Kura i zaklinacz deszczu - Anna Janyska - ebook
Opis

Przejmująca opowieść o dwojgu ludziach, ale przede wszystkim historia o okrucieństwie i nietolerancji, o wykorzystywaniu innych, o handlu żywym towarem i o braku miłości w rodzinie.

Luba od dzieciństwa wie, że jej ciało nie jest jej własnością. Do bicia przyzwyczaiła się już dawno, na Ukrainie. Reszty tego, co ją spotkało, nie może sobie przypomnieć. Najpierw biła babka, później matka, która zabrała Lubie męża i dziecko, następnie Cyryl, po którym zostały lata bez wspomnień. Teraz dziewczyna ma szansę zacząć wszystko od nowa. Od przeszłości jednak nie sposób uciec. Którejś nocy powróci krzyk, a wraz z nim okrutna, wypierana przez lata prawda. Kim jest mężczyzna, który codziennie przebrany za inną osobę wyznacza sobie wciąż nowe trasy wędrówek? Czy tożsamość człowieka jest przypisana do jednego ciała. Jak wielka jest siła pozwalająca wyjść z traumy?

Powieść Anny Janyskiej traktuje o duszy i ciele. Bohaterowie zanurzeni w magicznym cyklu natury wierzą, że ochroni ich ludowa mądrość, jednak dążąc do szczęścia, sami z niej rezygnują, a wtedy zdani są już tylko na siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 239

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Monika Paduch

Ilustracja na okładce

© redkoala/Fotolia.com

© by Anna Janyska 2016

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0647-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Padał śnieg. Tony wody osuwały się z nieba bezgłośnie, miękko i cicho. Tylko wiatr od czasu do czasu gwizdnięciem podrywał do lotu równo opadające płatki, zamieniając je we wściekły rój oświetlony dworcową latarnią. Był styczeń. Dyżurny ruchu raz jeszcze spojrzał znad okularów, nigdy nie widział takich siniaków. Siedziała skulona w rogu pustej poczekalni i czekała na przyjazd policji. Uśmiechnęła się do niego. Była przyzwyczajona do bicia. To, co tak onieśmielało kolejarza, te modre plamy na ciele, były dla niej chlebem powszednim. Odkąd pamięta, była bita. Najpierw robiła to babka. Kiedy matka wychodziła do pracy, babka zabierała się do bicia. Zawsze znalazł się jakiś powód. Biła paskiem z metalową klamrą, ale przedtem kazała jej się rozebrać. I biła tak, by klamra kończyła uderzenie między nogami.

Myślała, że tak wygląda życie.

Potem matka, biła ją po twarzy, kiedy tylko usiłowała mieć odmienne zdanie. A potem… potem to już szło samo, na zakładkę, jedni uczyli się od drugich.

Czerwiec 2015

Nie wszystkich to interesuje, są tacy, którzy myśl mają czystą, a ścieżki proste. Nie znam ich, co nie znaczy, że ich nie ma. Chciałbym, żeby byli, i chciałbym do nich dołączyć, ale żeby to było możliwe, muszę najpierw przejść przez piekło.

W życiu trzeba dokonywać wyborów i ja takiego właśnie dokonałem. Jeszcze raz przeanalizowałem wszystko, co było napisane na kartce. Tak. To dobry wybór. Szukanie szczęścia to najbardziej pokrętna z pokrętnych dróg i nikt, nie znając cudzych możliwości, nie ma prawa do osądzania cudzych wyborów.

Wiedziałem, że nie mam zbyt wiele czasu, ale naturalnie nie znałem konkretnej daty.

Z niepokojem pomyślałem o deszczu. Spojrzałem przez okno i skontrolowałem wszystkie swoje przyrządy. Na razie nie będzie padało. W każdym razie, według dostępnych mi danych, będzie piękna pogoda i nic nie powinno czaić się za horyzontem. Sprawdziłem jeszcze raz. Z całą pewnością nie będzie deszczu. Nie wiem, czy mogę to samo powiedzieć o gwałtownej burzy.

Kiedy to się zaczęło?

