Kuracja w zatoce delfinów - Marion Lennox - ebook
Opis

Doktor Jack Kincaid opiekuje się siostrzeńcem po wypadku. Specjalistom nie udało się wyleczyć chłopca, toteż Jack, mimo że sceptycznie nastawiony do alternatywnych metod leczenia, postanawia udać się do delfinarium. Szefową ośrodka jest, jak się okazuje, jego koleżanka ze studiów. Bardzo się wtedy przyjaźnili, choć czasami Jack odnosił wrażenie, że Kate miałaby ochotę na więcej. Dzięki delfinoterapii chłopiec szybko zdrowieje, Jack zaś czuje, że pobyt w zatoce delfinów bardzo zbliżył go do Kate...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marion Lennox

Kuracja w zatoce delfinów

Tłumaczenie: Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jak pan chce pomóc dzieciakowi mantrami i delfinami, które zjadają nasze ryby, to proszę bardzo, niech pan wyrzuca pieniądze. Sanktuarium Delfinów to oszukaństwo, a pan się w to pakuje.

Doktor Jack Kincaid wolałby, by akurat takie słowa nie padły. Spojrzał na chłopca w fotelu pasażera w nadziei, że do niego nie dotarły. Twarz Harry’ego była jak zawsze bez wyrazu. Od wypadku, w którym zginęli jego rodzice, Harry praktycznie zaniemówił.

– Ośrodek Zatoka Delfinów ma bardzo pochlebne opinie. – Nic mądrzejszego nie przyszło Jackowi do głowy. Zatrzymał się tu tylko dlatego, że kończyła mu się benzyna. Pracownik stacji gruby, brudny i wyraźnie znudzony, wyszedł do niego, by pogadać.

Nic dziwnego, że mu się nudziło, bo na tej trasie ruch był minimalny. Byli ponad pięćset kilometrów od Perth, jadąc do jednego z najdalej położonych miejsc w Australii, do Zatoki Delfinów. Delfiny uzdrawiają. Z niesmakiem pomyślał o setkach kiczowatych plakatów ośrodka w stylu New Age. Co on tu robi?!

– Upośledzony? – zapytał mężczyzna, a Jack pospiesznie zamknął okno, by Harry nie słyszał.

Harry nie zareagował, może nawet nie zauważył, że został wykluczony z rozmowy. Pompa działała powoli, a facet okazał się ciekawski.

– Pan jest jego ojcem?

– Wujem. Jego rodzice nie żyją.

– Biedny dzieciak. Ale po co ciągnie go pan do Zatoki Delfinów? Człowieku, to oszuści. Kiedyś były tu wspaniałe łowiska, ale to już nie wróci. Tym hipisom udało się załatwić pozwolenie nawet na ich dokarmianie, żeby ściągnąć ich tu jak najwięcej.

– Od kiedy wykorzystują delfiny do uzdrawiania?

– Od przyjazdu tej doktor Kate. Wcześniej tylko ratowali delfiny. Pełno tam różnej maści oszołomów, którzy uważają, że lepiej medytować, niż stawić czoło wyzwaniom, jakie stawia życie. Powiem, co myślę. Dla mnie dobry delfin to nieżywy delfin. Gdybyśmy dostali pozwolenie na odstrzał…

Na szczęście bak już się napełnił.

– Reszty nie trzeba. – Jack chciał jak najszybciej odjechać. – Na przynętę dla ryb.

– Dzięki. Ale na pana miejscu zatrzymałbym się w motelu i zabrał dzieciaka na ryby. To lepsze, niż zadawanie się z hipisami.

Jack zgadzał się z tym w stu procentach.

– Bez chwili namysłu popłynąłbym na ryby, ale nie mam wyboru.

– Wygląda pan na faceta, który wie, co robi. Co pana zatrzymuje?

– Kobiety – wyrwało się Jackowi. – Jak każdego faceta.

Śmierć zabrała czteroletniego Toby’ego nagle… ale i miłosiernie. Kate obserwowała Amy, która stała na płyciźnie, trzymając za rączkę Toby’ego. Przyglądali się, jak Hobble, najmłodszy z przeszkolonych delfinów, zatacza wokół nich kręgi. Oczy chłopczyka udręczonego chorobą i chemioterapią, lśniły radością. Nawet się roześmiał.

Chwilę później, gdy Hobble zanurkował i niemal go przewrócił, trącając go nosem w pupę, spojrzenie Toby’ego zgasło. Kate stała metr obok, ale nim do niego dopadła, już nie żył. Przerażona matka szlochała, ale nie ruszyła się z miejsca. Delfin zataczał coraz większe kręgi, jakby chciał ją chronić. Co ten zwierzak czuje? – zastanawiała się Kate. Tę chwilę należy uszanować i rozumiał to nawet delfin.

– On… nie żyje – wykrztusiła Amy. – Och… Toby. Lekarze mówili… mówili, że on może…

Tak było. Niejeden lekarz ją ostrzegał, że mogą wystąpić ataki prowadząc nawet do zgonu. Cztery lata, guz mózgu, częściowa resekcja dwanaście miesięcy wcześniej. Chemioterapia doprowadziła do pewnego zmniejszenia guza, ale koniec końców leczenie okazało się mało skuteczne. Ostatnia uwaga w karcie Toby’ego: „Jeżeli guz będzie rósł w dotychczasowym tempie, rokowanie to tygodnie, nie miesiące. Zalecana opieka paliatywna. Skierowanie do lekarza pierwszego kontaktu”.

