Wydawca: Powergraph Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 171 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kuba i Amelia - Rafał Kosik

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Godzina duchów”

Rafał KosikKuba i Amelia. Godzina duchów”

Rafał Kosik, który sprawił, że polskie nastolatki masowo czytają bestsellerową serię „Felix, Net i Nika”, postanowił zachęcić do czytania trochę młodszych.

Oto na nowe osiedle sprowadzają się kolejni mieszkańcy. Jedenastoletnia Amelia poznaje jedenastoletniego Kubę, a zwykła przeprowadzka okazuje się początkiem niezwykłej przygody, w którą zamieszani będą: Amelia i Kuba, szalony naukowiec, legwan Franek, sąsiadka - pani Kożuszek, nadpobudliwy pies Imbir, pewna nierozgarnięta Celebrytka, nowa linia jogurtów, wybitnie inteligentny brat Amelii i wybitnie postrzelona, złośliwa siostra Kuby. No, i jeszcze... DUCHY. Takie całkiem współczesne.

Amelia i Kuba, Kuba i Amelia. Dwa różne spojrzenia na tę samą historię. Dla dziewczyn i dla chłopaków. Dla chłopaków i dla dziewczyn. Dla wszystkich. Bo czasem warto się zastanowić, co myśli i czuje drugi człowiek, każdy przecież widzi ten sam świat w inny sposób. A te książki sprawią, że dzieciaki w wieku 7-11 lat pokochają czytanie!

Opinie o ebooku Kuba i Amelia - Rafał Kosik

Fragment ebooka Kuba i Amelia - Rafał Kosik

Rafał Kosik

KUBA I AMELIA

Godzina duchów

Warszawa 2014
Rafał Kosik KUBA I AMELIA Godzina duchów ISBN: 978-83-64384-20-2 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2014 by Rafał Kosik Copyright © 2014 by Powergraph Copyright © 2014 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

w któ­rym rodzina Rytlów prze­pro­wa­dza się do nowego miesz­ka­nia, Kuba poznaje dziwną dziew­czynę, dopro­wa­dza do zagłady kolo­nii mró­wek i pod­pada pew­nej waż­nej oso­bie.

Lato chy­liło się ku koń­cowi, a War­szawa szy­ko­wała się na począ­tek roku szkol­nego. Cię­ża­rówka z napi­sem „Prze­pro­wadzki” na plan­dece wlo­kła się przez mia­sto, jakby była zaprzę­żona w muły. Rodzina Rytlów jechała za nią bia­łym pick-upem, zała­do­wa­nym pudłami z książ­kami i co cen­niej­szymi przed­mio­tami.

Milena, zwana przez wszyst­kich Mi, miała sześć lat i z tru­dem wytrzy­my­wała w fote­liku. Naj­chęt­niej wysko­czy­łaby z niego i zaczęła bie­gać po całym samo­cho­dzie. Z rado­ści.

— Będę miała wła­sny pokój… Będę miała wła­sny pokój — nuciła pod nosem.

Ponie­waż robiła to od dłuż­szego czasu, sie­dzący obok niej Kuba był bli­ski zakle­je­nia jej ust taśmą samo­przy­lepną. Nie zro­bił tego tylko dla­tego, że był od niej star­szy o pięć lat, a star­szemu bratu nie wypada zacho­wy­wać się w ten spo­sób. To zna­czy, nie wypada, jeśli w pobliżu są rodzice. Zresztą taśma samo­przy­lepna też leżała spa­ko­wana w któ­rymś z pudeł.

Cię­ża­rówka zatrzę­sła się na prze­jeź­dzie przez tory tram­wa­jowe.

— Ser­wis babci… — jęk­nęła mama z fotela obok kie­rowcy. — Trzeba było go wziąć do nas. Wol­niej, wol­niej jedź­cie. Pro­szę…

— Wie­dzą, co robią — uspo­koił ją tata.

Sam na wszelki wypa­dek jesz­cze bar­dziej zwol­nił przed torami. Pudła w ładowni i tak zaszu­rały o sie­bie.

— Będę miała wła­sny pokój… — Mi w naj­mniej­szym stop­niu nie przej­mo­wała się losem dro­go­cen­nej por­ce­lany. — Będę miała wła­sny pokój…

Brat spoj­rzał na nią groź­nie, czym też się nie prze­jęła.

— Cie­szy­cie się? — Tata odwró­cił się do dzieci. — Nowy dom, nowi kole­dzy i kole­żanki.

W odbi­ciu jego lustrza­nych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych rodzeń­stwo wyglą­dało jak ufo­ludki z ogrom­nymi gło­wami. Wielki łeb z kasz­ta­no­wymi wło­sami zwią­za­nymi w kucyk na czubku głowy i jesz­cze więk­szy – z blond grzywką.

Mi nie musiała odpo­wia­dać. Ona już pra­wie zapo­mniała stare miesz­ka­nie. Zresztą uwiel­biała zmiany.

