Ktoś ci się przygląda - Katarzyna Misiołek - ebook
Opis

Anna, radiowa dziennikarka, której nocny program „Randka w ciemno” jest bardzo popularny wśród słuchaczy, mieszka z pięcioletnim synem w starym domu na krakowskim Podgórzu. Jest kobietą jakich wiele – rozwiedzioną samotną matką, która godzi pracę zawodową z opieką nad dzieckiem. W jej życiu nie dzieje się nic niezwykłego, aż do dnia, w którym odkrywa, że ktoś się koło niej kręci. Ktoś, kto ma klucze do jej domu. Ktoś zupełnie obcy, a może bliski? Ktoś, kto nie waha się naruszyć pewnych granic i być może ma złe zamiary… Anna zaczyna się bać. Ten, kto ją osacza, wciąż pozostaje w ukryciu. Anna gubi się w domysłach, powoli przestaje ufać nawet swoim bliskim. Nęka ją nowy sąsiad? Syn gruzińskiej gosposi o ponurym spojrzeniu? Były student, z którym miała przelotny romans? Jak wiele wiemy o ludziach, których spotykamy na co dzień? I czy to możliwe, że Anna, która bardzo źle zniosła swój niedawny rozwód, wszystko to sobie wyobraziła? Pozostawiona samej sobie, osamotniona po odejściu męża, wpada w paranoję, czy może jednak ktoś na nią czyha?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt ‌okładki: Izabella ‌Marcinowska

Redaktor prowadzący: ‌Małgorzata ‌Burakiewicz

Redakcja ‌techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji ‌elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna ‌Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© ‌Wojciech Zwolinski/Arcangel ‌Images

© ‌by ‌Katarzyna Misiołek

© ‌for ‌this ‌edition by MUZA SA, ‌Warszawa 2018

ISBN ‌978-83-287-0909-6

Warszawskie Wydawnictwo ‌Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Prolog

Ktoś był w sypialni. Ktoś ‌obcy. Zły. Obecność ‌intruza ‌wyczuwałam całą ‌sobą, jakby wszystkie ‌moje zmysły ‌wyostrzyły się ‌w jednej sekundzie, ‌gotowe do ‌odparcia ataku. ‌Otaczała ‌mnie aksamitna ciemność, a w niczym ‌niezmąconej ciszy ‌upalnej ‌nocy wyraźnie słyszałam ‌czyjś ciężki chrapliwy oddech. ‌Znieruchomiałam ‌pod ‌cienką ‌kołdrą i leżałam z zaciśniętymi ‌powiekami, wmawiając sobie, że ‌wszystko to tylko ‌mi się ‌wydaje. Wtedy ‌na mnie ruszył. Zatrzepotała ‌ciężka zasłona ‌z tafty w kolorze ciemnego ‌cynamonu i w tej samej ‌chwili wynurzyła się ‌zza ‌niej postawna ‌sylwetka. Usiadłam na łóżku, wydając ‌z siebie zduszony ‌okrzyk przerażenia, ale on ‌był już przy mnie. ‌Jego dłoń ‌była szorstka i lepka. ‌Zasłonił mi usta, ‌drugą złapał mnie za ‌włosy i oplótł je sobie wokół nadgarstka. Szarpnęłam się, ale było już za późno. Pchnął mnie na plecy, a jego ciężar wbił mnie w miękki materac. Sprawił, że straciłam panowanie nad własnym ciałem. „Teraz dam ci nauczkę, suko” – wycedził. Jego usta były tuż przy moich, czułam na policzku ciepły, przesiąknięty miętą oddech obcego mężczyzny. Na twarzy miał kominiarkę. Zaczęłam wpadać w panikę. To się nie dzieje naprawdę, pomyślałam, jednak jego ciężar nadal wgniatał mnie w materac, unieruchamiał niczym przyszpilonego do gobelinu motyla. Szarpnęłam głową i chaotycznie zatrzepotałam rękoma, usiłując mu się wyrwać, ale cios, który mi wymierzył, sprawił, że świat zawirował i zniknął. Kiedy się ocknęłam nadal lekko zamroczona, krztusząc się od krwi, która buchnęła mi z nosa i spłynęła do gardła, napastnik zdarł ze mnie krótką nocną koszulę, a jego duże, szorstkie dłonie ugniatały moje nagie piersi, brzuch, ramiona… „Nie!” – krzyknęłam, bijąc go na oślep, ale już się na mnie zwalił i jednym pchnięciem wbił się w moje wnętrze.

Obudziłam się w momencie, w którym zamaskowany mężczyzna wyjmował spod materaca duży ząbkowany nóż i dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że to był tylko koszmarny sen. Jednak zwierzęcy strach, jaki czułam uwięziona w gęstych mackach koszmaru, towarzyszył mi nawet po przebudzeniu… Tym bardziej że otaczała mnie właśnie cała jego sceneria… Sięgnęłam do nocnej lampki i wnętrze niewielkiej sypialni zalała przyjazna bursztynowa poświata. Drżąc na całym ciele, zerknęłam w stronę okna. Wiedziałam, że to idiotyczne, jednak przez moment byłam niemal pewna, że za ciężkimi kotarami z cynamonowej tafty czai się gwałciciel.

– To tylko sen, tylko pieprzony sen – szepnęłam do siebie, odrzucając cienką letnią kołdrę, którą byłam przykryta.

Krótka biała koszula nocna lepiła mi się do pleców i brzucha, przepocone włosy nieprzyjemnie łaskotały szyję. Panująca w pokoju duchota była nie do zniesienia, przechodząca nad miastem fala upałów zamieniła je w wielki rozgrzany piekarnik. Podeszłam do okna i odsunęłam zasłonę. Zalany księżycowym światłem zaułek za moim domem sprawiał wrażenie cichego i spokojnego, ale serce nadal tłukło się mi się w piersi jak oszalałe.