Tak, to chyba było wtedy, kiedy znalazłyśmy z Rusłaną kawałek lusterka. Nie miałam pojęcia, co to jest. U nas w domu nie było luster. Może matka miała jakieś zakamuflowane w torebce, ale nigdy go nie widziałam.

Odłamek był malutki. Rusłana powiedziała, że jak się dobrze przyjrzę, to zobaczę w nim swoje oko. Przysunęłam szkło do twarzy, rzeczywiście, po chwili zobaczyłam kawałek oka, źrenicę i tęczówkę, niebieską. To nie mogło być moje oko, bo swoje oko czułam wyraźnie obok nosa. Dotknęłam go palcem, było tam, a to, na co patrzyłam, było okiem lusterka. Rusłana mało nie pękła ze śmiechu. To twoje oko, w lusterku jest twoje oko.

Widocznie moje oko może być czyjekolwiek. Potem obejrzałam jeszcze ząb lusterka, który mógł być moim zębem, i mały jasny kosmyk włosów.

Rusłana wygrzebała pod lipą dołek, wrzuciła do niego lusterko, kilka stokrotek, kawałek czerwonego plastiku i zieloną gumkę do włosów, wszystko to przykryła dnem od butelki po wódce i zasypała ziemią. Zakopała sekret. Byłam zrozpaczona, zakopała w ziemi moje oko, nawet nie zapytała, czy może. Zawsze się rządziła jak szara gęś, bo była ode mnie sześć lat starsza. Nie lubiłam się z nią bawić, ale w takiej małej wiosce dzieci muszą bawić się razem, zwłaszcza jak jest ich tylko dwoje.

Nazajutrz potajemnie przyszłam pod lipę, żeby uratować, co się da, ale niczego nie znalazłam. Po prostu nie byłam pewna, która to była lipa w lipowej alei, wiodącej do nieistniejącego dworu.

Moje oko, ząb i kosmyk włosów zostały na zawsze w ziemi. Część mnie została gdzieś na drodze donikąd i mogła należeć do wszystkich.

Wpadłam do domu zapłakana. Babka nie zwróciła na mnie uwagi, bo gadała właśnie z białą kurą, która była jej dzieckiem. Trzy tygodnie trzymała jajo pod pachą, aż wykluło się pisklę. Wiem to od mamy, ale to tajemnica. Kurze było wolno wszystko, była rozpuszczona jak dziadowski bicz. Łaziła po kuchni i wszędzie robiła kupy, babce wydawało się to bardzo śmieszne. Często brała ją na kolana, głaskała i śpiewała jej stare piosenki. Do dziś pamiętam te melodie, dolatujące do mnie przez sień, kiedy leżałam w łóżku obok mamy i nie mogłam zasnąć.

Babka nienawidziła luster i ludzi. Właściwie to nie była moja babka, tylko prababka, bo była babką mamy, i to nawet nie prawdziwą babką, ale siostrą babki. Była potwornie stara i nigdy nie miała męża ani dziecka, oprócz tej kury, naturalnie.

No popatrz, powiedziała do kury, ten mały zasmarkaniec znowu ryczy. A mówiłam jej, że nie wolno, bo przyjdzie Woducha. Kura zagdakała. Babka spojrzała na mnie. Stało się co? Bo kura pyta.

I wtedy, nie wiadomo po co, jakby na przekór sobie, wszystko im powiedziałam – i o lusterku, i o tym oku zakopanym w ziemi.

Oj, durna ty, kto w lustro się gapi, ciało traci. Błąkać się będziesz, oka szukać i zęba, żeby ciało wreszcie twoje było. Rozum ci odebrało. Rozsierdzona babka wetknęła machinalnie w bezzębne usta kawałek suchego chleba, który dla kury trzymała w dłoni. Przeklęta ty, dodała i ruszyła w stronę wiszącego na ścianie paska. Nagle sczerwieniała, wybałuszyła oczy i padła na ziemię. Zapadła grobowa cisza. Kura obchodziła ją niespokojnie i gdakała: przeklęta, przeklęta.

Wybiegłam po Rusłanę.