Lecz Amy nie wróciła do lekarza pierwszego kontaktu. Od jednej z mam ze szpitalnego oddziału onkologii dziecięcej dowiedziała się o programie terapeutycznym w Zatoce Delfinów. Kate musiała znaleźć dla nich czas.

Na szczęście go znalazłam, pomyślała. Kilka ostatnich dni Toby spędził w piance do pływania, unosząc się na wodzie wśród delfinów, zafascynowany nimi. Kate dysponowała czterema zaufanymi delfinami. Bawiły się z nim, rozśmieszały go, trącając nosami, podrzucały piłkę tak, żeby spadała tuż przed nim, a jeżeli jej nie odrzucał, same po nią wracały.

Rzecz jasna, chłopiec dostawał leki przeciwbólowe, przeciwpadaczkowe oraz redukujące poziom wapnia wydzielanego przez rozrastający się guz, ale przez sześć wspaniałych dni znowu był małym chłopcem. Zaznał radości, śmiał się. Noce przesypiał wtulony w Maisie, przeszkolonego psa Kate. Będąc z mamą, sprawiał wrażenie niemal radosnego.

Tego dnia po przebudzeniu był spokojniejszy, bledszy i oddychał z pewnym trudem. Kate wiedziała, że jego czas dobiega końca. W normalnym szpitalu zleciłaby badanie krwi, może nawet rezonans magnetyczny, ale mając na uwadze jego rokowanie, nie miało to większego sensu. Jego matka dokonała wyboru, a on pomimo osłabienia miał jedno życzenie.

– Chcę pływać z Hobble’em.

I pływał.

– To mój kolega.

A teraz go nie było. Już nic nie można było zrobić. Żadne heroiczne próby nic by nie zmieniły. Została tylko rozpacz matki po stracie dziecka.

Pustka, której nic nie zapełni.

– Cieszę się – wyszeptała mimo to Amy, tuląc ciałko synka. – Cieszę się, że go tu przywiozłam. Och, Kate, jestem ci bezgranicznie wdzięczna.

– Nie mnie, Amy. – Kate otoczyła ją ramieniem, prowadząc na brzeg. – Dziękuj delfinom.

– Przykro mi, Harry, ale doktor Kate się spóźnia – rzekła z nutą żalu recepcjonistka. Zaskoczyła Jacka, zwracając się do Harry’ego. – To jest Maisie. – Gestem wskazała na retrievera pod biurkiem. – Maisie, poznaj Harry’ego. – Gdy czubkiem buta dotknęła psa, ten rzucił jej zdziwione spojrzenie. – Maisie… – Przybrała strofujący ton. – Maisie, przywitaj się z Harrym.

Pies obrócił się na grzbiet, przeciągnął, sapnął, po czym wyszedł spod biurka, zatrzymał się przed Harrym… i uniósł łapę. Chłopiec wpatrywał się w niego jak urzeczony, a on cierpliwie siedział z łapą w powietrzu. W końcu Harry ją ujął, a Jack ku swojemu zdumieniu dostrzegł cień uśmiechu na twarzy siostrzeńca.

– Doktor Kate jest w wodzie, ma pacjenta – wyjaśniła recepcjonistka, gdy Harry i pies po raz drugi ściskali sobie dłonie. – Powinna już kończyć. Chce pan wyjść na plażę? Z daleka możecie się im przyglądać.

Jack tylko na to czekał. Mimo że Harry wyraźnie się rozluźnił, teraz z powagą potrząsał psią łapą po raz trzeci, on, Jack, zachował czujność. Co on tu robi? Jego miejsce jest w Sydney. Harry’ego też. Harry wymaga leczenia złamań oraz przyzwoitego psychologa, który przebije się przez mur wywołanego traumą milczenia.

Znalazł kilku bardzo dobrych psychoterapeutów, jednak żaden z nich chłopcu nie pomógł. To był rozpaczliwy ruch. Pomysł Helen, ciotki Harry’ego, ale Helen była skłonna powierzyć mu opiekę nad chłopcem, pod warunkiem że go tu przywiezie.

Czy to warte takiego ryzyka?

– Chcesz iść na plażę czy wolisz zostać z Maisie? – zapytała Harry’ego recepcjonistka, na co Harry popatrzył na psa, po czym kiwnął głową. Cud. Od wypadku zachowywał się jak robot, robił tylko to, co kazali mu dorośli. Trzy miesiące wcześniej był normalnym siedmiolatkiem, może trochę wyciszonym, ale pewnym siebie, kochanym i szczęśliwym. Teraz jednak, bez rodziców, był po prostu… zagubiony.

– Na pewno? – zwrócił się do niego Jack, ale nie otrzymał odpowiedzi. Harry tymczasem ukląkł obok psa, który przechylał łeb. Jack domyślił się, o co mu chodzi. Metr od niego leżała piłka, na którą wymownie spoglądał.

Jack lekko ją pchnął w jego kierunku. Pies chwycił ją, po czym upuścił przed Harrym, cofnął się i opadł na przednie łapy, wyczekująco na niego popatrując.

Chłopiec wpatrywał się w psa, pies w chłopca.

W pewnej chwili Harry ostrożnie podniósł mocno sfatygowaną piłkę i rzucił ją na skromną odległość półtora metra. Maisie wykonała baletowy wyskok, przechwytując piłkę, jeszcze zanim spadła na podłogę. Ale to jej nie wystarczyło. Okręciła się trzykrotnie, podrzuciła ją, złapała, po czym położyła przed Harrym.

