Kup kochance męża kwiaty - Katarzyna Miller - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Zdrada. Jak jej uniknąć? Jak się po niej podnieść?

W bestsellerowym poradniku pod przekornym tytułem Kup kochance męża kwiaty Katarzyna Miller mierzy się ze zdradą – jednym z najboleśniejszych doświadczeń, które mogą dotknąć człowieka.

To oczywiste, że nikt nie chce być zdradzony. Jednocześnie jednak, chyba nie ma człowieka, który nie został kiedyś zdradzony: przez partnerów, przyjaciół, bliskich, rodzinę. Jak zatem uniknąć kolejnej zdrady? Jak dać sobie radę, kiedy nam się przydarzy?

W tym, co mówi Autorka nie ma moralizatorstwa ani ckliwości. Jest za to siła działania i wiara, że ze zdrady można wyjść zwycięsko.

Dziewczyny, zdrada jest paskudna, ale można ją przeżyć i mnóstwo się z niej nauczyć.
A potem można mieć jeszcze lepsze życie. Nie wierzycie?
Przeczytajcie Kup kochance męża kwiaty.

Katarzyna Miller

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej. Wykładowczyni licznych warsztatach rozwojowych dla kobiet. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, m.in. Chcę być kochana tak jak chcę, Instrukcja obsługi faceta, Seksownik, Zrób to kochanie, Królowe życia i król, W życiu jak w kinie, Nie bój się życia (Wydawnictwo Zwierciadło).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 207

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opracowanie: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Redakcja i korekta: Melanż
Skład, łamanie: Plupart
Projekt okładki: ADA KUJAWA
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.,Warszawa 2018 Text © copyright by Katarzyna Miller, 2011
Wydanie III
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN: 978-83-8132-022-1
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12
Dział handlowy:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Wstęp

Nikt nie chce być zdradzony. Nigdy. To jasne jak słońce. A jednocześnie chyba nie ma człowieka, który nie został kiedyś zdradzony. Chociaż jedna ze znanych mi dam zupełnie serio mówiła, że nigdy nie cierpiała z miłości, bo zawsze wybierała mężczyzn, którzy byli w niej już zakochani. Szczęść Boże. Udało się jej zachować iluzję swojej mądrości, sprytu i nietykalności psychicznej. Ale taka postawa wskazuje na wielki, nieświadomy lęk przed odrzuceniem i zranieniem.

Większość z nas, mam nadzieję, jest trochę bardziej otwarta wobec samych siebie i umie uczciwie przyznać, że zdarzało nam się chcieć kogoś, kto nas nie chciał albo zostać rzuconym czy zdradzonym.

Zdrada to jeden z lejtmotywów naszego życia. Nieustannie obecny w literaturze, teatrze, kinie. W poważnych dziełach o naturze ludzkiej i w formach nieco lżejszych. W rozmowach kobiet. I – tak, tak, Moja Droga – mężczyzn również.

Próbą takiej intymnej rozmowy jest ta książka. Postanowiłam ją napisać po ogromnym poruszeniu, jakie wywołała moja rozmowa z Tatianą Cichocką opublikowana na łamach „Zwierciadła”. Ukazała się pod tym samym tytułem Kup kochance męża kwiaty, z którego – przyznam się – jestem bardzo dumna. Chyba nie spotkałam jeszcze osoby, której by nie poruszył. Mężczyźni są zachwyceni, kobiety – zbulwersowane. „Kwiaty – tej zdzirze?”, wołają oburzone.

Zupełnie odwrotnie niż przy tytule mojej pierwszej książki Chcę być kochana tak jak chcę. Wtedy to kobiety przytakiwały: „O tak, tak właśnie”, a mężczyźni kwitowali: „Czego się tym babom zachciewa”.

Zbulwersowanych zatem tytułem tego artykułu zapewniam, że zawsze chodzi mi o budowanie ciepłego, serdecznego, trwałego porozumienia między kobietami i mężczyznami, a także siostrzanej solidarności kobiecej.

