Ktoś kto mnie kocha - Mari Jungstedt - ebook
Opis

Chłodne promienie kwietniowego słońca oświetlają powoli teren dawnego kamieniołomu w Bungena północy Gotlandii, gdzie znaleziono martwą pośredniczkę handlu nieruchomościami, Sannę Widding. Zaledwie kilka kilometrów dalej znajduje się rodzinna posiadłość Rambergów, w której sprzedaży miała właśnie pośredniczyć. Sprzedaż tego pięknego kompleksu budynków uznanych za zabytki kultury budzi jednak sporo kontrowersji wśród rodzeństwa, które odziedziczyło je po śmierci ojca.

Komisarz śledczy Anders Knutaspowraca do pracy po dłuższej chorobie i wraz ze swoją koleżanką Karin Jacobssonod razu zabiera się za rozwiązanie zagadki tego poruszającego morderstwa. W trakcie śledztwa wychodzą na jaw głęboko skrywane, mroczne tajemnice rodziny Ramberg. Wkrótce też okaże się, że Sanna Widdingnie będzie jedyną ofiarą na tej spokojnej dotąd wyspie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuDen man älskar

Projekt okładki i stron tytułowych Anna Damasiewicz

Redaktor merytoryczny i korekta Ewa Grabowska

Redaktor prowadzący Zofia Gawryś

Redaktor techniczny Beata Jankowska

Copyright © Mari Jungstedt, 2014 First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland Copyright © for the Polish edition and translation by Dressler Dublin Sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2019

Wydawnictwo: Bellona ul. J. Bema 87 01-233 Warszawa tel. +48 22 620 42 91

Dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Rubenowi Eliassenowi, którego kocham, za każdy jego uśmiech, wszelką inspirację i całą miłość.

Białe ściany, wysoki sufit, okrągła lampa, przytłumione nieco promienie słoneczne wpadające przez cienkie bawełniane firanki, które tworzyły rodzaj parawanu między nim i światem zewnętrznym. Patrzył na to wszystko swoim jednym otwartym okiem. Wokół panowała kompletna cisza i nie było widać żywej duszy. Miał wrażenie, że jest zamknięty w jakiejś przezroczystej otoczce, którą sam sobie zrobił, w jakimś kokonie utkanym z niewidzialnych nici. Dolatywały go tylko ledwo słyszalne dźwięki, jakby cichy warkot. Z kranu kapała woda. Za oknem tak mocno wiało, że aż drżały szyby. Na stoliku obok jego łóżka stał wazon z nierdzewnej stali z kilkoma żółtymi tulipanami i szklanka wody, do połowy już wypitej.

Oprócz Knutasa w pokoju nie było nikogo. W powietrzu unosił się ostry zapach jakiegoś duszącego środka antyseptycznego. Ostrożnie przewrócił się na drugi bok. Zmrużył oczy i poczuł tępy ból z tyłu głowy. Bolał go bark, a szyja zupełnie mu zesztywniała. W głowie miał kompletną pustkę, jakby go ktoś ogłuszył. Popatrzył na gołe ściany i dotarło do niego, że chyba jest w szpitalu. Jaki dziś dzień? Która godzina?

Próbował usiąść na łóżku, ale mu się to nie udało z powodu nagłego silnego ucisku w okolicy przepony. Zabrakło mu tchu, powoli znowu opadł więc na łóżko. Dostrzegł wtedy swój zabandażowany brzuch. Przypomniał sobie ten nagły ból, jaki poczuł, zanim stracił przytomność. Myślał wówczas, że umiera.

Powoli zaczął przypominać sobie szczegóły zdarzenia w tamten chłodny poranek. Wszystko działo się tak szybko. Stał przed swoim domem, paląc fajkę, potem zadzwonił po taksówkę, która miała zawieźć jego i Karin na lotnisko. Początkowo zupełnie nie zwrócił uwagi na samochód zaparkowany na ulicy kawałek dalej, ale po jakimś czasie zauważył, że za kierownicą ktoś siedzi. W mroku widział tylko zarys postaci, ledwie dostrzegalnej w bladym świetle ulicznych lamp. Zaraz potem usłyszał warkot zapalanego silnika i dostrzegł pędzący prosto na niego samochód. Fajka wypadła mu z ręki. Na sekundę cały otaczający go świat jakby zamarł w bezruchu. Oślepiły go przednie światła pojazdu i nagle poczuł, że samochód na niego wpada. Usłyszał głuchy trzask, dźwięk rozbitej szyby i zobaczył, jak jego ciało odbija się od karoserii i leci w bok.