— Tak, oczy­wi­ście, cie­szymy się — zapew­nił tatę Kuba, ale wła­śnie nowi kole­dzy byli jego naj­więk­szym zmar­twie­niem. Na osie­dlu, z któ­rego się wypro­wa­dzili, wszystko było zna­jome. Miał swoją pozy­cję wśród rówie­śni­ków, bał się tylko tych star­szych, choć i tego sta­rał się nie oka­zy­wać. Nowi kole­dzy sta­no­wili wielką nie­wia­domą.

— Kuba, pamię­tasz o naszej umo­wie? — zaczął poważ­nym gło­sem tata. — Grzecz­nie i kul­tu­ral­nie, bez żad­nych wybry­ków, jasne?

— Jasne… — Kuba poki­wał głową. Wie­dział, że czę­sto naj­pierw coś robi, a potem dopiero myśli. No cóż, nowy dom, nowe życie, nowe posta­no­wie­nia. Obie­cał sobie solen­nie, że w nowym miej­scu będzie roz­sąd­nym i grzecz­nym, dobrze uczą­cym się jede­na­sto­lat­kiem.

— Kre­dens! — Mama zała­mała ręce, gdy cię­ża­rówka zabu­jała się na nie­rów­no­ści drogi. — Wol­niej tam!

Kie­rowca z pew­no­ścią nie mógł jej usły­szeć.

— Będę miała wła­sny pokój… Będę miała wła­sny pokój…

Kuba zamknął oczy. Jesz­cze chwila i wysiądę, pomy­ślał.

Cię­ża­rówka tym­cza­sem zali­czyła trzy stu­dzienki.

— Lustra potłuką… — Mama spoj­rzała na tatę. — Może zadzwoń do nich, żeby jechali wol­niej…

— Nie powinno się roz­ma­wiać przez tele­fon pod­czas pro­wa­dze­nia samo­chodu, to nie­bez­pieczne — odparł tata. — Spo­koj­nie, oni robią to nie od dziś.

Jak na zawo­ła­nie zadzwo­nił jego tele­fon. Ode­brał.

— Adam Rytel, słu­cham? Tak, wyraz „świeży” ma być jasny i duży, a „natu­ralny” jesz­cze więk­szy. Reszta mniej­sza i jakby w tle.

Nor­mal­nie mama zwró­ci­łaby mu uwagę, że to nie­bez­pieczne, co sam zresztą przed chwilą powie­dział, lecz teraz miała na gło­wie za dużo zmar­twień. Tata pra­co­wał w agen­cji rekla­mo­wej, gdzie był dyrek­to­rem kre­atyw­nym, co zna­czyło, że wymy­ślał reklamy. Cza­sem były to reklamy do gazet, cza­sem na bil­l­bo­ardy, a cza­sem takie do tele­wi­zji. Gdy pra­co­wał przy dużej kam­pa­nii rekla­mo­wej, zda­rzało się, że nie było go w domu przez całe dnie, a kiedy był — tele­fon dzwo­nił o każ­dej porze, nawet póź­nym wie­czo­rem.

— Będę miała wła­sny pokój… Będę miała wła­sny pokój…

Kuba wyjął z kie­szeni odtwa­rzacz MP3 i wetknął do uszu słu­chawki. W odpo­wie­dzi Mi nachy­liła się w jego stronę i zaśpie­wała gło­śniej:

— Będę miała wła­sny pokój!

— Jak się nie zamkniesz, będziesz miesz­kała w schowku bez okien — zagro­ził Kuba.

— Dobrze, że nie pod scho­dami — mruk­nęła Mi. — Mógł­byś cza­sem uży­wać bar­dziej wyfi­ra­no­wa­nych dow­ci­pów.

— Wyra­fi­no­wa­nych1 — popra­wiła ją mama, spo­glą­da­jąc poro­zu­mie­waw­czo na tatę, Mi czę­sto bowiem prze­krę­cała trud­niej­sze wyrazy. — Nie odzy­waj się tak do sio­stry — skar­ciła Kubę. Mama pra­wie zawsze brała stronę Mi.

— Mogła­byś już prze­stać śpie­wać, roz­ma­wiam — powie­dział tata, odsu­wa­jąc na chwilę słu­chawkę od ucha. Tata też zwy­kle brał stronę Mi, teraz jed­nak miał waż­niej­sze sprawy na gło­wie.

Poskut­ko­wało – Mi wzru­szyła ramio­nami, obra­żona, i zamil­kła. Z chle­baka, który nosiła prze­wie­szony na ramie­niu, wyjęła mały zeszy­cik i wysu­wa­jąc język, coś w nim zapi­sała, po czym wycią­gnęła tablet i uru­cho­miła grę Ryce­rze i insekty, w któ­rej armie śre­dnio­wiecz­nych ryce­rzy wal­czyły ze zmu­to­wa­nymi gigan­tycz­nymi owa­dami. Mi, która uwiel­biała zwie­rzęta, a im dziw­niej­sze, tym lepiej, oczy­wi­ście grała mrów­kami.

— Naj­bar­dziej idio­tyczna gra, jaką widzia­łem — stwier­dził Kuba i zajął się oglą­da­niem wido­ków za oknem.