Bardzo się cieszę i sama się do tego czynnie przyczyniam, że kobiety odbudowują swoją wspólnotę, naturalną dla kultur pierwotnych, a zniszczoną przez patriarchalną cywilizację.

Część kobiet łudzi się, że jeśli ulegnie męskiej dominacji, skorzysta na tym. W rzeczywistości tak nie jest. Przegrywamy wszystkie. Patriarchat korzysta bowiem z niechęci kobiet do siebie.

Co czujesz, kiedy słyszysz uwagi typu: „Oj, uważaj, żeby ta twoja przyjaciółka chłopa ci nie podebrała”. A jeśli to ty jesteś tą przyjaciółką, przed którą ostrzegają? Widzisz, jak łatwo zasłużyć na miano „zdziry”?

Taką etykietkę może dostać każda z nas. Nawet ta, która szczerze przysięga i wierzy w to, że: „ja nigdy”. Nigdy nie sięgnę po cudzego mężczyznę.

Właśnie dlatego, że my, kobiety, bywamy do siebie wrogo nastawione, nie lubimy się i patrzymy na siebie podejrzliwie, może zdarzyć się, że zdzirą zostaniesz nazwana tylko za to, że czyjś facet spojrzał na ciebie z zachwytem.

Wszystkie pragniemy szczęścia. Większość z nas – z mężczyzną. Lecz czasami drogi do osiągnięcia wymarzonego szczęścia mogą okazać się bardzo wyboiste.

Czy na pewno potrafisz oprzeć się temu szczęściu, gdy staje przed tobą z otwartymi ramionami, ale z obrączką na palcu? Teraz możesz powiedzieć: „Oczywiście. Opamiętam się, opanuję, wyrzeknę”. Brawo. Ale czy zawsze i każdemu? Z kimś przecież nasi mężczyźni nas zdradzają.

Z nami.

List

Czy jestem Pana a Pan mój, mój drogi?

czyśmy ze sobą na nowej już drodze?

Niepewne było to pytanie we mnie

gdyśmy witali wzrastające słońce

po nocy pełnej rozmów i milczenia.

Czyś się domyślał co się rodzi we mnie

jak ja śledziłam co w Tobie odżywa

gdy oczy nasze mówiły za usta

z oddechu drżenie przejmowały dłonie...

Nie jestem Pana i Pan nie mój... drogi

lecz świt był nasz.

Nie mamy przyszłości,

mamy wieczność świtu.

Kochasz ją przecież chociaż mnie – inaczej,

mnie przecież kochasz, lecz i ją – odmiennie

zgadzam się na to – i na mnie ktoś czeka

niełatwo znane zamieniać na nowe

wiemy to oboje ale bez radości...

Nie jestem Twoja i Ty mój nie jesteś

lecz tam przez chwilę na porannej łące

słodki świt wstawał spoza Twoich ramion

witany ufnie jak kiedyś przed laty

gdy miałam wiarę w dobre zakończenia.

Teraz mam wiedzę, że chwila jest jedna

z chwil tych buduję więc, jak umiem życie

nic mi po złudzie nierealnych pragnień

chcę być przytomna

lecz to zapomnienie w Twoich objęciach

dało ukojenie

dziękuję Ci za nie

I Ty je zabierz

ode mnie

w podzięce

To będzie nasze

zawsze

i nic więcej.

Wraca żona z delegacji

Wraca żona z delegacji. Wcześniej niż zapowiadała... Wchodzi do domu raniutko. I we własnym łóżku zastaje męża ze swoją najlepszą przyjaciółką. Spogląda, wychodzi do kuchni i za chwilę woła: „Kochanie, zapłać pani i przyjdź na śniadanie, bo gotowe”.

Tę, podobno prawdziwą, opowieść usłyszałam bardzo dawno temu i nigdy jej nie zapomniałam. Wzbudziła we mnie silne uczucia. Ten straszliwy zestaw dwóch zdrad, ze strony dwóch najważniejszych osób w życiu. Naraz.