Otwierając stare okno z wypaczoną ramą, poczułam, że jeszcze nigdy nie było mi tak źle samej. Dni sprawiały wrażenie niekończącego się ciągu obowiązków, noce były puste, samotne i pełne wyimaginowanych strachów. Nocne powietrze wdarło się do pokoju, owiewając moją spoconą twarz i szyję ciepłym powiewem. Wzięłam głęboki wdech i przez kilka minut stałam przy oknie, starając się zapanować nad oddechem. Kiedy byłam żoną Sebastiana sypiałam jak dziecko. Teraz, cztery lata po rozwodzie, z trudem udawało mi się złapać kilka godzin snu bez przerwy. Dom, który kiedyś był naszym wypieszczonym gniazdkiem, teraz wydawał się zbyt duży, a obawa o bezpieczeństwo syna i moje sprawiała, że niemal każdej nocy budziłam się przynajmniej raz, a później długo nie mogłam zasnąć…

Na myśl o Dominiku wyszłam na korytarz i boso ruszyłam w stronę otwartych drzwi dziecięcej sypialni. Synek spał w pokoju naprzeciwko, z rozrzuconymi na boki rękoma i włosami wilgotnymi od upału, w swojej ulubionej piżamce w parowozy. Stanęłam nad jego łóżkiem i obserwowałam go, tłumiąc w sobie potrzebę muśnięcia delikatnego aksamitu jego policzka. Spał tak spokojnie pogrążony w ufnym dziecięcym śnie bez koszmarów. Jego oddech, cichy, ledwie słyszalny szmer, sprawiał, że powoli się uspokajałam, czułam jednak, że tej nocy prędko nie zasnę.

Na dole coś trzasnęło. Drgnęłam i nerwowo spojrzałam za siebie, chociaż wiedziałam doskonale, jak wiele różnych odgłosów potrafi wydawać stary, kilkudziesięcioletni dom. A jednak wciąż nasłuchiwałam, z rękoma zaciśniętymi na drewnianym zagłówku dziecięcego łóżeczka, ale z parteru nie doszedł już żaden dźwięk. Na dół zeszłam po ciemku, bosa, sunąc dłonią po zimnej ścianie. Cisza… Przystanęłam u podnóża drewnianych schodów i zapatrzyłam się w otaczającą mnie ciemność. Przez niewielką szybkę we frontowych drzwiach wpadało pomarańczowe światło z ulicznej latarni, od strony kuchni na podłogę smuga księżycowej poświaty, poza tym otaczał mnie nieprzenikniony mrok.

Przechodząc przez ciemny korytarz, przypomniałam sobie nagiego Sebastiana, który oblał szampanem mój olbrzymi ciążowy brzuch, a później uklęknął przede mną i z rękoma na moich nagich pośladkach zlizał z niego przyjemnie chłodny alkohol. Kochaliśmy się wtedy na schodach, zaśmiewając się do łez z niewygodnej pozycji i jęczących pod nami drewnianych stopni. I chociaż od tamtej nocy minęło już ponad pięć lat, przez moment czułam się tak, jakby to było wczoraj…

Światło rozbłysło, momentalnie przepędzając wszystkie wspomnienia, i oto stałam pośrodku olbrzymiej kuchni, w której nie było już żadnej rzeczy mojego byłego męża. Pijąc wodę, pomyślałam, że wszystko jest takie kruche, niepewne, nieprzewidywalne…

– Było sobie małżeństwo – westchnęłam.

Z przepełnionego kubła na śmieci buchał słodkawy odór nadpsutych warzywnych odpadków. Poczułam wstręt do własnego lenistwa – już drugi dzień obiecywałam sobie, że w końcu tu posprzątam. Minutę później i piętro wyżej, samotna w olbrzymim łóżku, które lata temu kupiliśmy wspólnie z Sebastianem, leżałam zasłuchana w dochodzące zza uchylonego okna odgłosy nocy. Gdzieś w sąsiedztwie ostro zaszczekał pies, a jego niespodziewane ujadanie na nowo rozbudziło drzemiący głęboko we mnie strach.

Policja nadal nie złapała tego przeklętego zboczeńca. Terroryzował miasto od miesięcy i wciąż był nieuchwytny. W dodatku, od czasu niedawnego incydentu, który pozbawił mnie poczucia bezpieczeństwa, ciągle czegoś się bałam, dopadła mnie jakaś paranoja i chyba powoli zaczynałam wariować…

Czekaj, stój spokojnie – poprosiłam syna, który w lekko poplamionej krwią koszulce polo i z czerwonymi od płaczu oczami, histeryzował, kiedy wsuwałam mu do nosa zwinięte kawałki chusteczek higienicznych. – Musimy zatamować krew, Dominik – powiedziałam łagodniejszym głosem, a on skinął głową i w końcu przestał odpychać moją rękę.

Na zewnątrz, widoczne przez oszklone szybki mojej niewielkiej werandy, biegały pociechy zaprzyjaźnionych sąsiadek – piszcząc i przepychając się na świeżo skoszonym, pełnym zabawek trawniku. Pięcioletni Kamil, wrzeszcząc niemiłosiernie, biegł, ciągnąc za sobą na sznurku plastikową wywrotkę mojego syna; jego dwa lata starsza siostra kręciła się w kółko z różowym balonikiem w dłoni. Lubiłam, kiedy dom i ogród były pełne dzieci, nawet jeśli wokół nich panował kompletny chaos. Podobała mi się nieskażona cynizmem i zgorzknieniem dziecięca energia. Dzieciaki były jak pierwsze promienie słońca przedzierające się przez szarość przedświtu. Ożywiały świat.

– Mamo, już? – Dominik szarpnął mnie za rękaw, wyraźnie chcąc wrócić do przerwanej zabawy.

– Pogodzisz się z Kamilem, dobrze? To twój przyjaciel, pamiętasz?

– Walnął mnie w nos – wymamrotał mój syn.

– Na pewno niechcący – zapewniłam go, starając się za wszelką cenę utrzymać beztroską atmosferę zabawy.

– Może. – Nie wyglądał na przekonanego, ale urazy też już chyba nie żywił.

Schylił się, żeby śledzić wzrokiem idącego po drewnianej ścianie werandy niewielkiego pająka i na moment stracił zainteresowanie całym otaczającym go światem.

– Mamo, juuuuż? – po chwili zerwał się na nogi i zaczął podskakiwać. – Już?!

Uśmiechnęłam się, a Dominik lekko odchylił do tyłu głowę, coraz bardziej zniecierpliwiony.

– Mamo, mogę już iść, dobra? – Znowu pociągnął mnie za rękaw, wyraźnie chciał dołączyć do kolegów, więc w końcu mu na to pozwoliłam.

– Już. Możesz biec, tylko uważaj na nos – poklepałam go po ramieniu i poprawiłam wywinięty kołnierzyk koszulki.

Z werandy wybiegł w dzikim pędzie i po chwili, zupełnie jakby nic pomiędzy nimi nie zaszło, dołączył do bawiącego się wywrotką Kamila.

Dopijając resztkę wina, obserwowałam, jak wyrywają kępy krótko przyciętej trawy i rękoma brudnymi od wilgotnej po nocnym deszczu ziemi ładują je na plastikową naczepę samochodu. Na myśl o rujnowanym przez nich trawniku poczułam lekkie poirytowanie, złość szybko jednak ustąpiła miejsca błogim rozleniwieniu.