Odda­lali się od Moko­towa, na któ­rym rodzeń­stwo miesz­kało od uro­dze­nia. Rzędy kamie­nic ustą­piły miej­sca blo­kom, a następ­nie ogro­dze­niom osie­dli strze­żo­nych.

Tata wciąż jesz­cze roz­ma­wiał przez tele­fon o rekla­mie, która miała być gotowa „na wczo­raj”, a kiedy się roz­łą­czył, puf­nął z nie­za­do­wo­le­niem.

— Wszyst­kie mate­riały rekla­mowe już powinny być w dru­karni, a klient chce jesz­cze zmie­nić zdję­cia opa­ko­wań.

— Im wię­cej che­mii w tych jogur­tach — powie­działa mama — tym więk­sze napisy, że są „świeże” i „natu­ralne”. A ja potem muszę leczyć bied­nych ludzi.

Mama była leka­rzem, pra­co­wała w szpi­talu, więc wie­działa co nieco o zdro­wym żywie­niu.

— Nie patrz tak na mnie. — Tata wzru­szył ramio­nami. — Ja ich nie pro­du­kuję. Ja tylko wymy­ślam reklamy. O, to tutaj.

Cię­ża­rówka skrę­ciła we wjazd do sze­ścio­pię­tro­wego budynku.

— Będę miała wła­sny pokój! — Mi zapo­mniała o grze. — Będę miała wła­sny pokój!

Tym razem nikt jej nie uci­szał. Pick-up wje­chał za cię­ża­rówką przez krótki tunel wycięty w par­te­rze budynku i zatrzy­mał się na podwórku wyło­żo­nym kostką. Tata wyłą­czył sil­nik i wszy­scy wysie­dli. Poszedł zała­twiać coś ze straż­ni­kiem, który sie­dział za okien­kiem tuż przy bra­mie wyko­na­nej z krat się­ga­ją­cych sufitu tunelu, mama zaś pode­szła do tra­ga­rzy, któ­rzy posta­no­wili zacząć pracę od prze­rwy na papie­rosa. Pró­bo­wała wypa­trzeć przez odchy­loną plan­dekę, w jakim sta­nie dotarły meble i kar­tony.

Mi wdra­pała się na burtę pick-upa, by spraw­dzić, czy pudła z jej skar­bami są całe.

Kuba rozej­rzał się bez entu­zja­zmu. Blok z wiel­kiej płyty, w któ­rym miesz­kali jesz­cze rano, na pewno nie był szczy­tem luk­susu. Za to jak się wyszło na podwórko, nie było widać żad­nych ogro­dzeń ani murów. Apar­ta­men­to­wiec przy ulicy Dębo­wej przy­po­mi­nał zamek, a podwórko – dzie­dzi­niec. Miało jakieś pięć­dzie­siąt na pięć­dzie­siąt metrów, a ze wszyst­kich stron ota­czały je ściany z oknami i bal­ko­nami. Dostać się do środka można było tylko przez bramę i tunel, w któ­rym przed chwilą ledwo zmie­ściła się cię­ża­rówka. Świeżo zasiana trawa dopiero kieł­ko­wała w ostrych pro­mie­niach słońca, a wzdłuż chod­ni­ków wal­czyły o prze­trwa­nie niskie żywo­płoty. Na prawo od huś­ta­wek rósł dąb. Był olbrzymi, się­gał chyba ponad dach i zupeł­nie nie paso­wał do nowo­cze­snego budynku. To od niego zapewne apar­ta­men­to­wiec nazwano Oak Resi­dence2. Kuba uwa­żał tę nazwę za pre­ten­sjo­nalną.

Na naj­niż­szej gałęzi drzewa, może metr nad zie­mią, sie­działa czar­no­włosa dziew­czyna z jakąś teczką na kola­nach, a obok niej chudy chło­pak w oku­la­rach, coś robił na małym lap­to­pie. Jedyni miesz­kańcy w zasięgu wzroku.

Cóż, nie zaszko­dzi się przy­wi­tać, zanim zacznie się wiel­kie zamie­sza­nie z wno­sze­niem gra­tów na dru­gie pię­tro. Kuba wol­nym kro­kiem ruszył w stronę drzewa.

Dziew­czyna gapiła się na niego, jakby był kosmitą. Nawet nie­brzydka, ubrana tak jakoś… arty­stycz­nie. To pierw­sze przy­szło mu do głowy. Uśmiech­nął się i zatrzy­mał kilka metrów od gałęzi, ale już w cie­niu.

— Cześć, jestem Kuba — powie­dział. — A ty?

Dziew­czyna gapiła się na niego.

— A ja nie — odpo­wie­działa nie­zbyt miło, zesko­czyła z drzewa i pobie­gła do drzwi jed­nej z kla­tek scho­do­wych.

Kuba odpro­wa­dził ją zasko­czo­nym spoj­rze­niem. Wyglą­dało to, jakby się obra­ziła.

— Co ja takiego powie­dzia­łem? — rzu­cił w prze­strzeń.

Może miała zły dzień, pomy­ślał.