Wyobraziłam sobie, że mnie to spotyka. Groza i koszmar. Byłabym rozbita i zabita. A ta kobieta zachowuje kamienne oblicze i znajduje w sobie ripostę, dzięki której robi na szaro przyjaciółkę, męża stawiając też w nieładnym świetle.

Również ta postawa, zimna, opanowana i celna, wywołała we mnie grozę. Pomieszaną z lękiem i podziwem. Może trzeba docenić silne nerwy i fakt, że bohaterka opowieści osiągnęła to, co chciała osiągnąć, czyli upokorzyła przyjaciółkę. Nie okazała zazdrości, słabości, wygrała wojnę psychologiczną. Przyjaciółce się dostało, mąż został spacyfikowany, żadnemu z nich nie dała satysfakcji, że ją zranili w najboleśniejszy sposób.

Pojawia się jednak we mnie pytanie, czy i dla kogo tak istotna jest sprawa tzw. dobrej miny do złej gry. Byłam uczona takiej postawy przez moją matkę, długo ją utrzymywałam i dużo mnie ona kosztowała. Wysoką cenę płaci się bowiem za udawanie, zostawianie samej siebie.

Jeżeli moja przyjaciółka pójdzie do łóżka z moim mężem, czy należy jej się najgorsze, czyli zreifikowanie jej, sprowadzenie do poziomu nieżywego przedmiotu? Już tak nie sądzę. Może trzeba będzie zerwać tę relację, ale wprost. Uczciwie. Przede wszystkim trzeba być uczciwą WOBEC SIEBIE. Nie można udawać, że przyjaciółka mnie nie zraniła. Wręcz przeciwnie – ona ma poczuć, że zrobiła świństwo i mnie, i sobie. Nie uszanowała przyjaźni!

Jeżeli go kocha, powinna mi to dawno powiedzieć, jeśli tylko chce go ciupnąć, też powinna mi powiedzieć i dodać: „Muszę się twojego męża wyrzec, bo jest twój”.

Opowiem ci coś z mojego życia. Poznałam męża przyjaciółki, długo po tym, jak poznałam ją, bo latami był za granicą. Od pierwszej sekundy polubiliśmy się niezwykle. Wspólny język, identyczne poczucie humoru, ochota na to, żeby być blisko siebie; taki, wiesz, mój ci on. Myślę: „Matko Boska, co ja z tym zrobię?”. Fizycznie niezwykle mi się podobał, patrzyliśmy na siebie, w oczach mieliśmy łóżko. Mieliśmy się ochotę dotykać, właściwie to najchętniej wzięlibyśmy się za rączki i poszli. Nie mam wątpliwości, że zauroczenie było wzajemne. W głowie jednak miałam: „To moja przyjaciółka. Nie chcę być taka, żeby zrobić sobie chwilę, pozwolić sobie pójść za swoimi zachłannościami i potrzebami, za czymś bardzo prawdziwym i jednocześnie czymś, bez czego mogę żyć”. Moje życie z tym czymś może byłoby przyjemniejsze, smaczniejsze, ale jakże obrzydliwie niefajne. Jestem etyczką, filozofem etykiem, lojalność ma dla mnie walor wartości ogólnoludzkiej, nie kocham siebie jak kot – jedynie... Dlaczego więc mam robić rzecz, po której nie będę się sobie podobać? Przecież zrobiłabym to także sobie, nie tylko jej, choć to, że zraniłabym ją, jest ogromnie ważne. To bowiem, co on by zrobił, to sprawa jego, a nie moja. Jak on chce i ja chcę, to proszę bardzo, jeśli to nie jest moja przyjaciółka. Bo mnie obca pani nie musi interesować, choć niewykluczone, że gdybym ją poznała, polubiła i widziała, jak fajnie sobie żyją i jaki on jest dla niej ważny, też bym między nich nie weszła.

Dziś ta przywołana na początku rozdziału dykteryjka wydaje mi się straszliwa także dlatego, że ktoś tam chyba dostał pozwolenie na wszystko. Kto? Pan mąż. Pan mąż przyjdzie na śniadanie jak gdyby nigdy nic?! Może ona mu choć da patelnią w łeb? Tego bym chciała.