Pamiętał, że spojrzał w górę. Niebo zrobiło się już szare. Zaczął się świt. Nadal słyszał odgłos wgniatanej karoserii i rozbijanego szkła. Poczuł, że coś wilgotnego i ciepłego spływa mu po policzku. Otarł twarz rękawem kurtki. Zobaczył na nim krew i poczuł silny ból po jednej stronie ciała.

Czas zaczął nagle płynąć o wiele szybciej. Chmury, które dotąd wisiały spokojnie na niebie, teraz zerwały się z uwięzi i pędem gnały nad horyzontem. Z trudem udało mu się wstać. Zamroczony dostrzegł jak przez mgłę, że samochód wjechał prosto w dom jednego z sąsiadów. Najpierw staranował płot, potem przejechał po trawniku, a następnie uderzył we frontową ścianę budynku. Z jednego okna wyleciała szyba. Najbardziej ucierpiał jednak sam pojazd, jego przód był mocno wgnieciony. Stefan Norrström leżał na kierownicy z zakrwawioną twarzą. Knutas zauważył, że mężczyzna porusza ustami i patrzy na niego. Próbował wymówić jakieś słowo.

– Pomocy!

Początkowo Knutas nie zrozumiał, o co mu chodzi. Pomocy. Intensywnie zamrugał oczami. Ból po jednej stronie ciała był prawie nie do zniesienia. Samochód wbity w ścianę domu sąsiada i pracujący na pełnych obrotach silnik. Stefan patrzący na Knutasa i szepczący jakieś słowa, krew spływająca mu po policzku.

Spod maski silnika wydobywał się czarny dym. Knutas nie miał wiele czasu, musiał szybko postanowić, co dalej. Podszedł chwiejnym krokiem do samochodu, otworzył drzwi i pochylił się nad kierowcą. Norrström ledwie dosłyszalnie szeptał:

– Nie chcę w ten sposób umierać… Niech mnie pan ratuje.

Knutas chwycił go i wyciągnął z samochodu. Chwilę później paliwo eksplodowało i samochód stanął w płomieniach. W oddali słychać było nadjeżdżającą na sygnale karetkę pogotowia. Naraz na ulicy pojawiło się sporo wyrwanych ze snu ludzi, niemających pojęcia, co się stało. Ludzie mieszkający w domu staranowanym przez samochód wybiegli w piżamach.

Knutas ułożył Stefana na ziemi w bezpiecznej pozycji.

– Nie chcę umierać – szepnął znów Stefan.

– Nie umrze pan – zapewnił go Knutas.

Stefan chwycił go mocno za rękę. Knutas poczuł, jak wali mu serce, najpierw mocno, a potem coraz wolniej, jakby ktoś tłumił wszystkie dźwięki, przykrywając ich źródło mokrym kocem. Później ujrzał przed oczami zasłaniającą wszystko kotarę i powoli zaczął zapadać się w ciemność. Jego ręka wysunęła się z dłoni Stefana, a stojący wokół ludzie zniknęli mu z pola widzenia, podobnie jak migające światła karetki. Zakręciło mu się w głowie i nogi się pod nim ugięły.

A wreszcie ogarnęła go grobowa cisza, pustka i ciemność. Aż do tej chwili.

Jakaś ćma energicznie uderzała skrzydłami w halogenową lampę wiszącą na suficie. Na betonowej podłodze leżało bez ruchu jeszcze kilka innych owadów. Niczym Ikar, pomyślał. Ów antyczny bohater mitologii greckiej, któremu ojciec przykleił skrzydła, aby mógł uciec z wrogiej mu Krety. Młodzieniec leciał jednak zbyt blisko słońca, co spowodowało, że wosk, którym przyklejone były skrzydła, zaczął się roztapiać, a Ikar spadł do morza i się utopił. Tak samo jak ćmy, które latają zbyt blisko światła i giną.

