Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 191 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kto zabił? - Opracowanie zbiorowe

To nieprawda, że śledztwo zawsze kończy się wraz z sądowym wyrokiem. Często, gdy wymiar sprawiedliwości zamyka sprawę, do akcji wkraczają dziennikarze. Bo wiele przestępstw skrywa tajemnice, których nie udało się rozwikłać prokuratorom i sędziom; bo niektóre wyroki pozostają w sprzeczności nie tylko z poczuciem sprawiedliwości, ale także z wiedzą, do jakiej organom ścigania nie udało się dotrzeć. Bo są ludzie, których niesłusznie naznaczono piętnem zbrodniarzy, i są zbrodnarze, którzy pozostają bezkarni.

U nas dowiesz się, że:

– Polską mafię chroniły służby specjalne

– Rosyjska ośmiornica ma się coraz lepiej

– Wciąż nie wiadomo, kto i dlaczego zabił księdza Suchowolca

– Polska bezpieka miała swój szwadron śmierci

– Oskarżeni z łatwością oszukują wymiar sprawiedliwości

– Zdesperowane kobiety mordują swych mężów-prześladowców

Opinie o ebooku Kto zabił? - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Kto zabił? - Opracowanie zbiorowe

Copyright for the Polish edition © 2011 G+J

Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy:

tel. (48 22) 360 38 38

fax (48 22) 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77

Korekta:Jadwiga Piller

Projekt graficzny okładki: Paweł Rafa

Zdjęcia na I stronie okładki: Getty Image, Shutterstock

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt i skład: IT WORKS, Warszawa

Redaktor prowadzący: Artur Górski

ISBN:978-83-778-126-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Pałac Dziada

Historia pewnej willi, jej właściciela, który marzył o karierze politycznej, i gangstera znanego pod pseudonimem Dziad. Jak mafia budowała III RP?

autor Piotr Pytlakowski

Na ogrodzeniu od kilku lat wisi oferta: „Sprzedam, wynajmę”. I numer telefonu. Męski głos informuje: – Dom 1200 metrów kwadratowych, działka 4,5 tysiąca metrów. Cena 350 tysięcy dolarów.

– Do negocjacji?

Głos: – Nie!

Sołtys wsi Prace Duże (między Piasecznem a Tarczynem): – Tam jakiś Ruski mieszka, nawet miły człowiek. Ale dom ponoć należy do samego… pana Niewiadomskiego.

Pan Niewiadomski to słynny domniemany Dziad, okrzyczany bossem mafii wołomińskiej, od 1999 roku za kratkami. Tam też dokonał żywota – zmarł nagle na wylew krwi do mózgu podczas gry w ping-ponga w świetlicy Zakładu Karnego w Piotrkowie w 2007 roku. W swojej książce „Świat według Dziada” tak wyjaśnił kwestię willi w Pracach Dużych: „Pałac przejąłem legalnie za długi”. Od kogo? To przemilczał.

Szeroki gest Tadeusza

Dom w Pracach Dużych powstał na początku lat 90. Wybudował go Tadeusz Maćkowiak, dobiegający wówczas pięćdziesiątki biznesmen z branży szkła zespolonego. W szkle działał krótko, bo ten interes dopiero w Polsce raczkował, ale z biznesem był za pan brat od dzieciństwa. Jego ojciec miał bowiem w Polsce Ludowej warsztat samochodowy, co zaliczało go do ścisłej elity prywaciarzy.

Marzeniem Maćkowiaka było pole golfowe. Pochodził z Piaseczna, okolicę znał jak własną kieszeń. W Pracach Dużych (10 kilometrów od rodzinnego domu) wypatrzył kilka niezłych działek. Kupił je za grosze, bo ludność Prac Dużych jeszcze się w kapitalizmie nie odnalazła i swoje dobra wyceniała według taryf z PRL-u.

Na jednej działce (ok. 20 ha) miało powstać pole do golfa. Na innej (4,5 tys. m kw.) – dom.

Dom? Nie, to za mało. Maćkowiak zamówił u architekta projekt pałacu. 1200 m kw. powierzchni, dach z zielonej blachy miedzianej, wewnątrz kilkanaście salonów, sypialnie, wszystko w stylu eklektycznym, przez złośliwych zwanym nowobogackim. Tadeusz Maćkowiak bowiem lubił zadawać szyku. To robiło naprawdę duże wrażenie.

