Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kuba i Mela dają radę - Maciej Orłoś

Drugi tom perypetii sympatycznego rodzeństwa, czyli tytułowych Kuby i Meli. Rodzice mało co rozumieją – to już wiemy. Posiadanie starszego brata/młodszej siostry (niepotrzebne skreślić) bywa uciążliwe. Ale każdy kolejny dzień to nowa przygoda i nawet jeśli czasem się ze sobą nie zgadzamy i kłócimy, to przecież i tak się kochamy. Pełna humoru i nie pozbawiona ironii książka o codziennym życiu i przygodach pewnej polskiej rodziny z obrazkami znanego satyryka, Henryka Sawki. Lektura nie tylko dla dzieci! Rekomendujemy również dorosłym, pod warunkiem, że potrafią zachować dystans do samych siebie.

Opinie o ebooku Kuba i Mela dają radę - Maciej Orłoś

Fragment ebooka Kuba i Mela dają radę - Maciej Orłoś

Maciej Orłoś

KUBA i MELA

dają radę

RysunkiHenryk Sawka

Tekst © 2012 Maciej Ortoś

Rysunki © 2012 Henryk Sawka

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Copyright © 2012 Wydawnictwo Jaguar

Redakcja: Ewa Holewińska, Anna Pawłowicz

Korekta: Aneta Szeliga

Skład i łamanie: EKART

ISBN 978-83-7686-183-8

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji ebook

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

POCZĄTEK WAKACJI

Uwielbiam, kiedy zaczynają się wakacje. Mam na myśli ten dzień, kiedy wyjeżdżamy z Warszawy. Na ogół to jest tuż po zakończeniu roku szkolnego. Raz wyjechaliśmy nawet przed zakończeniem, no bo po prostu i tak nic ważnego się nie działo w szkole i rodzice postanowili, że wyjedziemy wcześniej i już. I nie było w szkole żadnego problemu, a tata odebrał świadectwo z sekretariatu w czasie wakacji. Tak było, kiedy skończyłam zerówkę. A teraz skończyłam pierwszą klasę i byłam na zakończeniu roku, sama odebrałam świadectwo. I dwa dni później wyjechaliśmy. Nad morze. Mama spakowała nas już dzień wcześniej, a tata wieczorem zniósł bagaże do samochodu, żeby rano nie tracić czasu, bo mieliśmy wyjechać około dziewiątej rano. Tata mówił, że wolałby jeszcze wcześniej, bo nad morze trzeba będzie długo jechać, ale mama zaprotestowała, że bez przesady, że dziewiąta wystarczy.

Leżałam już w łóżku i próbowałam zasnąć, ale nie było to łatwe, bo tata bez końca wychodził z bagażami i jeszcze głośno komentował i narzekał, że po co tyle tych tobołów. Chyba się bardzo zmęczył i spocił od tego noszenia, bo słyszałam, jak stęka w przedpokoju i wzdycha. Mój tata tak charakterystycznie wzdycha, jak mu się coś nie podoba. Wtedy trzeba przeczekać, najlepiej się nie odzywać i w końcu mu mija.

Rano było świetnie! Wstałam wcześnie, bo nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie wyruszymy – lubię te nasze wspólne podróże samochodem, zwłaszcza na wakacje! Przygotowałam na podróż wszystkie moje ulubione misie i inne pluszaki, z Michaliną na czele – ona jest kapitalna. Jest rudobrązowa, miękka, średniej wielkości, taka idealna do spania i do podróżowania. Kiedyś mówiła, ale potem chyba baterie się skończyły i oczywiście nie mogę się doprosić rodziców, żeby wymienili te baterie. Więc kiedy jeszcze mówiła, to mówiła tak: „Jestem misio Rudy Pysio i chce mi się jeść, jest niedziela, zatem Mela pójdzie ze mną gdzieś.”