Stał, patrząc, jak owad krąży wokół jasno świecącej lampy. Jej blask był tak silny, że oświetlał cały garaż. Ćma latała wokół, aż wreszcie znalazła się zbyt blisko lampy, dało się słyszeć skwierczenie, a ćma spadła na ziemię.

Kiedyś on także sparzył się jak ta ćma. Tylko raz w życiu czuł, że żyje pełnią życia. Rzucał się na głęboką wodę, oddawał się bez pamięci swojej pasji i czerpał garściami z tego, co przynosił mu los. Potem jednak dostał od życia kopniaka. Poczuł się tak, jakby przejechał po nim rozpędzony pociąg. Przeżył wprawdzie, ale to już nie było życie, tylko wegetacja.

Nigdy nie jest za późno, pocieszał się, mówiąc do swego odbicia w lustrze. Nigdy nie jest za późno na zmianę tej sytuacji.

Chwycił stojącą w kącie miotłę i zmiótł wszystkie martwe ćmy pod drzwi garażu. Otworzył je i wymiótł owady w ciemną, chłodną noc. Potem zamknął garaż na klucz i odstawił miotłę na miejsce.

Usiadł znów w samochodzie i przekręcił kluczyk w stacyjce. Reflektory oświetliły ścianę garażu i wiszące na niej narzędzia, poukładane porządnie w równych rządkach. Włączył swego ulubionego Johnny’ego Casha.

Zapalił papierosa, zaciągnął się i z zamkniętymi oczami słuchał, jak muzyka wypełnia całą przestrzeń pomiędzy nim a jego planami na przyszłość. Tym, co już postanowił zrobić. Zaciągnął się raz jeszcze, po czym otworzył oczy i spojrzał na ścianę. Jego wzrok przykuło jedno z narzędzi. Wysiadł z samochodu, zgasił wypalonego do połowy papierosa i włożył niedopałek z powrotem do paczki. Wziął do ręki pistolet bolcowy, rozkręcił go i poszukał nabojów. W szufladzie pod półką na narzędzia przechowywał pudełko z nabojami. Załadował nimi broń, a następnie ponownie ją złożył.

Sprawdził ciężar i przyłożył broń do swojej skóry, by poczuć chłód stali. Naciągnął sprężynę, odczekał chwilę, po czym zaczął ważyć broń w dłoni.

Usłyszał głos ojca. „Trzymaj rękę nieruchomo”, mówił. Nie było to jednak łatwe, gdyż broń była ciężka. Wtedy ojciec obejmował swoją potężną ręką jego małą dłoń, tak iż prawie nie było jej widać. Zmusił syna do trzymania broni przyciśniętej do czoła byka. Zwierzę wpatrywało się w chłopca, kiedy ten zamknął oczy, czując zapach strachu oraz chłód trzymanego w ręce pistoletu. „Teraz go odbezpiecz”. Spojrzał na ojca. „Nie dam rady”, powiedział, ale ojciec zachowywał się tak, jakby nie rozumiał, co syn do niego mówi, jakby nie chciał zrozumieć. „Dasz radę”. Głos ojca emanował taką pewnością siebie, takim spokojem. Jego olbrzymia dłoń zacisnęła się mocniej wokół dłoni syna. Wtem rozległ się strzał, który tak go ogłuszył, że aż się zachwiał. Byk upadł na ziemię i leżał bez ruchu. Chłopiec chciał krzyknąć, lecz nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Patrzył, ale i on, i ojciec, każdy z nich widział zupełnie coś innego.

Otrząsnął się ze wspomnień i powrócił do rzeczywistości. Westchnął ciężko i powiesił pistolet z powrotem na miejsce. Głos ojca w jego głowie umilkł, ale tylko na jakiś czas. Wiedział doskonale, że już się od niego nigdy nie uwolni, że zawsze czeka razem z innymi głosami.

Z głosami ludzi, którzy go zawiedli.