Chudy oku­lar­nik ode­rwał się od lap­topa.

— Albert — przed­sta­wił się. — Tak samo jak Ein­stein. Mam zespół Asper­gera i inte­re­suję się bada­niami nauko­wymi.

— Kogo masz? — zapy­tał odru­chowo Kuba.

— To taka cho­roba pole­ga­jąca na zabu­rze­niach umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych.

— Grasz ryce­rzami czy mrów­kami? — Mi wdra­pała się na mały pagó­rek, wsko­czyła na gałąź i zer­k­nęła na ekran Alberta. — Pozna­łam po odgło­sach. Hm… — mruk­nęła z dez­apro­batą. — Ryce­rzami… Prze­grasz, jeśli nie będziesz nic robił. Tu trzeba cały czas paro­wać ciosy i ata­ko­wać.

— Gram gene­ra­łem. Widzę bitwę z góry. Można grać sze­re­go­wym żoł­nie­rzem, dowódcą oddziału albo gene­ra­łem.

— No popatrz, nawet nie wie­dzia­łam. Czyli wysy­łasz armię i potem przez pół godziny cze­kasz, kto wygra? Nudy!

— Wcale nie. Przy­go­to­wy­wa­łem stra­te­gię tej bitwy przez kilka godzin. Teraz prze­ko­nam się, jak działa.

— Nudy! Nudy! Nudy! Cie­ka­wie to jest na pierw­szej linii frontu.

Albert zamknął lap­top, zesko­czył z gałęzi i odszedł w ślad za swoją sio­strą.

— A jak ona ma na imię? — zapy­tał jesz­cze Kuba.

Nie docze­kał się odpo­wie­dzi.

— Zespół Aspa­ra­gusa3? — Mi wyjęła z torebki note­sik i zapi­sała trudne słowo. — Co to są umie­jęt­no­ści spo­łeczne? Nie­ważne, nie wysi­laj mózgu, bo ci się od tego zmniej­szy. Spraw­dzę sobie. Banda dzi­wa­ków. Kie­dyś z tego dzi­wac­twa odkręcą gaz i wszy­scy puf!, zgi­niemy w wiel­kim wybu­chu.

Wró­cili do cię­ża­rówki, gdzie tra­ga­rze już przy­go­to­wy­wali się do roz­ła­dunku. Kuba pod­niósł pudło i obszedł całą cię­ża­rówkę, na wypa­dek gdyby czar­no­włosa patrzyła z okna. Był prze­ko­nany, że patrzy, sta­rał się więc iść tak, jakby prze­no­sze­nie paczki nie spra­wiało mu żad­nej trud­no­ści. Oka­zało się to jed­nak trudne, bo paczka naprawdę była ciężka. Wniósł ją na dru­gie pię­tro zdy­szany. Zauwa­żył z przy­kro­ścią, że tra­ga­rze noszą takie pudła dwa razy szyb­ciej i z taką łatwo­ścią, jakby wewnątrz znaj­do­wał się sty­ro­pian.

Rozej­rzał się po miesz­ka­niu. Było znacz­nie więk­sze niż poprzed­nie, a wra­że­nie prze­stron­no­ści potę­go­wało to, że nie wnie­siono jesz­cze mebli. Tylko w kuchni zamon­to­wano już szafki, płytę grzejną, pie­kar­nik i zle­wo­zmy­wak. Ta kuch­nia nie była jed­nak wąską klitką z oknem na końcu, lecz obszer­nym pomiesz­cze­niem otwar­tym na dużą prze­strzeń jadalni i salonu, aż do wiel­kiego okna z ogrom­nym bal­ko­nem, gdzie połowę świata zasła­niał ten wielki dąb. To zna­czy lepiej, że zasła­niał, bo w prze­ciw­nym razie mie­liby widok na inne okna.

Kuba uśmiech­nął się sam do sie­bie. Wybrał naj­więk­sze z wnie­sio­nych już pudeł, otwo­rzył je i wyjął ze środka dwie lampy, wazon i segre­ga­tory z doku­men­tami. Zło­żył pudło na płask i zszedł z nim na par­ter. Sta­nął za cię­ża­rówką, tak by pozo­stać nie­wi­dzia­nym z tej czę­ści apar­ta­men­towca, gdzie miesz­kała dziew­czyna. Zło­żył pudło ponow­nie i z pustym obszedł cię­ża­rówkę. Jeśli czar­no­włosa patrzyła, musiała teraz z podzi­wem zauwa­żyć, z jaką lek­ko­ścią Kuba nosi cię­żary. Wszedł na klatkę scho­dową i miał zamiar tu zacze­kać, żeby nie­po­trzeb­nie nie wspi­nać się po scho­dach. Windę zajęli tra­ga­rze, usi­łu­jący zmie­ścić w niej łóżko.

— Nie noś tak cięż­kich pudeł — powie­dział tata i nim Kuba zdą­żył zapro­te­sto­wać, wziął od niego kar­ton. Nie­mal się prze­wró­cił, zasko­czony lek­ko­ścią. — Co to jest? Nosisz świeże powie­trze do domu?

