Ku chwale Rzymu - Ross Cowan - ebook
Opis

Wojownicy imperium w szeregach armii słynęli z żelaznej dyscypliny, ale byli też indywidualistami – wspaniałymi wojownikami, którzy zdobywali sławę w pojedynkach. Kierowało nimi pragnienie stania się bohaterem. Publicznie chwalili się bliznami po ranach odniesionych w walce. Ci sami ludzie wojny czytali z zapałem dzieła filozofów, spisywali wojenne dzieje i recytowali poezję. Autor przedstawia tych nie znających litości dla wroga bohaterów, którzy przyłączyli rozległe tereny do Imperium Rzymskiego. Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego z takim oddaniem walczyli i ginęli Ku chwale Rzymu, wyjaśnia motywy, wierzenia i przesądy, które nimi kierowały. Prezentuje też wnikliwe analizy strategii i kampanii, dowodzi, jak ważną rolę w ówczesnej bitwie odgrywał pojedynek, a przede wszystkim kreśli ekscytujący portret rzymskiego wojownika, który głęboko wierzył, iż jest potomkiem Marsa, boga wojny.   

Ross Cowan, brytyjski historyk specjalizujący się w militarnej historii starożytnego Rzymu. Jest autorem książek o cesarskich legionach i rzymskiej taktyce bitewnej, a także artykułów o różnych aspektach wojny w świecie antycznym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ku chwale Rzymu. Wojownicy Imperium

Ross Cowan

Tłumaczenie: Katarzyna Skawran

Copyright © 2017 by Wydawnictwo RM

Original edition: FOR THE GLORY OF ROME. A History of Warriors and Warfare published in 2007 by Greenhill Books/Lionel Leventhal Ltd, London, UK.

Copyright © Ross Cowan 2007 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-681-4 ISBN 978-83-7773-873-3 (ePub) ISBN 978-83-7773-874-0 (mobi)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Mirosława SzymańskaKorekta: Artur GotardNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecProjekt okładki: Studio GRAWZdjęcia na stronach rozdziałowych: shutterstock.incEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikcja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

SPIS TREŚCI

Podziękowania

Wstęp

Rozdział I. Wojna Rzymu z Pyrrusem

Rozdział II. Boska interwencja

Rozdział III. Pojedynek

Rozdział IV. Wodzowie i ich wojownicy

Rozdział V. Wojownicy i poeci

Epilog

Skróty

Przypisy

Bibliografia

Po­dzię­ko­wa­nia

Pra­gnę po­dzię­ko­wać Mi­cha­elo­wi Le­ven­tha­lo­wi i Hen­ry’emu Al­ba­no­wi Da­vie­so­wi z wy­daw­nic­twa Gre­en­hill Bo­oks za za­mó­wie­nie u mnie tej książ­ki i do­pro­wa­dze­nie do jej pu­bli­ka­cji. Re­dak­tor Do­nald Som­me­rvil­le fa­cho­wo do­szli­fo­wał mój nie­skład­ny rę­ko­pis i zmie­nił go w zgrab­ny tekst. Dok­tor Dun­can B. Camp­bell i pro­fe­sor Law­ren­ce Kep­pie po­dzie­li­li się ze mną roz­le­głą wie­dzą na te­mat ar­mii mo­nar­chii hel­le­ni­stycz­nych i Rzy­mu, dzię­ki cze­mu mo­głem udo­sko­na­lić wie­le frag­men­tów tej książ­ki. Nie mu­szę do­da­wać, że za wszel­kie błę­dy na­le­ży wi­nić je­dy­nie au­to­ra. Gdy nie mo­głem zdo­być A Com­men­ta­ry on Livy, Bo­oks VI–X. Vo­lu­me 4: Book X (Oxford: Cla­ren­don Press, 2005), nie­zwy­kle uprzej­my pro­fe­sor Ste­phen P. Oakley prze­słał mi ko­pie swo­ich pli­ków, na czym zy­ska­ły moje opi­sy bi­tew pod Ka­me­ri­num i Sen­ti­num (patrz roz­dział II). Na pod­sta­wie mo­ich mało pre­cy­zyj­nych szki­ców Gra­ham Sum­ner wspa­nia­le zre­kon­stru­ował wy­gląd rzym­skich wo­jow­ni­ków, a jego ry­sun­ki bar­dzo wzbo­ga­ci­ły tę książ­kę. John­ny Shu­ma­te do­star­czył wspa­nia­łe ilu­stra­cje dzier­żą­ce­go sa­ri­sę ho­pli­ty z fa­lan­gi, bę­dą­ce­go prze­ciw­ni­kiem le­gio­ni­sty w bi­twach pod He­ra­kleą, Au­sku­lum i Mal­wen­tum (patrz roz­dział I). Ukoń­cze­nie tej książ­ki za­wdzię­czam en­tu­zja­zmo­wi i za­chę­tom Jima Bo­wer­sa. Jim na­ry­so­wał tak­że wal­czą­ce­go bel­la­to­ra z le­gio XXII Pri­mi­ge­nia. Ma­te­ria­ły ilu­stra­cyj­ne przy­go­to­wa­li rów­nież Ja­sper Oor­thuys i Ste­ven D. P. Ri­chard­son.

Spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia skła­dam na ręce ro­dzi­ny Co­wa­nów, Tho­ma­sa McGro­ry’ego i Kri­sty Ub­bels za wspar­cie i za­in­te­re­so­wa­nie tą pra­cą.

Książ­kę de­dy­ku­ję nie­ży­ją­ce­mu już Da­vi­do­wi Gem­mel­lo­wi. Pi­sał o wo­jow­ni­kach i bo­ha­te­rach, przede wszyst­kim grec­kich i rzym­skich. Dzię­ki jego po­wie­ści Król Wid­mo po­zna­łem le­gen­dę le­gio­nu IX i za­in­te­re­so­wa­łem się ar­mią rzym­ską.

Ross Co­wan

Wstęp

Miał czterdzieści pięć ran na ciele z przodu, żadnej z tyłu.

Pliniusz Starszy, Historia naturalna, 7.29

Nin­iej­sza książ­ka to opo­wieść o wal­czą­cych Rzy­mia­nach, a tak­że o ich męż­nych prze­ciw­ni­kach. Rzym­ski le­gio­ni­sta uwa­żał się za żoł­nie­rza (mi­les) lub wo­jow­ni­ka (bel­la­tor). Nie do­strze­gał róż­ni­cy mię­dzy tymi dwo­ma okre­śle­nia­mi, choć współ­cze­śnie za­ry­so­wu­je się ten­den­cja do od­róż­nia­nia żoł­nie­rza, wal­czą­ce­go w zor­ga­ni­zo­wa­nej jed­no­st­ce, od wo­jow­ni­ka sa­mot­nie to­czą­ce­go po­je­dyn­ki. Po­je­dyn­czy wo­jow­ni­cy, choć­by naj­od­waż­niej­si, zwy­kle ule­ga­ją sile i nie­złom­no­ści zdy­scy­pli­no­wa­ne­go od­dzia­łu żoł­nie­rzy. Na­wet wraz z in­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi nie byli w sta­nie stwo­rzyć lep­szej for­ma­cji niż tłum.

Współ­cze­śni hi­sto­ry­cy na ogół opi­su­ją Rzy­mian jako za­wo­do­wych żoł­nie­rzy, a ich wro­gów, zwłasz­cza Ga­lów i Ger­ma­nów, jako wo­jow­ni­ków, mimo że cel­tyc­cy Hel­we­ci i ger­mań­scy Swe­bo­wie pod wo­dzą Ario­wi­sta wal­czy­li z le­gio­na­mi Ce­za­ra w zdy­scy­pli­no­wa­nych fa­lan­gach. Przez więk­szość okre­su ist­nie­nia Re­pu­bli­ki le­gio­ny two­rzy­li rol­ni­cy i lu­dzie wy­ko­nu­ją­cy inne po­spo­li­te za­ję­cia. Słu­ży­li w woj­sku tyl­ko w cza­sie kam­pa­nii (choć wy­ma­ga­no od nich, aby po­mię­dzy sie­dem­na­stym a czter­dzie­stym szó­stym ro­kiem ży­cia wzię­li udział w wie­lu kam­pa­niach). Wła­śnie tacy nie­za­wo­do­wi le­gio­ni­ści zmie­rzy­li się z za­wo­do­wą epi­roc­ką fa­lan­gą w bi­twach pod He­ra­kleą i Au­sku­lum.