Były wspólnik Maćkowiaka (od szkła zespolonego) Maciej Sz.: – Firmą interesował się mało, natomiast bez przerwy potrzebował pieniędzy. Żył ponad stan, jeździł jednym z pierwszych w Warszawie jeepów Cherokee, bywał na salonach i popisywał się szerokim gestem.

Gest był niezbędny, ponieważ Tadeuszowi, jak zapamiętali jego dawni znajomi, imponował świat polityków. Na początku lat 90. partie polityczne były przeważnie biedne jak mysz kościelna, chętnie korzystały więc z pomocy krążących w ich orbicie biznesmenów. Nasz bohater sobie tylko znanym sposobem zyskał przychylność decydentów. Do tego stopnia, że otworzył biuro swojej firmy M.T. Team w siedzibie Ministerstwa Kultury przy ul. Trębackiej. Ale bardzo trudno było mu pogodzić brylowanie na politycznych salonach z kosztowną budową własnego.

Dziad i gwiazdy biznesu

Podczas kiedy Maćkowiak szykował się do budowy we wsi Prace Duże, Henryk Niewiadomski żył w rodzinnych Ząbkach tak, jak lubił. Hodował gołębie i obracał nielegalnym spirytusem. Zwano go Dziadem (policjanci i dziennikarze) albo Heńkiem (grono przyjaciół). Sam przyznawał się do pseudonimu Garbus.

Na spirytusie zarobek był niezły. Podczas wywiadu dla cyklu TVN i „Polityki” „Alfabet mafii” Niewiadomski opowiadał, że głównie na spirytusie dorobił się 4 milionów dolarów (później jego majątek oszacowano na 20 mln dolarów). „Dla niektórych to mało, ale dla mnie dużo” – mówił skromnie. W rozmowie z niżej podpisanym (lipiec 2005 roku – sala widzeń Aresztu Śledczego w Radomiu) ujawnił, że kiedy był już majętnym człowiekiem, miewał propozycje od pewnych polityków: – I z lewej, i z prawej strony, ale tych z lewej było więcej – mówił. Najlepsze interesy robił z Ireneuszem Sekułą, który poza działalnością w SdRP handlował wtedy spirytusem. – Przyjeżdżał pod mój dom nad ranem i zakrywał twarz kapeluszem. Był świetnym kontrahentem, bywało, że dawał mi naraz w komis trzy tiry gorzały. Nigdy nie kłócił się o natychmiastową zapłatę.

Niewiadomski nie krył, że niektórzy politycy dopraszali się pieniędzy na swoje partie czy kampanie wyborcze, ale żadnemu grosza nie dał. Co innego pożyczyć. Pożyczyć mógł każdemu.

Domu w Pracach Dużych Dziad nigdy nie traktował jako miejsca do mieszkania, ale jako lokatę kapitału. Od okazałego pałacu wolał o wiele skromniejszy dom w podwarszawskich Ząbkach. Inna sprawa, że zamieszkanie w Pracach Dużych mogło się wiązać z olbrzymim niebezpieczeństwem. Była to strefa wpływów „Pruszkowa”, dla którego wołomiński boss stałby się łatwym celem.

Pożyczek udzielał przez swój lombard w Ząbkach. Trafiali tam różni klienci. Trafił też Maćkowiak. – Gwałtownie potrzebował kasy – wspominał Niewiadomski. – To mu dałem, znaczy pożyczyłem. Ile? A było tego ze dwa miliardy starych złotych.

Dziad nie pamiętał, jak poznał pana Tadzia (tak o nim mówił). Chociaż znajomość była pobieżna, pieniądze pożyczył mu bez obaw. Pan Tadzio był w Warszawie znaną postacią, biznesmenem pełną gębą. – Opowiadał, że lada moment dostanie w banku wysoki kredyt – relacjonował. – Czy mu wierzyłem? A czemu miałem nie wierzyć? Przecież ten kredyt miał mu załatwić sam ówczesny premier Jan Olszewski. Tak przynajmniej ten Maćkowiak sprawę przedstawiał.