— Eeem… — Kuba wydął wargi. — Pomyłka. Zamy­śli­łem się.

— Nie żar­tuj! — Spoj­rzał na syna groź­nie. — Noś te mniej­sze paczki z pick-upa. — Przy­ci­szył kon­spi­ra­cyj­nie głos — są deli­katne i lepiej, jeśli te mię­śniaki nie będą ich doty­kać.

Okre­śle­nie „mię­śniaki” było zabawne w ustach kogoś, kto regu­lar­nie odwie­dza siłow­nię. Kuba otwo­rzył klapę z tyłu pick-upa, spo­śród dużych i cięż­kich kar­to­nów z książ­kami wybrał mniej­szą i lżej­szą paczkę i zaniósł do domu, po czym wró­cił po kolejną. Za każ­dym razem, gdy obcho­dził cię­ża­rówkę, pro­sto­wał się i przy­wo­ły­wał na twarz wyraz swo­bod­nego znu­dze­nia, by zaraz potem, już na klatce scho­do­wej, przy­gar­bić się i wyszcze­rzyć zęby w wysiłku. Za trze­cim razem paczka oka­zała się naprawdę ciężka.

— Nie upuść mojego for­mi­ka­rium. — Mi sie­działa na ram­pie pick-upa i maj­tała nogami.

— Czego nie upu­ścić? — Kuba odwró­cił się do niej.

W tym momen­cie nastą­pił na leżący na chod­niku spory kawa­łek kory i stra­cił rów­no­wagę.

— Formi… — Dziew­czynka nie dokoń­czyła.

Kuba zła­pał rów­no­wagę, ale pudło otwo­rzyło się od dołu i wysu­nął się z niego szklany pojem­nik z zie­mią. Rym­snął o chod­nik i roz­bił się z hukiem.

— Ty ofermo! — Wście­kła Mi zesko­czyła w locie z rampy i pod­bie­gła do miej­sca kata­strofy.

Nie­stety, nie było czego zbie­rać. Wokół sterty ziemi i potłu­czo­nego szkła krą­żyły dzie­siątki zdez­o­rien­to­wa­nych mró­wek.

— Luz. — Kuba cof­nął się na wszelki wypa­dek. — Nała­piesz sobie nowych.

— Jak ty nic nie rozu­miesz! One miały… imiona. Zna­łam je wszyst­kie! — Mi całą siłą woli powstrzy­my­wała łzy.

— Czas prze­szły jest bar­dzo wska­zany. Chyba pod­jęły decy­zję o ewa­ku­acji.

Rze­czy­wi­ście, mrówki wyraź­nie kie­ro­wały się w stronę traw­nika. Co druga nio­sła na grzbie­cie białe jajo. Było już za późno, by je wszyst­kie zła­pać.

Mama, dotych­czas pil­nu­jąca tra­ga­rzy, pode­szła do dzieci.

— Może lepiej im będzie na wol­no­ści. — Przy­tu­liła córkę. — Kupisz sobie… może gekona.

— Gekona? — Mi wywró­ciła oczami. — Jest głupi. Wystar­czy, że mam brata.

Kuba spoj­rzał na nią z iry­ta­cją.

— Nie zakle­iłaś spodu kar­tonu — stwier­dził. — To było przy­czyną wypadku.

Mi zmar­kot­niała.

— Mam sześć lat. — Roz­ło­żyła ręce. — Skąd mam wie­dzieć, jak się pakuje doby­tek przed prze­pro­wadzką?

Przy­kuc­nęła, pod­nio­sła kawa­łek kory i zaczęła nim deli­kat­nie roz­gar­niać zie­mię, by wszyst­kie mrówki mogły się wydo­stać.

— Do widze­nia Petro­nelo… do zoba­cze­nia Józe­fino… żegnaj Klaro…

— Się nie poka­lecz. — Kuba pokrę­cił głową i poszedł nosić pozo­stałe paczki. Przy­szedł za to straż­nik z mio­tłą i szu­felką na dłu­gim kiju.

— Nie doty­kać! — wrza­snęła Mi, groź­nie celu­jąc w niego korą.

Zatrzy­mał się, zasko­czony.

— Brud się roz­nie­sie… — powie­dział.

— Sama sprzątnę — zapro­te­sto­wała z roz­pa­czą.

Męż­czy­zna nie zamie­rzał zre­zy­gno­wać z przy­wró­ce­nia porządku na osie­dlo­wej alejce. Kuba zastą­pił mu więc drogę, choć wyglą­dał przy tym jak David wystę­pu­jący prze­ciw Golia­towi. Liczył na to, że straż­ni­kowi nie chce się sprzą­tać oso­bi­ście.

— Sprząt­niemy — powie­dział z naci­skiem — a potem oddamy panu szczotkę i szu­felkę.

Męż­czy­zna zmie­rzył Kubę groź­nym spoj­rze­niem, ale wrę­czył mu sprzęt i odszedł bez słowa. Kuba popa­trzył na szczotkę i szu­felkę, potem na sio­strę, która raczej nie ogar­nęła tej sytu­acji, i poki­wał głową.