Nie do wiary! Harry cicho się zaśmiał.

– Kupuję tego psa – oznajmił Jack półgłosem.

– Maisie nie jest na sprzedaż – odparła recepcjonistka z uśmiechem. – Dla Kate jest cenniejsza niż brylanty. Może pan iść jej się przyjrzeć. Pod moją opieką Harry i Maisie będą bezpieczni.

Na pewno. Obserwując chłopca, Jack poczuł, że sam się zrelaksował, co mu się nie zdarzyło chyba od śmierci siostry. Harrym zajmie się Maisie. Co za ulga.

– Niech pan już idzie – powtórzyła recepcjonistka. Trudno było nie odczytać tego sygnału. Lepiej, żeby cię tu nie było. Dajmy tym dwojgu lepiej się poznać.

Słusznie. Harry go nie potrzebował, a od wypadku sprawiał wrażenie istoty, która nie potrzebuje nikogo. Jeżeli jeden pies potrafi tyle zmienić…

Owszem, próbował przebić się do chłopca, przynosząc mu szczeniaka, próbował wszystkiego, ale teraz… Nieważne, jak szalone jest to miejsce, bo ten pies dokonał przełomu.

Przyszedł czas wyjść z wody i stanąć oko w oko z tragiczną rzeczywistością. Toby umarł, a jego matka od tej pory będzie musiała żyć bez niego.

Gdy szły na brzeg, Kate ją podtrzymywała. Powrót do świata realnego, do rzeczywistości urzędowej, przed którą Kate nie była w stanie jej uchronić. Ale Amy dostała choć ten tydzień, którego nie wypełniały szpitale, kroplówki, pośpiech. Pomagały jej delfiny.

Już z plaży obydwie popatrzyły na morze. Kate odniosła wrażenie, że Hobble nadal je obserwuje, zataczając kręgi pod najdalej wysuniętą częścią ogrodzenia basenu. Od czasu do czasu wyskakiwał w ich kierunku, po czym znowu się zanurzał.

– Dziękuję – szepnęła Amy pod jego adresem, jakby mógł to zrozumieć.

Niezależnie od poziomu percepcji delfinów, te wodne ssaki potrafiły złagodzić dziecku umieranie. Na Kate czekali inni pacjenci, ale to, co przed chwilą się stało, sprawiło, że i jej zrobiło się lżej na sercu.

Znalazł się na wydmie, gdy dwie kobiety wychodziły na brzeg. Dwie kobiety i małe dziecko. Cała trójka w niebieskich skafandrach. Dziecko nie żyło.

Był wystarczająco długo lekarzem, by to spostrzec. Niosła je niższa kobieta, ta, która płakała.

Zaczął biec. Jeżeli dzieciak poszedł pod wodę, może jeszcze nie jest za późno. Dlaczego nikt go nie reanimuje? Próbowały, ale bez skutku? Dzieci mają to do siebie, że czasami udaje się je uratować w sytuacji wręcz beznadziejnej. Biegł, wystukując w komórce numer ratunkowy. Ratownicy, tlen, pomoc…

– Nie dzwoń! – Stanowczy ton tej wyższej kobiety sprawił, że znieruchomiał. Ta niższa, nie wypuszczając dziecka z objęć, osunęła się na kolana.

– Jak to?!

– Nie trzeba.

Obłęd, o co tu chodzi?! Znalazłszy się przy nich, już miał pochylić się na dzieckiem, gdy ta wyższa go powstrzymała.

– Jestem Kate – przedstawiła się. – Przykro mi, że musiał pan to oglądać, ale proszę mi wierzyć, jest okej.

– Jakim cudem ma być okej?

– Toby miał raka – wyjaśniła, po czym wzięła go pod ramię i odprowadziła na bok kilka kroków, by uszanować rozpacz matki. – Miał przerzuty do mózgu. Był nieuleczalnie chory. Podczas zabawy z delfinami dostał ataku i zmarł. Nie było nic, co byśmy mogły zrobić.

– Próbowałyście? – zapytał, nie dowierzając własnym uszom. Atak… Pomyślał o tym wszystkim, co mógłby zrobić w szpitalu z prawdziwego zdarzenia, o lekach, sprzęcie reanimacyjnym. – Chyba jednak…

– Tak sobie życzyła matka – ucięła Kate. – Ma prawo dokonywać wyboru w imieniu swojego dziecka i uważam, że to był słuszny wybór. – Spojrzała na zegarek. – Pan jest opiekunem Harry’ego, prawda? Przepraszam za to opóźnienie, ale sam pan rozumie… Trafiają się sprawy, którymi należy zająć się w pierwszej kolejności. Czy Maisie zaopiekowała się Harrym?

Pies. Zleca psu opiekę nad nowymi pacjentami?

Ale z drugiej strony, Maisie bardzo ładnie zaopiekowała się Harrym, zdecydowanie lepiej niż on.

– Tak – odparł, odwracając wzrok od kobiety i dziecka.

– To dobrze. – Uśmiechnęła się.

W tej sekundzie czas się zatrzymał. Co jest…?

Zna tę kobietę! Nawet bardzo dobrze. Catherine Heineman. Razem studiowali. Przyjaźnili się. Nie widział jej od… od…

– Jest pani… doktor Kate?

