniem akt kolejnych spraw przestały tęsknić za przyciskami akordeonu.

– Dzisiaj ja pomogę tobie, jutro ty pomożesz mi – powiedział po polsku rosyjski przedsiębiorca zajmujący się ściąganiem wierzytelności. – Pomożemy ci. Dowiem się wszystkiego o tym człowieku. Przez wzgląd na dawne czasy.

– Przez wzgląd na dawne czasy – powtórzył Bartel. – Dziękuję, Oleg.

– Masz coś jeszcze? – zapytał Worozow, opierający się, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, o framugę okna. – Każda informacja może się przydać.

– Tylko nazwisko. Walczak. Nic więcej. Ale to nie jest gość w rodzaju Teodora. Garnitur, okulary, dobre perfumy. Facet z klasą.

Na dźwięk imienia gangstera Kromancow skrzywił się. Brzydził się ludźmi takiego pokroju, choć ścieżki ich interesów krzyżowały się w wielu miejscach. Czasem korzystał z ich usług, jadał z nimi, podawał im rękę. Zarabiał dzięki nim pieniądze, dobrze wiedząc, że traktują go jak równego sobie partnera, bo w odpowiednim czasie przegapili jego wejście na rynek. Bardzo szybko zarówno Rosjanie, jak i ludzie pokroju Teodora zrozumieli, że nie wchodzą sobie zbytnio w drogę, mogą zaś świetnie się uzupełniać. Rosjanie wiedzieli o sprawach Bartela z Teodorem, rozmawiali jednak zbyt rzadko, by mieć okazję poruszyć ten temat. Teodor działał w innej branży, ustawiał przyjeżdżające ze wschodu dziewczyny w krakowskich lokalach, ściągał haracze od właścicieli restauracji i rozprowadzał miękkie narkotyki po szkołach i dyskotekach. Nie wchodzili więc sobie w drogę, uważając, że każdy powinien robić to, na czym zna się najlepiej.

– A poza tym jak leci? – zapytał Kromancow. – Interes się kręci?

– Jakoś się kręci – odpowiedział Bartel. – Od pierwszego do pierwszego.

– A co z kasą?

– Mam małe wydatki. Zarobki nie muszą być duże.

Roześmiali się obaj jak za dawnych czasów, w starym mercedesie.

– Wiesz, niedługo zamierzamy kupić dobry wóz. – Kromancow przechylił się nad biurkiem w stronę taksówkarza. – Coś dużego, z klasą i prestiżem. Dobry, niemiecki samochód. Będziemy potrzebowali kierowcy. Stała praca, żadnego kręcenia się po mieście, a co do kasy pewnie się dogadamy. Co ty na to?

– Pogadać zawsze możemy – odpowiedział Bartel. – Kupicie samochód, to wrócimy do tematu.

„Stała praca”, pomyślał Bartel. Żadnego kręcenia się po mieście. W pracy równo o siódmej, wymyty, ogolony, w wyprasowanej koszuli. Żadnego siedzenia po nocy przed telewizorem, żadnego czekania na świt ze szklanką i butelką pod ręką. Żadnego włóczenia się po mieście bez celu, siedzenia na ławce w parku oraz przypatrywania się zakochanym parom i opędzania od wspomnień, których śladem było zdjęcie wsunięte w nigdy nieczytaną książkę. Praca taksówkarza, jako wolny zawód, miała w jego sytuacji pewne plusy.

– Pogadać zawsze możemy – powtórzył Bartel, po czym wstał i pożegnał się po kolei z Rosjanami. Umówili się, że zadzwoni, jak tylko dowie się czegoś o człowieku nazwiskiem Walczak. Taksówkarz wyszedł, mijając się w przestronnym holu z prezesem kolejnej firmy, która zarządzanie swymi należnościami zamierzała powierzyć firmie „Aleksander Woronin. Windykacja należności”. Spróbował, ot tak sobie, dla przypomnienia dawnych czasów, pochwycić z uśmiechem spojrzenie sekretarki, ale rudowłosa dziewczyna w biurowym kostiumie udawała, że jest pochłonięta sprawdzaniem dziennika korespondencji. Zjechał przeszkloną windą na parter, zgłosił wyjście ochroniarzowi w recepcji i wsiadł do zaparkowanej przed budynkiem taksówki. Sprawdził, czy taksometr jest wyłączony, po czym ruszył przed siebie.