Mój syn skończył właśnie pięć lat, pomyślałam. Czy ta chwila może być bardziej idealna?

– Jak jubilat? – Majka, mieszkająca od niedawna po sąsiedzku prawniczka, zjawiła się na werandzie, kiedy dolewałam sobie kolejny kieliszek wina. – Pijemy w samotności, sąsiadko? – mrugnęła do mnie.

– Siadaj, też się załapiesz – powiedziałam. – Chyba muszę go przebrać – dodałam, śledząc wzrokiem bawiącego się na trawniku syna.

– Nie mogę uwierzyć, że mój Kamil go uderzył… I to jak! Z łokcia w nos! Gdzie on się tego nauczył?

– W przedszkolu? – zasugerowałam.

– To jedna z opcji. Albo od bliźniaków Ady Kalickiej, prawdziwych czortów. Ostatnio, kiedy Kamil od nich wrócił, wziął z łazienki mój lakier do włosów, rozpylił go i podpalił. Prawie zawału dostałam na ten widok i mogę tylko mieć nadzieję, że to pojedynczy wybryk.

– Boisz się, że wychowujesz piromana? – roześmiałam się.

– Przyszło mi to do głowy. Na szczęście nie zaczął się jeszcze znęcać nad zwierzętami, więc chyba nie wyrośnie na następcę Teda Bundy’ego – roześmiała się moja sąsiadka. – W każdym razie strasznie cię przepraszam, głupio mi. – Majka spoważniała, posłała mi skruszone spojrzenie i sięgnęła po stojącą na starym drewnianym stoliku butelkę Porto Borges.

– Nie przejmuj się – wzruszyłam ramionami. – Zresztą wygląda na to, że już zdążyli się pogodzić – dodałam, a ona krzywo się uśmiechnęła.

– To mój kieliszek? – zapytała.

– Nie mam pojęcia – przyznałam.

– Chrzanić to – mruknęła i nalała sobie do pełna. – Chryste, jak oni wrzeszczą! – skrzywiła się. – Czasem czuję się jak matka tego upiornego bachora z filmu Babadook. Znasz?

– Nie. Dobry?

– Mocny. O kobiecie, która… Kamil, nie popychaj Amelki! Kurwa mać, muszę zapalić. – Maja szpetnie zaklęła i sięgnęła po wysadzaną metalowymi ćwiekami, czarną torebkę. – Mogę tutaj?

– Jasne – powiedziałam i podsunęłam jej upaćkany waniliowym kremem talerzyk po torcie. – Wybacz, gdzieś mi zniknęły wszystkie popielniczki.

– Nie przejmuj się – westchnęła sąsiadka i wyjęła z torebki papierosy.

Usiadłam na prowadzących na werandę betonowych schodkach z ukruszonymi stopniami, a Maja z papierosem w jednej i kieliszkiem wina w drugiej ręce usiadła obok. Zauważyłam, że ma na nogach plamy po samoopalaczu i brzydko odpryśnięty ciemnozielony lakier na dużym palcu lewej stopy. Pewnie jest tak samo zagoniona jak ja, pomyślałam, czując przypływ sympatii do tej ambitnej, atrakcyjnej kobiety, która samotnie wychowując dwójkę dzieciaków, prowadziła jednocześnie ze swoimi znajomymi dużą kancelarię prawną.

– Mamusiu, chyba pobrudziłam sukienkę. – Jej siedmioletnia córka Nina zjawiła się przy nas, kiedy rozmawiałyśmy o Arturze, naszym nowym sąsiedzie.

– Pokaż. – Majka odstawiła kieliszek na betonowy stopień, pociągnęła córkę za rękę i odwróciła ją tyłem. – Jesteś cała w błocie – zauważyła i pospiesznie zgasiła niedopalonego papierosa.

– Bo Amelka powiedziała, że możemy tam usiąść!

– Nie skarż na koleżankę – zganiła dziewczynkę matka. – Nic z tym teraz nie zrobię, wracaj do zabawy i nie przejmuj się. – Majka lekko popchnęła córkę w stronę pełnego kolorowych balonów trawnika i oparła się ramieniem o ścianę domu. – Czasem, kiedy już mi się wydaje, że jestem na skraju obłędu, któreś z nich przychodzi i się do mnie przytula, a ze mnie momentalnie schodzi całe napięcie – uśmiechnęła się do mnie.

– Uwierz mi, świetnie znam to uczucie. Z tym że ja mam tylko jego, a też chwilami jestem na skraju szaleństwa – powiedziałam, sięgając po butelkę. – Dolać ci?

– Odrobinkę. – Maja podsunęła mi swój kieliszek i umoczyła usta w winie. – Robert wpadł wczoraj wieczorem, żeby zabrać swoją rakietę tenisową. Prawdę mówiąc, miałam ją już wywalić, bo tkwiła u mnie w garderobie od czasu naszego rozwodu. Nagle sobie o niej przypomniał. Przyjechał z tą swoją nową lalą, wyobrażasz sobie?! Została przy jego samochodzie, paliła papierosa i od czasu do czasu zerkała w moje okna. Nienawidzę mojego byłego męża, ale widząc tę dziunię, miałam ochotę przyciągnąć go do siebie i bzyknąć na kuchennym stole. A najlepiej w otwartym na oścież oknie. Jak myślisz, powinnam sobie znaleźć dobrego psychiatrę? – roześmiała się sąsiadka.

– Powinnaś się z kimś umówić. Czasem nawet zupełnie przypadkowy krótki związek sprawia, że człowiekowi od nowa zachciewa się żyć – zasugerowałam i sięgnęłam po widelczyk, żeby skończyć resztkę porzuconego przez syna tortu.

– I to mówi kobieta, która od paru ładnych lat jest sama – roześmiała się Majka, jednak w jej głosie nie wyczułam żadnej złośliwej nutki.

Bardziej rozbawienie.

– W udzielaniu rad jestem naprawdę dobra – powiedziałam z pełnymi ustami.

– Zwłaszcza na antenie. Słuchałam w ten piątek twojego programu, wyobraź sobie! Facet, który opowiadał o randce w ciemno z kuzynką byłej żony, sprawił, że popłakałam się ze śmiechu.

– Ludzie opowiadają naprawdę śmieszne historie – przyznałam. – Mam wrażenie, że sporą część tych opowiastek zmyślają, ale i tak mnie to bawi.

