Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 213 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kurlandzki Trop - Tobiasz W. Lipny

Kurlandzki Trop to kolejna po Barocco powieść o Karolu, młodym historyku sztuki ze skłonnością do niebezpiecznych przygód i płomiennych, acz krótkotrwałych romansów.

Mistrz Karola, profesor Bandura, zostaje zamordowany w małym dolnośląskim miasteczku, chwilę po tym, jak natrafia na obraz pochodzący ze zrabowanych podczas wojny zbiorów Muzeum Kurlandzkiego. Próbując rozwiązać zagadkę zaginionej kolekcji i śmierci profesora, Karol szpera w archiwach IPN, radzi się historyków i zwariowanych amatorów, wchodzi na internetowe strony neonazistów i jeździ po dolnośląskich wsiach. Przy okazji przeżywa kolejne erotyczne przygody i naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo – okazuje się bowiem, że wszyscy, którzy mieli nieszczęście zetknąć się z odnalezionym przez Bandurę obrazem, kończyli z poderżniętym gardłem... Kurlandzki Trop, którym oprócz Karola podąża także tajemniczy Mefisto – kulejący jegomość z laską, prowadzi do zbiorowej mogiły w lesie i starego pałacyku, gdzie miejscowy nuworysz więzi swoją uzależnioną od narkotyków piękną córkę.

Lipny nie tylko tworzy wciągającą fabułę, pełną zagadek, morderstw, ukrytych skarbów, i śmiałego seksu, ale też po mistrzowsku bawi się konwencją, pożyczając znane motywy i twórczo je przekształcając.

Opinie o ebooku Kurlandzki Trop - Tobiasz W. Lipny

Fragment ebooka Kurlandzki Trop - Tobiasz W. Lipny

TOBIASZ W. LIPNY

KURLANDZKI TROP

tobiasz w.

Lipny

kurlandzki trop

Patronat medialny

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Niektóre dramatis personae

Wymienione niżej postaci pojawiły się już w mojej poprzedniej powieści,Barocco.Tym, którzy jej (niestety) jeszcze nie znają, polecam rozpoczęcie lektury od poniższego glosariusza; tych, którzy czytaliBarocco,zapraszam na powtórkę i powitanie znanych im postaci, nawet tych nieżyjących…

BANDURA, FRANCISZEK, PROFESOR– pochodzący z Wisły, historyk sztuki o międzynarodowej sławie, specjalista od malarstwa; opiekun, promotor, mentor iciceronenarratora w świecie sztuki. Profesor taki, jakim wszyscy profesorowie w Polsce powinni być, a rzadko są. Wnikliwy i ironiczny komentator polskiej rzeczywistości. W sferze intelektualnej (i częściowo duchowej) zastępczy ojciec narratora. Zasłynął medialnie jako odkrywcaMadonny z konwaliąPasserotta w zapyziałym wiejskim kościółku.

BARANIECKA, ANTONINA, HRABIANKA– świadek dwóch powstań narodowych, bystra obserwatorka, autorka arcyciekawego pamiętnika, stanowiącego cenne źródło historyczne.

BĄCZEK– kumpel Gerwazego (kumpla narratora) z politechniki. Komputerowy magik, jeden z pierwszych polskich hakerów. Mizantrop, audiofil i abnegat, obsesyjny krytyk kultury amerykańskiej.

BIBIANA…CKA– wielka miłość narratora. Ruda Wenus, wspaniała kochanka, według fachowego określenia Bandury: najwyższa, „zerowa” klasa kobiety. Chodząca zagadka. Spotkana przypadkiem, ale czy na pewno? Wraz z odkrywaniem jej kolejnych mrocznych tajemnic narrator pożałował, że w ogóle zaczął się nimi interesować… Z drugiej strony, czy ta czcicielka Boskiego Markiza istniała naprawdę? Policja stwierdziła, że osoba o tej tożsamości zmarła w dzieciństwie.

BŁAWAT– gangster, posiadacz paskudnego uśmiechu i równie paskudnego psa. Konkurent narratora o względy Bibiany; bardzo się zdziwił, gdy kulka kalibru 6 mm przebijała mu czoło, wątpliwe jest jednak, czy zdążył te sprawy jakoś ze sobą powiązać. Zresztą nie ma pewności, czy taki związek faktycznie istniał.

DĘBICKI, ANTONI, DZIADEK– ojciec matki narratora, stary kawalerzysta; w czasie kampanii wrześniowej miał iść pod sąd wojenny, ale zrehabilitował się nadzwyczajną odwagą i skutecznością na polu bitwy. Jako ojciec chyba specjalnie się nie sprawdził, jako dziadek był OK. Kawaleryjski pociąg do płci pięknej i nalewek zachował do późnego wieku.