Wyjechał z centrum i skierował się w stronę Wisły. Po kilkunastu minutach skręcił w wąską drogę gruntową, mijając słupki zabraniające dalszej jazdy. Samochód kołysał się na wybojach i w koleinach, w których stała deszczówka z ostatniej ulewy. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach musiał zwolnić jeszcze bardziej. Nie była to okolica, w którą można było bezpiecznie zapuszczać się samochodem, a już na pewno nie wolno było zostawiać tu niczego bez opieki, ale Bartel miał nadzieję, że miejscowi pamiętają go z kilku wizyt, jakie tu złożył.

Wjechał na szerokie, osłonięte blaszanym parkanem podwórko i zatrzymał samochód pod pozbawionym liści drzewem. Wyjął ze schowka dwa piwa i wysiadł. Po chwili był już w ciemnej, wilgotnej kuchni, z otwartym piwem w dłoni i kotem ocierającym się o nogawkę, przy jednym stole z nieogolonym mężczyzną w podkoszulku, trzymającym na ręku wrzeszczącego trzylatka. Mężczyzna miał na imię Paweł, ale wszyscy znali go jako Peweksa, człowieka, u którego można było kupić wszystko albo – jeżeli była taka potrzeba – wszystko sprzedać. Dawał dobrą cenę w razie kupna, a w razie sprzedaży lojalnie ostrzegał, że towar jest gorący i nie warto się z nim afiszować. Ta ostatnia uwaga odnosiła się szczególnie do rowerów lub co lepszych odtwarzaczy samochodowych. Byli tacy, którzy znacznie lepiej mieli opanowany rynek samochodowy, a nabywca mógł nawet wybrać kolor lub po prostu wskazać palcem interesujący go egzemplarz. Byli tacy, którzy oferowali znacznie większy wybór telewizorów i sprzętu elektronicznego, jeszcze inni specjalizowali się w meblach, rowerach lub markowych ubraniach. Ale to Peweks miał opinię specjalisty od nietypowych towarów.

– I jak, masz coś dla mnie? – zapytał Bartel, który siedział w kącie, starając się nie patrzeć w stronę głośno cieknącego kranu, sterty brudnych naczyń w przerdzewiałym zlewie i kilku rzędów pustych butelek po winie.

– Tomek, to nie takie proste, na ten towar nie ma rynku. – Peweks na chwilę odsunął od siebie płaczące dziecko i sięgnął po papierosa. – Jakiś czas temu zgłosił się do mnie klient z lichtarzami, było ciężko, ale znalazłem kupca. Srebro weźmie każdy, choćby jubiler albo pośrednik, który opchnie to turystom.

– Ale to nie jest lichtarz.

– No właśnie, to nie lichtarz – zgodził się Peweks.

– Słuchaj, gdybym dokładnie wiedział, co to jest, nie zawracałbym ci głowy. – Bartel ze zniecierpliwieniem zabębnił palcami po blacie. – Jeżeli nie możesz mi pomóc, trudno. Popytam gdzie indziej.

– Spokojnie. Tylko spokojnie. – Urażona duma specjalisty od trudnego, mało chodliwego towaru dała o sobie znać. – Znalazłem kogoś, kto w tym siedzi. Powiedziałem mu, w czym rzecz. Ze nie chcesz sprzedać, że się jeszcze nie zdecydowałeś, że może później, kiedy poznasz choćby przybliżoną wartość przedmiotu. Zgodził się wycenić pod dwoma warunkami.

– Co to za warunki?

– Gość się na tym zna. Prowadzi mały sklep, handluje z turystami i innymi, którzy w tym siedzą. Wyceni ci to, ale kiedy będziesz chciał sprzedać…

– Jeżeli będę chciał sprzedać – poprawił Bartel.

– Jeżeli będziesz chciał. – Paser zgodził się. – Jeżeli się zdecydujesz, on chce mieć wyłączność na pośrednictwo. Słyszałem, że bierze uczciwy procent.

– Dobra. O tym, czy będę chciał to sprzedać, zdecyduję później. A jaki jest drugi warunek?

– Mam mu to przynieść. Chce dokładnie obejrzeć towar. Umówiłem się z nim na piątek.