— No to mamy pierw­szego wroga w nowym miej­scu — mruk­nął sam do sie­bie. — Nie­zły począ­tek.

Mi zajęła się obser­wo­wa­niem poczy­nań mró­wek. Owady ufor­mo­wały kolumnę trans­por­tową, która prze­miesz­czała się nie­wi­dzialną ścieżką mię­dzy jasno­zie­lo­nymi źdźbłami trawy. Dziew­czynka podą­żyła ich tro­pem. Ścieżka zawi­ja­sami pro­wa­dziła do kra­węż­nika alejki i wzdłuż niego do ściany budynku. Tam mrówki zni­kały w szcze­li­nie mię­dzy cegłami klin­kie­ro­wymi. Mi zmarsz­czyła brwi.

— Będą kło­poty… — mruk­nęła.

* * *

Rodzina Rytlów zja­dła pierw­szy obiad w nowym domu, sie­dząc na nie­roz­pa­ko­wa­nych kar­to­nach. Na obiad były pul­pety ze sło­ika pod­grzane razem z maka­ro­nem w jedy­nym garnku, jaki mamie udało się zna­leźć. Pudła sta­ran­nie poopi­sy­wali, ale i tak połowa tra­fiła nie do tego pomiesz­cze­nia, do któ­rego powinna. Tale­rze na przy­kład wylą­do­wały w łazience, a worek z podusz­kami w kuchni.

Gdy skoń­czyli jeść, tata wytarł usta chu­s­teczką, wstał i teatral­nie naprę­żył muskuły.

— Do roboty, rodzino — zako­men­de­ro­wał. — Musimy te pudła poprze­no­sić do odpo­wied­nich pokoi i roz­pa­ko­wać.

— Pamię­tasz, że mam tylko sześć lat? — zapro­te­sto­wała Mi. — Nie mogę nosić cię­ża­rów.

Mi była wyjąt­kowo upar­tym dziec­kiem. Miała ener­gii za dwoje, lecz rzadko ener­gia ta dawała się wyko­rzy­stać do cze­goś, co rodzice nazy­wali poży­tecz­nymi czyn­no­ściami. Wyjąt­kiem była sztuka pisa­nia i czy­ta­nia, którą dziew­czynka opa­no­wała już jakiś czas temu. Ciemne włosy miała zwią­zane w krótką kitkę na czubku głowy i nie zno­siła różo­wych ubrań.

— Mi ma rację, Ada­siu — zgo­dziła się mama. — Już jest ciemno, a dziś mie­li­śmy ciężki dzień. Zaj­miemy się tym jutro.

Tata nie był zachwy­cony. Jak miał coś do zro­bie­nia, nie lubił odkła­dać tego na póź­niej. Ogar­nął wzro­kiem sterty pudeł, wor­ków i owi­nię­tych folią mebli.

— Skręcę cho­ciaż łóżko — powie­dział.

— Możemy spać na mate­ra­cach. Jak daw­niej, kiedy jeź­dzi­li­śmy pod namiot. Pamię­tasz to jesz­cze? — Mama pode­szła do taty i objęła go czule, co miało go zmięk­czyć. Udało się.

— Niech ci będzie. Ale od rana bie­rzemy się do roboty.

Kuba był zado­wo­lony z takiego obrotu spraw. Od nosze­nia pudeł bolały go plecy. Oby tylko ta dziew­czyna to zauwa­żyła.

— Dziś umyj­cie tylko zęby. — Mama grze­bała w kar­to­nie. — Nie mam poję­cia, gdzie są ręcz­niki. Jak wam się podo­bają wasze nowe pokoje?

Pokoje! Ledwo Kuba wstał, Mi już śmi­gnęła mię­dzy pudłami i znik­nęła w drzwiach jed­nego z pokoi. Po chwili wypa­dła z niego i wbie­gła do następ­nego. Sta­nęła w drzwiach i oparła się rękoma o fra­mugi, blo­ku­jąc przej­ście.

— Ten jest mój — oznaj­miła sta­now­czym gło­sem.

— To się zaraz okaże — powie­dział Kuba. — Dosta­niesz naj­mniej­szy.

— Masz mieć więk­szy pokój tylko dla­tego, że sam jesteś więk­szy? — zapy­tała obu­rzona.

— Zga­dłaś.

Miesz­ka­nie skła­dało się z kuchni połą­czo­nej z jadal­nią i salo­nem oraz z trzech pokoi róż­nej wiel­ko­ści. Oprócz tego była jesz­cze łazienka i scho­wek.

— Tutaj będzie nasza sypial­nia. — Tata zaj­rzał do pokoju, który pró­bo­wała zawłasz­czyć Mi. — Jest naj­bli­żej łazienki.

Mi natych­miast śmi­gnęła do kolej­nego pokoju i znów zata­ra­so­wała przej­ście.

— Nawet nie pró­buj. — Ze zmarsz­czo­nymi groź­nie brwiami, wpa­try­wała się w brata.

Kuba wes­tchnął.

