Ktoś musi umrzeć - Sarah A. Denzil - ebook + książka

Ktoś musi umrzeć ebook

Sarah A. Denzil

3,8

Opis

Dzieci potrzebują miłości.
Jeśli nie uda im się stworzyć więzi ze swoim
opiekunem, nie uczą się empatii.
Tak powstaje socjopata.

Leah Smith ma nową tożsamość, pracę i dom.
Nowe nazwisko nie wystarcza jednak, by odciąć się od przeszłości. Na klifie sennego miasteczka Clifton-on-Sea policja znajduje okaleczone ciało młodej kobiety. Rozpoczyna się ciąg fatalnych zdarzeń. Leah znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Nadmorskie miasteczko kryje niejedną tajemnicę.

„Zaskakująca, nieprzewidywalna, szokująca, przerażająca, wciągająca. Fantastyczna lektura!” – amazon.com
Ktoś musi umrzeć zabierze was w podróż po najmroczniejszych ścieżkach ludzkiej psychiki!” – goodreads.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

PROLOG

 

 

 

 

Łazienka nie wygląda znajomo, ale podchodzę niezgrabnie do zlewu, żeby umyć dłonie. Oto i one: dwa blade kształty w ciemności. Dwa drżące, wyglądające obco obiekty, które jakby nie należały do mnie, a jednak należą. Być może wydają mi się takie dziwne dlatego, że są całe pokryte czerwienią. Jest jej więcej niż kiedykolwiek dotąd. Ciągnie się smugami, kiedy odkręcam wodę, a potrzebuję jej sporo, żeby wszystko zmyć.

Czerwień znika w okrągłym otworze zlewu, ścigana przez napływającą wodę. Poczucie winy spływa do kanalizacji.

Nie wiesz o tym, ale marzę o krwi. Marzę o zadawaniu bólu, o odbieraniu życia. Dzięki temu czuję ogromną moc. Ale nie mogę ci o tym powiedzieć, nie mogę się nigdy do tego przyznać.

Wstydzę się tego, kim jestem.

A mimo to nie chcę przestać.

Oto więc jestem tutaj i zmywam krew. Pozbywam się śladów.

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

 

ISABEL

 

 

 

 

Myślisz o mnie? Śnisz o mnie? Ja śnię o tobie niemal każdej nocy. Ale w moich snach jesteś pięknym ptakiem. Dlaczego nie mogę uczynić cię piękną, Leah? Przychodzisz do mnie jako duch, blady i drżący, podążasz za mną niczym cień. Ale twoja nieobecność mnie rani. Dlaczego chcesz mnie ranić?

Po dziesięciu latach zmuszania do przebywania w towarzystwie innych po raz pierwszy jestem sama i to mnie trochę przeraża. Tej nocy na wrzosowisku, kiedy mnie wypuściłaś, byłam zmarznięta i ranna, a mimo to zostawiłaś mnie jak niechcianego psa. Mój okrutny właściciel najpierw kusił mnie miesiącami obietnic o przyjaźni, a potem po prostu opuścił.

Ale ty jak zwykle mnie nie doceniłaś, Leah. Myślałaś, że rozpłynę się w mroku, zniknę z twojego życia jak każda inna niedogodność. Czy gdybym była robakiem, postawiłabyś na mnie stopę i wdeptała w ziemię? Czy zastanowiłabyś się dwa razy przed wyeliminowaniem mnie ze swojego życia?

Czy ty tego nie widzisz, że chciałam uczynić cię piękną? Jesteś zaledwie przeciętna. Ciemna i brudna jak ten strumyk, w którym umyłam się na wrzosowisku tamtej nocy. Chcę wyprowadzić cię z tej przeciętności i przekształcić w pięknego ptaka, ponieważ masz potencjał, by się nim stać. Jesteś moim płótnem, Leah, pustym i czekającym na geniusza. Kiedy cię znajdę, zmienię cię w dzieło sztuki.

Czy nie rozumiesz, że w końcu cię odnajdę? Nieważne, jak długo to potrwa. Myślisz, że obchodzi mnie moja wolność? Moje własne życie? I tak nie potrafię funkcjonować na tym świecie, ponieważ świat odrzucił mnie taką, jaką jestem. Nie mam w życiu nikogo poza tobą.

Leah.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

 

E jak Elizabeth. L jak Lizzie. B jak Beth. Mam trzy możliwości do wyboru, a nie znoszę żadnej z nich. Nazywam się Elizabeth James, ale to nazwisko jest wystarczająco nudne, by nie przyciągnęło niczyjej uwagi. Poza tym wystarczająco różniło się od Leah Smith, by Isabel nie pomyślała, że warto się mu przyjrzeć. Funkcjonariusze, którzy zajęli się procedurami mojego wstąpienia do programu ochrony świadków, uznali, że powinnam przyjąć imię mające tyle różnych odmian, bym mogła wybrać sobie jedną z nich. Taką ulubioną. Lizzie wcale nie tak daleko było do Leah, ale w formalnych dokumentach figuruję jako Elizabeth.

Tak oto jestem w małym, szarym miasteczku na szkockiej granicy, z nowym nazwiskiem i nowym życiem.

Ale to nie potrwa wiecznie.

Pierwszą sugestią dotyczącą zmiany imienia Toma był Anthony, które to imię można było w razie potrzeby skrócić do Tony’ego. „Anthony James” brzmiało przyjemnie, a Tony’emu wcale nie tak daleko było do Toma, jednak nie spodobało mu się to. Zastanawialiśmy się jeszcze nad Owenem, Samuelem i w końcu zostaliśmy przy Scotcie. Scott i Elizabeth James.

Nasz nowy dom znajdował się w środkowej części szeregowca, był staromodnie umeblowany i wyklejony paskudną tapetą. Wszystko przygotowano przed naszym przybyciem, włącznie z pościeleniem łóżek czy dostarczeniem mleka i chleba do kuchni, ale od razu usłyszeliśmy, że nie powinniśmy się zbytnio do niego przyzwyczajać. Całkiem możliwe, że będziemy musieli się znów przeprowadzić. Jest to pierwszy dom, do którego trafiliśmy, ale trzecie miejsce od momentu opuszczenia Hutton. Najpierw zatrzymaliśmy się w hotelu w Lancashire, potem zamieszkaliśmy w następnym w Gateshead. A teraz wylądowaliśmy w wynajętym domu leżącym przy nudnej ulicy, w którym zasłony aż proszą się o pranie, a grzejniki hałasują nocami.