***

Suknia ślubna wisiała w szafie. Patrzyłam na nią codziennie, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że to suknia ślubna. Była starannie przykryta z obu stron prześcieradłem spiętym agrafkami. Całkiem nowa, choć pewnie wisiała w szafie z sześćdziesiąt lat. Pod suknią w pudełku po butach wylegiwał się biały wąż. Widziałam go wyraźnie, widziałam, jak zrzuca skórę, zmieniając się w welon, który mama wyjmowała ostrożnie, by przyozdobić nim głowę babki.

Babka leżała w trumnie ustawionej na dwóch krzesłach, ubrana w swoją suknię i welon, na głowie wianek z barwinka, a w rękach bukiet świeżo zerwanych kwiatów. We wsi wierzyli, że człowiek nie jest szczęśliwy, kiedy umiera bez ślubu, więc trzeba było ją przygotować na ślub w zaświatach. Pomarszczona, szara, ze sztucznie przylizanymi siwymi włosami, babka w sukni ślubnej, welonie i wianku z barwinka wyglądała okropnie. Nie wiem, kto by ją chciał. A jeszcze w dodatku na twarzy miała nieznajomy grymas, bo mama wcisnęła jej sztuczną szczękę, która normalnie leżała zawsze w kubku ustawionym na półce w rogu izby, gdzie dawno, dawno temu stały ikony. Krasnyj ugoł.

Po kryjomu włożyłam do trumny pasek, niech go sobie zabiera, tyle razy tłukła mnie nim z byle powodu. Chowając pasek pod suknię, niechcący dotknęłam jej dłoni. Była dziwna. Inna niż za życia, zimna, gładka i tłusta. Czy babka wie, że jej dotykam, a jeżeli wie, to kto wie? Ciało czy…

Matka kazała mi wyjść.

***

No to miała swoje pięć minut, powiedziała matka, kiedy zamykała drzwi za ostatnim gościem weselnym. Na stole w nieładzie piętrzyły się brudne talerze, poobgryzane kości, papierowe serwetki. Kieliszki, jak krokusy wiosną, wyłaziły ze zmierzwionego obrusa, niektóre miały jeszcze na dnie kropelki samogonu, brzeżki innych czerwieniły się szminką. Matka zgarniała resztki z talerzy do kubła z pomyjami.

Całe życie o tym marzyła, nigdy się nie przyznała, ale przecież wiem, że do ostatniej chwili miała nadzieję, że ktoś ją zechce. My jej nie wystarczyłyśmy. Kura też nie. Chciała mieć chłopa. Męża. No to teraz ma, powiedziała matka i spiła resztkę wódki z jakiegoś kieliszka.

Wszystko to było bardzo dziwne. Co to za mąż, który umarł przed rokiem i którego wcale nie znała? Nawet pochowany jest gdzie indziej. Ja bym chciała znać swojego męża. A czy oni w niebie będą mieć dzieci? Matka zaśmiała się dziwnie i spojrzała na mnie przez kieliszek. Jeszcze bachora brakuje do tego całego interesu.

***

Po pogrzebie matka zabiła białą kurę, która była jej cioteczną ciotką. Jednym ruchem ścięła jej łeb siekierą. Krew tryskała na wszystkie strony. No co się tak patrzysz, kury nie widziałaś? Najwyższy czas, żebyś i ty potrafiła obsprawić, mnie babka tego nauczyła, jak miałam sześć lat. Wsadziła kurę do gara z wrzątkiem. Najpierw trzeba oskubać.

Nie miałam ochoty na potrawkę, więc jadła ją sama, a mnie dała sok z dzikiego bzu. Masz, pij, to już końcówka, nikt tego świństwa nie będzie więcej robił.

Chciałam wiedzieć, czy mama też będzie miała suknię ślubną w trumnie. Mam nadzieję, że nie, odpowiedziała z pełnymi ustami.

Spytałam, bo nigdy nie miałam ojca, tak samo zresztą jak ona. Może też wyklułyśmy się z jajka trzymanego pod pachą? Może wszystkie kobiety z naszego rodu mają mężów, którzy czekają na nie w niebie. Popatrzyła na mnie złowrogo. Babka miała rację. Durna jesteś. Ale zapewniam cię, że co do męża to mam plany tu, na ziemi. Będziemy żyły jak księżniczki, po pańsku.