DĘBICKI, ANTONI B., WUJ– późno przez narratora poznany brat jego matki, marnotrawny syn dziadków Dębickich. Niepozbawiony uczuć rodzinnych emigrant mieszkający przez lata w Brukseli i prowadzący jakieś nader tajemnicze interesy w całej Europie. Po przejściu na emeryturę powrócił do kraju.

GERWAZY– serdeczny przyjaciel narratora z czasów szkolnych. Dziwkarz epicki, zdecydowaniene dancep.Erotoman gawędziarz o sporej praktyce. Z zawodu inżynier od kanalizacji, niepozbawiony jednak pewnej wrażliwości. Autor kilku niebanalnych obserwacji. Zginął poniekąd od miecza, którym wojował. Jeżeli odszedł tak, jak zapowiadał, lądują dziś na nim samoloty.

GRUBY– kolega z wydziału, swego czasu konkurent narratora o względy Olgi. Przejął po nim bezpańską Małgosię, byłą narzeczoną. Może niezbyt sympatyczny typ, ale jako historyk nader dla narratora pożyteczny.

GUSTAW…WICZ– wyrafinowany miłośnik sztuki, który przeszedł na ciemną stronę. Elegancki handlarz starymi meblami, podobno międzynarodowy alfons i szantażysta. Narrator poznał go jako romantyka i człowieka honoru. Zapalony szachista, którego ostatni przeciwnik zakończył partię brutalnym strzałem w szachownicę.

MAŁGOSIA– jedna z dawnych narzeczonych narratora. Porządnicka, domatorka. Ciepła, poczciwa i absolutnie przewidywalna. Jakie więc miała szanse w starciu z fascynująco tajemniczą Bibianą? Odeszła z hukiem, żegnana bez odrobiny żalu, ale nie bez wyrzutów sumienia.

MAREIKE VAN R.– atrakcyjna pani doktor historii sztuki z Uniwersytetu w Lejdzie. Kobieta bujna, którą Bandura określiłby jako sztukę wybitnie użytkową, gdyby nie była jego osobistą przyjaciółką.

MIROSLAVA– była trenerka pływania synchronicznego, imigrantka z sąsiedniego kraju, gdzie stała się bohaterką skandalu obyczajowego. Ze względu na nader obfite owłosienie obiekt pożądania Gerwazego. W Polsce właścicielka pubu o irlandzkiej nazwie.

MYSZ– czyli nieszczęsny generał kirasjerów napoleońskich, Jean Souris. Może i miał w plecaku marszałkowską buławę, ale pchnięty kozacką piką, owego awansu Jaś ten nie doczekał. Pochowano go pod kupą kamieni w pałacowym parku w Praszowicach.

OLGA– pospolita dziwka o niepospolitej urodzie, trafnie nazwana niegdyś przez Gerwazego „wydmuszką”. Zero temperamentu, fizyczne obcowanie z nią było frajdą wyłącznie ze względów estetycznych.

PAWLAK, LUCYNA– była diabelska studentka narratora. Wyjątkowo bezczelna. Jak by się niegdyś powiedziało: zagięła na niego parol. I nie spoczęła, dopóki nie dopięła swego – czytaj: uwiodła go. Później złagodniała i udomowiła się, ale diabelstwo cały czas się w niej tli. Przypuszczalna autorka wątpliwej maksymynavigare et amare necesse est.

PUŁKOWNIK– ojciec narratora. Były oficer Ludowego Wojska Polskiego ze wszystkimi tego konsekwencjami, obecnie łagodny alkoholik. Wychowywał narratora na twardziela, żeby zrównoważyć wpływ matki, wychowującej go – jego zdaniem – na mięczaka. Dopiero teraz narrator zaczyna odkrywać, ile mu naprawdę zawdzięcza.

ŻABA– goryl Bławata o groźnym wyglądzie i tchórzliwej naturze. Naturalny bywalec siłowni, ot taki drobny polski opryszek.

Grom z jasnego nieba

To stało się pewnego dnia w połowie października. Siedziałem na uczelni, w pokoju, który dzieliłem z profesorem Bandurą, i niespiesznie wybierałem slajdy do wykładu. Wykład, o którego poprowadzenie poprosił mnie Profesor, dotyczył symboliki martwych natur, a większość materiału ilustracyjnego mieliśmy wciąż na przezroczach. Ja sam coraz częściej sięgałem do zasobów internetu i zgromadziłem niezły zbiór najróżniejszych zdjęć na CD, ale głównie z dziedziny meblarstwa i architektury; specjalistą od malarstwa był u nas Profesor. Ze swoim ostrożnym podejściem do techniki cyfrowej własnego archiwum zdigitalizowanych ilustracji do dziejów malarstwa jeszcze się nie dorobił.