Nie­za­wo­do­wi le­gio­ni­ści byli zor­ga­ni­zo­wa­ni w ma­ni­pu­ły – jed­nost­ki tak­tycz­ne za­zwy­czaj li­czą­ce stu dwu­dzie­stu lu­dzi. Gdy wal­czy­li ra­mię w ra­mię, ma­ni­puł sta­wał się zwar­tym i sil­nym blo­kiem, prą­cym na­przód jak klin wbi­ja­ny w li­nię wro­ga. Je­że­li le­gio­ni­ści przyj­mo­wa­li luź­ny szyk, każ­dy z nich miał do dys­po­zy­cji od­ci­nek nie­ca­łych dwóch me­trów i wal­czył sa­mo­dziel­nie, ale w ra­zie po­trze­by mógł li­czyć na wspar­cie to­wa­rzy­szy. Cza­sa­mi le­gio­ni­ści mu­sie­li wal­czyć zu­peł­nie nie­za­leż­nie, to zna­czy od­wra­cać się i bić z wro­ga­mi na­cie­ra­ją­cy­mi ze wszyst­kich stron. Uzbro­je­nie le­gio­ni­sty, na któ­re skła­da­ły się cięż­ki oszczep (pi­lum), kłu­ją­co-tną­cy miecz (gla­dius) i tar­cza (scu­tum) osła­nia­ją­ca go od ra­mion po go­le­nie, nada­wa­ło się za­rów­no do wal­ki in­dy­wi­du­al­nej, jak i w gru­pie. Na­wet gdy ma­ni­puł roz­po­czął atak jako od­dział o zwar­tym szy­ku, po zbli­że­niu się do wro­ga le­gio­ni­ści z pierw­sze­go sze­re­gu mo­gli wy­biec na­przód i po­je­dyn­czo ście­rać się z prze­ciw­ni­ka­mi, uży­wa­jąc tarcz jako ta­ra­nów, wy­ko­rzy­stu­jąc wszel­kie luki, któ­re ich grad oszcze­pów zro­bił w sze­re­gach nie­przy­ja­cie­la, i to­ru­jąc so­bie dro­gę mie­cza­mi. Za­tem rzym­ski le­gio­ni­sta łą­czył w so­bie za­le­ty żoł­nie­rza i wo­jow­ni­ka. Rzym­ska struk­tu­ra woj­sko­wa opie­ra­ła się na zdy­scy­pli­no­wa­nych gru­pach żoł­nie­rzy, wal­czą­cych ra­zem we wspól­nym celu, ale do­pusz­cza­ła, by po­je­dyn­czy wo­jow­ni­cy sta­wa­li sa­mo­dziel­nie do wal­ki, gdy nada­rza­ła się oka­zja, i za­spo­ka­ja­li pra­gnie­nie zdo­by­cia oso­bi­stej chwa­ły.

Ko­niecz­ne jed­nak było za­cho­wa­nie rów­no­wa­gi. Rzym­scy do­wód­cy nie­kie­dy sta­ra­li się po­wstrzy­my­wać le­gio­ni­stów, gdy z żoł­nie­rzy zmie­nia­li się w wo­jow­ni­ków. Zda­rza­ło się, że men­tal­ność wo­jow­ni­ka za­wład­nę­ła tak­że sa­mym do­wód­cą, a wte­dy z im­pe­tem rzu­cał się do ata­ku, choć w da­nej sy­tu­acji przy­da­ła­by się bar­dziej wy­wa­żo­na tak­ty­ka. Każ­dy rzym­ski żoł­nierz łak­nął sła­wy i chwa­ły, ale szcze­gól­nie za­le­ża­ło na niej po­cho­dzą­cym z ary­sto­kra­cji do­wód­com. Ta­lent woj­sko­wy był nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ny z po­li­tycz­nym awan­sem. Wyż­sze sta­no­wi­ska urzęd­ni­cze przy­cho­dzi­ły wraz z suk­ce­sa­mi do­wód­czy­mi, wy­ko­rzy­sta­niem oka­zji do po­pro­wa­dze­nia le­gio­nów i sił sprzy­mie­rzo­nych do bi­twy, wy­ka­za­niem się umie­jęt­no­ścia­mi tak­tycz­ny­mi i an­ga­żo­wa­niem się w wal­kę wręcz z naj­dziel­niej­szy­mi spo­śród wro­gów. Zwy­cię­stwo za­pew­nia­ło naj­więk­szą chwa­łę i sza­cu­nek ca­łe­go na­ro­du. Ko­lej­ne po­ko­le­nia ary­sto­kra­tów sta­ra­ły się zdys­kon­to­wać do­ko­na­nia wo­jen­ne swo­ich przod­ków, prze­wyż­szyć pod wzglę­dem osią­gnięć kon­ku­ren­cyj­ne rody i zdo­być wpły­wy w Rzy­mie. Ta ry­wa­li­za­cja pcha­ła ich cią­gle do woj­ny i eks­pan­sji te­ry­to­rial­nej na Pół­wy­spie Ape­niń­skim. Klę­ska w bi­twie ozna­cza­ła hań­bę, ale też stwa­rza­ła oka­zję do wzię­cia spra­wied­li­we­go od­we­tu. Każ­da sto­czo­na przez Rzy­mian woj­na była za­tem w pe­wien spo­sób uspra­wie­dli­wio­na.

Prze­cięt­ny oby­wa­tel na ogół się nie uskar­żał, gdy od­ry­wa­no go od roli, by wal­czył w ko­lej­nej kam­pa­nii. On rów­nież mu­siał dbać o re­pu­ta­cję. Miał na­dzie­ję, że nada­rzy się oka­zja do zdo­by­cia łu­pów i nie­wol­ni­ków, a póź­niej do otrzy­ma­nia na­dzia­łu zie­mi. Ple­mio­na ital­skie i mia­sta sprzy­mie­rzo­ne z Rzy­mem li­czy­ły na po­dob­ne ko­rzy­ści. Z tego po­wo­du jed­nak dzia­ła­nia wo­jen­ne trwa­ły nie­ustan­nie – albo nie­mal bez prze­rwy. Suk­ces wo­jen­ny gwa­ran­to­wał ule­głość sprzy­mie­rzeń­ców.

Jed­nak Rzy­mia­nie nie po­strze­ga­li swo­jej agre­sji i za­pę­dów im­pe­ria­li­stycz­nych w tak cy­nicz­ny spo­sób. Po­czu­li­by się głę­bo­ko znie­wa­że­ni za­rzu­tem, że po­wo­do­wa­ły nimi chci­wość oraz nie­na­sy­co­na żą­dza sła­wy i chwa­ły. Byli ludź­mi ho­no­ru. Nie wi­dzie­li nic złe­go w ry­wa­li­za­cji i pod­bo­jach – prze­cież bo­go­wie je po­chwa­la­li. Bi­twa sta­no­wi­ła osta­tecz­ny spraw­dzian, a owo­ce zwy­cię­stwa były za­słu­żo­ne. Rzy­mia­nie, jako lu­dzie bo­go­boj­ni, za­wsze od­da­wa­li bo­gom na­leż­ną im część łu­pów.

Na ko­lej­nych stro­ni­cach tej książ­ki po­zna­my naj­wy­bit­niej­szych mi­li­tes i bel­la­to­res ar­mii rzym­skiej, ta­kich jak Ser­wi­liusz Ge­mi­nus Pu­leks, zwy­cięz­ca dwu­dzie­stu trzech po­je­dyn­ków; Ma­rek Ser­giusz Sy­lus, wal­czą­cy za po­mo­cą że­la­znej pro­te­zy dło­ni; Gne­jusz Pe­tre­jusz, cen­tu­rion, któ­ry wła­sno­ręcz­nie za­bił swo­je­go try­bu­na za tchó­rzo­stwo, oraz Kwin­tus Ser­to­riusz, dum­nie ob­no­szą­cy się z pu­stym oczo­do­łem, świad­czą­cym o jego wa­lecz­no­ści. Po­zna­my tak­że am­bit­nych cen­tu­rio­nów Ce­za­ra, sza­lo­nych im­pe­ra­to­rów, cha­ry­zma­tycz­nych wład­ców i prze­bie­głych kon­su­lów.

