Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kurewski majątek - Alice Munro

Opowiadanie ze zbioru „Miłość dobrej kobiety”.

Zbiór ośmiu opowiadań o kobietach. Ich losy, możliwości i ograniczenia we współczesnym świecie są główną osią twórczości Munro, znakomitej pisarki kanadyjskiej. Jej bohaterki muszą sobie radzić z niejednoznacznością własnych uczuć, z wewnętrznymi konfliktami, z rozdźwiękiem między tym, czego chcą, a tym, co muszą. Jest tak z wkraczającą w dorosłość mężatką, która szuka swojego miejsca w życiu, jest tak z młodą kobietą, która przyjeżdża na wakacje do matki, ale nie potrafi z nią wytrzymać, bo ma w sobie zbyt dużo goryczy i żalu.

Miłość kobiet przyjmuje rozmaite formy: uczucia matki do córki, dziecka do dorosłego, żony do męża, przyjaciółki do przyjaciółki - Munro pokazuje je wszystkie z niezwykłą wnikliwością, odsłaniając głębię i zawiłość zwyczajnego życia oraz siłę emocji, które wiążą ludzi ze sobą na nieskończenie różnorodne sposoby.

Munro jak zwykle wydobywa na światło dzienne wszystko, co w życiu kanadyjskiej prowincji przemilczane i zepchnięte w cień - by pokazać ludzi, którzy popełnili ten zasadniczy, pierwszy grzech: zjedli owoc z drzewa poznania.

„Publishers Weekly"

 

Opowiadania Munro są jak troskliwie przechowywane nagrania rodzinne, dokumentujące ważne momenty z przeszłości.

„Library Journal"

 

Munro jest bez wątpienia mistrzynią. W Miłości... opisuje ludzką egzystencję z niezwykłą precyzją i elegancją najwyższej próby.

„The Washington Post"

 

Te zaskakujące historie po raz kolejny przypominają, że Munro jest literacką cudotwórczynią.

Francine Prose

 

Opinie o ebooku Kurewski majątek - Alice Munro

Fragment ebooka Kurewski majątek - Alice Munro

Alice Munro

KUREWSKI MAJĄTEK

Przełożyła Agnieszka Pokojska

Opowiadanie ze zbioru Miłość dobrej kobiety

Wydano z pomocą finansową

Tytuł oryginału: The Love of a Good Woman

Copyright © 1998 by Alice Munro

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

Kurewski majątek

Tego letniego wieczoru 1974 roku, gdy samolot wyhamowywał pod bramką, Karin sięgnęła do plecaka i wyjęła z niego kilka rzeczy. Czarny beret, który włożyła na bakier, tak że niemal całkowicie przysłaniał jedno oko, czerwoną szminkę, którą pomalowała usta, wykorzystując w charakterze lustra samolotowe okno – w Toronto było już ciemno – i długą czarną cygaretkę, którą chciała mieć pod ręką, żeby w odpowiedniej chwili włożyć ją między zęby. Beret i cygaretkę podwędziła z kostiumu Irmy la Douce, za którą jej macocha przebrała się na bal, a szminkę kupiła sobie sama, za swoje pieniądze.

Wiedziała, że nie ma szans, żeby wyglądać jak dorosła kusicielka. Ale nie zamierzała wyglądać jak dziesięciolatka, która wsiadła do samolotu pod koniec zeszłego lata.

Nikt w tłumie nie zwracał na nią szczególnej uwagi, nawet kiedy wetknęła sobie cygaretkę w usta i zrobiła posępno-lubieżną minę. Wszyscy byli zbyt podenerwowani, rozkojarzeni, ucieszeni lub oszołomieni. Wiele osób wyglądało tak, jakby też były w przebraniu. Czarni mężczyźni sunęli z szelestem, ubrani w barwne szaty i małe wyszywane czapeczki, a stare kobiety siedziały na walizkach, zgarbione, z szalami zarzuconymi na głowy. Hipisi byli obdarci i poobwieszani koralikami. Na kilka chwil Karin otoczyła też grupka mężczyzn o poważnych minach. Mieli na głowach czarne kapelusze, a przy policzkach zwieszały im się kręcone kosmyki włosów.

Ludziom oczekującym na pasażerów nie wolno było tutaj wchodzić, ale wchodzili, przedostając się przez automatycznie otwierane drzwi. W tłumie po drugiej stronie stanowiska odbioru bagażu Karin dostrzegła swoją matkę Rosemary, która jeszcze jej nie zauważyła. Rosemary była ubrana w długą granatową sukienkę w złote i pomarańczowe księżyce, miała bardzo czarne włosy, świeżo ufarbowane, upięte na czubku głowy w kształt ptasiego gniazda. Wyglądała na starszą, niż pamiętała ją Karin, i nieco zagubioną. Spojrzenie dziewczyny przeniosło się dalej – w poszukiwaniu Dereka. Łatwo było wypatrzyć go w tłumie ze względu na wzrost, lśniące czoło i jasne, falujące włosy do ramion. A także ze względu na spokojne, błyszczące oczy i ironiczne usta, i umiejętność trwania w bezruchu. Nie to co Rosemary – ta kręciła się teraz, wspinała na palce i rozglądała dokoła w sposób zdradzający oszołomienie i zniechęcenie.

Dereka nie było u boku Rosemary ani nigdzie w pobliżu. Jeżeli nie poszedł akurat do toalety, to w ogóle nie przyjechał.

Karin wyjęła z ust cygaretkę i wyprostowała beret. Skoro nie było Dereka, to kawał nie miał sensu. Zrobienie takiego kawału Rosemary spowodowałoby tylko dezorientację, a ona i bez tego wyglądała na dostatecznie zdezorientowaną i opuszczoną.

