Kulturowa teoria literatury. Główne pojęcia i problemy - prof. dr hab. Ryszard Nycz, Michał Paweł Markowski - ebook

Kulturowa teoria literatury. Główne pojęcia i problemy ebook

Ryszard Nycz, Michał Paweł Markowski

0,0

Opis

Prezentowany tom jest pierwszym efektem realizacji szerszego projektu poświęconego rozwijaniu koncepcji kulturowej teorii literatury. W tej fazie celem naszym było po prostu uchwycenie zmian zaszłych we współczesnej refleksji teoretycznoliterackiej oraz ukazanie ich skutków dla rozumienia zarówno kluczowych kategorii, jak terytorium i statusu obecnej(i przyszłej) kulturowej - już faktycznie- teorii literatury. Jest ona kulturowa, ze względu na osadzenie jej założeń, narzędzi i przedmiotu tyleż w historycznym polu kultury, co i w antropologicznej wiedzy o niej; jest teorią, bo zachowuje ambicje formułowania prawidłowości o badanych zjawiskach, ich tendencjach rozwojowych oraz naturze relacji między- (a zwłaszcza trans-) kulturowych (i trans-dyscyplinowych); pozostaje też teorią literatury, gdyż jej obiekt centralny (czy prototypowy) stanowi dalej literatura - i w wielości swych dotychczasowych znaczeń, i w postaciach oraz sensach nowych, aktualnie urzeczywistnianych.
Uczestnikami tego przedsięwzięcia byli przede wszystkim członkowie i członkinie Katedry Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Wydziału Polonistyki UJ oraz zaprzyjaźnieni z nami badacze i badaczki z sąsiednich katedr, którzy podjęli tę pracę realizując projekt badawczy, a także ci, którzy dołączyli do nas później zainteresowani samą problematyką. Dwuczęściowa kompozycja tomu odpowiadać ma intuicyjnie uchwytnym przemianom wewnątrz oraz wokół teorii literatury, pojętej w klasycznie nowoczesnej jej postaci. Stąd część pierwsza zawiera artykuły obrazujące przemiany kluczowych pojęć i problematyk tradycyjnie rozumianej teorii literatury; część druga natomiast - pojęcia i problematyki nie mieszczące sie w tych ramach.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 665

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ryszard Nycz

Wprowadzenie

Kulturowa natura, słaby profesjonalizm. Kilka uwag oprzedmiocie poznania literackiego istatusie dyskursu literaturoznawczego

1

Od razu wyjaśniam, że mam na uwadze dwa rodzaje przedmiotów. Po pierwsze te, októrych mowa wdziełach literackich; po drugie zaś te, które one same stanowią, gdy występują jako obiekty literaturoznawczego poznania. Sądzę, że oba rodzaje przedmiotów łączy „kulturowa natura” (że tak oksymoronicznie się wyrażę); cecha, która je też odróżnia od przedmiotów znanych izdoświadczenia potocznego, inauk przyrodniczych. Stąd też, konsekwentnie, przez „poznanie literackie” rozumiem zarówno ten rodzaj wiedzy, który przynosi literatura, jak iten, który jest rezultatem profesjonalnych literaturoznawczych dociekań nad tekstami literackimi. Iwtym przypadku, jak sądzę, to, co łączy oba rodzaje literackiego poznania (chodzi mi onierozdzielność sposobu iwyniku poznania), zarazem decyduje ojego odrębności wstosunku do typowych form poznania potocznego, jak również naukowego (ospecyfice tego literackiego poznania, jak też jego powinowactwie zkulturowym poznaniem, będzie mowa nieco niżej). Zacznę od kwestii specyficznego statusu, jaki przedmiot uzyskuje wliteraturze (kwestii zasygnalizowanej zresztą tylko na jednym czy dwóch przykładach), następnie spróbuję wpodobnie sondażowo-przykładowy sposób podjąć problem statusu dzieła literackiego czy szerzej: specyficznego artystycznego przedmiotu (oraz krótkiej historii przemian jego rozumienia), by wtej perspektywie zaryzykować diagnozę dzisiejszej sytuacji dyskursu literaturoznawczego (scil. dot. teorii literatury) i, na koniec, określić jego status – pozycję, miejsce, rolę irangę wśród innych dyskursów humanistyki iwiedzy okulturze.

2

Podejmując sprawy statusu przedmiotu jako obiektu literackiego opisu czy przedstawiania oraz charakterystyki literatury jako specyficznego narzędzia czy medium poznania, chciałbym wskazać tu tylko na jeden – ale kluczowy (wmoim przekonaniu) – dylemat współczesnej tradycji ujmowania tych kwestii. Pomijając ogromnie bogatą historię związków literatury zrzeczywistością, odwołam się do tylko dwóch – ale reprezentatywnych – przykładów ido jednej – lecz bardzo znamiennej – literackiej polemiki. Oto fragment sławnego Studium dwóch gruszek Wallace’a Stevensa, wktórym poeta relacjonuje swe próby opisania przedmiotu iprzy okazji wypowiada się na temat możliwości iograniczeń literatury:

1.

Opusculum paedagogicum

Gruszki nie są skrzypcami,

Aktami na płótnie, ani butelkami.

Są niepodobne do niczego.

2.

Są to formy żółte,

Złożone zlinii krzywych

Zaokrąglających się upodstawy.

Mają wsobie trochę czerwieni.

[..................................................]

6.

Cienie gruszek

To kleksy na zielonym suknie.

Gruszek nie można widzieć,

Jak chce obserwator.

(Stevens 1994)

Na pozór prosty wiersz Stevensa obrósł nie bez powodu ogromną ilością komentarzy; jest bowiem bardzo złożony ibogaty – wliterackie, estetyczne ifilozoficzne założenia, jak też konsekwencje. Tu powiem tylko, że to nie tylko opis gruszek, to także ekfraza (czyli studium opisowe dzieła plastycznego – ito gatunku bardzo specjalnego, bo martwej natury). Ponadto wiersz łączy wsobie zadania filozoficzne – dokonania fenomenologicznej analizy, która zawieszając stereotypowe nastawienia ipotoczną wiedzę oświecie, próbuje odsłonić istotę „gruszkowatości”, oraz zadania manifestu literackiego, wzorcowo realizującego cele, jakie przed sobą stawiała nowoczesna poezja: zbudowania opisu maksymalnie uniezwyklającego, który zrywając zpercepcyjną rutyną (widzenia tego, co wcześniej poznaliśmy, ioczym zgóry wiemy, że powinniśmy zobaczyć) stara się ukazać nam znany przedmiot, jak gdyby był widziany po raz pierwszy, ito zzachowaniem dynamiki procesualnego charakteru samego poznania. Konkluzja wiersza uznaje porażkę tego przedsięwzięcia: nie jesteśmy wstanie uchwycić istoty gruszkowatości. Skazani jesteśmy na „fikcje” (pisał otym Stevens wielokrotnie wswych esejach). Pomiędzy owymi fikcjami miejsce specjalne, uprzywilejowane, zajmuje poezja, która nie docierając do istoty rzeczy przynajmniej wyposaża świat życia w„najwyższe fikcje”, bez których nie możemy go pojąć.

Przytoczyłem wiersz Stevensa wprzekładzie Miłosza (choć są i inne tłumaczenia); nie przypadkowo. Miłosz bowiem jest autorem ważnej polemiki – iartystycznej, idyskursywnej – przy okazji której formułował własną wizję zadań literatury wobec rzeczywistości. Jakkolwiek wiele poetyckich dążeń imyśli Stevensa mogłoby się wydawać bliskich polskiemu poecie, Miłosz nie tai niechęci wobec swego starszego amerykańskiego kolegi. Widzi wnim bowiem ucieleśnienie dążenia do odwrócenia się od świata, do traktowania opisu jego elementów wyłącznie jako pretekstu dla własnej subiektywnej wizji, do apologii autonomii literatury. Wdługim komentarzu zawartym wŻyciu na wyspach (awcześniej iwkrótkiej nocie wWypisach zksiąg użytecznych) Miłosz omawia szczegółowo rozmaite techniki iwysiłki włożone wopisanie gruszek jak gdyby widzianych po raz pierwszy (czy też może opisywanych komuś, kto nigdy ich nie widział), konkludując (nie bez pewnej satysfakcji), że sposoby, którymi posłużył się Stevens, nie są wystarczające, żeby uchwycić istotę gruszkowatości. Jak można sądzić niechęć budzić mogło nie tyle niepowodzenie wysiłku poetyckiego przedstawienia, co raczej dochodząca do głosu wtej poezji sceptyczna rezygnacja, zjaką Stevens „odsądzał” (jeśli można się tak wyrazić) poezję od rzeczywistości, odmawiając tej pierwszej wszelkich mimetycznych zdolności. Wistocie, nic odleglejszego od postawy Miłosza, niż owa niewiara wrzeczywistość igrzech zaniechania wysiłku jej ukazywania. Widać to dobrze wpolemice artystycznej, która miała miejsce znacznie wcześniej niż wspomniana polemika dyskursywna (bo przed półwieczem), i to wważnym poemaciePo ziemi naszej, gdzie – wsłusznie sławnym fragmencie – czytamy:

Asłowo zciemności wyjawione było gruszka.

Krążyłem dokoła niego podskakując to próbując skrzydełek.

Akiedy już-już piłem zniego słodycz oddalało się.

Więc ja do cukrówki – wtedy kąt ogrodu,

Złuszczona biała farba drewnianych okiennic,

Krzak dereniu iszelest przeminionych ludzi.

Więc ja do sapieżanki – wtedy zaraz pole

Za tym, nie innym, płotem, ruczaj, okolica.

Więc ja do ulęgałki, do bery ido bergamoty.

Na nic. Między mną igruszką ekwipaże, kraje.

Itak już będę żyć, zaczarowany.