W dal­szych roz­dzia­łach dość ob­szer­nie oma­wiam woj­nę z Pyr­ru­sem, trze­cią woj­nę sam­nic­ką, pod­bój Ga­lii przez Ce­za­ra i pierw­szy etap woj­ny do­mo­wej Ce­za­ra z Pom­pe­ju­szem, ale nie przed­sta­wiam prze­bie­gu tych kon­flik­tów w ści­śle chro­no­lo­gicz­nym po­rząd­ku. Te woj­ny i kam­pa­nie po­słu­ży­ły mi do uka­za­nia bit­no­ści rzym­skich wo­jow­ni­ków, ich dą­że­nia do chwa­ły i by­cia do­ce­nio­nym za od­wa­gę. Po­zwo­li­ły mi też po­ka­zać ich upodo­ba­nie do walk je­den na jed­ne­go, głę­bo­ką wia­rę w bo­gów i prze­po­wied­nie oraz za­sa­dy lo­jal­no­ści i ho­no­ru, któ­ry­mi kie­ro­wa­li się w ży­ciu i dla któ­rych gi­nę­li.

ROZDZIAŁ I

Wojna Rzymu z Pyrrusem

Toteż przystąpili z miejsca do strasznej bitwy przeciw długim lancom i gardząc życiem, jeden mieli cel: ranić i walić wroga bez względu na własne niebezpieczeństwo.

Plutarch, Żywoty sławnych mężów, „Pyrrus”, 21.6

W 280 roku p.n.e. Pyr­rus z Epi­ru, du­cho­wy spad­ko­bier­ca Alek­san­dra Wiel­kie­go, po­pły­nął do Ita­lii. Chciał bro­nić grec­kich ko­lo­nii na po­łu­dniu pół­wy­spu przed rzym­ską agre­sją i zbu­do­wać im­pe­rium. Był jed­ną z naj­słyn­niej­szych po­sta­ci w grec­kim świe­cie – kró­lem i wo­dzem zna­nym z od­wa­gi, bra­wu­ry i zdol­no­ści tak­tycz­nych. Jego żoł­nie­rze czci­li go ni­czym bo­ha­te­ra. Więk­szość Gre­ków nie wąt­pi­ła, że osią­gnie swój cel.

Rzym nie bu­dził spe­cjal­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia Gre­cji kon­ty­nen­tal­nej ani kró­lestw hel­le­ni­stycz­nych. Był zna­ny z ustro­ju re­pu­bli­kań­skie­go, sta­no­wił po­tę­gę w Ita­lii, ale nie od­gry­wał zna­czą­cej roli na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Więk­szość Gre­ków uwa­ża­ła le­żą­ce na Sy­cy­lii Sy­ra­ku­zy za znacz­nie waż­niej­szy ośro­dek. Rzym­skie le­gio­ny roz­gro­mi­ły, co praw­da, ar­mie ple­mion ga­lij­skich i ligi Ita­li­ków, ale czy kie­dy­kol­wiek na­po­tka­ły ta­kie­go prze­ciw­ni­ka jak no­wo­cze­sna ar­mia hel­le­ni­stycz­na? Ja­kim spo­so­bem nie­za­wo­do­wi le­gio­ni­ści mo­gli po­ko­nać epi­roc­kie­go kró­la-wo­jow­ni­ka i jego ar­mię za­har­to­wa­nych w boju za­wo­do­wych żoł­nie­rzy? Jak mo­gli się prze­ciw­sta­wić miaż­dżą­cej sile fa­lan­gi, od­dzia­łów sło­ni, lek­kiej pie­cho­ty i jaz­dy? Jed­nak oka­za­ło się, że nie­do­ce­nia­nie moż­li­wo­ści Rzy­mu i jego ar­mii nie po­pła­ca. Woj­na z Pyr­ru­sem po­pchnę­ła Rzym do wy­stą­pie­nia na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. I Rzym spro­stał temu wy­zwa­niu.

„ORZEŁ” EPIRU

Pyr­rus z Epi­ru był wład­cą Mo­los­sów, a dzię­ki kom­bi­na­cji siły zbroj­nej, szczę­ścia i nie­ba­ga­tel­ne­go uro­ku oso­bi­ste­go przez pe­wien czas tak­że kró­lem Ma­ce­do­nii. Utrzy­my­wał, że wy­wo­dzi się w li­nii pro­stej od Achil­le­sa, bo­ha­te­ra woj­ny tro­jań­skiej z rodu Zeu­sa, a tak­że od in­ne­go wo­jow­ni­cze­go he­ro­sa – He­ra­kle­sa. Sta­rał się brać z nich przy­kład, a na­wet zdo­być więk­szą sła­wę i chwa­łę, zwłasz­cza prze­ści­gnąć Achil­le­sa, i „nie ustę­pu­jąc żad­ne­mu z kró­lów w sile i od­wa­dze i chcąc ra­czej przez mę­stwo niż przez uro­dze­nie oka­zać się god­nym sła­wy Achil­le­sa”.

Bę­dąc dziec­kiem, Pyr­rus zo­stał po­zba­wio­ny ksią­żę­cej ko­ro­ny, a na­stęp­nie ad­op­to­wa­ny przez ili­ryj­skie­go kró­la, któ­ry póź­niej, z po­mo­cą ar­mii, osa­dził kil­ku­na­sto­let­nie­go Pyr­ru­sa z po­wro­tem na tro­nie Epi­ru. Jed­nak wkrót­ce Pyr­ru­sa zde­tro­ni­zo­wa­no i wy­gna­no. Wte­dy zdo­był sła­wę jako żoł­nierz w woj­nach dia­do­chów (spad­ko­bier­ców). Byli to to­wa­rzy­sze Alek­san­dra Wiel­kie­go, któ­rzy po jego śmier­ci wal­czy­li mię­dzy sobą o po­szcze­gól­ne czę­ści im­pe­rium: Pto­le­me­usz, An­ty­gon Jed­no­oki, Se­leu­kos, Kas­san­der i Li­zy­mach. Już jako doj­rza­ły męż­czy­zna Pyr­rus wró­cił do Epi­ru, aby za­bić uzur­pa­to­ra. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych III wie­ku p.n.e. za­anek­to­wał znacz­ne ob­sza­ry są­sied­nich kró­lestw i bro­nił wła­snej dzie­dzi­ny. Z ocho­tą to­czył po­je­dyn­ki z wo­dza­mi wro­gich ar­mii, a gdy nie pro­wa­dził kam­pa­nii, co zda­rza­ło się rzad­ko, czy­tał trak­ta­ty woj­sko­we albo pi­sał o tak­ty­ce wo­jen­nej i wła­snych do­ko­na­niach. W sta­ro­żyt­no­ści jego dzie­ła cie­szy­ły się dużą po­czyt­no­ścią, a póź­niej sta­ły się in­spi­ra­cją dla do­wód­ców grec­kich, kar­ta­giń­skich i rzym­skich. Han­ni­bal na­zwał Pyr­ru­sa swo­im men­to­rem. „Nikt le­piej niż on nie umiał zaj­mo­wać sta­no­wi­ska czy roz­miesz­czać sił obron­nych”, rzekł kar­ta­giń­ski do­wód­ca. Star­si, współ­cze­śni Pyr­ru­so­wi do­wód­cy byli bar­dziej po­wścią­gli­wi w po­chwa­łach. Gdy An­ty­go­na Jed­no­okie­go, do­wo­dzą­ce­go woj­ska­mi za­rów­no Fi­li­pa II, jak i Alek­san­dra Wiel­kie­go, za­py­ta­no, kto jest naj­lep­szym do­wód­cą, po­wie­dział, że do­brze za­po­wia­da się mło­dy czło­wiek, któ­ry do­pie­ro co wstą­pił do jego ar­mii: „Pyr­rus – o ile do­ży­je peł­niej­sze­go wie­ku”. Han­ni­bal do­ce­niał rów­nież zdol­ność Pyr­ru­sa do zjed­ny­wa­nia so­bie lu­dzi.