– Kate Martin. Doktor Kate Martin.

– Nie, ty jesteś Cathy.

Nie odrywając od niego wzroku, cofnęła się o krok.

– Co to ma znaczyć?! – Zapoznał się wcześniej z ulotką reklamującą Zatokę Delfinów, gdzie uzdrawianiem zajmowała się niejaka doktor Kate Martin, czyli ta kobieta. Dyplomowana fizjo- i psychoterapeutka. Jako człowiek podejrzliwy postanowił to sprawdzić, ale obydwa dyplomy wydał jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów Nowej Zelandii. Nie pasowało to do tego, co teraz widział i co wiedział. Kobieta była po trzydziestce. Gdy po raz ostatni widział Cathy, miała dwadzieścia parę lat, ale i tak ją rozpoznał.

– Masz na imię Cathy – powtórzył.

– Wyjaśnię to.

No chyba. Psychoterapeutka? Fizjoterapeutka? Nie zrobiła dyplomu na medycynie i wybrała inne studia za granicą? Pod innym nazwiskiem? Dlaczego?

Była średniego wzrostu i odrobinę za chuda. Na studiach uważał ją za atrakcyjną, a teraz wydawała się… wymizerowana. Jej niebieski strój kąpielowy zasłaniający także ramiona i nogi przed parzącymi meduzami nie należał do twarzowych. Kasztanowe włosy związała w węzeł, a jej oczy pełne blasku, gdy się śmiała, jak nie wyszło mu doświadczenie albo ktoś opowiedział dowcip, wyraźnie przygasły. Ukrywa się? Dlaczego?

Narkotyki? To najczęstsza przyczyna usuwania lekarzy z rejestru. Bezwiednie przeniósł wzrok na jej odsłonięte pod podwiniętym rękawem przedramię. Zauważyła to i odsunęła się tak gwałtownie, jakby ją uderzył.

– To nie to, co myślisz. Wyjaśnię.

– Spodziewam się. – Jeżeli wiózł Harry’ego przez cały kontynent do lekarza, który…

– Nie teraz. – Spojrzała mu odważnie w oczy. – Muszę zostać z Amy i Tobym. Tak, jestem Cathy, ale też i Kate. Proszę, zatrzymaj to dla siebie, dopóki mnie nie wysłuchasz. – Zmęczonym gestem poprawiła włosy, co sprawiło, że z koka wysunęło się kilka kasztanowych kosmyków. Odmłodniała przez to, ale też stała się jakby bardziej bezbronna. – Możesz przyprowadzić Harry’ego i Maisie na plażę? Zbudujcie zamek z piasku albo co chcecie, żeby dać mi trochę czasu. Bardzo proszę.

Podeszła do Amy, pomogła jej wstać z piasku wraz z dzieckiem. Został sam.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie mógł się z tym pogodzić. Kate Martin, fizjoterapeutka, szefowa Uzdrowiska Zatoka Delfinów przeistoczyła się w Cathy Heineman, towarzyszkę lat studenckich.

Cathy była jego koleżanką, ale prawdę mówiąc, nie miał wtedy nic przeciwko temu, by stała się kimś więcej. Była piękna i tryskała radością. Mimo to trzymała się nieco z boku. Nie opowiadała o swoim życiu prywatnym i wyśmiewała wszelkie zaloty. Wyłącznie przyjaźń, oznajmiła, ale czasami odnosił wrażenie… Gdy zdarzało się im wieczorami pracować w laboratorium, wyczuwał wzajemne zauroczenie. Ale do niczego nie doszło. Po wakacjach na czwartym roku wróciła z obrączką na palcu.

– Od dziecka chcieliśmy z Simonem się pobrać – poinformowała go. Nic więcej. Nie miał sposobności poznać jej męża. Nikt go nie znał. Potem przestała się udzielać. Przychodziła na wykłady, ale już z nikim się nie przyjaźniła. Nawet nie przyszła na rozdanie dyplomów.

Dowiedział się od kogoś, że poprosiła, by dyplom przysłać jej pocztą. Podobno na staż przeniosła się do Melbourne. Potem słuch o niej zaginął.

Teraz… W głowie kłębiły mu się różne myśli, ale najważniejsze było przekonanie, że nie pozwoli, by jego siostrzeńca leczył ktoś nieuczciwy.

Cathy, którą pamiętał, była wybitnie inteligentna. Cathy, którą teraz zobaczył, pomagała wynieść z wody nieżywe dziecko. Znalazła się w podejrzanym miejscu, robiąc podejrzane rzeczy, a stawką było zdrowie jego siostrzeńca. Zwiewaj stąd.

Gdy zadzwoniła komórka, domyślił się, że to Helen. Ten region kraju był praktycznie poza zasięgiem telefonii komórkowej, więc Helen przez wiele godzin nie mogła się z nim skontaktować. Na pewno odchodzi od zmysłów.

– Gdzie ty jesteś? – zapytała z wyrzutem.

– W rezerwacie delfinów.

– Dojechaliście na miejsce? Dobrze to wygląda?

– Na razie miałem sposobność zobaczyć martwe dziecko i lekarkę, która nie jest tym, za kogo się podaje – odparł bez wahania. – Pamiętasz Cathy Heineman? Studiowała ze mną i Donem. Zniknęła po czwartym roku. Pamiętasz ją?