(Miłosz 1984, zob. także Miłosz 1997,

oraz Fiut 1998 oznaczeniu tej polemiki)

Jak łatwo zauważyć, oba rodzaje poetyckich „definicji” przedmiotu mają cechę wspólną: omijają konsekwentnie istarannie jego atrybucje funkcjonalne, rysy istotne wnaukowym opisie, wybierając te, które przedmiot uzyskuje wbezinteresownej estetycznej kontemplacji (Stevens) bądź whistoryczno-kulturowych konotacjach słowa, anie jego denotacyjnej „obiektywności” (Miłosz). Proponują jednak – wramach tej samej nowoczesnej literackiej estetyki – skrajnie odmienne rozwiązania. Miłosz bowiem brawurowo odwraca tu Stevensowski punkt widzenia – zfikcji „niewinnego oka” (biorącego wnawias wcześniejszą wiedzę) iopisującego niejako od początku nieznany sobie przedmiot – na fikcję „nieludzkiego” obserwatora wogrodzie rzeczywistości, któremu poznanie zarówno istoty rodzajowej przedmiotu, jak ijego unikatowej jednostkowości nieodwracalnie przesłaniają obrazy konkretnych egzemplarzy rozmaitych gatunków wkonkretnej czasoprzestrzeni („bery”, „cukrówki”, „sapieżanki”, „Za tym, nie innym płotem, ruczaj, okolica”). Pozwalają się one uchwycić wswej historycznej, egzemplarycznej konkretności dzięki ludzkiej pamięci, wiedzy iwyobraźni, aprzede wszystkim dzięki językowi, który najwierniej przechowuje kulturową naturę rzeczy iludzi. Toteż wtym przypadku niepowodzenie przedsięwzięcia („Na nic. Między mną agruszką ekwipaże, kraje”) nie tyle skłania do rezygnacji, co do zakwestionowania takich poszukiwań. Nie ma gruszki samej wsobie, zdaje się mówić Miłosz, nikt nigdy nie widział „gruszki wogóle” – więc istawianie przed literaturą zadania uchwycenia takiego nieistniejącego przedmiotu to skazywanie jej na pogoń za chimerą, to redukowanie jej do roli owej „najwyższej fikcji”. Istnieją oczywiście gruszki poszczególne, których zkolei ani język, ani intelekt nie potrafi „dosięgnąć”; nie stajemy nigdy „oko woko” ztym, co prawdziwie indywidualne (individuum est ineffabile, wiedział to już Arystoteles, wiedzieli ischolastycy). Tego, co jednostkowe, nie potrafimy uchwycić inaczej, niż wsiatce prototypowych kategoryzacji – spośród nich zaś najbliższe kulturowej indywidualności przedmiotu okazują się te, które wynajduje poetycka sztuka. Można powiedzieć, że widziana wtej perspektywie polemika Miłosza ze Stevensem obrazuje przy okazji zasadniczy spór między dwiema najważniejszymi orientacjami nowoczesnej literatury: tej, która poszukując esencji (istoty przedmiotu czy rzeczywistości) kończy na kulcie sztuki, ubóstwieniu samej siebie – oraz tej, która dążąc do uchwycenia „całej” rzeczywistości wjej niepowtarzalnej jednostkowości kończy na pielęgnowaniu ipieczołowitym utrwalaniu wszelkich (nawet najbłahszych) przejawów „wielowarstwowych konkretów” (to określenie Miłosza), zktórych składa się ludzkie doświadczenie realności.

3

Przechodzę teraz do następnego rodzaju przedmiotu iodmiany literackiego poznania, które przypisać można dziełu (apochodnie iliteraturze czy sztuce wogólności). Najbardziej rozpowszechniony pogląd na naturę dzieła sztuki (plastycznego obrazu czy literackiego tekstu) polega na uznaniu, iż zawiera ono zespół cech istotnych, czyli takich, które są jego obiektywnymi, nie zależnymi od podmiotu inie uwarunkowanymi przez kontekst własnościami. Właściwy odbiór takiego obiektu polega, jak się zdaje, na dokonaniu trzech operacji: 1. na odsunięciu (czy zawieszeniu) wszelkich poznawczych, wartościujących czy emocjonalnych nastawień, uwarunkowań i „przedsądów”, które mogłyby zniekształcić naszą percepcję; następnie 2. na zidentyfikowaniu określonych cech konstytutywnych, których obecność (lub brak) umożliwia nam 3. rozpoznanie jego kategorialnej przynależności (tzn. tego, czy np. mamy do czynienia zdziełem sztuki czy obiektem użytkowym, arcydziełem czy kiczem, wierszem czy prozą). Krótko mówiąc, uważamy, iż to co odczytujemy jest poetyckim dziełem sztuki, ponieważ jego język odznacza się własnościami, które rozpoznajemy jako istotnie poetyckie; uważamy też, że oglądamy np. mistrzowskie dzieło renesansowego malarstwa, ponieważ odznacza się stylem iplastycznymi rozwiązaniami, które rozpoznajemy jako ucieleśnienie najwyższych ambicji, możliwości izadań sztuki tamtego okresu itp.

Ten pogląd na naturę dzieła icharakter poznania artystycznego, przenoszący na teren sztuki cechy nowożytnego poznania naukowego przedmiotu fizycznego, pozwalał traktować wyniki artystycznego poznania wscjentyficznych kategoriach prawdziwości iobiektywnej sprawdzalności: jeśli dzieło sztuki zawiera obiektywne (niezależne od obserwatora ikontekstu) własności, to ich uchwycenie irozpoznanie jest nie tylko możliwe, ale iwymagane do poprawnej interpretacji, która zasadniczo winna przynieść pełne iostateczne wyjaśnienie dzieła. Wszelkie rozbieżności odczytania są tu traktowane jako usterki procesu poznania; rezultat błędów wsztuce, niedostatków wiedzy czy umiejętności. Jak łatwo zauważyć, siłą tej koncepcji jest poznawczy optymizm iwzmacnianie dobrego samopoczucia badaczy (poznanie bowiem pełne ipewne jest tu zawsze możliwe); słabością zaś skłonność do pomijania wszystkiego, co mogłoby jej przeczyć, aco zbiegiem XIX i(zwłaszcza) XX wieku zdecydowało ojej podważeniu czy przynajmniej krytycznym przewartościowaniu.

Świadomość, że właściwości dzieła sztuki jedynie pozornie – czy na tzw. pierwszy rzut oka – mają charakter obiektywny, bezpośrednio dostępny podmiotowi iautonomiczny (nie uwarunkowany przez kontekst), ajego odbiór, lekturowe doświadczenie czy estetyczne przeżycie jedynie uchodzą za spontaniczne iindywidualne, stosunkowo niedawno utorowała sobie drogę wdziejach refleksji osztuce iliteraturze. Jedną znajwcześniejszych obserwacji tego rodzaju jest ta oto uwaga zpołowy XIX wieku:

Nie będę zbyt zuchwałym utrzymując – pisał Julian Klin-Kaliszewski wSzkicach zroku 1868 – że ani jedenz podziwiających Rafaelowskie arcydzieło nie zachwyca sięz głębi przekonania ale na zasadzie, jeżeli ukształcony, oklepanych formułek znawstwa sztukilub też, wedle przysłowia „za panią matką pacierz”, na wiarę iokrzyk uwielbienia innych” (podkr. – RN) (Klin 1868).

Klin – nasz czołowy, acz zapomniany pre-modernista ioryginalny eseista – zmierza wdalszym ciągu swych dywagacji do (prekursorskiej – tu, przede wszystkim, wsensie „pre-Benjaminowskiej”) obserwacji, wedle której dzieło sztuki straciło swą siłę auratycznego oddziaływania iprzemieniło się wmelancholijną pamiątkę; jak sam powiada, stało się dla jemu współczesnych „pięknym zabytkiem” (Klin, tamże), zktórym nie potrafią nawiązać żadnego autentycznego (intelektualnego, estetycznego czy emocjonalnego) kontaktu – ato, jak można wnosić, zpowodu radykalnej przemiany wrażliwości izainteresowań. Warte uwagi są jednak także inne jeszcze konsekwencje jego refleksji, zwłaszcza gdy spojrzeć na nią jako na pre-Gombrowiczowską zducha instytucjonalną krytykę statusu inatury poznania dzieła sztuki. Jakoż fakt, że nie mamy zdziełem sztuki bezpośredniego kontaktu, wynika – wświetle obserwacji Klina – nie tylko ze względów wyżej wymienionych, lecz zpowodów bardziej zasadniczych, leżących ipo stronie dzieła, ipoznającego.

Po stronie dzieła, gdyż „Rafaelowskie arcydzieło” nie ukazuje patrzącemu wyłącznie swych obiektywnych malarskich właściwości, lecz także wyraźne wskazówki mówiące ojego pochodzeniu, wartości, społecznej ocenie, kulturowym statusie (autorska atrybucja, miejsce wmuzeum, sposób eksponowania etc.). Można by powiedzieć, że nie stajemy nigdy oko woko zdziełem samym wsobie; przedmiot artystyczny ukazuje się nam bowiem łącznie zkontekstami iznaczeniami, które określają jego wartość isens; staje przed nami zawsze już – jeśli można się tak wyrazić – opakowany, owinięty we wcześniejsze odczytania (Sławiński 2000), atakże wyposażony we wspólnotową (przyjętą wdanej kulturze) instrukcję odbiorczej „obsługi” jego pozycji ifunkcji; dochodzi do nas rozpoznany, zinterpretowany, oceniony – włączony winstytucjonalny porządek tradycji ikultury. Po stronie patrzącego, gdyż ten jedne „przedsądy” – własne upodobania, percepcyjne nawyki istereotypowe reakcje – próbować może zastąpić jedynie innymi: wiedzą samodzielnie zdobywaną lub nabytą, zdrugiej ręki pochodzącą (np. informacją zbedekerów, wchodzących właśnie wówczas wmodę), czy nawet „stadną” reakcją wymuszoną na jednostce przez zbiorowość. Aijedne, idrugie wykluczają nie tylko możliwość bezpośredniego przeżycia, ale i(jak się powiada) poznanie prawdziwej natury iwartości dzieła sztuki. Wrezultacie postrzeganie wydaje się tak silnie uwarunkowane naszą uprzednią wiedzą, że nie potrafimy rozstrzygnąć, czy cechy obiektu są rezultatem odkrycia jego obiektywnych znamion, czy też rzutowania nań własności percepcyjnego schematu.

Nazwałem tę uwagę pre-Gombrowiczowską przez pamięć na, powstały wsto lat prawie od obserwacji Klina, sławny pamflet Przeciwpoetom. Gombrowicz nie tylko stawia tam prowokującą tezę, „iż nikt prawie nie lubi wierszy iże świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz sfałszowanym”, ale też skutecznie ośmiesza obiektywistyczne założenia tradycyjnej estetyki, głoszące, iż „sztuka zachwyca nas, ponieważ jest piękna”. Następnie argumentuje: „Czy myślicie, że gdyby nas wszkole nie zmuszano do zachwycania się sztuką, mielibyśmy dla niej, wpóźniejszym wieku, tyle gotowego już zachwytu? Czy sądzicie, że gdyby cała nasza organizacja kulturalna nie narzucała nam sztuki – my byśmy się nią tak interesowali?” Na koniec zaś tak podsumowuje swój wywód, parafrazując nieomal przy okazji określenia swojego zapomnianego poprzednika: „Wszyscy «zachowują się» jak gdyby byli zachwyceni, choć nikt nie jest «naprawdę», wtym przynajmniej stopniu, zachwycony. [...] widocznie tak ma być ijest zgodne znaturalnym porządkiem rzeczy, aby sztuka, podobnie jak zachwyt, który budzi, były raczej dziełem ducha zbiorowego niż bezpośrednią reakcją jednostki” (Gombrowicz 1997). Świadomość kulturowego uwarunkowania poznania (wtym idzieła sztuki), która Gombrowicza doprowadziła wpobliże tzw. instytucjonalnej teorii sztuki, należy dziś już, wsensie ogólniejszym, do wiedzy prawie potocznej, nieomal powszechnie uznawanej, ale nie zawsze tak było. Wiele wskazuje na to, że było toodkrycie nowoczesnych, źródło doświadczanego przez nich kryzysu poznawczego oraz główny problem, którego rozwiązywanie określało wnastępstwie specyfikę poszukiwań teoretycznych.

