Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 202 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kurator - Zbigniew Kruszyński

To historia mężczyzny w średnim wieku, dość zamożnego i kulturalnego, który cierpi na samotność i zaczyna się interesować tzw. sponsoringiem. Po kilku raczej nieudanych przygodach nawiązuje kontakt z licealistką (stąd ironiczny tytuł "Kurator"), dla której, jak się okazuje, nie pieniądze są najważniejsze. Spędzają ze sobą coraz więcej czasu, bohater zaczyna odgrywać rolę mentora i ojca (sam nie ma dzieci) i trochę się w tym zatraca, co oczywiście nie może się dla niego dobrze skończyć. Powieść subtelna i nieoczywista, świetnie napisana.

Zbigniew Kruszyński - działacz Solidarności, więziony w latach 1982-1984, po uwolnieniu wyemigrował do Szwecji. Doświadczenia emigracyjne były tematem jego debiutanckiej powieści pt. "Schwedenkräuter" (1995). Za opowiadające o działalności opozycyjnej "Szkice historyczne" (1996) został nominowany do nagrody literackiej Nike. W 1999 r. opublikował zbiór opowiadań "Na lądach i morzach". W "Powrocie Aleksandra" (2006) opowiada o powrocie emigranta do kraju. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

 

Opinie o ebooku Kurator - Zbigniew Kruszyński

Fragment ebooka Kurator - Zbigniew Kruszyński

Zbi­gniew Kru­szyński

KU­RA­TOR

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Jesz­cze jed­no po­tra­fiłem do­brze: spać. Za do­brze, kładłem się przed północą, wsta­wałem o dzie­wiątej, na­wet o dzie­siątej. Nad ra­nem bu­dził mnie pęcherz, z tru­dem opróżnia­ny. Po­tem znów za­sy­piałem, z po­dwo­jo­nym zapałem. Po­tra­fiłem też kłaść się w ciągu dnia i spać jak zwierzę, kot, pies albo wa­ran. Nig­dy nie opo­wia­dam snów, nie ma nic nud­niej­sze­go. Nie cho­dziło o sny, cho­dziło mi o sen. (Śnił mi się po­grzeb sa­mo­obsługo­wy. Wcho­dziłem do ro­dzin­ne­go gro­bu, do­brze zna­ny cmen­tarz. Za­my­kałem się od środ­ka, łykałem garść ta­ble­tek. Niezły sposób, by usunąć się dys­kret­nie, nie ab­sor­bując ni­ko­go, le­ka­rzy czy gra­ba­rzy).

Mogłem po­je­chać do ob­ce­go mia­sta, po krótkim spa­ce­rze wrócić do ho­te­lu, wypróbować prysz­nic i ręczni­ki, białe, z lek­kim za­pa­chem chlo­ru. Chlo­ru, nie chlo­ro­for­mu, jed­nak mnie usy­piał. Wie­szałem na klam­ce kar­ton: proszę nie prze­szka­dzać. Zaciągałem gru­be zasłony, jak w ki­nie. Spać. Spać na cały świat.

Kie­dy wresz­cie jakoś się wy­bu­dzałem, po dwóch ka­wach, moc­no parzących war­gi, kawa ja­ka­kol­wiek, byle wrzątek, byle spa­rzyć język, który sta­wał kołkiem, wsta­wałem, włączałem lap­top – za­sy­piał za­wsze równo­le­gle ze mną – i za­czy­nałem szpe­rać po omac­ku.

Od­po­wia­dałem zdaw­ko­wo na ma­ile, do­ma­gały się prze­cież zdaw­ko­wości. Czy ktoś pi­sze wy­lew­ne ma­ile, epic­kie ese­me­sy? Wy­lew­ne za­wsze lądowały w ko­szu. Opróżnić kosz? Tak, za­nim za­pleśnie­je. Spraw­dzam prze­le­wy. Spraw­dzam ja­kieś ak­cje. Spraw­dzam stan kon­ta i ak­ty­wa wol­ne. Na­tar­czy­wie do­ma­gają się działania.

Prze­cho­dziłem na stro­ny pod hasłem: spon­so­ring. Były co­raz ob­szer­niej­sze i bar­dziej zachłanne. Wszy­scy do­ma­ga­li się gra­ty­fi­ka­cji, pod­bi­ja­li stawkę. – Nie myśl, że możesz mnie mieć za śred­nią kra­jową – ostrze­gała sza­tyn­ka na tle mola w S. – Molo w S., plaża, rozkłada­ny tap­czan, różne wer­sje ka­lo­ry­ferów oraz kon­wek­torów, ka­bi­ny prysz­ni­co­we, szczy­ty łóżka, pościel, wielbłądy, pi­ra­mi­dy, fo­te­le lot­ni­cze – taki był stały re­per­tu­ar tła. Śred­nia kra­jowa wy­no­si trzy sześćset, osiem­dzie­siąt pro­cent jej nig­dy nie osiągnie. Za parę spo­tkań w mie­siącu to nie było mało. – I masz mnie na wyłączność – za­pew­niała sza­tyn­ka, pro­ste włosy do ra­mion zasłaniały pół twa­rzy, na­tu­ral­nie, bo na molo wie­je. Ale w ma­ilu załączy ja­kieś zdjęcie flau­ty. Na wyłączność? Po kil­ku dniach w mie­siącu? Bar­dzo ogra­ni­czo­ny wy­miar cza­su pra­cy. Co będzie robić w po­zo­stałe dni? Tęsknić. Usy­chać z żalu. Cze­kać na te­le­fon.

Ko­bie­ty kazały so­bie płacić za go­to­wość. Są. Cze­kają. Dyżurne. Strój wyjścio­wy. Pachną. Czy zda­je­my so­bie sprawę, ile to kosz­tu­je? Ko­stium, buty, bie­li­zna, to­reb­ka nie­podróbka. Tego nie da się kupić za śred­nią kra­jową, jeśli wszyst­ko po­li­czyć, jesz­cze na tym tracą. Nie będą się spo­ty­kać z kimś, kto ich nie ceni. Ale – po­wta­rzają, wkle­jając usta­lo­ny jed­no­li­ty tekst – są otwar­te na two­je pro­po­zy­cje.

Stu­dent­ki po­trze­bują na cze­sne i stancję. Stu­dent­ki sta­no­wiły połowę ogłoszeń. Młode, am­bit­ne, znające języki. Do­brze jest in­we­sto­wać u pro­gu ka­rie­ry. Nie je­steśmy pro­fe­sjo­na­list­ka­mi – za­pew­niały chórem. Spon­so­ring należy do sportów ama­tor­skich. Chcesz za­wo­dow­stwa, za­dzwoń do agen­cji.