***

Czeski policjant nie chciał jej wierzyć, zdjął czapkę, bo na komisariacie kaloryfery grzały jak trzeba i upał był nie do zniesienia, i rozpiął mundur. Taksował ją wzrokiem, mogła się podobać, nawet teraz, choć jest taka opuchnięta, może zresztą właśnie dlatego, kompletnie bezbronna, bez dokumentów, bez języka, przerażona… I nogi ma niezłe, jak ktoś nie lubi sińców, mógłby ją brać od tyłu. Czego ona tak się drze, czego chce? Że ją pobili? Kłamie, one zawsze kłamią, pewnie okradła gościa albo co, on tu na granicy z Niemcami niejedną taką widział. Podszedł do niej blisko i zajrzał jej w twarz, położył rękę na udzie. Cofnęła się przerażona, a potem zaczęła wyć jak zwierzę. Już, już chciał ją uciszyć, ale na szczęście przypomniał sobie Vavrę i jak dla niego skończyło się takie ostre starcie. Na wszelki wypadek wezwie tłumacza i kogoś z… tu przewertował spis telefonów w foliowej koszulce, leżący na biurku… z La Strady.

***

Teraz miałyśmy z mamą całą chałupę dla siebie. Matka spała w izbie, a ja po drugiej stronie sieni, w kuchni, tam gdzie dawniej sypiała babka.

Drugą rzeczą, jaką zrobiła mama po śmierci babki i jej na przekór, oprócz zabicia kury, było zdobycie wielkiego lustra. Stary Seniuk, który jeździł traktorem nawet po papierosy, obiecał, że jakieś skombinuje, i dotrzymał słowa. Parę razy przyszedł do nas z wizytą. Mama kazała mi wyjść i bawić się z Rusłaną, dopóki mnie nie zawoła. Potem przywiózł z miasta lustro.

Patrzyłam na małą dziewczynkę. To byłam ja. Nie mogłam tego pojąć. Ja – to przecież było to coś w środku, to coś, czego nie widziałam, a nie dziewczynka, której nawet nie można dotknąć, bo kiedy moja ręka dotyka jej ręki, ona zamienia się w szkło.

A zresztą jeżeli ta dziewczynka to ja, to kto w takim razie na nią patrzy? Nie wiem, jak to się stało, ale nagle walnęłam w lustro dłonią. Szkło posypało się na świeżo wyszorowane dechy kuchenne. Na nie też kapała krew. Matka uderzyła mnie na odlew. Uspokój się, ty mała kurwo. I rozpłakała się nad odłamkami.

Czerwiec 2015

Lustro było duże i ciężkie, ale i tak postanowiłem powiesić je sam. Dam sobie radę. Kiedy wierciłem dziurę wiertarką, z drzwi naprzeciwko wychyliła się sąsiadka. Uświadomiłem sobie, że nawet jej nie zapytałem. Speszyłem się. Chciałem powiesić lustro, powiedziałem, nie będzie tu przeszkadzać? Przyłożyłem lustro do ściany. Spojrzała na siebie nad moim ramieniem, potem nasze odbicia spojrzały sobie w oczy. Nie, świetny pomysł, będę wiedziała, jak wyglądam, wychodząc do pracy. W domu mam tylko jedno małe lusterko w łazience.

Zdziwiłem się. Jedno? To są tacy ludzie?

Mój dom jest pełen luster. Są wszędzie, czyhają na każdej ścianie, naprzeciwko każdych drzwi, nie możesz przemknąć niepostrzeżenie, zawsze musisz o siebie zawadzić. Kiedy zabierałem się do tego lustra na klatce schodowej, zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy przypadkiem kolekcjonerstwo nie zamienia się już w obsesję. Chyba jednak nie. Lustra są mi niezbędne do życia. Ponieważ od wielu lat żyję sam i nie przeglądam się w niczyich oczach, uczę się siebie tylko w konfrontacji z lustrami, przez codzienne nieustanne powtarzanie sobie: to ty, to twoje zęby, włosy, to twój uśmiech i pryszcz. To twoje zmarszczki.