Pyr­rus był praw­dzi­wym au­to­kra­tą (przy­naj­mniej wte­dy, gdy prze­by­wał poza gra­ni­ca­mi Epi­ru) i miał nie­bez­piecz­nie im­pul­syw­ny cha­rak­ter (nie­wie­le za­dań do­pro­wa­dzał do koń­ca, za­nim wy­ru­szył da­lej w po­szu­ki­wa­niu sil­nych wra­żeń). Był tak­że ry­cer­ski oraz ob­da­rzo­ny ma­gne­ty­zmem i cha­ry­zmą, przy­cią­ga­ją­cą męż­czyzn i ko­bie­ty. Na polu bi­twy za­wsze rzu­cał się w oczy, przy­odzia­ny w prze­pięk­ną zbro­ję, hełm z ro­ga­mi oraz pe­le­ry­nę w ko­lo­rze pur­pu­ry i zło­ta. W tej epo­ce wo­jow­ni­ków za­wsze zna­leź­li się lu­dzie go­to­wi po­dą­żyć za nim na ko­lej­ną awan­tur­ni­czą wy­pra­wę, ale Pyr­rus był też nie­złom­nie prze­ko­na­ny o swo­jej umie­jęt­no­ści in­spi­ro­wa­nia na­wet tych nie­chęt­nych wstę­po­wa­niu do ar­mii. „Wy­bierz­cie po­tęż­nie zbu­do­wa­nych lu­dzi”, ma­wiał do re­kru­tu­ją­cych ofi­ce­rów. „Uczy­nię ich wa­lecz­ny­mi!”. Na­wet wiel­cy tam­tych cza­sów – męż­czyź­ni i ko­bie­ty – nie po­tra­fi­li się oprzeć jego sile per­swa­zji. „Umiał dla wła­snej ko­rzy­ści przed wyż­szy­mi chy­lić czo­ło, na niż­szych od sie­bie pa­trzał z góry”, na­pi­sał Plu­tarch. Dla­te­go za­le­d­wie w rok od przy­by­cia do Egip­tu w cha­rak­te­rze po­li­tycz­ne­go za­kład­ni­ka (298 rok p.n.e.) ocza­ro­wał żonę wład­cy Pto­le­me­usza I So­te­ra, po­ślu­bił jego pa­sier­bi­cę i po­wró­cił do Epi­ru na cze­le jego ar­mii.

Pyr­rus miał ob­se­sję na punk­cie woj­ny i uległ jej groź­ne­mu uro­ko­wi. Roz­ko­szo­wał się pla­no­wa­niem dzia­łań tak­tycz­nych i stra­te­gicz­nych, tę­sk­nił za ad­re­na­li­ną wy­dzie­la­ją­cą się w ogniu wal­ki oraz pra­gnął chwa­ły i pre­sti­żu, któ­re przy­cho­dzi­ły wraz ze zwy­cię­stwa­mi. Nie był wca­le naj­po­tęż­niej­szym spo­śród grec­kich wład­ców bę­dą­cych spad­ko­bier­ca­mi Alek­san­dra Wiel­kie­go ani tym z nich, któ­ry od­no­sił naj­więk­sze suk­ce­sy. Jed­nak ucho­dził za naj­bar­dziej po­dob­ne­go do Alek­san­dra du­chem i w czy­nach. Był na­wet ku­zy­nem słyn­ne­go kró­la, po­nie­waż mat­ka Alek­san­dra, Olim­pias, po­cho­dzi­ła z kró­lew­skie­go rodu Mo­los­sów.

Mimo że Pyr­rus był go­rą­cym epi­roc­kim pa­trio­tą, zo­stał wy­gna­ny ze swo­je­go kró­le­stwa. Ni­g­dy nie no­sił ty­tu­łu kró­la Epi­ru, jak błęd­nie po­da­ją rzym­skie źró­dła. Był kró­lem Mo­los­sów, głów­ne­go epi­roc­kie­go związ­ku ple­mion, a po­mniej­sze ple­mio­na Te­spro­tów i Cha­onów uzna­ły go za he­ge­mo­na (wo­dza). Te trzy ple­mio­na po­wo­ła­ły do ist­nie­nia Zwią­zek Epi­roc­ki. Kró­lów rzą­dzą­cych Mo­los­sa­mi ogra­ni­cza­ła kon­sty­tu­cja, któ­ra za­wie­ra­ła klau­zu­le po­zwa­la­ją­ce oby­wa­te­lom na­wet na zde­tro­ni­zo­wa­nie mo­nar­chy i wy­gna­nie jego ro­dzi­ny – co spo­tka­ło mło­de­go Pyr­ru­sa w 317 i 302 roku p.n.e. Król – za­nim zwo­łał ar­mię i roz­po­czął kam­pa­nię wo­jen­ną – mu­siał się na­ra­dzić ze Związ­kiem Epi­roc­kim. Dla­te­go za­rów­no Alek­san­der Mo­los­sos, zwa­ny też Alek­san­drem I z Epi­ru (patrz ni­żej), jak i Pyr­rus – i to w jesz­cze więk­szym stop­niu – dą­ży­li do pod­bi­cia te­ry­to­riów poza Epi­rem, na któ­rych mo­gli­by rzą­dzić w praw­dzi­wie au­to­kra­tycz­ny spo­sób, jak współ­cze­śni im mo­nar­cho­wie hel­le­ni­stycz­ni. Wy­mow­ne są pew­ne fak­ty: Pyr­rus umiej­sco­wił swo­ją peł­ną prze­py­chu sto­li­cę w Am­bra­kii – bli­sko swo­jej oj­czy­stej zie­mi, ale poza jej gra­ni­ca­mi; Cy­ne­asz, sto­ją­cy na cze­le jego rady, nie był Epi­ro­tą, lecz Te­sal­czy­kiem; a so­ju­sze, któ­re król usi­ło­wał za­wrzeć, na przy­kład z Rzy­mia­na­mi po bi­twie pod He­ra­kleą (łac. He­rac­lea), mia­ły być po­ro­zu­mie­nia­mi z sa­mym Pyr­ru­sem, a nie z nim jako re­pre­zen­tan­tem Epi­ro­tów.

W 289 roku p.n.e. Pyr­rus, w wie­ku ok. trzy­dzie­stu lat, sto­czył je­den z naj­słyn­niej­szych po­je­dyn­ków epo­ki z Pan­tau­cho­sem, bu­dzą­cym strach do­wód­cą De­me­triu­sza I Po­lior­ke­te­sa („tego, któ­ry ob­le­ga mia­sta”). De­me­triusz (syn An­ty­go­na Jed­no­okie­go) do­pie­ro co ob­jął tron Ma­ce­do­nii, za­jął Eto­lię w środ­ko­wej Gre­cji i po­ma­sze­ro­wał na sprzy­mie­rzo­ny z Eto­la­mi Epir. Pyr­rus wy­ru­szył na spo­tka­nie si­łom in­wa­zyj­nym, ale kró­lo­wie się roz­mi­nę­li. Praw­do­po­dob­nie był to ce­lo­wy za­bieg Pyr­ru­sa. Epi­ro­ci po­ma­sze­ro­wa­li da­lej na po­łu­dnie, aż do Eto­lii, gdzie De­me­triusz po­zo­sta­wił Pan­tau­cho­sa z du­ży­mi si­ła­mi oku­pa­cyj­ny­mi. Pan­tau­chos na­po­tkał ar­mię Pyr­ru­sa w bli­żej nie­okre­ślo­nym miej­scu i, być może chcąc ogra­ni­czyć kon­flikt do de­cy­du­ją­ce­go star­cia wo­dzów, wy­zwał go na po­je­dy­nek. Za­ro­zu­mia­ły Pan­tau­chos był prze­ko­na­ny o swo­jej sile i mę­stwie, ale Pyr­rus odzie­dzi­czył od­wa­gę po swo­im przod­ku Achil­le­sie:

Wal­czy­li naj­pierw na włócz­nie, po­tem prze­szli do bły­ska­wicz­nej i za­cię­tej wal­ki na mie­cze. Pyr­rus, ra­nio­ny raz, za­dał prze­ciw­ni­ko­wi [Pan­tau­cho­so­wi] dwa cio­sy, je­den w udo, dru­gi w kark. Zmu­sił go do uciecz­ki i prze­wró­cił, ale nie za­bił, bo ura­to­wa­li go przy­ja­cie­le. Za­grza­ni do wal­ki zwy­cię­stwem swe­go kró­la i po­dzi­wem dla jego mę­stwa Epi­ro­ci z tym więk­szą siłą prze­ła­ma­li fa­lan­gę ma­ce­doń­ską, po czym w po­ści­gu za ucie­ka­ją­cy­mi wie­lu lu­dzi za­bi­li, a do nie­wo­li wzię­li pięć ty­się­cy.

