Ktoś we mnie - Sarah Waters - ebook
lub
Opis

Książka nominowana do Nagrody Bookera 2009.

Lata powojenne, Anglia. Czterdziestoletni doktor Faraday trafia do podupadłej posiadłości, będącej od paru stuleci własnością Ayresów, zubożałej rodziny ziemiańskiej. Dwór, dawniej piękny i okazały, popada w ruinę. Park i ogrody zarosły chwastami, a wskazówki zegara znieruchomiały na godzinie za dwadzieścia dziewiąta. Zdziwaczała pani Ayres, jej niezależna córka i ambitny, zagubiony syn, który nigdy nie doszedł do siebie po katastrofie samolotowej, bezskutecznie próbują iść z duchem czasu.

Mijają dni i dom Ayresów staje się tłem mrocznych, niepokojących zdarzeń. Faraday nie wie, że los rodziny, której usiłuje przyjść z pomocą, nieodłącznie splecie się z jego własnym. Czy zdoła zapobiec tragedii?

Mistrzyni fabuły przygotowała dla nas kolejną niespodziankę. Jedno jest pewne: nie będziemy rozczarowani. 

Ktoś we mnie” to opowieść nawiedzona przez duchy Henry’ego Jamesa i Edgara Allana Poego. 

„The Washington Post”

Sarah Waters ma niezwykły talent do opowiadania. Potrafi sprawić, by czytelnik całkowicie zapomniał o rzeczywistości, zanurzył się w fikcyjny świat, a doświadczenia bohaterów traktował jak własne. 

„Los Angeles Times” 

Historia z dreszczykiem, a przy tym wnikliwa analiza społeczeństwa klasowego. Wciągająca i mądra powieść. 

„Booklist”

Zniewalająca historia o tym, jak często wpadamy w pułapkę pozorów. Trudno oderwać się od lektury. 

Kate Mosse 

Waters postanowiła postraszyć swoich czytelników. I osiągnęła sukces. Po przeczytaniu powieści nie zaśniecie przy zgaszonym świetle… 

"The Times"

Sarah Waters (ur. 1966) – popularna i wielokrotnie nagradzana brytyjska pisarka, autorka znanych na całym świecie powieści historycznych z wątkiem homoerotycznym. Nakładem wydawnictwa Prószyński Media ukażą się wkrótce wznowienia wszystkich powieści autorki w nowej szacie graficznej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 652


Tytuł oryginału

THE LITTLE STRANGER

Copyright © 2009 by Sarah Waters

All rights reserved

Projekt okładki

Anna Pol

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Mariola Będkowska

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-718-1

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Po raz pierwszy ujrzałem Hundreds Hill, kiedy miałem dziesięć lat. Było to latem tuż po wojnie; Ayresowie mieli jeszcze spory majątek i nadal trzęśli okolicą. Obchodziliśmy uroczystości Dnia Imperium1; stałem w rządku miejscowych dzieci z rękami uniesionymi w harcerskim salucie, a pani Ayres i pułkownik przeszli obok nas, rozdając medale pamiątkowe. Potem usiedliśmy z rodzicami do podwieczorku przy długich stołach rozstawionych chyba na południowym trawniku. Pani Ayres musiała mieć wtedy jakieś dwadzieścia cztery, pięć lat, jej mąż był trochę starszy, a ich córeczka, Susan, liczyła sobie chyba około sześciu lat. Tworzyli zapewne piękną rodzinę, zachowałem jednak dość mgliste wspomnienie ich postaci. Pamiętam przede wszystkim sam dom, który wydał mi się bez mała pałacem. Przypominam sobie pełne uroku wiekowe detale: wyblakłą czerwoną cegłę, przekrzywione okna, poszarzałe, wyblakłe narożniki z piaskowca. Przyczyniały się do zatarcia konturów, nadając domostwu po trosze niepewny wygląd i upodabniając je do bryły lodu, który właśnie zaczął się roztapiać w słońcu.

Oczywiście nie wolno było zapuszczać się do środka. Drzwi wejściowe i balkonowe stały otworem, lecz w poprzek wszystkich zawieszono wstążki zakazujące wstępu; mogliśmy jednak korzystać z klozetu dla służby w części stajennej. Jednakże moja matka znała jeszcze kilkoro służących, zatem po podwieczorku, kiedy reszta gości wyruszyła na zwiedzanie ogrodu, chyłkiem wślizgnęliśmy się do domu bocznymi drzwiami i spędziliśmy jakiś czas w towarzystwie kucharki i podkuchennych. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Kuchnia mieściła się w suterenie; prowadził do niej chłodny kręty korytarz, budzący skojarzenie z zamkowym lochem. Przewijały się przezeń tłumy ludzi z tacami i koszykami. Dziewczęta miały takie stosy naczyń do zmywania, że matka zakasała rękawy, aby pomóc; ku mojemu zachwytowi, w nagrodę pozwolono mi zjeść trochę galaretek i „figurek”, które zostały z podwieczorku. Posadzono mnie przy drewnianym stole i wręczono mi łyżkę z rodowego kompletu – ciężką, ze zmatowiałego srebra, niemal zbyt wielką dla moich dziecięcych ust.

Ale czekało mnie coś jeszcze wspanialszego. Wysoko na ścianie korytarza wisiała skrzynka z drutami i dzwonkami, a gdy jeden z nich zadzwonił, wzywając pokojówkę na górę, zabrała mnie ze sobą, żebym mógł zajrzeć za zieloną zasłonę z rypsu, dzielącą frontową część domu od tylnej. Jeśli będę grzeczny, zapowiedziała mi dziewczyna, mogę tam poczekać. Muszę tylko siedzieć cichutko jak myszka, bo jeśli pani albo pułkownik mnie zobaczą, będzie awantura.

Z zasady byłem posłusznym dzieckiem. Jednakże przejście za zasłoną rozgałęziało się na dwa pełne wspaniałości wyłożone marmurem korytarze i gdy dziewczyna ruszyła jednym z nich, ja postąpiłem kilka śmiałych kroków w głąb drugiego. Towarzyszący temu dreszczyk emocji był wprost nie do opisania. Nie chodziło o podniecenie wynikające ze złamania zakazu; nie, ów dreszcz pochodził z samego domu, zdawał się bić z każdej powierzchni: z wypolerowanej podłogi, z politurowanych drewnianych krzeseł i kredensów, tafli lustra, spiralnej ramy. Przyciągany niewidzialną siłą podszedłem do śnieżnobiałej ściany ozdobionej gipsową bordiurą przedstawiającą liście i żołędzie. Widywałem coś podobnego tylko w kościele i po chwili zrobiłem naprawdę okropną rzecz: uchwyciwszy palcami jeden z żołędzi, spróbowałem go odłamać, a kiedy nie odpadł, wyjąłem z kieszeni scyzoryk i podważyłem ornament. Nie powodowała mną żądza zniszczenia; nie byłem małym, złośliwym wandalem. Po prostu zdjęty bezbrzeżnym podziwem zapragnąłem uszczknąć dla siebie choćby kawałeczek tego pięknego domu, jak gdyby upoważniał mnie do tego właśnie ów zachwyt, który w moim przekonaniu wyróżniał mnie spośród innych, zwyczajnych dzieci. Można powiedzieć, że byłem jak mężczyzna, pragnący mieć tylko dla siebie kosmyk włosów dziewczyny, do której zapałał właśnie gorącym uczuciem.

Niestety, żołądź wreszcie dał za wygraną i odpadł, acz nie tak gładko, jak oczekiwałem, gdyż na posadzkę poleciała chmura białego pyłu i gipsowe okruchy, co sprawiło mi niejaki zawód. Pewnie wyobrażałem sobie, że też jest marmurowy.

Ale nikt nie nadszedł, nikt mnie nie przyłapał. Jak to mówią, wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. Schowałem swoją zdobycz do kieszeni i wślizgnąłem się z powrotem za zasłonę. Po chwili wróciła pokojówka i zaprowadziła mnie na dół. Matka i ja pożegnaliśmy się ze służbą i poszliśmy do ojca, czekającego na nas w ogrodzie. Ogarnięty niezdrowym podnieceniem czułem twardy odłamek gipsu, ciążący w kieszeni. Obawiałem się, że pułkownik Ayres, człowiek porywczy i budzący lęk, odkryje szkodę i przerwie uroczystość, lecz popołudnie upłynęło bez żadnych zakłóceń i nadszedł siny zmierzch. Dołączyliśmy do grupy innych mieszkańców Lidcote i ruszyliśmy w długą drogę powrotną, a nietoperze trzepotały nad naszymi głowami jak zawieszone na niewidzialnych sznurkach.

Oczywiście matka w końcu odkryła żołędzia. Co rusz wyjmowałem z kieszeni swój skarb i wkładałem z powrotem, pozostawiając na szarych flanelowych spodenkach bladą poświatę kredy. Gdy zrozumiała, co właściwie trzymam w ręku, o mało się nie rozpłakała. Nie zbiła mnie ani nie powiedziała ojcu, nigdy nie miała siły na kłótnie. Spojrzała tylko na mnie oczami pełnymi łez, jakby bardzo się zdziwiła i zawstydziła.

– Taki mądry chłopiec jak ty powinien wiedzieć lepiej. – Chyba coś takiego powiedziała.

Kiedy byłem mały, często mówiono mi takie rzeczy. Rodzice, wujostwo, nauczyciele – wszyscy dorośli mający w jakimś stopniu udział w moim wychowaniu. Słowa te budziły we mnie niemą furię, gdyż z jednej strony pragnąłem za wszelką cenę sprostać pokładanym we mnie oczekiwaniom, z drugiej zaś burzyłem się przeciwko temu, że owa mądrość, o którą nigdy się nie prosiłem, może stać się narzędziem krytyki.

Matka spaliła żołędzia. Następnego dnia znalazłem w palenisku sczerniały kikut. Tak czy inaczej, ów rok wyznaczał koniec świetności Hundreds Hall. Kolejne obchody Dnia Imperium zostały zorganizowane przez inną rodzinę w którejś z sąsiednich wielkich posiadłości, Hundreds zaś zaczęło stopniowo popadać w ruinę. Niebawem zmarła córka Ayresów i pułkownik wraz z żoną wycofali się z życia publicznego. Jak przez mgłę pamiętam narodziny dwojga kolejnych dzieci, Caroline i Rodericka, ale uczęszczałem już wówczas do Leamington College i zmagałem się z własnymi małymi demonami. Matka umarła, kiedy miałem piętnaście lat. Okazało się, że przez całe moje dzieciństwo co rusz traciła dziecko; ostatnią ciążę przypłaciła życiem. Ojciec doczekał dnia, kiedy skończyłem akademię medyczną i wróciłem do Lidcote jako lekarz. Pułkownik Ayres zmarł parę lat później, o ile mi wiadomo, z przepicia.

Wraz z jego śmiercią Hundreds Hall jeszcze bardziej oddaliło się od świata. Brama wiodąca do parku niemal zawsze była zamknięta na głucho, a brunatne kamienne ogrodzenie, chociaż niezbyt wysokie, skutecznie odstraszało potencjalnych gości. Dom, pomimo swej wielkości, krył się przed wzrokiem intruzów i w całym Warwickshire nie znalazłbyś miejsca, z którego byłby widoczny. Czasami, kiedy mijałem ogrodzenie, jadąc do pacjenta, rozmyślałem o tym, że przycupnął gdzieś tam, poza zasięgiem oczu, niezmieniony od owego dnia w 1919 roku, gdy odsłonił przede mną swe magiczne zakamarki.