Przed stu­dent­ka­mi była mała gru­pa li­ce­ali­stek sprze­dających cnotę. Mogłyby ją stra­cić gra­tis, po­zba­wio­ne do­bre­go biz­ne­spla­nu. Miały kil­ka oka­zji, dys­ko­tek, domówek. Roz­ocho­ce­ni rówieśnicy na­bie­ra­li śmiałości na ogół już po dru­gim pi­wie. Bywało, że pod klu­czem w to­a­le­cie zmu­sza­li je do in­nych czyn­ności. Oral­nych, ale one się nie liczą. Można wy­pluć albo zwy­mio­to­wać. Przez usta jesz­cze nikt nie stra­cił cno­ty, na­wet prze­kli­nając. Go­rzej, że pod wpływem in­ter­ne­tu pcha­li się też do badań per rec­tum. Nie­przy­jem­nych, bo­le­snych, całkiem nie­po­trzeb­nych. Jed­nak – go­to­we są do­star­czyć sto­sow­ne zaświad­cze­nie – nie­na­ru­szających cno­ty jako ta­kiej. Która kosz­tu­je. Cena wywoław­cza? Dzie­sięć tysięcy. Ra­czej oka­zyj­na, jeśli po­li­czyć te lata wy­rze­czeń.

Otwie­ra­my nowe okno, szkol­ne. Gdzie po­dzie­wa się nasz pierw­szy raz? W li­ceum, u niej w domu, w blo­ku. W małym po­ko­ju wy­kle­jo­nym pla­ka­ta­mi. Na wąskim tap­cza­nie z na­rzutą – pamiętam ją dokład­nie – ce­pe­liow­skie pa­ski, lek­ko nas dra­pały. Nikt nie pomyślał, by wyciągnąć pościel. Tego dnia nie po­szliśmy do szkoły. Leżeliśmy bez życia, po­skle­ja­ni po­tem. Lek­cje mijały z wyłączo­nym dzwon­kiem. Śpimy, jak nie przy­stoi pierw­szy raz ko­chan­kom, których bu­dzi nagłe szczęknięcie drzwi. Mama wróciła wcześniej, zwykły kla­sycz­ny powrót, za­ska­kujący przestępców in fla­gran­ti. – Je­steś? – wołała ostrze­gaw­czo z kuch­ni (do­strzegła moją kurtkę w przedpo­ko­ju). Roz­dzie­li­li szyb­ko ubra­nia na podłodze, splątane go­rzej niż ich właści­cie­le.

– To jest Paweł – po­wie­działa Ewa. – Po­ma­ga mi w fi­zy­ce – pra­wie nie skłamała.

– Paweł -em­ski – przed­sta­wił się ko­re­pe­ty­tor. Bar­dzo mu przy­jem­nie.

To z Ewą trwało nie­mal do ma­tu­ry. Tyle przed­miotów wy­ma­gało po­wta­rza­nia. Spo­ty­ka­li się co­dzien­nie, w szko­le, po szko­le, cza­sem za­miast szkoły. Wiel­kie sumy nie wcho­dziły w grę. Byle star­czyło na napój jabłkowy z zastępczą ety­kietą, w brązo­wej bu­tel­ce. Wy­pi­jało się na miej­scu, bez za­sta­wu. Dla Ewy mle­ko, w bu­tel­ce li­tro­wej, ze srebr­nym kap­slem albo na­wet złotym, pod którym, jeśli nie­oszu­ka­ne, gęstniała śmie­ta­na.

– Za­tru­jesz się, zo­ba­czysz, to trze­ba prze­go­to­wać. – Ewa wy­chy­lała przed skle­pem pół bu­tel­ki. Wierz­chem dłoni ście­rała białe wąsy.

– Zo­staw – sta­rał się ją po­wstrzy­mać – do­dają ci uro­dy.

Apo­stro­fy do mle­ka przed pa­ste­ry­zacją wy­dają się dziś moc­no naciągane. Cze­ka­nie na mle­cza­rza jak na zba­wi­cie­la. Sa­kral­ne ry­tuały od­sta­wia­nia na zsiadłe. No­stal­gicz­ne bak­te­rie, flo­ra płyt­kich wspo­mnień. Można prze­cież kupić jo­gurt, zdrow­szy. Albo od razu ja­kieś pro­bio­ty­ki.

Spo­ty­ka­li się co­dzien­nie, nie mając gdzie się scho­wać. U nie­go od­pa­dało, za­wsze ktoś był w domu. Dzia­dek, go­spo­sia, brat i jego wścib­scy kum­ple – za­raz by roz­nieśli. Do niej spro­wa­dziła się przy­zwo­it­ka ciot­ka, nig­dy nie było wia­do­mo, na jak długo wy­cho­dzi. Naj­go­rzej zimą, zmar­z­nięci i zmok­nięci tułali się po mieście, wstępując do kościołów. Za­szy­wa­li się w bocz­nej na­wie, pod bocz­nym ołta­rzem, z ust, kie­dy je na chwilę od sie­bie od­ry­wa­li, szła para, za­le­piając Ewie oku­la­ry. Zdej­mo­wał je ostrożnie i kładł na ławce obok. Nic więcej nie dawało się obnażyć.

Wiosną oj­ciec Ewy do­stał ta­lon na sa­mochód. Dużego fia­ta w ko­lo­rze beżowym. Nowy sa­mochód nie może stać pod blo­kiem. Rdze­wie­je, do­bie­rają się do nie­go ko­lek­cjo­ne­rzy części. Kie­dy ukra­dli wszyst­kie czte­ry koła, zo­sta­wiając sa­mochód na cegłach jak na pod­murówce, ro­dzi­ce Ewy wy­najęli garaż. Ob­skur­ny cia­sny garaż śmierdzący ben­zyną, po­sta­wio­ny na dzi­ko kawałek od domu, przy ogródkach działko­wych, obok in­nych przykładów odważnej sa­mo­wo­li bu­dow­la­nej. Ciężkie me­ta­lo­we drzwi z ma­sywną chińską kłódką cho­waną w przy­spa­wa­nej rur­ce, trudną do obcięcia. Od środ­ka za­my­kały się na ha­czyk.