(Plutarch, Żywoty sławnych mężów, „Pyrrus”, 7.4–7.5)

O dzi­wo, oca­la­li Ma­ce­doń­czy­cy nie mie­li Pyr­ru­so­wi za złe miaż­dżą­ce­go zwy­cię­stwa. Naj­star­si żoł­nie­rze, za­smu­ce­ni pa­no­wa­niem sze­re­gu sła­bych kró­lów i uzur­pa­to­rów, tę­sk­ni­li za wspa­nia­ły­mi cza­sa­mi Alek­san­dra Wiel­kie­go:

Bi­twa ta nie tyle na­peł­ni­ła Ma­ce­doń­czy­ków gnie­wem z po­wo­du po­nie­sio­nej klę­ski czy nie­na­wi­ścią do Pyr­ru­sa, ile ra­czej przy­nio­sła mu sła­wę, po­dziw dla mę­stwa i roz­głos u wszyst­kich, któ­rzy byli świad­ka­mi jego dziel­no­ści i spot­kali się z nim w wal­ce. Za­uwa­ży­li na­wet u nie­go w ry­sach twa­rzy, w szyb­ko­ści i zwin­no­ści ru­chów po­do­bień­stwo z Alek­san­drem Wiel­kim, wi­dząc w jego gwał­tow­no­ści i sile pod­czas wal­ki wier­ne jak cień od­bi­cie tam­te­go. Inni wład­cy upo­dab­nia­li się do Alek­san­dra przez pur­pu­ry, świ­ty przy­bocz­ne, zgię­cie szyi i wy­nio­sły ton gło­su. Tyl­ko Pyr­rus do­rów­ny­wał mu w spraw­no­ści ręki i wła­da­niu mie­czem.

(Plutarch, Żywoty sławnych mężów, „Pyrrus”, 8.1)

Po od­nie­sio­nym przez Pyr­ru­sa zwy­cię­stwie De­me­triusz był zmu­szo­ny po­rzu­cić Eto­lię i zre­zy­gno­wać z gra­bie­ży w Epi­rze, któ­ry w po­śpie­chu opu­ścił, aby bro­nić gra­nic Ma­ce­do­nii. Gdy trium­fu­ją­cy Pyr­rus wró­cił do kra­ju, Epi­ro­ci uho­no­ro­wa­li go, na­da­jąc mu nowy ty­tuł – „Orzeł”. Król, wie­dząc, kie­dy i jak na­le­ży się zre­wan­żo­wać za kom­ple­ment, od­po­wie­dział: „Je­że­li je­stem or­łem, to je­stem nim dzię­ki wam. Bo jak­że nie mam nim być, sko­ro na wa­szej zbroi wzno­szę się w górę jak­by na skrzy­dłach”. Gdy „Orzeł” wkro­czył do Ma­ce­do­nii w 288 roku p.n.e. – ko­or­dy­nu­jąc in­wa­zję z Li­zy­ma­chem (patrz ni­żej) ata­ku­ją­cym z Tra­cji – we­te­ra­ni ar­mii ma­ce­doń­skiej byli nim wciąż tak ocza­ro­wa­ni, że od­da­wa­li mu ho­no­ry ni­czym kró­lo­wi, a De­me­triusz mu­siał się sal­wo­wać uciecz­ką. Po­gło­ski, że Pyr­rus miał wi­zję (uka­zał mu się Alek­san­der Wiel­ki, któ­ry po­bło­go­sła­wił jego przed­się­wzię­cie), za­pew­ne po­mo­gły zdo­być ich przy­chyl­ność. Pyr­rus i Li­zy­mach po­dzie­li­li kró­le­stwo mię­dzy sie­bie, lecz wkrót­ce dała o so­bie znać żą­dza wła­dzy Li­zy­ma­cha.

Li­zy­mach na­le­żał do stra­ży przy­bocz­nej Alek­san­dra Wiel­kie­go. W chwi­li nie­sta­bil­no­ści emo­cjo­nal­nej (a było ich wie­le) Alek­san­der za­mknął nie­uzbro­jo­ne­go Li­zy­ma­cha w klat­ce z wy­głod­nia­łym lwem. Ten za­bił be­stię go­ły­mi rę­ka­mi. Po śmier­ci Alek­san­dra ob­jął sa­tra­pię Tra­cji. Z cza­sem zjed­no­czył znacz­ne ob­sza­ry, two­rząc im­pe­rium roz­cią­ga­ją­ce się od Du­na­ju po góry Tau­rus, cho­ciaż jego kam­pa­nie za Du­na­jem za­koń­czy­ły się ha­nieb­ną po­raż­ką, gdyż zo­stał schwy­ta­ny przez bar­ba­rzyń­skie­go wo­dza i wy­da­ny za oku­pem. Dzię­ki za­moż­nym azja­tyc­kim pro­win­cjom, ta­kim jak Per­ga­mon, któ­re ob­ło­żył wy­so­ki­mi po­dat­ka­mi, stał się po­sia­da­czem le­gen­dar­nych bo­gactw i mógł fi­nan­so­wać wspa­nia­łą ar­mię oraz prze­ku­py­wać wyż­szych ofi­ce­rów i urzęd­ni­ków swo­ich prze­ciw­ni­ków.

Do 284 roku p.n.e. Li­zy­mach pod­ko­pał po­zy­cję Pyr­ru­sa w Ma­ce­do­nii, zma­ni­pu­lo­wał jego ofi­ce­rów i prze­ciął jego li­nie za­opa­trze­nia. Pyr­rus mu­siał się wy­co­fać do Epi­ru, ale nie­zra­żo­ny wciąż ma­rzył o po­sze­rze­niu swo­je­go kró­le­stwa na pół­noc o Ili­rię, aby po­więk­szyć zie­mie uzy­ska­ne już po­przez ma­ria­że dy­na­stycz­ne z ili­ryj­ski­mi księż­nicz­ka­mi; po­nad­to pra­gnął od­zy­skać Kor­ky­rę (dziś Kor­fu). Wy­spa sta­no­wi­ła po­sag jego dru­giej żony, La­nas­sy, któ­ra była cór­ką Aga­to­kle­sa, ty­ra­na Sy­ra­kuz na Sy­cy­lii. Ko­bie­ta nie mo­gła się po­go­dzić z po­li­ga­mią Pyr­ru­sa i opu­ści­ła go w 290 roku p.n.e., a na­stęp­nie wy­szła za De­me­triu­sza, któ­ry osa­dził na wy­spie gar­ni­zon. (De­me­triusz, gdy wy­par­to go z Ma­ce­do­nii, usi­ło­wał wy­kro­ić so­bie kró­le­stwo w Azji Mniej­szej. Zo­stał jed­nak schwy­ta­ny przez Se­leu­ko­sa, naj­bar­dziej ope­ra­tyw­ne­go z dia­do­chów. Prze­trzy­my­wa­no go w luk­su­so­wych wa­run­kach do cza­su, aż za­pił się na śmierć w 283 roku p.n.e.).

Pyr­rus od­bił Kor­ky­rę w 282 roku p.n.e., lecz zna­lazł się wte­dy w nie­zwy­kłej dla sie­bie sy­tu­acji – nie miał już z kim wal­czyć, z wy­jąt­kiem wpły­wo­we­go Li­zy­ma­cha. Po­tęż­ny „Orzeł” od­krył, że rzą­dze­nie do­stat­nim kró­le­stwem w cza­sach po­ko­ju nie przy­pa­dło mu do gu­stu i za­tę­sk­nił za przy­go­da­mi. „Po­dob­nie jak Achil­les nie umiał zno­sić bez­czyn­no­ści”, po­wia­da Plu­tarch. Na po­cząt­ku 281 roku p.n.e. Li­zy­ma­cho­wi nie uda­ło się przy­łą­czyć roz­le­głe­go kró­le­stwa Se­leu­ko­sa do swo­je­go im­pe­rium i zgi­nął w bi­twie na rów­ni­nie Ku­ru­pe­dion. Pyr­rus szy­ko­wał się do ata­ku na Ma­ce­do­nię, ale wów­czas przy­by­li po­sło­wie Ta­ren­tu z proś­bą, aby wa­lecz­ny król po­pro­wa­dził ich hel­le­ni­stycz­ną wy­pra­wę prze­ciw bar­ba­rzyń­skie­mu mia­stu zwa­ne­mu Rzy­mem.