Dziś wiem, że ktoś, kto potrafi zareagować tak jak bohaterka opowieści, wzbudza we mnie wyłącznie grozę. Taka reakcja jest wytworem naszych czasów. Naszego respektu dla ukrywania prawdziwych emocji i podziwu dla kogoś, kto zamiast własnych uczuć ujawnia błyskotliwość, zbroję, własny sposób radzenia sobie ze złą sytuacją dzięki udawaniu. Taka reakcja jest zaprzeczeniem miłości do siebie, do partnera i przyjaciółki. Prawdziwie otwarty, serdeczny, kochający człowiek stanie jak wryty i zapłacze nad takim widokiem, ponieważ jest zdradzony podwójnie i ugodzony w najczulsze miejsce. Człowieka dorosłego, kobiety, już bardziej nie można dotknąć: jej partner i jej przyjaciółka oszukują ją, wyrzucają poza nawias. Tu nie chodzi o to, że przyjaciółka nie może mieć ochoty na jej męża, a jej mąż – ochoty na przyjaciółkę. Takie rzeczy się zdarzają, tylko że wtedy coś się z tym robi. Przyjaciółka mówi: „Słuchaj, lepiej widujmy się same, bo twój mąż za bardzo mi się podoba”. A mąż: „Słuchaj, nie widujmy się z twoją przyjaciółką razem, bo nie chcę cię zranić”.

Uwaga! Niestety po tak otwartym postawieniu sprawy wiele kobiet wściekłoby się. Byłaby chryja: „Ja już ci się nie podobam, tylko ona!”. To reakcja osoby nieświadomej i niedojrzałej. Jeżeli kobieta i mężczyzna są siebie godni i razem się rozwijają, w sytuacji kiedy on coś takiego ujawnił, ona mogłaby powiedzieć: „Jestem zazdrosna, że ona ci się podoba, ale rozumiem, w końcu mnie też się podoba! Dziękuję ci za to, że mi to mówisz i że mi tłumaczysz, dlaczego nie chcesz się z nią widywać. Dziękuję ci za lojalność, za troskę o mnie i za prawdę”. Jeżeli natomiast pan umie coś takiego zrobić, a pani się wyłącznie wścieka, to znaczy, że nie są dobraną parą. I odwrotnie, jeżeli kobieta powie mężczyźnie: „Słuchaj, nie spotykajmy się z twoim kolegą, bo za bardzo mi się podoba”, a on się wścieknie, to oznacza, że nie jest godny swojej partnerki. Możemy poczuć zazdrość i jest to nawet naturalne, ale cenniejsza jest przecież okazana lojalność. Nie możemy zapanować nad tym, że ktoś nam się podoba, ale możemy zapanować nad tym, co z tym zrobimy.

Mój były mąż (któremu składam ukłon za bardzo wiele rzeczy), kiedy przestaliśmy się widywać z pewną parą, po jakimś czasie zapytał, czemu tak się dzieje. Odpowiedziałam, że spotkałam się z tym facetem i powiedzieliśmy sobie, że zaczyna to wyglądać niebezpiecznie dla nas, a nie chcemy ani niszczyć swoich związków, ani ich zrywać, ani udawać podczas spotkań, że nic się nie dzieje. Oczywiście wielu ludzi tak robi i niektórych to bardzo rajcuje. Mój mąż był niesamowity. Martwił się: „Ty chodzisz nieszczęśliwa”. Ja na to, że nie jest mi fajnie, bo ten mężczyzna naprawdę mi się bardzo podoba. Na co mój mąż powiedział, że wolałby, żebym ja była szczęśliwa. Zgłupiałam i do dzisiaj porusza mnie okazana przez niego miłość. Z jednej strony wiem, że kochać kogoś to chcieć jego szczęścia. Tym mnie bardzo wzruszył. Z drugiej strony pojawiła się myśl, czy on siebie nie umniejsza przez to, że się wycofuje, że robi miejsce dla innego mężczyzny. Nie wykluczam, że spodobałoby mi się, gdyby o mnie zawalczył, np. pobił się z tamtym. Chociaż z drugiej strony, po co ma się bić? Przecież on do tego nic nie ma. Czy jak zwycięży, to mi się bardziej spodoba? Czy zawsze idzie się za zwycięzcą? Kobiety czasami rzucają się na tego pobitego: „Mój kochany, Boże, co on ci zrobił”. Do dziś nie wiem, czy to było dla mnie fajne uczucie, czy takie nie do końca określone. Bo na pewno nie było negatywne – wzruszyło mnie przecież.