Oprócz Michaliny gotowych do podróży było jeszcze jedenaście pluszaków: Korneliusz (mały miś), Klara (blondynka, mała kicia), Ludwiczek (łaciaty pies, który cały czas mówi smętnie: „Cześć, jestem Ludwiczek, lubisz brukselkę?”), Śnieżka (konik biały i mały), I love you (czyli owieczka, która mówi: „I love you.”), Deru (małpka, która wiesza się na szyi), Aleks (piesek, który jest chłopakiem Klary), Maks (szary piesek, chłopak Michaliny), Miszo Skoczek (afrykańska mysz, która płata figle), Duża Kicia (najlepsza przyjaciółka Klary) oraz Bambo (słoń afrykański, naprawdę duży, szary).

I jeszcze muszę dodać, że Korneliusz, Michalina i Klara są rodzeństwem. No, ale oczywiście tata się nie chciał zgodzić na Bambo! Powiedział, że nawet mowy nie ma, żebym wzięła słonia, bo samochód jest już tak załadowany, że my się ledwo zmieścimy i że na pewno nie ma miejsca na słonia. W dodatku chciał, żebym zostawiła połowę pozostałych pluszaków, ale zrobiłam aferę, a mama mnie poparła i tata odpuścił.

Jak już siedzieliśmy w samochodzie gotowi do wyjazdu (tata za kierownicą, mama obok, z tyłu Kuba za tatą, Bambo w środku – przypięłam go pasami, oczywiście – ja za mamą), to mama poprosiła tatę, żeby jeszcze sprawdził w torbie w bagażniku (mamy duży bagażnik, bo samochód jest typu combi), czy jest ładowarka do komórki. Tata westchnął, jak to on, wysiadł, otworzył bagażnik, po chwili powiedział, że ładowarka jest, i wrócił za kierownicę. I już miał włączyć silnik, ale przypomniał sobie, że zapomniał dokumentów z domu, więc poszedł po dokumenty. Wtedy mama postanowiła sprawdzić, czy w bagażniku na pewno jest bluza, którą miała wziąć dla mnie, bo nad morzem na pewno będzie zimno. Sprawdziła i okazało się, że bluza jest. Wtedy wrócił tata z dokumentami. Włączył silnik i ruszyliśmy. Po chwili jednak zahamował, dość gwałtownie. Okazało się, że klapa bagażnika była otwarta, tak totalnie, na całego, bo mama jej nie zamknęła. Tata wysiadł i zaczął zbierać rzeczy, które powypadały z bagażnika. Na szczęście nie wszystko wypadło, tylko kilka mniejszych toreb takich z plastiku oraz jedna z materiału, w której były nasze kosmetyki. Niestety torba nie była zapięta, więc tata musiał zbierać z ulicy tubki z pastami do zębów, szczoteczki, szampony i inne podobne drobiazgi. Dobrze, że akurat nic nie jechało, bo jeszcze ktoś by przejechał po naszych rzeczach i to by było niefajne.

Mama, oczywiście, chciała pomóc tacie w zbieraniu naszych rzeczy, ale nie zdążyła, bo akurat zadzwoniła do niej babcia i powiedziała, że właśnie wrzuciła swoje klucze do pojemnika na śmieci razem ze śmieciami i nie wie, co robić. I pytała, czy już wyjechaliśmy. Więc jak tata wreszcie pozbierał wszystko z ulicy, wsadził do bagażnika i zamknął klapę, to pojechaliśmy do babci (na szczęście mieszka blisko) i tata chyba pół godziny szperał w pojemniku na śmieci i szukał kluczy, które babcia tam wrzuciła. Wszyscy staliśmy obok i kibicowaliśmy tacie, a on wzdychał po swojemu i wyjmował po kolei worki ze śmieciami, których niestety było dużo. Kuba zatkał nos i bez przerwy powtarzał: „Ale cuchnie! Ale cuchnie!” Babcia była bardzo zdenerwowana i wcale się jej nie dziwię, bo co by było, gdyby tata nie znalazł tych kluczy?! Nie mogłaby wrócić do domu, a tam czekała na nią Maksi, nasz piesek. Biedna babcia. Biedna Maksi.