Sa­mochód cały ty­dzień stał w garażu, używa­ny tyl­ko w so­bo­ty i nie­dzie­le do ro­dzin­nych wy­padów za mia­sto. U ślu­sa­rza do­ro­bi­li so­bie kom­plet klu­czy i wresz­cie mie­li stałe miej­sce scha­dzek. Cia­sne wnętrze auta ogra­ni­czało ru­chy. Nie było fo­te­li rozkłada­nych dla śpiochów i ko­chanków. Mu­sie­li za­do­wo­lić się tylną ka­napą z pi­ko­wa­ne­go brązo­we­go ska­ju. Na udach od­ci­skał swój wyraźny wzór.

Któregoś razu we wstecz­nym lu­ster­ku zo­ba­czy­li ja­sny frag­ment nie­ba. Drzwi do garażu mu­siały otwo­rzyć się z ha­czy­ka. Może za bar­dzo roz­bu­ja­li fia­ta, który le­d­wie się mieścił, tak że tyl­ny zde­rzak zo­sta­wiał rap­tem parę cen­ty­metrów światła. Za sa­mo­cho­dem sta­li już młodo­cia­ni fani mo­to­ry­za­cji i za­pusz­cza­li żura­wia do wnętrza.

Wróciłem do ogłoszeń, spraw­dzałem naj­now­sze. Po co się pod­da­wać daw­nym unie­sie­niom, za­stygłym spa­zmom, hi­sto­rycz­nym wzwo­dom. Zdjęcia były frag­men­ta­rycz­ne albo nie­wy­raźne, z odwróconą albo zasłoniętą twarzą. Szyb­ko skreśliłem sa­mot­ne mat­ki z dziec­kiem, które szu­kają tu­taj ali­mentów. Myśl, że miałbym być oj­cem – chy­ba ra­czej dziad­kiem – nie odjęła mi lat ani zmarsz­czek. Mógłbym wpłacać na fun­dusz ali­mentacyjny, byle dzie­ci zo­sta­wiły mnie w spo­ko­ju. Sta­rzy oj­co­wie są ka­ry­ka­tu­ral­ni, in­fan­tyl­ni, se­ple­nią, nie trzy­mają mo­czu. Sześćdzie­sięcio­let­ni pi­sa­rze, którym w dowód po­ten­cji uro­dził się sy­nek Antoś. Nie oszczędzą nam jego do­ra­sta­nia. Pi­sa­rzy po­win­no się ste­ry­li­zo­wać, są zbyt płodni, plem­ni­ki i idee tyl­ko krążą wokół, wszędzie szu­kają do­god­ne­go celu.

Z większą uwagą przyj­rzałem się mężat­kom. Nie chcą wni­kać w moje pry­wat­ne życie. Czy­li to, co będą ze mną robić, nie należy do życia pry­wat­nego? I dla­cze­go mam płacić pięć tysięcy – taka była ich prze­ciętna staw­ka – za czy­jeś nieszczęśliwe pożycie? Byłoby spra­wie­dli­wiej, gdy­by fi­nan­so­wa­li to mężowie, naj­wy­raźniej nie­spełniający zadań. W ogłosze­niach mężatek tkwiło coś in­try­gującego. Nie obie­cy­wały przyszłości – która może ozna­czać tyl­ko ka­ta­strofę – nie chciały nam to­wa­rzy­szyć w podróży służbo­wej, uczest­ni­czyć w ko­la­cjach, spo­tka­niach biz­ne­so­wych, wa­ka­cje ra­czej nie wcho­dziły w grę, na­wet na wy­spach, na­wet Ma­le­di­wach. Niewni­kanie w życie pry­wat­ne miało się ogra­ni­czać do spo­tkań w ho­te­lu, dys­kret­nych, in­co­gni­to, naj­le­piej przed południem, kie­dy mąż jest w pra­cy, a dzie­ci się uczą. Żad­nych ese­mesów ani te­le­fonów. Cza­sa­mi może jakiś lek­ki lunch, przy­nie­sio­ny przez kel­ne­ra na górę do po­ko­ju.

Co do isto­ty spra­wy, obie­cy­wały wrażliwość, nie­do­ce­nioną w małżeństwie, doświad­cze­nie, zro­zu­mie­nie po­trzeb (rim­ming). Które tam­ten no­to­rycz­nie lek­ce­waży, mimo że sy­pial­nia jest za dar­mo.

Na prze­ciw­nych po­zy­cjach stały, w luźnej po­zie, kan­dy­dat­ki aspi­rujące do wyłączności. Będą spo­ty­kać się z jed­nym mężczyzną, dys­po­zy­cyj­ne, na każdy te­le­fon, ale ocze­kują przy tym wza­jem­ności. Taki układ, sy­me­trycz­ny, obopólny, cho­ciaż za­si­la­ny jed­no­bie­gu­no­wo. –Szu­kam jed­ne­go na układ – tak się to for­mułuje.

Były też ogłosze­nia – pod mod­nym hasłem: inne – które zna­lazły się tu przez pomyłkę. Ktoś pro­sił o pie­niądze na le­cze­nie syna. (Anons sprzed roku: cho­ro­ba prze­wlekła). Ktoś za dołado­wa­nie kon­ta chciał się za mnie mo­dlić, nie pre­cy­zo­wał, w ja­kiej sie­ci i koście­le. Ktoś kom­ple­to­wał ekipę na warsz­ta­ty bud­dystów; czy bud­dyści czy­tają ta­kie ogłosze­nia? Kil­ka se­kre­ta­rek po­trze­bo­wało sze­fa, który będzie je re­gu­lar­nie mo­le­sto­wał. Pew­nej in­we­stor­ce bra­ko­wało jesz­cze paru tysięcy, żeby dopiąć in­te­res, z nie­bo­tycz­nym zy­skiem.

Długo nie mógł się zde­cy­do­wać, do kogo na­pi­sać. Jesz­cze raz przeglądał ga­le­rię zdjęć, które obie­cując wie­le, mało po­ka­zy­wały. Czy­jeś ple­cy, pier­si, odsłonięte udo. Twarz zasłonięta włosa­mi albo wy­ma­za­na. Albo wi­docz­na, nie wia­do­mo czy­ja, ano­ni­mo­wa, może z ka­ta­lo­gu. Ka­ta­log twa­rzy – fa­ce­bo­ok – pod­no­sił ob­ro­ty, na­wet Kościół się do nie­go włączył. Z roz­pa­czy prze­szedł do działu męskie­go, zo­ba­czyć, w ja­kim do­bo­ro­wym to­wa­rzy­stwie się ob­ra­ca.