Kiedy zatem ujrzałem go po raz kolejny – blisko trzydzieści lat od pierwszej wizyty i tuż po zakończeniu kolejnej wojny – zmiana, która w nim zaszła, wstrząsnęła mną do głębi. Trafiłem tam w wyniku zbiegu okoliczności, gdyż Ayresowie leczyli się u mojego wspólnika, Davida Grahama; traf chciał, że musiał się zająć nagłym przypadkiem i kiedy nadeszło wezwanie, poproszono mnie, abym pojechał tam za niego. Serce zamarło mi w piersi, niemalże w chwili gdy wjechałem do parku. Pamiętałem długą aleję, prowadzącą do domu wśród równych rzędów wawrzynu i rododendronów, obecnie jednak park był tak zapuszczony i zarośnięty, że musiałem wręcz torować sobie samochodem drogę wśród gałęzi. Kiedy wreszcie opuściłem zarośla i wyjechałem na żwirowy podjazd tuż na wprost budynku, odruchowo wcisnąłem hamulec i zabrakło mi tchu. Dom naturalnie był mniejszy, niż zapamiętałem; nie przypominał rezydencji, której wspomnienie pielęgnowałem przez tyle lat. Tego się jednak spodziewałem. Najbardziej przeraziły mnie oznaki rozpadu. Stare, poszarzałe narożniki wykruszyły się zupełnie, nadając georgiańskim kształtom budynku jeszcze bardziej rozmyty wygląd. Bluszcz rozplenił się, a następnie częściowo usechł i zwisał teraz niczym splątany kołtun włosów. Schody prowadzące do szerokich drzwi frontowych straszyły dziurami, w których pyszniły się kępki chwastów.

Zaparkowałem samochód i wysiadłem, niemal bojąc się zatrzasnąć drzwi. Budynek, pomimo swej masywnej struktury, zdawał się grozić zawaleniem. Wyglądało na to, że mój przyjazd przeszedł niezauważony, toteż po chwili wahania ruszyłem naprzód, chrzęszcząc butami o żwir, po czym ostrożnie wszedłem po spękanych kamiennych schodkach. Był to upalny, letni dzień, tak bezwietrzny, że gdy pociągnąłem za wysłużony sznur od dzwonka z mosiądzu i kości słoniowej, dźwięk zabrzmiał czysto, ale z oddali, jakby dochodził z samych trzewi domostwa. Tuż po nim rozległo się stłumione, gardłowe szczekanie psa.

Po chwili szczekanie ucichło i znowu nastała długa cisza. Wreszcie słyszałem dochodzący z prawej strony czyjś nierówny krok i niebawem zza węgła wyłonił się syn pani Ayres, Roderick. Obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem, po czym jego wzrok padł na moją torbę.

– Pan jest lekarzem, tak? – zawołał, wyjmując z ust pogniecionego papierosa. – Spodziewaliśmy się doktora Grahama.

Mówił dość przyjaznym, acz nieco zblazowanym tonem, jak gdyby już sam mój widok znudził go śmiertelnie. Zszedłem ze schodów i przedstawiłem się jako wspólnik Grahama, tłumacząc, że on sam nie mógł przyjechać.

– Cóż, miło, że pan się zjawił – rzucił obojętnie. – W dodatku w niedzielę i w taki parszywy skwar. Przejdźmy tędy, dobrze? Będzie szybciej niż przez dom. Tak w ogóle, nazywam się Roderick Ayres.

W istocie spotkaliśmy się już wcześniej, i to nieraz, ale najwyraźniej o tym zapomniał i kiedy ruszyliśmy przed siebie, zdawkowo uścisnął mi rękę. Jego palce były osobliwe w dotyku, miejscami twarde jak krokodyla skóra, miejscami zaś dziwnie gładkie: wiedziałem, że w czasie wojny uległy poparzeniu, podobnie jak znaczna część twarzy. Pomijając blizny, wydawał się bardzo przystojny: wyższy ode mnie, w wieku dwudziestu czterech lat zachował chłopięcy urok i sylwetkę. Ubrany był też jak chłopiec, w rozpiętą pod szyją koszulę, letnie spodnie i mocno przybrudzone płócienne buty. Szedł niespiesznie, wyraźnie kulejąc.

– Zapewne panu wiadomo, dlaczego pana wezwaliśmy? – zapytał po drodze.

– Podobno do jednej z pokojówek – odpowiedziałem.

– Do jednej z pokojówek! A to dobre. Mamy tylko tę jedną, na imię jej Betty. Problemy żołądkowe, zdaje się. – Minę miał dość sceptyczną. – Sam nie wiem. Matka, siostra i ja przeważnie obywamy się bez lekarzy. Migreny i przeziębienia mijają same jak ręką odjął. Rozumiem jednak, że zaniedbywanie służby jest w dzisiejszych czasach niedopuszczalne; śmiem twierdzić, że ci ludzie są traktowani lepiej niż my. Uznaliśmy więc, że wypadałoby kogoś wezwać. Uwaga, proszę patrzeć pod nogi.

Podążaliśmy żwirowaną ścieżką biegnącą wzdłuż północnej ściany budynku; w pewnym momencie opadała gwałtownie i Roderick wskazał ręką zdradzieckie rozpadliny w podłożu. Wyminąłem je ostrożnie, korzystając z okazji, by porozglądać się dyskretnie, ponownie wstrząśnięty opłakanym stanem, do jakiego doprowadzono posiadłość. W ogrodzie panoszyły się pokrzywy i powój. W powietrzu unosił się nikły, acz niewątpliwy smród z zatkanych rur. Szyby chowały się pod grubą warstwą kurzu i zacieków; wszystkie były pozamykane, a część zasłonięta okiennicami, poza parą przeszklonych drzwi u szczytu obrośniętych bluszczem kamiennych schodów. Odsłaniały niechlujne wnętrze przestronnego pokoju, biurko założone papierami, skraj brokatowej zasłony… Więcej nie zdążyłem podejrzeć. Dotarliśmy do wąskiego wejścia dla służby i Roderick usunął się na bok, aby mnie przepuścić.

– Pozwoli pan? – Machnął poranioną dłonią. – Siostra jest na dole, zaprowadzi pana do Betty i powie, co i jak.

Dopiero później, wspominając jego kalectwo, pojąłem, iż pewnie wolał oszczędzić mi widoku swych zmagań na schodach. W owej chwili jednak, dotknięty takim – jak mi się zdawało – brakiem uprzejmości, wyminąłem go bez słowa. Odszedł zaraz, powłócząc stopami w butach na gumowej podeszwie.

Pozostawiony samemu sobie skierowałem się ku schodom. Uświadomiłem sobie, że to właśnie tym wąskim przejściem matka przemyciła mnie niegdyś do wnętrza domu. Doskonale pamiętałem nagie kamienne schodki; idąc w dół, po chwili znalazłem się w krętym korytarzu, który przed laty wywarł na mnie tak ogromne wrażenie. Lecz oto czekało mnie kolejne rozczarowanie. Loch bądź krypta, które zachowałem w pamięci, w istocie okazał się ciasnym korytarzykiem o kremowozielonkawych ścianach, jakie widuje się na komisariatach; na kamienne płytki rzucono kokosową słomiankę, a w wiadrze stał mop, smętnie oparty o ścianę. Nikt nie wyszedł mi naprzeciw; uchylone drzwi po prawej stronie ukazywały fragment kuchni, więc chcąc nie chcąc zbliżyłem się do nich na palcach i zajrzałem do środka. Kolejny gorzki zawód: zobaczyłem wielkie, pozbawione życia pomieszczenie o wiktoriańskich blatach i powierzchniach rodem z kostnicy, brutalnie wyszorowanych do białości. Jedynie stary drewniany stół – ten sam, przy którym jadłem kiedyś moje „figurki” i galaretki – przywołał odległe echo tamtej pierwszej wizyty. Ponadto był to jedyny sprzęt zdradzający jakiekolwiek ślady obecności człowieka, gdyż widniała na nim niewielka sterta ubłoconych warzyw wraz z nożem i miską pełną wody – woda była zabrudzona, a nóż mokry, czyli ktoś niedawno przystąpił do obierania i coś lub ktoś mu przerwał.

Cofnąłem się na korytarz; skrzypnął mi but albo szurnąłem nogą o słomiankę. Ponownie rozległo się szczekanie, tym razem niepokojąco blisko, a po chwili moim oczom ukazał się podstarzały czarny labrador, który wychynąwszy skądś, ruszył żwawo w moim kierunku. Zamarłem z uniesioną torbą, podczas gdy pies zaczął mnie obskakiwać, nie przestając ujadać. W ślad za psem zjawiła się młoda kobieta.

– Już dobrze, ty głupku, wystarczy! – upomniała łagodnie. – Cygan! Dosyć tego! Bardzo pana przepraszam. – Kiedy podeszła bliżej, rozpoznałem w niej Caroline, siostrę Rodericka. – Nie znoszę skaczących psów i on dobrze o tym wie. Cygan! – Podniosła rękę i klepnęła labradora w zadek; poskutkowało. – Mały półgłówek – dodała, tarmosząc go za uszy z wyraźną czułością. – W sumie to nawet wzruszające. Myśli, że każdy obcy chce poderżnąć nam gardła i zbiec z rodowym srebrem. Nie mamy serca mu powiedzieć, że całe srebro jest już zastawione. Spodziewałam się doktora Grahama. Rozumiem, że mam do czynienia z doktorem Faradayem. Chyba nie zostaliśmy sobie przedstawieni, prawda?

Z uśmiechem podała mi rękę. Miała mocniejszy uścisk niż brat i bardziej szczery.

Dotychczas widywałem ją z daleka podczas uroczystości lokalnych tudzież na ulicach Warwick lub Leamington. Była starsza od Rodericka, miała dwadzieścia sześć, siedem lat; miejscowi często określali ją mianem „serdecznej”, „niezależnej” i „nie w ciemię bitej” – innymi słowy, obdarzona nadto wysokim wzrostem jak na kobietę oraz masywnymi łydkami i pęcinami, w dość oczywisty sposób nie grzeszyła urodą. Miała jasnobrązowe, typowo angielskie włosy, które przy odrobinie zachodu mogłyby uchodzić za ładne, lecz ewidentnie nie poświęcała im za grosz uwagi: teraz też opadały jej bezładnie na ramiona, jakby umyła je kuchennym mydłem i zapomniała rozczesać. Na domiar wszystkiego natura poskąpiła jej także wyczucia stylu: Caroline nosiła chłopięce sandały na płaskiej podeszwie oraz niedopasowaną pastelową sukienkę, która podkreślała szerokie biodra i obfity biust. Miała wysoko osadzone piwne oczy, pociągłą twarz o kanciastym podbródku i nieco płaski nos. Moją uwagę przykuły natomiast jej usta: zaskakująco duże, ładnie wykrojone i ruchliwe.

Ponownie wytłumaczyłem, że przyjechałem w zastępstwie doktora Grahama, którego wezwano do nagłego przypadku.

– Cóż, miło, że pan się fatygował taki szmat drogi – powiedziała zupełnie jak brat. – Betty jest z nami od niedawna, niespełna miesiąc. Jej rodzina mieszka po drugiej stronie Southam, trochę za daleko, żeby ich niepokoić. Zresztą, podobno o matce krążą niezbyt pochlebne pogłoski… Wczoraj wieczorem Betty zaczęła narzekać na ból brzucha, a kiedy rankiem jej się nie polepszyło, stwierdziłam, że lepiej dmuchać na zimne. Czy mógłby pan ją zbadać? Jest tutaj.