TARENT

Ta­rent (gr. Ta­ras, łac. Ta­ren­tum) zo­stał za­ło­żo­ny w 706 roku p.n.e. na miej­scu my­keń­skie­go por­tu han­dlo­we­go, usy­tu­owa­ne­go nad naj­lep­szą za­to­ką w po­łu­dnio­wej Ita­lii. Była to je­dy­na za­mor­ska ko­lo­nia Spar­ty i przez stu­le­cia Ta­rent sta­rał się do­rów­nać mor­skiej po­tę­dze oj­czy­ste­go mia­sta. Oko­ło 473 roku p.n.e. rzą­dzą­cy Ta­ren­tem ary­sto­kra­ci zgi­nę­li w bi­twie z są­sia­du­ją­cy­mi z nim Mes­sa­pia­mi, ale zwy­kli Ta­ren­tyj­czy­cy obro­ni­li mia­sto i wpro­wa­dzi­li w nim ra­dy­kal­ną de­mo­kra­cję.

Nie dość, że Ta­ren­tyj­czy­cy wzbo­ga­ci­li się już na wy­ro­bie odzie­ży weł­nia­nej w ko­lo­rze pur­pu­ry (wy­so­ce ce­nio­nej w sta­ro­żyt­no­ści i za­re­zer­wo­wa­nej jako bar­wa kró­lew­ska i sę­dziow­ska), to jesz­cze po­mna­ża­li swój ma­ją­tek, gdyż wy­twa­rza­li ce­ra­mi­kę i wy­ro­by me­ta­lo­we, po­szu­ki­wa­ne jako do­bra luk­su­so­we. De­mo­kra­tycz­ne mia­sto, po­ło­żo­ne na głów­nych szla­kach han­dlo­wych mię­dzy Wscho­dem a Za­cho­dem i ma­ją­ce dość pie­nię­dzy oraz lu­dzi, aby utrzy­mać znacz­ną flo­tę, za­czę­ło wy­ra­stać na głów­ny ośro­dek han­dlu w po­łu­dnio­wej Ita­lii. Bita w Ta­ren­cie mo­ne­ta była po­żą­da­nym środ­kiem płat­ni­czym na te­re­nach po­ło­żo­nych na po­łu­dniu Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go i nad Ad­ria­ty­kiem. Zna­le­zio­no ją na­wet po dru­giej stro­nie Alp. Ta­rent za­zdro­śnie bro­nił kon­tro­li nad mo­rzem i do­mi­nu­ją­cej po­zy­cji wśród grec­kich ko­lo­nii w re­gio­nie, ta­kich jak słyn­ny Kro­ton i Me­ta­pon­tum (gr. Me­ta­pon­tion). Mniej wię­cej od koń­ca V wie­ku p.n.e. do­mi­no­wał w li­dze Ita­li­ków i prze­pro­wa­dzał za­ciąg w mia­stach ligi. Jed­nak eks­pan­sja wo­jow­ni­czych ple­mion sa­bel­skich z cen­tral­nych wy­żyn na po­łu­dnie pół­wy­spu spra­wi­ła, że Ta­rent zna­lazł się pod ogrom­ną pre­sją i zre­zy­gno­wał z dal­szych prób za­gar­nię­cia buj­nych pa­stwisk Apu­lii. Te­re­ny sa­bel­skich Sam­ni­tów gra­ni­czy­ły z Apu­lią, a ich głów­nym to­wa­rem han­dlo­wym była weł­na. Nie ścier­pie­li­by więc kon­ku­ren­cji.

Ta­rent po­słu­żył się na­jem­ni­ka­mi, aby wzmoc­nić wła­sną ar­mię w wal­kach ze swoi­mi naj­bar­dziej za­wzię­ty­mi prze­ciw­ni­ka­mi, któ­ry­mi byli spo­krew­nie­ni z Sam­ni­ta­mi Lu­ka­no­wie. Na­zwa ple­mie­nia zna­czy „lu­dzie-wil­ki”. Wią­że się ona z ich prze­świad­cze­niem, że Ma­mers (imię boga woj­ny Mar­sa w ję­zy­ku oskij­skim, jed­nym z kil­ku uży­wa­nych przez ple­mio­na sa­bel­skie) po­słał swo­je­go świę­te­go wil­ka, aby po­pro­wa­dził ich z wy­żyn środ­ko­wej Ita­lii do no­wej oj­czy­zny na bo­ga­tym po­łu­dniu. Teo­re­tycz­nie Ta­rent mógł wy­sta­wić 20 tys. ho­pli­tów i 2 tys. jaz­dy (nie ma ja­sno­ści, czy byli to sami żoł­nie­rze ta­renc­cy czy po­bo­ro­wi z miast ligi Ita­li­ków), ale Ta­ren­tyj­czy­cy co­raz bar­dziej nie­chęt­nie re­zy­gno­wa­li z wy­gód i przy­jem­no­ści ży­cia w mie­ście, aby wal­czyć prze­ciw obłą­ka­nym ple­mio­nom ital­skim, od­da­nym Ma­mer­so­wi i uwa­ża­ją­cym śmierć w bi­twie za rzecz wiel­ce chwa­leb­ną. Dla­te­go za­moż­ny Ta­rent się­gnął po naj­lep­szych do­wód­ców z naj­bar­dziej za­har­to­wa­ny­mi w wal­ce od­dzia­ła­mi na­jem­ni­ków. Na­jął mię­dzy in­ny­mi Ar­chi­da­mo­sa i Kle­ony­mo­sa ze Spar­ty, a tak­że Alek­san­dra Mo­los­so­sa, wuja Alek­san­dra Wiel­kie­go i Pyr­ru­sa. Wszy­scy oni za­wie­dli.

Ar­chi­da­mos III, król Spar­ty, zgi­nął w bi­twie z Lu­ka­na­mi pod Man­du­rią w 338 ro­ku p.n.e. Le­gen­da gło­si, że sto­czo­no ją tego sa­me­go dnia, w któ­rym Fi­lip II Ma­ce­doń­ski i jego na­sto­let­ni syn Alek­san­der star­li się pod Che­ro­neą z wol­ny­mi Gre­ka­mi pro­wa­dzo­ny­mi przez Ate­ny i Teby. Wi­do­mym zna­kiem upad­ku Spar­ty był fakt, że jej król słu­żył za gra­ni­cą jako na­jem­nik, choć wcze­śniej do­wo­dził obro­ną Gre­cji.

Alek­san­der Mo­los­sos miał wię­cej szczę­ścia w wal­kach z Lu­ka­na­mi, Sam­ni­ta­mi i Bru­cja­mi (odłam Lu­ka­nów, któ­rych na­zwa za­pew­ne zna­czy „zbie­go­wie”). Nie­ste­ty sto­sun­ki z Ta­ren­tyj­czy­ka­mi po­gor­szy­ły się, gdy zda­li oni so­bie spra­wę z jego praw­dzi­wych in­ten­cji – za­mia­ru utwo­rze­nia im­pe­rium na po­łu­dniu Ita­lii. Od­mó­wi­li wy­sła­nia mu do­dat­ko­wych od­dzia­łów i pie­nię­dzy. Ar­mia Alek­san­dra Mo­los­so­sa, ma­sze­ru­ją­ca w nie­po­go­dę przez oko­li­ce Pan­do­zji (łac. Pan­do­sia), na po­gra­ni­czu Lu­ka­nii i Brut­tium, mu­sia­ła się po­dzie­lić na trzy czę­ści. Za­pew­ne nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że jej tro­pem po­dą­ża­ją woj­ska nie­przy­ja­cie­la. Cała lu­kań­ska ar­mia, wzmoc­nio­na przez Bru­cjów, po ko­lei roz­bi­ja­ła każ­dą część ar­mii Alek­san­dra Mo­los­so­sa. Jemu sa­me­mu, z po­mo­cą nie­wiel­kie­go od­dzia­łu, uda­ło się wy­wal­czyć so­bie dro­gę od­wro­tu. Za­bił na­wet lu­kań­skie­go do­wód­cę w wal­ce je­den na jed­ne­go (róż­ni­ce mię­dzy wal­ką je­den na jed­ne­go a po­je­dyn­kiem patrz roz­dział III). Nie­ste­ty, gdy miał się już sal­wo­wać uciecz­ką przez rze­kę, zo­stał tra­fio­ny włócz­nią przez lu­kań­skie­go uchodź­cę, słu­żą­ce­go w sze­re­gach jego ar­mii (331 lub 330 rok p.n.e.). Żąd­ni ze­msty Lu­ka­no­wie i Bru­cjo­wie prze­cię­li cia­ło Alek­san­dra na pół. Jed­ną część zwłok wy­sła­li do Kon­sen­cji (łac. Con­sen­tia), któ­rą po­przed­nio Alek­san­der ode­brał Bru­cjom, aby tam zo­sta­ła wy­sta­wio­na pod mu­ra­mi. Na dru­giej po­ło­wie zwłok wy­ła­do­wa­li swo­ją wście­kłość, ob­rzu­ca­jąc ją włócz­nia­mi i ka­mie­nia­mi.