Właści­cie­le, pre­ze­si, zarządcy, in­we­sto­rzy. Prężni, dy­na­micz­ni, oby­ci, zajęci. Naj­zu­pełniej nor­mal­ni, tyl­ko w na­wa­le pra­cy nie wy­star­cza im cza­su na życie ro­dzin­ne. Szu­kają ko­bie­ty re­pre­zen­ta­cyj­nej. Która będzie umiała się równie do­brze zna­leźć w sy­tu­acjach in­tym­nych, jak i pro pu­bli­co bono. W ho­te­lu, podróży, klu­bie, przy wy­staw­nym obie­dzie. Musi się do­brze ubie­rać i roz­bie­rać. Musi mieć che­mię. Na­wet petroche­mię – ta­be­la wy­ma­gań była co­raz tward­sza, bar­dziej ka­mien­na, bar­dziej prze­mysłowa. Plus ak­tu­al­ne ba­da­nia – tu następowały skróty groźnych chorób prze­no­szo­nych drogą.

Ale cze­ka ją słod­kie życie, ko­la­cje i ku­ror­ty, pre­zen­ty, kosz­tow­ności, głębo­kie dia­lo­gi. Ob­co­wa­nie z kimś wyjątko­wym, hoj­nym i wy­dol­nym. Górna półka zajęta przez piękne ka­pe­lu­sze. To chy­ba nie jest o mnie? – żachnął się czy­tel­nik i aby zy­skać na cza­sie, prze­szedł na inne stro­ny, dla od­mia­ny: spon­so­ru­je pani. Tu było za­le­d­wie kil­ka pro­po­zy­cji, w większości nie­ak­tu­al­nych, moc­no przedaw­nio­nych. Jakaś trzy­dzie­sto­lat­ka za­pra­szała go na syl­we­stra, sprzed czte­rech lat, w ten sposób młod­nie­je­my. Chętnie by po­szedł, od­bie­rał i składał życze­nia ob­cym al­ko­ho­li­kom, po­pi­jał fałszy­we­go szam­pa­na, już nie­co zwie­trzałego. Tańczył w gru­pie, pom­pując przy nie­wi­dzial­nej stud­ni. Słone orzesz­ki wcho­dziłyby mu nie­przy­jem­nie w plom­by.

(Jak spędził wte­dy syl­we­stra, gwo­li dokładności? Chciałem go po pro­stu prze­spać. Położyłem się go­dzinę przed północą, włożyłem kor­ki do uszu. Obu­dziło mnie przytłumio­ne strze­la­nie, jak­by front się prze­su­wał gdzieś da­lej).

Jakaś Ma­ria chciała, by na we­se­lu ku­zyn­ki od­gry­wać rolę jej na­rze­czo­ne­go. Nie­wy­klu­czo­ne, że jeśli za­iskrzy (che­mia or­ga­nicz­na), to mogą się też prze­spać. Spać po­tra­fię sam nie naj­go­rzej – uciął na­rze­czo­ny.

Po­zo­stałe ko­bie­ty szu­kały part­ner­ki, mężczyźni niech nie za­py­chają skrzyn­ki. Najchętniej młod­szej i nie­doświad­czo­nej. Która do­pie­ro zro­zu­mie, co tra­ci, od­dając się płci prze­ciw­nej. Szko­da, chętnie wcisnąłby się na trze­cie­go. Gwo­li spra­wie­dli­wości mu się należało, tyle razy po­ma­wia­no go o znie­wieściałość.

Nic tu jed­nak nie wskóra, wrócił na stronę główną. Dzie­sięć tysięcy ko­biet żądało jego pie­niędzy. Jeśli miałyby być – po­wiedz­my – dwie śred­nie kra­jo­we, to w ciągu roku ze­brałby się nie­zgor­szy ka­pi­tał. Można by kupić pa­kiet. Na przykład ra­fi­ne­rii. Byle nie Możejki. A gdy­by tak opo­dat­ko­wać te trans­ak­cje, zmniej­szyć de­fi­cyt budżeto­wy? Fi­skus się wtrąca i do­ma­ga swe­go przy da­le­ko mniej­szych ob­ro­tach.

Ogra­nicz­my się tyl­ko do naj­now­szych anonsów. Jeśli ktoś szu­ka mie­siącami, chy­ba chce zbyt wie­le. Jest wy­bred­ny albo kom­ple­tu­je klo­ny na skalę prze­mysłową. Cały czas za­pew­niając, że cho­dzi o jed­ne­go.

Od­rzućmy jesz­cze stu­dent­ki i kan­dy­dat­ki najmłod­sze. Nie żeby miał tu ja­kieś za­ha­mo­wa­nia, mężczyźni w pew­nym wie­ku, rzecz smut­na i żałosna, tracą za­in­te­re­so­wa­nie dla swo­ich rówieśnic i zgrab­nie prze­ska­kują o dwa po­ko­le­nia. Bał się jed­nak wsty­du przy for­mal­nościach w ho­te­lu, po­dejrz­li­wych pytań re­cep­cjo­nist­ki, czy córka ma na pew­no to samo na­zwi­sko. – Hum­bert? Dwa razy Hum­bert?

Szu­kał gdzieś przed czter­dziestką, ale z po­dej­rze­niem, że trochę zaniżają wiek, więc może znaj­dzie kogoś po i w ten sposób zmieszczą się dla przy­zwo­itości we wspólnej de­ka­dzie.

Anna, trzy­dzieści dzie­więć lat, dwa zdjęcia odsłaniały tyl­ko trochę skóry na ra­mie­niu – wia­ry­god­nej der­ma­to­lo­gicz­nie, pie­go­wa­tej – i włosy, założone za ucho z prześwie­tlo­nym kol­czy­kiem, pro­ste, opa­dające do ra­mion (bo gdzie miałyby opa­dać?). Lśniące, ko­lor mar­chew­ko­wy, bar­dziej chy­ba jed­nak od szam­po­nu niż die­ty. Ko­lor włosów często się nie zga­dzał, różnił w opi­sach i na zdjęciach, chwi­lo­wy, zależał od na­stro­ju.

Hej – skreślił, dro­ga Pani – skreślił, dro­ga Anno, prze­czy­tałem Pani ogłosze­nie i pomyślałem, że po­wi­nie­nem chy­ba od­po­wie­dzieć. Ja także lubię ko­la­cje i czer­wo­ne wino, długie ro­man­tycz­ne spa­ce­ry, chętnie wzdłuż wy­brzeża, operę nie­my­dlaną i te­atr. Nie­ste­ty, nie czy­tałem Pau­lo Co­el­ho. Tak, je­stem jak naj­bar­dziej kon­kret­ny, abs­trak­cja jest źródłem wszel­kie­go zła i nudy.