– To ta bystra, z którą miałeś ćwiczenia w laboratorium. – Helen miała piątkę dzieci poniżej dziesiątego roku życia. Nadal opłakiwała brata, ale zachowała żywy umysł. Studiowała wtedy stomatologię, a jej brat Arthur medycynę razem z Jackiem. Arthur i Jack się przyjaźnili, podobnie jak Helen z Beth, siostrą Jacka. Arthur i Beth się pobrali. Na studiach trzymali się razem i znali wszystkich swoich kolegów.

Helen zatem znała Cathy. Kate.

– Dochodziły słuchy, że facet, za którego wyszła, jest potwornie zaborczy – powiedziała ze współczuciem. – Nie spuszczał jej z oczu. Mało kto widział ją po ślubie, a na pewno nikt po dyplomie.

– Jest tutaj. Jako fizjo- i psychoterapeutka. Cały ten interes wydaje mi się śmierdzący.

– No, to rezerwat dzikich zwierząt.

– Helen…

– Jack, obiecałeś, że spróbujesz – wypomniała mu. – Ważne, czy to Kate, czy Cathy, jeżeli jest szansa, że to pomoże? Wiesz przecież, że sama bym go tam zawiozła, ale musiałabym zabrać z sobą drobiazg.

Zrobiłaby to. Na tym polegała ta cała katastrofa. Wielkoduszna Helen miała pięcioro dzieci i wraz z pogodnym małżonkiem byli gotowi przyjąć osieroconego Harry’ego do swojego stadka. Wydawało się, że to idealne rozwiązanie. Była ciotką Harry’ego, kochała go bezgranicznie, była mężatką i potrafiłaby się nim zaopiekować.

Jack był wprawdzie jego wujem, ale za to singlem, wschodzącą gwiazdą onkologii, nie zamierzał się ustatkować i nie było powodu, by brał do siebie siedmioletniego siostrzeńca. Ale…

Ale pokiereszowany emocjonalnie mały chłopiec źle się czuł w hałaśliwej rodzinie Helen. Zawsze był spokojny i refleksyjny, a utrata rodziców oraz skomplikowany uraz nogi sprawił, że zamknął się w sobie. Kiedy niedawno Jack przyjechał do Helen, by się z nim zobaczyć, nawet nie wyszedł ze swojego pokoju. To Helen pokazała Jackowi opinie o uzdrawiających delfinach.

– Na pewno mu to nie zaszkodzi – przekonywała. – Zostawię trójkę starszych, a niemowlaki możemy zabrać z sobą. Doug nie będzie miał nic przeciwko temu, prawda, kochanie? – zwróciła się do swojego misiowatego małżonka. – Robimy wszystko, co można dla każdego z naszych dzieci, tak samo dla Harry’ego.

Ale Harry nie był taki sam. Jack obserwował, jak tamtego wieczoru Harry bawił się jedzeniem na talerzu głuchy na panujący wokół niego rozgardiasz. I wtedy podjął decyzję.

– Pozwól mi przez jakiś czas się nim zaopiekować. Wezmę kilka tygodni urlopu. Może ze mną będzie bardziej szczęśliwy.

Później nie mógł uwierzyć, że wystąpił z taką propozycją. O dzieciach nie miał zielonego pojęcia, a jego dziewczyna, Annalise, wpadła w popłoch.

– Nie oczekuj, że ci pomogę. Dzieci i ja… Kochanie, jestem radiologiem, a nie opiekunką do dziecka.

Jack był onkologiem i na pewno nie niańką, ale od dwóch tygodni bardzo się starał.

Bez większego powodzenia.

– Musisz go tam zawieźć – oświadczyła Helen, podsuwając mu stosowną lekturę. – On tego potrzebuje.

– Harry potrzebuje czasu, nie znachorów.

– Jeżeli ty go tam nie zabierzesz, to ja to zrobię.

Oboje zostali ustanowieni jego prawnymi opiekunami. Z pozoru mieli równe prawa, ale Helen miała rodzinę oraz doświadczenie. Powinien zostawić to jej. Jednak udaremnił to smutek Harry’ego.

Wyprawa do rezerwatu delfinów to próba, pomyślał. Helen i inni oczekują dowodów, że on, Jack, myśli poważnie o roli rodzica. Wcale nie był tego pewien, zwłaszcza że jako opiekun przez ostatnie dwa tygodnie ani na jotę nie umniejszył cierpienia malca.

Do tego popołudnia, kiedy masywny retriever pobudził go do śmiechu.

– Popytam o Cathy – zaofiarowała się Helen. – Ale jeżeli nie jest tam koszmarnie, to uważam, że powinieneś dać delfinom szansę.

– Mówiłem ci, że jestem tu od pół godziny, a już zobaczyłem martwe dziecko.

– Musiała być jakaś przyczyna.

– Guz mózgu.

– Zajmują się też opieką paliatywną. Można się spodziewać…

– Spodziewałbym się podjęcia prób reanimacji.

– Pół godziny to za mało, żeby ferować wyroki – żachnęła się Helen. – Musiałam poruszyć niebo i ziemię, żeby go tam przyjęto. Możesz mi nie wierzyć, ale ludzie czekają na to po kilka miesięcy. Nie waż się stamtąd wyjechać.

– A jeżeli to jest niebezpieczne?

– Nie odstępuj go na krok. Nawiąż z nim więź. Pora się wysilić.

Doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Zrobiła dla Amy i jej synka, ile mogła. Przez miniony tydzień Amy towarzyszyła matka oraz siostra, więc Kate oddała ją pod ich skrzydła. W trakcie pożegnania babci, matki oraz cioci z małym Tobym dyskretnie się wycofała.

Przez jakiś czas działała jak na autopilocie: wypełniała dokumenty oraz skontaktowała się z lekarzem mającym potwierdzić zgon tak, aby firma pogrzebowa mogła całą czwórkę przewieźć do miejsca ich zamieszkania w Queensland. Potem poszła do domu, by wziąć prysznic. Przez dłuższą chwilę stała na werandzie zapatrzona w ocean, aby nabrać dystansu do śmierci dziecka. To niemożliwe, ale musiała próbować, bo potrzebują jej inne dzieci. Z czasem nauczyła się z tym żyć.

Wiele okoliczności złożyło się na tę naukę, pomyślała, w tym moja własna przeszłość.

Na jego widok doznała szoku. Jack. To imię odbijało się tak silnym echem w jej głowie, że poczuła się chora. Nie może się rozchorować, bo następnym klientem ma być jego siostrzeniec. Jack Kincaid czekał, aż dokończy formalności związane z Tobym i jego matką. Należy stanąć z nim oko w oko.

Ale może już na nią nie czeka. Widziała jego przerażenie, gdy się zorientował, że Toby nie żyje, że nie walczyła, by przedłużyć mu życie.

Tak, może nawet udałoby się przywrócić chłopca do życia. Gdyby go reanimowała, gdyby miała na plaży tlen, gdyby wykorzystała wszystkie swoje umiejętności, może by przeżył. Ale świadomości by nie odzyskał. Wszyscy wiedzieli, że guz jest duży i nie reaguje na chemioterapię ani naświetlania. Gdyby zrobiła wszystko, żyłby przez tydzień, może trochę dłużej, podłączony do różnych aparatów, ale jego mama tego nie chciała.

Niepotrzebnie przestraszyła się oskarżycielskiego spojrzenia Jacka. Nie ma sobie nic do zarzucenia. Ale co mu powiedzieć? Na studiach się przyjaźnili. Jeżeli jeszcze nie wyjechał, jest mu winna wyjaśnienie. Jakie?

Wyznać prawdę? Ma do niego aż takie zaufanie?

Być może nie ma wyboru. Harry jest synem jego siostry. Gdyby na zgłoszeniu zobaczyła jego nazwisko, nie przyjęłaby go, ale rezerwacji dokonała kobieta o innym nazwisku. Harry miał przyjechać z kobietą o imieniu Helen. Nieważne. Prędzej czy później przeszłość musiała dać znać o sobie. Jack był inteligentny, miał ogromne wyczucie oraz umiejętności. Na dodatek był przystojny. Wysoki, ciemnowłosy, fantastycznie zbudowany, zawsze opalony, a do tego to łobuzerskie spojrzenie. Z biegiem lat stał się jeszcze bardziej atrakcyjny, pomyślała, ale wtedy był duszą towarzystwa. Oraz spotykał się z najładniejszymi dziewczynami.

Już na samym początku wyznaczono ich jako parę współpracującą podczas zajęć laboratoryjnych. W tej roli pasowali do siebie idealnie. Dla niego nie była problemem jej powaga, a dla niej jego inteligencja i poczucie humoru. Jego powodzenie u kobiet stało się legendarne.

– Powinieneś założyć harem. Nie musiałbyś umawiać się z każdą po kolei, miałbyś je wszystkie naraz.

– To lepsze niż chodzić z tą samą osobą od szesnastego roku życia – odciął się.

Poinformowała go o istnieniu Simona, kiedy chciał… kiedy we dwoje… Pewnego wieczoru, kiedy sprawy nieco wymknęły się spod kontroli, poczuła się zmuszona wyjawić prawdę. Że ma chłopaka. Od wielu lat tego samego, więc nie może ulec Jackowi.

– Dożywotnia monogamia od szesnastego roku życia? – zdumiał się. – Chyba zwariowałaś.

Później, kiedy jego słowa się sprawdziły, bo chyba rzeczywiście zabrakło jej piątej klepki, w bezsenne noce wyobrażała sobie, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby nie była grzeczną dziewczynką. Jak by to było, gdyby się nie przejmowała rodzicielskimi zobowiązaniami. Gdyby posłuchała serca.

Odpuść sobie, mruknęła pod nosem. Co było, to było. Teraz należy skupić się na uspokojeniu obaw Jacka, przekonaniu go, że albo się zgodzi, by zajęła się jego siostrzeńcem, albo niech wyjedzie. Ale niezależnie od tego, na co się zdecyduje, należy wymusić na nim milczenie.

Pod wpływem chwili wróciła do domu, po czym włączyła internet. Jack Kincaid. Profesor Jack Kincaid. Ordynator oddziału onkologii w szpitalu Sydney Central. Niebywałe sukcesy na niwie badawczej oraz klinicznej. Oszałamiająca kariera zawodowa. Ponadto pacjenci nie mogli się go nachwalić. Doskonały specjalista, bezgranicznie oddany chorym, empatyczny. Pracoholik.

Niestety jego rezerwacja w Zatoce Delfinów obejmowała aż dwa tygodnie. Dla kogoś takiego to niebywałe poświęcenie. Tak, zrobiło to na niej ogromne wrażenie, ale jednocześnie przestraszyło. Takiego człowieka nie da się zbyć byle jakim wyjaśnieniem. Jeżeli zdecyduje się zostać, w grę wchodzi tylko prawda.