Ale tata w końcu nie wytrzymał i wlazł, przepraszam – wszedł do tego pojemnika na śmieci i znalazł w końcu te klucze. Były oblepione jakąś mazią, ale mama wytarła je chusteczką, a tacie podała takie mokre płatki do wycierania rąk i tata wytarł sobie ręce. No więc wszystko się dobrze skończyło, babcia była zadowolona, podziękowała tacie i nawet chciała go ucałować, ale zrezygnowała, bo tata miał na ubraniu różne paprochy typu: kawałek ziemniaka, skórka pomidora, trochę masła (albo margaryny, trudno powiedzieć). Mama powycierała go chusteczkami, pożegnaliśmy się z babcią i ruszyliśmy wreszcie w drogę. Niestety w samochodzie był brzydki zapach od tych śmieci, a właściwie od taty, więc mama kazała nam otworzyć okna. A Kuba i tak zatkał sobie nos i powtarzał: „Ale cuchnie!”, więc go szturchnęłam, żeby przestał to mówić, bo tacie będzie przykro, i przestał. Ale nos trzymał zatkany jeszcze chyba z pół godziny.

Przed wyjazdem z Warszawy mieliśmy jeszcze zatrzymać się na stacji benzynowej, ale tata powiedział, że już tyle czasu straciliśmy, że nie ma mowy teraz o żadnej stacji.

– No, ale przecież mamy mało paliwa, sam mówiłeś – zauważyła wtedy mama.

– Mało, ale wystarczy, żeby dojechać do stacji przy autostradzie – powiedział tata, a mama już się nie odezwała, bo chyba nie chciała taty denerwować po tym, co przeszedł w tym śmietniku.

Jechaliśmy nową autostradą, tata puścił płytę z moimi ulubionymi utworami, Kuba grał w angry birds na komórce taty (bo swoją nową komórkę popsuł – owinął ją w mokry ręcznik i nie nadawała się do naprawy), a mama przeglądała jakieś pismo. Poza tym dała wszystkim kanapki i było naprawdę przyjemnie. A po pewnym czasie tata zapytał:

– No i gdzie ta stacja?

– Przy autostradzie chyba będzie zaraz jakaś, prawda? – powiedziała mama.

– Powinna być, ale niekoniecznie zaraz, bo to nowa autostrada – wytłumaczył tata.

– No to chyba wiedziałeś, że to nowa autostrada i że może nie być stacji, skoro to nowa autostrada – zdenerwowała się mama.

– No ale jak może tak długo nie być stacji benzynowej przy autostradzie, to jakiś skandal! – mruknął tata i westchnął. I zaczął wolniej jechać.

– Co tak wolno jedziemy, tato? – zapytał Kuba, odrywając się od angry birdsów.

– Pomyśl chwilę, to będziesz wiedział – burknął tata.

– Powiedz dziecku, jak grzecznie pyta – zwróciła tacie uwagę mama.

– Jak się wolno jedzie, to samochód mniej pali – wytłumaczył tata.

– Ale jak będziesz szybciej jechał, to szybciej dojedziemy do stacji benzynowej – powiedział Kuba i wrócił do gry w angry birds.

– Dobre, nie pomyślałem o tym – powiedział tata, ale nie przyspieszył, wciąż jechał bardzo wolno. A po kilku minutach jeszcze wolniej, bo samochód tak jakoś pierdnął, przepraszam za wyrażenie, potem drugi raz pierdnął i tata zatrzymał się na poboczu.

– Co, benzyna się skończyła?- zapytał Kuba, ale wcale się nie oderwał od angry birdsów.