– Mamo, patrz! – Dominik z pięcioma kolorowymi balonami w ręku przemknął obok nas i pognał w stronę ogrodzenia.

– Chodź tutaj, zobaczymy, co z twoim nosem! – zawołałam.

– Zaraz! – odkrzyknął i zaczął się wdrapywać na niewielki drewniany zamek, który kupił mu niedawno mój były mąż.

– Wszystkie jesteśmy rozwiedzione, dasz wiarę? Ty, ja, Edyta… – Majka z niedowierzaniem pokiwała głową i spojrzała na rozmawiającą przez komórkę sąsiadkę, która, co chwila zerkając na swoją pięcioletnią córkę, kręciła się po moim ogrodzie.

Wyglądało to o tyle komicznie, że szpilki zapadały się jej w mokrą po nocnej ulewie ziemię, a wiatr targał króciutką falbaniastą sukienką, odsłaniając opalone, nieco zbyt masywne uda.

– Marzę o wakacjach. Mogłabym jechać dokądkolwiek, przysięgam! Zadowoliłabym się nawet trzygwiazdkowym hotelem w jakiejś nadmorskiej dziurze, byle tylko móc rozłożyć leżak i wyłączyć komórkę. – Majka sięgnęła po swoją torebkę i wyjęła z niej papierosy, ale chwilę później zmieniła zdanie. – Muszę rzucić to cholerstwo, bo jak odwalę kitę, to moje dzieci wychowa dwudziestoparolatka z tlenionym sianem na pustej głowie… Ty wiesz, że ona nie skończyła nawet technikum? Ciekawe, jak Robert ją przedstawia swoim snobistycznym znajomym z doktoratami? – Majka parsknęła urywanym śmiechem i wstała. – Naleję im soku i ukroję jeszcze nieco tortu. Jeśli dzieciaki tego nie zjedzą, zostaniemy same z jakimś milionem cholernych kalorii!

– Spalimy w biegu, jak zawsze. Dwa, trzy dni na pełnych obrotach, i już – pocieszyłam ją, wstając. – Wyjmę mu z nosa te prowizoryczne tampony, zanim wymyśli coś głupiego.

– Albo sam je wyciągnie. – Majka parsknęła śmiechem i podeszła do córki.

Przyglądałam się jej, czekając, aż podbiegnie do mnie Dominik. Na krakowskim Podgórzu mieszkałam od zawsze, to oni byli nowi. Maja wprowadziła się z dziećmi do dużego mieszkania na ostatnim piętrze pobliskiej kamienicy z widokiem na strzeliste wieże kościoła Świętego Józefa, a Edyta kupiła połówkę świeżo wyremontowanego bliźniaka po drugiej stronie naszej ulicy, dokładnie naprzeciwko moich kuchennych okien. Drugą połowę kupił Artur – samotny facet koło czterdziestki, którego bacznie obserwowały wszystkie mieszkające w okolicy panny i rozwódki. Ja czasem też na niego zerkałam, chociaż nie był do końca w moim typie. Trzeba mu jednak przyznać, że jest świetnie zbudowany, a ja zawsze lubiłam muskularnych silnych mężczyzn. Takich jak Sebastian, pomyślałam ze smutkiem i przyciągnęłam do siebie syna.

– Dasz mamie buziaka? – zapytałam.

– Co? Nie! – obruszył się młody, który wszedł chyba właśnie w etap unikania matczynych czułości.

– Pokaż ten nos – westchnęłam.

Kiedy pociągnąłem za pierwszy prowizorycznie skręcony tampon, syknął i się cofnął.

– Już, jeszcze tylko ten – delikatnie wyjęłam mu z nosa drugi lekko zakrwawiony strzęp chusteczki i wywinęłam przekrzywiony kołnierzyk splamionej krwią koszulki. – Zjesz coś? Napijesz się?

– Nie – burknął i nie czekając na moją odpowiedź, pognał w stronę drewnianego zamku, w którym samotnie został syn Majki, jego rówieśnik.

Zbierając plastikowe talerzyki i kubki, które dzieciaki rozrzuciły po całym ogródku, doszłam do wniosku, że to w sumie smutne. Mój synek skończył dopiero pięć lat, a jego ojciec już zdążył się ożenić z inną kobietą i zniknąć z naszego życia… Owszem, Sebastian regularnie odwiedzał syna i płacił alimenty, ale ojcowskie wizyty bywały raczej krótkie, a najważniejsza w jego życiu była teraz Natalia, jego obecna żona.

Godzinę później, kiedy za oknem przechodziła jedna z pierwszych majowych burz, siedziałyśmy w mojej kuchni, kończąc drugą flaszkę wina. Dzieciaki były z nami w pokoju – stłoczone na sofie przed telewizorem podawały sobie miskę z popcornem i wpatrywały się w migoczący kolorowymi obrazami ekran mojej nowej plazmy.

– Za dużo wypiłam – powiedziała Edyta, odstawiając kieliszek. – I muszę ściągnąć te cholerne buty – dodała, zsuwając z nóg wysokie szpilki od Kazara.

Za oknem błysnęło i kuchnię zalała srebrna poświata. Wzdrygnęłam się. Nie lubiłam burzy, zawsze się jej bałam. Może przez babcine opowieści o kulistych piorunach, a może tak po prostu?

– Zapalę światło – powiedziałam.

– Te babeczki są obłędne! – Majka, która nagle zapomniała o diecie, sięgnęła po kolejne ciastko.

– Umówiłam się na randkę – oznajmiła Edyta, radośnie machając nogami, które uwolniła od przyciasnych szpilek.

– O! A powiesz coś więcej? – zainteresowała się Maja.

– Cóż… W zasadzie niewiele o nim wiem. Prowadzi studio jogi, na Kazimierzu, ma owczarka niemieckiego i ponoć niedawno rozwiódł się z jakąś pielęgniarką.

– A gdzie konkretnie ma to studio, może się zapiszę? – zapytała Majka, a ja szturchnęłam ją w bok i dolałam jej soku.

– Ty? Jesteś za leniwa – parsknęłam śmiechem i wymieniłyśmy rozbawione spojrzenia, przypominając sobie, jakie katusze cierpiała, jeden jedyny raz towarzysząc mi na siłowni.

– Chciałam zauważyć, że jestem w środku opowieści o mojej sobotniej randce! – dorzuciła Edyta.

– W tę sobotę?

– Owszem. Zaprosił mnie do gruzińskiej knajpy, później chcemy obejrzeć film i pewnie skończymy na Zabłociu. W Balu grali niedawno…

– Wybacz, ale to nie rokuje zbyt dobrze – wtrąciła Maja, przerywając Edycie w pół zdania.