Gdy patrzę na to teraz, po wielu latach, to wszystko jest dla mnie bardziej zrozumiałe. Mój mąż bardzo dużo mnie nauczył. Miał wielką klasę. Umiał kochać najwyższym rodzajem miłości – bez oczekiwań. Dziś rozumiem taką postawę.

Miłość bez oczekiwań jest możliwa

Zwłaszcza dla ludzi spełnionych w wielu dziedzinach życia, pełnych szacunku i miłości do siebie, czujących, że wartość ich samych i ich życia nie zależy od tego, co daje im ktoś inny.

Oczywiście w związkach oczekiwania są naturalne. Nie jest możliwe, żeby ludzie pozbyli się oczekiwań i nie budowali scenariuszy. Większość ludzi żyje, ciągle tworząc scenariusze i oczekując ich spełnienia, ponieważ wielu rzeczy nie dostali i żyją w poczuciu braku. Brak pobudza do marzeń i do szukania.

„Brak mi miłości, uznania, poczucia wartości, ale jeśli przyjdzie rycerz albo królewna i zrobi dla mnie to, to i to, i jeszcze więcej, wówczas poczuję się lepiej”. I nikt nie pyta: „A co, jeśli nie przyjdzie?”. To okrutne pytanie, ale bardzo prawdziwe. Dama, która ma lat trzydzieści kilka, mówi: „Nie spotkałam dotąd nikogo, kto by mnie poruszył”. I chodzi o to, że nie spotkała kogoś, kto by ją chciał akurat wtedy, i tak samo mocno, kiedy i ona właśnie go chce. Ja na to: „A co, jeśli to się nigdy nie zdarzy?”. „Ja sobie tego nie wyobrażam”, odpowiada ona. Ale wyobraża sobie bez przerwy to, co ma być ekstra, co ma wypełnić puste miejsce albo zrekompensować braki. Wiedza i doświadczenie mogłyby podpowiedzieć jej, że to się nie musi stać. Scenariusze dokładne, szczególnie te niepoparte pracą nad sobą, nie sprawdzają się. Sprawdzają się zmiany, które polegają na tym, że człowiek coraz mniej zajmuje się scenariuszami, a coraz bardziej tym, co naprawdę się dzieje. Scenariusze to wysyłane w przyszłość wyobrażenia bez pokrycia. W ten sposób powstało mnóstwo cudownych książek. Dają nam one chwile wytchnienia, spełnienia, rozkołysania naszych marzeń i pragnień. Ale mogą się też przyczyniać do tworzenia iluzji.

Wczoraj na grupie była dziewczyna, córka alkoholików, bez żadnego oparcia, bez rodziny, przyjaciół, znajomych. Czym w dzieciństwie zajmowało się to straszliwie osamotnione dziecko? Oczywiście marzeniami. Tym, nad czym miało władzę. Mogło sobie wymyślać, co chciało. To umożliwiło jej przetrwanie. Z jednej strony bardzo jej to pomagało, a z drugiej – dorastała, nie znając prawdziwej rzeczywistości. Znała bowiem tylko dwie wersje życia: koszmar swojej rodziny i cud swoich marzeń.