Dzień był ładny, słoneczny, jesień w tej części kraju onego roku się spóźniała. Był czwartek, w perspektywie miałem piątek, u mnie dzień bez zajęć na uczelni. Na wieczór zapowiedziała mi się studentka Pawlak, w torbie miałem zakupione już na tę okoliczność niezłe czerwone wino i opakowanie prezerwatyw. Życie nie było pozbawione uroku.

Stało się to w momencie, kiedy włożyłem do przeglądarki kolejny slajd, z jedną z wersjiVanitasde Saint-Andre. Kiedy przyglądałem się przedstawionej tam trupiej czaszce, okolonej laurowym wieńcem i leżącej na opatrzonym lakową pieczęcią dokumencie, rozległo się pukanie do drzwi. Do pokoju wsadził swoją łysą głowę Koszałka-Opałka profesor Kozłowski, odwieczny konkurent mojego mentora; był w wyraźny sposób poruszony.

– Słyszał pan, panie kolego? Bandura nie żyje.

W moim mózgu na moment zapanowała pustka, a potem chaos. Siedziałem, próbując pozbierać myśli. Bandura wyjechał przed tygodniem do Wrocławia w sprawie jakiegoś obrazu, którego autentyczność miał potwierdzić. Właściwie planował zaraz wrócić, ale coś go zatrzymało. Przypuszczałem, że w ciągu kilku dni się zjawi, ponieważ za niecały tydzień miał jechać na sympozjum do Berlina.

– Jak to się stało? – spytałem wreszcie, nie poznając własnego głosu.

– Nie wiemy. Dziekan właśnie zadzwonił z tą wiadomością.

Siedziałem nieruchomo, w końcu Kozłowski poszedł sobie. Spojrzałem jeszcze raz naVanitas,wciąż tkwiącą w przeglądarce. Fruwające nad trupią czaszką bańki mydlane symbolizowały kruchość życia i stanowiły nachalny, wręcz kiczowaty komentarz do usłyszanej wiadomości.

„Jak to?”, myślałem. „To już nigdy nie zajedzie z fasonem na parking tym swoim roverem 75, nie wejdzie do naszego pokoju raźnym krokiem, nie skomentuje sarkastycznie ostatnich poczynań wybrańców narodu?”

Poprzedni rok oswoił mnie ze śmiercią. W końcu straciłem kochankę i najlepszego przyjaciela, a przy okazji Thanatos zgarnął swoim skrzydłem parę innych osób. Ale z Bibianą żegnałem się długo, wręcz za długo, w nieodwołalność śmierci Gerwazego irracjonalnie nigdy chyba do końca nie uwierzyłem, Gustawa z kolei prawie nie znałem… Teraz zła wiadomość spadła na mnie z siłą młota parowego.

W końcu wyszedłem na korytarz. W Instytucie Historii Sztuki panowało poruszenie. Profesorowie szeptali po kątach. Zastanawiali się pewnie, jak to teraz będzie… Bandura to była nasza gwiazda, dzięki niemu instytut znany był nie tylko w kraju, ale też za granicą. Może większość z nich odczuła pewną ulgę, lecz i oni przecież mieli świadomość, że bez Bandury instytut osunie się w naukowy i medialny niebyt.

Poszedłem do dziekanatu, ale tam niewiele wiedziano. Mówiono tylko, że Bandura zmarł tragicznie, a nie pospolicie na zawał, jak większość profesorów odchodzących w jego wieku; został jakoby pchnięty nożem na ulicy, przed hotelikiem w miejscowości Soból, gdzieś na wschód od Wrocławia, przy czym nikt nie wiedział, co Bandura tam robił. W dziekanacie dowiedziałem się też, że zawiadomiono jego siostrę. Nie miałem pojęcia, że Profesor miał siostrę.

W ogóle niewiele o moim mistrzu wiedziałem, jak się nagle okazało. Czytałem jego książki i artykuły, znałem jego osiągnięcia naukowe i wydawało mi się, że poznałem już jego poglądy, zarówno te estetyczne, jak i te polityczne, ale o nim jako osobie wiedziałem zdumiewająco mało. Na przykład nigdy nie doszedłem, dlaczego chłopski syn spod Wisły zajął się w życiu czymś tak niepraktycznym jak dzieje sztuki…

Wróciłem do instytutu, czując się coraz bardziej zagubiony. Zapukałem do gabinetu przyjaciela Bandury, poczciwego profesora Dąbrowy, i wszedłem. Nie było go tam, w gabinecie zastałem tylko profesor Dziubińską, zwaną przez Bandurę – z racji szczególnej umiejętności wkręcania się do wszelkich możliwych fachowych gremiów – Glizdą. Siedziała przy biurku Dąbrowy, jej okulary leżały na blacie. Twarz miała ukrytą w dłoniach, a kiedy je opuściła, by na mnie spojrzeć, ukazały się spod nich czerwone, zapuchnięte od płaczu oczy. Nawet w stanie, w którym się znajdowałem, mocno się zdziwiłem. Albowiem Glizda i Bandura nie znosili się nawzajem.