Wracając do pracy, przyłapała się, że niemal się modli, by wyjechał. To ułatwiłoby jej życie.

Czekał ponad godzinę, a z każdą minutą ogarniały go coraz poważniejsze wątpliwości. Zabrał Harry’ego na przechadzkę po kompleksie. Tuż nad plażą stało kilkanaście domków z delfinami namalowanymi na drzwiach, na werandach wisiały kolorowe hamaki, pobrzękiwały dzwonki wiatrowe.

Ośrodek okalały piaszczyste wzgórza porośnięte eukaliptusami. Połowę zatoki ogrodzono siatką. Jak wynikało z tablicy informacyjnej, zagroda ta chroniła delfiny. Były to osobniki albo ranne, albo urodzone w niewoli i przeniesione do Zatoki Delfinów na rehabilitację tak, aby je przygotować do powrotu na łono natury.

Niektóre z nich nie miały szansy na taki powrót. Osobniki te szkolono do kontaktów z klientami ośrodka. Z powodu obrażeń lub uzależnienia od ludzi w oceanie, zdane tylko na siebie, by nie przeżyły.

Trzymając się za ręce, zeszli na plażę. Harry jak zwykle milczał. Od trzech miesięcy robił tylko to, co mu polecono. Mocno utykał na lewą nogę. Widząc, jak chłopiec kuśtyka, Jack poczuł skurcz serca. Wystarczyła nadmierna prędkość i moment nieuwagi, zgrzyt metalu o metal, by na zawsze zmienić ludzkie życie.

Na plaży w sporej odległości od miejsca, gdzie umarł Toby, stało kilkanaście osób. Pewnie klienci ośrodka, pomyślał, bo dla wczasowiczów to zbyt daleko. Na piasku widniały kolorowe namioty plażowe dla każdego, kto miał dosyć słońca. Dwoje dzieci siedziało na wózkach wyposażonych w opony przystosowane do jeżdżenia po piasku, kilkoro bawiło się w płytkiej wodzie w towarzystwie rodziców. Nie miał ochoty do nich dołączać. Zostać, wyjechać?

– Maisie… – przemówił Harry, wyrywając go z zamyślenia. Powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem, by zobaczyć, jak w podskokach pędzi ku nim retriever z piłką w pysku. Upuścił ją przed Harrym, odskoczył do tyłu i przysiadł, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Rzuć jej – powiedział Jack. Harry się wahał, ale Maisie aż się skręcała, nie mogąc doczekać się piłki.

W końcu Harry się przełamał. Maisie rzuciła się w pogoń, ale nim wróciła, pobiegła na brzeg, upuściła piłkę do wody, wyłowiła ją i dopiero wtedy popędziła do nich. Nie mogła jaśniej tego przekazać. Rzuć dalej, do wody.

– Ty ją rzuć – szepnął Harry. Takie polecenie z ust chłopca to coś niezwykłego.

Piłka Jacka wylądowała na samej linii wody. Pies ochoczo ją podjął, ale tym razem Maisie wskoczyła do wody i zapuściła się w morze. I znowu jasno dała do zrozumienia, o co jej chodzi.

– Ona chce, żebyś rzucił na głębszą wodę – wyjaśnił Harry, więc Jack cisnął piłką aż do granicy fal.

Maisie pognała jak strzała, rozpryskując wodę, dopadła piłki… ale się nie zatrzymała.

Fale były w tym miejscu małe, a miejsce bezpieczne, bo zatokę otaczały wydmy. Podczas odpływu z wody wynurzały się piaszczyste wysepki łączące się ze stałym lądem, ale teraz, gdy był przypływ, tworzyły wąskie łachy. W tej chwili w poszukiwaniu krabów dreptały po nich ptaki. Ku jednej z takich wysepek płynęła Maisie. Wyskoczywszy na nią, spłoszyła przerażone ptactwo, po czym przysiadła, popatrzyła na brzeg, na Jacka i Harry’ego. Położyła piłkę przed sobą i… zaczęła się trząść.

Dzieliło ją od nich ze czterdzieści metrów, a woda mogła mieć trochę ponad metr głębokości. Przepłynęła ten kawałek bez najmniejszego trudu, ale teraz siedziała z głupawą miną: Ojej, jak ja się tu znalazłam?

– Ona nie może wrócić – przestraszył się Harry.

– Spokojnie, umie pływać.

– Ona się boi.

Niemożliwe. Jack rzucił Maisie zdesperowane spojrzenie. Pokonała ten odcinek z łatwością, więc na pewno może wrócić tą samą drogą. Rozejrzał się po plaży w nadziei, że zobaczy któregoś z pracowników ośrodka, ale plaża praktycznie opustoszała. Kilkaset metrów dalej kilkanaście osób zbierało swoje rzeczy, zwijało namioty plażowe, wracało do ośrodka. Co robić?

– Maisie! – zawołał. – Do nogi!

Maisie znowu zadrżała, po czym, gdy ostatni plażowicze zniknęli mu z pola widzenia, zaczęła wyć.

– Pomóż jej – nalegał Harry. – Jack, pomóż jej.

Kolejna nowość. W ciągu trzech miesięcy Harry ani razu nie nazwał go Jackiem. Ani nikogo o nic nie poprosił.

– Sama może tu przypłynąć.