Dopóki tu tkwimy, żadne z nas nie ma poczucia celu w życiu. Jesteśmy zawieszeni w próżni. W zasadzie wychodzę z tego domu tylko po sprawunki, choć nie dostajemy zbyt wielu pieniędzy każdego tygodnia. Kupuję niemal wyłącznie jedzenie, choć ostatnio udało mi się zdobyć nowe koszulki dla Toma w składzie z artykułami dobroczynnymi. Raz w tygodniu chodzimy na tanie zajęcia z samoobrony, ale ostatnio zaczęły mnie one tak irytować, że chyba sobie odpuszczę.

Jeśli chodzi o program ochrony świadków, to należy wiedzieć jedno: nie jest to dla każdego. Niewiele osób trafia do programu po zostaniu ofiarą przestępstwa. Większość z nich to informatorzy donoszący na swoich kolegów zajmujących się przestępczością zorganizowaną. Najważniejszą regułą programu jest zatem to, że nikt nie dostaje więcej, niż miał wcześniej.

Problem w tym, że my wcześniej nie mieliśmy niczego.

Swędzą mnie blizny.

W powietrzu można wyczuć zapach deszczu, a moja fryzura już ucierpiała od nadmiaru wilgoci. Uchwyty plastikowych reklamówek wrzynają mi się w dłonie, kiedy idę ulicą. Powinnam była skorzystać z pomocy Toma, jednak po raz pierwszy od czasu przeprowadzki czyta książkę, zamiast siedzieć w internecie dzięki laptopowi, który dostał od swojej rodziny zastępczej.

To kolejna reguła – wszystko zostaje po tamtej stronie. Nie tworzymy profilu na Facebooku z jakimikolwiek zdjęciami czy nazwiskami, nie mamy konta na Instagramie, Twitterze czy w jakimkolwiek serwisie, w którym moglibyśmy pozostawić po sobie cyfrowy ślad. Jesteśmy duchami żyjącymi na obrzeżach społeczeństwa, a życie toczy się samo wokół nas. Nie możemy do niego dołączyć, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie jesteśmy bezpieczni. Jeszcze jej nie znaleźli.

Tom uważał, że zginęła gdzieś na wrzosowisku, głęboko w wąwozie, którego nie może przeszukać policja, ale ostatnio nawet on podskakuje nerwowo, kiedy rozlega się pukanie do drzwi lub ktoś odzywa się do niego na ulicy. Isabel to karaluch, którego nie sposób zadeptać, który chowa się wśród szczelin i niespodziewanie wyskakuje, obserwując cię uważnie i szykując się do skoku, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Kontakt z nią nawiązałam w szpitalu Crowmont. Pozwoliłam jej coś poczuć i nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek mi to wybaczyła. Ona się nie podda, prędzej umrze, próbując. W końcu po mnie przyjdzie.

Jak zwykle dłonie mi wilgotnieją, kiedy zaczynam myśleć o Isabel. Staję się jednocześnie bardziej świadoma obecności ptaków na kablach elektrycznych, łopotu ich skrzydeł i okazjonalnego pokrzykiwania. Co to za ptaki? Kruki? Próbuję sobie przypomnieć, o jakim omenie wspomniałaby Isabel na widok kruków, ale nic z tego nie wychodzi.

I wtedy niespodziewanie staję przed swoim domem. No, może nie swoim, ale namiastką miejsca, w którym mogą złożyć głowę na poduszce. Drzwi otwierają się bezpośrednio na salon, w którym zauważam Toma stojącego na samym środku ze wzrokiem wbitym w okno. Dostrzegam na szybie niewielką plamę krwi i rozmazane ślady, których nie zauważyłam, kiedy szukałam kluczy.

– Co się stało? – pytam, upuszczając torby na dywan.

– To była sroka, dasz wiarę? – mówi Tom.

Przyglądam się śladom na szkle i w końcu dochodzę do wniosku, że jestem w stanie rozpoznać wśród nich kształt ptaka w locie. Czuję jednocześnie lodowatą kulę w brzuchu, a po niej strach, który rozprzestrzenia się od uszu po kark.

– Jesteś pewny? – Podchodzę do okna i patrzę z bliska. Dlaczego nie zauważyłam sroki leżącej na ziemi pod domem?

– Już jej tutaj nie ma – odpowiada. – Odleciała.

Plama krwi jest nieco większa niż jednofuntowa moneta. Spodziewałabym się raczej, że po takim zderzeniu ptak będzie w zbyt kiepskim stanie, by odlecieć. Nie zobaczyłam jednak niczego na chodniku.

– Jesteś pewny? – powtarzam.

Tom zaciska szczęki.

– Dlaczego miałbym kłamać?

Ma oczywiście rację. Co zyskałby, okłamując mnie? Poza tym co miałby zrobić z martwą sroką?

– Myślisz, że to ona? – pyta.

Kręcę głową.

– To tylko zbieg okoliczności. Choć Isabel jest łebska, nie sądzę, by zdołała wytresować ptaka i skierować go w nasze okno. To tylko paskudny zbieg okoliczności, Tom. – Kładę dłoń na jego ramieniu, które jest dużo silniejsze niż kiedyś, i powtarzam sobie, że mam rację. Takie coś nie byłoby możliwe. Nawet w szpitalu Crowmont, kiedy Isabel oswoiła Pepsi, swoją zaprzyjaźnioną srokę, nie potrafiła tak wyszkolić ptaka, żeby trafił w nasze okno. Biorę głęboki wdech i staram się nie myśleć o koszmarach. Wyciągam rękę i podnoszę zakupy. – Głodny?

– Powinienem wyczyścić to okno – mówi Tom, bardziej do siebie niż do mnie.

– Ja w tym czasie przygotuję kanapki.

– Super.