Z tymi słowy ruszyła na masywnych nogach korytarzem, a pies i ja podążyliśmy za nią. Pokój znajdował się na samym końcu, zapewne kiedyś było to mieszkanie gospodyni. Był mniejszy niż kuchnia, lecz podobnie jak reszta sutereny miał kamienną podłogę i umieszczone wysoko niewielkie okna. Ściany pomalowano na identyczny, biurowy kolor. Zobaczyłem wąski kominek, wymieciony do czysta, stół, wypłowiały fotel oraz metalowe łóżko, które w razie potrzeby można było złożyć i schować w szafce ustawionej we wnęce. Na łóżku, szczelnie przykryta kołdrą i ubrana w halkę lub koszulę bez rękawów, tkwiła postać tak drobna i krucha, iż początkowo wziąłem ją za dziecko; przyjrzawszy się bliżej, zrozumiałem, że mam przed sobą po prostu niewyrośniętą nastolatkę. Na mój widok usiłowała dźwignąć głowę z poduszki, jednakże zaraz bezsilnie opadła z powrotem. Usiadłem obok.

– Na imię ci Betty, tak? – zapytałem. – Nazywam się doktor Faraday. Panna Ayres mówiła, że boli cię brzuch. Jak się teraz czujesz?

– Doktorze, błagam! – powiedziała z chropawym prowincjonalnym akcentem. – Boli jak nie wiem!

– Wymiotowałaś?

Potrząsnęła głową.

– Miałaś biegunkę? Wiesz, co to takiego?

Kiwnęła głową, po czym znów nią potrząsnęła.

Otworzyłem torbę.

– No, to zobaczmy.

Rozchyliła dziecinne wargi, żebym wsunął jej pod język termometr, a gdy rozsunąłem jej koszulę i przyłożyłem stetoskop do wątłej piersi, wzdrygnęła się z jękiem. Pochodziła z miejscowej rodziny, toteż pewnie mieliśmy okazję się spotkać, choćby podczas szczepienia, ale nie mogłem jej sobie przypomnieć. Miała dość pospolitą, szeroką twarz i mysie włosy, podpięte z boku spinką. Szeroko rozstawione oczy były szare i, jak to często z jasnymi oczami bywa, raczej bez wyrazu. Kiedy uniosłem koszulę, aby zbadać brzuch chorej, odsłoniłem sprane flanelowe majtki, blady policzek pokrył się wstydliwym rumieńcem.

Gdy lekko oparłem palce tuż nad pępkiem, gwałtownie zaczerpnęła tchu i jęknęła, krzyknęła prawie.

– Już dobrze – rzuciłem uspakajająco. – Gdzie najbardziej boli? Tutaj?

– Ach! Wszędzie! – zawołała.

– Czy ból jest ostry, tnący? Czy może ciągły i czujesz raczej pieczenie?

– Ciągły – krzyknęła. – I tnący, jakby kto krajał mnie na kawałeczki! I piecze niemożliwie! Ach! – Szeroko otworzyła usta do krzyku, ukazując zdrowy różowy język i rząd drobnych, nierównych zębów.

– No tak – powiedziałem, obciągając jej koszulę. Po chwili namysłu zwróciłem się do Caroline, która zawisła na progu z labradorem u boku i z niepokojem śledziła sytuację. – Czy mogłaby pani zostawić mnie na chwilę z Betty, panno Ayres?

Zmarszczyła brwi, ujęta powagą mojego głosu.

– Naturalnie.

Skinęła ręką na psa i wyprowadziła go na korytarz. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, schowałem termometr i stetoskop, po czym głośno zatrzasnąłem torbę i przeniosłem wzrok na bladą twarzyczkę dziewczyny.

– Hmm. Stawiasz mnie w bardzo niezręcznej sytuacji, Betty – powiedziałem cicho. – Panna Ayres robi, co tylko może, aby ci pomóc, podczas gdy dla mnie jest jasne jak słońce, że kompletnie nic ci nie dolega.

Wytrzeszczyła na mnie oczy. Spróbowałem inaczej.

– Myślisz, że nie mam nic ważniejszego do roboty niż gnać tak daleko za miasto i trwonić cenny czas na niegrzeczne dziewczynki? Mam wielką ochotę posłać cię do Leamington, żeby ci wycięli wyrostek. Jesteś zdrowa jak ryba.

Poczerwieniała jak piwonia.

– Ach, to nieprawda, doktorze!

– Muszę przyznać, że jesteś niezłą aktorką. Te jęki, krzyki… Ale gdybym chciał obejrzeć przedstawienie, poszedłbym do teatru. I kto mi teraz zapłaci, co? Nie wiem, czy wiesz, ale moje wizyty są bardzo drogie.

Wzmianka o pieniądzach wystraszyła ją nie na żarty.

– Kiedy ja naprawdę jestem chora! – zawołała z nieudawanym lękiem. – Naprawdę! Wczoraj wieczorem mało nie umarłam, tak było ze mną krucho. I pomyślałam…

– No co? Że będzie miło się powylegiwać?

– Nie! Jaki pan niesprawiedliwy! Naprawdę żem się źle czuła. I żem se pomyślała… – Głos jej nabrzmiał i szare oczy wypełniły się łzami. – Pomyślała – podjęła z wysiłkiem – że skorom zaniemogła, muszę na trochę pojechać do domu. Póki nie wydobrzeję.

Odwróciła twarz, mrugając powiekami. Wielkie jak grochy łzy zabłysły w oczach i spłynęły po dziewczęcych policzkach.

– A więc o to chodzi? – odpowiedziałem. – Chcesz wrócić do domu? Tak? – Na co ona uniosła tylko ręce do twarzy i rozpłakała się na całego.

Lekarz ogląda niemało łez, niektóre bardziej wzruszające, inne mniej. Naprawdę czekało mnie mnóstwo zajęć i wcale mi się nie uśmiechało tłuc się na darmo w takim upale. Ale ona była taka młoda i żałosna, że pozwoliłem jej się wypłakać. Wreszcie dotknąłem jej ramienia.

– No już dobrze – powiedziałem stanowczo. – Starczy tego dobrego. Mów mi tu zaraz, o co chodzi. Nie podoba ci się tutaj?

Wyjęła spod poduszki zmiętą niebieską chusteczkę i wydmuchała nos.

– Nie – mruknęła. – Nie podoba.

– Dlaczego? Każą ci zbyt ciężko pracować?

Wzruszyła ramionami.

– Praca nie jest taka zła.

– Przecież chyba nie musisz wszystkiego robić sama?

Potrząsnęła głową.

– Przychodzi pani Bazeley i zostaje do trzeciej, codziennie oprócz niedzieli. Pierze i gotuje, a ja robię wszystko inne. Czasami ktoś pracuje w ogrodzie. I panna Caroline też nie próżnuje…

– Brzmi nieźle.

Nie odpowiedziała. Drążyłem dalej. Może tęskni za rodzicami?… Skrzywiła się tylko. A może za chłopcem?… Skrzywiła się jeszcze bardziej.

Sięgnąłem po torbę.

– Skoro nie chcesz powiedzieć, nie mogę ci pomóc.

Przestraszyła się, że wychodzę.

– Kiedy to… Kiedy to… ten dom!

– Dom? Jak to?

– Ach, to nie jest zwykły dom, doktorze! Toż to istny kolos! Człowiek pokona milę, wędrując z jednego końca na drugi, a cisza taka, aż ciarki przechodzą. Za dnia, kiedy pracuję, i z panią Bazeley, jest jeszcze całkiem znośnie. Ale w nocy żem sama jak palec. Cisza jak makiem zasiał! Śnią mi się okropne rzeczy… Nie byłoby tak źle, gdybym nie musiała chodzić po tych starych schodach. Wszędzie pełno zakamarków i nigdy nie wiadomo, co się w nich kryje. Chyba któregoś dnia umrę ze strachu!

– Umrzesz ze strachu? – powtórzyłem. – W takim pięknym domu? Masz szczęście, że możesz tutaj mieszkać. Pomyśl o tym w ten sposób.

– Szczęście! – zawołała z niedowierzaniem. – Wszyscy znajomi mają mnie za pomyloną, żem się zgodziła tu na służbę. W domu śmieją się ze mnie do rozpuku! Z nikim się nie spotykam, siedzę jak w jakim więzieniu. Moje kuzynki pracują w fabrykach. Ja też poszłabym do fabryki, ale tatko mnie nie puścił! Uparł się i już. Mówi, że fabryki padają dziewczętom na głowę. Mówi, że mam tu przepracować rok, coby się nauczyć obycia i dobrych manier. Rok! Prędzej skonam ze strachu, to pewne jak amen w pacierzu. Szkoda, że pan doktor nie widział, jaki każą mi nosić paskudny czepek i sukienkę! Ach, to takie niesprawiedliwe, doktorze!

Mówiąc to, zwinęła w kulkę mokrą chusteczkę i cisnęła ją na podłogę.

Pochyliłem się i ją podniosłem.

– Patrzcie, a cóż to za fanaberie… Rok minie szybko, zobaczysz. Kiedyś zrozumiesz, że rok to tyle, co nic.

– Kiedyś!

– Ile masz lat?

– Czternaście. A czuję się, jakbym miała dziewięćdziesiąt!

Parsknąłem śmiechem.

– Ejże, nie bądź niemądra. Hm, i cóż ja mam z tobą począć? Muszę jakoś zasłużyć na swoje honorarium, prawda? Chcesz, żebym porozmawiał z Ayresami? Na pewno nie chcą, żebyś czuła się nieszczęśliwa.

– Ach, oni chcą tylko, żebym się przyłożyła do roboty.

– Więc, może wobec tego zamienię słówko z twoimi rodzicami?

– A to paradne! Mama włóczy się całymi dniami i ma w nosie, co się ze mną dzieje. Tatko też do niczego, tylko krzyczy i krzyczy. Najchętniej cały dzień by się awanturował. A jak się nie awanturuje, to idzie szukać mamy i zawsze przyprowadza ją do domu. Posłał mnie na służbę, cobym nie była taka jak ona.

– Dlaczegóż więc chcesz tam wrócić? Przecież tu ci lepiej.

– Nie chcę wrócić do domu – odpowiedziała. – Ja po prostu… mam dosyć!

Twarz pociemniała jej z bezsilnego gniewu. Przestała wyglądać jak dziecko i bardziej przypominała teraz małego drapieżnika. Ale zaraz podchwyciła mój wzrok i przywołała się do porządku. Żal nad sobą wziął górę nad złością: westchnęła bezradnie i przymknęła podpuchnięte oczy. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu; omiotłem spojrzeniem ponury, niemal podziemny pokoik. Cisza była tak niezmącona, że zdawała się wręcz namacalna; w duchu przyznałem Betty rację, przynajmniej w tej jednej kwestii. Chłodne powietrze ciążyło mi osobliwie: człowiek mimowolnie wyczuwał obecność wielkiego domu nad głową; ba, wyczuwało się nawet skłębiony chaos pokrzyw i innych chwastów królujących na zewnątrz.

Pomyślałem o swojej matce. Kiedy po raz pierwszy przybyła do Hundreds Hall, była pewnie młodsza niż Betty.

Wstałem.