— To mój pokój — odparł. — Mam więk­sze łóżko, więk­sze biurko, wię­cej ksią­żek. Więk­szy mózg.

— Mózg? — prych­nęła. — A jak będę chciała zagrać w krę­gle?

— Tor do krę­gli musi mieć osiem­na­ście metrów dłu­go­ści. I tak nie zagrasz. — Bez trudu prze­su­nął sio­strę i wszedł. — Nie jesteś pęp­kiem wszech­świata. Spa­daj.

— Nie lubię cię.

Mi tup­nęła, odwró­ciła się i ode­szła dum­nym kro­kiem. Kuba wie­dział, że złość szybko jej przej­dzie. Zresztą tak naprawdę od dawna było usta­lone, kto dosta­nie który pokój, a sprze­ciw sio­stry nie mógł tego zmie­nić.

Rozej­rzał się. Stało tu kilka pudeł, z któ­rych jedno zawie­rało jego rze­czy. Nie było żad­nych mebli, bo te, które zde­cy­do­wali się zabrać ze sta­rego miesz­ka­nia, tkwiły teraz pośrodku salonu. Nie było też zasłon.

Roz­ło­żył kari­matę, rzu­cił na nią śpi­wór i zga­sił świa­tło, czyli dyn­da­jącą z sufitu gołą żarówkę. Oparł się o para­pet i przyj­rzał podwórku. Było już cał­kiem ciemno, więc widział tylko tyle, ile oświe­tlały niskie lata­renki. Od cen­tral­nego placu, tego z pia­skow­nicą i huś­taw­kami, odcho­dziły alejki do kilku kla­tek scho­do­wych. Więk­szość okien była ciemna, jedy­nie w nie­któ­rych paliło się świa­tło. Cie­kawe, które jest tej czar­no­wło­sej. Pew­nie już śpi.

Dzi­waczka.

Mi chrząk­nęła zna­cząco. Kuba odwró­cił się i ujrzał sio­strę sto­jącą w drzwiach.

— Dobra, możesz sobie wziąć ten pokój. — Kró­lew­skim gestem mach­nęła ręką. — Pozwa­lam ci.

— Dzię­kuję bar­dzo, łaskawco.

Mi wsko­czyła na kari­matę i oparła się o ścianę. Skrzy­wiła się i ścią­gnęła z głowy gumkę trzy­ma­jącą kucyk.

— Wku­rza mnie.

— To po co tak zwią­zu­jesz włosy?

— Bo się maj­tają na wszyst­kie strony. Naj­chęt­niej ostrzy­gła­bym się na jeża, żeby nie musieć myć tych kudłów. Wiesz, szam­pon, odżywka, te sprawy. To zaj­muje masę czasu. — Strze­liła z gumki, posy­ła­jąc ją przez drzwi. — Myślisz o tej wariatce? — Wska­zała głową na podwórko.

— Nie… — Kuba odszedł od okna. — Tak sobie tylko wyglą­dam.

— Jest głu­pia — oświad­czyła zde­cy­do­wa­nym tonem Mi. — Nor­malni ludzie się tak nie zacho­wują. Pew­nie cały rok sie­dzi w psy­chia­tryku i wypusz­czają ją tylko na waka­cje. Jak się zacznie szkoła, to ją znowu zamkną w pokoju bez kla­mek razem z tym szur­nię­tym bra­tem. I w dodatku ta różowa sukie­neczka, widzia­łeś? Porażka. Zapo­mnij o niej.

— Wcale o niej nie myślę.

— Wiesz, bro, sta­ram się pomóc, jak widzę, że ktoś jest nie­szczę­śli­wie zako­chany. — Mi wstała z nie­winną minką. — To się leczy. Poczy­taj sobie coś przed snem. Jakiś porad­nik albo coś.

— Nie pro­si­łem cię o porady. — Kuba poczuł lek­kie roz­draż­nie­nie. — A ksią­żek nie mogę zna­leźć.

— No, masz tutaj nie­zły pie­prz­nik. Ćśśś. — Przy­ło­żyła palec do ust. — Sły­szysz?

Kuba zamilkł i wsłu­chał się w ciszę. Tak, coś jakby… jęczało. Wzdry­gnął się mimo­wol­nie. Mi wska­zała kratkę wen­ty­la­cyjną. Kuba wstał i przy­su­nął się do niej. Dźwięk dobie­gał stam­tąd.

— To wiatr w prze­wo­dach wen­ty­la­cyj­nych. — Wyj­rzał przez okno na oświe­tlony sła­bymi lata­ren­kami dąb. Ani jeden listek się nie poru­szał. — Albo sąsie­dzi oglą­dają film o duchach.

Powie­dział to oczy­wi­ście z zamia­rem nastra­sze­nia sio­stry. Nawet tego nie zauwa­żyła.

— Nowy dom, nowe tajem­nice — pod­su­mo­wała. — Ale są i plusy tej prze­pro­wadzki. Możemy iść spać na bru­dasa.