– Czemu? – zdziwiłam się. – Ostatnio jadłam w gruzińskiej knajpie naprawdę fantastyczny placek serowy i…

– Kochana, facet, któremu zależy na kobiecie, zaprasza ją do nieco droższej restauracji niż gruzińska jadłodajnia! Na chaczapuri to można iść ze studentem – oświeciła mnie Majka.

– Nie zależy mi na jego kasie. Jest naprawdę sympatyczny i ma niezły tyłek, a ja dawno z nikim… No wiecie. – Edyta po chwili wahania sięgnęła po babeczkę, ale zanim włożyła ją do ust, uważnie się jej przyjrzała. – Ciekawe, ile to ma kalorii…

– No ja też dawno i z nikim… – skrzywiła się Majka. – Miałam nawet chrapkę na jednego z aplikantów, ale wiadomo – prześpij się z kimś z kancelarii, a plotka o twoim puszczalstwie rozrośnie się pewnie do niebotycznych rozmiarów – dodała kwaśnym tonem.

– Jakby ktokolwiek się tym przejmował – wzruszyła ramionami Edyta. – W końcu każdy z kimś sypia, nie? A ty, Anka? Jacyś sekretni kochankowie czy na razie posucha? – zwróciła się do mnie.

– Kompletna posucha – rzuciła mocno wstawiona Majka i prawie przy tym spadła z wysokiego taboretu. – Jeeezu, ja też za dużo w siebie wlałam…

– Parę miesięcy temu przespałam się z jednym z moich studentów, ale to od początku był zły pomysł – powiedziałam cicho, a obie dziewczyny pisnęły.

– I teraz to mówisz?! – ożywiła się Maja. – Opowiadaj!

– Nie wiem, czy jest o czym…

– Anka, no proszę cię! Ile miał lat?! – Edyta dolała sobie wina, ale nie podniosła kieliszka do ust. Bawiła się nim tylko, obracając w szczupłych palcach jego cienką, kryształową nóżkę.

– Dwadzieścia trzy, ale…

– Dwadzieścia trzy?! – Majka dosłownie wybałuszyła oczy.

– Ciiicho! Jeszcze dzieciaki za dużo usłyszą – syknęłam i zerknęłam w stronę drzwi, jakbym się bała, że odeszły od telewizora i czają się gdzieś nieopodal.

– Nie ma ich, oglądają film. Mów, co to za jeden! – zachęciła mnie Edyta.

– Ma na imię Irek.

– I? – Edyta wyglądała na mocno zainteresowaną.

– I miał dwadzieścia trzy lata, a ja…

– A ty trzydzieści siedem. To już wiemy!

– A ja chyba przestraszyłam się intensywności tego, co między nami było – przyznałam.

– Czyli dzieciak się zakochał? – Majka uśmiechnęła się krzywo i puściła do mnie oko.

– Nie wiem, czy się zakochał. Po prostu jest przyzwyczajony, że dostaje wszystko, czego zapragnie. Znacie ten typ, prawda? Tatuś z willą na Woli Justowskiej, on rezydujący w apartamencie pod samym Wawelem. Kasy jak lodu, nowiutkie subaru i złote karty kredytowe w wypchanym skórzanym portfelu. Kiedy mu powiedziałam, że chcę to zakończyć, dosłownie wpadł w szał. Darł się, że przecież dał mi wszystko, nazwał niewdzięczną dziwką i zrobiło się naprawdę niemiło.

– Żartujesz? Co za chuj! – Majka, która raczej nie przebierała w słowach, mocno się obruszyła. – Mam nadzieję, że konkretnie gnojka pogoniłaś?

– Tak, od dłuższego czasu nie szuka ze mną kontaktu. Ale był taki moment, że zaczęłam się bać. Nachodził mnie, wydzwaniał, szantażował. Przez jakiś czas straszył, że rozpowie o nas na uczelni, ale chyba dał sobie spokój.

– Nie miałam pojęcia, że wykładasz. Kojarzyłaś mi się głównie z radiem – powiedziała Edyta.

– W radiu mam jeden wieczorny program w tygodniu, z tego nie wyżyję. Dodatkowo wykładam w jednej z prywatnych szkół, sporadycznie prowadzę szkolenia i piszę książki.

– Piszesz książki? – zdziwiła się Majka. – Błagam, powiedz, że to jakieś mocne erotyki, bo mam ochotę na coś naprawdę pieprznego.

– Branżowe. Kreowanie wizerunku firmy w sieci, kontakty z mediami i ogólnie szeroko pojęte public relations – wyjaśniłam.

– Wow. Kiedy ty znajdujesz na to wszystko czas? Ja prowadzę salon ze ślubnymi kieckami i są dni, że nie wiem, jak się nazywam – powiedziała Edyta.

– Mało śpię.

– Mamo, boli mnie brzuszek! – Pięcioletnia Amelka zjawiła się w kuchni chwilę po tym, jak skończyłyśmy raczej kompromitującą pogawędkę o młodych kochankach.

– Bardzo? – zapytała córkę Edyta, lekko poirytowana niespodziewanym pojawieniem się marudzącej jedynaczki.

– Troszkę. – Dziewczynka oparła głowę o kolana siedzącej na wysokim taborecie matki i szepnęła, że chce iść do domu.

– Słyszałyście, dziewczęta, i po imprezie. – Edyta ześlizgnęła się z krzesła i odgarnęła córce włosy z czoła. – Już idziemy, księżniczko – powiedziała.

Wyszły chwilę później i zostałyśmy z Mają same.

– Wiesz, czasem tak sobie myślę, że może powinnam jeszcze sobie kogoś znaleźć. Ale po tym, jak potraktował mnie Robert, tracę ochotę na wszelkie kontakty z facetami – powiedziała Majka, pomagając mi załadować zmywarkę.

– Ja sama już nie wiem, czego tak naprawdę chcę – powiedziałam cicho. – Problem polega na tym, że chyba nadal kocham Sebastiana.

– Wciąż? – zdziwiła się moja przyjaciółka. – Kiedy wy się rozwiedliście?

– Ponad cztery lata temu, Dominik nie miał wtedy jeszcze nawet roczku.

– A ta jego druga żona? Jesteście ze sobą w kontakcie czy raczej się unikacie?

– W kontakcie? Nie żartuj! – parsknęłam. – To zarozumiała, nadęta i wypindrzona flądra, której się wydaje, że jest ode mnie ładniejsza i lepsza, bo ukradła mi męża. Wielka pani doktor, cholera!

– Jest lekarką?