W każdym dzia­le mar­ke­tin­gu wiedzą, że re­spons nie jest równy za­py­ta­niom, więc dla pew­ności po­sta­no­wił na­pi­sać jesz­cze dwa zgłosze­nia.

Da­ria była sza­tynką, włosy są nie­ja­dal­ne, ale ich bar­wy po­chodzą od owoców. Wy­soką, zgrabną, wy­de­pi­lo­waną (uprze­dzała wy­pad­ki). Po­dob­nie jak my wszy­scy, nie lubiła nudy. Za­pra­co­wa­na, chciała się ode­rwać. Wygląd nie po­zo­sta­wi ni­ko­go obojętnym, gwa­ran­to­wa­ne. Długie nogi w raj­sto­pach (ma pani bar­dzo zgrab­ne raj­sto­py – chciał w pierw­szej chwi­li na­pi­sać), do­dat­ko­wo sztu­ko­wa­ne ob­ca­sa­mi. Biust – mi­secz­ka C, nie wie­dział, co to zna­czy, ale brzmiało obie­cująco, pożyw­nie.

Na­ta­lia była młod­sza, na pew­no nie od­pi­sze. Wszyst­ko zwa­liło się jej na głowę, już nie wie, co robić. Zdjęcie nie po­twier­dzało nie­wie­dzy, twarz, tym ra­zem od­kry­ta, uśmiech­nięta, pro­mie­nio­wała spo­ko­jem (raziło w oczy, mu­siałem zmniej­szyć o sto­pień ja­sność ekra­nu), należała ra­czej do do­rad­cy fi­nan­so­we­go niż kogoś, komu w końcu mie­siąca bra­ku­je na spłaty. Nie­wy­klu­czo­ne, że z ze­msty Na­ta­lia za­mieściła na swo­im pro­fi­lu zdjęcie pani z ban­ku. Bluz­ka była zapięta aż pod samą szyję – a po­win­na być roz­chy­lo­na – włosy też upięte wy­so­ko, za­cze­sa­ne, gład­kie. Ma­ki­jaż bar­dzo dys­kret­ny, szmin­ka – albo ślina? – z lek­kim połyskiem w na­tu­ral­nym bla­dym ko­lo­rze, wy­stające kości po­licz­ko­we z ru­mia­ny­mi pla­ma­mi od – trze­ba by to spraw­dzić – krwi (tętni­czej)? Różu?

Od­po­wie­działa pierw­sza. Nie, wca­le nie prze­raża jej różnica wie­ku, woli na­wet star­szych, doświad­czo­nych, pew­nych, nie ma o czym roz­ma­wiać z rówieśni­ka­mi. Chciałaby się spo­tkać jak naj­szyb­ciej, ko­niec mie­siąca się zbliża, kurs fran­ka rośnie jak sza­lo­ny, już boi się spraw­dzać. (Może płacić jej we fran­kach, z kon­ta w Crédit Su­is­se, które leży odłogiem?).

Umówili się na­za­jutrz w Mo­no­po­lu, re­stau­ra­cja i od razu ho­tel, dla szyb­kich i kon­kret­nych.

Przy­szedł kwa­drans przed cza­sem (wolę cze­kać, niż żeby na mnie cze­kano). Tak lubił, życie zy­ski­wało na­gle sens i wek­tor. Tymcza­sem ode­brał klu­cze i rozglądał się po sali, pu­sta­wej. W rogu sie­działa para i kłóciła się zażar­cie po ko­la­cji, roz­wo­do­wa, nie­spon­so­ro­wa­na. W dru­gim rogu inna para ro­man­so­wała, on odkładał nóż i w ce­lach po­ko­jo­wych głaskał ją po ręce z wi­del­cem, na którym stygło mięso za­trzy­ma­ne w pół dro­gi. Jakiś sa­mot­ny spon­sor nad pi­wem – pro­sta­ta jesz­cze mu po­zwa­la na piwo wie­czo­rem – rozłożył ta­blet, wolał asep­tycz­ny świat wir­tu­al­ny, mimo że wokół miał rze­czy­wi­sty, cie­kaw­szy i hor­mo­nal­ny. Spod oka lu­stro­wała go żywa kon­su­ment­ka, bawiąc się ser­wetką, okru­chy spadły jej na su­kienkę, strącała je sta­ran­nie, ale wciąż po­ja­wiały się nowe, wszędo­byl­skie jak łupież.

Kel­ner prze­cie­rał szklan­ki białą ście­reczką i pa­trzył na nie pod światło, jak­by temu, kto zagląda do kie­lisz­ka, mogły prze­szka­dzać plam­ki po płuka­niu. Mężczy­zna coś upar­cie prze­wi­jał na nie­wi­dzial­nym ekra­nie. Kart­ko­wał bez­sze­lest­nie, bez pa­pie­ru, bez kar­tek, en­ter, wci­skał za­wzięcie, en­ter, to mu pod­cho­dzi. Ko­bie­ta prze­grała walkę z okru­cha­mi, wyszła do to­a­le­ty, exit. Tych dwo­je jest w se­pa­ra­cji, usta­lił ob­ser­wa­tor.

Przy­po­mniał so­bie wklęsły czas po swo­im roz­wo­dzie. Pu­ste miesz­ka­nie, po­zba­wio­ne sprzętów. Bo­lesną re­kon­strukcję przed­miotów. Nie chciał od­cho­dzić, nie­na­wi­dził zmian, więc spa­ko­wał wa­lizkę jak wte­dy, gdy wyjeżdżasz na kil­ka dni, ze­staw obo­wiązko­wy. Wy­najął pierw­sze lep­sze dwa po­ko­je, dwa, żeby móc prze­cho­dzić z pu­ste­go do próżnego. Przez mie­siąc nic nie zjadł w domu, nie miał na­czyń i sztućców, ape­tyt też go opuścił. W pla­sti­ko­wym kub­ku po­pi­jał wodę z kra­nu. Czuł nie­od­partą niechęć do no­we­go życia, ku­po­wał rze­czy jed­no­ra­zo­we. Ko­szu­le nosił do pral­ni, bie­liznę prał w umy­wal­ce.