– Owszem. Olej napędowy. Jeździmy dieslem – powiedział tata i westchnął.

– I co teraz? – zapytała mama.

– Zadzwonię na 112 i jakoś nam pomogą – odpowiedział tata. – Nikt nie wychodzi z samochodu – dodał i zabrał Kubie komórkę, żeby dzwonić. Kuba nie był zadowolony, bo w tej sytuacji nie mógł grać w angry birds, ale nic nie powiedział i słusznie, bo widać było, że tata jest naprawdę zdenerwowany.

Po chwili zdenerwował się jeszcze bardziej, bo okazało się, że bateria w jego komórce jest prawie rozładowana – przez to że Kuba tak długo grał w angry birds. I kiedy tata wreszcie dodzwonił się pod 112 – to jest taki numer alarmowy, zapamiętałam dobrze po tej wtopie z brakiem benzyny czy tam oleju – i zaczął tłumaczyć, o co chodzi, to bateria padła. Więc tata najpierw powiedział Kubie, co myśli o graniu w angry birds (ale mama broniła Kubę – powiedziała tacie, że gdyby nabrał paliwo w Warszawie, to nie byłoby tej całej historii z brakiem paliwa na autostradzie i wydzwanianiem pod jakieś alarmowe numery, i uważam, że mama miała rację), a potem zaczął dzwonić z komórki mamy (na szczęście miała pełną baterię).

Zanim dodzwonił się na ten numer 112, to minęło chyba pół godziny, a i tak to nic nie dało, bo oni pod tym numerem dali tylko tacie numer telefonu do jakiejś firmy, która jeździ z benzyną czy tam z olejem do takich jak my, którym skończyło się paliwo. No i tata do nich zadzwonił i potem to już wszystko było dobrze, to znaczy oni po godzinie przyjechali, dolali nam kilka litrów paliwa, żebyśmy mogli dojechać na stację, tata im zapłacił (chyba dużo, bo nie tylko za paliwo, ale też za to, że przyjechali i pomogli, ale nie wiem dokładnie ile, i pojechaliśmy. I uważam, że mimo wszystko początek wakacji był bardzo udany. Bo nawet jeśli są jakieś problemy na początku wakacji, to i tak to nie jest wcale takie ważne. Ważne jest, że jest początek wakacji i tyle!

RZESZÓW

Lubię wakacje, a najbardziej lubię wakacje nad morzem. Kiedy skończyłem czwartą klasę i zdałem (bez problemów, średnia 4,6 – prawie czerwony pasek) do piątej, pojechaliśmy z rodzicami nad morze. My, to znaczy ja i moja siostra Mela, która zdała do drugiej klasy (też bez problemów). Opowiem wam, jak jednego dnia poszliśmy z rodzicami na spacer po plaży. Pogoda była słaba – dlatego poszliśmy „na spacer po plaży”, a nie „na plażę”. Bo gdyby było słońce, upał i tak dalej, poszlibyśmy po prostu na plażę, jak wszyscy, ale słońca nie było, więc poszliśmy nie na plażę, tylko na spacer. Na spacer po plaży. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale wiadomo, o co chodzi. Nie padało, ale były chmury i niezbyt wysoka temperatura. Dlatego mama kazała mi założyć sweter i kurtkę nieprzemakalną. Trochę bez sensu, bo to jednak lato, a nie jesień, ale z mamą nie ma dyskusji. To znaczy można próbować, ale i tak nic z tego nie wynika – i tak jest tak, jak ona chce. Na spacerach na ogół jest nudno, ale tym razem nie nudziliśmy się wcale, bo była ciekawa rozmowa. A zaczęło się od tego, że jak już byliśmy na plaży i zaczęliśmy ten cały spacer wzdłuż brzegu, i zaczynało wiać nudą, to nagle Mela powiedziała tak: „A jaki jest ten Rzeszów?”. Początkowo nawet nie zwróciłem uwagi na to pytanie, bo właśnie szukałem płaskiego kamyka, żeby puścić kaczkę (morze było spokojne i można było próbować; nie jestem w tym mistrzem, ale uczę się – od taty, który puszcza świetne kaczki, typu pięć, sześć i nawet więcej odbić), ale po chwili dotarło do mnie pytanie Meli i stwierdziłem, że przecież jest kompletnie bez sensu. I już miałem to skomentować, ale tata mnie uprzedził:

– A dlaczego pytasz o Rzeszów, Meluniu? – zapytał.