Weksel poręczający pożyczkę w lombardzie Dziada wystawił Maćkowiakowi Feliks Siemienias, wówczas gwiazda biznesu. – Ja to za dobrze nie wiedziałem, kto to taki, ten Siemienias – wyjaśniał Niewiadomski. – Ale wyglądał jak trzeba, przyjechał rolls-royce’em i opowiadał, że samemu Reaganowi podarował 50 tys. dolarów. Weksel wziąłem, opiewał na 120 tys. dolarów, mam go do dzisiaj.

Łysi pytają o prezesa

Początek lat 90. był dla Maćkowiaka okresem prosperity. Założył Chrześcijański Klub Przedsiębiorców. Biuro w budynku Ministerstwa Kultury i prezesowanie w ChKP to tylko pierwsze kroki do spełnienia ukrytego marzenia. Znajomym zwierzał się, że przymierza się do kariery politycznej. Twierdził, że dotuje kilka partii i ma tam oddanych przyjaciół. Dotarł też na listę stu najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. I przez dwa lata, w 1992 i 1993 roku, zajmował na tej liście odpowiednio 56. i 41. miejsce. Co ciekawe, w pozycji „majątek” podawano „brak danych”. Ale cytowane przez tygodnik dossier pana Maćkowiaka i tak było imponujące: „właściciel »M.T. Team Holding Corp. Ltd.« z przedstawicielstwami w Sankt Petersburgu i Kaliningradzie; wydawnictwo »Verba« (wydawca książek m.in. K. Brandysa, M. Janion i S. Lema) dysponujące własną nowoczesną bazą poligraficzną; główne przedsiębiorstwo »G.T.« produkujące szkło zespolone; obroty holdingu 100 mld st. zł; Tadeusz Maćkowiak jest prezesem Chrześcijańskiego Klubu Przemysłowców”.

Ale to wspomniany wyżej Maciej Sz. był faktycznym właścicielem firmy produkującej szkło zespolone. – Do 1993 roku prowadziliśmy wspólnie spółkę komandytową. Wnieśliśmy po 40 proc. udziałów, to było po 50 tysięcy dolarów – wspomina. Trzecim wspólnikiem był pewien obywatel Kanady. Maciej Sz. z Tadeuszem znał się od wielu lat, bo ten ożenił się z jego koleżanką z klasy. Charakteryzuje byłego wspólnika następująco: uroczy facet, świetny kompan, ale dopiero wspólny biznes pomógł poznać jego prawdziwą twarz. Tak naprawdę Maćkowiak był urodzonym hochsztaplerem. Zapożyczał się, gdzie mógł, i z długów już się nie wygrzebał. Kiedyś przyjechało do firmy dwóch charakterystycznych panów, bardzo umięśnionych. Dopytywali się o Maćkowiaka. – Byli od tego słynnego Dziada z Ząbek. Chcieli odzyskać dług – mówi Maciej Sz. – Tak się wystraszyłem, że zerwałem spółkę. Przejąłem udziały Tadzia za zadłużenie, jakie miał w firmie.

Kierowca z długą pamięcią

Polityk Przemysław na początku lat 90. przeszedł z PAX-u do Porozumienia Centrum. – Pan Maćkowiak kręcił się w orbicie naszej partii, założył sympatyzujące z PC stowarzyszenie przedsiębiorców. Ale coś musiało się wydarzyć, bo nagle przestał się w naszej siedzibie pokazywać.

Chrześcijański Klub Przedsiębiorców zrzeszał kilkudziesięciu biznesmenów, ale tak naprawdę aktywnie działał jedynie prezes Maćkowiak. – Bywał u nas jeszcze w Pałacu Blanka, najchętniej podczas rautów z udziałem polityków. Miał ulubione powiedzonko: „Dla mnie słowo ważniejsze od pieniędzy” – wspomina jeden z członków Polskiej Rady Biznesu. Inny biznesmen, Jacek Ligaszewski, pamięta, że pan Maćkowiak chwalił się, iż w wyborach 1993 roku wystartuje do Sejmu. – Ale chyba nie wystartował, bo w czasie wyborów nagle znikł, razem z 40 tys. marek, które mu pożyczyłem – mówi.

– Pan Tadeusz miał znaleźć się w Sejmie z listy bloku Zjednoczenie Polskie – twierdzi Adam Nowak (na prośbę zainteresowanego imię i nazwisko zmienione), były kierowca Maćkowiaka. – Ale ten zamiar mu się nie powiódł.