A po­tem prze­ciw­nie, cho­dził do desy i szu­kał rze­czy używa­nych, wyśli­zga­nych. Kupił dro­gi ser­wis, który wyżywił kil­ka po­ko­leń, tu i ówdzie nie­co wy­szczer­bio­ny, tym le­piej. Trochę me­bli, sta­rych, wy­sie­dzia­nych, nie­ko­niecz­nie sty­lo­wych. Jakiś ze­gar, który – nakręcany – pod­trzy­my­wał następstwo epok. Przez chwilę za­sta­na­wiał się nad por­tre­tem przod­ka – nie jego – ale pomyślałem, że to już może prze­sa­da, sko­ro go tu zo­sta­wi­li do wzięcia, na wi­do­ku pu­blicz­nym, na ścia­nie, na pew­no był ty­ra­nem. Zupełnie jak mój dzia­dek, po którym nic nie zo­stało, poza wspo­mnie­nia­mi.

– Prze­pra­szam za spóźnie­nie – usłyszał i zo­ba­czył jej wy­pielęgno­waną rękę, odsłoniętą do łokcia, opa­loną, pa­znok­cie mignęły na czer­wo­no, bran­so­let­ki za­dzwo­niły zachęcająco na po­wi­ta­nie. – Nie szko­dzi, nic nie szko­dzi. – Miała ciepłą, lek­ko wil­gotną dłoń, z jaśniejszą, jak u Mu­rzyn­ki, skórą. – Nie za­ma­wiałem ni­cze­go, cze­kałem, nie wiem, czy jest pani, czy je­steś głodna, czy wie­czo­rem ja­dasz.

– Może coś lek­kie­go. – Siadła, założyła nogę na nogę, która się, za­miast skrócić, wydłużyła, ly­cra za­sze­leściła me­ta­licz­nie, kie­dy bran­so­let­ki ucichły. Stu­dio­wała kartę w miękkich, wa­to­wa­nych okład­kach, w re­stau­ra­cji jadłospis zastępuje dia­lo­gi.

– Apéri­tif? – O, tak, niech będzie, i może z lo­dem, le­piej coś trzy­mać i grze­cho­tać kost­ka­mi, kie­dy ręce po­szu­kują zajęcia, a ci­sza za­czy­na do­skwie­rać.

Była ubra­na odważniej niż na zdjęciu. Tym ra­zem sza­ry ko­stium za­pi­nał się rap­tem na je­den gu­zik, poniżej pier­si, odsłaniał de­kolt prze­kreślony w po­zio­mie czymś czar­nym i błyszczącym w cha­rak­te­rze zasłony. Spódni­ca do pół uda była, jeśli komuś za mało, do­dat­ko­wo roz­cięta i odsłaniała ucie­kający ku górze es-flo­res, zgad­nij­cie, wzór na raj­sto­pach czy pod nimi ta­tuaż. Buty nie wia­do­mo jak się trzy­mały na no­dze, je­den spi­ral­ny pa­sek obej­mujący kostkę. Ma­ki­jaż był inny, wyraźniej­szy wokół oczu, a bled­szy na po­licz­kach, szmin­ka moc­no czer­wo­na, ale nie zo­sta­wiała śladu na kie­lisz­ku, ku za­do­wo­le­niu kel­ne­ra. Jeśli dziś miałaby być do­radcą fi­nan­so­wym, to ra­czej na ryn­ku opcji i de­ry­watów, pa­pierów większe­go ry­zy­ka.

Miło, że przyszła, bo do końca nie wie­dział, in­ter­net służy ra­czej do zakłada­nia pułapek na lu­dzi. Tak, ona też się parę razy nacięła, ale prze­cież wy­mie­ni­li dwa ma­ile, to pew­niej­sze i bar­dziej oso­bi­ste, z ad­re­sem. Na­wet jeśli ten le­wi­tu­je gdzieś w sie­ci, nie­dostępny chy­ba na pie­chotę. Nie wie­dział, czy go roz­po­zna, bo zdjęcie, prawdę mówiąc, miało już parę lat na kar­ku, którego zresztą nie widać, tyl­ko za­rost, a u góry, prze­ciw­nie, początki łysi­ny. Nie miała tu, za­uważmy, wiel­kie­go wy­bo­ru, między nim a kel­ne­rem, ale kel­ner był młod­szy i bez oku­larów, i prze­cierał kie­lisz­ki, więc wy­brała jego (gdzieś zniknął fa­cet nad ta­ble­tem). Nie żałuje? Nie, cze­mu, zresztą zo­ba­czy­my.

Przez chwilę je­dli w mil­cze­niu, trzy­mała nóż in­a­czej niż większość, między pal­cem wska­zującym a kciu­kiem, jak długo­pis.

I jak to so­bie wy­obraża? Trud­no wy­ro­ko­wać, ale mogłaby się po­ja­wiać tak dwa razy w ty­go­dniu, tysiąc złotych za każdym ra­zem na­prawdę ją ra­tu­je. Dopóki mu się nie znu­dzi.

Dla­cze­go miałby się znu­dzić. Pomyślałem z ulgą, że raz, dwa razy na ty­dzień zniósłbym czyjąś obec­ność. Ale często byłby skłonny płacić tysiąc za wieczór, byle tyl­ko zo­sta­wio­no go sa­me­go. Uniknąć wspólnych ko­la­cji, na­kry­wa­nia, rozmów, sta­no­wisk przy sto­le. Ko­men­to­wa­nia wina, czy ma długi po­smak. Ogląda­nia te­le­wi­zji, filmów, w których trwają pościgi albo dia­lo­gi. Cze­ka­nia, aż zwol­ni się łazien­ka z obiet­nicą od­osob­nie­nia. Usta­la­nia cze­go­kol­wiek na przyszłość, co kto kupi i kie­dy wróci, nig­dy. Owszem, przy ka­wie bra­ku­je kogoś (próbowałem go zastąpić gorącym mle­kiem). Ale jak spędzić noc sa­mot­nie, a po­tem zjeść z kimś śnia­da­nie? Chy­ba w ho­te­lu. Dla­te­go lubię ho­te­le: długie śnia­da­nie wśród lu­dzi mających dzień przed sobą.

Właśnie, czy wezmą pokój? Za­re­zer­wo­wał dwójkę z wiel­kim łóżkiem niesłusznie zwa­nym małżeńskim, ale nic ich prze­cież nie ob­li­gu­je, można anu­lo­wać. Nie, dla­cze­go, prze­cież jest zde­cy­do­wa­na, kon­kret­na. Na co mają cze­kać, już dość się na­ga­da­li przez in­ter­net. Do­brze, pomyślałem, roz­wiążę kwe­stię wzo­ru na raj­sto­pach albo ta­tuażu na udzie. Choć właści­wie było mu wszyst­ko jed­no, lubił oby­dwa. Ta­tuaże były w mo­dzie i co­raz bar­dziej roz­ległe, za­czy­nały już prze­szka­dzać w re­zo­nan­sie ma­gne­tycz­nym pa­cjentów, far­by za­wie­rały me­ta­le, in­ter­fe­ro­wały, pa­rzyły.