Odwołam się do jeszcze jednej refleksji podobnego rodzaju, zokresu niewiele późniejszego od powstania uwag Klina: do refleksji, która rozszerza iuogólnia podobne obserwacje na proces ludzkiego poznania wogóle. Oto fragment rozważań Henryka Bergsona, wyjęty zwykładu skierowanego do adeptów Sorbony w1895 roku:

Nareszcie zauważyliśmy przed naszymi pomnikami iwnaszych murach cudzoziemców, którzy wręce trzymają otwartą książkę, gdzie znajdują bez wątpienia opis cudów, które ich otaczają. Pochłonięci tą lekturą czy nie zapominają oni czasem, zdaje się, dla niej opięknościach, które zobaczyć przyszli? Tak też wielu między nami podróżuje poprzez byt,z oczyma utkwionymiw formuły,które czytająw pewnego rodzaju przewodniku wewnętrznym,zapominając spoglądać wżycie, czytają, by się kierować jedynie tym, co się mówi, imyśleć zwyczajnie raczej osłowach niż orzeczach, lecz może jest wtym coś więcej icoś lepszego niż roztrzepanie umysłu. Może jakieś prawo naturalne ikonieczne chce, by nasz umysł początkowo przyjmował idee gotowe iżył pod pewnego rodzaju opieką oczekując odkładanego uniektórych ustawicznie aktu woli, przez który by się sam od nowa wzmocnił? (...) stają one uniego [te „idee gotowe”] między okiem aprzedmiotem, przedstawiając wygodne uproszczenie; uwielu spomiędzy nas będą one stawały wten sposób tak długo, aż sztuka przybędzie, by nam otworzyć oczy na naturę (podkr. – RN) (Bergson 1911).

Metafora turysty należy wdzisiejszej antropologii isocjologii kultury do najpopularniejszych obrazowych środków charakterystyki współczesnego sposobu życia. Dość wspomnieć choćby oklasycznych już propozycjach typologicznych Zygmunta Baumana (Bauman 2000 zob. też MacCannel 2002), wktórych tę właśnie metaforę wykorzystano do charakterystyki alegorycznej figury „turysty”, która obok „włóczegi” i„nomady” stała się modelowym zobrazowaniem głównych ponowoczesnych wzorów osobowych (ilustrując sytuację jednostek pozbawionych zakorzenienia iżyciowego celu wopozycji do dawnego wzoru „pielgrzyma”, który swego celu nigdy nie tracił zoczu bez względu na to, czy usytuowany on był wwieczności, czyw doczesności). Bergson sięga po tę metaforę zpodobnego powodu: unaocznienia istotnych cech aktualnego wzoru osobowego; choć, jak się okazuje, widzi wnim – bodaj zwiększym uzasadnieniem – kwintesencję specyficznie nowoczesnych uwarunkowań egzystencjalno-poznawczych, wjakich znalazł się człowiek na przełomie XIX iXX wieku.

Podstawą „turystycznego” metaforycznego przeniesienia jest bowiem ufilozofa porównanie pozycji człowieka wuniwersum do sytuacji obcego, „cudzoziemca” znajdującego się na nieznanym sobie terytorium irozpoznającego wnim jedynie to, co udostępnia mu jego uprzednio zgromadzona podręczna („przewodnikowa”) wiedza; porównanie nadzwyczaj dobrze przystające do doświadczenia artykułowanego przez nowoczesnych myślicieli ipisarzy. Owa wiedza „gotowa” „staje między okiem aprzedmiotem”, powiada dalej Bergson iprzywołuje tym samym klasyczny dualistyczny model poznania. Zgodnie znim mamy tu bowiem po jednej stronie obiektywny, nieuwarunkowany świat, po drugiej niezależny podmiot, pomiędzy nimi zaś siatkę językowo-kulturowych kategorii iwyobrażeń, która, deformując rezultaty poznania, buduje równocześnie symboliczne uniwersum społecznej rzeczywistości zapewniające człowiekowi „pewnego rodzaju opiekę”.

Bergson argumentuje dalej, że zadaniem filozofii oraz nauk szczegółowych jest dostarczenie (wynalezienie) specjalnych narzędzi – metod, technik, słowników pojęciowych – pozwalających przedrzeć się przez warstwę owych codzienno-praktycznych wyobrażeń do rzeczywistości podstawowej iuchwycić ją bez zniekształceń wypływających zuwarunkowań właściwych poznaniu potocznemu. Wysoki prestiż sztuki wjego koncepcji bierze się najwyraźniej zprzyznanego jej statusu wzorcowego przykładu wypełniania (sobie właściwymi środkami) tego najtrudniejszego zadania poznawczego dla nowoczesnej świadomości: sztuka (literatura) zmusza nas bowiem do odrzucenia rutyny percepcyjnej, automatyzmów języka, stereotypów pojęciowych (ucząc przy okazji, jak to robić), iwten sposób „otwiera nam oczy na naturę”. Poznanie artystyczne, dawniej traktowane jako niedoskonała, skażona dowolnością iwłasnymi słabościami forma poznania prawdziwego, staje się wBergsonowskiej perspektywie modelem ludzkiego poznania wogóle, wtym zwłaszcza poznania kulturowej rzeczywistości.

Zatrzymałem się przy tej przygodnej, na pozór nie związanej bezpośrednio ztematem uwadze Bergsona, gdyż wmoim przekonaniu tkwią wniej wzarodku podstawowe idee, które niedługo potem określać będą założenia ispecyficzne rysy nowoczesnej teorii literatury (co może nie jest skojarzeniem nazbyt ekscentrycznym, jeśli pamiętać osile inspiracji myśli tego filozofa na dwie najbardziej wpływowe szkoły literackiej myśli krytycznej Ipołowy XX wieku: rosyjskich formalistów oraz anglosaskich imagistów inowych krytyków – ito wkluczowym, najwcześniejszym okresie krystalizacji ich teoretycznych poszukiwań). Ztym wszystkim, jest to oczywiście tylko przykład świadczący oobecności określonych przekonań teoretyczno-poznawczych wświadomości intelektualnej epoki, uprogu narodzin nowoczesnego dyskursu teoretycznego.

Chciałbym teraz powołać trzeciego (po Klinie-Kaliszewskim iBergsonie) świadka wtym procesie wytoczonym esencjalistycznemu (awspółcześnie także zdroworozsądkowemu) poglądowi na naturę dzieła sztuki icharakter jego poznawania. Chodzi oStanleya Fisha, literaturoznawcę tyleż oryginalnego, co pomysłowego. WartykuleJak rozpoznać wiersz, gdy się go widzi (Fish 2002, zob. także Kalaga 2001) Fish opowiada oeksperymencie, jaki przeprowadził na swoich studentach zuniwersytetu wBuffalo, gdzie prowadził 2 kursy: językoznawczy (poświęcony problemom współczesnej stylistyki) iliteraturoznawczy (skoncentrowany na angielskiej poezji religijnej XVII wieku). Po zajęciach językoznawczych przychodzili studenci kursu poezji metafizycznej, którzy zastali na tablicy taki napis:

Jacobs-Rosenbaum

Levin

Thorne

Hayes

Ohman (?)

Fish wyjaśnia, że były to nazwiska czołowych językoznawców, zajmujących się przystosowywaniem założeń gramatyki transformacyjno-generatywnej do potrzeb analizy stylistycznej (pytajnik postawiony po ostatnim wziął się stąd, że badacz nie mógł sobie przypomnieć, jak pisze się to nazwisko, przez jedno czy dwa „n”). Tę listę nazwisk na początku następnych ćwiczeń zgrupą literaturoznawczą obwiódł wramkę, informując, że jest to religijny wiersz tego samego rodzaju, jak te, nad którymi studenci wcześniej pracowali, ipoprosił ojego interpretację. Nie będę relacjonował tu szczegółowo tego procesu zbiorowej lektury. Powiem tylko, że prośba została ochoczo podjęta. Pierwszy student uznał tekst za rodzaj hieroglifu, nie mógł się jedynie zdecydować, czy nadano mu kształt krzyża czy ołtarza. Następni podjęli wyzwanie: nazwisko Jacobs uznano za odniesienie do Jakubowej drabiny [Jacob’s ladder]; nazwisko Rosenbaum – za aluzję do drzewa różanego (tu dostrzegano oryginalność ujęcia: drabina Jakubowa, ta tradycyjna alegoria wstępowania chrześcijan do nieba, została zastąpiona przez różane drzewo, co interpretowano jako odniesienie do Marii dziewicy, którą często określano jako pozbawioną kolców różę). Rozpoznanie wtekście ikonograficznej zagadki skłoniło zkolei do pytania: jak człowiek może wspiąć się do nieba za pomocą drzewa różanego? – na które odpowiedź przyniosła hipoteza: dzięki owocowi tego drzewa, owocowi złona Marii, Jezusowi; hipoteza, wzmocniona przez wykładnię słowa Thorne [cierń], „woczywisty sposób” odnoszącego się do korony cierniowej, symbolu cierpień iceny, jaką zapłacił za zbawienie nas wszystkich... itp., itd. Wspomnę jeszcze tylko, że ostatnie słowo uzyskało aż trzy wspierające się wzajemnie wyjaśnienia: mógł to być: 1. omen (wiersz bowiem dotyczy zapowiedzi czy proroctwa); 2. wykrzyknik „O, człowieku! (Oh, Man – wiersz mówi wszak otym, jak historia człowieka przenika się zplanem Bożym); iwreszcie, 3. słowo to może oznaczać po prostu amen (jako właściwe zakończenie utworu głoszącego chwałę miłości iłaski Bożej). Po takiej lekturze, wspomina Fish, nikt nie był zaskoczony, gdy ktoś zauważył, że najczęściej pojawiającymi się literami wtym tekście są: S, O, N...

Ta przydługa, ale chyba pouczająca anegdota, prowadzi samego Fisha do wniosku odalekosiężnych konsekwencjach: oto nieprawdą jest, że najpierw identyfikujemy cechy konstytutywne danego tekstu, aby wrezultacie rozpoznać go jako np. odmianę wiersza; jest bowiem odwrotnie: pierwotny jest akt rozpoznania, widzenia czegoś jako czegoś (należącego do określonej, znanej nam kategorii). Akt ten uruchamia wiedzę, techniki isprawności umożliwiające zidentyfikowanie (poszukiwanych ioczekiwanych) cech konstytutywnych utworu. Interpretacja – konkluduje badacz – nie jest sztuką objaśniania, lecz konstruowania; interpretatorzy nie odczytują wierszy, oni je „tworzą”.

Przywołuję to radykalne, skrajne stanowisko, nie po to, by proklamować erę Fisha izniechęcać (czego Fish zresztą nie czyni) do filologicznej edukacji. Henryk Markiewicz (Markiewicz 2003) wbłyskotliwej krytyce tego stanowiska odsłonił zresztą skutecznie jego słabe punkty. Zdaniem tego uczonego chodzi tu przede wszystkim onarzucenie kierunku interpretacji przez prowadzącego oraz uniwersalizację stronniczo dobranych przykładów, nie liczącą się z„opornością” potencjału semantycznego tekstu przed dowolnymi lekturami (eksperyment nie udałby się zapewne, zdaniem krytyka, zlistą „Jauss, Iser, Bleich, Tompkins, Lem” – udałby się, choć inaczej, zlistą „Ingarden, Bloom, Vodicka, Fish, Holub”, gdyby ją interpretować jako „sielankowe haiku: «W ogrodzie kwiat, wwodzie ryba, wjej odbiciu gołąb»”). Wkonkluzji swej krytycznej argumentacji Markiewicz zwraca uwagę na aktualność zasadniczej kwestii – nie tyle rozwiązanej, co przesuniętej na inny poziom: tego, czym wistocie spowodowane jest określone nastawienie czytelnika (wspólnoty interpretacyjnej). Co symptomatyczne jednakże, sugerowana przez niego odpowiedź: „rozpoznaniem wutworze pewnych własności uważanych przez daną wspólnotę interpretacyjną za poetyckie” (podkr. R.N.) – ma wszakże sama, warto zauważyć, podobną postać (swoistego wariantu hermeneutycznego koła), odtwarzającego ów mechanizm sprzężenia zwrotnego pomiędzy tym, co zakładamy, atym, co rozpoznajemy (widzimy to, co spodziewamy się zobaczyć i/lub to, co widzimy, kształtuje nasze oczekiwania); mechanizm, którego obnażeniu idostrzeżeniu służył m. in. właśnie przykład analizowany przez Fisha.