– Neurologiem, ponoć niezłym. Kilka razy ją wygooglowałam i poczytałam opinie pacjentów. Można powiedzieć, że uratowała parę żyć – skrzywiłam się.

– Robert też się pewnie niebawem ożeni – powiedziała cicho Majka. – Teraz jeszcze cieszy się wolnością i wyrywa w klubach jakieś bezmózgie długonogie istoty, ale za rok czy dwa zapragnie stabilizacji.

– Ponoć większość rozwodników ponownie się żeni. Nie lubią być zbyt długo sami – powiedziałam, wkładając do zmywarki porcelanową miskę po ziemniaczanej sałatce.

– I oto zaczynamy smęcić. Ostatnio upijam się wyłącznie na smutno – zauważyła Majka. – Zapalę jeszcze, zanim wyjdziemy. Masz coś przeciwko?

– Nie – powiedziałam i uchyliłam okno.

– Wiesz, co najbardziej mnie wkurwia? Pogardliwe, pełne wyższości spojrzenia tych wszystkich jego panienek. Teraz, kiedy mają dwadzieścia parę lat, czterdziestka wydaje im się odległa niczym jakaś galaktyka, ale któregoś dnia mocno się zdziwią – powiedziała Majka, wyjmując z torebki śmieszną zapalniczkę w kształcie piętrowego londyńskiego autobusu.

– Świata nie zmienisz – skwitowałam. – Ja też nie młodnieję, ale wiesz co? Mam to gdzieś! Dobrze się czuję w moim ciele, sporo ćwiczę, dbam o siebie…

– Nie o to chodzi, Anka! Po prostu czasem mam takie wrażenie, że nic dobrego mnie już nie spotka… Wiesz, co mi kiedyś powiedziała Cyganka? Pędziłam tamtego dnia do sądu, a strasznie lało. W dodatku zepsuło mi się auto, więc gnałam do tramwaju. Zaczepiła mnie na przystanku, chciała kasy. Spławiłam ją ostro. Nie miałam drobnych ani cierpliwości do ich szukania. „Wszystko, co najlepsze, już dawno za tobą!” – rzuciła w ślad za mną. Wyobrażasz sobie? Tamtego przedpołudnia prawie położyłam rozprawę – uśmiechnęła się krzywo Majka.

– Daj spokój, co za bzdury! Gdybyś dała jej dychę, powiedziałaby ci coś całkiem innego! – zapewniłam ją, opłukując talerz po tartinkach.

– Pewnie tak, ale jakoś to we mnie siedzi. Od tamtej pory staram się w ogóle tamtędy nie chodzić…

– Chyba żartujesz? – roześmiałam się. – Majka, to była tylko jakaś stara naciągaczka, która chciała od ciebie wyłudzić parę groszy!

– Anka, wiem! Problem polega na tym, że nie radzę sobie z odejściem Roberta! Nie radzę sobie, słyszysz? Nocami mam ochotę wyć w poduszkę, tak mi źle…

– To wyj. W końcu ci przejdzie. Kiedy Sebastian powiedział, że ma romans, wciąż karmiłam Dominika piersią i byłam w totalnej emocjonalnej rozsypce. Co jemu nie przeszkodziło w spakowaniu betów i wyniesieniu się do szacownej doktor Barskiej. Zostawił mnie z dnia na dzień, Majka! Samą, z maleńkim dzieckiem przy piersi! Tacy właśnie są faceci, więc nie mów mi, że zamierzasz spędzić resztę życia na wylewaniu łez po rozwodzie! – powiedziałam ostrym tonem. – Wybacz, nie chciałam na ciebie naskoczyć. Mówię tylko, że nie warto zbyt długo się zadręczać. Olej go, Maja. Olej go, słyszysz?

– Oleję – obiecała i posłała mi blady uśmiech. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że się poznałyśmy! Gdybym się tamtego dnia nie wybrała na spacer po Krzemionkach, mogłybyśmy do dziś mijać się na ulicy, nie mając pojęcia, że mamy ze sobą tyle wspólnego.

– Też się cieszę, kochana – powiedziałam i spontanicznie się uściskałyśmy.

Kilka minut później Majka wyszła, ciągnąc za sobą przejedzone i ospałe dzieciaki, a ja ściągnęłam z ogrodu mokre zabawki syna, zawiesiłam na płocie kilka ocalałych z kinderbalu balonów i zapytałam Dominika, jak się bawił.

– Super! – powiedział.

Poczułam przyjemne ciepło wokół serca. Super w jego ustach było słowem, dla którego warto przenosić góry.

Łup! Syn rąbnął o ścianę swoim ulubionym strażackim wozem i w zabawce włączyła się syrena. Zastukałam o blat biurka trzymanym w ręku długopisem i zapatrzyłam się w okno. Na zewnątrz lało. Ulewny majowy deszcz siekł okienne szyby, zostawiając na nich podłużne strużki wody.

Tamtego dnia, kiedy przywieźliśmy trzydniowego Dominika ze szpitala, też tak padało. Uśmiechnęłam się do wspomnień. Położyłam go wtedy na naszym łóżku, a moja mama tak mocno mnie przytuliła… „Będziesz świetną mamą” – powiedziała i teraz, z perspektywy czasu, mogłam tylko mieć nadzieję, że jej słowa były prorocze. Teściowa zjawiła się dopiero cztery miesiące po tym, jak jej wnuk przyszedł na świat, i długo u nas nie zabawiła. Bez większego zainteresowania rzuciła okiem na śpiące w łóżeczku dziecko, wręczyła mi niedorzecznie drogie śpiochy, które przywiozła ponoć z Mediolanu, i już po niecałej półgodzinie zaczęła się zbierać. Dziś równie rzadko interesuje się Dominikiem i chociaż mieszka niedaleko nas, pojawia się u nas dwa, góra trzy razy w roku.

Zawsze mnie to dziwiło, nie potrafiłam tego zrozumieć. Moja mama już odeszła, ale przecież gdyby żyła, dałaby wszystko, żeby móc często widywać wnuka. Matka Sebastiana mieszkała tuż obok, dzieliła ją od nas jedynie Wisła i kilka przecznic, a jednak uparcie ignorowała zarówno mnie, jak i małego. „Taka już jest, zawsze interesowała ją głównie praca” – tłumaczył zachowanie matki Sebastian, kiedy jeszcze byliśmy razem. Dziś już o niej nie rozmawiamy, temat kompletnie się wykruszył – razem z rozwodem straciłam też teściową i to akurat jeden z niewielu skutków rozpadu mojego małżeństwa, na który bynajmniej nie narzekam, pomyślałam, wstając zza biurka.