Wychodzi z pokoju ze zwieszoną głową. Mój utrzymywany w tajemnicy syn. Zmężniał od tamtej nocy na wrzosowisku i wydaje się starszy, choć minęło zaledwie kilka miesięcy. Jest teraz wyższy, więcej waży i nabrał mięśni. Przed kilkoma tygodniami przez pewien czas stanowiliśmy zespół, byliśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek dotąd, jednak od tamtej pory znów się trochę rozmijamy. A teraz widzę go ponurego i pryszczatego jak kiedyś. Nie jestem pewna, czy to dobrze, czy źle, że znów uważa mnie za swoją irytującą starszą siostrę.

Pewnego dnia chciałabym móc powiedzieć mu prawdę.

Wkrótce nasza kuchnia wypełnia się jedzeniem. Kilka puszek z zupą i fasolą, bochenek chleba, herbatniki i makaron, i nasze szafki są wypełnione po brzegi. Choć Tom i ja trzymamy się na uboczu, wiem, że piętro wyżej mieszka rodzina z trojgiem dzieci, i nie potrafię sobie wyobrazić tak niewielkiej przestrzeni wypełnionej tyloma osobami. Kiedyś mieszkałam w kawalerce z moim byłym chłopakiem i nawet teraz, kiedy przypomnę sobie brudne kubki i zapach spoconych ciał na podłodze, robi mi się niedobrze.

Dźwięki niosą się w tym domu bardzo łatwo i słyszę popiskiwanie materiału o szkło, gdy Tom myje okno. Kurczę się na samą myśl o ptaku, który przyciska się do szyby, zagląda do środka swoimi perełkowatymi oczkami. Ale nic takiego się nie zdarzyło: sroka przyleciała, upadła i odleciała. Wczoraj z nudów umyłam wszystkie okna. Chyba zrobiłam to zbyt starannie.

Kiedy smaruję chleb, Tom wchodzi do kuchni i rzuca brudną szmatę do pojemnika. Zauważam, że czoło ma wilgotne od potu. Strach? A może tylko efekt wysiłku?

Kiedy się odwraca, by wyjść do salonu, zauważam, że z tylnej kieszeni jego dżinsów sterczy pióro. Zastygam w trakcie smarowania, z ręką zawieszoną nad paczką szynki w plastrach. Dlaczego zachował taką pamiątkę? Tom tak samo boi się ptaków jak ja po tym, przez co przeszliśmy z powodu Isabel. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Ostry dzwonek wyrywa mnie z otępienia, wysyłając impuls uwalniający adrenalinę. Podrzucam ze strachu talerz i w końcu chwytam się blatu, żeby się uspokoić. Kiedy w końcu tego typu niespodzianki przestaną doprowadzać mnie do takiego stanu? Kiedy będę znów normalna? Wyobrażam sobie milczącą obecność Seba u mojego boku, uczucie bezpieczeństwa nasuwające na myśl mur z cegieł oraz miękkości i komfortu kojarzącego się z kocem. Kiedy moje serce odrobinę się uspokaja, biorę kolejny głęboki wdech przez nos i wypuszczam powietrze przez usta, po czym wyciągam telefon z kieszeni spodni.

– Halo?

– Elizabeth? Mówi Adam.

Jeden z funkcjonariuszy, którzy pomogli nam wydostać się z Hutton po ataku Isabel.

– Mamy się pakować?

Długie westchnienie. Czy wyczuwam w nim napięcie? Mówi urywanymi słowami i ciężko oddycha. Coś jest nie tak.

– Przykro mi to mówić, ale tak.

– Chodzi o Isabel?

– Szczerze mówiąc, nie mamy pewności, ale musimy przenieść was w bezpieczne miejsce. Policja w Newcastleton znalazła ciało. Młoda kobieta, ciemne włosy jak twoje. Zwłoki były okaleczone.

Zaciskam dłonie na skraju blatu kuchennego, a moje kostki bieleją niczym mleko.

– Zabieracie nas?

– Tak – mówi. – Jutro o szóstej rano.

– Będziemy gotowi.

– Okej, zatem do zobaczenia.

Kończę połączenie i opieram się ciężko o blat. Nie powiedział ani słowa na temat miejsca, w które się udamy, ale nie mógł zrobić tego przez telefon. Choć Isabel jest przerażająca, nie wyobrażam sobie, że mogłaby podłożyć mi pluskwę w telefonie. Ale przecież był czas, kiedy nie potrafiłam sobie jej wyobrazić tnącej ciało martwego sześciolatka lub wciskającej ptaka w usta uciętej głowy. Moje skromne śniadanie podejmuje próbę wydostania się na zewnątrz, ale ignoruję to. Nie mam na to czasu. Muszę przygotować Toma.

Kiedy tylko dostrzega moją minę, wie już, że się boję.

– Jutro rano znów wyjeżdżamy. Policjant zabierze nas o szóstej.

– Dlaczego?

– Znaleźli zwłoki tutaj, w Newcastleton. Okaleczone.

Tom zabiera pilota z oparcia sofy i włącza telewizor na kanał BBC. Trwa rozmowa z jakimś politykiem na temat skandalu dotyczącego wydatków, jednak pod spodem widzę przesuwający się pasek informacyjny.

Zwłoki odnalezione w Newcastleton. Kobieta została uduszona i okaleczona.

– Uduszona – powtarza Tom. – Ciekawe, dlaczego zginęła.

Ja zastanawiam się również, kiedy zginęła. Wczoraj? Przedwczoraj? Staram się oderwać wzrok od ekranu, ale zupełnie mi to nie wychodzi. Kobieta. Tym właśnie jestem. Uduszona kobieta. Uduszona i okaleczona.

Mnie to nie może się przydarzyć.

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

 

 

 

Na autostradzie nabieramy prędkości, a w padającym deszczu wszędzie dookoła hałasują przejeżdżające ciężarówki. Tom wierci się niespokojnie na tylnym siedzeniu. Bawi się telefonem, co pewien czas wydycha powietrze przez nos i kręci głową. Z tego, co widzę, czyta bieżące wiadomości.

Adam zerka na mnie nerwowo z siedzenia kierowcy.

– Mam nadzieję, że to będzie już wasze ostatnie miejsce – mówi. – Nic nie wskazuje na to, że Isabel faktycznie cię znalazła. Ta zamordowana kobieta mogła być zupełnie przypadkową ofiarą. Nie natrafiono na zwłoki na progu twojego mieszkania. Mimo to znalazły się wystarczająco blisko, by nas zaniepokoiły.