Ten prowokacyjny eksperyment – nie jedyny (zob. do podobnych wniosków prowadzące socjologiczne analizy Bourdieu – Bourdieu 2005) – uwrażliwia nas bowiem wkażdym razie, na dwie istotne cechy współczesnej samowiedzy badawczej. Po pierwsze, uczula nas na skutki nie uświadamianych zazwyczaj oddziaływań interpretacyjnych założeń podzielanych przez tę grupę czy wspólnotę, do której należymy (wujęciu Fisha bowiem nikt nie może czytać jak chce, tzn. poza wspólnotą). Ztych przyczyn wypada więc oddać Fishowi (atakże jego pobratymcom isympatykom neopragmatyzmu), przynajmniej minimum tego, co mu (iim) się należy: bez radykalnej, pomysłowej, silnie perswazyjnej retoryki tego rodzaju argumentacji mit „tekstu samego wsobie” oraz pozahistorycznych esencji „literackości” święciłby jeszcze długo tryumfy. Po drugie zaś ów eksperyment pozwala również sobie uświadomić dalekosiężne konsekwencje Fishowskiego metodologicznego gestu, sięgające istotnych założeń całej filologicznej edukacji.

Są one przede wszystkim ostentacyjnie anty-hermeneutyczne, wsensie podważenia większości kluczowych założeń klasycznej teorii interpretacji. Widać to bardzo wyraźnie, jeśli np. zestawić poglądy Fisha zesławną interpretacyjną dewizą Lutra, stojącą upoczątków hermeneutyki nowożytnej (sola scriptura; sensus non est efferendus, sed inferendus – tylko pismo; znaczenie nie jest wnoszone, lecz wynoszone), głoszącą zdolność każdej jednostki do indywidualnego uczestnictwa wudzielającej się prawdzie Pisma (przeciw nakazom czy wskazówkom instytucjonalnych wykładni wspólnoty – Kościoła). Tymczasem dewiza Fisha brzmiałaby raczej: sola communia: sensus non est inferendus, sed efferendus... Jakoż tutaj „prawda” tekstu jest przez nas właśnie nieuchronnie wnoszona (za sprawą „przymusowego” uczestnictwa wżyciu – azatem iprzyswojenia, internalizacji zasad – interpretacyjnej wspólnoty), anie skrupulatnie wynoszona (dzięki nabytym – żmudnym wysiłkiem filologicznej edukacji autonomicznego podmiotu – interpretacyjnym sprawnościom ikompetencjom). Tego rodzaju argumentacja zmierza zarówno do przemieszczenia pozycji literatury (sytuowanej tutaj wramach instytucjonalnych praktyk kulturowych), jak ido przemiany statusu literaturoznawczego dyskursu (którego metody są nie tylko sposobem poznawania, ale inarzędziem identyfikowania dzieła literackiego). Chodzi tu więc rzeczywiście ozmiany obardzo rozległych konsekwencjach.

4

Pora na krótkie podsumowanie tych bardzo wybiórczych sondażowych jedynie uwag okulturowej naturze przedmiotów literackiego poznania – tzn. tego, którym jest przedmiot konstruowany izinterpretowany wdziele literackim, oraz tego, którym jest dzieło jako przedmiot literaturoznawczej interpretacji. Po pierwsze, należy wyciągnąć wnioski zlekcji, którą daje nam sama literatura. Otóż przynajmniej wswej nowoczesnej poetyckiej odmianie (ito obu wspomnianych wyżej orientacji) literatura mówi oprzedmiocie tego rodzaju, którego nie powinniśmy utożsamiać ani zprzedmiotem fizycznym (bez względu na zwodnicze czasem podobieństwa), ani zprzedmiotem idealnym (będącym poetycko-filozoficzną ideą „przedmiotu samego wsobie”). Jest to bowiem literacko-kulturowy konstrukt przedmiotu jako „wielowarstwowego konkretu”; wielowarstwowego, bo wpisanego wludzką historię ikulturę, przez człowieka przeżytego idoświadczanego, przenikniętego więc znaczeniami, wartościami, które stanowią ojego kulturowej naturze. Po drugie, artystyczna forma językowej artykulacji służy tu nie tylko jako zwykłe narzędzie czy medium tego „literackiego poznania”, lecz również jako istotny składnik „przedmiotowości” owego przedmiotu, który wszak dopiero za sprawą literackiej prezentacji uzyskuje swą istotną postać, tożsamość isens.

Po trzecie, trzeba, jak sądzę, przystać na to, co tak wnikliwie spostrzegł Klin-Kaliszewski: wprzypadku dzieła sztuki nie jesteśmy wstanie skutecznie oddzielić obiektywnych cech iwartości dzieła sztuki od uprzedniej wiedzy podmiotu oraz rozległych izróżnicowanych sensów iocen wnoszonych przez kulturowe wspólnoty, które wrównym stopniu określają jego naturę. Po czwarte, trzeba też wyciągnąć wnioski znauki Bergsona (który Klina prawo kierowania się „oklepanymi formułkami znawstwa sztuki” uniwersalizuje – czyniąc je, można powiedzieć, zasadą „formularności” ludzkiego poznania wogóle): kulturowe uwarunkowania poznania sprawiają, że nie potrafimy skutecznie oddzielić treści doświadczenia od warunków przejawiania się jej wtym doświadczeniu (czyli tego, co poznajemy, od sposobu, okoliczności czy medium, które poznaniu owej rzeczy służy). Wypada wreszcie – po piąte – zgodzić się na przynajmniej jedną zkonsekwencji tezy Stanleya Fisha (który zkolei wyciąga skrajne wnioski zdostrzeżonego przez Klina, apotem przez Gombrowicza, prawa „stadnego zachwycenia” – ulegania presji dominującej reakcji wspólnoty): również wprzypadku literaturoznawczej interpretacji nie potrafimy wyraźnie oddzielić cech sposobu poznania (języka opisu) od cech przedmiotu (rezultatu); nie umiemy ostatecznie rozstrzygnąć, czy to, co opisujemy, jest odkrywane wtekstach, czy też jest efektem zastosowanych konwencji analitycznych.

Rozpocząłem, krótko mówiąc, od przywołania rozpowszechnionego intuicyjnego poglądu onieuwarunkowanych kulturowo, autonomicznych własnościach przedmiotu dzieła sztuki idzieła sztuki samego, doszedłem zaś do uznania kultury nie tylko za ważny kontekst, ale ikonieczny, ontologiczny składnik tyleż przedstawianego wsztuce przedmiotu, co samego dzieła sztuki. Można by powiedzieć, że owa kulturowa natura polega na tym, iż przedmiot, októrym mówi dzieło iktóry ono samo stanowi – odznacza się kulturowo zinstytucjonalizowaną „intencjonalnością” (powstałą wramach wspólnotowego doświadczenia danej historycznej społeczności) (Margolis 2004), za sprawą – iwobrębie – której osiąga on znaczenie artefaktu: ontologiczną odrębność, poznawczą stabilność znaczeniowego przekazu oraz obiektywność swej estetycznej wartości. Tłumaczyłoby to, choć wpewnej mierze, dlaczego rozumienie tekstu literackiego nie może się obyć bez wysiłku zdobywania szerszej wiedzy okulturze. Azdrugiej strony pozwalałoby może też zrozumieć zawrotną niekiedy karierę, jaką winnych naukach humanistycznych zrobiły literaturoznawcze metody czy kategorie – pierwotnie stworzone iwydoskonalone, jak wiadomo, dla analizy dyskursu literackiego; tego zapewne najbardziej wyrafinowanego zdyskursów pojawiających się wkulturze. Widać to zresztą wyraźnie właśnie dziś, kiedy kultura wliteraturze iliteratura wkulturze „przeglądają się wsobie”, odnajdując wswych odbiciach długo zapomniane, marginalizowane czy nawet tłumione cząstki swych rzeczywistych własności, atakże cząstki prawdy owłasnej – odpowiednio: tekstowej ikulturowej – naturze.

5

Na sytuację tę spojrzeć warto też wkategoriach socjologicznych, czy raczej instytucjonalno-pragmatycznych – ito również wwymiarze historycznym. Świadomość kulturowych uwarunkowań poznania humanistycznego, wtym zaś wiedzy oliteraturze, aliteraturoznawczego dyskursu wszczególności, zbiega się wczasie, jak się zdaje, zprocesem profesjonalizacji wiedzy, znamiennym dla rozwoju społecznego wdobie nowoczesności, kiedy to poszczególne „profesje” uzasadniają swą rację bytu iuprzywilejowany status poprzez roszczenie sobie prawa do wyłącznego dostępu do pewnych obszarów wiedzy uważanych za ważne dla całego społeczeństwa (Fish 1995, Bourdieu 2005). Ta zbieżność nowoczesnego światopoglądu znarodzinami profesjonalizmu (widoczna choćby wcytowanej opinii Klina) nie jest przypadkowa; przeciwnie, wolno wniej dostrzec silną relację wynikania, wktórej dyscyplinowa profesjonalizacja wiedzy (zwłaszcza nauk humanistycznych) stanowi swoistą „odpowiedź” na kryzys poznania. Wiedza orzeczywistości (w tym i o naturze) wczasach nowoczesnych jawi się bowiem jako warunkowana przez społeczeństwo ikulturę. Nie wszystkie wszakże rodzaje wiedzy podlegają, jak się uznaje, owym uwarunkowaniom wtym samym stopniu: najsilniej poddana jest im wiedza potoczna (doxa), najmniej – nauki ścisłe. Nauki humanistyczne natomiast, zajmujące pozycję pośrednią pomiędzy tymi skrajnościami, wypracowują specjalne typy badawczego dyskursu (metod poznania), które prezentują się jako zdolne do uwolnienia się od owych ograniczeń iuchwycenia obiektywnej rzeczywistości, zdobycia wiedzy otym, co nieuwarunkowane.

Oznacza to, że także wiedza osztuce czy wiedza oliteraturze przestaje być dziedziną kultury zistoty swej przeznaczoną idostępną dla wszystkich; jej odbiór, zrozumienie, anawet przeżycie wymaga wcoraz większym stopniu wiedzy isprawności osiąganych poprzez specjalistyczne kształcenie, które pretenduje do roli jedynego narzędzia oferującego skuteczne remedium na zniekształcenia iograniczenia poznania potocznego. Wtym sensie można by postawić hipotezę, że nowoczesna teoria literatury zakłada konieczność profesjonalizacji dyskursu oliteraturze; przy czym założenie to motywowane jest nie tylko wspomnianymi wymogami fachowej wiedzy tyczącej artystycznej iewolucyjnej specyfiki „przedmiotu”, ale przede wszystkim problemami wynikającymi zkulturowych uwarunkowań procesu poznania, których rozwiązanie (czy bodaj zneutralizowanie) obiecywała zapewnić profesjonalna procedura, jako dająca ów wyłączny dostęp do obiektywnej wiedzy odziele sztuki.

Ztego punktu widzenia można by powiedzieć, iż nowoczesny dyskurs teoretycznoliteracki rozwijany jest woparciu o następujące założenia podstawowe, które nieomal do dziś pozostały układem odniesienia, wiążącym dla wszelkich dociekań nauki oliteraturze:

1. Kulturowe uwarunkowania humanistycznego poznania sprawiają, że nie potrafimy skutecznie oddzielić treści doświadczenia od warunków jej przejawiania się wtym doświadczeniu. To, co myśl odkrywa, od razu nią się staje; co da się wjęzyku wypowiedzieć, język współkonstytuuje – ludzka wiedza może mieć jedynie subiektywny, relatywny, iwefekcie nieprawomocny poznawczo charakter.

2. Profesjonalne metody literaturoznawczego poznania umożliwiają wszakże stworzenie specyficznych technicznie warunków, zapewniających dostęp do owej nieuwarunkowanej, obiektywnej rzeczywistości – ito takiej, zktórą na innej drodze nie możemy wejść wkontakt. Mamy tu najwyraźniej do czynienia zwzorowaniem się na idei – czy: zprzeniesieniem chwytu – „przywileju poznawczego”, przez który literatura nowoczesna określała swą odrębność ispecyfikę, na obszar wiedzy humanistycznej. Amożna mówić ouprzywilejowanej pozycji zdwóch powodów: a) przypisania językowi literatury wyższego stopnia wstosunku do języka potocznego istąd nieskażonego jego ograniczeniami; oraz b) uznania jej roszczeń do zapewnienia wyłącznego dostępu poznawczego do tego aspektu rzeczywistości, który nie daje się zredukować ani do znaczenia praktyczno-instrumentalnego, ani do znaczenia pojęciowego.

Teoretycznoliteracki dyskurs uprawomocnia się więc podobnie jak literatura nowoczesna; przez roszczenie do posiadania owego uprzywilejowanego statusu oraz dostępu do pewnych obszarów wiedzy – społecznie cenionych m.in. za walory „kulturowego kapitału” (jak powiada P. Bourdieu). To zaś pozwala na równoczesne rozwiązanie kilku naraz problemów: a) wyprowadza zpułapki czy poznawczego impasu (skoro sposobu poznania nie daje się odróżnić od jego wyników, to skąd przekonanie oich prawdziwości); b) legitymizuje profesjonalizm iinstytucjonalizację literaturoznawczej działalności (jako jedynego zaradczego środka na relatywistyczne konsekwencje kulturowo uwikłanego poznania); c) zapewnia standard naukowości (przez przynajmniej teoretycznie postulowaną obiektywność wyników); d) przypisuje uprzywilejowany status dyskursowi teoretycznemu, atakże możliwości oddziaływania na literaturoznawczą praktykę (przez wprowadzanie czy narzucanie nowych słowników pojęciowych, kryteriów oceny poprawności procedur badawczych itp).

Zauważyć trzeba, że profesjonalizacja – stwarzająca normy funkcjonowania, kryteria oceny, zachowaniowe zwyczaje ocechach długiego trwania istąd oporne na zmiany – nigdy nie jest ostateczna. Zjednej strony towarzyszy jej krytyka, która wzmaga się zwłaszcza wokresach słabnięcia czy rozluźnienia rygorów pilotującej ją doktryny, adochodzi do głosu izzewnątrz, iod wewnątrz. Zwrócona jest ona najczęściej przeciwko wynaturzeniom czy uroszczeniom profesjonalizmu: zbytecznej hermetyczności języka, oderwanym od praktyki spekulacjom, jałowej produktywności wprawionej wruch przez mechanizmy awansu ikariery... Rzadko tylko krytyka ta skierowana bywa przeciwko samej profesjonalizacji – jako zawłaszczającej przez wąską grupę osobników mieniących się „specjalistami” dziedzinę kultury zistoty swej przeznaczoną idostępną dla wszystkich. Zdrugiej strony zaś przeobrażają ją środowiskowe zmiany zainteresowań oraz wpływ nowych orientacji preferujących odmienne rodzaje kompetencji ispecjalności.

Niemniej jednak, dopóki wyjściowe cele profesjonalizacji wiedzy nie zostają zakwestionowane, literaturoznawstwo zachowuje status autonomicznej dyscypliny, gwarantowany spełnianiem podstawowych wtej mierze kryteriów: odrębności przedmiotu oraz metody. To pierwsze spełnione zostaje wten sposób, iż rzeczywistości (sferze przedmiotowej) odkrywanej wtekście, czy też wrelacjach tekstu do czegoś poza nim przyznany zostaje charakter obiektywny (nie uwarunkowany sposobem poznania), aprzy tym swoisty dla dzieła literackiego; to odrębny „przedmiot”, który konstytuuje dzieło i(lub) dziedzinę literackości; przedmiot, który ani nie należy, ani nie jest sprowadzalny do innej sfery rzeczywistości. To drugie zaś – gdy się uznaje, że pełny, poprawny iwiarygodny opis owej rzeczywistości jest możliwy, azapewnić go może posłużenie się „licencjonowaną” metodą, specjalnie wypracowywaną przez teoretyków bądź też przez nich przejętą zinnych pokrewnych profesjonalnych dyscyplin izaadaptowaną do potrzeb badań literaturoznawczych.

Whistorii polskiej myśli literaturoznawczej tę paradygmatyczną rolę odegrała, jak wiadomo, orientacja strukturalna. Niewiele przesadzając można by powiedzieć, że od wczesnych lat sześćdziesiątych nieomal aż do dziś polski dyskurs literaturoznawczy rozwijany był (jeszcze bywa) wramach tej samej formuły instytucjonalnej organizacji nauki oliteraturze, której zręby kładziono przed czterdziestoleciem. Myślę tu opolskim strukturalizmie oraz jego ojcach założycielach imatkach założycielkach, ale widzianych tu przede wszystkim wroli konstruktorów instytucjonalnej struktury polonistycznej nauki oliteraturze, tworzonej nie tylko przez ich znany ipowszechnie doceniany wkład koncepcyjno-badawczy, ale (może nawet wwiększym stopniu) organizacyjny. Powołane do życia instytucjonalne formy organizacji naukowego życia, jak konferencje, serie wydawnicze, czasopisma; wdrożone edukacyjne programy różnych poziomów – przez podręczniki, opracowania pomocnicze, słowniki; zaakceptowane środowiskowo (przynajmniej wdużej mierze) wizje zintegrowanej izhierarchizowanej nauki oliteraturze oraz modelu kształcenia istandardów kompetencji literaturoznawczej – to dzieła iprzedsięwzięcia, które nie tylko przetrwały, ale które dziś określają poziom wewnątrzśrodowiskowej oczywistości oraz przestrzeń normalnego funkcjonowania badaczy literatury.

Nie ma tu miejsca na szczegółową analizę tego fenomenu, acz zpewnością polski strukturalizm ipolskie literaturoznawstwo na taką instytucjonalną analizę zasługuje. Nie mam zamiaru również przeczyć obecności, wartości iwpływowi innych orientacji badawczych ani też istnieniu odmiennych, szeroko zresztą reprezentowanych, rozumień zadań wiedzy oliteraturze oraz relacji ihierarchii pomiędzy jej działami (wstrukturalizmie zdominowanej przez teorię literatury, jak wiadomo). Jednak iwtym szerszym kontekście wkład strukturalnej orientacji wpolskie literaturoznawstwo pozostaje wyjątkowy itrudny do przecenienia. Zawdzięczamy mu bowiem, krótko mówiąc, faktyczną profesjonalizację dyscypliny (to znaczy osiągnięcie statusu normalnej nauki – wsensie Kuhna), jak też podtrzymywanie jej autonomicznego statusu za sprawą obrony (mimo wszystko) proklamowanej odrębności przedmiotu imetody.

Ta ostatnia cecha warta jest specjalnej uwagi. Jedynie bowiem woczach krytyków metoda analizy strukturalnej przypominała mechanizm samospełniającej się przepowiedni (jak wiadomo, struktura była tu tyleż narzędziem poznania, co jego rezultatem). Wopinii zwolenników była to właśnie metoda poznawczo uprzywilejowana jako operująca na poziomie metajęzykowym istąd nie nacechowana ewentualnymi uprzedzeniami czy „przedsądami”, neutralna, adająca (na prawach wyłączności) dostęp do nie uwarunkowanych przygodnymi kontekstami obiektywnych strukturalnych prawidłowości przedmiotu badania. Zachowanie – czy przynajmniej podtrzymywanie roszczenia do posiadania – owego przywileju poznawczego ma tu jednak znaczenie zasadnicze: zabezpieczało bowiem tyleż trwałość pozycji literaturoznawczej profesji, co jej dyscyplinową niezależność. Racją bytu istnienia owego wysoce wyspecjalizowanego technicznie sposobu badania nader specyficznego przejawu kulturowej działalności było przecież, można powiedzieć najogólniej, pomnażanie wiedzy orzeczywistości: wiedzy obiektywnej (tzn. nie zniekształconej przez warunki, wjakich była uzyskiwana), anieosiągalnej na innej drodze (winny sposób czy innymi metodami).

Jeśli uznać, że dotychczasowy (relatywnie wysoki istabilny) status zawdzięczał literaturoznawczy dyskurs posiadaniu (czy proklamowaniu) owego przywileju poznawczego, to jego wyrzeczenie się przez nowsze, po-strukturalne orientacje wskazuje, że mamy do czynienia zsytuacją nową, wktórej na kryzys dyscyplinowanej autonomiczności nakłada się kryzys dotychczasowej formuły profesjonalnej wiedzy literaturoznawczej. Zauważmy: punktem wyjścia każdej było zdiagnozowanie poznania potocznego czy przedteoretycznego jako naznaczonego nieuchronnie deformującym wpływem warunków poznania na jego rezultaty. Proponowana terapia polegała – mówiąc najprościej – na zastosowaniu nowego pojęciowego słownika, który pozwalał zobaczyć to co wcześniej ina innej drodze było niewidoczne. Bergson powiedziałby może, że teoria stała się rodzajem bedeckera, który dostarcza instrukcji, jak rozpoznać to, oczym z„wewnętrznego przewodnika” dowiadujemy się, że powinniśmy znaleźć... Jednak współczesny dyskurs teoretyczny pozwala zobaczyć tę specyficznie „obiektywną” rzeczywistość za dość wysoką cenę: trwałego związania tej rzeczywistości ztym słownikiem. Anadto pod warunkiem uznania prawomocności procedury, naznaczonej najwyraźniej tego samego rodzaju niedogodnościami, co odrzucane poznanie potoczne. Oto analiza wkategoriach dekonstrukcji – pozwala odsłonić dekonstrukcję (aporetyczny związek) hierarchicznego układu binarnych opozycji; analiza wkategoriach feminizmu – rywalizację, dominację, nieprzekładalność perspektyw męskiego/żeńskiego widzenia świata, ukrytych pod na pozór neutralnym jego obrazem; wkategoriach postkolonializmu – formy przemocy symboliczno-językowej idramat ubezwłasnowolnienia, wpisane wnajbardziej na pozór nienaganne etycznie przedstawienia itp., itd.

Co więcej, tendencje dotąd wspomniane nie wyczerpują listy wszystkich wpływowych (czy do tego statusu aspirujących) nowych koncepcji teoretycznych. Zwłaszcza trzy spośród nich: konstruktywizm, neopragmatyzm ikulturalizm odznaczają się cechami, które wydają się jeszcze groźniejsze dla dotychczasowego statusu dyskursu teoretycznego. Wykluczają one bowiem (czy przynajmniej próbują wykluczyć) możliwość obrony odrębności przedmiotowej, awkonsekwencji również „uprzywilejowania poznawczego” wwychwytywaniu cech jakiegoś nowo odkrytego – za sprawą danego słownika pojęciowego – obszaru rzeczywistości, anawet wogóle sensowność wypowiadania się na jej temat. Nieuchronność kulturowego uwarunkowania poznania sprawia bowiem, iż ewentualne „immanentne”, obiektywne cechy realności pozostającej po „tamtej stronie dyskursu” (Mitterer 1996) pozostają dla nas niewyobrażalne iniepojęte; askoro tak, to powinniśmy spróbować stworzyć taki słownik pojęciowy, który nie będzie mimowolnie zakładać ani opcji realistycznej, ani dualistycznej teorii poznania.

Dzisiejsze spluralizowanie czy – jak to może nazwać ktoś inny – rozprzężenie koncepcji teoretycznych nie tylko zatem wzbogaca iróżnicuje dostęp do wcześniej nie dostrzeganych obszarów wiedzy (bo zmiana wsposobach mówienia wpływa na zmianę tego, oczym się mówi), ale też ją istotnie fragmentaryzuje czy nawet atomizuje na nie przekładalne nawzajem ido siebie nie sprowadzalne perspektywy. Jeśli widzieć wteorii zintegrowaną wiedzę oogólnych prawidłowościach badanej dziedziny, to wypada uznać, że owe współczesne praktyki teoretyczne nie byłyby teoriami w jej nowoczesnym rozumieniu bądź też byłyby świadectwami wejścia teorii wstadium kryzysu. Tendencje tego rodzaju, pogłębiające nieprzejrzystość izakłócające tożsamość dyscypliny, wpływają więc również na osłabienie profesjonalnego statusu teoretycznego dyskursu: metodologiczne przełomy iteoretyczne reorientacje ostatnich dziesięcioleci naruszyły wkońcu podstawy jego poznawczego uprawomocnienia. Chodzi oto, że wobrębie różnych współczesnych wariantów tego dyskursu nie da się już ukryć, iż przedmiotu opisu nie można wyraźnie oddzielić od – skądinąd odpowiedniego dlań iodpowiadającego mu, jak się deklaruje – słownika czy metody opisu idlatego też nie daje się dłużej podtrzymywać przekonania oobiektywności inieuwarunkowaniu wyniku poznania.

6

Ogólne wnioski, jakie potrafię ze swego rozumienia dzisiejszej sytuacji teoretycznego dyskursu wyprowadzić, mogą zmierzać tylko do dość ubogiej diagnozy oraz skromnych propozycji na okres przejściowy. Po pierwsze, wypada wziąć pod uwagę, że mamy do czynienia obecnie ze swoistą dyseminacjąteorii, to znaczy zprocesemrównoczesnegorozprzestrzenienia zakresu i rozproszenia form stosowalności teoretycznego dyskursu. Tendencja do rozprzestrzenienia wydaje się bezpośrednią konsekwencją uznania „kulturowej natury” literackiego przedmiotu, którego własności są wtak wielkim stopniu cechami innych dyskursów, że ione mogą być pełnoprawnie badane narzędziami literaturoznawstwa (Głowiński 1997). Jak się powiada: nie da się – inie ma sensu – bronić dłużej przedmiotowo-metodologicznej specyfiki badań literaturoznawczych, bowiem ich przedmiotem jest całe „uniwersum dyskursu” kulturowej rzeczywistości, ametodologią – indywidualne konfiguracje najbardziej sprawnych ioperatywnych metod whumanistyce (wteorii przynajmniej powinny być one funkcjonalnie zestrojone ze specyfiką aktualnie penetrowanych zagadnień).

Tak rodzi się utopia interdyscyplinarności: solidarnie przez przedstawicieli różnych dyscyplin podejmowanych badań, które doprowadzić powinny do zintegrowanego opisu całej danej dziedziny przedmiotowej, opisu, który mógłby być współczesną wersją dawnego ideału opisu pełnego, pewnego iobiektywnego. Utopię tę podsyca łatwo obserwowalna dziś skłonność do swobodnego wykorzystywania narzędzi różnych dyscyplin, wtym literaturoznawstwa. Jak też wiadomo, wiele kluczowych pojęć ikategorii teoretycznoliterackich: języka poetyckiego (retorycznego), stylu, gatunku, narracji, fikcji, interpretacji, funkcji autorskiej, podmiotu tekstowego, tekstu, dyskursu... przejęte zostało przez inne dyscypliny nauk humanistycznych ifilozofii jako skuteczne narzędzia poznania najróżniejszych dziedzin zobszaru całej rzeczywistości kulturowej; i, rzec można, zadomawiają się one tym łatwiej wswych nowych środowiskach, im szybciej tracą atrybucje swej „literackiej” genealogii. Tymczasowym rezultatem interdyscyplinarnych poszukiwań jest wszakże nie tyle zintegrowanie owych wyników poznania uzyskiwanych zróżnych punktów widzenia, co raczej pogłębienie się tendencji do rozproszenia. Nowe słowniki pojęciowe rozmaitych współczesnych koncepcji teoretycznych są bowiem nie tylko nie przekładalne nawzajem na siebie, lecz także niesprowadzalne do jakiegoś języka meta- czy inter-teoretycznego, który mógłby zintegrować aspektowe wyniki poznania. Włączają one co prawda wkrąg literaturoznawczego poznania problematykę zzakresu różnych (potencjalnie wszystkich) działów wiedzy okulturze, lecz nie zapewniają transmisji iwymiany informacji, tworząc różnoperspektywiczne enklawy wiedzy układające się wniejasną konstelację.

W tej sytuacji o wiele bardziej obiecującą perspektywę ukazują, jak się zdaje, badania nie inter-, lecz transdyscyplinowe: zmierzają one, z jednej strony, do identyfikacji powinowactw przedmiotowo-problemowych idących w poprzek (poniżej, powyżej) istniejących granic dyscyplinowych, z drugiej zaś – do uchwycenia historycznych procesów kształtowania i transformacji sztuk i nauk; procesów prowadzących współcześnie do powolnego wyłaniania się zarówno zarysów nowych dyscyplin, jak do stopniowej rekonfiguracji dyscyplinowych podziałów całego pola humanistycznej wiedzy. I choć tymczasem, co prawda, nie powstaje wten sposób systematycznie wzbogacająca się całość wiedzy okolejno rozpatrywanych stronach przedmiotu (jak wLeibniza sławnej metaforze miasta oglądanego zróżnych stron), to nie mamy też do czynienia zjego anihilacją, tzn. zwielością światów wyzwalanych różnymi punktami widzenia (ile punktów widzenia, tyle jest miast – jak powiada Deleuze). Należałoby zatem jeszcze dopuścić itaką myśl (którą zresztą można znaleźć już wNietzschegoZgenealogii moralności), że wtych niespójnych, cząstkowych wynikach wyłącznie perspektywicznego poznania nawarstwia się może ikształtuje nowa „przedmiotowość” reinterpretowanego obiektu.

Zakres stosowalności literaturoznawczego dyskursu okazuje się niemniej jednak izbyt szeroki, irównocześnie zbyt wąski. Jest zbyt szeroki, gdyż rozciągnięcie jego zasięgu na wszelkie dyskursywne praktyki osłabia jego operacyjną skuteczność, jak też możliwości wyodrębnienia literackiego „przedmiotu”. A zbyt wąski, gdyż dostrzegalne kulturowe wymiary owego przedmiotu wskazują na ograniczone możliwości poznawcze standardowych metod literaturoznawczych (pozbawionych już przywileju zapewniania wyłącznego dostępu do tego, co nieuwarunkowane) oraz konieczność ich uzupełniania przez narzędzia badawcze innych dyscyplin. Pojawiające się wkażdym przypadku wzajemne związanie języka iprzedmiotu wymusza niejako proces analitycznego „regresu” do kolejnych warstw czy aspektów uwarunkowań kulturowo-dyskursywnych. Wtym sensie można by zatem mówić okulturowej inkluzywności dyskursu teoretycznego jako odrugiej istotnej tendencji, powodującej włączanie wobszar dociekań literaturoznawczych także wszelkich (potencjalnie) pozaliterackich dyskursów kulturowych.

Jeśli wprzypadku pierwszej – dyseminacyjnej – tendencji mieliśmy do czynienia zprocesem swoistej estetyzacji (tekstualizacji) czy „literaturomorficzności” rzeczywistości kulturowej, to wdrugim – tendencji do inkluzywności – następuje coś wrodzaju osobliwej „rekulturyzacji” (kontekstualizacji) literatury, czyniącej zniej na powrót jedną zpraktyk dyskursywnej rzeczywistości kulturowej. Wrezultacie pozycja samej literatury ulega wyraźnej zmianie, awraz znią zmienia się też jej definicyjna charakterystyka jako kulturowo zinstytucjonalizowanego dyskursu, cenionego idoniosłego ze względu na swe cechy prototypowe; podobieństwo, partycypację, anawet poznawczą rywalizację zinnymi praktykami, anie unikatowość, odrębność czy przeciwstawność wobec reszty dyskursów kulturowych. Literatura, by zaryzykować najogólniejsze sformułowanie, daje się dziś określić jedynie jako zinstytucjonalizowana sztuka wypowiadania ludzkiego doświadczenia rzeczywistości – wcałym jego zróżnicowaniu ispecyfice. Ajeśli ona podlega tego rodzaju przemianie, to odpowiednio przekształcać się też musi status ifunkcja dyskursu literaturoznawczego. Nastawiony zostaje on teraz przede wszystkim na odsłanianie irozpoznawanie istotnych cech owego doświadczenia oraz tego, czym jest samo doświadczenie (jako kulturowo uwarunkowane, zawsze konkretne poznanie, wktórym stapiają się porządek społeczny inaturalny, symboliczny ifizyczny), anie tego, co uznaje się za przed- czy pozadoświadczalne, za nieuwarunkowane, uniwersalne czy obiektywne.

Rzecz przecież również wtym, że wzajemne związanie literackiego przedmiotu isposobu jego poznania (warunków itreści, języka irzeczy) nie jest tylko „literacką” ułomnością czy specyfiką; do pewnego stopnia charakteryzuje wszak szczególność przedmiotu isposobu poznania rzeczywistości kulturowej. Skoro bowiem cechy kultury są nie tylko udostępniane, ale ideterminowane przez cechy dyskursu, to czyż sam ów dyskurs nie staje się jej nośnikiem wpodwójnym znaczeniu: imedium, ipodstawy? Aczyż kultura nie jest tym tworzącym się nieprzerwanie społecznym obrazem rzeczywistości (iwtym sensie „tekstem” pewnego rodzaju), który przez ludzi od wewnątrz wniej uczestniczących postrzegany jest jako świat, anie jego odbicie czy wyobrażenie? Iwreszcie, czyż ktokolwiek zdziałających na tym polu może sądzić, że osiągnął (lub zdobędzie) pozycję neutralnego iniezaangażowanego obserwatora, anie uczestnika; to znaczy, że uda mu się wykroczyć poza kulturę, by móc spoglądać na nią irozpatrywać ją zzewnątrz (zjakiejś pozakulturowej, więc „nieludzkiej”, perspektywy)?

Wypada wkażdym razie zgodzić się, że literackie ipozaliterackie obrazy świata kształtują symboliczne uniwersum, dyskursywne terytorium kultury, do którego imy należymy – współtworząc je, podlegając mu ipróbując go zrozumieć. Teoria zaś wydaje się mieć wystarczające uprawnienia ikompetencje, by stać się dziś kulturowąteoriąliteratury ibadać (we własnych kategoriach) zarówno kulturowe wymiary literackich tekstów, jak i różnorodne praktyki dyskursywne współtworzące owo terytorium – tę szczególną czasoprzestrzeń realności dyskursywnej, którą one zarazem odtwarzają iprojektują, dokumentują ifingują, kwestionują ikonstytuują. Sądzę zatem (optymistycznie), że profesjonalny dyskurs literaturoznawczy nie zatraci ani swej „tożsamości”, ani roli prawomocnej gałęzi wiedzy humanistycznej, gdy – rozszerzając pole dociekań na całą rozległą dziedzinę retorycznych mechanizmów wytwarzania oraz społecznych kryteriów obiektywizacji dyskursywnych obiektów kultury – wyciągnie konsekwencje ze swej ewolucji oraz dzisiejszej samowiedzy.

Świadomość ta podpowiada, że współczesny dyskurs literaturoznawczy wystawiony jest na inne już zagrożenia. Wymienię trzy najważniejsze: mit powszechnej dostępności wiedzy humanistycznej (ipokusy amatorszczyzny); iluzja esencjalizmu (iroszczenia do „metastatusu”); utopia interdyscyplinarności (inadzieja osiągnięcia tą drogą zintegrowanej wpełni wiedzy ogólnej). Pozostaje mu wszakże to samo zadanie ipodobne uzasadnienie własnego profesjonalizmu: stworzenie narzędzi służących zapewnieniu skutecznego aniezastępowalnego przez narzędzia innych dyscyplin (iwtym sensie uprzywilejowanego) dostępu do istotnej wiedzy orzeczywistości kulturowej. Ztą różnicą, że jest to teraz wiedza otym, co wprzedmiocie poznania literackiego warunkujące iuwarunkowane – anie otym, co poza- czy bezwarunkowe.

Tę optymistyczną prognozę, wyprowadzoną zrozumienia współczesnej sytuacji teorii, zrównoważyć wypada mniej pocieszającą obserwacją. Czyż wrzawa metodologicznych sporów (faktycznie cichnąca stopniowo, acoraz częściej jedynie rutynowo ożywiana) nie przesłania jedynie niewypowiadanego dramatyzmu sytuacji teoretycznego dyskursu, skazanego na manifestowanie samozadowolenia zpowodu nie ograniczonego niczym zasięgu jego poszukiwań – przy braku jakichkolwiek zgodnie uznawanych atrybutów jego odrębności itożsamości? Odgrodzić się zatem (izgodzić na marginalizację) czy raczej dążyć do zyskania na społecznym znaczeniu (za cenę roztopienia się wbadaniach kulturowych)? Iczy na pewno stoi przed nami ta właśnie alternatywa? Amoże lepiej schronić się we własnej naukowej (sub-subdyscyplinowej) niszy ipróbować przeczekać teoretyczne zawieruchy, wnadziei, że solidny warsztat filologa zawsze się obroni? Teoria we współczesnym znaczeniu ma wszak niecałe sto lat; może więc trzeba pogodzić się zmożliwością jej zaniknięcia wnowopowstającym polu humanistycznej wiedzy... Wśród wielu spornych problemów teoretycznych ten dotyczący racji bytu naszej profesji – miejsca literatury istatusu literaturoznawstwa – jest dziś zpewnością problemem bezspornym.

7

Próbowałem tu spojrzeć na współczesny status literaturoznawczego dyskursu od strony literackiego „przedmiotu”: jego uwarunkowań, natury oraz zadań poznawczych, jakie stawia przed badawczymi metodami. Wyjściowa „niedostępność” tego przedmiotu, dla nowoczesnej świadomości przesłoniętego zawsze społecznymi ikulturowymi uwarunkowaniami, legitymizowała profesjonalizację nowoczesnego dyskursu literaturoznawczego, oferującego metodę odznaczającą się poznawczym uprzywilejowaniem, gdyż zapewniającą: a) metajęzykowy status procedurom analitycznym – sytuujący je poza wszelkimi podmiotowymi „przedsądami” czy uprzedzeniami; oraz b) wyłączny dostęp do nieuwarunkowanych, obiektywnych wyników poznania – oznaczeniu uniwersalnym. Tego stabilnego, skutecznie uprawomocnionego statusu wydaje się pozbawiony współczesny dyskurs literaturoznawczy. Nie tylko bowiem uznaje on kulturową naturę, tzn. trwałe („ontologiczne”) kulturowe uwarunkowanie przedmiotu, ale też jawnie przyznaje się do nieredukowalnej stronniczości (kategoriami etnicznymi, płciowymi, światopoglądowymi, politycznymi etc.), relatywności, aspektowości sposobu postępowania – awięc wefekcie do nieneutralności, nieobiektywności, nieuniwersalności wyników poznania.

Powszechnie dostrzegane przejawy tego stanu, którego najwyrazistszym przykładem jest dzisiejsza sytuacja teorii literatury, traktuję jako konsekwencje kryzysu uprawomocnienia. Współczesny dyskurs teoretyczny nie może uzasadnić swej profesjonalizacji zapewnieniem sobie metajęzykowego statusu ani też wyłącznego dostępu do wiedzy obiektywnej otym, co jest poza wszelkimi uwarunkowaniami (gdyż uważa ją za wiedzę niemożliwą lub pustą) – lecz „tylko” do wiedzy uzyskanej wrezultacie zastosowanych procedur analitycznych (nieuchronnie zkolei nacechowanych – podmiotowo, społecznie czy kulturowo). Specyficzną właściwością tych metod jest to, że poznawcze wyniki nie dają się tu oddzielić od sposobów ich uzyskania. Ztych przyczyn można dalej mówić o„przywileju poznawczym” oferowanym przez te orientacje badawcze, gdyż zapewniającym dostęp do wiedzy inaczej nie osiągalnej. Wtym przypadku jest to jednak wiedza zrelatywizowana do kulturowych uwarunkowań poznania; tych uwarunkowań, których przezwyciężenie było uzasadnieniem dyscyplinowej profesjonalizacji wiedzy nowoczesnej. Jest to zatem profesjonalizm słaby, ograniczony izrelatywizowany do historycznego uniwersum kultury. Itaki też status ma współczesny dyskurs literaturoznawczy.

* * *

Przedstawiając powyżej ważniejsze przesłanki na rzecz kulturowej teorii literatury (jej budowy ijej uprawy) miałem oczywiście świadomość itego, że przynajmniej część znich była ijest podzielana przez niejedną osobę zainteresowaną stanem imożliwościami współczesnej teorii literatury, a także, że sposoby dochodzenia do podobnych – rzeczywiście lub na pozór – konsekwencji mogą być (ibywają) rozmaite, niekiedy zupełnie niezbieżne ztu referowanymi. Tak też jest iwprzypadku autorów tego tomu, których drogi, prowadzące do formułowanych wich pracach przeświadczeń, mają charakter indywidualny, nie pokrywający się pod wieloma względami zprezentowanym przeze mnie uzasadnieniem. Tym niemniej – amoże itym bardziej – należało je (tak sądzę) wyartykułować na wstępie do tego tomu, by dać czytelnikowi możliwość zapoznania się zargumentacją (choćby sondażowo czy przykładowo traktowaną) na rzecz opisywanej iproponowanej tu zmiany dotychczasowego charakteru badań teoretycznoliterackich, atakże sposobność do skonfrontowania znią własnego stanowiska. Jak mówi staroświeckie porzekadło, które na nowo stało się aktualne nie tylko wmyśleniu oliteraturze: sposób podróżowania określa cel podróży...

Prezentowany tom jest pierwszym efektem realizacji szerszego projektu poświęconego rozwijaniu koncepcji kulturowej teorii literatury. Wtej fazie celem naszym było po prostu uchwycenie zmian zaszłych we współczesnej refleksji teoretycznoliterackiej oraz ukazanie ich skutków dla rozumienia zarówno kluczowych kategorii, jak terytorium, jak istatusu obecnej (iprzyszłej) kulturowej – już faktycznie – teorii literatury. Jest ona kulturowa, ze względu na osadzenie jej założeń, narzędzi iprzedmiotu tyleż whistorycznym polu kultury, co wantropologicznej wiedzy oniej; jest teorią, bo zachowuje ambicje formułowania prawidłowości obadanych zjawiskach, ich tendencjach rozwojowych oraz naturze relacji między-, a zwłaszcza trans-kulturowych (i transdyscyplinarnych); pozostaje też teorią literatury, gdyż jej obiekt centralny (czy prototypowy) stanowi dalej literatura – iwwielości jej dotychczasowych znaczeń, iwpostaciach oraz sensach nowych, aktualnie urzeczywistnianych. Nie są to oczywiście jedyne powody obstawania przy tej zmodyfikowanej (nieznacznie) terminologii. Kulturowość jest m.in. także wskaźnikiem uczestnictwa myśli literaturoznawczej wtransformacji dyscyplinowych podziałów zachodzących wobrębie humanistyki (wtym zwłaszcza wiedzy okulturze). Teoria literatury zaś pozostaje trwałym, potrzebnym iodrębnym jej składnikiem – choć już niekoniecznie wswojej nowoczesnej formule. Wreszcie sama literatura, znatury swej historycznie ikulturowo zmienna, oznacza tu również coś innego (wpewnej przynajmniej mierze) niż dawniej.

Uczestnikami tego przedsięwzięcia byli przede wszystkim członkowie iczłonkinie Katedry Antropologii Literatury iBadań Kulturowych Wydziału Polonistyki UJ oraz zaprzyjaźnieni znami badacze ibadaczki zsąsiednich katedr, którzy podjęli tę pracę realizując projekt badawczy (MNiI nr 5H01C04820, pod kierownictwem Michała Pawła Markowskiego), atakże ci, którzy dołączyli do nas później zainteresowani samą problematyką. Niniejszy tom dokumentuje rezultaty pierwszej fazy prac wtym zakresie, ajego dwuczęściowa kompozycja odpowiadać ma intuicyjnie uchwytnym przemianom wewnątrz oraz wokół teorii literatury, pojętej wklasycznie nowoczesnej jej postaci. Stąd część pierwsza zawiera artykuły obrazujące przemiany kluczowych pojęć iproblematyk tradycyjnie rozumianej teorii literatury, część druga natomiast – pojęcia iproblematyki nie mieszczące się wtych ramach. Staraliśmy się dobrać je wtaki sposób, by ukazać idokonujące się zmiany, iich koherencję oraz wzajemne powiązanie. Lista podstawowych pojęć iproblemów jest oczywiście znacznie dłuższa, od tego, co wtym tomie udało się uwzględnić; świadczy to zpewnością otym, że zadanie, jakiego się podjęliśmy, dalekie jest jeszcze od zakończenia.

Cytowana literatura przedmiotu

Bauman 2000 – Z. Bauman, Ponowoczesność jako źródło cierpień, Warszawa.

Bergson 1911 – H. Bergson, Zdrowy rozsądek inauki klasyczne, przeł. F. Thumen, „Widnokręgi”, s. 198.

Bourdieu 2005 – P. Bourdieu, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, przeł. P. Biłos, Warszawa.

Fish 1995 – S. Fish, Professional Correctness: Literary Studies and Political Change, Cambridge.

Fish 2002 – S. Fish, Jak rozpoznać wiersz, gdy się go widzi, przeł. A. Grzeliński, w: tenże, Interpretacja, retoryka, polityka, wstęp R. Rorty, wybór, redakcja iprzedmowa A. Szahaj, Kraków.

Fiut 1998 – A. Fiut, Moment wieczny. Poezja Czesława Miłosza, Kraków, s. 320.

Głowiński 1997 – M. Głowiński, Poetyka wobec tekstów nieliterackich, w: tenże, Pisma wybrane, tom II: Narracje literackie inieliterackie, Kraków.

Gombrowicz 1997 – W. Gombrowicz, Przeciw poetom, w:tenże, Dziennik 1953–1956, Kraków, s. 339, 350.

Kalaga 2001 – W. Kalaga, Mgławice dyskursu. Podmiot, tekst, interpretacja, Kraków.

Klin 1868 – Klin [J. Klin-Kaliszewski], Szkice, Warszawa, s. 53.

MacCannel 2002 – D. MacCannell, Turysta. Nowa teoria klasy próżniaczej, przeł. E. Klekot iA. Wieczorkiewicz, Warszawa.

Margolis 2004 – J. Margolis, Czym, wgruncie rzeczy jest dzieło sztuki? Wykłady zfilozofii sztuki, red. naukowa K. Wilkoszewska, przeł. W. Chojna iin., Kraków.

Markiewicz 2003 – H. Markiewicz, Diabeł tkwi wanegdotach. Na marginesie książki Stanleya Fisha, „Teksty Drugie” nr4.

Miłosz 1984 – Cz. Miłosz, Po ziemi naszej, w: tenże, Wiersze, t. 2, Kraków, s. 99.

Miłosz 1997 – Cz. Miłosz, Życie na wyspach, Kraków, s. 108–112.

Mitterer 1996 – J. Mitterer, Tamta strona filozofii. Przeciwko dualistycznej zasadzie poznania, przeł. M. Łukasiewicz, Warszawa.

Sławiński 2000 – J. Sławiński, Odbiór iodbiorca wprocesie historycznoliterackim, w:tenże, Prace wybrane,t. IV:Próby teoretycznoliterackie, Kraków.

Stevens 1994 – W. Stevens, Studium dwóch gruszek, przeł. Cz. Miłosz, w: Cz. Miłosz, Wypisy zksiąg użytecznych, Kraków, s. 87–88.

Część I

ANNA BURZYŃSKA

Kulturowy zwrot teorii

Jeszcze nie tak dawno temu, bo w1997 roku, literaturoznawca amerykański Jonathan Culler wjednym zrozdziałów wydanej właśnie książki przywoływał dowcip rysunkowy sugerujący, że uprawianie teorii jest gorsze nawet od terroryzmu1. Sugestia ta obrazować miała przede wszystkim zjawisko przysłowiowej już niechęci do teorii literatury, aodwoływała się zwłaszcza do doświadczeń, by tak rzec, ekstremalnych – albo do czasów powojennego strukturalizmu francuskiego (kiedy to teoria postrzegana była jako dyscyplina kostyczna ibezduszna – główne źródło intelektualnego terroryzowania literatury) albo też do poczynań ortodoksyjnych hermeneutyk, które wocenie przeciwników teorii nastawione były przede wszystkim na ograniczanie swobody interpretacji. Czasy te zapewne najbardziej wymownie inajzupełniej poważnie podsumował jeden znajsłynniejszych filozofów ponowoczesnych – Jean-Francois Lyotard – twierdząc, że teoria literatury to dzieło „konceptualnych szaleńców” uporczywie (iostatecznie bezsensownie) usiłujących łączyć dwie całkowicie nieprzystawalne do siebie gry językowe: „teorię” i„literaturę”2.

Skłonności tego rodzaju należą dzisiaj do przeszłości, zaś obecna teoria literatury zpewnością nie chce być dyscypliną represyjną wobec swojego przedmiotu. Wręcz odwrotnie – aktualna postać teorii, nazywana najczęściej teorią kulturową – pragnie być po prostu jak najbardziej pożyteczna. Nie tworzy schematów, wktórych musi się zmieścić wszystko to, co dotyczy literatury, nie narzuca zgóry reguł jej odczytywania, nie ustanawia też osławionych „kryteriów poprawności” interpretacji. Raczej stara się mnożyć języki, dzięki którym możemy literaturę czytać ciągle na nowo iinterpretować ją wnajróżnorodniejszych kontekstach. Przybiera więc – jak formułują to niektórzy badacze – postać wiedzy przydatnej wpraktykach czytania literatury. Lub też – jak mówią inni – staje się otwartym izmiennym historycznie obszarem rozmaitych dyskursów kulturowych, tworzących pole odniesienia dla interpretacji.

Kulturowy zwrot teorii, który uznać należy za jedno znajważniejszych zjawisk humanistyki lat ostatnich nie wziął się jednak zprzysłowiowego „powietrza”, lecz – przynajmniej wmoim przekonaniu – stanowi on pewną konsekwencję przemian ewolucyjnych dwudziestowiecznej wiedzy oliteraturze. Co więcej – by znaleźć się na obecnym etapie, teoria literatury przemierzyła dość długą drogę. Najpierw – po przełomie antypozytywistycznym – uzyskała status pełnoprawnej dyscypliny izbudowała mocne fundamenty naukowe (które przyniósł jej właśnie strukturalizm). Następnie przeszła przez fazę kryzysu igruntownej rewizji kluczowych kategorii (zwaną poststrukturalizmem). Wreszcie – zwróciła się wstronę praktyki interpretacyjnej iotworzyła się na szeroko rozumianą kulturę. Wwyniku tych wszystkich przemian wyodrębniły się również trzy najważniejsze modele dwudziestowiecznej teorii literatury: teoria nowoczesna, ponowoczesna i kulturowa. Warto na wstępie prześledzić wskrócie historię tych przeobrażeń, bo to wich wyniku dokonało się ostatecznie wciągu ostatnich kilkunastu lat owo tak pożądane ipożyteczne otwarcie wiedzy oliteraturze, którego inną nazwą jest właśnie zwrot kulturowy.

1. Narodziny izmierzch teorii nowoczesnej

Dzieje teorii literatury jako osobnej dyscypliny rozpoczynają się wprawdzie już wpozytywizmie, kiedy to, wraz zukonstytuowaniem się na gruncie niemieckim nauki oliteraturze, pojawiają się świadomie już stawiane pytania ometody badania dzieła literackiego. Jednak to dopiero wiek XX uznać należy za wiek teorii literatury wpełnym tego słowa znaczeniu – wtedy to bowiem dopiero literatura usamodzielnia się jako przedmiot badań odrębny iodmienny od wszelkich bytów izjawisk przyrodniczych. Wraz ze świeżo uzyskaną autonomią przez nauki humanistyczne zbudowanie teorii stało się jednym znajważniejszych zadań badaczy literatury. Teoria literatury początku wieku była jednak tworzona przede wszystkim wopozycji do tradycji pozytywistycznej, akonkretnie – do modelu poznania naukowego wyznaczonego przez nauki przyrodnicze. Przedmiotem najżywszej niechęci okazywało się przede wszystkim nieuwzględnianie specyfiki literatury (która dla pozytywistów była takim samym przedmiotem badań, jak wszystko co nas otacza), atakże deterministyczne ujmowanie dzieła literackiego jako wyniku zewnętrznych przyczyn sprawczych, wszczególności biografii autora, jego predyspozycji psychologicznych (anawet cech biologicznych) czy okoliczności społecznych ihistorycznych, wjakich przyszło mu tworzyć. Sprzeciw budziły również metody badania literatury, które zapożyczano znauk przyrodniczych, ustanawiających wokresie pozytywizmu także kanon metodologiczny. Pozytywistyczni genetyści, zgodnie ze swoją nazwą bardziej zainteresowani byli poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie oto, skąd wzięła się literatura, niż czym ona jest. Poszukiwano więc przede wszystkim zewnętrznych czynników, które wpłynęły na powstawanie dzieła literackiego – nawet na drodze odkrywania analogii zteoriami przyrodoznawczymi (np. teorią ewolucji, którą adaptowano do teorii rozwoju gatunków literackich)3. Pytania oistotę literatury iojej cechy specyficzne pojawiły się dopiero wskutek poważnej debaty ometodach poznania naukowego, jaka toczyła się na przełomie wieku XIX iXX. Wwyniku tej debaty (nazywamy ją przełomem antypozytywistycznym) nauki humanistyczne usamodzielniły się iodłączyły od nauk przyrodniczych, powołując do życia własną, odrębną metodologię. Wprzełomie antypozytywistycznym dostrzec więc można nie tylko genezę współczesnej humanistyki, lecz także genezę nowoczesnej teorii literatury.

Dla teorii literatury miało to bardzo poważne konsekwencje – po pierwsze odłączenie humanistyki, awraz znią wiedzy oliteraturze od nauk przyrodniczych pociągnęło za sobą konieczność zdefiniowania specyfiki literatury jako przedmiotu literaturoznawstwa (jednej znauk humanistycznych). Wślad za tego rodzaju pytaniami pojawiły się również problemy bardziej szczegółowe – dotyczące poznania literatury, natury interpretacji, procesu twórczego, podmiotów literackich itp. Dało się to dostrzec zwłaszcza wwysiłkach takich szkół teoretycznych jak rosyjska szkoła formalna, praska szkoła strukturalna czy ingardenowska fenomenologia literatury – dla których dylematy natury esencjalnej okazywały się absolutnie pierwszoplanowe istanowiły za każdym razem punkt wyjścia do określenia sposobów badania ianalizy dzieła literackiego. Odpowiedzi, które padały na pytanie „czym jest literatura?”, odwoływały się albo do tradycji znacznie wcześniejszych (jak np. wprzypadku teorii formalistów rosyjskich reaktywującej założenia estetyki Kanta, awięc uznającej dzieło literackie za twór autoteliczny, wysuwający na pierwszy plan własne ukształtowanie formalne). Albo też starały się stworzyć własne kryteria wnawiązaniu do aktualnych koncepcji filozoficznych (np. koncepcja Romana Ingardena przyznająca zdaniom literackim status fikcjonalny) lub językoznawczych (np. koncepcja strukturalistyczna, dostrzegająca wjęzyku literatury specyficzną funkcjonalność (jak wteoriach Mukařovskiego czy Jakobsona) bądź też nadająca mu walor spójnej organizacji systemowej (np. teoria narratologów francuskich). Nieco później pojawiały się również teorie, które starały się pogodzić tendencje esencjalistyczne zaktualnymi przemianami wsamej literaturze (np. teoria intertekstualności G. Genette’a).

Ipoł. XX wieku zdominowana została jednak ostatecznie wpływami teorii języka ijęzykoznawstwa ogólnego Ferdynanda de Saussure’a, akierunek, wktórym podążać zaczęła bardzo intensywnie wiedza oliteraturze określany jest często mianem