– Cóż, moja droga. Obawiam się, że wszyscy musimy czasem znosić coś, co wcale nam się nie uśmiecha. Właśnie na tym polega życie i nie ma na to rady. Ale mam pomysł. Resztę dnia spędzisz w łóżku, potraktujmy to jako wakacje. Nie powiem pannie Ayres, że udawałaś i przyślę ci lekarstwo na żołądek: widok butelki przypomni ci niezawodnie, że znalazłaś się o włos od utraty wyrostka. Ale nie omieszkam zapytać panny Ayres, czy nie dałoby się jakoś umilić ci życia. Musisz mi za to obiecać, że dasz temu miejscu jeszcze jedną szansę. Co ty na to?

Spoglądała na mnie chwilę pustym wzrokiem, wreszcie skinęła głową.

– Dziękuję, doktorze – szepnęła ze łzami.

Kiedy wychodziłem, przewróciła się na drugi bok, odsłaniając białą szyję i sterczące obojczyki.

Korytarz był pusty, ale na dźwięk zamykanych drzwi ponownie odezwał się pies; pazury zaskrobały o posadzkę i Cygan wypadł z kuchni niczym kula do kręgli. Tym razem jednak natarł na mnie z mniejszym impetem i zaraz się uspokoił, pozwalając, bym go poklepał i wytarmosił za uszy. Caroline stanęła na progu kuchni, machinalnie wycierając ręce w ścierkę. Za jej plecami ujrzałem na ścianie zapamiętany sprzed lat system dzwonków i kabli, mający na celu wzywanie służby w ten drugi, lepszy wymiar.

– Wszystko w porządku? – zapytała, kiedy wraz z psem ruszyliśmy w jej stronę.

– Drobne problemy żołądkowe, to wszystko – odparłem bez chwili wahania. – Nic poważnego, ale słusznie mnie pani wezwała. Żołądek to nie przelewki, zwłaszcza w taką pogodę. Przyślę państwu receptę; dzień lub dwa odpoczynku dobrze jej zrobią… Jest jeszcze jedno… – Stanąwszy na wprost Caroline, zniżyłem głos. – Podejrzewam, że dziewczyna tęskni za domem. Nie zwróciło to pani uwagi?

Zmarszczyła brwi.

– Nie sprawiała takiego wrażenia. Pewnie musi się przyzwyczaić, a to wymaga czasu.

– Rozumiem, że śpi tu na dole całkiem sama? Na pewno czuje się samotna. Wspomniała coś o schodach, ciemnych zakamarkach…

Niepokój na twarzy Caroline ustąpił miejsca rozbawieniu.

– Ach, a więc to o to chodzi, tak? Myślałam, że nie zawraca sobie głowy takimi bzdurami. Na początku wyglądała na całkiem rozsądną. Ale z wiejskimi dziewczętami nigdy nic nie wiadomo: albo są twarde jak stal i bez mrugnięcia okiem ukręcają szyje kurczętom, albo urządzają histerie jak primadonny. Pewnie naoglądała się za dużo filmów. Istotnie jest tu u nas bardzo cicho, ale nie ma w tym nic dziwnego.

– No tak, pani mieszka tutaj od urodzenia – przytaknąłem po chwili. – Może znajdzie się jakiś sposób, żeby ją podnieść na duchu?

Skrzyżowała ręce na piersi.

– Mam jej czytać bajki na dobranoc?

– Jest bardzo młoda, panno Ayres.

– Cóż, na pewno nikt jej tu źle nie traktuje, jeśli to pan ma na myśli! Płacimy jej więcej niż możemy, jada to samo co my. Naprawdę, pod wieloma względami wygrała los na loterii.

– Tak – odparłem. – Pani brat też powiedział coś w tym stylu.

Od moich słów powiało chłodem i Caroline poczerwieniała, w dodatku niezbyt ładnie: rumieniec oblał jej szyję, wypełzając plamami na przesuszone policzki. Uciekła spojrzeniem w bok, jakby usiłowała zapanować nad zniecierpliwieniem. Kiedy jednak znów się odezwała, jej głos nieco złagodniał.

– Skoro pan musi wiedzieć, obchodzimy się z Betty jak z jajkiem. Strach pomyśleć, co będzie, jeśli odejdzie. Dochodząca stara się, jak może, ale w tym domu jedna służąca to za mało. Ostatnimi czasy znalezienie pokojówki wręcz graniczy z cudem, posiadłość leży na uboczu, z dala od linii autobusowych i tym podobnych. Ostatnia dziewczyna zabawiła tutaj całe trzy dni. To było w styczniu. Zanim pojawiła się Betty, większość obowiązków spoczywała na mnie… Ale cieszę się, że nic jej nie jest. Naprawdę.

Rumieniec zbladł, lecz twarz Caroline zapadła się nieco, przybierając wyraz znużenia. Zerknąwszy ponad jej ramieniem w kierunku stołu, ujrzałem stos warzyw, obranych już i wyszorowanych. Następnie przeniosłem wzrok na jej dłonie i po raz pierwszy dostrzegłem, jakie były zniszczone. Miała krótkie połamane paznokcie i zaczerwienione kłykcie. I zrobiło mi się przykro, bo były to bardzo ładne dłonie.

Musiała dostrzec moje spojrzenie. Drgnęła, jakby zakłopotana, po czym odwróciła się i zgrabnie rzuciła ścierkę na stół, tuż obok zabrudzonej tacy.

– Zaprowadzę pana na górę – powiedziała, chcąc może obwieścić koniec wizyty. W milczeniu weszliśmy po schodach, a pies z nami, zastępując nam drogę, sapiąc i postękując.

Lecz na zakręcie schodów, w miejscu gdzie drzwi dla służby wychodziły na ogród, spotkaliśmy wchodzącego Rodericka.

– Matka cię szuka, Caroline – oznajmił. – Pyta, co z podwieczorkiem. – Skinął mi głową. – Co tam, Faraday? I jaka diagnoza?

Trochę mnie zirytował tym „Faradayem”, zwłaszcza że miał dwadzieścia cztery lata, a ja dobijałem czterdziestki, lecz nim zdążyłem odpowiedzieć, Caroline podeszła do brata i od niechcenia wsunęła mu rękę pod ramię.

– Doktor Faraday bierze nas za dzikusów! – powiedziała, mrugając powiekami. – Myśli, że przeciągamy Betty przez komin, i w ogóle.

Uśmiechnął się blado.

– Zawsze to jakiś pomysł.

– To nic poważnego – odpowiedziałem. – Drobne problemy żołądkowe, nic więcej.

– Nic zaraźliwego?

– Na pewno nie.

– Ale musimy jej nosić śniadanie do łóżka – ciągnęła Caroline. – I w ogóle na okrągło rozpieszczać. Czy to nie prawdziwe szczęście, że znam się na gotowaniu? Skoro o tym mowa… – Popatrzyła mi w oczy. – Proszę nie uciekać, doktorze. Niech pan zostanie i zje z nami podwieczorek, dobrze?

– Tak, proszę zostać – dorzucił Roderick.

Jego głos brzmiał jak zwykle nonszalancko, ale szczerość Caroline nie budziła we mnie najmniejszych wątpliwości. Chyba chciała zatuszować niemiłe wrażenie po naszej rozmowie o Betty. I po części wiedziony podobnym zamiarem, choć głównie z powodu przemożnej chęci obejrzenia pozostałej części domu, przyjąłem zaproszenie. Usunęli się na bok, aby puścić mnie przodem. Pokonawszy parę ostatnich schodów, znalazłem się w małym, bezbarwnym korytarzyku i ujrzałem tę samą zasłonę z rypsu, do której w 1919 roku doprowadziła mnie miła pokojówka. Roderick wszedł powoli po schodach, pod ramię z siostrą; na górze Caroline puściła rękę brata i bez większych ceregieli odsunęła kotarę.

Biegnące dalej mroczne przejścia wydały mi się dziwnie puste, lecz poza tym wygląd ich w pełni odpowiadał temu, co zachowałem w pamięci: dom otwierał się niczym wachlarz, sufit piął się w górę, kamienna podłoga ustępowała miejsca marmurowej, a ściany lśniące i nagie w części dla służby tutaj były pokryte jedwabiem i sztukateriami. Machinalnie odszukałem wzrokiem ozdobną bordiurę, z której kiedyś odłamałem żołądź, a gdy moje oczy nawykły do ciemności, skonstatowałem z przykrością, iż ściana musiała paść ofiarą ataku bandy szkolnych wandali, gdyż lwia część gipsowego ornamentu uległa unicestwieniu, a jego resztki popękały, na zawsze tracąc dawne, nasycone barwy. Pozostała część ściany wyglądała niewiele lepiej. Kilka pięknych luster i malowideł wciąż wisiało na swoich miejscach, po innych zaś pozostały tylko ciemne plamy. Rozerwany fragment jedwabiu załatano i zacerowano jak skarpetę.

Popatrzyłem na Caroline i Rodericka, spodziewając się ujrzeć w ich oczach zakłopotanie, a może nawet przeprosiny, ale minęli ów krajobraz zniszczenia jak gdyby nigdy nic. Ruszyliśmy w prawo, korytarzem wewnętrznym oświetlonym jedynie blaskiem padającym z pokoi położonych po jednej stronie, a że większość drzwi była zamknięta, pomimo słońca na zewnątrz znaczna część przejścia spoczywała w mroku. Drepczący przed nami labrador to pojawiał się w plamie światła, to znów zdawał się rozpływać w powietrzu. Korytarz skręcił o dziewięćdziesiąt stopni, tym razem w lewo, i wreszcie natknęliśmy się na otwarte szeroko drzwi, wpuszczające drżący snop słonecznego blasku. Caroline wyjaśniła, że prowadzą do pokoju, od wielu lat nazywanego salonikiem, w którym rodzina spędza większość czasu.

Wkrótce zrozumiałem, iż w Hundreds Hall nawet zdrobnienia bywają względne. Pomieszczenie liczyło jakieś dziewięć na sześć metrów; urządzono je w dość chaotyczny sposób, ściany i sufit przystrojono kolejną porcją gipsowych ornamentów, całość zaś wieńczył masywny marmurowy kominek. Podobnie jak w korytarzu, większość ozdób uległa wykruszeniu. Wysłużoną skrzypiącą podłogę z drewna pokrywały nachodzące na siebie przetarte dywaniki, a zapadniętą sofę w połowie przesłaniały kraciaste pledy. Przy kominku stały dwa sfatygowane, wyściełane aksamitem fotele, obok jednego z nich zaś połyskiwał wiktoriański nocnik w kwiatki, pełen wody dla psa.

Mimo to jakimś cudem niezaprzeczalny urok pokoju wysuwał się na pierwszy plan, niczym szlachetne rysy zniszczonej twarzy. W powietrzu unosiła się woń letnich kwiatów: groszku pachnącego, rezedy i lewkonii. Miękkie, z lekka przyćmione światło zdawało się tkwić w czułym uścisku bladych ścian i sufitu.

Stojące otworem przeszklone drzwi wychodziły na kolejne kamienne schody prowadzące do południowej części ogrodu. Na ich szczycie stała pani Ayres, zrzuciła z nóg ogrodowe sandały i właśnie wsuwała stopy w pończochach do butów. Na głowie miała kapelusz z szerokim rondem i cienkim jedwabnym szalem luźno zawiązanym pod brodą. Na jej widok rodzeństwo jednocześnie parsknęło śmiechem.