– Pali się! Paaali się! – wrzasnął Dominik zza uchylonych drzwi i przeciągle wyjąc, wbiegł na schody.

– Chryste, ciszej – szepnęłam i rzuciłam długopis na biurko.

Piątek był dniem, w którym przygotowywałam zazwyczaj wykłady i nanosiłam poprawki do pisanych na bieżąco książek, ale tym razem czułam, że z pracy nici. Nie wiem, czy to przez tę pieską pogodę, czy miałam po prostu zły dzień, ale zdecydowałam, że sobie odpuszczę. Wyłączając laptopa, zerknęłam na stojące na moim biurku zdjęcie w ładnej posrebrzanej oprawce. Sebastian trzymał na ręku naszego kilkutygodniowego syna, obok stałam ja – szeroko uśmiechnięta, chociaż wyraźnie zmęczona, wciśnięta w ładną turkusową sukienkę, którą tamtego dnia ledwo dopięłam. Wiele razy miałam ochotę wyjąć tę fotkę z ramki, podrzeć i wrzucić ją do kosza, ale nadal zdobiła masywny blat mojego biurka. Może dlatego, że Dominik tak ją lubił, nie miałam serca się jej pozbyć.

Kiedy wyszłam z gabinetu, mój syn zbiegł z powrotem na dół i okrążał właśnie korytarz z wozem strażackim w ręku, a Tamar, Gruzinka, która przychodziła do nas co piątek, stała u podnóża schodów ze szklanką marchwiowego soku w ręku.

– Nie chce pić, chociaż prosiłam – powiedziała, bezradnie rozkładając ręce.

– Nie chce, niech nie pije. Daj mi to – poprosiłam i sama duszkiem wypiłam sok.

– Mądra kobieta – pochwaliła mnie Tamar i sięgnęła po ściereczkę do kurzu.

Usiadłam na schodach i zawołałam syna.

– Musiałeś tak hałasować pod moimi drzwiami? – zapytałam, pieszczotliwie targając jego kasztanowe włosy.

– Straż robi dużo hałasu! – powiedział, a Tamar parsknęła śmiechem.

– Co racja, to racja – zgodziła się z młodym i przetarła blat starej, pomalowanej przeze mnie na zielono komody.

Obserwowałam ją z przyjemnością, lubiłam, kiedy kręciła się po domu. Była u nas kimś w rodzaju gosposi, ale też kimś, kogo traktowaliśmy jak rodzinę. Zwłaszcza ja się do niej przywiązałam, może dlatego, że miała w sobie coś matczynego, a mnie tak bardzo brakowało mamy.

– Dziś zupa pomidorowa – oznajmiła, biorąc ode mnie pustą szklankę po soku.

– A czemu ty już nie mieszkasz w Gruzji? – zainteresował się nagle Dominik.

– Nie mieszkam tam od lat, chociaż serce ciągle płacze za domem – powiedziała Tamar cicho.

– Serce może płakać? – zdziwił się mój syn.

– Tak się mówi – wyjaśniłam.

– Okay – rzucił i pognał na górę.

– Czort nie dziecko – skwitowała całe zajście Tamar, jednak w jej głosie brzmiała czułość.

Wiedziałam, że go kocha. Od początku traktowała go niemal jak własnego wnuka.

– Byłaś już u lekarza z tą ręką? Dalej tak cię boli? – zapytałam.

– Nie byłam i się nie wybieram – ucięła dyskusję.

– Tamar, czasem trzeba…

Nie dokończyłam, bo ktoś zadzwonił do drzwi.

– Otworzę, to pewnie kurier – powiedziałam.

Okazało się jednak, że w progu stoi syn Tamar – wysoki ciemnooki mężczyzna, którego imienia nie byłam w stanie zapamiętać. Zresztą widziałam go tylko dwa razy – któregoś dnia przyjechał po Tamar, innym razem podszedł do niej, kiedy robiłyśmy wspólne zakupy i zamienił z nią może dwa słowa, kompletnie mnie ignorując. Czułam jednak wtedy na sobie jego wzrok – czujny, świdrujący, nachalny. Od tamtej pory czułam się nieswojo w jego towarzystwie, na szczęście prawie nigdy do nas nie zaglądał. Tym razem jednak się zjawił.

Wygląda na zdenerwowanego, pomyślałam, szerzej uchylając frontowe drzwi.

– Mama jest? – zapytał, wchodząc do środka.

– Jest, wejdź.

Skinął mi głową i schylił się, żeby rozsznurować buty.

– Nie ściągaj, daj spokój.

– Bardzo pada – mruknął i zdjął lewego adidasa.

Jego polszczyzna nie była tak idealna jak Tamar. Mówił źle, z wyjątkowo koszmarnym akcentem i prawdę mówiąc, ledwo go rozumiałam. Na szczęście nie musiałam się bawić w gospodynię, bo za moimi plecami pojawiła się jego matka.

– Zostawię was – powiedziałam i poszłam na górę sprawdzić, co też robi mój siedzący podejrzanie cicho syn.

Kiedy weszłam do jego pokoju, przeglądał jeden z moich kolorowych magazynów, a obok niego, na starannie zasłanym łóżku, leżały niedbale i nierówno powycinane kobiece sylwetki.

– Dominik, znowu?! – zapytałam, wyjmując mu z rąk nożyczki. – Tej nawet jeszcze nie czytałam! – zabrałam mu „Twój Styl” i cisnęłam go na niewielki nocny stolik. – Czemu wycinasz wszystkie te kobiety?

– Bo są ładne – wzruszył ramionami mój pięciolatek. – Kto przyszedł?

– Syn Tamar – powiedziałam.

– Nie lubisz go?

– Czemu tak myślisz? – zdziwiłam się.

– Bo nie chciałaś z nim rozmawiać.

– Po prostu poszłam na górę, synku. A oni pewnie chcą coś razem omówić – powiedziałam.

– Omówić?

– Pogadać o czymś. Poczytać ci coś?

– Nie.

– To może…

– Kiedy przyjedzie tato? – Dominik wstał z łóżka i usiadł na dywanie.

Zauważyłam, że ma dziurawą skarpetkę i zachciało mi się śmiać. Choćbym stanęła na rzęsach, żeby dobrze wyglądał, zawsze jest coś nie tak…

– Mamo? Kiedy przyjedzie tato? – powtórzył płaczliwym głosem, którego u niego nie lubiłam.

– Pojutrze, przecież już ci mówiłam.

– Co będzie pojutrze?

– Niedziela.

– A pójdziemy do zoo?