Kiwam głową, nieszczególnie uspokojona jego słowami.

– Podali nazwisko – mówi Tom z tylnego siedzenia. – Finlay. Alison.

Nie reaguję na to w jakiś szczególny sposób, choć czuję się nieco odrętwiała. A więc wiemy, jak się nazywała. Czy ta kobieta została zamordowana z mojego powodu? Isabel zabiła ją dlatego, że nie mogła dopaść mnie? Czy zabiła ją dlatego, że ja nie zabiłam Isabel, kiedy miałam taką okazję? Na wrzosowisku kilka miesięcy temu. Miałam ją, ale puściłam wolno. Mogłam pozbawić ją życia w opuszczonym domu na farmie. Mogłam ją choćby związać. Zrobić cokolwiek. Ale za bardzo się bałam, żeby jej dotknąć. Chciałam tylko zabrać stamtąd Toma w bezpieczne miejsce. Czasami nienawidzę samej siebie za te czyny.

– Miejscowość nazywa się Clifton-on-Sea i leży na południowo-wschodnim wybrzeżu w pobliżu Margate. Powinno ci się tam spodobać. To ciche miejsce, z niedużą plażą. Mamy tam dla ciebie dom wolno stojący. Nieduży bungalow z widokiem na morze. W pobliżu jest dom opieki społecznej, Elizabe…

– Lizzy – wtrącam.

– Okej, Lizzy. Jest tam dom opieki społecznej z wolnym stanowiskiem recepcjonistki. Powiedz słowo, a dostaniesz tę pracę.

– Słowo – odpowiadam, próbując się uśmiechnąć w reakcji na kiepski żart. Zerkam na siedzącego na tyłach Toma, ale ten jest zapatrzony w ekran smartfona. Kiedy dołączyliśmy do programu, dostaliśmy nowe telefony. Teraz Tom ledwie odrywa oczy od ekranu.

– To dobrze – mówi Adam z uśmiechem. – Cieszę się, że chcesz tam pracować. Wiem, że oznacza to więcej kontaktów w ludźmi, niż miałaś przez ostatni czas, ale uważam, że jesteś na to gotowa. Czujecie się komfortowo z nową tożsamością?

– Cóż, trochę to dziwne – odpowiadam. – Ale powoli się przyzwyczajam.

– A czy korzystacie ze Scottem z nowych tożsamości w domu? – pyta Adam. – Lubi co pewien czas testować nas tym pytaniem.

– Tak.

Kłamstwo.

Zerkam ponownie na Toma, żeby posłać mu konspiracyjny uśmiech, ale on wciąż tkwi przyklejony do telefonu. Uśmiech spełza z moich ust. Skoro jest jednak zajęty, mogę się mu przyjrzeć. Wygląda teraz nieco inaczej. Ma krótsze włosy, już nieufarbowane na czarno, usunięty piercing i bardziej konkretne kształty. Nie przyglądam się teraz jednak jego zmianom, lecz poszukuję piór, które zebrał. Czy postanowił zabrać je ze sobą? Czy ma jakąś obsesję na temat tego, co wydarzyło się w Hutton? Muszę się tego dowiedzieć.

Przez większą część bardzo długiej podróży opieram głowę o okno po stronie pasażera i zapadam w niespokojny sen, niezdolna do odprężenia się do poziomu umożliwiającego głębsze zaśnięcie i balansująca na krawędzi. Czuję każdą nierówność na drodze, słyszę pochrząkiwanie Adama i cmoknięcia Toma na tylnym siedzeniu, który wciąż czyta artykuły o zamordowanej kobiecie.

Alison.

Uduszona.

Czy Isabel zabiłaby kogoś w taki właśnie sposób? Choć budzi przerażenie, jest stosunkowo niewielka. Czy zdołałaby zacisnąć dłonie na szyi kobiety i zadusić ją na śmierć? Chyba że użyła sznura, plastikowej torby lub czegoś, co mogło posłużyć za garotę. Isabel lubiła być przygotowana. Ale czy przyczyną śmierci nie byłoby wtedy pozbawienie dostępu tlenu? Być może za dużo o tym myślę. Skąd mam wiedzieć, czy media znają wszystkie fakty? Mogli mówić o uduszeniu, podczas gdy chodziło o odcięcie dopływu tlenu. Nie mogę ufać tabloidom, co wcale nie oznacza, że je czytuję.

Adam płaci za lunch w Little Chef, rozprostowuje nogi, krążąc wokół stacji obsługi samochodów, po czym zawozi nas do nowego domu: Clifton-on-Sea. Droga wije się, przecinając małe miasteczka, biegnie wzdłuż plaży, po czym dociera na klify z widokiem na Morze Północne. Deszcz przestał w końcu padać, ale sądząc po tym, jak zachowuje się trawa i samotne opakowanie po chipsach, które pędzi w górę zbocza, na zewnątrz jest bardzo wietrznie.

W odległości pięciu minut jazdy od morza Adam parkuje samochód pod niedużym bungalowem ze stromym podjazdem, zaciąga hamulec ręczny i wskazuje głową dom.

– Tutaj powinnaś mieć odrobinę więcej przestrzeni. To naprawdę urokliwe miejsce. Dużo lepsze, by rozpocząć nowe życie. A przynajmniej tymczasowe nowe życie, dopóki nie złapiemy Isabel.

Z tylnego siedzenia dobiega parsknięcie. Oboje z Adamem je ignorujemy.

– Dzięki. Doceniamy wszystko, co zapewnił nam program. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek poczuła się naprawdę bezpieczna, dopóki ona jest na zewnątrz, ale to na pewno pomoże.

Kiedy wysiadam z pojazdu, wiatr uderza mnie w twarz, odbierając oddech. Tocząc z nim walkę, docieram do domu, a kiedy jestem już blisko, kontynuuję obchód i przechodzę na drugą stronę, gdzie znajduje się ogród. Z tego miejsca widać niespokojne morze pieniące się pod klifami. Stąd całkiem niedaleko do Francji, choć jej nie widzę.