– Wezmę pokój na sie­bie, proszę po­cze­kać – za­pro­po­no­wał. Tak będzie prościej, unikną nie­zgod­ności na­zwisk i do­wodów. I zapłaci za jedną osobę, dwójka jako je­dyn­ka, pomyślał oszczędnie, nie mylić z har­pa­goństwem. Do­stał pla­sti­kową kartę za­miast klu­cza i wrócił. Nie­ste­ty, nie da się nią płacić ani wyjąć gotówki.

Może jesz­cze cze­goś się na­piją dla kurażu. Z nieśmiałości można popaść w al­ko­ho­lizm. Li­kie­ru, żeby so­bie osłodzić? Za­ma­wiają co­in­tre­au, z lo­dem, cze­kają, aż stop­nie­je, aż li­kier zma­to­wie­je.

W win­dzie nie było cia­sno, zbyt wid­no i za krótko, żeby się zbliżyć do sie­bie. Lep­sze są sta­re dźwigi ana­lo­go­we, na­wet jeśli w przystępie bli­skości zgnia­tają pasażera.

Parę chwil zma­gał się z zam­kiem, wsu­wał i wy­su­wał kartę jak skim­mer, ale lamp­ka świe­ciła na czer­wo­no. Do­pie­ro kie­dy ją przekręcił zgod­nie ze strzałką, coś pisnęło, za­pa­liło się zie­lo­ne i klam­ka ustąpiła.

Jej język był eks­pan­syw­ny, bar­dziej ru­chli­wy niż w dia­lo­gach przy sto­le. Szyb­ko zna­lazł jego sta­re plom­by, dwie dol­ne piątki, re­agujące na gorąco i zim­no, trze­ba by może wresz­cie pójść do den­ty­sty, za je­den wieczór z Na­ta­lią mógłby załatać całą szczękę, rach­mistrz szyb­ko ob­li­czył. Po­ty­kając się, do­tar­li do łóżka, ona szła tyłem na ob­ca­sach i robiła dziu­ry w wykładzi­nie. Ściągnęli ciężką, or­na­tową na­rzutę i na białej poście­li zo­ba­czyłem wyraźnie, że to ta­tuaż, biegł wyżej, po­nad bio­dro, i na ple­cach łączył się z dru­gim, sy­me­trycz­nym, dzieło strze­li­ste jak płomien­ny go­tyk. Spraw­dził farbę, nie roz­my­wała się, nie sma­ko­wała me­ta­licz­nie, ra­czej słono, po­dob­nie do in­nych miejsc, nie­ta­tu­owa­nych. Ja­kimś cu­dem upo­rał się z zapięciem i pier­si opadły o dwa piętra, próbował je for­mo­wać, pod­da­wały się miękko, ma­te­riał bu­dow­la­ny.

W pępku miała biżute­rię, nie wia­do­mo, czy odzie­dzi­czoną po ma­mie. Bie­li­zna była ele­ganc­ka i nie wy­ma­gała ściąga­nia, sto­sun­ki w ubra­niu są bar­dziej wy­uz­da­ne. Urzędnicz­kom każe się przy­cho­dzić do ban­ku w pończo­chach w środ­ku lata, ale ten sam dress code przejęli ope­ra­to­rzy in­ter­ne­to­wych fil­mików. Nie zdjął jej butów, wy­god­nie będzie chwy­cić za pa­ski. Vero cuio, prze­czy­tał na po­de­szwie, cho­dzić tyl­ko po su­chym. – Jak dla mnie, to nie trze­ba – po­wie­działa, patrząc, jak zma­ga się z ce­lo­fa­no­wym opa­ko­wa­niem, i tak wy­mie­ni­li już płyny. – Ale będzie bez­piecz­niej. – Zębami prze­rwał ce­lo­fan, wewnątrz były sa­szet­ki z tru­cizną na plem­ni­ki dla tych, którzy oba­wiają się po­tom­stwa. Pomyśleć – pomyślał z trwogą – że ktoś mógłby się wro­dzić. Wyjęła mu z rąk gu­mo­we, zro­lo­wa­ne kółko, przy­trzy­mała w ustach końcówkę, a resztę szyb­kim ru­chem roz­winęła, trochę go de­pi­lując.

Czy w tej sy­tu­acji wy­pa­da przy­woływać inne oso­by? Z jedną part­nerką upra­wiać seks gru­po­wy? Wywoływał je po ko­lei, ko­bie­ty zna­ne z wi­dze­nia, spo­tka­ne raz, nie­daw­no albo przed laty, bez litości dla chro­no­lo­gii, na­ru­szając ich in­te­gral­ność. Fi­nan­si­sta, często za­czy­nał od ban­ku. Nie­rzad­ko re­zy­gno­wał z ope­ra­cji przez in­ter­net tyl­ko po to, aby pa­trzeć, jak ka­sjer­ka za biur­kiem zakłada nogę na nogę. Prze­cho­dził do dro­ge­rii, gdzie za­opa­try­wał się w środ­ki plem­ni­kobójcze, i po­dzi­wiał chłodną obojętność, z jaką eks­pe­dient­ka bie­rze do ręki śli­skie pudełko, prze­jeżdża nim przed czyt­ni­kiem i po­da­je cenę, jak na tru­ciznę, nie­wygóro­waną. Nie­ste­ty, nie za­grze­je miej­sca przed kasą, bo ko­lej­ka, w której nie brak in­nych ero­to­manów, musi się po­su­wać.

W re­stau­ra­cji kel­ner­ka wy­su­wała bio­dro w moją stronę i tak na chwilę za­sty­gała, przyj­mując zamówie­nie.

– Z fryt­ka­mi?

– Tak, z fryt­ka­mi, ale krwi­sty, nie wy­smażony.

W środ­kach ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej od­by­wał się nie­ustający na­wet w kor­kach ca­sting na pasażerkę. W pociągach in­ter­ci­ty miejscówki sty­kały się łyd­ka­mi.