– Wyglądasz jak pasażerka jednego z pierwszych automobilów, mamo – stwierdził Roderick.

– Tak – zawołała Caroline – albo pszczelarz! Szkoda, że nim nie jesteś, marzę o miodzie. Spójrz, jest z nami doktor Faraday, wspólnik doktora Grahama z Lidcote. Był już u Betty. Zaprosiłam go na podwieczorek.

Pani Ayres podeszła bliżej, wyciągając rękę. Zsunęła kapelusz i szal spłynął jej na ramiona.

– Jak pan się miewa, doktorze Faraday? Miło, że wreszcie się spotykamy. Pracowałam w ogrodzie, o ile wypada tak nazwać tę dżunglę; proszę mi wybaczyć mój, hm, niedzielny strój. Á propos, czy to nie dziwne? – Uniosła rękę do czoła, żeby odgarnąć kosmyk włosów. – Kiedy byłam dzieckiem, w niedziele wkładaliśmy zwykle najlepsze rzeczy. Człowiek siadał na sofie w białych koronkowych rękawiczkach i bał się głębiej odetchnąć. W dzisiejszych czasach haruje się w niedziele jak kocmołuch, i tak też się ubiera.

Miała twarz w kształcie serca i kiedy się uśmiechnęła, ostro zarysowane kości policzkowe powędrowały jeszcze wyżej, a ciemne roziskrzone oczy nabrały figlarnego wyrazu. Bynajmniej nie przypominała kocmołucha; pomimo znoszonej sukienki, z luźno upiętymi długimi włosami ukazującymi smukłą linię szyi prezentowała się wprost nieskazitelnie. Była już dobrze po pięćdziesiątce, ale wciąż miała ładną figurę, a jej włosy niemal tak ciemne jak owego dnia, gdy wręczała mi okolicznościowy medal. Była wówczas młodsza aniżeli Caroline obecnie. Coś w jej osobie, być może szal, krój sukienki bądź też ruch wąskich bioder pod tkaniną, nadawało jej aurę francuskiej wytworności, zgoła nielicującej z burą angielskością jej dzieci. Wskazała mi jeden z foteli przy kominku, a gdy usiadła naprzeciwko, zwróciłem uwagę na jej buty. Były to ciemne skórzane lakierki z kremowym paskiem, zważywszy na solidne wykonanie, najpewniej pochodzące sprzed wojny i, podobnie jak większość damskich trzewiczków, w oczach mężczyzny absurdalnie przekombinowane, przez co wzrok mimowolnie błądził w ich stronę.

Na stoliku obok jej fotela widniał stosik masywnych, staroświeckich pierścieni, które poczęła wkładać na palce, jeden po drugim. Szal zsunął się z jej ramion na podłogę i Roderick, który jeszcze nie zdążył usiąść, schylił się niezdarnie, aby go podnieść i z powrotem owinąć matce wokół szyi.

– Życie z moją matką przypomina zabawę w podchody – powiedział do mnie. – Gdziekolwiek pójdzie, rozsiewa za sobą masę przedmiotów.

Pani Ayres poprawiła szal, a w jej oczach znów zatańczyły figlarne iskierki.

– Widzi pan, jak oni mnie traktują, doktorze Faraday? Obawiam się, że na starość czeka mnie śmierć głodowa we własnym łóżku.

– Ach, rzucimy ci czasem jakąś kostkę do ogryzienia, staruszko. – Roderick ziewnął, kierując się w stronę sofy. Usiadł z wyraźnym trudem; przyglądając mu się dyskretnie, ujrzałem, jak zaciska zęby i zrozumiałem, że kontuzja wciąż daje mu się we znaki, a on ze wszystkich sił stara się to ukryć.

Caroline wróciła do kuchni, zabierając ze sobą psa. Pani Ayres zapytała o zdrowie Betty i moja odpowiedź sprawiła jej wyraźną ulgę.

– Zadał pan sobie tyle trudu – powiedziała. – Zapewne ma pan na głowie poważniejsze przypadki.

– Jestem lekarzem rodzinnym – odparłem. – Obawiam się, że przeważnie mam do czynienia z wysypką i skaleczeniami.

– Niechże pan nie będzie taki skromny… Choć sama nie wiem, czy powinniśmy oceniać wartość lekarza według tego, z jak poważną chorobą miał do czynienia. Chyba powinno być odwrotnie.

– Żaden lekarz czasem nie pogardzi wyzwaniem – odpowiedziałem z uśmiechem. – W latach wojny często bywałem w szpitalu wojskowym w Rugby. Trochę mi tego brakuje. – Zerknąłem na jej syna, który wyjął bibułki oraz puszkę tytoniu i właśnie skręcał sobie papierosa. – Tak się składa, że prowadziłem tam terapię mięśniową. Bodźce elektryczne, i tak dalej.

Chrząknął.

– Proponowano mi coś takiego po wypadku. Ale miałem dużo pracy przy domu i zabrakło na to czasu.

– Szkoda.

– Roderick był pilotem, doktorze – wtrąciła pani Ayres. – Pewnie pan słyszał?

– Tak. W jakich walkach pan uczestniczył? Ciężko było?

Przechylił głowę i wysunął podbródek, by zaprezentować blizny.

– A jak pan uważa? Ale przeważnie latałem na rekonesans, więc nie mogę sobie przypisać zbyt wielkich zasług. Wreszcie na południowym wybrzeżu nie dopisało mi szczęście. Drugi pilot oberwał gorzej, on i mój nawigator, biedaczysko. Ja wyszedłem z opresji z pokiereszowaną gębą i rozwalonym kolanem.

– Przykro mi.

– Ach, pewnie w swoim szpitalu musiał pan oglądać gorsze rzeczy. Ale, ale, proszę wybaczyć moje maniery. Poczęstuje się pan papierosem? Tyle kopcę tego cholerstwa, że zaczynam robić to bezwiednie.

Spojrzałem na papierosa – na studiach nazywaliśmy takie skręty gwoździami do trumny – i stwierdziłem, że nie będę uszczuplał zapasów Rodericka. W kieszeni miałem wprawdzie paczkę fajek z prawdziwego zdarzenia, lecz chcąc oszczędzić mu zakłopotania, postanowiłem ich nie wyciągać. Pokręciłem głową. Zresztą i tak odniosłem wrażenie, że chciał tylko zmienić temat.

Jego matka chyba podzielała moje przypuszczenia. Chwilę spoglądała nań zatroskanym wzrokiem, po czym zwróciła się do mnie z uśmiechem.

– Wojna wydaje się taka odległa, prawda? Jak to możliwe, przecież minęły zaledwie dwa lata? Dokwaterowano nam oddział żołnierzy. Zostawili po sobie najdziwniejsze rzeczy, drut kolczasty i inne żelastwo; wszystko już rdzewieje niczym pozostałości z innej epoki. Oczywiście Bóg jeden wie, ile będzie nam dane nacieszyć się pokojem. Przestałam słuchać wiadomości, bo tylko sieją niepokój. Wygląda na to, że świat jest w rękach generałów i naukowców traktujących bomby jak kulki do gry.

Roderick zapalił zapałkę.

– E tam, w Hundreds nic nam nie grozi – rzucił zza papierosa, który błysnął płomieniem niebezpiecznie blisko jego zniekształconych ust. – Mamy tu przysłowiową sielankę.

W chwili gdy wypowiedział te słowa, pazury Cygana zaskrobały o marmurową posadzkę holu niczym koraliki liczydła, po czym rozległo się kłapanie sandałów Caroline. Pies pchnął nosem drzwi, co najwyraźniej miał w zwyczaju, gdyż framuga pociemniała w miejscu, gdzie ocierał się o nią sierścią, wiekowe drzwi zaś nosiły liczne zadrapania, czy to samego Cygana, czy też pokoleń jego poprzedników.

Caroline weszła do pokoju objuczona ciężką tacą. Roderick uchwycił się poręczy sofy i spróbował wstać, ale go uprzedziłem.

– Ja to zrobię.

Spojrzała na mnie z wdzięcznością, nie tyle we własnym imieniu, ile w imieniu brata.

– Nie trzeba. Proszę pamiętać, że mam wprawę.

– Przynajmniej zrobię miejsce na stole.

– Ależ nie, naprawdę! Jeśli przyjdzie mi zarabiać na życie jako kelnerka, doświadczenie będzie jak znalazł. Cygan, jazda spod nóg, słyszałeś?

Ustąpiłem, a Caroline postawiła tacę wśród książek i papierów na zaśmieconym stole, po czym nalała herbatę i podała wszystkim staroświeckie porcelanowe filiżanki. Niektóre miały wyszczerbione uszka; te zostawiła dla rodziny. Potem przyszła kolej na talerzyki z ciastem: był to placek owocowy pokrojony na możliwie jak najcieńsze plasterki, żeby dla wszystkich wystarczyło.

– Ach, królestwo za bułeczki z dżemem i bitą śmietaną! – Pani Ayres westchnęła, sięgając po swoją porcję. – Przydałby się choćby herbatnik. Mówię to przez wzgląd na pana, doktorze Faraday. Nigdy nie przepadaliśmy za słodyczami, a poza tym… – znów zrobiła filuterną minę – …masła u nas nie uświadczysz, jak to u mleczarzy. Racjonowanie żywności zabija gościnność, ot co. To doprawdy godne ubolewania.

Z kolejnym westchnieniem połamała ciasto na kawałki i trzymając je dwoma palcami zaczęła maczać każdy w herbacie. Zauważyłem, że Caroline złożyła swoją porcję na pół i pochłonęła ją dwoma kęsami. Roderick, który pochłonięty papierosem w pierwszej chwili odstawił talerzyk na stół, wydłubał od niechcenia rodzynki i skórkę pomarańczową, po czym rzucił resztę Cyganowi.

– Roddie! – zawołała z przyganą Caroline.

Myślałem, że obruszyła się na takie marnowanie jedzenia, lecz jak się wkrótce okazało, nie pochwalała dokarmiania psa przy stole. Rzuciła Cyganowi srogie spojrzenie.

– Ty draniu! Kto to widział tak żebrać! Proszę zobaczyć, jak na mnie łypie, doktorze Faraday. Przechera. – Zrzuciwszy sandał, wyprostowała nogę (a nogi miała gołe, brązowe i nieogolone) i szturchnęła zwierzę w bok palcami stóp.

– Biedaczysko – powiedziałem uprzejmie, widząc zbolałą minę psa.

– Niech pan się nie da oszukać. To spryciarz, jakich mało. Prawda, mały? Ty łobuzie!

Ponownie trąciła go stopą, po czym szturchnięcie przeszło w szorstką pieszczotę. Pies próbował ustać pod naporem nogi, wreszcie z bezradnością starca zwalił się na bok i zadarł łapy, ukazując szarawą sierść na piersi i łysiejący brzuch. Pieszczoty przybrały na sile.

Zobaczyłem, że pani Ayres patrzy znacząco na owłosioną nogę córki.

– Doprawdy, moja droga, mogłabyś włożyć pończochy. Doktor Faraday weźmie nas za dzikusów.

Caroline roześmiała się beztrosko.

– Za ciepło na pończochy. Poza tym bardzo bym się zdziwiła, gdyby doktor Faraday nigdy nie widział gołej nogi!

Po chwili jednak cofnęła stopę i spróbowała przybrać bardziej elegancką pozę. Zawiedziony pies wciąż leżał rozwalony na grzbiecie, po czym przeturlał się na brzuch i skupił uwagę na przedniej łapie.