Adam miał rację, twierdząc, że jest tu inaczej niż tam, gdzie do tej pory nas ukrywali. Nigdy nie mieszkałam nad morzem, nie dorastałam wśród plaż, jedząc lody na patyku i nosząc kieszenie pełne muszelek. Nigdy nie byliśmy tego rodzaju rodziną. Mimo to zmiana scenerii jest bardzo przyjemna. To miejsce wydaje się przynajmniej oddalone o milion kilometrów od Isabel.

Ale czy to wystarczy?

Adam zostawia nas z niedużą kwotą pieniędzy na dodatkowe meble i ubrania. Od razu odkładam stówę na elegancki strój – włożę go na rozmowę kwalifikacyjną w domu opieki, o którym wspominał. Przekazuje mi również nazwisko i dane kontaktowe nowej terapeutki. Każda osoba objęta programem ochrony świadków ma własnego terapeutę.

Popołudnie poświęcamy na rozpakowanie niewielu kartonów, które zabraliśmy. Tom łączy telefon z bezprzewodowym głośnikiem i słuchamy Funeral for a Friend, wypakowując sztućce i książki. Należący do Seba egzemplarz Czy androidy marzą o elektrycznych owcach znajduje się wśród moich książek i postanawiam, że w końcu znajdę czas i przeczytam tę pozycję. I tak nie mogę mu jej odesłać. Nie chcę mu jej odsyłać. Wolę, żeby część niego pozostała tutaj ze mną.

Bungalow jest dość staromodny, a atrapy kamieni wokół kominka i deski na podłodze w salonie podpowiadają, że nie remontowano go od paru dziesięcioleci. Nie jest tu jednak brudno, nawet kuchnia została starannie wysprzątana. Zaczynam już kombinować, co mogłabym pozmieniać. Moje ubranie na rozmowę kwalifikacyjną nie pochłonie stu funtów, więc mogę wydać połowę na farbę i pomalować szafki kuchenne na słoneczną żółć, żeby rozjaśnić odrobinę to pomieszczenie. Do tego możemy dokupić stolik kawowy, jakiś wygodny fotel i nowe poduszki do wyblakłej, kwiecistej sofy.

Tom wybiera pokój w przedniej części domu, ponieważ ma tam więcej miejsca na gitarę, a do tego powinno jeszcze wejść biurko. Mnie przypada zatem pokój z widokiem na morze. Teren za domem opada ostro w dół, dzięki czemu można obserwować spienione fale w dole. Przypomina mi się, jak kiedyś zahaczyłam piętą o krawędź klifu i omal nie spadłam na skały w dole. Przypomina mi się zimna ręka, którą wypuściłam z uchwytu, i blada twarz spadająca w mrok.

Zawsze chciałaś latać.

Chyba pomaluję ten pokój na błękitno. Będzie tu jak w niebie.

Niespokojni, pomimo długiej i męczącej podróży, wychodzimy z Tomem z domu i idziemy do Clifton. Nie jest to jakieś oryginalne miasteczko, przypomina raczej przedmieścia położone nad morzem z restauracjami serwującymi dania na wynos, sklepami sieci Spar i pubami z niechlujnymi szyldami. Równie dobrze moglibyśmy znajdować się gdzieś w Londynie, gdzie ludzie wychylają się z okien mieszkań położonych nad sklepikami, a na ulicy rozmawia się w dziesięciu językach. Kiedy jednak mijamy długi pas knajp, schodzimy stromym zboczem w miejsce, gdzie zimna piaszczysta plaża spotyka się z morzem. Tutaj wiatr atakuje wilgocią i słonawym zapachem, a brudne sklepy ustępują miejsca pustym podcieniom. Jest poza sezonem, początek lutego. Zimno i szaro. Wiatr nieustannie przenika przez moje dżinsy i chłodzi uda.

– Co chciałbyś przekąsić? – pytam.

Tom wzrusza ramionami.

– Jesteśmy nad morzem. Ryba z frytkami?

– W porządku.

Znajduję odpowiednie miejsce na promenadzie, gdzie droga zbliża się do plaży. Samotny mężczyzna spaceruje z psem po piasku, a jego duży płaszcz przeciwdeszczowy trzepocze na wietrze.

– Myślisz, że znów się przeprowadzimy? – Wiatr porywa głos Toma, ale czuję się dostrojona do niego i usłyszałabym jego szept nawet podczas huraganu.

– Nie wiem – przyznaję. – Znajdujemy się daleko od niej. Czuję to.

– Masz z nią jakieś psychiczne połączenie?

Przewracam oczami.

– Nie to mam na myśli. Może to przez to miejsce. Sama nie wiem. Ale po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję się bardziej odprężona. A ty?

– Ja nie.

Nie musiał się nad tym zastanawiać. A czy ja naprawdę muszę się zastanowić, żeby to wiedzieć? Nie skłamałam Tomowi. Naprawdę czuję się zrelaksowana, ale to nie oznacza, że przestałam myśleć o Isabel choćby przez chwilę, zastanawiać się nad miejscem jej pobytu, nad tym, co robi i czy wciąż mnie szuka.

– Kiedy uwięziła nas w tamtym domu – mówi Tom – powiedziała, że nie obchodzi jej, czy zostanie aresztowana. Pragnęła cię po prostu skrzywdzić. Po tych wszystkich latach spędzonych w szpitalu była wolna, a pragnęła tylko jednego: zrobić ci krzywdę. Nigdy nie zamierzała uciec i żyć swoim życiem. Chciała uciec i znaleźć sposób, żeby powoli cię zabić.

Jego słowa sprawiają, że czuję pewien dyskomfort. Nigdy nie chciałam, żeby Tom mówił o takich ponurych sprawach. Najgorsze jest jednak to, że ma rację. Isabel mogła zyskać wolność i uciec z Hutton przed szpitalem i policją. Zamiast tego zaryzykowała wszystko tylko po to, by mnie zabić.

– Nie da rady nas znaleźć – mówię, a wiatr wieje mi w twarz. Mój głos brzmi przez to słabo, nieprzekonująco. – Byliśmy ostrożni. Program to jedna wielka ostrożność. To zawodowcy i wiedzą, co robią. Przez cały czas ukrywają ludzi przed przestępcami. – Nie czuję się jednak specjalnie przekonana własnymi słowami. Oni nie mieli jeszcze do czynienia z taką osobą jak Isabel, tak przebiegłą, że schudła i upodobniła się do mnie, żeby uciec ze strzeżonego szpitala. – Dalej będziemy ostrożni. Musimy po prostu uważać. Dostaliśmy szansę na nowe życie i chyba powinniśmy z niej skorzystać. – Zatrzymuję się i kładę Tomowi rękę na ramieniu. W czasach sprzed Isabel przytuliłabym go, ale od tamtej nocy żadne z nas nie przepada za kontaktem fizycznym. – Wszystko będzie w porządku. Wierzysz mi?