Jestem własnym widzem.

Dawno już doszedłem do wniosku, że ciało nie jest ani wewnętrzne, ani zewnętrzne. Jest granicą między mną a światem. To bardzo ważne pamiętać, że taka granica istnieje, i wiedzieć, jak ona wygląda.

Poza tym w chwilach głębokiej egzystencjalnej samotności kontakt wzrokowy z samym sobą jest namiastką niezbędnego do życia spojrzenia w głąb duszy drugiego człowieka.

Niektórzy wybierają zamiast luster fotografię.

Czerwiec 2015

Błysk!

To nic, to tylko seria wyładowań elektrycznych, wstępnych i powrotnych, zneutralizowała ładunek w chmurze, a rozgrzane tym prądem powietrze zaświeciło.

Nie lubię czerwcowych burz. Niby nie mają przede mną tajemnic, a jednak…

Grom!

Nagły wzrost temperatury powietrza wywołał skokowy wzrost ciśnienia i powstała fala uderzeniowa jak przed ponaddźwiękowym odrzutowcem. Ostatnio pojawiła się jakaś nowa teoria…

Błysk i grom! Raz za razem.

A jednak ich nie lubię, tych burz. Wolę myśleć o czymś innym.

Skupiłem się na ciele. Czułem, że mam prawo o nim decydować, wiedziałem o tym od dawna, ale teraz to czułem. Ciało jest rzeczą, można je oszpecać i zdobić, nie ma różnicy między delikatnymi malunkami henny na dłoniach arabskich kobiet szykujących się do ślubu a równymi cięciami żyletki po wewnętrznej stronie uda.

Na ciele zapisujemy umownymi znakami zmiany w naszym życiu. Jest jak mapa. Blizna po szczepieniu przeciw czarnej ospie wskazuje na wiek, przewężenie na serdecznym palcu po obrączce na stan cywilny, fryzura na środowisko. Paznokcie, pięty, rzęsy, zęby. Lifting i botoks opisują charakter i stan finansowy. Przez zmiany w ciele zaznaczamy swoje istnienie. Za pomocą drobnych zabiegów można przypisać sobie inną płeć, zmienić znak z plusa na minus, jak w równaniu matematycznym przy przenoszeniu na drugą stronę.

Tę zapomnianą prawdę odkryłem ponownie, kiedy siedząc w publicznej toalecie, wertowałem zostawiony tam magazyn. Starannie przestudiowałem rysunki – smoky eyes krok po kroku.

Zaintrygowały mnie.

Kosmetyki zamówiłem przez internet. Jakie szczęście, że jest. Ile zażenowania można sobie zaoszczędzić i ile tajnych pragnień można w nim podejrzeć. Nie mówię, że zaspokoić całkowicie, ale przynajmniej się zorientować w ich naturze.

Kiedy przyszły, zacząłem próbować zgodnie z instrukcją, w końcu oko w lusterku powiększającym trzykrotnie wyglądało jak to w kolorowym piśmie. Na głowie zawiązałem misterny turban z koszulki bawełnianej i przeszedłem się po pokoju. Ocenić całość. To bardzo ważne, chciałem przeżyć moment zaskoczenia, to cudowne uczucie, kiedy ze znanego wyłania się nagle nieznane. W tym wypadku z mężczyzny kobieta. Spojrzałem znienacka w jedno z weneckich luster, które wisiały między oknami w jadalni. Lustra udało się babce uratować z należącej przed wojną do rodziny willi Hucułki w Krynicy Górskiej, gdzie bez szacunku wylądowały na strychu, bo w licznych pokojach pensjonatu, podzielonych na mniejsze klitki, Miejska Rada Narodowa zrobiła sobie biura. Potem wisiały w mieszkaniu babki, a po jej śmierci wszyscy ze zdumieniem odkryli, że zapisała mi je w testamencie. Bez słowa wyjaśnienia. Nie zapisuje się chłopakowi w okresie dojrzewania dwóch olbrzymich luster. Można mu zapisać pieniądze, starego trabanta, cokolwiek, ale nie lustra. Lustra wypaczają i skłaniają do nieustannej korekty. Więc kiedy po latach zrobiłem sobie smoky na twarzy pełnej zmarszczek, kiedy na głowie misternie uwiązałem turban, by ukryć łysinę, i idąc z łazienki przez jadalnię w kierunku salonu, rzuciłem okiem tam, gdzie od lat odpowiadało mi znane spojrzenie – zamarłem, przeobrażone ciało rodziło właśnie w świadomości, w bólach dezorientacji, inną reprezentację mnie samego. Postać bezimienną, wabiącą dawne ja. Madame. Zmiana jest jednak tylko zmianą. Nie zawsze przynosi ulgę. Mnie nie przyniosła.