List z zaświatów

List przyszedł dwa dni później. Wysłany z owego Sobola, miasteczka na tyle małego, by tamtejsza poczta nie odkryła jeszcze ani faktu wkroczenia w XXI wiek, ani przynależności kraju do Stanów Zjednoczonych Europy. W takich miejscach czas wolniej płynie i mało komu się spieszy; dzień czy dwa różnicy nie stanowi dla nikogo problemu.

Przeszedł mnie dreszcz, gdy zobaczyłem inicjały nadawcy. Kto wie, może zamordowano go, kiedy wracał do hotelu po wrzuceniu do skrzynki tego właśnie listu? Przypomniałem sobie przezrocze z motywemVanitas.Trupia czaszka spoczywała na czymś, co mogło być listem. Znów poczułem dreszcz.

Nie otworzyłem koperty od razu. Bandura pisywał do mnie niekiedy w różnych sprawach. Mimo że z wynalazkami utrudniającymi życie takimi jak komputer był obeznany, używał ich z niezwykłym umiarem. Telefonu komórkowego nie miał i mieć nie zamierzał. Wyjątek zrobił dla fotografii cyfrowej, której możliwości go zafrapowały. Jeśli jednak chodzi o przekazywanie informacji, był zdeklarowanym tradycjonalistą: należał do ginącego pokolenia, które nie odczuwa bólu nadgarstka po napisaniu jednej stroniczki, i chętnie komunikował się z otoczeniem w ten sposób. Kilka razy próbowałem go namówić na używanie poczty elektronicznej, ale stawiał opór.

– Kolego, dlaczego pan chce mi to zrobić? Te wszystkie gadżety zwiększają tempo życia, a ja próbuję je sobie zwolnić – powiedział kiedyś.

Tak więc mój mistrz używał komputera jako maszyny do pisania i z rzadka do poszukiwania informacji, a ja obsługiwałem jego skrzynkę pocztową, na którą przychodziły wiadomości z zagranicy, i odpowiadałem w jego imieniu.

Nie otworzyłem koperty od razu, miałem niejasne przeczucie, że w ten sposób odwlekam coś, co zmieni moje życie.

Kolego!

Jak Pan wie, pojechałem do Wrocławia, żeby potwierdzić autentyczność pewnego obrazu. Nie powiedziałem Panu jednak wszystkiego. Do Wrocławia zaprosił mnie znajomy ze studiów, który tam prowadzi sklep z antykami. Przyniesiono do niego mianowicie obraz, który mocno przypominał „Śmiejącego się pasterza” Flincka. Jak Pan może pamięta, wisiał on do 1944 roku w galerii obrazów Kurlandisches

Museum w Mitawie, zresztą razem z jednym Tycjanem, dwoma Rubensami i tuzinem innych znakomitości. Żadnego z nich po wojnie nie odnaleziono. Obejrzałem ten obraz i mam prawie stuprocentową pewność, że to ten. Wyobraża Pan sobie, co to oznacza? Być może ocalały gdzieś wszystkie! Wydostałem od antykwariusza adres gościa, który przywiózł to płótno, i dlatego jestem w Sobolu. Okazuje się, że gość nie żyje, bo właśnie ktoś go zarżnął. Potrzebuję Pana pomocy, bo będę musiał jednak pojechać do tego Berlina, a czuję, że jestem blisko wyjaśnienia sprawy. Czy mógłby Pan szybko zebrać dostępne dane na temat zniknięcia obrazów z Kurlandisches Museum i przyjechać tu? Stanąłem w tutejszym hoteliku. Poza mną i jednym takim tajemniczym Mefistem nikogo tu nie ma. Wilgoć jak cholera i grasują różne drobne gryzonie, ale poza tym dość czysto. Czekam na Pana niecierpliwie.

Bandura

Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o Profesorze i jego prośbie o pomoc. Przewracałem się z boku na bok, aż obudziła się Pawlak, która tego dnia nocowała u mnie.

– Co jest? – spytała.

– Nic, dostałem dziś list zza grobu – odpowiedziałem. Przylgnęła do mnie całym swoim dużym, gładkim, pachnącym ciałem, a ja po raz kolejny podziękowałem Stwórcy, że ją mam.

– Nie mów takich rzeczy. Duchów przecież nie ma – szepnęła.

– Są, kochanie, są. I to bardzo blisko nas – powiedziałem.