To była długa, bezsenna noc. Nawet wtedy, gdy nastał już ranek, Julia Ramberg ani trochę nie przestała się bać. Otworzyła oczy i od razu sobie przypomniała, co dziś ma do zrobienia. Ma się spotkać z rodzeństwem, aby po raz pierwszy od pogrzebu ojca porozmawiać na temat przyszłości ich rodzinnej posiadłości. Wiedziała doskonale, jakie plany ma jej rodzeństwo. Aż nazbyt dobrze znała ich zdanie. Dlatego gdy tylko o tym pomyślała, od razu się skuliła. Najchętniej znowu by zasnęła, aby śnić o czymś pięknym, dającym spokój i ukojenie. W pokoju było zimno, więc przykryła się kołdrą aż po sam nos. Wiosny na Gotlandii bywały na ogół chłodne, a wilgoć wdzierała się przez grube kamienne ściany ich domu. Kilka godzin leżała w łóżku, przewracając się z boku na bok i bezskutecznie próbując zasnąć. Przyglądała się tapecie malowanej w letnie kwiaty na cieniutkich łodyżkach: dzwonki, jaskry, maki i bratki. Staromodna tapeta była na tych ścianach od niepamiętnych czasów. Do pokoju ukradkiem wbiegł pies, usiadł przy łóżku i patrzył na swoją panią błagalnym wzrokiem. Border collie był jej najlepszym przyjacielem i największym wsparciem.

– No, chodź tu, Mio – powiedziała, klepiąc dłonią w kołdrę.

W okamgnieniu pies wskoczył na łóżko i ułożył się wygodnie w jej nogach. Serce zaczęło ją mocniej boleć, gdy pomyślała o czekającym ją spotkaniu z rodzeństwem. Daniel i Maria jasno oznajmili, że zamierzają sprzedać ich rodzinny dom, okazałą osiemnastowieczną posiadłość. I to jak najszybciej, jeszcze przed nadejściem lata i „sezonem ogórkowym na rynku nieruchomości”, jak to określił Daniel podczas ich wczorajszej wieczornej rozmowy telefonicznej. Głos starszego brata brzmiał bardzo oficjalnie i urzędowo. Nie poznawała go, miała wrażenie, że rozmawia z jakąś zupełnie obcą osobą.

Gaustäde należała do najpiękniejszych posiadłości na Gotlandii. Była wpisana na listę zabytków i miała pozostać w ich rodzinie także przez kolejne pokolenia. Od dzieciństwa wychowywali się tu wszyscy razem z rodzicami. Na tutejszej ziemi zapisana była cała historia ich rodziny. Rozwinęli tu hodowlę owiec, a ich gospodarstwo uchodziło za tak wzorcowe, że nawet zostało opisane w książkach na temat historii i tradycyjnego budownictwa Gotlandii. Nie rozumiała toku myślenia rodzeństwa. Ma się zatem stąd wyprowadzić już przed jesienią i tak po prostu zostawić to wszystko?

Zatrzęsła się z zimna i skuliła pod cienką kołdrą. Rankiem powietrze było tu rześkie i trzeba było rozpalać ogień w wielu kominkach. Od samego początku były tu one jedynym źródłem ciepła i tak zostało do dziś. Chyba to właśnie podobało jej się w tym domu najbardziej. Tak bardzo, że chciała tu nadal mieszkać. Lubiła to poczucie stałości, to że wszystko może tu być takie, jakie było przez lata. Nadal zajmowała się hodowlą owiec, przy której od najmłodszych lat pomagała rodzicom. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby robić coś innego.

Popatrzyła na belki sufitowe, na głębokie nisze okienne i drewnianą podłogę, poszarzałą ze starości i błyszczącą, bo tak już schodzoną przez lata.