– A co, nie można zapytać o Rzeszów? – odparowała Mela. Co jak co, ale pyskata to ona jest.

– Tylko grzecznie, Melciu, dobrze? – wtrąciła się mama.

– Można, oczywiście, ale dlaczego pytasz akurat o Rzeszów? – kontynuował tata.

– No właśnie – powiedziałem. – Co ma Rzeszów do morza?!

– Nie wtrącaj się! – wrzasnęła Mela. – Pytam rodziców, nie ciebie, głupku!

– Sama jesteś głupkiem, debilko! – odgryzłem się, bo nie będę jej odpuszczał!

– Uspokójcie się! – powiedział tata.

– To ma być miły spacer, a nie kłótnie od razu na początku! – dodała mama.

Pokazałem Meli język, ale chyba nie zauważyła. Przez chwilę szliśmy w ciszy i już miałem rzucić patykiem w stronę kilku mew, które spacerowały po plaży blisko nas, gdy nagle moja siostra postanowiła kontynuować temat.

– No to jaki jest Rzeszów? – zapytała. Ona to potrafi zamęczać człowieka.

– Ale dlaczego pytasz o Rzeszów, może chodzi ci o Gdańsk? – powiedział tata. – Jesteśmy blisko Gdańska, który jest dużym miastem nad morzem.

– Nie, nie chodzi mi o Gdańsk, tato! Pytam o Rzeszów, przecież mówię wyraźnie – Rzeszów.

– Ale Rzeszów jest bardzo daleko stąd. Rzeszów leży po drugiej stronie Polski, więc nie rozumiem, dlaczego nagle pytasz o Rzeszów – cierpliwie tłumaczył tata i miał rację.

– Mela nie ma jeszcze geografii w szkole, więc w sumie można zrozumieć, że jej się miasta mylą – powiedziałem, bo to prawda.

– Nie wtrącaj się! Czy ja pytam ciebie?! – znowu krzyknęła Mela, a mama znowu powiedziała:

– Spokój, nie krzyczcie, to ma być miły spacer, poza tym nie jesteśmy sami na tej plaży!

– Tato, czy ja się mogę dowiedzieć, jaki jest Rzeszów? – zapytała Mela (uparta osóbka, nie ma co).

– No dobrze, powiem ci – tata zachowywał kamienny spokój – Rzeszów to spore miasto na Podkarpaciu, całkiem ładne, z pięknie odnowionym starym rynkiem.

– Aha – powiedziała Mela i nie miała już więcej pytań, więc znowu przez chwilę szliśmy w spokoju i w ciszy. I chyba wszyscy myśleliśmy o tym Rzeszowie i o pytaniach Meli.

– A powiesz mi, dlaczego pytałaś o Rzeszów? – tata po chwili wrócił do tematu.

– Bo tak. Bo chciałam wiedzieć – odpowiedziała Mela.

– A, no chyba że tak – powiedział tata, po czym podniósł z piasku płaski kamień i puścił superkaczkę, z co najmniej pięcioma odbiciami.

Już chciałem też znaleźć jakiś fajny płaski kamień i spróbować puścić kaczkę, ale pomyślałem, że nie mogę tak zostawić tej sprawy Rzeszowa.