Pogrzeb

Pojechaliśmy do Wisły wczesnym pociągiem we trzech: dziekan Wydziału Historii, poczciwy profesor Dąbrowa i ja. Dąbrowa reprezentował dyrektora naszego instytutu, który pod jakimś pretekstem wykręcił się z uczestnictwa w pogrzebie. Nie znosił Bandury i nie mam wątpliwości, że zgon Profesora nie przepełnił go smutkiem. Inna sprawa, że Bandura otwarcie lekceważył dyrektora, a raz nawet z premedytacją upokorzył go publicznie. Było to kilka lat wcześniej, kiedy instytut obchodził pięćdziesięciolecie swojego istnienia. Z tej okazji odbył się uroczysty wykład dyrektora poświęcony historii naszej firmy, w trakcie którego ów wymieniał europejskie uniwersytety, skąd przyjeżdżali do nas uczeni z gościnnymi wykładami. Kiedy powiedział: „…mieliśmy także wielu gości z Niemiec, w tym wykładowców z Regensburga, Trieru, Meinz i Aachen”, Bandura podniósł rękę, ku zdziwieniu wszystkich przerywając wykład. Gdy zaskoczony dyrektor udzielił mu głosu, Bandura powiedział: „Ponieważ pan profesor, jak widzę, ma luki w wykształceniu ogólnym, chciałbym wyjaśnić zgromadzonym, że miał on na myśli uniwersytety w Ratyzbonie, Trewirze, Moguncji i Akwizgranie”. I usiadł. Nigdy go nie spytałem, za co tak zwalcza dyrektora. Mogłem się tylko domyślać, że sprawa ma swoje korzenie w zamierzchłych czasach, kiedy byłem jeszcze dzieckiem.

Brak dyrektora na pogrzebie Bandury był oczywiście obciachem, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: poczciwy Dąbrowa, specjalista od malarstwa akademickiego, był przyjacielem i wielkim adoratorem Bandury i pewnie jedynym z profesorów w instytucie, któremu po odejściu mojego mentora nie ulżyło, więc jego żal był autentyczny. Ale może jestem niesprawiedliwy.

Dziekan był historykiem i na historii sztuki się nie znał; niemal całą drogę czytał materiały o Bandurze.

Historycy na wydziale traktowali nas podejrzliwie. Patrzyli spod oka, rozmawiali ostrożnie, spodziewali się po nas najgorszego. Sam dziekan był szacowną pozostałością dawnej epoki. Był ponoć swego czasu działaczem partyjnym, ale nikt mu tego nie wypomniał. Na uczelniach polskich nigdy nie zdarzyły się polowania na czarownice: nikt nie miał w tym interesu, bo spora część profesury była mniej lub bardziej umoczona. Bandura – który jeszcze za komunizmu nie krył się ze swoimi poglądami – cytując podobno publicznie fragmenty HerbertowskiejPotęgi smakuprzy każdej okazji, wyrażał się o dziekanie elegancko: „ten politruk”.

Zamknięta trumna ze zwłokami Profesora stała w kaplicy miejscowego zboru. Do pogrzebu pozostało jeszcze sporo czasu, ale nie byliśmy jedynymi żałobnikami – tuż przy katafalku siedziała elegancka kobieta w czerni, z twarzą zasłoniętą woalką. Pomyślałem sobie, że to owa tajemnicza siostra Profesora.

Siedzieliśmy w skupieniu. Patrzyłem na wielką, prostą trumnę w niemodnym czarnym kolorze i myślałem z bólem o człowieku, który w niej leżał. I o sobie. O tym, że już nieodwołalnie wkroczyłem w smugę cienia, ponieważ w mojej karierze zdany byłem od teraz wyłącznie na siebie. Rozejrzałem się dookoła. Było jasne, że to wcale nie surowe w swej elegancji wnętrze zboru zaszczepiło niegdyś w młodym Bandurze zainteresowanie malarstwem.

Przybywali kolejni żałobnicy, a wśród nich pojawiła się wysoka, chuda kobieta w czerni i woalce. Przywitała się z tą, która siedziała przy trumnie Profesora, i kiedy tamta uniosła woalkę, by nadstawić policzek, zobaczyłem jej zapłakaną twarz: była to Mareike z Lejdy. Przytyła nieco, odkąd widziałem ją po raz ostatni, ale pozostała atrakcyjną kobietą.

Zrobiło mi się cieplej na sercu. Pomyślałem, że Profesor zasłużył na to, żeby żegnali go wszyscy najbliżsi, a zwłaszcza jego bujna przyjaciółka.