Ciężko jej się zrobiło na sercu, miała ochotę rzucić czymś w ścianę, aby rozładować tę złość, jaka w niej narastała. Co się teraz z nią stanie? Skończyła trzydzieści pięć lat i nie miała własnej rodziny: ani męża, ani dzieci. Spotykała się wprawdzie z kimś w Visby, ale Bóg jeden wie, jak długo jeszcze przetrwa ten związek? A o przeprowadzce do miasta nawet nie myślała. Tak mocno przywiązana była do życia na wsi, do pracy w gospodarstwie, do obecności zwierząt. To tu właśnie było jej miejsce na ziemi. Prowadziła niekończące się rozmowy telefoniczne ze swoim rodzeństwem, ale niestety, nic to nie dało. Nieodwołalnie zamierzali sprzedać rodzinną posiadłość, a ona nie miała możliwości spłacenia ich części, aby móc zatrzymać ją dla siebie. Musiała się więc poddać i pozwolić im powierzyć dom handlarzowi nieruchomości.

Julia obróciła się na bok i spojrzała w stronę okna. Dostrzegła pola i łąki, owce pasące się na pastwisku, nadal bezlistne drzewa, bo wiosna na Gotlandii zaczyna się dość późno. Wszędzie tu były ślady ich rodzinnej historii. To tu biegała między budynkami, gdy tylko, będąc dzieckiem, nauczyła się biegać. Była tak szczęśliwa, jak szczęśliwe może być dziecko.

Gdyby chociaż żył Elias. Pewnie sprzeciwiłby się tej sprzedaży. Młodszy brat był najbliższą jej sercu osobą. Od najmłodszych lat trzymali się razem i wszystkim się ze sobą dzielili. Elias był od niej o rok młodszy i miałby teraz trzydzieści cztery lata. Mogła ślepo na nim polegać. Wiedziała, że zawsze będzie po jej stronie, cokolwiek by się działo. Elias, ten delikatny wrażliwiec, dla którego w dzieciństwie była wsparciem, gdy miał jakieś problemy. Nacięli sobie skórę na nadgarstkach i złożyli przysięgę krwi. Wymieszali swoją krew na znak, że są nie tylko rodzeństwem, lecz także najlepszymi przyjaciółmi, takimi na śmierć i życie. Elias – jej bratnia dusza. Nic nigdy nie będzie w stanie ich rozdzielić, tak sobie przysięgli. Mogła to zrobić jedynie śmierć.

Dopóki śmierć nas nie rozłączy, pomyślała podczas stypy, dotykając palcami blizny po nacięciu sprzed lat i patrząc na kwiaty i kartki z kondolencjami.

Rodzina pochowała Eliasa, a Julia pochowała wraz z nim cząstkę samej siebie.

Elias nigdy nie zgodziłby się na sprzedaż ich rodzinnej posiadłości. Kochał swoją kryjówkę w małym domku na terenie gospodarstwa, gdzie czytał książki, rysował i słuchał muzyki. Był inny niż wszyscy wokół: zamknięty w sobie marzyciel, żyjący we własnym świecie, który sobie stworzył. Matka nawet tego nie kryła, że Elias jest jej pupilkiem. A może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo było widoczne, że go faworyzuje. Starała się, żeby zawsze był blisko niej i chciała, by jak najczęściej przebywał w domu. Jednak Elias chodził swoimi drogami. Był niczym motyl, którego nie da się schwytać ani kontrolować. Gdy więc ukończył szkołę średnią, poszedł do pracy i przez kilka lat zbierał pieniądze, po czym oznajmił, że wybiera się do Chile, aby pochodzić po górach. Nikogo to nie zdziwiło. Już jako dziecko wspinał się wszędzie i marzył, aby uciec od tego, co sprawia mu ból i trudność. Spakował więc plecak i po prostu wyjechał.

Po trzech miesiącach otrzymali wiadomość o wypadku Eliasa w Chile. Tragedia pogrążyła całą rodzinę w głębokiej żałobie, a szczególnie mamę, która odtąd zupełnie się zmieniła.

Elias trzymałby moją stronę, pomyślała Julia. Razem bylibyśmy nie do pokonania. Tak jak to zresztą zawsze bywało w dzieciństwie.

Westchnęła i z trudem zwlokła się z łóżka. Włożyła kapcie z owczej skóry i okryła się szlafrokiem. Stanęła przy oknie, by zobaczyć, co się dzieje na dworze.