– A nie rozumiesz, Melanio (starałem się być uprzejmy), że w ogóle nie rozumiemy, dlaczego nagle zamęczasz nas pytaniami o Rzeszów?! Może byś łaskawie jednak wytłumaczyła, dlaczego tak dopytujesz się o Rzeszów! Masz chłopaka z Rzeszowa? – tak powiedziałem, całkiem zgrabnie, nie? I zacząłem się śmiać, bo to wszystko było śmieszne, jak nie wiem co.

– Nie mam chłopaka z Rzeszowa, w ogóle nie mam żadnego chłopaka! – zaczęła krzyczeć Mela. – Mamo! Dlaczego on jest taki okropny?!

– Możesz coś z nimi zrobić? – powiedziała mama do taty. – To jest nie do wytrzymania, to miał być miły spacer!

Tata nie wiedział, co ma powiedzieć, więc postanowiłem jeszcze podokuczać tej mądrali:

– Mela ma chłopaka z Rzeszowa, Mela ma chłopaka z Rzeszowa! – krzyczałem sobie i biegałem dookoła Meli, a ona zaczęła płakać. No, jak ona płacze, to na ogół udaje, niezła z niej aktorka, więc się tym nie przejąłem i dalej biegałem dookoła mojej siostruni i krzyczałem, że ma chłopaka z Rzeszowa…

– Kuba! – ryknął tata nad moim uchem. – Natychmiast do mnie! Mama z Melą idą przodem, my za nimi i mam dla ciebie kilka pytań, skoro jesteś taki mądry!

Jak się tata zdenerwuje, to naprawdę staje się groźny, więc nie protestowałem.

Mama i Mela szły kilka kroków przed nami, a tata zaczął:

– Miałeś w czwartej klasie podział administracyjny Polski, prawda? No, to przypomnijmy sobie ten materiał.

– Ale tato, są wakacje, ja nie chcę żadnych przepytywanek jak w szkole – zaprotestowałem, bo kurczę, tata naprawdę przesadził, to nie było fair.

– Dobra, dobra – powiedział tata – kilka pytań. Jak odpowiesz na wszystkie, to dam ci pograć wieczorem w angry birds. Jak nie odpowiesz na wszystkie, to pograsz sobie dopiero jutro, a może nawet pojutrze. Pytanie pierwsze…

Zamarłem, bo po pierwsze, materiał z podziału administracyjnego Polski był dawno, zimą chyba, a może nawet jesienią, a po drugie, powiedzmy sobie szczerze – lubię grać w angry birds.

– Pytanie pierwsze – kontynuował tata – czy Rzeszów jest stolicą jakiegoś województwa?

No nie, to było straszne. Skąd ja mam pamiętać takie rzeczy!? Jest albo nie jest! Nie było wyjścia, musiałem strzelać:

– Jest – bąknąłem dość nieśmiało.

– Bardzo dobrze, jest! – powiedział tata, a mnie ulżyło. – A którego województwa Rzeszów jest stolicą?

Jak się domyślacie, znowu musiałem strzelać:

– Rzeszowskiego…? – odpowiedziałem, dość niepewnie, trzeba przyznać.

– No, niestety nie. Ale daję ci jeszcze szansę – oto podpowiedź: Rzeszów jest stolicą województwa pod… – tata zawiesił głos, a ja miałem zgadnąć. Mój kolega z klasy, Jarek, ten nasz prymus, który nie ma komórki jako jedyny w klasie (nie licząc mnie, ale ja tak w ogóle to mam, tylko chwilowo nie mam, bo ją owinąłem mokrym ręcznikiem na basenie), na pewno by wiedział. A mnie to „pod” nic nie „pod”powiadało. Zero. „Pod” – co? Ale nagle – olśnienie – przypomniało mi się. Przecież wiadomo, że jak „pod” to – podlaskie, województwo podlaskie!

– Podlaskiego! – krzyknąłem i byłem zadowolony z siebie, ale niedługo.