Przyszedł pastor, odprawił nabożeństwo, po czym udaliśmy się do grobu rodzinnego Bandurów. Tam duchowny powiedział parę słów i spojrzał na nas. Wtedy z boku podszedł nagle elegancki facet, który chwilę wcześniej zajechał pod cmentarz lancią z kierowcą, i zaczął w te słowa: „Szanowni państwo. Nauka polska poniosła oto niepowetowaną stratę. Odszedł od nas…”. Mowa jego była krótka i równie gładka i bez wyrazu jak on sam. Domyśliliśmy się, że gość reprezentuje ministerstwo, a może Polską Akademię Nauk.

Następnie do trumny zbliżył się dziekan i wygłosił dość eleganckie przemówienie, w którym streścił naukowe osiągnięcia Profesora. Lekcję odrobił dobrze: zdumiewająco mało faktów przekręcił. Wspomniał, naturalnie, oMadonnie z konwaliąi o roli Bandury w odkryciu jej dla świata. Był dobrym mówcą: zaczął cicho, stopniowo jego głos nabrał siły, a słowa – wyrazu, i zakończył mocno, wręczpastoso,jak mówią muzycy.

Dalej zaczął przemawiać poczciwy Dąbrowa, ale rychło wzruszenie go pokonało i odwrócił się, zakrywając twarz chustką. Pastor spojrzał na mnie, ale pokręciłem przecząco głową. Gardło miałem ściśnięte i wiedziałem, że nie wydusiłbym z siebie słowa.

Z głuchym łoskotem grud spadających na trumnę, wciąż pobrzmiewającym w uszach, udaliśmy się w kierunku cmentarnej bramy. Bo w pobliskiej restauracji czekała nas stypa.

Kątem oka zauważyłem, jak dupek z ministerstwa (czy też PAN-u) zapakował się do swojej lancii i odjechał, nie żegnając się z nikim. A przez boczną furtkę chyłkiem wymknęła się znajoma postać kobieca. Glizda?! Tu? W Wiśle?

Glizda

Profesor Aurelia Dziubińska była jedną z tych kobiet, które dość szybką karierę naukową zawdzięczają mało absorbującemu życiu prywatnemu. Profesorem „podwórkowym” została w wieku lat czterdziestu, a teraz, kilka lat później, coraz głośniej mówiło się, że jej nominacja na profesora pełną gębą, „belwederskiego”, jest kwestią miesięcy. Odwrotnie niż w życiu prywatnym, w życiu naukowym Glizda była osobliwie aktywna i nad wyraz płodna. Była między innymi autorką popularnego podręcznika historii architektury, tak dobrze znanego wszystkim historykom sztuki.

Zarzucała też czasopisma naukowe artykułami i brała udział we wszystkich konferencjach, zawsze jako prelegentka. Była niekwestionowanym ekspertem od zabytków Śląska Opolskiego, skąd pochodziła.

Z racji moich zainteresowań architektonicznych często się z nią kontaktowałem, na co Bandura patrzył niechętnie. Z kolei Glizda uważała, że powinienem być j e j asystentem i doktorantem, jako że Bandura jest specjalistą od malarstwa. Ja sądziłem natomiast, że mogę się uczyć od nich obojga, choć konflikt lojalności dawał czasem o sobie znać.

Mimo że daleko jej było do naukowej błyskotliwości Profesora, szanowałem Glizdę jako solidnego fachowca od architektury. Trudno mi jednak było szanować ją jako człowieka po tym, kiedy jako świeżo upieczony doktorant odkryłem jej słabość do alkoholu i zobaczyłem całkowitą dezintegrację Glizdy na konferencji w Zamościu, zaraz po zatwierdzeniu jej habilitacji.

Na zwyczajowym bankiecie kończącym konferencję Glizda unietrzeźwiła się mocno i ujawniła drzemiące w sobie pokłady swawolności. Siadała na kolanach wszystkim obecnym, z wyjątkiem Bandury (którego omijała szerokim łukiem), młodszym pracownikom oraz doktorantom mierzwiła włosy i szczypała ich w policzki, upierała się wypić z wszystkimi bruderszaft i była ogólnie nieznośna. Z rozmazanym makijażem, wymiętą bluzką, przekrzywioną spódnicą i oczkiem w pończosze wyglądała żałośnie. Bandura, który przyglądał się jej z coraz większym niesmakiem, poprosił mnie, żebym ją odwiózł jego samochodem do hotelu. Byłem absolutnie trzeźwy, bo jednym z moich zadań jako asystenta Profesora było powstrzymywanie się od alkoholizowania się i wożenie go po suto zakrapianych kolacjach do domu lub hotelu, czyli do „miejsca dyslokacji”, jak mawiał. Nie było to zadanie wdzięczne (choć samo prowadzenie wypasionego auta Bandury sprawiało mi przyjemność), ale uważałem, że nie jest to wygórowana cena za honor tak częstego przebywania w jego towarzystwie.