Owce miały ciągle jeszcze swoje grube, ciemnoszare zimowe futro, co sprawiało, że wyglądały na dwa razy grubsze, niż rzeczywiście były. Niedługo trzeba je będzie ostrzyc, może już po raz ostatni. Na samą myśl o tym zakłuło ją w sercu. Spojrzała w stronę małego, kamiennego budynku na skraju ogrodu. Była to dawna szopa, w której kiedyś suszono skoszony len. Ścieżka wiodąca do drzwi szopy była zarośnięta. Muszę coś z tym zrobić, pomyślała Julia.

Nagle zadrżała. Za budynkiem dostrzegła jakiś ruch. Zza rogu wyłonił się cień. Któż to się tam, na Boga, plącze? Rzadko ktoś zjawia się tu, na tym odludziu. A już na pewno nie od strony szopy. Czyżby miała jakieś zwidy? A może to była tylko zabłąkana owca? Całkiem możliwe.

Komisarz śledczy Anders Knutas siedział na brzegu bardzo już wysłużonego fotela biurowego w swoim gabinecie na komisariacie policji w Visby. Kołysał się powoli w przód i w tył. Jego biurko było zawalone stertą dokumentów, teczek, książek i notesów. Nikt inny zapewne nie byłby w stanie cokolwiek znaleźć w tym bałaganie, ale nie on. On dokładnie wiedział, co gdzie leży. Nie wiadomo dlaczego na biurku panował taki bałagan, bo komisarz miał aż nadto czasu na uprzątnięcie. Zimą nic szczególnego się nie działo, więc Knutas cały swój czas po pracy poświęcał na rehabilitację i powrót do formy. Dzięki zwolnieniu lekarskiemu przez jakiś okres pracował tylko na pół etatu. Teraz jednak zwolnienie już się skończyło, a on był zadowolony, że nareszcie może wrócić do swoich codziennych obowiązków. Na tyle oczywiście, na ile pozwalał mu stan zdrowia, bo tak naprawdę w jego życiu nic już nie było takie jak dawniej. Wszystko zmieniło się tak bardzo, że trudno by było mówić o jakichś dawnych przyzwyczajeniach albo rutynie.

Wyjął fajkę i zaczął napełniać ją tytoniem. Na niebie zbierały się ciemne chmury, z których w każdej chwili mógł spaść deszcz. Powietrze nadal było chłodne i nie czuło się w nim wiosny, choć to już kwiecień. Knutas wstał i podszedł do okna, by je zamknąć. Miał na sobie kurtkę, ale bynajmniej nie dlatego, że było aż tak zimno, lecz dlatego, że zniecierpliwiony czekał, kiedy w końcu będzie mógł wyjść. Jeszcze raz spojrzał na wiszący nad drzwiami zegar. Podniósł rękę i zerknął na swój zegarek, który wskazywał dokładnie ten sam czas. Znowu usiadł w fotelu i niecierpliwie stukał palcami w klawiaturę komputera. Już niedługo. Przesadnie wolno upychał tytoń w fajce, aby zabić dłużący się czas. Pojadą, kiedy tylko Karin będzie gotowa do wyjścia. Był tak zdekoncentrowany, że nie mógł się zabrać do niczego sensownego.

Zdarzało się, że miał ogromną ochotę zdjąć z ręki zegarek i odłożyć go na jakiś czas, by zobaczyć, co się dzieje, kiedy człowiek przestaje zwracać uwagę na upływający czas. Może wtedy zegarek stanąłby w miejscu, skoro nie byłby już człowiekowi potrzebny i nic by dla niego nie znaczył?

– Jestem gotowa. Czy jesteś pewien, że chcesz tam teraz pojechać?

Pytanie Karin wyrwało Knutasa z zamyślenia. Spojrzał w stronę drzwi i zobaczył stojącą w nich Karin. No wreszcie. Karin, piękna kobieta o ciemnych włosach i wielkich sarnich oczach, pomyślał. Nawet trochę się zmieszał, gdy ujrzał w drzwiach jej smukłą sylwetkę. Od jakiegoś czasu oficjalnie byli parą.

Karin była już gotowa do wyjścia, w ręku trzymała torebkę. Oparła się o framugę drzwi, przyglądając mu się uważnie.

– Zimno ci? A może złapałeś jakąś infekcję? – zapytała, zanim Knutas zdążył oprzytomnieć.