Dym z papierosa Rodericka zawisł siną smugą w upalnym, nieruchomym powietrzu. Jakiś ptak zaćwierkał w ogrodzie i wszyscy zwróciliśmy głowy w tamtą stronę. Ponownie rozejrzałem się po pokoju, ogarniając pełne uroku, płowiejące detale, następnie zaś, obróciwszy się na fotelu, oczarowany utkwiłem wzrok w widoku, który roztaczał się z otwartego okna. Otoczony klombami zarośnięty trawnik rozciągał się na jakieś trzydzieści metrów od domu, zamknięty ogrodzeniem z kutego żelaza. Dalej znajdowała się łąka, która z kolei ustępowała miejsca parkowi mającemu blisko kilometr długości. Mur, który wyznaczał koniec posiadłości, majaczył gdzieś w oddali, lecz ponieważ dalej biegły pastwiska, przechodzące w pola uprawne, jednostajny krajobraz ciągnął się jak okiem sięgnąć, do chwili gdy jego blednące odcienie splatały się z przymglonym niebem.

– Podoba się panu nasz widok, doktorze Faraday? – spytała pani Ayres.

– Bardzo – odpowiedziałem, zwracając się z powrotem w jej stronę. – Dom pochodzi z którego roku? Tysiąc siedemset dwudziestego? Trzydziestego?

– Brawo! Budowę ukończono w tysiąc siedemset trzydziestym trzecim.

– No tak. – Pokiwałem głową. – Chyba rozumiem, na czym polegał zamysł architekta: ciemne korytarze i położone wzdłuż nich jasne, przestronne pokoje.

Pani Ayres tylko się uśmiechnęła, Caroline zaś spojrzała na mnie z nieskrywanym zadowoleniem.

– Ja też to zawsze lubiłam – stwierdziła. – Niektórzy myślą, że nasze ciemne korytarze to istne utrapienie… Powinien pan zobaczyć dom w zimie! Najchętniej zamurowalibyśmy wszystkie okna. W zeszłym roku przez dwa miesiące praktycznie nie ruszaliśmy się z tego pokoju. Roddie i ja przynieśliśmy materace i spaliśmy tu jak jacyś koczownicy. Rury zamarzły, generator wysiadł, a na zewnątrz wisiały sople długie na metr. Człowiek nie wytknął nosa z domu w obawie, że go nadzieją na rożen… Pan mieszka nad gabinetem, prawda? W dawnym mieszkaniu doktora Gilla?

– Owszem – odpowiedziałem. – Wprowadziłem się tam jako młodszy wspólnik i tak już zostało. Niezbyt urokliwe miejsce. Ale swojskie, a na potrzeby kawalera jak znalazł.

Roderick strzepnął popiół.

– Z doktora Gilla był istny oryginał, nieprawdaż? Byłem u niego w dzieciństwie raz czy dwa. Pamiętam wielką, szklaną misę, w której trzymał pijawki. Bałem się ich panicznie.

– Ach, ty się wszystkiego bałeś – wtrąciła jego siostra, zanim zdążyłem odpowiedzieć. – Nietrudno było napędzić ci stracha. Pamiętasz tę olbrzymkę, która pracowała w kuchni, kiedy byliśmy mali? A ty, mamo? Jak to ona miała na imię? Mary? Miała metr dziewięćdziesiąt wzrostu, a jej siostra metr dziewięćdziesiąt dwa. Tatuś kazał jej kiedyś przymierzyć swój but: założył się z panem McLeodem, że będzie za mały. I wygrał! Jej ręce, to było dopiero coś! Wykręcała ubrania lepiej niż wyżymaczka. I zawsze miała zimne palce, po prostu lodowate, jakby trzymała je w przerębli. Wmawiałam Roddiemu, że zakradała się do jego pokoju, gdy spał, i wkładała mu ręce pod kołdrę, żeby się ogrzać. Ryczał jak bóbr!

– Ty potworze – powiedział Roderick.

– Jak też ona miała na imię…

– Chyba Miriam – odezwała się pani Ayres po chwili namysłu. – Miriam Arnold, a jej siostra nazywała się Margery. Ale była jeszcze jedna dziewczyna, nie tak wysoka: wyszła za młodego Tapleya i poszli na służbę do tego samego domu, on jako szofer, ona jako kucharka. O ile mnie pamięć nie myli, Miriam odeszła od nas do pani Randall, której jednak nie przypadła do gustu i zabawiła tam jedynie miesiąc lub dwa. Nie wiem, co się z nią potem działo.

– Może została zawodową dusicielką – podsunął Roderick.

– Albo wstąpiła do cyrku – dodała Caroline. – Zaraz, czy nie mieliśmy kiedyś służącej, która naprawdę uciekła do cyrku?

– Na pewno wyszła za cyrkowca – uściśliła pani Ayres. – I złamała tym samym serce swojej matce. Swojej kuzynce też, ponieważ ta kuzynka, Lavender Hewitt, również kochała tego mężczyznę; po ich ucieczce przestała jeść i była bliska śmierci. Na szczęście, jak mawiała jej matka, została ocalona przez króliki, potrafiła bowiem oprzeć się wszystkiemu prócz matczynej potrawki z królika. I tak pozwalaliśmy jej ojcu polować w parku na króliki, gdyż to właśnie one uratowały jej życie…

Opowieść toczyła się dalej, Caroline i Roderick co rusz dorzucali swoje trzy grosze, zwracając się raczej do siebie niż do mnie i tak, odsunięty na drugi plan, przenosząc wzrok z dzieci na matkę i z powrotem, dopatrzyłem się między nimi trojgiem podobieństwa, nie tylko z wyglądu – długie kończyny, wysoko osadzone oczy – lecz przede wszystkim z gestów i sposobu mówienia. I poczułem ukłucie zniecierpliwienia – ledwie wyczuwalny powiew mrocznej niechęci, która zmąciła nieco radość płynącą z przebywania w pięknym pokoju. Może odezwało się moje plebejskie pochodzenie? Przecież Hundreds Hall egzystowało dzięki tym ludziom, których tak bezlitośnie teraz wyszydzali, pomyślałem sobie. Kiedy po dwustu latach ludzie ci zaczęli odchodzić, pozbawiony ich wiary i wsparcia dwór sypał się jak domek z kart. Tymczasem ci troje bawili się w arystokrację wśród odrapanych ścian i wyłysiałych tureckich dywanów, chełpiąc się obtłuczonymi filiżankami rodowej porcelany…

Pani Ayres przypomniała sobie kolejną pokojówkę.

– To dopiero była kretynka – oznajmił Roderick.

– Kretynką może nie była – przyznała uczciwie Caroline. – Ale masz rację, do bystrych nie należała. Pamiętam, jak spytała mnie kiedyś, czy wino naprawdę leje się do gąsiora. A jakże, ja jej na to, przynieś go, to ci pokażę. I jak nie zacznie biegać po podwórku…

Z zakłopotaniem pokręciła głową, ale znów musiała się roześmiać. Naraz podchwyciła mój wzrok; minę musiałem mieć lodowatą. Spróbowała stłumić śmiech.

– Przepraszam, doktorze Faraday. Widzę, że pan tego nie pochwala. Całkiem słusznie. Rod i ja byliśmy okropnymi dziećmi, ale teraz jesteśmy znacznie milsi. Zapewne myśli pan o biednej małej Betty.

Upiłem łyk herbaty.

– Bynajmniej. Tak się składa, że myślałem o swojej matce.

– Pańskiej matce? – powtórzyła, wciąż z echem śmiechu w głosie.

Nastąpiła chwila ciszy, przerwana wreszcie przez panią Ayres.

– Ależ tak. Pańska matka była tu kiedyś piastunką, nieprawdaż? Coś mi się obiło o uszy. Kiedy to dokładnie było? Chyba zanim się wprowadziłam…

Mówiła tak uprzejmie i z taką serdecznością, że prawie się zawstydziłem, ja sam nie kryłem bowiem dezaprobaty.

– Pracowała tu mniej więcej do roku tysiąc dziewięćset siedemnastego – odparłem z mniejszym naciskiem. – Tu również poznała mojego ojca, był synem sklepikarza. Pewnie nazwaliby to państwo kuchennym romansem.

– Jak miło – powiedziała niepewnie Caroline.

– Prawda?

Roderick bez słowa raz jeszcze strzepnął popiół. Lecz na twarzy pani Ayres pojawił się wyraz zamyślenia.

– Wiecie co… – zaczęła, podnosząc się z miejsca. – Wydaje mi się… Zaraz, zaraz.

Podeszła do stołu, na którym ustawiono kolekcję oprawionych fotografii rodzinnych. Sięgnęła po jedną z nich i trzymając ją na wyciągnięcie ramienia, zmrużyła oczy, a następnie potrząsnęła głową.

– Bez okularów nie jestem pewna – oznajmiła. – Ale coś mi się zdaje, doktorze Faraday, że jest wśród nich pańska matka.

Była to nieduża edwardiańska fotografia w rogowej oprawie. Po chwili zrozumiałem, że uwieczniono na niej w sepii południową fasadę dworu, dostrzegłem bowiem drzwi balkonowe saloniku, otwarte na oścież zupełnie jak dzisiaj. Na trawniku przed domem zebrali się ówcześni właściciele posiadłości, otoczeni liczną gromadką służby – gospodyni, kamerdyner, lokaj, podkuchenne i ogrodnicy – o cokolwiek spłoszonym, by nie rzec niechętnym wyglądzie, jak gdyby pomysł włączenia ich do wspólnej fotografii wynikł z nagła, i ktoś zwołał ich naprędce, odrywając od codziennych zajęć. Sami członkowie rodziny najwyraźniej czuli się jak ryby w wodzie: pani domu, Beatrice Ayres, babka Caroline i Rodericka, siedziała na honorowym miejscu, obok stał mąż, z jedną ręką wspartą na jej ramieniu, a drugą wsuniętą w kieszeń białych spodni w kant. U stóp rodziców nonszalancko przysiadł szczupły piętnastolatek, który niebawem miał wyrosnąć na pułkownika; wyglądał wypisz wymaluj jak Roderick. Obok niego, na kraciastym kocu, siedzieli jego młodsi bracia i siostry.

Przyjrzałem się im uważniej. W większości byli już dosyć duzi, najmłodsze jednak (mały berbeć) tkwi w objęciach jasnowłosej piastunki. W chwili gdy zrobiono zdjęcie, malec właśnie usiłował się wyrwać, toteż kobieta odchyliła głowę w obawie przed wszędobylskimi łokciami. Dlatego nie wpatrywała się w obiektyw i jej rysy zdawały się nieco zamglone.

Caroline wstała z sofy i podeszła do mnie, żeby obejrzeć zdjęcie.

– Czy to pańska matka, doktorze Faraday? – zapytała cicho, kręcąc na palcu kosmyk brązowych włosów.

– Bardzo możliwe – odpowiedziałem. – Chociaż… Tuż za piastunką dostrzegłem bowiem drugą służącą, również blondynkę, ubraną w identyczną sukienkę i czepek. Roześmiałem się z zakłopotaniem. – Możliwe, że to ta druga. Nie jestem pewien.

– Czy pańska matka jeszcze żyje? Może pokazałby jej pan to zdjęcie?

Pokręciłem głową.

– Oboje rodzice nie żyją. Matka zmarła, kiedy byłem na studiach. Ojciec miał atak serca parę lat później.

– Ach, tak mi przykro.