– Nie wiem, synku. Jeśli nie będzie padać, może – powiedziałam.

W tym samym momencie na dole coś trzasnęło, jakby ktoś gwałtownie zamknął kuchenne drzwi.

– Zostań tu – poprosiłam i w pośpiechu zeszłam na dół.

Z kuchni dochodziły podniesione głosy, Tamar krzyczała na syna po gruzińsku.

– Wszystko w porządku? – zapytałam cicho.

– Tak – powiedziała.

Wyglądała na zdenerwowaną, jej syn na wściekłego. Zanim wyszedł, krzyknął coś jeszcze i walnął pięścią w kuchenny blat, na którym podskoczyły umyte przez jego matkę słoiki. Wybiegając z kuchni, posłał mi gniewne spojrzenie. Wkładał buty, kiedy Tamar coś jeszcze do niego krzyknęła, ale nie odpowiedział. Nie żegnając się ani ze mną, ani z matką, wyszedł z mojego domu i z furią zatrzasnął za sobą frontowe drzwi.

– Przepraszam, Anulka. Nie powinnaś być świadkiem takich scen. – Tamar wyglądała na skruszoną, łamał jej się głos.

– Nie wiem, co się dzieje, ale może mogę ci jakoś pomóc? – zapytałam.

– Nie możesz. – Starsza kobieta usiadła na kuchennym krześle i smutno pokiwała głową. – Nigdy mnie nie słucha, a później są dramaty – dodała jeszcze tylko, zanim na dobre zamilkła, a długie ciemne włosy z pojedynczymi nitkami siwizny przesłoniły pół jej twarzy, kiedy pochyliła głowę, jakby miała się rozpłakać.

Podeszłam do niej i położyłam dłoń na jej ramieniu. Uśmiechnęła się blado, samymi kącikami ust i poklepała mnie po ręce.

– Nie denerwuj się, Anulka. Nic złego się nie dzieje – zapewniła mnie nadal łamiącym się głosem, który wyraźnie przeczył jej słowom.

– Tamar, wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść i…

– Wiem – ucięła dyskusję.

Chwilę później wstała, odgarnęła włosy z twarzy, spięła je wyjętą z kieszeni fartucha plastikową klamrą i sięgnęła do szuflady po chochlę.

– My tu gadu-gadu, a pomidorowa już kipi – rzuciła sztucznie lekkim tonem. – Zawołaj Dominika, niech od razu z nami zje – poprosiła.

I chociaż jeszcze kilka razy tego popołudnia usiłowałam ją wypytać, o co aż tak gwałtownie pokłóciła się z synem, nie chciała rozmawiać i w końcu dałam jej spokój. Odkąd ją znałam, była skryta i czułam, że wyciąganie z niej czegoś na siłę zupełnie nie ma sensu. Tym bardziej że chociaż o mojej rodzinie wiedziała niemal wszystko, o swojej mówić nie lubiła…

Wieczorem, po tym, jak wypiłam kawę w towarzystwie Tamar i posłałam do łóżka syna, zajechałam przed budynek naszej niewielkiej prywatnej rozgłośni i z czekoladkami, dla świętującej urodziny koleżanki w dłoni, weszłam do środka.

– Bardzo dobry wieczór! Przy mikrofonie Anna Iwańska, ruszamy z kolejną Randką w ciemno! – Pół godziny później zaczęłam audycję, którą prowadziłam już ponad trzy lata. – Mamy pierwszy telefon. Cześć, jak się nazywasz i skąd do nas dzwonisz? – zapytałam.

– Hej! Piotr z Krowodrzy – przedstawił się słuchacz.

– Cześć, Piotrze. Rozumiem, że chcesz się z nami podzielić ciekawą opowieścią?

– Owszem. Ale najpierw chciałbym pozdrowić pana Edka z serwisu opon na Zakopiańskiej, mamę, moją siostrę Aśkę i Bartka, z którym pracuję.

– Ja również wszystkich serdecznie pozdrawiam – powiedziałam z uśmiechem na twarzy, a siedząca za szybą techniczka wywróciła oczami wyraźnie rozbawiona.

– No, a co do tej randki w ciemno, to umówiłem się wtedy z laską zaczepioną w sieci.

– Bez zdjęcia?

– No bez, bo w ciemno. Powiedziała, że nie przesyła fotek, ale dała mi swój numer. Zadzwoniłem od razu, nie było na co czekać. Głos miała miły i nawet fajnie się gadało, więc się ustawiliśmy w pobliskim McDonaldzie. Niby mało romantycznie, ale co tam.

– I? – zapytałam.

– No i pojawiła się panna z podgolonymi włosami i z naprawdę dziwną fryzurą, w czarnych rozciągniętych gaciach i skórzanej kurtce, cała w tatuażach… Smok na dekolcie, delfin na kostce, takie klimaty. Ja tam tatuaży jakoś szczególnie nie lubię, ale myślę sobie, nie ma się co zniechęcać. Podszedłem, przedstawiłem się, upewniłem, że ma na imię Justyna. I nagle dzwoni mój telefon i okazuje się, że owszem, to była Justyna, ale nie ta… Moja randka miała się spóźnić. No, ale ja już zbajerowałem tę wytatuowaną, bo nieźle się nam gadało, i wiecie co? Nawialiśmy stamtąd we dwoje, a mojej randce w ciemno wysłałem tylko esemesa, że to już nieaktualne.

– Nieelegancko, kolego – rzuciłam rozbawionym tonem.

– No wiem, ale to była wyjątkowa sytuacja. Bo uwierzysz czy nie, ale ja się od razu w Justynie zakochałem.

– W tej przypadkowej Justynie? – zażartowałam.

– No nie takiej przypadkowej, bo dziś jest już moją żoną i specjalnie dla mnie wkłada czasem sukienki – roześmiał się chłopak, a w tle usłyszałam kobiecy śmiech.

– W takim razie wielkie gratulacje od całej naszej rozgłośni! Wysyłamy wam bukiet róż i pudełko czekoladek.

– Super, dzięki! Liczyłem na to, że dziś się do was dodzwonię, bo pojutrze mamy pierwszą rocznicę ślubu.

– Czyli tym razem obyło się bez mrożącej krew w żyłach opowieści o koszmarze pierwszej randki w ciemno. Wszystkiego, co najpiękniejsze, kochani. Specjalnie dla was Alvaro Soler – zakończyłam rozmowę i rozmasowałam zesztywniały kark.

Następny dzwoniący, mężczyzna o przyjemnym niskim głosie, opowiedział o spotkaniu ze swoją licealną miłością.