Smutek bijący z jego oczu wskazuje, że mi nie wierzy. Nie wierzy nawet w to, że ja w to wierzę, i ma zapewne rację.

Wie jednak, że powinien mnie uspokoić.

– Co zamówisz? Dorsza i frytki?

Chwytam go pod rękę.

– Kiełbasę w cieście.

– Klasyczny wybór.

– Szukają pracowników – zauważam. – Potrzebują dodatkowych ludzi na rozpoczęcie sezonu.

Tom zbliża się do okna i czyta ogłoszenie.

– Może powinienem się zgłosić.

Jestem zaskoczona. Zadowolona, ale zaskoczona.

– Jasne, dlaczego nie? Widzisz, już jest lepiej.

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

 

 

 

Piórko dotyka mojego policzka i otwieram gwałtownie oczy. Serce łomocze mi w piersi, sprawiając, że słyszę własny puls. Każdy z moich mięśni jest zimny i sztywny, a palce u stóp mam zupełnie zdrętwiałe. Kładę dłoń na ziemi i podnoszę się. Znajduję się na trawniku za domem i leżę na boku, zwrócona twarzą do morza.

W moim gardle narasta krzyk, gotów spotkać się z wiatrem wiejącym od strony wody. Tylko nie znów to samo, proszę. Moje myśli nie mogą przestać galopować. Siadam i chwytam się za kolana, drżąc od zimnych podmuchów.

Mam na sobie piżamę, którą poklepuję w poszukiwaniu telefonu wciąż tkwiącego w kieszeni. Dwie minuty po piątej nad ranem. Przynajmniej obudziłam się na tyle wcześnie, że zdołam ukryć to przed Tomem, który bardzo by się zmartwił. Szybko wstaję i biegnę do domu. Co zrobiłam wczoraj wieczorem po położeniu się do łóżka? Czy wyszłam z domu, poszłam na dziesięciominutowy spacer do całonocnego sklepu Spar i wróciłam z butelkami wina? Wypiłam je i odpłynęłam? Czy złamałam obietnicę złożoną Tomowi? Muszę się przekonać.

Tylne drzwi nie są zamknięte na klucz. Przynajmniej nie zostawiłam ich szeroko otwartych. Wchodzę do kuchni i zaczynam otwierać szafki w poszukiwaniu pustych butelek. Zaglądam do lodówki, do kosza na śmieci, ale niczego nie znajduję. Podnoszę każdy kubek stojący na blacie i wącham intensywnie. Czuję jedynie słaby zapach kawy i mięty z ziołowej herbaty. Sprawdzam salon, a potem swoją sypialnię. Nic.

Nie wiem, czy powinnam odczuwać ulgę, czy strach. Nie zaczęłam znów pić, ale lunatykuję tak samo, jak podczas mojego psychotycznego epizodu w Hutton. Nie pominęłam ani jednej dawki leku. Dlaczego znów to się powtarza?

Uspokoiwszy się nieco, zastanawiam się, co powinnam zrobić. Muszę najpierw sprawdzić, czy wszystkie drzwi są pozamykane na klucz. Potem powinnam umówić się na spotkanie z terapeutką. Moją nowąterapeutką, doktor Jennifer Qamber. Potrzebuję też prysznica i śniadania, a na koniec muszę pójść i kupić ubranie na rozmowę o pracę. Czeka mnie ciężki dzień, ale wiem przynajmniej, że nie mam kaca. Jednak i tak nie wszystko jest ze mną w porządku. Skąd mam wiedzieć, czy nad sobą panuję?

 

Jeśli Tom wie o moim lunatykowaniu, to nie wspomina o tym przez resztę dnia. Zgadza się jednak, by pojechać autobusem do Canterbury na zakupy. Program nie zapewnił nam tylu pieniędzy, żebyśmy kupili samochód, ale i tak się cieszę, że go nie mam. Stałby się tylko kolejnym zmartwieniem, a połączenia autobusowe wydają się całkiem niezłe.

To oczywiste, że nie jesteśmy już w Londynie, podoba mi się jednak ta cisza, a Canterbury jest mniejsze, mniej zatłoczone, a poza tym wciąż jest tam Whitefriars – przyzwoite centrum handlowe w pobliżu High Street. Kupuję w Primarku tanią, ale elegancką obcisłą spódniczkę. Tom wybiera sobie nową koszulkę w Next. Później podejmujemy decyzję, że farbę zamówimy w internecie i odpuścimy sobie poszukiwanie właściwego sklepu w miasteczku. Zaoszczędzony czas poświęcam na sprawdzenie informacji o domu opieki, do którego pójdę w sprawie pracy.

Opieka geriatryczna nie należy do mojej specjalizacji i nie jestem nawet do końca przekonana, czy chcę wracać do pielęgniarstwa, co oznacza, że praca w recepcji powinna być całkiem przyjemna. Choć znajdę się w środowisku zbliżonym do szpitalnego, będę wykonywać zupełnie co innego. Ogarniają mnie jednak niewielkie wątpliwości, czy sobie poradzę. W szpitalu Crowmont popełniałam błędy. Poważne błędy z gatunku tych, które narażają ludzi na niebezpieczeństwo i mogą doprowadzić do zamordowania takiej osoby jak Alison Finlay. Jako recepcjonistka nie będę miała przynajmniej możliwości, żeby znów je popełnić. W domu opieki nigdy nie spotkam nikogo tak niebezpiecznego jak Isabel. Trudno uwierzyć, żebym kiedykolwiek jeszcze spotkała kogoś tak niebezpiecznego. Nie sądzę, żeby ktoś taki w ogóle istniał.