– Masz umalowane usta! – powiedziała Rosemary, oszołomiona, z wilgotnymi oczami. Otuliła Karin rękawami przypominającymi skrzydła i zapachem masła kakaowego. – Nie mów mi, że ojciec pozwala ci malować usta.

– Chciałam was nabrać – wyjaśniła Karin. – Gdzie Derek?

– Nie ma go.

Karin zauważyła swoją walizkę. Schyliła się, prześliznęła między ciałami dorosłych i zdjęła ją z pasa. Rosemary chciała jej pomóc ją nieść, ale Karin zapewniła, że jest okej. Przepchały się do wyjścia i minęły oczekujących, którzy nie mieli odwagi czy cierpliwości przedostać się dalej. Nie odzywały się do siebie, dopóki nie wyszły na gorący wieczór i nie skierowały się na parking. Wtedy Karin zapytała:

– Co się stało? Jakaś awanturka?

Rosemary i Derek nazywali awanturkami swoje kłótnie, które przypisywali trudnościom wynikającym ze wspólnej pracy nad jego książką.

– Już się nie spotykamy – odpowiedziała Rosemary z przerażającym spokojem. – Nie pracujemy razem.

– Serio? To znaczy, że ze sobą zerwaliście?

– Jeżeli tacy ludzie jak my mogą ze sobą zerwać.

Światła samochodów wciąż napływały zewsząd do miasta i jednocześnie z niego wypływały po wielkich łukowatych estakadach i gęstym strumieniem pod nimi. Rosemary nie miała klimatyzacji – nie dlatego, że nie było jej na nią stać, tylko dlatego, że nie była do niej przekonana – więc musiały otworzyć okna, przez które szum samochodów wpadał niczym rzeka płynąca w mieszaninie spalin i powietrza. Rosemary nie cierpiała prowadzić w okolicy Toronto. Kiedy zjawiała się tu raz w tygodniu, żeby spotkać się z wydawcą, dla którego pracowała, jeździła autobusem, a przy innych okazjach zazwyczaj woził ją Derek. Karin milczała, kiedy zjeżdżały z autostrady prowadzącej na lotnisko i kierowały się na wschód drogą 401, po czym, mniej więcej po osiemdziesięciu milach nerwowej koncentracji Rosemary, skręciły w mniej uczęszczaną drogę, która miała doprowadzić je prosto do celu.

– To jak, Derek wyjechał? – zapytała Karin. – Wyjechał na wycieczkę? – dodała za chwilę.

– Nie wiem – powiedziała Rosemary. – No ale skąd miałabym wiedzieć.

– A Ann? Jest w domu?

– Pewnie tak. Ona nigdy się z niego nie rusza.

– Zabrał od ciebie swoje rzeczy i w ogóle?

Derek trzymał w przyczepie Rosemary więcej rzeczy, niż było potrzebne do pracy nad grubymi plikami jego maszynopisu. Książki, co oczywiste – nie tylko te niezbędne w pracy, ale też książki i pisma do czytania w przerwach, kiedy kładł się na łóżku Rosemary. Płyty. Ubrania i buty z cholewkami, gdyby naszła go ochota na wędrówkę po lesie, tabletki od bólu żołądka i głowy, a nawet narzędzia i drewno, z którego zbudował altanę. W łazience leżały jego przybory do golenia, szczoteczka do zębów i specjalna pasta do wrażliwych dziąseł. Na blacie w kuchni stał jego młynek do kawy. (Nowy, nowocześniejszy, kupiony przez Ann, stał na blacie kuchennym w domu, który wciąż był jego domem.)

– Sprzątnął wszystko – powiedziała Rosemary.

Skręciła na parking przy otwartej jeszcze budce z pączkami, na skraju pierwszej miejscowości przy tej drodze.

– Kawa dla podtrzymania życia – wyjaśniła.

Zwykle jak się tutaj zatrzymywali, Karin zostawała z Derekiem w samochodzie. On takiej kawy nie pijał. „Twoja matka jest uzależniona od takich miejsc jak to ze względu na swoje straszne dzieciństwo” – powiedział kiedyś. Nie znaczyło to, że rodzice zaciągali Rosemary do tego rodzaju miejsc, tylko że nie wolno jej było nawet do nich wchodzić, podobnie jak nie wolno jej było jeść nic smażonego ani słodkiego, tylko warzywa i oślizłą owsiankę. Nie dlatego, że jej rodzice byli biedni – byli bogaci – tylko dlatego, że byli wyznawcami zdrowego żywienia, zanim nadeszła na nie moda. Derek znał Rosemary krótko – w porównaniu, powiedzmy, z czasem, jaki spędził z nią ojciec Karin, Ted – ale chętniej niż Ted mówił o jej wcześniejszym życiu i wyjawiał jego szczegóły, takie jak rytuał cotygodniowych lewatyw, które sama Rosemary pomijała w swoich opowieściach.

Nigdy, przenigdy w swoim życiu niewakacyjnym, życiu z Tedem i Grace, Karin nie znalazłaby się w miejscu, gdzie tak cuchnęło przypalonym cukrem, tłuszczem, dymem papierosowym i kwaśną kawą. Ale oczy Rosemary z przyjemnością obejmowały ladę, na której za szkłem leżały pączki z bitą śmietaną (pisaną z francuska, crème) i dżemem, z nadzieniem toffi i polewą czekoladową, obwarzanki i eklery, i drożdżówki z rodzynkami, i rogale francuskie z nadzieniem, i kruche ciastka monstrualnych rozmiarów. Nie widziała powodu, dla którego należałoby odmawiać sobie takich pyszności, może z wyjątkiem obawy przed przytyciem, i nie chciało jej się wierzyć, że nie każdy ma nieustanną ochotę na takie jedzenie.

Przy