– Nie, Kubusiu, nie podlaskiego. Podlaskie jest gdzie indziej. Rzeszów jest stolicą województwa pod… – tata nie zdążył dokończyć, bo nagle wtrąciła się mama, która niby szła przodem, ale najwyraźniej podsłuchiwała.

– Podkarpackiego!

– Bardzo dobrze, ale prosimy nie podpowiadać, to jest test dla Kuby, a nie dla dorosłych! – zaprotestował tata.

– Wiedziałem, że chodzi o podkarpackie – powiedziałem, bo oczywiście, jak mama powiedziała, że podkarpackie, to od razu sobie przypomniałem, że chodzi o podkarpackie, to przecież proste, pamiętam, jak się tego uczyłem.

– No dobrze – powiedział tata – niech ci będzie. Anuluję to pytanie, dzięki mamie. W takim razie proszę powiedzieć: województwo podkarpackie leży na południowym wschodzie czy południowym zachodzie Polski?

Nie byłem pewien – na dwoje babka wróżyła, więc poprosiłem o podpowiedź.

– Podpowiedź jest taka, że województwo podkarpackie graniczy z Ukrainą i Słowacją – powiedział tata, ale niestety wciąż nie miałem pewności, czy to jest południowy wschód czy południowy zachód.

– Na południowym wschodzie! – krzyknęła nagle Mela.

– Dobrze! – krzyknął tata. – Ale proszę nie podpowiadać!

– Brawo, Mela! – krzyknęła mama, a Mela odwróciła się do mnie i pokazała mi język.

Co za koszmar! Skąd Mela wiedziała, że województwo podkarpackie leży na południowym wschodzie? To znaczy, ja też wiedziałem i już miałem powiedzieć, bo przecież wiadomo, że jak Ukraina to wschód, a nie zachód, ale ona mnie uprzedziła, co za baba, mądrala. Zresztą mam wrażenie, że to mama jej podpowiedziała, cicho, tak żebyśmy nie słyszeli z tatą.

– Kubusiu, masz szczęście, znowu anuluję to pytanie, bo znowu była podpowiedź, więc się nie liczy. Ale teraz to już musisz wiedzieć ty! Nikt nie podpowiada, to jest pytanie dla Kuby i tylko dla Kuby! – krzyknął tata do mamy i Meli.

– OK, OK! – zawołała Mela tym swoim zarozumiałym głosikiem.

– Skup się – powiedział tata – to musisz wiedzieć. Skoro już ustaliliśmy, że na południowym wschodzie jest województwo podkarpackie, którego stolicą jest Rzeszów, to jakie województwo jest na południowym zachodzie Polski i jakie miasto jest jego stolicą?

Zacząłem myśleć i już myślałem, że będę musiał się poddać, ale nagle przypomniałem sobie wycieczkę szkolną, w czwartej klasie.

– To proste, tato: to jest województwo dolnośląskie, a stolicą jest Wrocław! – powiedziałem i wiedziałem, że to jest dobra odpowiedź! Tym bardziej, że we Wrocławiu mamy przecież rodzinę, więc jak mógłbym nie wiedzieć!

– Brawo, bardzo dobra odpowiedź, pytanie zaliczone! – powiedział tata i był chyba ze mnie zadowolony. – To jeszcze dwa pytania, proste, i będziesz mógł dziś pograć w angry birds. Szczecin jest stolicą jakiego województwa?

No masz! Szczecin! Skąd ja mam wiedzieć, gdzie jest Szczecin?! To znaczy, coś mi świtało, no bo Szczecin to znane miasto, ale gdzie leży i czego jest stolicą, to kurczę nie wiedziałem. Na szczęście znowu wtrąciła się mama (mama jest znana w naszej rodzinie z tego, że podpowiada podczas różnych zabaw typu zgadywanki):

– Zachodniopomorskie!

– No nie, mówiłem, żeby nie podpowiadać! – zdenerwował się tata, a Mela zaczęła chichotać.