Znowu błysk! Znowu grom!

Dzisiaj zrobiłem kolejny krok. Już mi nie chodziło o efekt, ale o życie.

Rozrobiłem hennę, wziąłem rożek. Laylat al Henna. Noc henny. Twarz panny młodej zakryta przed światem welonem, by złe oko nie sprowadziło na nią nieszczęścia. Rysunek powstawał szybko. Jakie szczęście, że jestem mańkutem i sam mogę starannie ozdobić prawą dłoń zgodnie tradycją, odwzorowując wzór mehndi z internetu.

Tak, ciało jest narzędziem magii.

Spojrzałem na swoją dłoń. Geometria rysunku pobudzała zwoje mózgowe, wprawiła w ruch cały wszechświat.

Będzie dobrze. Będę szczęśliwy.

Czy można być szczęśliwym po tamtym? Nie, chyba nie. Są takie doświadczenia w życiu, takie rany, których nie leczy czas.

Moje życie nie ma sensu. Staram się zagłuszyć tę myśl, staram się dorabiać do codzienności różne ideologie, staram się cieszyć tym, co nie cieszy tak naprawdę, ale zajmuje umysł i pamięć. Kolekcjonuję zbędne przedmioty i niepotrzebne nikomu wiadomości, uczę się kolejnych języków, które mógłbym kiedyś wykorzystać w praktyce, ale nigdy nie wykorzystam. I czekam na znak, że jest inaczej. Tak długo czekam.

Jałowy błysk.

Po śmierci babki miałam więcej czasu, nie musiałam zbierać kwiatów czarnego bzu ani zdziczałych jabłek w sadzie niegdysiejszego dworu. Było wspaniale, szczególnie latem. Nikt mnie nie pilnował. Chodziłam na długie spacery, lubiłam trawy przydrożne i zapach macierzanki. Lubiłam też wysysać słodycz z koniczyny. Często siadałam na skraju lipowej alei i czekałam na Rusłanę. Nie zawsze miała dla mnie czas. Myśl o niej przypominała mi o zakopanym sekrecie. Nie dawało mi to spokoju, w końcu postanowiłam go odnaleźć. Systematycznie kopałam pod kolejnymi lipami alei, posuwając się w kierunku nieistniejącego dworu. Codziennie pod dwiema.

Na jesieni nóż, bo kopałam nożem, uderzył w coś twardego. Ostrożnie odgarnęłam ziemię, natrafiłam na denko butelki po wódce. Sekret leżał tam nienaruszony, tylko stokrotki zwiędły. Wyjęłam swoje oko z dołka, włożyłam nowe kwiatki, tym razem znalazłam trochę marcinków rosnących w opuszczonym ogrodzie. Przykryłam je z powrotem denkiem od butelki i zakopałam.

Piękno musi być zakopane, tak mawiała Rusłana.

Owszem, ale nie moje oko, włos i ząb. Należą tylko do mnie.

Byłam taka szczęśliwa, że wreszcie odnalazłam lusterko, w końcu szukałam go dzień w dzień dwa miesiące! Podskakiwałam, biegnąc do domu. I śpiewałam.

Wymyłam je w czystej wodzie i wsadziłam do wyłożonego watą pudełeczka po lekach. Musiało mieć jak najlepiej, czysto i ciepło.