Według tego, co podaje mi Google, Ivy Lodge znajduje się w odległości piętnastu minut jazdy autobusem z niedużego przystanku w Clifton. Postanawiam, że w poniedziałek wyjadę godzinę przed zaplanowanym spotkaniem, tak na wszelki wypadek. Na zdjęciach umieszczonych na stronie miejsce to prezentuje się całkiem przyjemnie, ale nigdy nie można opierać się wyłącznie na fotografiach. Na większości z nich pokazano dobrze utrzymany ogród. Jak jest w środku? Jako pielęgniarka słyszałam straszne opowieści o domach opieki, w których pacjenci byli fatalnie traktowani przez przepracowany, zestresowany lub po prostu okrutny personel. Nie chcę znaleźć się w takim otoczeniu. Chcę dołączyć do dobrze zarządzanej organizacji z przyzwoitym dyrektorem.

Może mi się poszczęści.

Po poświęceniu czasu na poszukiwanie informacji o Ivy Lodge i zapoznaniu się z podstawami opieki geriatrycznej podświadomie zaczynam wyszukiwać więcej danych na temat Alison Finlay, uduszonej i okaleczonej kobiety. Kiedy została zabita? Gdzie ją znaleziono? Od momentu opuszczenia Szkocji nie skupiam się na szczegółach, koncentrując się na tym, co dzieje się tu i teraz. Jednak po tym, jak obudziłam się na trawniku, muszę się czegoś dowiedzieć. Potrzebuję jak najwięcej informacji, ponieważ od dnia, kiedy zostałam zaatakowana przez Isabel, moje myśli są… niewłaściwe. Gwałtowne. A moje sny…

Nie chcę nawet myśleć o swoich snach.

– Mniej niż trzydzieści minut spacerem z naszego domu w Newcastleton.

Głos Toma sprawia, że podskakuję.

– Jasny gwint, a ty jak zwykle bezgłośny. Co jest? Chodzisz na palcach czy jak?

Stary Tom pstryknąłby mnie w ucho, przewrócił oczami lub uśmiechnął szelmowsko, jednak nowy Tom tylko zerka nad moim ramieniem na artykuł w internecie.

– Dlaczego nie podają, jakiego rodzaju okaleczenia znalazły się na ciele? – zastanawia się. – Nie ma żadnych szczegółów.

– Lepiej dla śledztwa, kiedy nie podają takich informacji do wiadomości publicznej.

– Powinnaś zadzwonić do tego detektywa i zapytać – podsuwa Tom. – Jak on się nazywał? Murphy. Musimy się dowiedzieć, czy to sprawka Isabel. Czy nie zasługujemy na to, by wiedzieć? No ja pierdolę!

– Tom! Język!

– Chciałaś chyba powiedzieć „Scott”? – Chwyta za oparcie krzesła i popycha mnie. Robi to za mocno, żeby uznać to za zabawne. – Nim właśnie jestem. Scottem Jamesem. Co za głupie nazwisko.

– A co, myślisz, że Lizzie James mi się podoba? Jak jakaś wiktoriańska prostytutka.

Wciąż nie udaje mi się go rozśmieszyć.

– Daj spokój, Tom. Musimy się do tego przyzwyczaić.

Odsuwa się ode mnie.

– Nie, musimy przygotować się na to, że Isabel nas znajdzie. Musimy być gotowi. Chyba wybiorę się na spacer, zaczerpnę trochę świeżego powietrza.

– Mam ci towarzyszyć?

Kręci głową.

 

Ivy Lodge jest tak mały i przyjemny, jak sugerują fotografie. Cieszę się, że nie trafiłam do wielkiego domu, taki jak ten oznacza mniej pacjentów. Choć jest przed dziewiątą, parking jest prawie cały zastawiony samochodami, odczuwam więc ulgę, że będę tutaj przyjeżdżała autobusem, rzecz jasna, jeśli dostanę tę pracę. Przechodzę krótkim podjazdem w stronę budynku. Kojarzy mi się on z rezydencją, w której przed stu laty mogła mieszkać bogata rodzina. Obrazu dopełniają duże okna, szerokie drzwi wejściowe i bluszcz pnący się po murze. Panuje tu cisza, jaką rzadko kojarzę z pracą pielęgniarską, jakby wszystko spowolniło swój rytm. Postanawiam jednak wstrzymać się z ocenami, dopóki nie znajdę się wewnątrz. Tam może panować zdecydowanie większy zgiełk.

Naciskam dzwonek i słyszę sygnał domofonu. Kiedy zamykam za sobą drzwi, cała ościeżnica grzechocze, a ja rumienię się zawstydzona hałasem, jakiego narobiłam w tym cichym miejscu. Jestem przed czasem, siadam więc i czekam, wygładzając spódniczkę z Primarku z nadzieją, że nikt nie zauważy taniego materiału, z jakiego ją wykonano. Mama zwykła powtarzać, że dobre żelazko potrafi zmienić cały strój. Przez większość czasu nosiliśmy używane ubrania, ale mama prała je i prasowała tak, jakby były drogimi designerskimi ciuchami. Zawsze dbaliśmy o czystość i porządek, choć nasza odzież nigdy nie należała do najmodniejszej.

Recepcja zasłania widok na dalszą część domu, ale kiedy czekam, nie mogę się powstrzymać przed wyciąganiem szyi, by zerknąć przez drzwi na końcu korytarza. Czy jest tam czysto? Czy panuje porządek? Dominuje biel? Czy pacjenci są zadowoleni? Biorę głęboki wdech, żeby się uspokoić. Ostatnim razem, kiedy zobaczyłam podobne drzwi, spotkałam Isabel.

To nie może się wydarzyć tym razem.

Nie ma tu żadnych morderców, jedynie potrzebujący pomocy ludzie. To nie jest miejsce dla niezrównoważonych psychicznie przestępców. To nie szpital Crowmont. Dlaczego jednak tak dziwnie się czuję? Bębnię palcami o kolana i próbuję nie patrzeć na kobietę siedzącą za recepcyjnym biurkiem. Czy to ją miałabym zastąpić? Czy jest tutaj tylko tymczasowo? Być może dowiem się tego na rozmowie. Kiedy zerkam w stronę wejścia, podświadomie zastanawiam się, jak by to było, gdybym po prostu wstała, wyszła i już nigdy nie wróciła. Ale wtedy nie miałabym jak utrzymywać Toma. Co zrobiłabym ze swoim życiem?

– Pani James?