– Dobra, zadaj Kubie ostatnie pytanie i wracamy, bo chyba będzie padać – powiedziała mama, a tata zadał mi ostatnie pytanie:

– Skoro Szczecin to stolica województwa zachodniopomorskiego, to Gdańsk jest stolicą jakiego województwa? Dla ułatwienia dodam, że tylko dwa województwa są położone nad morzem, a zachodniopomorskie graniczy z tym województwem, w którym teraz jesteśmy i którego stolicą jest Gdańsk.

No to było łatwe.

– To proste, tato – Gdańsk jest stolicą województwa wschodniopomorskiego! – powiedziałem i byłem zadowolony, bo to oznaczało koniec tej okropnej lekcji geografii oraz że będę mógł wieczorem pograć w angry birds na taty komórce.

– No niestety nie, ale prawie dobrze – powiedział tata. – Nie ma w ogóle województwa wschodniopomorskiego. Daję ci jeszcze jedną szansę, Kubusiu: Gdańsk to stolica województwa po… – tata zawiesił głos, a ja miałem dokończyć (łatwo powiedzieć).

„Po”! Jakie „po”? Podkarpackie już było. Podlaskie? Chyba nie, coś mi nie pasowało podlaskie do Gdańska.. Po.znańskie? Czy jest w ogóle województwo poznańskie? Jeśli nawet jest, to z Poznaniem, a nie z Gdańskiem. Polskie? Nie, no, jakie polskie – nie ma czegoś takiego! Południowopomorskie? Może południowopomorskie, skoro jest zachodniopomorskie, to może to drugie, z Gdańskiem, jeśli nie jest wschodniopomorskie (a nie jest), to może jest południowopomorskie. No bo nie północnopomorskie, skoro tata powiedział „po”, a nie „pó”. Postanowiłem zaryzykować, bo wszystko wskazywało na to, że to musi być województwo południowopomorskie.

– Południowopomorskie…? – powiedziałem raczej cicho.

– Niestety, nie mogę tego zaliczyć. Byłeś blisko, ale – nie. Nie ma takiego województwa. – Tata powiedział to wszystko zdecydowanym głosem, więc zacząłem się już żegnać z myślą o angry birds tego wieczora, ale na szczęście znowu uratowała mnie mama:

– Nie męcz go już tak, to faktycznie bez sensu z tym województwem – skoro jest zachodniopomorskie, to powinno być wschodniopomorskie, a Kuba tak powiedział za pierwszym razem. Oni coś bez sensu wymyślili i teraz dzieci mają z tym kłopot.

– Nie mogę z wami – westchnął tata – czy pomorskie to takie trudne?

– Pomorskie! – krzyknąłem. – Wiedziałem, że pomorskie! Jakbyś mi podpowiedział „pomo” a nie „po”, tobym od razu powiedział.

– Dobra, dobra – westchnął znowu tata i już nic nie mówił.

– Wracamy – powiedziała mama – zaraz będzie padać.

I wróciliśmy. I jak już byliśmy w naszym pokoju w tym pensjonacie, do którego co roku jeździmy, to rzeczywiście zaczęło padać. Mela bawiła się petszopami, mama czytała książkę, tata gazetę, a ja grałem w angry birds, bo tata mi pozwolił. Zresztą nie miał wyjścia – w końcu poradziłem sobie całkiem nieźle z tym jego sprawdzianem z podziału administracyjnego Polski.

I kiedy tak wszyscy byliśmy zajęci swoimi sprawami, to nagle Mela oderwała się od petszopów i zapytała:

– A pojedziemy kiedyś do Rzeszowa?

Mama podniosła głowę znad książki, tata znad gazety, ja zrobiłem pauzę w angry birds i wszyscy patrzyli na Melę. Ale rodzice nie odpowiedzieli na to pytanie. A potem poszliśmy na obiadokolację i już nie wracaliśmy do tego tematu.