Po po­cząt­ko­wych suk­ce­sach w wal­ce z Lu­ka­na­mi spar­tań­ski ksią­żę Kle­ony­mos rów­nież po­róż­nił się z Ta­ren­tyj­czy­ka­mi, po czym za­gar­nął i splą­dro­wał ital­skie mia­sto Me­ta­pon­tum. Ru­szył na te­re­ny Sal­len­ty­nów, po­ło­żo­ne na „ob­ca­sie” Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go (dziś Pół­wy­sep Sa­len­tyń­ski), ale wy­par­ła go stam­tąd ar­mia rzym­ska. Aby po­we­to­wać so­bie stra­ty, ru­szył gra­bić wy­brze­że Ad­ria­ty­ku (302 rok p.n.e.). Wy­pra­wa źle się skoń­czy­ła, gdy jego od­dzia­ły pró­bo­wa­ły na­paść na Pa­ta­wium (dziś Pa­dwa) na te­ry­to­rium We­ne­tów. Miesz­kań­cy mia­sta sami się uzbro­ili i po­dzie­li­li na dwie gru­py. Jed­na po­ko­na­ła ra­bu­siów Kle­ony­mo­sa, a dru­ga za­ata­ko­wa­ła jego sła­bo bro­nio­ną flo­tę i w więk­szo­ści ją znisz­czy­ła. Kle­ony­mos uciekł z za­le­d­wie jed­ną pią­tą swo­ich stat­ków. Póź­niej za­cią­gnął się na służ­bę u kró­la Pyr­ru­sa. Na­gro­bek z Pa­ta­wium, da­to­wa­ny na mniej wię­cej 300 rok p.n.e. i zdo­bio­ny sce­ną przed­sta­wia­ją­cą dwóch jeźdź­ców z ple­mie­nia We­ne­tów, któ­rzy tra­tu­ją po­zba­wio­ne­go gło­wy wro­ga, może upa­mięt­niać miesz­kań­ca Pa­ta­wium wal­czą­ce­go w jed­nej z tych po­ty­czek. Rzym­ski hi­sto­ryk Ty­tus Li­wiusz (59 rok p.n.e.–17 rok) miesz­kał w Pa­ta­wium i za jego cza­sów wciąż z dumą ob­cho­dzo­no rocz­ni­cę tego zwy­cię­stwa:

Żyje jesz­cze wie­lu lu­dzi, któ­rzy wi­dzie­li w Pa­ta­wium dzio­by okrę­tów [ta­ra­ny z brą­zu na dzio­bie uży­wa­ne do ata­ko­wa­nia in­nych stat­ków] i łupy la­koń­skie [spar­tań­skie] za­wie­szo­ne w sta­rej świą­ty­ni Ju­no­ny. Pa­miąt­kę bi­twy mor­skiej ob­cho­dzi się tam każ­de­go roku w rocz­ni­cę tego dnia, w któ­rym ją sto­czo­no, przez uświę­co­ną zwy­cza­jem wal­kę ło­dzi na rze­ce, któ­ra pły­nie przez śro­dek mia­sta.

(Liwiusz, Dzieje Rzymu od założenia miasta, 10.2.14–10.2.15)

TARENT PRZECIW RZYMOWI

Je­sie­nią 282 roku p.n.e. Ta­ren­tyj­czy­cy wy­wo­ła­li woj­nę z Rzy­mem, gdy za­ata­ko­wa­li dzie­sięć rzym­skich okrę­tów wo­jen­nych pły­ną­cych w kie­run­ku Za­to­ki Ta­renc­kiej. Ta nie­wiel­ka flo­ta po­dą­ża­ła za­pew­ne do rzym­skich ko­lo­nii na wy­brze­żu Ad­ria­ty­ku lub prze­pro­wa­dza­ła re­ko­ne­sans w Ma­gna Gra­ecia (Wiel­kiej Gre­cji, jak na­zy­wa­no sko­lo­ni­zo­wa­ny przez Gre­ków re­gion, obej­mu­ją­cy po­łu­dnio­we wy­brze­że Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go i Sy­cy­lię), choć nie moż­na wy­klu­czyć, że mia­ła wro­gie za­mia­ry. Ro­sną­ca po­tę­ga Rzy­mu wzbu­dza­ła za­wiść Ta­ren­tu. Rzy­mia­nie za­czę­li in­ge­ro­wać w spra­wy po­łu­dnio­wej Ita­lii oraz pod­ko­py­wać au­to­ry­tet i wpły­wy Ta­ren­tu.

Jak już wie­my, Rzy­mia­nie po­mo­gli Sal­len­ty­nom w 302 roku p.n.e. prze­pę­dzić Kle­ony­mo­sa, a ok. 286 roku p.n.e. przy­sta­li na proś­bę ital­skie­go mia­sta Tu­rioj (łac. Thu­rii) i za­pew­ni­li mu ochro­nę przed Lu­ka­na­mi i Bru­cja­mi. Sa­bel­lo­wie zo­sta­li od­stra­sze­ni, a Rzym wkrót­ce za­an­ga­żo­wał się w ko­lej­ną woj­nę w pół­noc­nej Ita­lii prze­ciw Ga­lom (lata 284–282 p.n.e.). Skło­ni­ło to Lu­ka­nów do ze­rwa­nia sta­re­go trak­ta­tu z Rzy­mem, a ich wódz Ste­niusz Sta­ty­liusz ob­legł Tu­rioj na cze­le po­łą­czo­nych sił Lu­ka­nów i Bru­cjów. Zde­spe­ro­wa­ne mia­sto zde­cy­do­wa­ło się na przy­mie­rze z Rzy­mem. Wej­ście w so­jusz z Rzy­mem ozna­cza­ło prze­ka­za­nie mu ca­łej wła­dzy woj­sko­wej i po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej oraz za­cho­wa­nie znacz­nej lo­kal­nej au­to­no­mii (ci, któ­rzy zo­sta­li „sprzy­mie­rzeń­ca­mi Rzy­mu”, prze­graw­szy woj­nę, mu­sie­li się cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wać). Co roku sprzy­mie­rzeń­cy mu­sie­li też do­star­czać lu­dzi i uzbro­je­nie ar­mii lub flo­cie rzym­skiej. Taka była cena za ochro­nę. Tu­rioj ni­g­dy nie zwró­ci­ło się o po­moc do Ta­ren­tu, po­nie­waż od za­ło­że­nia w 444 roku p.n.e. ry­wa­li­zo­wa­ło z nim o pre­stiż i wła­dzę w Ma­gna Gra­ecia, a na­wet przez krót­ki okres, gdy Alek­san­der Mo­los­sos ze­rwał z Ta­ren­tem, prze­wo­dzi­ło li­dze Ita­li­ków. Dla Tu­ryj­czy­ka pro­sze­nie Ta­ren­tu o po­moc było rów­no­znacz­ne z pod­da­niem się do­mi­na­cji jesz­cze gor­szej niż rzym­ska.

Kon­sul Ga­jusz Fa­bry­cjusz Lu­scy­nus wy­ru­szył Tu­rioj z od­sie­czą i la­tem 282 roku p.n.e. sto­czył bi­twę z ar­mią Ste­niu­sza Sta­ty­liu­sza. Rzy­mia­nie wie­rzy­li, że tam­te­go dnia sam Mars wal­czył po ich stro­nie. Sta­ty­liusz wy­pro­wa­dził swo­ją ar­mię na otwar­ty te­ren pod mia­stem i chciał wy­dać bi­twę, ale ani jego wy­sił­ki, ani sta­ra­nia rzym­skie­go kon­su­la nie po­tra­fi­ły skło­nić le­gio­ni­stów do roz­po­czę­cia ata­ku. Gdy wy­da­wa­ło się już, że kon­sul bę­dzie mu­siał przy­znać się do po­raż­ki i od­dać pole bi­twy prze­ciw­ni­ko­wi wal­ko­we­rem, oj­ciec Mars zde­cy­do­wał się na in­ter­wen­cję:

Mło­dzie­niec o wspa­nia­łej syl­wet­ce wy­ło­nił się z sze­re­gów i na­ma­wiał Rzy­mian, aby ze­bra­li się na od­wa­gę, a wi­dząc, że się wa­ha­ją, chwy­cił dra­bi­nę, uto­ro­wał so­bie dro­gę przez sze­re­gi nie­przy­ja­ciół do ich obo­zu, przy­sta­wił dra­bi­nę i wspiął się na umoc­nie­nia. Na­stęp­nie za­krzyk­nął grom­kim gło­sem, że zo­stał zro­bio­ny krok ku zwy­cię­stwu. Ścią­gnął tym na­szych lu­dzi na miej­sce, aby za­ję­li nie­przy­ja­ciel­ski obóz, a tak­że zmu­sił Lu­ka­nów i Bru­cjów do jego obro­ny.