– Ona się boi – powiedział Harry ledwie słyszalnym głosem. – Co będzie, jak przyjdzie duża fala?

– Będzie zmuszona przepłynąć ten kawałek.

– Ale ona się boi. – Jakby na potwierdzenie Maisie zawyła jeszcze donośniej. Siedziała na piasku i dygotała, całym ciałem pokazując, że jest przerażonym pieskiem, który na zawsze utknął na bezludnej wyspie i albo umrze z głodu, albo zginie w falach przypływu.

– Jack… – błagał go Harry. – Jack!

Mężczyzna powinien umieć się znaleźć.

– Jeżeli mam po nią popłynąć, to obiecaj, że nie ruszysz się z tego miejsca.

Harry przytaknął, a Maisie przywarła do ziemi, jakby wysepka zaraz miała się pod nią zapaść. Przestała wyć, za to skamlała. Coraz głośniej.

– Obiecaj, że nie ruszysz się z miejsca.

– Obiecuję.

Dzieciak się odzywa! Nawet gdyby teraz zabrał go do domu, bariera milczenia została pokonana. Super, pomyślał ponuro. Teraz muszę tylko uratować tego durnego psa. Zdjął buty, spodnie, koszulę, dziękując Bogu, że ma na sobie porządne bokserki. Przez chwilę wahał się, czy powinien zostawiać Harry’ego na plaży, ale siostrzeniec patrzył mu prosto w twarz.

– Obiecuję – powtórzył.

Miód na serce. Jack niemal z entuzjazmem zanurzył się w morskiej toni. Chwilę później dopływał do łachy. Wyszedł już na piasek, kierując się w stronę Maisie, która… odczekała, aż podejdzie do niej na dwa kroki, po czym zerwała się na równe nogi, chwyciła piłkę i rzuciła się do wody, by popłynąć na plażę. Jack bezradnie stał na wysepce, a Maisie spokojnie dopłynęła do brzegu. Otrząsnęła się i podbiegła do Harry’ego, położyła przed nim piłkę, po czym odwróciła się, by spojrzeć na Jacka.

Kręciła ogonem jak helikopter. Jack wyczuwał, że się śmieje. Gigantyczne psie oszustwo.

Z wydmy dostrzegła Jacka w wodzie. Natychmiast zorientowała się, co zaszło. Maisie, jej nadworna trefnisia. Ten numer niemal zawsze się sprawdzał. Czasami rodzic reagował złością, ale większość zazwyczaj się śmiała. Ze swojego miejsca widziała, że tak zareagował Jack. Obserwował, jak pies swobodnie płynie do brzegu. Widziała, jak drgają mu ramiona. Też się uśmiechnęła. To znaczy, że nie stracił poczucia humoru.

Kiedyś bardzo lubiła tego faceta. Kiedyś uważała, że jest piekielnie przystojny. To też się nie zmieniło. Rozebrany do spodenek, mokra skóra lśniąca w słońcu. Chyba znajduje czas na siłownię, pomyślała.

Obserwowała, jak wchodzi do wody i kilkoma ruchami ramion dopływa do brzegu. Harry i Maisie czekali. Maisie machała ogonem, jakby zrobiła największego psikusa pod słońcem, ale Harry sprawiał wrażenie zaniepokojonego.

Wyszedłszy z wody, Jack porwał siostrzeńca na ręce i zakręcił nim młynka.

– Nabrała nas! Nabrała nas obu. Sprytna sztuka!

Harry nieznacznie się uśmiechnął, więc chwilę później Jack postawił go na ziemi.

– To bardzo dziwne miejsce – powiedział. – Wiesz co? Chyba fajne. Nie jestem tego pewien, ale czuję, że powinniśmy spróbować.

Dać się nabrać psu to jedno, ale dać się nabrać kobiecie to całkiem inna sprawa. Podniósłszy wzrok, dostrzegł Cathy. Albo Kate. Obydwie się śmiały.

– Przepraszam. Donna powinna była cię ostrzec. Maisie raz po raz powtarza ten numer.

– Jaka Donna?

– Recepcjonistka. Ma przykazane wszystkich ostrzegać. To ulubiony trik Maisie, żeby zmusić dorosłych do wejścia do wody, ale nigdy nie robi tego dzieciom. Wyłącznie dorosłym. Jest bardzo inteligentna.

– Owszem – mruknął. Ociekał wodą, miał na sobie tylko bokserki, za to Kate zdążyła się przebrać w jasnoniebieską spódnicę i białą bluzkę. Wyglądała świeżo, profesjonalnie, była rozbawiona, ale…

– Maisie sama się uratowała – odezwał się znowu Harry. To by wystarczyło, by Jack zapomniał nawet o Kate. Prawie. Bo uśmiechała się zniewalająco.

Nie była w jego typie. Nigdy nie była w jego typie. Tak, na początku go pociągała, ale wolał kobiety bardziej wyrafinowane. Kate była raczej ładna niż piękna. I piegowata. Całkiem zwyczajna. Więc dlaczego tak się wpatruje w te roześmiane oczy, a po głowie chodzą mu myśli… Lepiej odsunąć je jak najdalej. Zawsze miała jakieś sekrety, a to mu się nie podobało. Ta kobieta coś ukrywa, a tu stawką jest zdrowie Harry’ego. Koniecznie musi dojść, co jest grane.

Tymczasem Kate przykucnęła obok Harry’ego.