Nie bez trudności wyprowadziłem wtedy Glizdę i zapakowałem na tylne siedzenie samochodu Profesora. Przez całą drogę, wczepiona w oparcie mojego fotela, ziała mi alkoholowym oddechem w ucho, nazywała „słodkim Karolkiem” i narzekała, że nie urodziłem się piętnaście lat wcześniej. Kiedy doprowadziłem ją do hotelu, wciągnęła mnie za sobą do pokoju i zaczęła na mnie rozpinać koszulę. Wywinąłem się jej wężowym ruchem i dałem drapaka.

Choćby ze względu na jej wiek zupełnie nie widziałem w Gliździe kobiety i pamiętam, jak zadziwił mnie mój przyjaciel Gerwazy, któremu ją swego czasu pokazałem w uniwersyteckiej kafeterii. Zaglądał tam niekiedy, żeby zjeść ze mną lunch i popatrzeć na dziewczyny.

– To kobieta z potencjałem, Charles – powiedział. – To nie jest jedna z tych raszpli z zasuszoną pizdą – dodał. – Ją posuwano, i to nieźle. Popatrz, jak się rusza. To ciało, o które kiedyś dbano, i ono to pamięta. Jakiś gość nieźle uprawiał to poletko. Orał równo i często nawoził.

Ja tego wszystkiego naturalnie nie widziałem, ale nie miałem powodu, by nie wierzyć: Gerwazy był w końcu fachowcem od tych spraw.

Animozja między Glizdą a Bandurą była czymś w rodzaju instytutowego folkloru, a ich utarczki słowne znano na całym wydziale. Kiedy oboje brali udział w jakimś zebraniu, prędzej czy później zaczynali przerzucać się uszczypliwymi uwagami. Te przeradzały się w docinki i o ile prowadzący nie przywołał obojga do porządku, nieuchronnie kończyło się na inwektywach, po czym jedno z nich opuszczało zebranie, trzaskając drzwiami. Oboje potrafili być złośliwi nad wyraz błyskotliwie i reszta towarzystwa słuchała ich kłótni z satysfakcją przemieszaną z podziwem.

Dyskretne uczestnictwo Glizdy w pogrzebie Profesora zdało mi się początkowo szokujące i całkowicie niezrozumiałe. Ale zaraz przypomniałem sobie jej spuchniętą od płaczu twarz w dniu, w którym przyszła wiadomość o śmierci Bandury.

Stypa

W restauracji profesorowie wzięli doktor Mareike van R. między siebie i jęli zabawiać ją rozmową, mnie zaś posadzono przy kościstej siostrze zmarłego. Okazała się osobą wykształconą i elokwentną. Mimo braku fizycznego podobieństwa jej pokrewieństwo z Bandurą nie ulegało wątpliwości: miała ten sam sposób widzenia świata i ten sam sarkastyczny do niego stosunek. Ku mojemu zdziwieniu wyszło na jaw, że Profesor opowiadał jej sporo o mnie.

– Powiedział mi kiedyś, że chciałby mieć takiego syna – zauważyła.

Zaczerwieniłem się.

Bandura nigdy nie zmniejszył dystansu między nami, w zasadzie mnie nie chwalił, często za to werbalnie podszczypywał. Nigdy nie dał mi poznać, że szczególnie mnie lubi i ceni. Czasem tylko wydawało mi się, że cieszy się na mój widok.

– Czy pan pisze wiersze? Franciszek w pana wieku jeszcze chyba pisywał – powiedziała w pewnym momencie.

Zaskoczyło mnie to. Bandura poetą? A więc jego wrażliwość na sztukę była częścią ogólnej wrażliwości, a nie zaskakującym i przypadkowym rysem charakteru.

Trochę później siostra Bandury spojrzała na mnie z lekkim wahaniem i powiedziała:

– Nie chciałby pan przypadkiem kupić samochodu Franciszka? Ja sama nie prowadzę, a poza tym myślę, że spodobałoby mu się, gdyby to właśnie pan nim jeździł. Może pan go mieć za… dziesięć tysięcy.

– Ależ to jest prawie nowy rover 75, on jest wart dużo więcej – zaprotestowałem.

– Proszę się ze mną nie kłócić, młody człowieku. Dziesięć tysięcy i ani grosza więcej. – Czyż miałem się nie zgodzić?

Tymczasem podano alkohole i wkrótce potwierdziła się banalna prawda, że stypa ma za zadanie odwrócić uwagę ludzi od nieznośnej myśli o własnej śmiertelności, myśli, która jeśli przybierze postać natrętną, może niektórych sparaliżować i odebrać im całkowicie wolę działania.