(Waleriusz Maksymus, Czyny i słowa godne pamięci, 1.8.6)

Ów nie­zwy­kły mło­dzie­niec, zmu­siw­szy obie stro­ny do wal­ki na umoc­nie­niach obo­zu, po­ja­wił się po­now­nie, gdy sy­tu­acja sta­ła się pa­to­wa i „wy­dał Rzy­mia­nom na rzeź lub w nie­wo­lę” 25 tys. wro­gów (nie­wąt­pli­wie prze­sa­da), w tym Ste­niu­sza Sta­ty­liu­sza. Rzy­mia­nie za­gar­nę­li rów­nież dwa­dzie­ścia trzy zna­ki bo­jo­we (si­gna) wro­ga, któ­re – jako po­świę­co­ne bo­gom – sta­no­wi­ły wiel­ką zdo­bycz. Od­nie­śli cał­ko­wi­te zwy­cię­stwo i na­stęp­ne­go dnia kon­sul za­rzą­dził prze­marsz wojsk, aby uho­no­ro­wać swych dziel­nych żoł­nie­rzy. Miał za­miar na­gro­dzić wspa­nia­łe­go mło­dzień­ca co­ro­na val­la­ris (ozdo­bio­nym pa­li­sa­da­mi wień­cem sztur­mo­wym ze zło­ta), ale ów nie zja­wił się na po­cho­dzie, a jego cia­ła nie zna­le­zio­no wśród po­le­głych. Póź­niej­szy rzym­ski do­wód­ca i hi­sto­ryk Am­mia­nus Mar­cel­li­nus, do­sko­na­le zda­ją­cy so­bie spra­wę z dumy rzym­skich żoł­nie­rzy, stwier­dził, że je­śli mło­dzie­niec, któ­ry po­pro­wa­dził atak, „to był zwy­kły żoł­nierz, zgło­sił­by się do­bro­wol­nie jako czło­wiek świa­dom za­słu­gu­ją­ce­go na pa­mięć do­ko­na­nia”, aby ode­brać na­gro­dę. Żoł­nie­rze su­ge­ro­wa­li, że mu­siał do nich przy­być sam oj­ciec Mars. Tak po­tęż­nie zbu­do­wa­ny czło­wiek mógł być tyl­ko bo­giem! Po­gło­ska prze­isto­czy­ła się w „fakt”, gdy zna­le­zio­no hełm z dwo­ma pió­ra­mi, czy­li pió­ro­pu­szem Mar­sa. Wów­czas kon­sul po­pro­wa­dził ar­mię na ra­do­sne ob­cho­dy dzięk­czy­nie­nia.

W Tu­rioj ulo­ko­wa­no gar­ni­zon, któ­ry miał za­gwa­ran­to­wać, że sprzy­ja­ją­ca Rzy­mo­wi ary­sto­kra­cja za­cho­wa kon­tro­lę nad mia­stem. Ta­ren­tyj­czy­cy wpa­dli we wściek­łość. Byli pro­tek­to­ra­mi grec­kich ko­lo­nii w Ita­lii i jako ra­dy­kal­ni de­mo­kra­ci nie mo­gli się po­go­dzić ze wzmoc­nie­niem po­zy­cji ary­sto­kra­tów – zwłasz­cza w Tu­rioj! Gdy więc Ta­ren­tyj­czy­cy, za­pew­ne oglą­da­ją­cy przed­sta­wie­nie w te­atrze wy­cho­dzą­cym na za­to­kę, za­uwa­ży­li rzym­skie okrę­ty, de­ma­gog Fi­lo­cha­ris z ła­two­ścią ich pod­bu­rzył. Przy­po­mniał im, że Rzy­mia­nie, wpły­wa­jąc na wody Za­to­ki Ta­renc­kiej, ze­rwa­li trak­tat za­war­ty przed pół­wie­czem przez Alek­san­dra Mo­los­so­sa (praw­do­po­dob­nie uwa­ża­li, że daw­no już wy­gasł). Mógł też oświad­czyć, że Ga­jusz Fa­bry­cjusz Lu­scy­nus, świe­żo po trium­fie w Tu­rioj, wy­słał okrę­ty, aby udzie­lić po­par­cia ary­sto­kra­tycz­nym ro­dzi­nom Ta­ren­tyj­czy­ków i po­móc im oba­lić de­mo­kra­cję. Lu­dzie po­spie­szy­li na na­brze­że i wy­pro­wa­dzi­li w mo­rze okrę­ty wo­jen­ne. Mo­gli stra­cić za­mi­ło­wa­nie do wo­jacz­ki, ale z pew­no­ścią po­zo­sta­li spraw­ny­mi że­gla­rza­mi, więc na­tych­miast za­to­pi­li czte­ry rzym­skie okrę­ty, a je­den za­gar­nę­li wraz z za­ło­gą. Wśród ofiar był rzym­ski do­wód­ca okrę­tów. Jeń­ców stra­co­no lub sprze­da­no w nie­wo­lę. Zwy­kle opie­sza­ła ta­renc­ka ar­mia zo­sta­ła zmo­ty­wo­wa­na i po­ma­sze­ro­wa­ła na Tu­rioj. Zmu­si­ła mniej licz­ny rzym­ski gar­ni­zon do odej­ścia w hań­bie, wy­gna­ła ary­sto­kra­tów z Tu­rioj i splą­dro­wa­ła mia­sto. Rzym zo­stał upo­ko­rzo­ny.

Z Rzy­mu wy­sła­no po­sel­stwo se­na­to­rów z żą­da­niem od­szko­do­wa­nia. Po­sło­wie przy­by­li do Ta­ren­tu pod­czas hucz­nych ba­cha­na­liów (zimą na prze­ło­mie 282 i 281 roku p.n.e.) i zo­sta­li wy­śmia­ni przez pi­ja­nych bie­siad­ni­ków. Naj­bar­dziej drwio­no z pur­pu­ro­wych pa­sów ob­ra­mo­wu­ją­cych ich se­na­tor­skie togi. Po­sło­wie zo­sta­li w koń­cu przy­ję­ci w te­atrze i wy­słu­cha­ni przez radę mia­sta. Po­trak­to­wa­no ich tam po­dob­nie jak na uli­cach – kpio­no z ich kiep­skiej gre­ki. Rada mia­sta nie za­mie­rza­ła ustą­pić i wy­pła­cić im ja­kich­kol­wiek sum. Gdy Rzy­mia­nie opusz­cza­li te­atr, na­ło­go­wy pi­jak Fi­lo­ni­des za­stą­pił dro­gę prze­wod­ni­czą­ce­mu po­sel­stwu Lu­cju­szo­wi Po­stu­miu­szo­wi Me­gel­lu­so­wi, by­łe­mu kon­su­lo­wi i czło­wie­ko­wi wy­so­kiej ran­gi. Fi­lo­ni­des za­darł tu­ni­kę, wy­piął się goły na po­sła i gwał­tow­nie wy­próż­nił. Od­cho­dy obry­zga­ły togę Me­gel­lu­sa, a zgro­ma­dze­ni w te­atrze wy­buch­nę­li śmie­chem i okla­ska­mi. Rzy­mia­nin, o dzi­wo, nie był uba­wio­ny. Po­wo­li i z na­my­słem do­bie­ra­jąc grec­kie sło­wa, oświad­czył: „Śmiej­cie się, śmiej­cie, jak dłu­go mo­że­cie. Bar­dzo dłu­go bę­dzie­cie pła­kać, kie­dy tę sza­tę ob­my­je­cie wła­sną krwią!”.

Rozdział II

Boska interwencja

Rozdział III

Pojedynek

Rozdział IV

Wodzowie i ich wojownicy

Rozdział V

Wojownicy i poeci

Epilog

Skró­ty

Przy­pi­sy

Bi­blio­gra­fia