A w świecie realnym jest różnie, przeważnie nieprzewidywalnie. Bywa fajnie i niefajnie, i średnio, i w kropki, niezliczone są możliwości. Wystarczająco zdrowy człowiek zdaje sobie sprawę, że coś się udaje, a coś innego – nie; że jedni potrafią, a inni nie potrafią. Umiem to, a nie umiem tamtego. Rozumie różnorodność życia, bo wystarczająco dobrzy rodzice nie oczekują, że będzie prymusem, ale że zdobędzie jakieś wykształcenie i będzie robił to, co lubi. To jest mądre postawienie sprawy. W marzeniach jest coś z prymusostwa: mieć ze wszystkich przedmiotów najlepsze stopnie. To niestety podoba się niemądrym rodzicom i niemądrym nauczycielom. Tylko że życia nie da się zaliczyć tak jak przedmiotów w szkole. I prymusi się na tym potykają. Przeważnie nie mają udanych karier. Towarzyszy im bowiem złudna wiara, że da się nad wszystkim zapanować i być we wszystkim doskonałym.

Niemądrzy rodzice mówią, że musimy wszystko ogarniać, mądrzy – że wszystkiego ogarnąć się nie da. Dziecko zaś mówi: „Nie mam na to siły, mnie wszystko nie interesuje”. W sumie to logiczne. Nie interesuje mnie wszystko, więc czemu mam wszystko ogarniać? Chcę się znać na moich ukochanych samochodach, graniu na gitarze, szyciu kiecek albo gotowaniu. Poza tym jeszcze się taki człowiek nie znalazł, co by na wszystkim się znał. No, może Leonardo da Vinci, ale nawet on nie dałby sobie rady ze wszystkim w dzisiejszych czasach...

Zdradzani od zawsze

Pewną dwuletnią dziewczynkę matka katowała czym popadło – sznurem od żelazka, paskiem ojca, smyczą. Kiedy ta dziewczynka, już jako dorosła kobieta w trakcie terapii, została zapytana przez ojca: „Czemu tak długo się do nas nie odzywasz?”, odpowiedziała mu: „Bardzo mi trudno was widzieć, bo przypominam sobie ogrom mojego bólu, lęku i rozpaczy, jaki przeżywałam przy was. Czy jesteś świadomy, jak bardzo biła mnie matka?”. Dosłownie zatkało ją, kiedy usłyszała w odpowiedzi spokojne: „Tak. Przecież ty byłaś okropnym dzieckiem”.

Co okropnego może robić dwulatek? Nie chcieć marchewki na obiad, zsikać się w majtki, strącić wazonik, rozsypać cukier? Oto wielkie przestępstwa, których nie mogą ścierpieć dorośli. I muszą sięgnąć po sznur od żelazka.

Przepiękna młoda dziewczyna ciesząca się wielkim powodzeniem u mężczyzn przyszła na terapię, zastanawiając się, czemu nie może stworzyć szczęśliwego związku. Szukałyśmy długo, aż pojawiło się wspomnienie. Trzyletnia dziewczynka siedzi przy stole nad ogromnym talerzem zupy, którą je dużą łyżką. W kuchni za ścianą – mama. Bardzo trudno małemu dziecku jeść „po dorosłemu”. W pewnym momencie talerz z zupą przewraca się i potłuczony ląduje na podłodze, a zupa zalewa obrus i dywan. Dziecko martwieje z przerażenia i bezsilności. Matka za chwilę wpadnie do pokoju i zrobi straszliwą awanturę. Dziewczynka patrzy na podłogę i widzi, że jeden z odłamków potłuczonego naczynia ma bardzo ostry szpic. Łapie go i przejeżdża po całej nóżce. Zaczyna płynąć krew. Mała natychmiast się uspokaja, wie, że matka zajmie się jej raną, a talerz i rozlana zupa nie będą już ważne. Czuje ulgę. Znalazła rozwiązanie, nie jest już bezsilna. Spytałam: „Nie przyszło ci do głowy, że mama może nie zrobić awantury o tę rozlaną zupę i potłuczony talerz?”. Dorosła kobieta spojrzała wielkimi oczami i odpowiedziała: „Przecież ja świetnie wiedziałam, że będzie awantura”.