Pod ko­niec, kie­dy czułem, że ko­niec się zbliża, wra­całem do Na­ta­lii. Widać ją było z góry, wy­so­kość się zmie­niała nie­wie­le, jak przy ro­bie­niu pom­pek, i z tru­dem można było roz­po­znać tę samą twarz, która tak nam się po­do­bała – w pio­nie – w re­stau­ra­cji. Włosy leżały roz­rzu­co­ne na po­dusz­ce, nie wia­do­mo, dokąd by sięgnęły spięte. Czoło zro­biło się szer­sze, nos utra­cił wy­pukłość. Oczy się powiększyły i pa­trzyły w nie­bo, w su­fit, omi­jając ob­ser­wa­to­ra. Na skro­nie wystąpiły kro­ple potu i wca­le nie spływały. Czy do­ko­nuję ob­duk­cji? – pomyślał, pomyślałem. Po­bieżnej, bo śmierć jest po­zo­ro­wa­na. Na­ta­lia wydała z sie­bie wes­tchnie­nie i za­stygła, cała.

Skąd miałem pie­niądze? O to samo pytał urząd po­dat­ko­wy. Skąd oby­wa­tel ma na kon­cie. Środ­ki daw­ne i bieżące.

Pot jej spływał po ple­cach i szu­kał zagłębie­nia. Zna­lazł dwa zbior­ni­ki re­ten­cyj­ne w lędźwiach. Do­brze jest leżeć zmęczo­ny po fak­cie, po wy­dzie­li­nach. Jeździłem jej pal­cem po ra­mie­niu, szki­cując łopatkę. Za­sy­pia­liśmy, wykończe­ni. Wierzę w pożąda­nie ciała i nie­ule­czalną sa­mot­ność du­szy, za Söder­ber­giem.

Skąd miałem pie­niądze? Ber­ga jest roz­ległym do­mem starców, po­dzie­lo­nym na małe dom­ki na przed­mieściu, wśród pagórków i lasów, sar­ny pod­cho­dziły pod sam ta­ras co wieczór. Rzecz w tym, aby star­cy byli sa­mo­dziel­ni jak najdłużej, do gro­bu. Nikt nie opie­ku­je się ro­dzi­ca­mi, zlećmy to pielęgnia­rzom. Tak więc opie­ko­wałem się kil­ko­ma dom­ka­mi. Przy­no­siłem posiłki, sprzątałem, la­tem kosiłem trawę, zimą odśnieżałem. Gu­drun była zamożną wdową. Zo­sta­wałem u niej po go­dzi­nach, po­ma­gałem jej trochę w in­we­sty­cjach, to były do­bre lata, bez tru­du dawało się uzy­skać kil­ka­dzie­siąt pro­cent w ska­li roku. Ucie­ka­liśmy przed po­dat­ka­mi, nie miała już ni­ko­go, a zy­ski le­piej rozłożyć na dwie oso­by. I tak miała za­miar za­pi­sać mi połowę, a połowę zo­sta­wić ja­kiejś fun­da­cji, która oczy­wiście chciała połknąć wszyst­ko, nie wierz­cie fun­da­cjom.

Wy­to­czy­li mi pro­ces, pra­cow­ni­cy nie mogą przyj­mo­wać da­ro­wizn od pen­sjo­na­riu­szy, w ten sposób za­po­bie­ga­my otru­ciom. Ale ja nie byłem już pra­cow­ni­kiem, zwol­niłem się za­wcza­su. Dla ad­wo­ka­ta spra­wa dzie­cin­nie pro­sta, wy­star­czy usta­lić daty. Miał tu łatwy za­ro­bek, wli­czyłem go w kosz­ty.

Pod ko­niec to­le­ro­wała już tyl­ko mnie i pielęgniarkę, a po­tem sam na­uczyłem się robić za­strzy­ki. Po­pra­wiałem jej po­duszkę, uchy­lałem okno. – Tak? Trochę więcej? – po­ro­zu­mie­wała się ru­cha­mi po­wiek. Zdo­byłem starą wodę kolońską, ja­kiej używał jej mąż przed ćwierćwie­czem, chciała od­no­wić za­pach. Kroplówka nie sma­ku­je i nie pach­nie.

Czy­tałem jej in­dek­sy; Sztok­holm, tu mie­liśmy naj­więcej, Lon­dyn i Frank­furt. Nowy Jork, wczo­raj­szy. Świet­nie pamiętała no­to­wa­nia. Ostat­nie­go dnia pro­siła o owo­ce. Cze­reśnie. W środ­ku zimy? Mu­siałem zna­leźć im­por­te­ra w Ko­pen­ha­dze. Po­tem wyj­mo­wałem z nich pest­ki, bo bałem się, że połknie albo się zadławi.

Po­pro­siła o ko­sme­ty­ki. Zro­biłem lek­ki ma­ki­jaż, nie odmłod­niała, ale uśmiechnęła się do lu­ster­ka, kie­dy jej podałem. Umarła we śnie nad ra­nem, żad­nych ne­kro­logów. Ko­lum­ny cyfr są do wglądu w urzędzie po­dat­ko­wym, tam fi­skus jest prze­zro­czy­sty.

To ha­nieb­ne płacić za seks – za którymś ra­zem zwie­rzyłem się Na­ta­lii, gdy in­ka­so­wała.

– Zwa­rio­wałeś? – zaśmiała się szcze­rze roz­ba­wio­na. – Prze­cież nie płacisz za seks, tyl­ko za wszyst­ko, cze­go nie mu­sisz robić.

Cze­go nie mu­siałem? Do­zna­wać głębszych uczuć. Nie wzdy­chałem i nie słuchałem wes­tchnień. Naj­pierw nie cier­piałem rozłąki, a po­tem oszczędzo­no mi prze­pro­wa­dzek, kie­dy wresz­cie państwo młodzi się zde­cy­do­wa­li za­miesz­kać ra­zem. Nie cho­dziłem na na­uki przed­małżeńskie, nie­zbyt sku­tecz­ne, sądząc po roz­wo­dach. Nie mu­siałem po­zna­wać jej ro­dziców, mat­ka nie pa­trzyła na mnie scep­tycz­nie spod ka­pe­lu­sza. (– Chy­ba się za­ga­lo­po­wałeś, mat­ka nosi czapkę). Oj­ciec nie ocze­ki­wał, że będę mówił do nie­go: tato. – Ma­cie faj­ny sa­mochód, weźcie mnie na prze­jażdżkę – nie za­pro­po­no­wała sio­stra, jeśli była sio­stra. Bra­ci­szek nie wspi­nał mi się na ba­ra­na i nie kazał się wozić po ogro­dzie, waląc mnie piąstka­mi po oczach.

Kie­dy za­cho­ro­wała, nie