Odwracam głowę, przekonana, że obficie się pocę.

– Tak. – Wstaję i zarzucam na ramię torebkę, z której wypada długopis. – Przepraszam. – Pochylam się szybko i go podnoszę, czując zawroty głowy, kiedy przyspiesza mój puls.

– Nic się nie stało. – Kobieta po czterdziestce o miłym uśmiechu czeka cierpliwie, aż pozbieram się do kupy. – Dzień dobry. Jestem Eileen Hargrave, dyrektor Ivy Lodge. Czy zechciałaby pani za mną pójść? Oprowadzę panią po budynku, a potem usiądziemy do rozmowy. Zajmowała się pani pielęgniarstwem psychiatrycznym, zgadza się?

– Tak.

– Ucieszyła panią ta zmiana?

– Oczywiście, poza tym przeprowadziłam się tutaj niedawno z moim młodszym bratem Scottem. Ivy Lodge znajduje się niedaleko naszego domu i prezentuje naprawdę wyjątkowo. – Kiedy kobieta jest zajęta otwieraniem drzwi za pomocą karty, grzbietem dłoni wycieram szybko pot z czoła.

– I jak się pani podoba w Clifton?

– Widoki są nieziemskie. Tego właśnie było mi trzeba.

Kiedy podążamy krótkim korytarzem, mrugam, by pozbyć się wrażenia, że idę jednym z korytarzy w Crowmont do pokoju Isabel. Jej obraz pochylonej nad biurkiem i rysującej swoje ptaki na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Dzisiaj narysowałam kruka, Leah. Podoba ci się? One przynoszą szczęście.

Nie, muszę wyrzucić z głowy te wspomnienia.

– Ma pani jakąś rodzinę w okolicy? – pyta Eileen.

Docieramy do świetlicy z mnóstwem foteli i sof. Siedzi na nich kilkoro pacjentów, którzy grają w karty lub oglądają telewizję.

– Nie – odpowiadam. Jestem ostrożna, ale postanawiam się do tego przyznać. – Tak naprawdę, to zostałam tutaj przeniesiona dzięki organizacji zajmującej się przemocą domową. – Adam zasugerował, by podać taką przyczynę, co ułatwi wytłumaczenie przeprowadzki obcym. Ludzie zwykle nie zadają już więcej pytań.

– Tak mi przykro. Zachowamy oczywiście pełną dyskrecję. – Eileen przerywa na chwilę. – Zauważyłam, że nie ma pani szczególnego doświadczenia w administracji, jednak pani wniosek był doskonały. Jeśli dostanie pani tę pracę, wrzucimy panią na głęboką wodę, zlecając zorganizowanie zbiórki pieniędzy.

– Szybko się uczę – zapewniam. – Przeszkolenie pielęgniarskie przygotowało mnie praktycznie do wszystkiego.

Eileen unosi brwi.

– Potrafię sobie to wyobrazić.

Nikt jednak nie potrafi sobie wyobrazić, przez co przeszłam.

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

 

 

 

ISABEL

 

 

 

 

Przez cały czas miałaś przede mną tajemnice, Leah. Nigdy nie opowiedziałaś mi o przystojnym farmerze, prawda? Obserwowałam was razem, ukryta na wrzosowisku, zawsze w bezpiecznej odległości. A wy wymienialiście tęskne spojrzenia jak nowożeńcy. Zakochani.

Zabolało mnie to, że postanowiłaś przemilczeć swoje prywatne życie. Przez cały czas udawałaś moją przyjaciółkę, a jednocześnie odcięłaś mnie od dużej części swojego życia. Wstydziłaś się go? A może nie chciałaś, żeby zbytnio się do mnie zbliżył? Udawałaś przez wszystkie te miesiące?

Moja przeciętna Leah ze swoim mężczyzną.

Od tamtej pory musiałam opuścić Hutton, bo dopilnowałaś, żebym nie czuła się tam bezpiecznie. Byłam lisem nieustannie tropionym przez ogary, ale kiedy w końcu zdołałam się ogarnąć, znalazłam drogę wyjścia.

Czy ty masz w ogóle pojęcie, ile mnie to kosztowało? Czy wiesz, że zredukowałaś mnie do podrzędnej przestępczyni kradnącej ludziom z torebek i grzebiącej w koszach na śmieci? Nadchodzi taki moment, kiedy najważniejsze staje się przeżycie, a to całkowicie wykasowuje osobę, którą było się wcześniej. To właśnie przydarzyło się mnie. Prawie o tobie zapomniałam, sypiając na ulicach, szukając resztek w koszu przy kawiarni i trzymając się z dala od miejsc z kamerami monitoringu, przeskakując przez ogrodowe płoty, by zabrać czyste ubrania ze sznurków, i schodząc z utartych szlaków z nadzieją, że zmierzam we właściwym kierunku, by opuścić Hutton i wymknąć się z obławy. Z twojego powodu nie mogłam pójść na dworzec kolejowy. Kradzież samochodu była zbyt ryzykowna. Musiałam pokonać wiele kilometrów w brudnych ciuchach, aż dotarłam do następnego miasteczka. Tylko tego pragnęłam. Szłam i szłam, mało nie padłam, aż je znalazłam. Przyczaiłam się tam w nocy, kradłam w blasku księżyca, a potem przeszłam przez pola i lasy, by dotrzeć do kolejnej miejscowości.

Wiesz, co jeszcze zrobiłam? Schowałam ukradzione pieniądze. Kupiłam farbę do włosów. Obserwowałam ludzi i zmieniłam sposób chodzenia, stania, rozmawiania. A potem kupiłam karton, taki, jakie kupuje się na poczcie. Wolałam go kupić, a nie korzystać ze znalezionego, bo nie chciałam ryzykować. Zależało mi, żeby moja poczta wyglądała na nudną, aby nikt się nią nie zainteresował.

Poszłam z kartonem na pocztę i nadałam go. Potem dotarłam na dworzec autobusowy, kupiłam bilet i wsiadłam do autobusu. W połowie drogi wysiadłam na samym środku niczego i znów ruszyłam pieszo.

Szłam przez bardzo długi czas. Mam teraz stwardniałe pięty, ale wtedy dorobiłam się pęcherzy i były nawet takie chwile, kiedy pokonywałam pola i