– Cóż, stare dzieje…

– Mam nadzieję, że była tu szczęśliwa – powiedziała do mnie pani Ayres, kiedy Caroline wróciła na sofę. – Jak pan uważa? Czy kiedykolwiek opowiadała o pracy w naszym domu?

Przez chwilę wstrzymywałem się z odpowiedzią, rozmyślając o matczynych opowieściach: o tym, jak na przykład stawała co rano z wyciągniętymi rękami, a gospodyni sprawdzała jej paznokcie, i o tym, jak Beatrice Ayres wchodziła bez uprzedzenia do pokojów służących i przeglądała ich rzeczy, jedną po drugiej…

– Myślę, że zyskała tu wielu przyjaciół – odrzekłem wreszcie.

Na twarzy pani Ayres odmalowało się zadowolenie, a może ulga.

– Miło mi to słyszeć. Naturalnie to były i dla służby inne czasy. Miała swoje rozrywki, ploteczki i skandale. Własny świąteczny obiad w Boże Narodzenie…

Napłynęła kolejna fala wspomnień. Siedziałem ze wzrokiem utkwionym w zdjęcie, prawdę powiedziawszy lekko oszołomiony siłą własnych emocji, ponieważ nieoczekiwany widok matczynej twarzy – o ile to była jej twarz – poruszył mnie bardziej, niż mógłbym się spodziewać. Wreszcie odłożyłem fotografię na stolik przy swoim krześle. Rozmawialiśmy o domu i przyległych ogrodach, o dawnych czasach jego świetności.

Podczas rozmowy co rusz jednak spoglądałem na zdjęcie, co zapewne nie uszło uwagi pozostałych. Wreszcie podwieczorek dobiegł końca. Odczekawszy kilka minut, spojrzałem na zegarek i oznajmiłem, że na mnie już czas.

– Proszę zabrać to zdjęcie, doktorze Faraday – powiedziała łagodnie pani Ayres, kiedy podniosłem się z miejsca. – Chciałabym, aby je pan zatrzymał.

– Zabrać? – powtórzyłem zdziwiony. – Ależ nie, nie mógłbym.

– Musi pan. Razem z ramką.

– Tak, proszę je wziąć – dorzuciła Caroline, kiedy nadal się wzbraniałem. – Niech pan nie zapomina, że dopóki Betty nie wyzdrowieje, sprzątanie to mój obowiązek. Jedna rzecz mniej do odkurzania, co za ulga.

– Bardzo dziękuję. – Byłem czerwony jak burak, mało się nie zająknąłem. – To bardzo miłe z państwa strony. To… Naprawdę, to zbyt miłe.

Dali mi kawałek używanego szarego papieru do zapakowania fotografii i schowałem ją bezpiecznie do torby. Pożegnałam się z panią Ayres, a następnie poklepałem ciepły łeb psa. Caroline, która zdążyła podnieść się z miejsca, wyraziła gotowość odprowadzenia mnie do samochodu, ale Roderick zaoponował.

– Nie trzeba, Caro. Ja to zrobię.

Z grymasem bólu na twarzy dźwignął się z sofy. Siostra rzuciła mu zatroskane spojrzenie, ale najwyraźniej uparł się, by mi towarzyszyć. Z rezygnacją raz jeszcze podała mi kształtną, spracowaną dłoń.

– Do widzenia, doktorze Faraday. Cieszę się, że mama znalazła to zdjęcie. Niech panu o nas przypomina.

– Na pewno będzie.

Wyszedłem za Roderickiem do holu i zamrugałem, kiedy na nowo wkroczyliśmy w strefę cienia. Poprowadził mnie na prawo, mimo kolejnych zamkniętych na głucho drzwi, wkrótce jednak korytarz rozjaśnił się nieco i zrozumiałem, że znaleźliśmy się w holu wejściowym.

Musiałem przystanąć i rozejrzeć się dookoła, gdyż było tu naprawdę pięknie. Na podłodze widniały marmurowe płyty w różowym i buraczkowym odcieniu, ułożone w szachownicę. Jasna boazeria na ścianach odbijała ich kolory. Największe wrażenie robiły jednak mahoniowe schody pnące się spiralnie na wysokość dwu kondygnacji i zwieńczone balustradą z wężową głową, tak wysmukłą, jakby jej linię nakreślono jednym tylko pociągnięciem. Schody miały ponad cztery metry szerokości i około dwudziestu wysokości, i skąpane były w miękkim, chłodnym świetle wieńczącej dach kopuły z mlecznego szkła.

– Ładnie, co? – rzucił Roderick, podążając za moim spojrzeniem. – Ale w czasie zaciemnienia mieliśmy tej kopuły powyżej uszu.

Otworzył frontowe drzwi. Musiały kiedyś nasiąknąć wilgocią i stawiały opór, trąc ze straszliwym zgrzytem o marmurową posadzkę. Stanęliśmy na szczycie schodów, osaczeni przez skwar.

Roderick skrzywił się niechętnie.

– Jak w piekle. Współczuję, że musi pan wracać w taką pogodę… Jakim samochodem pan jeździ? Czy to ruby? I jak się sprawuje?

Był to model podstawowy, nic szczególnego. Ale Roderick najwyraźniej interesował się motoryzacją, toteż podeszliśmy do samochodu i rzuciłem kilka szczegółów, a na koniec podniosłem maskę i zaprezentowałem silnik.

– Te wiejskie drogi to dla niego istny dopust boży – oznajmiłem, zatrzaskując maskę.

– Na pewno. Jakie dystanse przeważnie pokonujecie?

– W lżejsze dni piętnaście, dwadzieścia wezwań. Ale zdarzają się dni, że jest ich ponad trzydzieści. Przeważnie lokalne, chociaż mam paru prywatnych pacjentów nawet w Banbury.

– Zajęty z pana człowiek.

– Czasami aż za bardzo.

– Te wszystkie skaleczenia i wysypki… Ach, właśnie. – Wsunął rękę do kieszeni. – Ile jestem winien za wizytę?

Pomny uprzejmości jego matki, początkowo odmówiłem przyjęcia zapłaty. Kiedy naciskał, powiedziałem, że przyślę mu rachunek.

– Na pańskim miejscu brałbym forsę, dopóki dają – skwitował ze śmiechem. – Ile pan bierze? Cztery szylingi? Więcej? Niechże pan da spokój. Jeszcze nie musimy liczyć na jałmużnę.

Chcąc nie chcąc, przystałem na cztery szylingi, za wizytę i receptę. Wyjął z kieszeni garść ciepłych monet i odliczył mi do ręki żądaną kwotę. Zmienił przy tym pozycję i znów musiało go zaboleć, bo zacisnął zęby. Ugryzłem się w język; podobnie jak z papierosami nie chciałem wprawiać go w zakłopotanie, dlatego powstrzymałem się od komentarza. Skrzyżował ręce na piersi i stanął niby to swobodnie, a gdy zapuściłem silnik i ruszyłem z miejsca, od niechcenia pomachał mi na pożegnanie, a następnie zawrócił do domu. Obserwowałem go we wstecznym lusterku, jak mozolnie kuśtykał po schodach. Potem zamajaczył na tle drzwi i rozpłynął się w mrocznej czeluści.

Droga zakręciła między dawno niestrzyżonymi krzewami, samochód podskoczył na wybojach i dom zniknął mi z oczu.

Tego samego wieczoru, jak w prawie każdą niedzielę, zjadłem kolację z Davidem Grahamem i jego żoną Anne. Pomimo trudności nagły przypadek Grahama zakończył się pomyślnie, toteż większość posiłku zajęło nam jego omawianie. Dopiero pod koniec, kiedy zabraliśmy się do jabłkowego puddingu, wspomniałem o wizycie w Hundreds Hall.

Graham spojrzał na mnie z zazdrością.

– Byłeś tam? I co? Od lat nie miałem od nich żadnego wezwania. Słyszałem, że posiadłości grozi ruina; ponoć Ayresowie ledwo wiążą koniec z końcem.

Podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami na temat domu i ogrodu.

– Żal na to patrzeć – dodałem. – Nie wiem, czy Roderick ma pojęcie, co robi. Mam co do tego wątpliwości.

– Biedny Roderick – wtrąciła Anne. – To dobry chłopak. Bardzo mu współczuję.

– Z powodu blizn, i w ogóle?

– Poniekąd. Ale głównie dlatego, że wydaje się taki zagubiony. Musiał szybko dorosnąć, jak wszyscy chłopcy w jego wieku. A miał na głowie nie tylko wojnę, ale i rodzinny majątek. I wygląda na to, że nie wrodził się w ojca.

– No cóż – odparłem. – Może mu to wyjdzie na dobre. Pułkownik zawsze był awanturnikiem, nie uważacie? Przed laty byłem świadkiem, jak zrugał kierowcę, który podobno spłoszył mu konia. Na koniec zeskoczył z siodła i kopniakiem zbił tamtemu reflektor!

– Hm, rzeczywiście miał temperament – zauważył Graham, zgarniając łyżeczką pudding. – Typ staroświeckiego ziemianina.

– Raczej staroświeckiego zabijaki.

– Mów co chcesz, ale nie chciałbym być na jego miejscu. Podejrzewam, że stan majątku nieraz spędzał mu sen z powiek. Jeśli się nie mylę, posiadłość przynosiła straty, już kiedy ją odziedziczył. Wiem, że w latach dwudziestych sprzedał sporo ziemi; nawet mój ojciec mówił, że to jak wylewanie łyżką wody z tonącej łodzi. Po jego śmierci rodzina miała astronomiczne długi! Aż trudno uwierzyć, że jeszcze nie poszli na dno.

– A co z Roderickiem? – spytałem. – Moim zdaniem jego noga wygląda nie najlepiej. Może terapia elektryczna przyniosłaby jakieś efekty, o ile w ogóle by się na nią zgodził. Duma nie pozwala im wychylić nosa z tej swojej pustelni; żyją na odludziu, liżąc rany… Miałbyś coś przeciwko temu, żebym spróbował?

Graham wzruszył ramionami.

– A proszę cię bardzo. Jak mówiłem, tak dawno mnie nie wzywali, że przestałem się chyba kwalifikować jako ich lekarz. Pamiętam tę kontuzję: paskudne złamanie, źle złożona kość. Poparzenia mówią same za siebie. – Skubnął z talerza. – O ile mnie pamięć nie myli, wynikły tam również problemy na tle psychicznym.

Nie kryłem zdziwienia.

– Naprawdę? Chyba niezbyt poważne. Roderick sprawia wrażenie pogodzonego z losem.

– Cóż, na tyle poważne, że nabrali wody w usta. Ale drażliwość to w sumie cecha wszystkich przedstawicieli wyższych sfer. O ile wiem, pani Ayres nawet nie zatrudniła pielęgniarki. Sama opiekowała się Roderickiem, a pod koniec wojny pomagała jej córka. Wcześniej Caroline udzielała się w żeńskiej formacji pomocniczej, w marynarce albo w lotnictwie, nie pamiętam… Łebska dziewczyna z tej Caroline.

Powiedział „łebska” tonem, jaki dominował podczas większości rozmów o Caroline; wiedziałem, że był to z grubsza eufemizm na „brzydką”. Nie odpowiedziałem i w milczeniu dokończyliśmy pudding. Anne odłożyła łyżkę na talerz, po czym wstała, żeby zamknąć okno; było późno, jedliśmy przy zapalonej świecy; na zewnątrz zapadał zmierzch i płomień zwabił ćmy.