Wybie­gła z pokoju. Trza­snęły drzwi od łazienki, a dwa­dzie­ścia sekund póź­niej znów się otwo­rzyły. Tyle sio­strze zajęło mycie zębów.

— Mi, tyle razy pro­si­łam, nie trza­skaj drzwiami — z sypialni rodzi­ców dobiegł zre­zy­gno­wany głos mamy.

Kuba wyjął z ple­caka lap­top i spraw­dził wia­do­mo­ści od zna­jo­mych. Od rana nikt nic nie napi­sał. Wszy­scy byli jesz­cze na waka­cjach albo może nie chciało im się pisać, bo cały dzień spę­dzili na dwo­rze.

Poszedł umyć zęby i wsu­nął się w śpi­wór. Za gorąco, odkrył się. Zasy­pia­nie w nowym miej­scu zawsze jest dziwne. Jed­nak po całym trud­nym dniu Kuba był tak zmę­czony, że zasnął nie­mal natych­miast. Zdą­żył jesz­cze pomy­śleć, że ta dziew­czyna może i była tro­chę zwa­rio­wana, ale z dru­giej strony mogła też być tro­chę fajna.

* * *

Straż­nik prze­wró­cił kolejną stronę książki i pocią­gnął łyk zim­nej kawy. Prze­biegł wzro­kiem po kilku moni­to­rach wewnątrz stró­żówki. Nic się na nich nie działo. Odkąd roz­po­czął tu pracę, czyli trzy mie­siące temu, jesz­cze ni­gdy nie wyda­rzyło się nic nie­spo­dzie­wa­nego. Dla­tego pozwa­lał sobie na czy­ta­nie. Trzy­mał książkę w taki spo­sób, by tuż nad nią widzieć moni­tory. Przy początku każ­dego aka­pitu na uła­mek sekundy uno­sił wzrok, po czym czy­tał dalej.

Była już noc i w apar­ta­men­towcu Oak Resi­dence, zwa­nym przez miesz­kań­ców Zam­kiem, nie działo się nic. To się oczy­wi­ście zmieni, gdy reszta miesz­kań zosta­nie zasie­dlona. Teraz jed­nak naprawdę nic się nie działo. Obraz na moni­to­rach pozo­sta­wał nie­ru­chomy. Ze swo­jego fotela straż­nik widział przez okno ceglaną ścianę i kawa­łek podwórka. Tam rów­nież pano­wał niczym nie­zmą­cony spo­kój.

Gdy prze­wró­cił kolejną kartkę, ponow­nie zer­k­nął na moni­tory. Już miał czy­tać dalej, ale kątem oka coś zoba­czył. Odło­żył książkę i przyj­rzał się bli­żej jed­nemu z moni­to­rów. Na par­kingu ktoś był! Par­king Zamku miał dwa poziomy i ktoś się wła­śnie prze­cha­dzał po pozio­mie minus dwa. I to w tej czę­ści, w któ­rej nikt jesz­cze nie par­ko­wał.

Straż­nik nachy­lił się do moni­tora. Nie potra­fił roz­po­znać intruza. Postać była nie­wy­raźna i pół­prze­zro­czy­sta. Pew­nie pro­blem z kamerą.

Wstał i wziął latarkę. Trzeba to spraw­dzić. Wyszedł na kory­tarz, scho­dami zszedł na naj­niż­szy poziom par­kingu i zapa­lił latarkę. Na sufi­cie paliły się lampy, ale po kątach czaił się pół­mrok.

— Jest tu kto? — rzu­cił w prze­strzeń.

Odpo­wie­działo mu tylko echo. Ruszył dalej, by obejść cały par­king. Stało tu led­wie kilka samo­cho­dów, a wszyst­kie bli­sko wjazdu. Za pierw­szym zakrę­tem samo­cho­dów nie było już wcale. Mimo że był tu już wiele razy, poczuł pewien nie­po­kój. Być może dla­tego, że postać z moni­tora nie przy­po­mi­nała nikogo z miesz­kań­ców. A może dla­tego, że była tak nie­wy­raźna.

Tknięty nagłym prze­czu­ciem, odwró­cił się. Pusto. Bar­dzo nie chciał spraw­dzać całego wymar­łego par­kingu, ale na tym prze­cież pole­gała jego praca. Wes­tchnął więc ciężko i ruszył dalej.

Wtedy zupeł­nie bez­sze­lest­nie ktoś prze­szedł za jego ple­cami. Ten ktoś był nie­wy­raźny i pół­prze­zro­czy­sty.

Wyra­fi­no­wany – skom­pli­ko­wany i wymyślny, ale deli­katny. [wróć]

Oak Resi­dence (ang.) – Dębowa Rezy­den­cja. [wróć]

Zespół Aspa­ra­gusa – cho­dzi oczy­wi­ście o zespół Asper­gera. Cho­rzy na niego cha­rak­te­ry­zują się upo­śle­dze­niem umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych, mają trud­no­ści w akcep­to­wa­niu zmian oraz poświę­cają się bez reszty swoim zain­te­re­so­wa­niom. Czę­sto są ponad­prze­cięt­nie inte­li­gentni. [wróć]