– Nie – odrzekł. – Już idę.

Wyłączył komputer, jeszcze obrzucił spojrzeniem biurko, po czym chwycił torbę, którą spakował już rano.

– Nie?

Knutas szybko pocałował Karin w policzek, a potem wyszli na korytarz i ruszyli schodami na dół.

– Jesteś pewien, że nie złapałeś infekcji?

Knutas zatrzymał się i popatrzył na nią bardzo poważnie.

– Nie, nie jestem przeziębiony. Tak, jestem pewien. Choć nie do końca jestem przekonany, że to dobry pomysł. Wiem tylko, że muszę to zrobić.

Gdy wsiedli do samochodu, zaczął lekko kropić deszcz. Knutas ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma usiadł koło Karin na miejscu dla pasażera. Karin od razu dostrzegła, że jest spięty. Patrzył przez okno, po którym błyszczące krople wody spływały niczym przezroczyste perły. Karin przekręciła kluczyk w stacyjce i wyjechała tyłem z parkingu.

– Zwykle pamiętasz o zapięciu pasa – zauważyła.

Knutas najpierw obrzucił ją szybkim spojrzeniem, a zaraz potem zapiął pas, położył ręce na kolanach i westchnął.

– Jesteś zdenerwowany – podsumowała Karin, włączając się do ruchu.

– Owszem – odparł Knutas. – Ale nie mam innego wyjścia.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania autorki

Dziękuję mojemu narzeczonemu, pisarzowi Rubenowi Eliassenowi, za jego wsparcie, pomoc oraz miłość, które okazał mi podczas mojej pracy nad tą książką. Dziękuję także moim dzieciom, Rebecce i Sebastianowi Jungstedt, których samo istnienie jest już dla mnie inspiracją do tworzenia. Dziękuję wam za to, że mnie wspieracie i pomagacie mi, czytając moje powieści i dzieląc się ze mną swoimi uwagami.

Dziękuję moim przyjaciołom i pozostałym krewnym, a szczególnie mojej wspaniałej przyjaciółce Lilian Andersson, mojej troskliwej siostrze Ewie Jungstedt Pilestål oraz moim kochanym przyjaciołom Tarze Djume i Rune Johansenowi, u których zawsze znajduję oparcie.

Składam także serdeczne podziękowania na ręce następujących osób:

Ulfa Åsgårda, lekarza psychiatry, specjalisty w dziedzinie tworzenia profilu psychologicznego przestępców

Leny Allerstam, dziennikarki

Johana Gardeliusa, technika kryminalistycznego z komisariatu policji w Visby

Martina Csatlosa z Zakładu Medycyny Sądowej w Solna

Magnusa Franka, komisarza śledczego z komisariatu policji w Visby

Mikaela Åslunda, inspektora śledczego z komisariatu policji w Visby

Leifa Bertwiga, pośrednika sprzedaży nieruchomości z firmy „Leif Bertwig AB” w Visby

Tage Norbecka, przewoźnika ze Slite i Bäl

Evy Darpö, artystki z Fårö tworzącej w szkle

Bardzo dziękuję całemu gronu współpracowników z wydawnictwa „Albert Bonniers Förlag”, przede wszystkim mojemu wydawcy Lotcie Aquilonius oraz mojej redaktor naczelnej Ulrice Åkerlund, a także graficzce Sofii Scheutz, agentce prasowej Annie-Karin Korpi i fotografowi Annie-Lenie Ahlström.

Serdecznie dziękuję również mojemu agentowi z firmy „Partners in Stories”, Jonasowi Axelssonowi, a także dwóm innym pracownikom tejże firmy, Agnes Cavallin i Céline Hamilton.

Pragnę serdecznie podziękować także Annie-Karin Eldensjö z ATN – All Together Now, która jest dla mnie prawdziwą podporą i sprawia, że w ogóle mogę się realizować jako pisarka.

Wreszcie równie serdecznie dziękuję wszystkim moim wspaniałym koleżankom i kolegom pisarzom. To dzięki wam moje życie staje się bowiem o wiele bogatsze!

Arguineguin, marzec 2014

Mari Jungstedt