– A pamiętacie ich pierwszą córkę? – zapytała, siadając. – Susan, tę małą, która umarła? Śliczna była, zupełnie jak matka. Byłam na jej siódmych urodzinach. Rodzice podarowali jej srebrny pierścionek z prawdziwym brylantem. Ależ marzyłam o takim pierścionku! A po paru tygodniach zmarła… Co to było, odra? Chyba coś w tym rodzaju.

Graham wytarł usta serwetką.

– A nie dyfteryt?

Skrzywiła się na samą myśl.

– Rzeczywiście. Co za nieszczęście… Pamiętam pogrzeb. Mała trumienka i mnóstwo kwiatów. Całe sterty.

Wówczas przypomniałem sobie, że przecież też pamiętam ten pogrzeb. Przypomniałem sobie, jak stałem z rodzicami na głównej ulicy Lidcote, a obok nas przejechał kondukt. Przypomniałem sobie panią Ayres w czarnej woalce, niczym upiorna panna młoda. I moją matkę, płaczącą bezgłośnie, ojca, z ręką wspartą na moim ramieniu, oraz kwaśną woń nowego szkolnego mundurka i czapki.

Nie wiedzieć czemu, wspomnienie to zasmuciło mnie bardziej, niż powinno. Anne i pokojówka wyniosły naczynia, a Graham i ja zostaliśmy przy stole, omawiając sprawy zawodowe, co dodatkowo mnie przygnębiło. Graham był młodszy ode mnie, ale wiodło mu się znacznie lepiej: rozpoczął praktykę z pozycji syna lekarza, nie narzekając ani na brak funduszy, ani ojcowskiego wsparcia. Ja dołączyłem jako ktoś w rodzaju praktykanta doktora Gilla, wspólnika jego ojca, czyli „oryginała”, jak oględnie go nazwał Roderick. Ów oryginał był w istocie przebiegłym starcem, który pod pretekstem roli mentora kazał mi sobie płacić, w wyniku czego latami z trudem wiązałem koniec z końcem. Przed wojną przeszedł na emeryturę i mieszkał w ładnym domu z pruskiego muru opodal Stratford-on-Avon, tymczasem ja dopiero od niedawna mogłem mówić o jakichkolwiek dochodach. Wraz z powstaniem Narodowego Funduszu Zdrowia koniec prywatnej praktyki wydawał się nieubłagany. Na domiar wszystkiego wszyscy moi biedniejsi pacjenci niebawem uzyskają możliwość zapisania się do innego lekarza, co też nie poprawi mojej sytuacji. Miałem z tego powodu kilka bezsennych nocy.

– Stracę ich wszystkich – powiedziałem do Grahama, opierając łokcie na stole i ze znużeniem trąc twarz.

– Nie bądź niemądry – odparł. – Niby czemu mieliby to zrobić? Seeley, Morrison i ja jedziemy na tym samym wózku.

– Morrison zapisuje im tyle syropu i proszków na wątrobę, ile dusza zapragnie – odpowiedziałem. – W to im graj. Seeley ma z kolei niezawodne podejście do kobiet, znam te jego gierki. A wy tworzycie idylliczne stadło, ludziom się to podoba. Mnie nie lubią. Nigdy nie lubili. Nie wiedzą, jaką łatkę mi przypiąć: nie poluję ani nie gram w brydża, nie przepadam też za rzutkami i futbolem. Dla arystokracji nie jestem dość dobry, dla klasy robotniczej zresztą też nie. Ci ostatni wolą podziwiać swojego lekarza, a nie traktować go jako jednego ze swoich.

– Ach, bzdury opowiadasz. Wolą takiego, który zna się na rzeczy! A ty się znasz. Jeśli już, jesteś zbyt drobiazgowy. Masz za dużo czasu na rozmyślania. Powinieneś się ożenić, to przywróciłoby cię do pionu.

– Boże! – zawołałem ze śmiechem. – Sam ledwie mogę się utrzymać, a co dopiero żonę i dzieci…

Słyszał to już wiele razy, ale cierpliwie pozwolił mi się wyżalić. Anne przyniosła kawę i rozmawialiśmy prawie do jedenastej. Chętnie zostałbym jeszcze dłużej, lecz wiedząc, iż nie mają dla siebie wiele czasu, pożegnałem się i wyszedłem. Mieszkali w przeciwległej części miasteczka, jakieś dziesięć minut pieszo ode mnie; wieczór był ciepły i bezwietrzny, toteż ruszyłem wolnym krokiem okrężną drogą, przystając raz, aby zapalić papierosa, a następnie zdjąć marynarkę i rozluźnić krawat.

Parter mojego domu został podzielony na gabinet, przychodnię oraz poczekalnię; kuchnia i salon znajdowały się na piętrze, sypialnia zaś na poddaszu. Tak jak wspomniałem Caroline Ayres, było to niezbyt przytulne lokum. Zawsze brakowało mi czasu i pieniędzy, by je nieco ożywić, toteż wnętrze prezentowało się równie niezachęcająco jak wówczas, gdy po raz pierwszy przestąpiłem próg: musztardowe, malowane przecierką ściany, niewygodna, zagracona kuchnia. Pani Rush, gosposia, dbała o czystość i przygotowywała posiłki. Kiedy nie było pacjentów, przesiadywałem głównie na dole, wypisując recepty, czytając i bazgrząc przy biurku. Teraz też przeszedłem prosto do gabinetu, aby przejrzeć notatki na następny dzień i spakować torbę; kiedy ją otworzyłem, moim oczom ukazało się szare zawiniątko i przypomniałem sobie fotografię podarowaną mi przez panią Ayres. Odwinąłem papier i przestudiowałem ją raz jeszcze, następnie zaś, wciąż niepewny co do tożsamości jasnowłosej piastunki i wiedziony chęcią porównania podobizny z innymi zdjęciami, zaniosłem ją na górę. W jednej z sypialnianych bieliźniarek trzymałem starą puszkę po herbatnikach wypełnioną dokumentami i rodzinnymi pamiątkami, zachowanymi przez moich rodziców. Wyjąłem ją teraz, zaniosłem na łóżko i otworzyłem.

Nie zaglądałem do niej od lat i zdążyłem zapomnieć, co w niej jest. Tymczasem odkryłem ze zdziwieniem, że lwią część zawartości stanowią luźne fragmenty mojej własnej przeszłości, na przykład akt urodzenia razem ze świadectwem chrztu. W brązowej kopercie znalazłem swoje dwa mleczaki i pukiel dziecięcych włosków, niemożliwie miękkich i jasnych. Dalej przyszła kolej na szereg odznak harcerskich i pływackich oraz świadectwa ze szkoły i listy nagród, tak pomieszane, że prasowy wycinek z informacją o ukończeniu przeze mnie akademii medycznej zaplątał się z listem dyrektora mojej pierwszej szkoły z „gorącą” prośbą o przyznanie mi stypendium Leamington College. Zdumiony znalazłem nawet medal okolicznościowy, ten sam, który w 1919 roku wręczyła mi młoda pani Ayres. Starannie owinięty w bibułę zaciążył mi w dłoni, niezmieniony pomimo upływu lat.

Spośród tych wszystkich drobiazgów zaledwie garść dotyczyła życia moich rodziców. Pewnie po prostu zabrakło wydarzeń, które warto by uwiecznić. Parę sentymentalnych pocztówek z czasu wojny, ze zwięzłymi, bezosobowymi wiadomościami, rojącymi się od literówek; moneta na szczęście, z dziurką do przewleczenia sznurka; bukiecik papierowych fiołków – i tyle. Pamiętałem zdjęcia, ale znalazłem tylko jedno, spłowiałe, pocztówkowego formatu, z pozawijanymi rogami. Zrobione w namiocie odpustowego fotografa przedstawiało matkę i ojca jako parę zakochanych na alpejskim tle, w obwieszonym sznurami koszu na bieliznę, udającym gondolę balonu.

Postawiłem je obok fotografii z Hundreds i spróbowałem porównać, jednakże matka w balonie trzymała głowę pod takim kątem, a dodatkowo była zasłonięta smętnie zwisającym piórkiem z kapelusza, że niebawem dałem za wygraną. Odpustowe zdjęcie wzbudziło we mnie dziwne odczucia; gdy ponownie przeniosłem wzrok na skrawki własnych osiągnięć i pomyślałem o miłości i dumie, które kazały rodzicom je zachować, zalała mnie fala wstydu. Ojciec zaciągał dług za długiem, żeby opłacić moją naukę. Długi najprawdopodobniej podkopały mu zdrowie, nie mówiąc o tym, jak osłabiły moją matkę. I na co to wszystko? Byłem dobrym, zwyczajnym lekarzem. W innych okolicznościach byłbym więcej niż dobry. Ale sam zacząłem od długów i po piętnastu latach pracy w prowincjonalnym miasteczku moja „kariera” wciąż jawiła się w niepewnych barwach.

Nigdy nie uważałem się za niezadowolonego z życia. Nie miałem czasu na folgowanie podobnym emocjom. Czasem ogarniały mnie jednak fale przygnębienia, napady mrocznej chandry, podczas których własne życie wydawało mi się gorzkie, suche i wydrążone jak zepsuty orzech; jeden z owych nastrojów naszedł mnie teraz. Skromne osiągnięcia poszły w niepamięć, ustępując miejsca niepowodzeniom: błędne diagnozy, zaprzepaszczone okazje, chwile tchórzostwa i straconych złudzeń. Pomyślałem o jałowych latach wojny, spędzonych w Warwickshire, podczas gdy moi młodsi koledzy, Graham i Morrison, wstąpili do RAMC2. Dotkliwie świadomy pustki zalegającej piętro niżej przypomniałem sobie dziewczynę, w której kochałem się jako student: pochodziła z dobrej rodziny z Birmingham, rodzice nie uważali mnie za odpowiednią partię i w końcu rzuciła mnie dla innego. Po tym incydencie dałem sobie spokój i w ewentualne późniejsze romanse angażowałem się jedynie na pół gwizdka. Wspomnienie pozbawionych namiętności uścisków powróciło do mnie z impetem, w całym swym mechanicznym wymiarze. Poczułem odrazę do siebie i litość do tamtych kobiet.

Upał na poddaszu nie dawał oddychać. Zgasiłem lampę i zapaliwszy papierosa, ległem na łóżku wśród fotografii i pamiątek. Okno było otwarte, zasłona odsunięta. Noc była bezksiężycowa, ciemna niespokojnym mrokiem lata, pełnym szelestów i zagadkowej krzątaniny. Wyjrzałem w ciemność i moim oczom ukazało się Hundreds Hall, osobliwy powidok minionego dnia. Ujrzałem jego puste, chłodne przestrzenie, w których światło układało się niczym wino w kieliszku. I wyobraziłem sobie jego mieszkańców: Betty w swoim pokoju, panią Ayres i Caroline w swoich, Rodericka u siebie…

Leżałem tak długi czas wpatrzony w ciemność, a papieros z wolna dopalał się między moimi palcami.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Empire Day, do roku 1958 obchodzony 24 maja, w rocznicę urodzin królowej Wiktorii, następnie przemianowany na Commonwealth Day, Dzień Wspólnoty Narodów, i przeniesiony na marzec (urodziny królowej Elżbiety II) – wszystkie przypisy od tłumaczki.

2 RAMC – Royal Army Medical Corps, Korpus Medyczny Armii Królewskiej.