Najszybciej alkohol podziałał na rustykalnych z wyglądu żałobników miejscowych. Musieli być jakimiś pociotkami Bandurów, ale siostra Profesora nie wydawała się zainteresowana kontaktem z nimi. Bawili się więc we własnym gronie. Również twarze moich uczonych kolegów zaróżowiły się i po jakiejś godzinie profesorowie wyraźnie przeszli od fazy zabawiania rozmową do fazy emablowania. Holenderka siedziała nieporuszona, a na jej ładnej, pobladłej twarzy, okolonej burzą kręconych włosów, nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Było oczywiste, że mimo dzielących ich granic i rzadkich spotkań Bandura był dla niej kimś bardzo ważnym.

Kiedy rozmowa z panią Matyldą zamierała, oddawałem się obserwacji żałobników. Błyszczały im teraz oczy, ich twarze były coraz czerwieńsze, humor coraz lepszy. Przedstawiali ciekawą scenę rodzajową, pełną malowniczych typów ludzkich; artysta nie żałował tu farby.

Tak, pewne sceny nachalnie jawiły mi się jako dzieła sztuki. Łapałem się na tym coraz częściej i nic nie mogłem na to poradzić. Skrzywienie zawodowe czy początek obłędu?

Kiedy wyszliśmy z restauracji, był już zmierzch. Pożegnaliśmy się z siostrą Profesora i udaliśmy się na długi spacer, wdychając rześkie górskie powietrze, w którym czuć było zapowiedź nadciągającej zimy. Ja nie mówiłem nic, Mareike odzywała się monosylabami, moi koledzy z uniwersytetu tokowali zaś nieustannie, niemiłosiernie katując przy tym szlachetny język Byrona i Blackaddera.

– Wydawało mi się, że widziałem na cmentarzu profesor Dziubińską – powiedziałem w pewnym momencie do Dąbrowy. – Ale to chyba niemożliwe.

Dąbrowa spojrzał na mnie bystro.

– No… wcale bym się nie zdziwił – odparł w końcu. – Wie pan, oni byli kiedyś parą.

– Coooo!? – wykrzyknąłem oszołomiony. Glizda i Bandura?

– To było jakieś piętnaście lat temu – powiedział Dąbrowa. – Trzymali to w tajemnicy. Chyba byłem jedyny w instytucie, który wiedział. To był bardzo burzliwy związek, trwał pewnie ze dwa lata. Potem coś się stało, ale nie wiem co. No i sam pan potem słyszał na zebraniach…

Kiedy dotarliśmy do pracowniczego domu wczasowego przerobionego na hotel, z okolicznych domostw dał się słyszeć sygnał telewizyjnych „Wiadomości”. Profesorowie wyraźnie nie chcieli rozstać się z Mareike, ale ona wyraźnie nie miała ochoty na kontynuację wieczoru w hotelowym barze. Ale kiedy żegnała się ze mną, szepnęła:

- Come to me later.

Tego się nie spodziewałem. Siadłem potem na łóżku w swoim pokoju i zacząłem się zastanawiać. Zaproszenie od Mareike mogło być oczywiście zaproszeniem na nocną rozmowę o Bandurze, ale coś mi mówiło, że nie o to chodzi. Pomyślałemo Pawlak. Nigdy nie wymagała ode mnie wierności i wyraźnie sygnalizowała, że sama też chce mieć zostawiony margines wolności. Nigdy jej na niczym nie przyłapałem, ale miałem niejasne wrażenie, że traktując mnie jak bezpieczny port, wyprawiała się od czasu do czasu na zbójeckie wyprawy tu i tam. Będąc z natury monogamiczny, przez ostatnie pół roku nie szukałem przygódi nie myślałem o bliskim kontakcie z innymi kobietami: pewnie dlatego zaproszenie Mareike stanowiło dla mnie takie zaskoczenie. Mój przyjaciel Gerwazy obśmiałby się jak norka…

Czy chciałem posiąść doktor Mareike van R. z Uniwersytetu w Lejdzie? Nie byłem tego do końca pewien. Po pierwsze, czułem, że duch Bandury krąży wokół mnie, i nie wiedziałem, czy nie potraktowałby tego jako nielojalności. Po drugie, pomyślałem o szczęśliwym w końcu związku z Pawlak. Czy naprawdę chciałem ją zdradzić? Po trzecie, był jeszcze aspekt estetyczny: nigdy nie miałem do czynienia z kobietą w tym wieku, o ciele tak odległym od ideału z lakierowanych okładek. Miałem trzydzieści lat i nigdy nie znałem (w sensie biblijnym) kobiety o kilkanaście lat starszej. Byłby to rzadki obciach, gdyby mój mały przyjaciel nagle się spłoszył…

Rozważywszy to wszystko, postanowiłem nie przyjąć zaproszenia i położyłem się do łóżka.

Około północy wstałem, założyłem sweter i spodnie na gołe ciało i poszedłem do niej.