Niczego tak szybko dziecko nie uczy się jak reakcji swoich rodziców. Ta trzylatka świetnie wiedziała, że zupa i talerz są ważniejsze niż ona. Ten czyn – świadome zadanie sobie rany, bólu – był z jej punktu widzenia korzystniejszy niż być znowu winną, skarconą i niekochaną. To było dla tej osoby tzw. doświadczenie graniczne. Przełom w zrozumieniu własnych możliwości obrony, chronienia siebie. W tym momencie ta mała dziewczynka nauczyła się, że „w krzywy sposób” unika gorszego przez też złe – ale wybrane przez siebie, od niej samej zależne. Kontrolowane. Łatwiej jest zadawać sobie ból niż otrzymywać go z rąk najważniejszej osoby na świecie. Kiedy dziecko odkryje taką „dobrą” strategię – powtarza ją. Ta śliczna dziewczyna stała się więc ofiarą własnej strategii obronnej, ale także ofiarą tych, których kochała. Jej partnerzy zakochiwali się w pięknej, zaradnej kobiecie, zupełnie nieświadomi tego, że jest to mała, przestraszona i niewierząca w siebie „dziewczynka z zapałkami”. Ona sama również zapomniała o tej skrzywdzonej dziewczynce w sobie.

Sporo dziewczyn, może i ty, odnajdzie się w takim modelu. Mija okres wzajemnej fascynacji i zauroczenia i ona z rosnącym smutkiem i wielkim rozczarowaniem zauważa, że on nie ma już bez przerwy dla niej czasu, nie obsypuje jej nieustannie komplementami, zaczyna mieć ochotę na coś innego niż ona. Dziewczyna przytomna i zdrowa specjalnie się tym nie zdziwi ani nie zmartwi, przyjmie to nawet z pewną ulgą – bo też czuje potrzebę, żeby rzadziej widywać ukochanego i odzyskać własną przestrzeń. Dziewczyna masochistka zaczyna rozpaczać. Boli ją głowa, kiedy on ma wyjść. Rozchoruje się, gdy on chce wyjechać bez niej. Chodzi smutna, zgaszona, nieszczęśliwa. I rozpoczyna litanię: „Chcę być zawsze z tobą. Chcieliśmy przecież wszystko robić razem. Ty już mnie chyba nie kochasz, nie liczę się, nie podobam ci się”. I im bardziej w to wierzy, tym szybciej przekona o tym mężczyznę. On na początku będzie zaprzeczał i będzie starał się jej udowodnić, że nadal jest dla niego ważna, ale po jakimś czasie jego cierpliwość się skończy i przyzna: „Rzeczywiście jesteś do niczego”. Czym jeszcze bardziej umocni ją w tym przekonaniu.

Chyba że nieszczęsna wybierze emocjonalnego sadystę, który długo będzie karmił się jej cierpieniem. Istnieje duża doza prawdopodobieństwa, że dziewczyna ta będzie w swoim związku wielokrotnie zdradzana.

Sądzimy, że jesteśmy zdradzani dopiero jako dorośli. Nie przychodzi nam nawet na myśl, że zdradzani jesteśmy od początku naszego życia. Moja mama kochała innego mężczyznę niż mój ojciec. Zdradziła siebie i mojego ojca, wychodząc za niego. Przywołując mnie na świat, zdradziła również mnie, zanim jeszcze się pojawiłam. Byłam dzieckiem niekochanego mężczyzny, obarczona tym już na zawsze. Czy wiesz, ile jest takich dzieci na świecie? Nic dziwnego, że mama zdradzała mnie później nieustannie, głęboko i boleśnie. Pewnie w ogóle bez złej woli i nawet nie wiedząc, że to robi.

Kiedy byłam mała, miałam trzy, cztery lata, bardzo bałam się ciemności, mama zamykała mnie za jakieś przewinienia w łazience na klucz i gasiła światło. Siedziałam tam długie godziny, w przerażeniu i rozpaczy, skulona na sedesie.

Opowiadała o moich tajemnicach znajomym. Kiedy się o tym dowiedziałam, przestałam jej cokolwiek o sobie mówić.