W domu było pusto bez kury. Wzięłam więc sobie małego królika. Mama i tak pracowała do późna. Uparła się, że wkrótce przeprowadzimy się do Śniatyna. Koniec z dojeżdżaniem. Zarabiała pieniądze, jak się dało, a królik jej nie przeszkadzał. Biegał sobie po kuchni i wszędzie sadził bobki, ale to było coś zupełnie innego niż kurze kupy. Były malutkie i suche, były jak rozsypane korale. Lubiłam je zamiatać na kupkę, turlały się to tu, to tam, a królik patrzył na nie z taką miną, jakby się temu bardzo dziwił. Był kochany. Często brałam go na kolana i głaskałam, i śpiewałam przy tym piosenki, które znałam od babki, a on spał z niedomkniętymi oczyma.

Na siódme urodziny mama kupiła mi dla niego w mieście czerwone szelki. I smycz. Jeszcze potem rozgrzanym do czerwoności gwoździem wypaliła w szelkach kilka dziurek, bo jednak były trochę za duże. Był to najpiękniejszy prezent, jaki dostałam w życiu. Z Rusłaną często chodziłyśmy z królikiem nad potok. Jak było ciepło, budowałyśmy z kamieni tamę, królika wtedy przywiązywałam do jakiegoś drzewka, żeby sobie spokojnie mógł skubać trawę.

Pewnego dnia matka weszła do domu i rzuciła na podłogę stos kartonów. Dostała przydział na mieszkanie w Śniatynie. Za dobre wyniki w pracy i złe warunki życia. Koniec wegetowania w tej norze. Nie wiem, dlaczego tak powiedziała, to wcale nie była nora. Nasz dom był murowany z cegieł, które babka własnoręcznie zrobiła z gliny, słomianej sieczki i krowiego łajna. Suszyła je na słońcu z obu stron, a potem jeszcze obracała tak, by stały na kantach. W ciągu jednego sezonu postawiła cały dom. Mieszkała w nim pięćdziesiąt lat i gdyby nie umarła, mogłaby w nim mieszkać kolejnych pięćdziesiąt. Zawsze była z niego bardzo dumna.

Dom kupił stary Seniuk na przyszłość, dla córki. To dobrze, lubiłam ją, bo była wesoła i powiedziała, że zawsze mogę do niej przyjechać, jak będę tęsknić za domem.

Nigdy nie byłam w mieście.

Spakowałyśmy swoje ubrania, tych parę talerzy, co zostały z serwisu wyniesionego przez babkę w kwietniu 44 roku z dworu, do którego prowadziła lipowa aleja. Na serwisie były namalowane przylaszczki, wiedziałam to dobrze, bo Rusłana pokazała mi je w lesie. Mama nie lubiła tych talerzy, były okropnie stare, niemodne, i jak chciała dokuczyć babce, zawsze mówiła, że się brzydzi, bo nie wiadomo, kto z nich jadł. Babka wtedy stawiała kurę na stole i specjalnie dawała jej dziobać z talerza. Skoro to było dobre dla jaśniepaństwa ze dworu i dla kury, to i tobie korona nie spadnie, jak będziesz z niego jadła. Czułam, że matka najchętniej zostawiłaby te talerze, ale coś mieć musiałyśmy, przynajmniej na początek.

Stary Seniuk odwiózł nas do Śniatyna. Pożyczył od syna auto, załadował nasze pudła i… zaczęłyśmy nowe życie. Mieszkanie było dwupokojowe w bloku, który wybudowano dla pracowników szpitala. W pokoju mamy było ogromne łóżko, ja miałam tylko materac na podłodze, ale nie przeszkadzało mi to. I tak było miło. Królik siadał nad ranem przy mojej głowie i obgryzał mi włosy. Nie wiem, czy chciał mnie zbudzić, czy co, ale byłam na niego zła, bo od poprzednich wakacji zapuszczałam je i już prawie dorosły mi do ramion. Raz go nawet zwaliłam z materaca, spojrzał wtedy na mnie w taki sposób, że zrobiło mi się wstyd. Może to nie jego wina. Kto zrozumie królika. Może robi to z tęsknoty za starą kuchnią i widokiem podwórka.

Też tęskniłam, szczególnie za Rusłaną. I za śpiewem babki.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]m.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz