Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 299 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 26 min Lektor: Paulina Raczyło

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 26 min Lektor: Paulina Raczyło

Opis ebooka Kuba-Miami - Joanna Szyndler

90 mil. Tyle oddziela Kubę od Florydy.

Dwudziestojednoletnia Biviana nie wróciła na noc do domu. Po kilku dniach nerwowego oczekiwania, matka dziewczyny modliła się już tylko o list od córki z Miami. Było dla niej jasne: Biviana po raz kolejny wypłynęła tratwą na morze. Wiadomość nadeszła jednak z Guantanamo – amerykańskiej bazy na Kubie. Bill Clinton nie godził się już na przyjmowanie uciekinierów, których straż przybrzeżna schwytała na morzu. Biviana znalazła się wśród tysięcy Kubańczyków, których los zależał od wyniku rozmów Castro z Clintonem.

Emigrantów takich jak Biviana, Fidel Castro nazywał robactwem, które nie kocha własnego kraju.

 

Migracje Kubańczyków na Florydę to historie pełne tęsknoty, trudnych wyborów i poświęceń. Historie rozstań i powrotów, które wciąż wywierają ogromny wpływ na życie wielu mieszkańców Kuby.

Opinie o ebooku Kuba-Miami - Joanna Szyndler

Fragment ebooka Kuba-Miami - Joanna Szyndler

1. Wstyd

KUBA, HAWANA

– Patrzcie, krowa!– woła jeden z chłopaków. Zaczynają okładać go po twarzy.– Otrząśnij się, tu nie ma żadnej krowy, jesteśmy na morzu! Przestań, cicho! Napij się wody, zjedz coś. Już dobrze, spokojnie.

Wznoszą się i opadają, wznoszą i opadają. I wciąż wiosłują, żeby nie zgubić kursu na Florydę. Poobcierane ręce pieką od soli.

Na morzu nachodzą cię straszne myśli. Jesteś pewien, że ci się nie uda, że trzeba zawracać, że umrzesz zaraz od tego słońca, przed którym nie ma się gdzie schować. Nocą, nawet w środku lata, robi się zimno. I zupełnie ciemno. Nie wiesz, co cię spotka za sekundę. Morze zrobi to, na co będzie miało ochotę. Nigdzie nie znajdziesz pomocy.

– Ty nigdy nie straciłeś głowy?– pytam Iraika po chwili milczenia.

– Nigdy. Chyba dlatego, że byłem zakochany, miałem o kim myśleć, kiedy wiosłowałem.

Iraik czeka na mnie na przystanku w Santa Fé, jednej z nadmorskich dzielnic Hawany. Na spotkanie spóźnię się prawie czterdzieści minut. Sąsiad, który miał mnie podwieźć, też się spóźnia, a to dlatego, że wcześniej musiał czekać jeszcze na kogoś innego. Po drodze zatrzymujemy się, żeby zatankować. To znaczy maluch (jak każdy maluch zwany tutaj polaquito, czyli „Polaczek”) staje na środku drogi, sąsiad wyciąga butelkę z benzyną spod swojego siedzenia, opuszcza szybę i bez wysiadania z auta dolewa paliwa. Nigdy nie wie, kiedy polaquito odmówi posłuszeństwa. Wskaźnik poziomu benzyny nie działa. Tak samo jak zamek do drzwi od strony kierowcy i prędkościomierz. Maluchowi brakuje również lusterek i deski rozdzielczej.

Nikt poza mną nie okazuje ani odrobiny zniecierpliwienia. Mnie wciąż jeszcze denerwuje słowo espera– poczekaj. Na autobus, na telefon, na spotkanie. Aż pani w szatni skończy jeść jogurt, umyje łyżeczkę, przetrze stolik, przeciągnie się, podrapie, ziewnie. I dopiero weźmie od ciebie numerek. Aż ekspedientka w piekarni skończy rozmawiać z koleżanką, wyśle esemesa, westchnie i po chwili zapyta: „Czego potrzebuje?”.

– Nie no, jasne, rozumiem, nie przepraszaj– mówi Iraik i wskakuje na tylne siedzenie polaquita.

Dojeżdżamy nad morze i skręcamy w ubitą, piaszczystą drogę. Mijamy kolejne grupki plażowiczów i ruiny budynków, które zmiótł kiedyś huragan. Kiedy nie ma już nikogo, Iraik wskazuje dłonią i mówi:

– Okej, tutaj się zatrzymaj.

Siadamy na resztkach ściany, nogi zwisają nam parę metrów nad niespokojną dzisiaj wodą.

Stąd wypływał cztery razy. Raz z Matanzas i raz z Mariel. W sumie sześć razy próbował dotrzeć na Florydę. Mówił, że rusza z domu, mieszka przecież niedaleko. Skoczył w nieznane, bo do tego nie da się przygotować. Tratwę zbił z kolegami z desek i styropianu. W zakładzie stolarskim zamówił wiosła. W prywatnym, aby nikt nie pytał, do czego są potrzebne. Na Kubie nie możesz tak po prostu pójść do sklepu i kupić wiosła, łatwo nie będzie też ze styropianem i deskami. Czasem trudno jest dostać papier toaletowy czy olej, a co dopiero deski. Ale zawsze znajdzie się ktoś, kto zna jeszcze kogoś innego, kto pomoże, załatwi, skombinuje. Sprzedawanie wszystkiego na lewo to tutaj sport narodowy.

Bloki styropianu metr dwadzieścia na czterdzieści centymetrów sprawdzali w wodzie.

– Pływaliśmy na nich do tamtych bojek, widzisz je? Sprawdzaliśmy, czy są okej, czy wytrzymają nasz ciężar. Ja robiłem wyliczenia, rysowałem projekt. Nie jestem ekspertem, ale pojęcie mniej więcej mam. Studiowałem mechanikę. Żadna z moich tratw nigdy nie zatonęła.

Zbijali je w prywatnym domu, niedaleko fundamentów, na których usiedliśmy. Gospodarz zapytał, ile dni potrzebują. Zapłacili za trzy.

– Jak masz już wszystkie materiały zebrane, tratwę można zbudować w jeden dzień, ale lepiej mieć zapas.

Co zabrali ze sobą w drogę:

• wodę pitną w plastikowych butelkach, nazywanych tutaj ogórkami;

• rybki w puszce i orzeszki ziemne (Iraik mówi, że kubańskie orzeszki są bardzo pożywne);

• folię, aby się przykryć w razie deszczu;

• czapkę z daszkiem od słońca;

• rękawiczki, żeby ręce mniej obcierały się podczas wiosłowania;

• bluzę, bo w nocy na otwartym morzu może się zrobić zimno;

•kompas.

Czego nie mieli:

• walizek (bo to nie wycieczka);

• paszportów. Opuszczali przecież kraj nielegalnie;

• GPS-u. Są na Kubie surowo zakazane;

• żagla, by nie zobaczyła ich straż przybrzeżna, kubańska i amerykańska;

• silnika. Prawo mówi jasno: jeśli kupisz nielegalnie silnik, to albo idziesz do więzienia, albo płacisz grzywnę w wysokości tysiąca peso kubańskich (średnia pensja wynosi siedemset czterdzieści, czyli około trzydziestudolarów). Silniki są bardzo drogie i kontrolowane przez numery serii.

O21:30, kiedy cała Kuba oglądała telenowelę brazylijską, przenieśli tratwę nad brzeg. Weszli do morza i ciągnęli ją jeszcze pięćdziesiąt metrów. Woda długo jest tutaj płytka. Wskoczyli do środka i popłynęli w stronę świateł. To światła statków zacumowanych na bojach. Tam jest kanał, którędy wpływa się do Mariny Hemingway. Dalej kierowali się już prosto na północ. Wiosłowali jak najmocniej, jak najprędzej. By pokonać przynajmniej dwadzieścia mil i przed świtem znaleźć się poza wodami terytorialnymi Kuby. Gdy wiedzieli, że są już bezpieczni, przyszedł czas na odpoczynek i rozmowy.

– Gadaliśmy o bzdurach, aby zabić czas. Snuliśmy plany, jak będzie wyglądało nasze życie w Stanach. Jeden z chłopaków chciał otworzyć piekarnię. Ja myślałem o szukaniu pracy na budowie. Umiem ciężko pracować. Ja naprawdę lubię pracować, rozumiesz? Pierwszy raz w życiu odłożyłbym trochę pieniędzy. No i chciałem być z moją dziewczyną. Ułożyć sobie życie. Jak górnolotnie by to nie zabrzmiało, rzuciłem się na morze z miłości.

Iraik po raz pierwszy uciekał w 2008roku. Czternaście lat wcześniej, podczas wielkiego kryzysu migracyjnego, na tratwach popłynęło z Kuby do Stanów około trzydziestu siedmiu tysięcy osób. Wśród nich przez bazę w Guantanamo dotarł do Miami także brat dziewczyny Iraika. Po latach, dzięki programowi łączenia rodzin, udało mu się ściągnąć siostrę. Legalnie, samolotem. Ona chciała zaprosić narzeczonego. Przygotowali wszystkie dokumenty, wysłali zaproszenie. Iraik umówił się na rozmowę w konsulacie amerykańskim. Wystroił się, wpłacił sto czterdzieści jedendolarów.

Wywiad trwał dwie minuty. Nawet nie pamięta, o co go pytali. Decyzję wydali odmowną, pieniądze przepadły. Nie było rady, musiał płynąć. Dziewczyna powiedziała:

– Poczekam.

– Nie powiem ci, jak miała na imię. To jeszcze nie moment. Ale między nami było coś pięknego. Utrzymywaliśmy związek przez telefon. Ona nie zapominała o mnie, ja nie zapominałem o niej. Dzwoniła raz na piętnaście dni. Zainstalowałem telefon u siebie w pokoju, żeby nikt nie słuchał, co mamy sobie do powiedzenia. Rozmawialiśmy pięć, sześć, siedem minut. Nie więcej.

Gdy tak siedzimy na fundamentach, robi się już ciemno. Nieliczne światła statków widać wyraźnie. Sąsiad od godziny czeka cierpliwie w maluchu, a ja żałuję, że nie wzięłam czegoś z długim rękawem. Choć to Karaiby, „zimą” temperatura potrafi spaść do kilkunastu stopni. Od października do maja prawie nikt nie rzuca się tratwą na morze, jest wtedy jeszcze bardziej niebezpiecznie.

– Wczasie każdej ucieczki to ja byłem odpowiedzialny za wyznaczanie kursu. Łódź może mieć tylko jednego kapitana. Wiesz, że nigdy się nie zgubiliśmy? A teraz spójrz w górę. To Gwiazda Polarna. Wygląda trochę jak znak drogowy, nie uważasz? Za dnia kierowaliśmy się kompasem, nocą to ona wyznaczała kierunek. Że zaczyna nieść cię prąd, czujesz nagle. Tratwa w sekundę nabiera prędkości. Daj mięśniom odpocząć, ale nie strać czujności. Prąd wyniesie cię na Bahamy albo i dalej, na Atlantyk. Wciąż trzeba wiosłować z prawej strony, trzymać kurs na Florydę.

Czwartego dnia na morzu dojrzeli wysepki Florydy. Te najbardziej wysunięte na południe z archipelagu, około tysiąca siedmiusetwysp. Zobaczyli też rybaków i to chyba oni zabili na alarm. Strażnicy podpłynęli do nich, zabrali na pokład, a tratwę zatopili. Zawieźli na okręt amerykański, który pływa po cieśninie i zbiera emigrantów. Tam spędzili tydzień. Kursowali tam i z powrotem, czekając na pozwolenie wpłynięcia do portu na Kubie. Od razu zajął się nimi lekarz, opatrzył popękane ręce. Pobrał krew, sprawdził temperaturę. Amerykanie pozwolili się wykąpać, dali ciepłe ubranie, poczęstowali papierosem.

Potem zaczęły się przesłuchania.

– Skąd wypłynąłeś?

– Zdomu. Mieszkam nad morzem.

– Jaka jest Kuba?

– Zielona. Przyroda tam wspaniała.

– Czy widziałeś wyrzutnie rakietowe?

– Nic takiego nie widziałem, nie jestem wojskowym.

– Czy uciekałeś przed Castro?

– Nie interesuje mnie polityka.

Potem w porcie już na Kubie zadawano podobne pytania.

– Jak wyglądał statek amerykański, ile ich widziałeś na morzu, w co był uzbrojony?

– Nie wiem, nie liczyłem, nie znam się na wojnie.

Nikt nie zapytał Iraika, czemu wypłynął ani czy dalej będzie próbował.

Na okręcie byli też Meksykanie, traktowano ich inaczej. Dostawali jedzenie i wodę raz dziennie. Kubańczycy trzy, czasem cztery razy. Lekarz do nich nie podchodził, siedzieli cicho, skuci kajdankami. Zawsze stali nad nimi żołnierze. Z rozmów Amerykanów Iraik wywnioskował, że Meksykanów złapali na przemycie narkotyków.

– Ale i tak najgorzej mieli Haitańczycy. Ich nawet nie wciągnięto na pokład– wspomina Iraik– Przepełnioną po brzegi łódź holowano na stalowej linie pięćdziesiąt metrów za statkiem. Płynęliśmy bardzo szybko. A tam było z pięćdziesiąt osób. Przyklejonych jeden do drugiego. Nie mieli się czego trzymać…

– Widziałeś, jak ktoś wpadł do wody?

– Tak. Nie jednego, a paru.

– Inikt po nich nie wracał?

– Płynęliśmy dalej.

– Mówiłeś rodzicom, co planujesz?– zapytałam po chwili.

– Nie, nigdy. Moja mama zamartwiałaby się, płakała. Zawsze trzymałem wszystko w tajemnicy. Być może bratu coś kiedyś wspominałem… Ale nigdy nie namawiałem go, by płynął ze mną. Żeby niczego nie żałować. Jeśli miałem umrzeć, chciałem umrzeć sam. Śmierć zawsze była z boku.

Kiedy Iraik wszedł do domu, jego rodzina wiedziała już, dlaczego zniknął. „Mamy waszego chłopaka”.– Funkcjonariusze zapukali do ich drzwi parę dni wcześniej, kiedy Amerykanie odstawili go w końcu do portu w Cabañas, niedaleko Mariel. Mama rzuciła mu się na szyję. Oglądała, przytulała, sprawdzała kosteczka po kosteczce, czy cały jest i zdrowy.

– Zwariowałeś, chłopcze, poczekaj. Wyślą ci jeszcze zaproszenie. Uda ci się z tą wizą!

Ale jemu bardziej prawdopodobne od uzyskania wizy wydawało się przepłynięcie cieśniny. Wraz z kolegami wyruszał jeszcze cztery razy. Za każdym wszystko wyglądało podobnie. Zmieniał się tylko skład tratwy, nastrój pasażerów i repertuar pod wiosłowanie. Zawsze Iraikowi towarzyszył jego przyjaciel Michel, nazywany pieszczotliwie Paquete, czyli Paczka. Raz pogoda była lepsza, czasem zaczynało padać. Któregoś razu tratwa podskoczyła na rafie, Iraik się poharatał. Czasami pokonywali prawie całą cieśninę, a innym razem łapano ich zaraz po wpłynięciu na wody Stanów Zjednoczonych. Ale łapano,zawsze łapano.

Za szóstym razem miał już wszystkiego dosyć. Życia z dnia na dzień. Pracy jako kierowca autobusu. Pustego portfela. Samotności. Nie chciał nikogo pytać, czy z nim popłynie. Zbił malutką tratwę, zabrał ze sobą to co zawsze i jak zwykle pod wieczór wypłynął na morze. Sam jeden.

Na początku wszystko szło dobrze. Noc i dzień minęły na krótkich drzemkach i na mozolnym wiosłowaniu w rytm piosenek Willy’ego Chirina.

Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, tam na Antylach,

mój ojciec założył mi marynarskie ubranko.

Musiałem pokonać dziewięćdziesiąt mil

izacząć życie cudzoziemca[1].

Wysiłek był okrutny, ale morze mu pomagało. Złapał prąd i gnał na północ. Woda miała kolor fioletowy, w powietrzu pachniało wolnością. Widział żółwie morskie, ryby z gatunku bram i wyskakujące z wody delfiny. Drugiej nocy nadeszła ulewa. Ściana wody pośrodku morza. Iraik przywiązał siebie i wiosła do tratwy. Położył się pod folią. Oddychał ciężko, dostał ataku astmy, na którą cierpi od dzieciństwa. O tej nocy mówi: piekło. Infierno, do którego powraca czasem w snach. Ale ulewa minęła. Iraik żył, a morze zrobiło się, jak to mówią na Kubie, płaskie jak talerz.

– Przetrwałem ulewę. „Ech, teraz musisz mi pomóc”– rozmawiałem z morzem.

Zaczął więc wiosłować i jeszcze nigdy w życiu nie mknął z taką prędkością. Po trzydziestu paru godzinach pokazały się na horyzoncie wysepki archipelagu Florida Keys. W półtorej doby pokonał Cieśninę Florydzką! Sam jeden! Dotąd nie udało mu się tak szybko dopłynąć tak daleko.

Iwtedy zobaczył największego w swoim życiu rekina. Tawrosza piaskowego.

– Brzydki był jak cholera, prawie czarny, musiał mieć ze trzy metry. Nigdy wcześniej nie znalazłem się tak blisko rekina. I do tego sam na sam. Co miałem robić, wiosłowałem dalej. Na początku starałem się na niego nie patrzeć, potem zacząłem do niego gadać: „Ej stary, starczy już, daj spokój. Idź popływać sobie gdzieś indziej”. On tylko na mnie patrzył.

Przez pół godziny płynęli razem. Nie było jak u Spielberga. Tawrosz nie uderzał o tratwę, nie atakował. Kiedy Iraik zbliżył się już do wysepki, rekin zniknął.

Archipelag na swojej oficjalnej stronie reklamuje się hasłem „The Florida Keys & Key West– come as you are” (Przyjdź taki, jakim jesteś). Ale prawo suchej i mokrej stopy, obowiązujące od 1995 do 2017roku, mówiło jasno: każdy Kubańczyk– o ile spełnia wymogi amerykańskiego prawa imigracyjnego– który dotknie terytorium Stanów Zjednoczonych, ma prawo zostać, nikt nie odeśle go do domu. Tych złapanych na morzu zwraca się Fidelowi.

W2006roku grupa piętnastu Kubańczyków chwyciła się filaru starego Mostu Siedmiomilowego łączącego wyspy Little Duck Key orazKey Vaca. Sprawa trafiła do sądu. Czy filar jest już terytorium amerykańskim? A czy jest nim latarnia położona na morzu? W 2016roku dobiły do takiej dwadzieścia cztery osoby. W obydwu przypadkach sędziowie byli dla Kubańczyków łaskawi.

Iraik minął Bahia Honda Key. Widział, jak po nowym Moście Siedmiomilowym jeżdżą samochody. Minął Vaca Key, Duck Key. Przy wyspie Islamorada wypłynęli ku niemu strażnicy.

Istnieli tacy, którzy zauważeni przez straż przybrzeżną, rzucali się wpław do brzegu. Niektórzy nawet dopływali.

– Ja byłem zdesperowany, ale nie byłem samobójcą. Do lądu miałem daleko, jak stąd, gdzie teraz siedzimy, aż do mariny. Czyli za daleko. Powtarzałem sobie tylko pytania: „Dlaczego znowu ta sama historia, jakie błędy wciąż popełniam, dlaczego ludzie dzwonią do straży?”.

– Ty nigdy nie uciekałaś z kraju przez morze? Pływałaś tylko wycieczkowcem, co? Albo żaglowcem. Ale nie w taki sposób jak ja?

Nie wiem, czy Iraik pyta na poważnie, czy sobie żartuje.

– No nie. Tylko promem i kutrem rybackim. Ale też ruszyłam w podróż z miłości. Na Kubę. Tyle że samolotem.

– Ech, samolotem… Moje marzenie. To jedyny środek transportu, który cały czas imponuje Kubańczykom. Ja wciąż mam nadzieję, że kiedyś stąd wyjadę.

– Masz już jakiś plan, szukasz sposobu?

– Nie, czekam cierpliwie. Może zamieszkam w Australii albo na Haiti. Wcale nie muszą to być Stany, nigdy o nich nie marzyłem. A może poznam kiedyś Europejkę. Wiem tylko, że będzie coraz trudniej, robię się trochę stary. Czterdzieści dwa lata na karku. Jak się nie uda wyjechać, to trudno. Spróbuję tutaj być szczęśliwy. Zrobiłem kurs, jeżdżę teraz karetką. Ostatnio do noworodka nas wezwano, miał niespełna miesiąc, a jego matka lat szesnaście. Maluch był odwodniony, niedożywiony. Karmili go wodą z ryżu, niebieski był jak twoje tenisówki. W ostatniej chwili udało się go uratować. Pomagam też mamie i córce. Córka nie mieszka ze mną, tylko ze swoją mamą– moją partnerką sprzed lat. Niedawno zostałem dziadkiem!

– Opowiedziałeś kiedyś córce tę historię?

– Nie… Bo nie ma się czym chwalić. Bardziej się jej wstydzę. Nie jestem bohaterem, tylko zwykłym człowiekiem, który chciał opuścić swoją wyspę. Cała historia kubańskiej emigracji to wstyd, rozumiesz? Z tamtej strony cię nęcą, a z tej cię nie chcą. A przecież nieważne, czy masz poglądy lewicowe, czy prawicowe, każdy może się zakochać. Zdałem też sobie sprawę, że nikogo nie obchodzi, czy przepłyniesz przez to morze. Choć nie udało mi się dotrzeć do Stanów, dziękuję Bogu, że żyję. A ilu utonęło? Tego nikt nie wie. Chyba tylko morze.

Ostatni raz Iraik uciekał z Kuby w 2011roku. Gdy po raz kolejny odstawiono go na wyspę, jego dziewczyna przyleciała z Miami. Czekała na niego trzy lata. Powiedziała, że dłużej nie wytrzyma. Że go nigdy nie zapomni, że jest dla niej wyjątkowy. Ale to morze ich rozdziela. A ona musi ruszyć z miejsca, zacząć żyć na nowo.

Zerwali całkowicie kontakt, nie wie, co u niej słychać. Już więcej nie wypływał.

2. Tu jest lepiej, przyjeżdżajcie

POLSKA, WARSZAWA

„Czy ktoś z was potrafi budować tratwy?”– to pierwsze zdanie, którego mój mąż nauczył się po polsku.

Czy ktoś z was potrafi budować tratwy?

Takie, które płyną, a nie toną.

Wyruszam do Ameryki!

Zaprosił mnie sam prezydent.

Wlatach dziewięćdziesiątych powiedział do Kubańczyków:

– Tu jest lepiej, przyjeżdżajcie.

AFidel powiedział:

– Jak chcecie, to jedźcie,

nie staniemy wam na drodze.

Kubańczycy budowali tratwy,

amorze je niszczyło.

Ja nie dam się zatopić.

Brzegu Ameryki dotknę suchą stopą[2].

Tekst ten piszę z pamięci, wyrecytuję nawet w środku nocy. Mój mąż Oscar uczył się go znając wcześniej jedynie „dziękuję”, „dzień dobry”. Długo to trwało. Monolog wkuwał fonetycznie, nie rozumiał znaczenia poszczególnych wyrazów. Pierwotnie tekst był dłuższy, ładniejszy, ale my wycinaliśmy kolejne fragmenty, zastępowaliśmy niektóre słowa łatwiejszymi. Najdłużej Oscar męczył się z „przyjeżdżajcie”. Tego wyrazu nie mogliśmy jednak wyciąć. Tu jest lepiej, przyjeżdżajcie stanowiło tytuł całego spektaklu.

Mój mąż brał udział w warsztatach teatralnych fundacji Strefa WolnoSłowa. Uczestnicy z różnych stron świata opowiadali historie swojej emigracji, historie emigracji rodaków. Pamiętam Ukraińców, chłopaka z Macedonii, Białorusinki, matkę z synem z Armenii, mężczyznę z Azerbejdżanu, Rosjankę, Belga. Wszyscy byli w Polsce nowi, szukali sposobu, by czymś wypełnić wolny czas, którego mieli aż nadto.

Oscar opowiedział o balseros– ludziach z tratw, którzy na byle czym płynęli z Kuby do Stanów. Pierwsza historia, jaka przyszła mu do głowy na hasło „migracje Kubańczyków”. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jak tragiczna i wielowątkowa jest to opowieść.

Na podstawie historii, którymi dzielili się uczestnicy warsztatu, powstał spektakl. Oscar wystąpił w kaszkiecie, czarno-białej kamizelce i ze starą skórzaną walizką pod pachą.

Do Polski przyjechał parę miesięcy wcześniej, też z jedną małą walizką do połowy pustą. To była jego pierwsza zagraniczna podróż w życiu. Ze sztywnym od nowości paszportem. Przyleciał w koszuli i marynarce, wystrojony jak każdy Kubańczyk, który udaje się na lotnisko.

3. Milagros

KUBA, HAWANA

Starsza pani staje przy mikrofonie. Wyprostowana, z przymrużonymi oczami, w wielkim przejęciu recytuje:

– Ten, który żółć zamienia w miód, nazywa się…

Awszyscy natychmiast dopowiadają:

– Fidel!

– Ten, który pokrzywę uczyni goździkiem, nazywa się…

– Fidel!

– Ten, dzięki któremu moja Ojczyzna nie stała się smutnymi koszarami, nazywa się…

– Fidel!

– Ten, który pokonał bestię dla dobra człowieka, ten, który cień zamienił w światło ma imię, tylko jedno ma imię…

– Fidel Castro Ruz![3]

Na osiedlu San Agustín w Hawanie mieszkańcy świętują dziewięćdziesiąte pierwsze urodziny Komendanta. Jubilat od dziewięciu miesięcy już nie żył.

Parę godzin wcześniej do Milagros zadzwoniła sąsiadka.

– Zaczynamy w parku o dziesiątej! Będziecie, prawda?

– Tak, tak, widzimy się na miejscu.– Milagros odłożyła słuchawkę i zaczęła się szykować. Jej syn (najmłodszy) nieśpiesznie przeżuwał chleb z masłem. Od razu uprzedził, że nigdzie się nie wybiera. Żeby nawet nie próbowała go namawiać.

Kiedy już miała wychodzić, z kranu poleciała woda. Zimna, bo ciepłej w domu Milagros nigdy nie ma. Podgrzewa ją w żeliwnym garnku z rączkami mocowanymi na druty, które ciągle się luzują. Wrzątek przelewa do plastikowych kubłów w łazience. Ciało polewa małym, różowym kubkiem. Milagros zawsze pyta domowników, o której chcą się wykąpać, by ciepłą wodę mieli naszykowaną zawczasu. Pilnuje zbiornika na balkonie, zapasów w rozstawionych po domu kubłach. W całej dzielnicy wodę wyłączają na wiele godzin. Nikt nie wie, kiedy znów poleci.

– Nigdzie nie idę.– Milagros westchnęła, zakręcając kran.– Pranie samo się nie zrobi.

– Pomogę ci, jak wrócimy– zaproponowałam.

Bo pranie nie polega jedynie na wrzuceniu ubrań do pralki. Każdą skarpetkę i podkoszulkę trzeba wyłowić z bębna i wypłukać ręcznie w betonowym zlewie na balkonie. Następnie wrzucić do drugiego bębna do odwirowania i oczywiście rozwiesić. Milagros jest bardzo zadowolona z nowej pralki, która zastąpiła starą, wysłużoną Franię.

– Onie, idź sama. Chciałabym, ale nie mogę ryzykować, że znów wyłączą wodę. Opowiesz mi, jak było.

– Ato będzie smutna uroczystość czy wesoła?– zapytałam.

– Myślę, że wesoła. W końcu to urodziny.

Choć wszystko miało się zacząć o 10:00, o 10:15 ustawiają powoli głośniki. Ktoś wyciąga z garażu plakat z Komendantem, ktoś inny rozstawia krzesełka, mocuje wielką, kubańską flagę. Osób powoli przybywa. Przyglądałam się im twarzom. Przyszli raczej starsi, niektórzy z wnukami, około pięćdziesięciu urodzinowych gości. Poznaję sąsiadów z dołu i z naprzeciwka. Na murku obok grupa znajomych popija kubańskie piwo bucanero.

– Dobra, czas na nas.– Rzucają puste puszki za siebie i idą.

– O,jak dobrze, że jesteś dzisiaj z nami!– wita mnie jedna z sąsiadek. Jej dzieci opuściły wyspę, więc zamiast siedzieć sama w domu, wpada czasem do Milagros.

– Chciałam zobaczyć, jak świętujecie…

– Tak, to bardzo ważne. Wszyscy powinniśmy tu być. A Milagros gdzie?

– Musiała niestety zostać…

Naszą rozmowę przerywa puszczony z głośników hymn Kuby. Wszyscy stają na baczność (starsza pani jeszcze chwilę ściągała wnuka z rowerka) i z przejęciem odśpiewują:

Do boju, pośpieszcie, bayamczycy,

Ojczyzna spogląda na was z dumą,

Nie bójcie się chwalebnej śmierci,

Bo umrzeć za ojczyznę to żyć.

Żyć w kajdanach to jakby żyć

Bez końca w zniewadze i hańbie,

Posłuchajcie dźwięku surmy bojowej

Ido broni pośpieszcie odważnie!

Po hymnie na podwyższenie wchodzą dwie uczennice z gitarami. Śpiewają specjalnie ułożoną dla niego piosenkę. O tym, że chcą go nazywać swoim ojcem, żeby nie puszczał ich ręki, bo jeszcze nie potrafią same chodzić[4]. Ze sceny schodzą smutne, bo rodzice znów spóźniają się na występ.

– Jak było?– pyta Milagros na progu.

– Uroczystość prowadził tata Vladimira. Miał łzy w oczach.

– Oczywiście. W końcu to urodziny Fidela.

Gdy my na placu czciliśmy Komendanta, Milagros zdążyła nie tylko zrobić pranie, ale też ugotować obiad.

– Zobacz, kupiłam pomidory po drodze, może zrobię sałatkę?– proponuję.

– Pomidory?– Milagros ze zmartwioną miną zagląda do siatki.– Ile one kosztowały? Na pewno były strasznie drogie. Przecież to nie sezon…

Wprzeliczeniu na złotówki kilogram pomidorów kosztuje jakieś pięć złotych. Rzeczywiście dużo w porównaniu z cenami awokado, które w lipcu i sierpniu sprzedają z taczek na każdym rogu ulicy.

Od 1994roku na Kubie obowiązują dwie waluty. Wszyscy na posadach państwowych, czyli większość obywateli, zarabiają w peso kubańskich (CUP). W tej walucie płaci się za gaz i wodę, za chleb i jajka. Za maniok, ziemniaki, rachunki za telefon stacjonarny, za przejazd autobusem miejskim, lody w rożku, za wiszącą na haku w słońcu, oblepioną muchami wieprzowinę. Za mrożone piersi kurczaka płaci się już w drugiej walucie– peso wymienialnym (CUC). Stosunek jednej waluty do drugiej wynosił jeden do dwudziestu pięciu. CUC definiują produkty luksusowe. Oprócz mrożonego mięsa należą do nich m.in.:olej, puszki sardynek, podpaski ze skrzydełkami, lody w kubku firmy Nestlé, rozmowy przez komórkę, połączenie z internetem. Peso wymienialne to też waluta turystów, ich przejazdów, noclegów, imprez i napiwków. Dlatego praca w turystyce jest marzeniem wielu Kubańczyków. Daje dostęp do CUC, pozwala na łyk importowanego piwa po pracy, nowe buty sportowe, a może i nawet weekend nad morzem w Varadero, największym kurorcie na wyspie. Wielu porzuca posady w szpitalach i na uniwersytetach, aby wozić turystów taksówkami i nakrywać im do stołu.

Milagros nie zna świata w CUC. Na budżet domowy składają się jej emerytura, pieniądze, które dorabia, sprzątając w soboty u pewnego generała, emerytura jej obecnego partnera Emilia i renta po zmarłym mężu. Najmłodszy syn mieszka za granicą i czasem przesyła mamie pieniądze, ale nie ma tego wiele. Dorzuca się też średni syn, który do domu wpada się wykąpać, obejrzeć serial i zjeść kolację. Noce spędza u swojej dziewczyny, pół godziny drogi od Milagros. W nocy karmi z butelki ich paromiesięczną córkę, rano bawi się trochę z małą i idzie do pracy. Kursuje tak między dwoma światami, bo nie widzi lepszego rozwiązania. Z teściami się nie dogaduje, na samodzielne mieszkanie nie ma szans. Weekendy spędza to tu, to tam. Uczy córkę chodzić, robi zakupy dla Milagros, trochę imprezuje. Waży i sprzedaje po sąsiadach jogurt truskawkowy. Mimo że pracuje na kierowniczym stanowisku w instytucie techniki budowlanej, na pieluchy ledwo starcza. Te, z których siku nie wylatuje po godzinie od założenia, są oczywiście produktem luksusowym w CUC. Nocami, gdy średni syn Milagros nie może spać, marzy i planuje wielki biznes, który ma mu przynieść tysiące dolarów.

Najstarsza córka Milagros ma swoje życie i swoje problemy. Właśnie posłała syna do szkoły wojskowej, trzeba go ubrać i nakarmić. Ale i tak wpada do mamy przy każdej okazji, czasem podrzuci trochę bananów.

Jak więc dożyć do pierwszego? O to Milagros wcale się nie martwi. Mieszkanie w Hawanie dostali z mężem od Rewolucji. Żaden komornik, żaden bank jej stamtąd nie wyrzuci. Jej dzielnicę– San Agustín w Hawanie– w latach siedemdziesiątych budowały mikrobrygady złożone nie tylko z inżynierów, ale i policjantów, rolników, stolarzy. Budowano nowy świat dla nowego człowieka. Milagros, jako najstarsza z dziewiątki rodzeństwa, otrzymała możliwość przeprowadzki z wiejskiego domu z klepiskiem do bloku z terakotą. Poszła też na studia.

Bardziej niż o dach nad głową martwi się o to, co włożyć do garnka. Ale i tak cieszy się, że podstawowe produkty dostaje na kartki: 3 kg ryżu miesięcznie, 1,5 kg cukru rafinowanego i 0,5 kg brązowego. Paczka kawy, 250 dkg czarnej fasoli. Nie ma tego dużo, lecz Milagros nie jada dużo. Sobie zawsze nakłada na końcu. Kiedy mało co zostaje, mówi, że boli ją głowa i nie ma apetytu.

Nie ma wielkich potrzeb. Kiedy od najmłodszego syna dostała z zagranicy żelazko, schowała je w szafie i dalej prasowała ciężkim, żeliwnym, bez generatora pary i ceramicznej stopki. Nie widzi sensu w zastępowaniu nowymi rzeczy, które są jeszcze sprawne. W domu Milagros nic się nie marnuje. Kubeł na śmieci, stojący na balkonie, zapełnia się może raz w tygodniu. Głównie obierkami po owocach i warzywach. Kości z mięsa zjada pies osiedlowy, ryż gotuje się bez torebek, nie używa się papierowych ręczników kuchennych ani chusteczek. Materiałowe ściereczki służą wszystkim od lat. Milagros nie lubi wyrzucać nawet dziurawych czy popsutych rzeczy. A nuż kiedyś będą potrzebne. W kuchni składuje puste butelki, w szafie niedziałające telefony stacjonarne. Na balkonie kartony po wentylatorach i telewizorze. Jeśli któryś ze sprzętów by się zepsuł, może go zareklamować jedynie w oryginalnym opakowaniu. Najmłodszy twierdzi, że taki popsuty wentylator będą próbowali jeszcze komuś upchnąć.

Nad stołem w ich domu wisi portret Che Guevary. Malowany na drewnie przeżartym przez korniki. Argentyńczyk w zielonym mundurze. Ten, który wraz z Fidelem i Raúlem przypłynął na Kubę w 1956roku na jachcie Granma. Przeżył potyczkę z żołnierzami dyktatora Batisty, ukrywał się w górach Sierra Maestra i przygotowywał kubańską Rewolucję. W jednej chwili zmienił życie milionów. Dla jednych bohater, dla drugich oprawca. Z cygarem w ręku obserwuje, jak Milagros kładzie na stole arroz congri, czyli ryż z czarną fasolą. Przynosi gotowane banany pastewne i omlet. Rozstawia talerze z ceramiki, tylko sobie nakłada na metalowy. Jednego z talerzy nie używa nigdy. Tego białego z niebieską obwódką.

– Ten jest od Fidela– mówi. Pierwszy prawdziwy, na którym jadła w życiu.

Po triumfie Rewolucji sprzęty gospodarstwa domowego docierały na kubańskie wsie wraz z nauką. Wszystko za darmo, wszystko dla ubogich. Rok 1961 ogłoszono Rokiem Edukacji. Nauczyciele i uczniowie z dużych miast ruszyli na prowincję z misją walki z analfabetyzmem. Mała Milagros i jej matka razem stawiały pierwsze litery. W 1965roku odsetek dzieci chodzących do szkoły przewyższał średnią Ameryki Łacińskiej już o pięćdziesiąt procent[5].

Milagros wskazuje wszystkim miejsca przy stole, sama siada z talerzem w ręku przed telewizorem. Dziś, w dzień urodzin Komendanta, jego imię powtarzają w telewizji co parę minut, odmieniając przez wszystkie przypadki. Na Kubie nie ma dnia, aby nie wspominano zasług Fidela Castro. Jego inteligencji i odwagi, rewolucyjnej myśli i empatii wobec najbiedniejszych. Ale 13sierpnia ciężko zobaczyć cośinnego.

– Ibardzo dobrze– odpowiada Milagros na narzekania najmłodszego, że ile można wałkować to samo. Nie lubi, gdy ktoś krytykuje Rewolucję, narzeka na Fidela.– Bo wy nie wiecie, jak było wcześniej…– powtarza młodym.– Wy nie wiecie, jak my żyliśmy, tam, w górach, bez prądu…

Jej dzieci– najmłodszy syn, średni syn i najstarsza córka– tylko przewracają oczami.

Milagros nie rozumie, dlaczego tyle osób chce wyjechać z wyspy. Czemu płyną tratwami przez morze albo ryzykują życie w szaleńczym marszu przez Ameryki. Dali się zwieść Yumie, jak nazywa się tu Stany. Dali się zwieść na pokuszenie.

Po śmierci Komendanta Milagros przykleiła na szafie w sypialni naklejkę. „Yo soy Fidel”– Ja jestem Fidel.

4. Pssst, połączenie

KUBA, HAWANA

– Widzisz mnie? Czekaj, coś się zawiesza… No, teraz ty się pokaż. Przytyłeś, kochany, powodzi się!

Wparku, który tworzą dwa rzędy drzew i alejka z masywnymi ławkami z betonu, kłębi się tłum ludzi. Wszyscy z telefonami, tabletami, laptopami. Dzwonią, sprawdzają maile, siedzą na Facebooku. Wyciągają ręce, by podczas rozmowy zaprezentować się swoim bliskim.

Po drugiej stronie ulicy– biuro państwowej i jedynej na wyspie firmy telekomunikacyjnej Etecsa. Przed wejściem kolejka. Co chwilę ktoś podchodzi i pyta:

– Kto ostatni?

– Nie ma kart– odpowiada kolejka.

– Nie ma kart potrzebnych do łączenia się z internetem? Jak to możliwe, skoro cały park siedzi na Facebooku?– zagaduję ostatniego z oczekujących.

– Skończyły się, jak zwykle. A ci ludzie mają już loginy i hasła.

Etecsa sprzedaje karty, które pozwalają korzystać z wi-fi w parku przez godzinę, do wykorzystania w ciągu miesiąca. Karta kosztuje 1,50 CUC, jeśli chce się surfować po całym internecie, lub 30 centów, jeśli odwiedzać tylko strony kubańskie.

– Karty często się wyprzedają? Może niedługo dowiozą nowe?

– Kochana… ciągle! Nie ma co czekać. Ja stoję w kolejce, bo chcę opłacić rachunek za stacjonarny. Widzisz tego pana w koszulce w paski? On ci poda hasło.

Niektórzy Kubańczycy kupują stos kart i odsprzedają za podwójną cenę– 3 CUC. Godzina internetu to dużo i mało. Mało, bo połączenie jest wolne. Najgorzej bywa w niedzielę, kiedy w parkach zbiera się najwięcej chętnych. Dużo, bo wiele osób po raz pierwszy w życiu korzysta z internetu. Zakładają konta na portalach społecznościowych, czytają wiadomości inne niż te publikowane w oficjalnych periodykach: „Granmie”, „Zbuntowanej Młodości” i „Pracownikach”. I przede wszystkim łączą się ze swoimi bliskimi. Do tej pory dzwonili z telefonów stacjonarnych albo budek telefonicznych. A minuta połączenia z Miami wciąż kosztuje 1 CUC, czyli prawie 4 złote. No i w budce telefonicznej nie zobaczą brata, matki, przyjaciela, którzy przed laty opuścili wyspę i nigdy jej nie odwiedzili.

Gdy w 2010roku mój przyszły mąż chciał wysłać do mnie maila, szedł do domu swojego szefa i tam korzystał z laptopa. Kopiował wiadomość na pendrive’a, potem przekazywał go bratu. Ten w pracy miał dostęp do skrzynki mailowej i przesyłał list do mnie. Z moimi mailami szło nieco szybciej. Brat albo kolega drukowali je w pracy i przekazywali Oscarowi. Zawsze zastanawiałam się, ile osób czyta je po drodze.

Czasem udawało nam się porozmawiać na Skypie. Oscar znalazł osobę w dzielnicy, która żyła z tego, że za 2 CUC za godzinę udostępniała w swoim domu pokój z komputerem i konto na Skypie. Samo połączenie, jak i cały biznes, było oczywiście nielegalne. Za którymś razem Oscara nie wpuszczono do środka.

– Tu nie ma internetu i nigdy nie było!– powiedziała gospodyni stanowczym głosem i zamknęła mu drzwi przed nosem.

– Pomożesz mi się zalogować?– dosiadam się do pokaźnego mężczyzny w koszulce z flagą Stanów Zjednoczonych. Kupiłam już kartę, ale i tak mam problem z ładowaniem stron.

– Jasne. Jestem William. Miło cię poznać. Ale jak ty na tym gracie cokolwiek zobaczysz!– śmieje się, biorąc do ręki mój stary telefon z pękniętym ekranem.– Czekaj, włącz Bluetooth, to prześlę ci aplikację. Z nią będzie łatwiej i szybciej.

Mimo aplikacji mój telefon dalej nie chce współpracować.

– Pssst! Chodź no tu, mamy problem z tym starociem– woła William młodego chłopaka, kręcącego się po parku. Ten w pięć sekund łączy mnie z internetem.– I nie kupuj więcej karty za trzy CUC wymienialne, to bez sensu!– radzi William.– U tych gości bez żadnej karty możesz serfować za jedno CUC, mają rozdzielacz sygnału. No co ty, oczywiście, że nie dostali go na Kubie. Logują się i przekazują sieć czterem, pięciu osobom. Taki biznes wymyślili.

– Tylko jak ich poznać?– pytam.

– Hej, ty, dziewczyna chce wiedzieć, po czym poznać, że ty to ty, ha, ha, ha!– krzyczy William do chłopaka, który przed chwilą połączył mnie z internetem.– Zapamiętaj te tatuaże i nażelowaną blond grzywkę. A tak serio, jak się przejdziesz po parku, oni sami się do ciebie zgłoszą. O przepraszam, dzwoni kuzyn.– William przerywa rozmowę, by odebrać telefon.– Acere, towarzyszu! Jak leci, jak się sprawy mają? Ciocia dobrze? Kochamy cię bardzo, pamiętaj!

William ma rodzinę w Miami. Siostrę, ciotkę, licznych kuzynów. Chciał do nich dołączyć, ale plany pokrzyżował mu Barack Obama.

– Tak mnie urządził!– Krzywi się wymownie.– Ale ja nie muszę jechać do Stanów, może być gdziekolwiek. Nie masz tam może jakiejś koleżanki, która czuje się samotna?

Pani na ławce obok ma mniej szczęścia z łączem.

– Synuś, no… Halo, halo! Widzę cię, ale nie słyszę. Boże mój, no znowu cię nie słyszę…

Hotspoty na Kubie zaczęły się pojawiać w 2015roku. Podwóch latach w Hawanie istniało ich już czterdzieści dwa, przede wszystkim w parkach[6]. Łatwo je poznać, bo o każdej porze dnia i nocy gromadzą się w nich ludzie. Wcześniej kłębowisko kabli puszczone po dnie Morza Karaibskiego omijało Kubę. Powód jak zawsze jeden: amerykańskie embargo. Z internetu można było korzystać prawie tylko w luksusowych hotelach, a godzina kosztowała około 5 CUC. I był on jeszcze wolniejszy.

Wkońcu na Kubę dotarł światłowód od przyjaciół z Wenezueli, do tego czasu wyspa łączyła się ze światem przez satelitę. Kubańczykom tradycyjnie utrudniano życie z dwóch stron, w końcu nie wszystko dało się zrzucić na embargo. Do 2008roku bez specjalnego pozwolenia nie można było w ogóle mieć komputera. W 2017roku, aby zainstalować (legalnie) internet w domu, cały czas trzeba było mieć błogosławieństwo zakładu pracy. Należało przekonać szefa, że dostęp w firmie nie wystarczy. Natomiast przedsiębiorstwo z kapitałem zagranicznym musiało przedstawićEtecsie: konstytucję i statut firmy, certyfikat zarządu z nazwiskami osób zarządzających kontem bankowym, certyfikat wydany przez Rejestr Handlowy… i siedem innych dziwnych dokumentów.

Firmom państwowym było tylko trochę łatwiej. Niezbędnych dokumentów wymieniano sześć[7].

Pod koniec 2016roku uruchomiono pilotażowy internet szerokopasmowy w Starej Hawanie. Mieszkańców podłączono bezpłatnie do sieci na dwa miesiące. Mogli surfować bez ograniczeń, w zamian testowali łącze, dzielili się uwagami. Potem zaproponowano im usługi płatne, w zależności od szybkości internetu. Trzydzieści godzin do wykorzystania w ciągu miesiąca. Od 15 CUC przy prędkości 128 Kb/s do 105 CUC za 2 Mb/s (około 400 złotych!)[8].

– Rząd powoli przestaje blokować nieprzychylne strony– opowiada mi znajomy Kubańczyk.– Ale największą blokadę to my i tak mamy w głowach. Sześćdziesiąt lat patrzenia na ręce zrobiło swoje. A druga blokada to ta w portfelu. Czy my nie mamy najdroższego internetu na świecie? Czy on rzeczywiście musi taki być? Bardzo wątpię. Powiedz mi, ile osób sprawdzi, co pisze na blogu Yoani Sánchez, jeśli ma tylko jedną piekielnie drogą godzinę w sieci. Wyświetli wiadomości czy porozmawia z bratem, którego nie słyszał od miesięcy?

Na Kubie wciąż istnieją tylko telewizja i gazety państwowe, głos niezależnych dziennikarzy można usłyszeć jedynie w internecie. Wielu kubańskich blogerów staje się bardziej znanych od dysydentów, wśród nich właśnie Yoani Sánchez, uznana w 2008roku przez magazyn„The Time” za jedną z najbardziej wpływowych osób na świecie. Tylko że czyta się ją przede wszystkim poza wyspą. Kubańczycy mówią, że cały czas nie stać ich na nie- zależność.

Po paru dniach znów jestem w parku i tak jak radził William, nie kupuję karty za 3 CUC. Dziś jest tu wyjątkowo tłoczno. Niedawno skończyły się targi książki w Hawanie, ale w różnych częściach miasta trwają jeszcze wydarzenia towarzyszące. Na obrzeżach parku ustawiono kram z książkami. Wśród tytułów znajduję Myśl ekonomiczną Hugo Cháveza, komiks Fidel między nami (część pierwsza i druga), pamiętniki Che Guevary. Sprzedają też serduszka na patyku i balony z Maszą dla dziewczynek, plastikowe wywrotki i balony z niedźwiedziem dla chłopców. W centralnym miejscu rozstawiono stoisko z ciastkami z kremem i wózek z chińszczyzną w wersji kubańskiej, czyli smażony ryż z wieprzowiną i szczypiorkiem. Pod tablicami „Rewolucja to bitwa wielkich” i „Partia jest nieśmiertelna” stoją głośniki. Na zmianę dobiegają z nich reggaeton (wtedy szaleją młodzi) i salsa (wtedy podrygują starsi). W tym całym harmidrze Kubańczycy– jak codziennie– próbują usłyszeć swoich bliskich. Odwracają się do siebie plecami, szukają skrawka prywatności, tak żeby nie zgubić zasięgu.

– Pssst… Conexión? Połączenie?– Chłopak w dredach z rozjaśnionymi końcówkami bierze mój telefon, wpisuje hasło i już powinnam mieć internet. Bez kupowania karty.– Tylko lepiej usiądź na tej ławce i