Pan Nowak na początku lat 90. stracił pracę, bo firma, w której był zatrudniony, upadła. Poprosił o pomoc dawnego znajomego z PAX-u Przemysława Hniedziewicza. – Poleciłem go panu Maćkowiakowi – przypomina sobie Hniedziewcz.

Rekomendacja była skuteczna, bo Adam Nowak dostał robotę. – Byłem u pana Tadzia trochę kierowcą, a trochę gońcem – opowiada. – Bodajże w maju 1992 roku dał mi zlecenie, aby pojechać do lombardu w Ząbkach i odebrać od jego znajomego pieniądze w kopercie. Tak poznałem pana Henia Niewiadomskiego, którego nazywano Dziadem.

Był to czas, kiedy Maćkowiak zmagał się z budową pałacu w Pracach Dużych. Adam Nowak wielokrotnie jeździł do Ząbek, woził do lombardu jakieś teczki z dokumentami, a od pracownika Dziada odbierał inne teczki albo koperty. – Domyślałem się, że w niektórych były pieniądze – wspomina Nowak. I ujawnia istotny szczegół. W czasie kiedy jako goniec Maćkowiaka często bywał u Dziada, dotarł do niego jeden z oficerów Komendy Stołecznej Policji. Nowak wyznaje, że został przez policjanta zwerbowany, miał donosić na Dziada. Dlatego z determinacją wdzierał się w łaski Henryka Niewiadomskiego. Czynił to skutecznie, Dziad polubił go. – Byliśmy po imieniu, poznałem jego rodzinę. Raz pożyczyli mi nawet pieniądze, a potem wcale nie domagali się zwrotu – wspomina.

Twierdzi, że w biurze Maćkowiaka przy ul. Trębackiej bywali znani politycy. Wymienia m.in. Jana Olszewskiego i Jana Parysa. – Kiedyś, to był maj 1993 roku, pan Tadzio kazał mi jechać do Dziada, odebrać przesyłkę i zawieść na ulicę Piękną pod numer bodajże 31 – kontynuuje. – Jechałem własnym maluchem, a za mną swoim wozem jechał kolega pana Tadzia, pan Rysio, były esbek, a wtedy właściciel firmy ochroniarskiej. On mnie wyraźnie pilnował albo ubezpieczał, sam już nie wiem. Z lombardu pana Dziada wziąłem kopertę, to chyba były jakieś dokumenty, i zawiozłem na Piękną. Nawet trochę się zdziwiłem, bo tam było biuro poselskie ZChN. Kopertę przekazałem jakiemuś mężczyźnie, chyba pracownikowi tego biura.

Według Nowaka biuro należało do posła Antoniego Macierewicza. Zapamiętał tabliczkę na drzwiach z jego nazwiskiem.

Pan Macierewicz sobie radzi

Antoni Macierewicz, w rozmowie z niżej podpisanym sprzed pięciu lat, nie przypomina sobie biznesmena Maćkowiaka. Nie pamięta też Chrześcijańskiego Klubu Przedsiębiorców. – Powiem z ubolewaniem, że biznesowe zaplecze mojego ugrupowania było nieznaczące. Biuro na Pięknej miałem zaledwie do czerwca 1992 roku. Na pewno nie nadeszła tam żadna przesyłka ani od pana Maćkowiaka, ani od właściciela lombardu w Ząbkach – dementuje.

Dodaje, że w Ząbkach znał tylko jednego człowieka, Henryka Goryszewskiego, z którym przez krótki czas działał w jednej partii (ZChN). – Co ciekawe, kiedy odszedłem z ZChN, musiałem opuścić biuro poselskie na Pięknej. I, jak pamiętam, te pomieszczenia przejął inny poseł z Ząbek, bliski współpracownik pana Goryszewskiego. Mogło być tak, że przy drzwiach pozostała jeszcze jakiś czas wywieszka z moim nazwiskiem.

Jan Olszewski, były premier i twórca Ruchu dla Rzeczypospolitej, jak przez mgłę przypomina sobie Tadeusza Maćkowiaka. – Był chyba prezesem jakiegoś stowarzyszenia przedsiębiorców. Trafiały do mnie jakieś pisma od nich – mówi. – W tamtych latach kręciła się przy politykach masa dziwnych ludzi podających się za biznesmenów. A my nie mieliśmy żadnego rozeznania w środowisku przedsiębiorców.

W pierwszej połowie lat 90. wojna gangów kosztowała życie ponad setki ofiar. Warszawa dostała się w ręce dwóch potężnych gangów nazwanych „Pruszkowem” i „Wołominem”. Ten drugi tworzyli: Wariat (czyli Wiesław Niewiadomski, rodzony brat Dziada), stary Klepak, młody Klepak (ojciec i syn), Lutek, Czarek, Ceber, Malarz, Poldek, Junior i sam Dziad.

Karierę zaczynał na bazarze Różyckiego, handlując pyzami, potem był węglarzem i nagle na początku lat 90. stał się właścicielem fortuny. Po latach wyznał, że przemycał i rozlewał spirytus. Jednym z jego dostawców był ponoć wicepremier rządu PRL, Ireneusz Sekuła (popełnił samobójstwo, strzelając sam do siebie trzy razy).

Jan Olszewski zaprzecza, jakoby był z panem Maćkowiakiem w zażyłych stosunkach. – A już na pewno nie obiecywałem mu pomocy w załatwieniu kredytu, nikomu w takich sprawach nie pomagałem – zapewnia.

Henryk Niewiadomski, czyli Dziad, w swojej książce dał wyraz sympatii dla Macierewicza (i przy okazji Leppera). Napisał: „Środowiska złodziei w białych kołnierzykach, z lewa i z prawa bez różnicy, walczą z posłami Antonim Macierewiczem i Andrzejem Lepperem. Kolejne rządy próbują z pomocą sprzedajnych mediów robić z nich ludzi nieodpowiedzialnych. Pan Macierewicz dobrze sobie z tym radzi”.

Niewiadomski pamiętał, że Maćkowiak często przez kierowcę przysyłał do jego lombardu jakieś dokumenty. – Na przykład plany pola golfowego – mówił. – W zamian brał od mojego pracownika jakieś koperty, ale ja w tej wymianie nie uczestniczyłem. Na temat przesyłki do biura poselskiego niczego panu nie powiem. Niech będzie, że nie pamiętam.

Ale jedno zapamiętał dobrze. Kiedy przejął pałac w Pracach Dużych, podłogi w salonach zalegały stosy dokumentów. – Jakieś kwity „Solidarności”, teczki z nazwiskami, całe archiwum – mówił. – Co z tym zrobiłem? Nic. Spaliłem ze śmieciami.

Szukać, aby nie znaleźć

Tadeusz Maćkowiak nie spłacił pożyczki wziętej od Dziada. Dogadali się jednak. Henryk Niewiadomski dopłacił mu około 100 tys. dolarów i u notariusza przepisali własność nieruchomości w Pracach Dużych (i dodatkowo 24 hektary w Prażmowie). Dziad przejął pałac. – Stratny raczej nie byłem – nie krył satysfakcji. – Gorzej wyszedł na znajomości z Maćkowiakiem mój brat Wiesiek.

Wiesław Niewiadomski znany pod pseudonimem Wariat (zginął zastrzelony w 1998 roku) na początku lat 90. siedział w niemieckim areszcie. Maćkowiak obiecał, że za 50 tys. dolarów załatwi mu zwolnienie. Forsę dostał, ale nic nie załatwił.

Dziad nie zamierzał przeprowadzać się do pałacu, wolał stare kąty w Ząbkach. – Wystawiłem go na sprzedaż. Zgłosił się jeden Rusek, taki Siergiej. Dał zaliczkę i zamieszkał w Pracach Dużych – opowiadał. – Ale reszty już nie dopłacił. Dlatego ponownie wystawiłem dom na sprzedaż. Przez telefon rozmawiał pan z moim pełnomocnikiem. Cena chyba nie jest wygórowana?

Bohater Leppera

Tadeusz Maćkowiak na przełomie 1993 i 1994 roku wyjechał z Polski do USA. Znikł w samą porę, bo Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście wystawiła za nim list gończy. Podejrzewano go o wyłudzenie z jednego z banków kilkuset milionów starych złotych. W tym samym czasie poszukiwało go kilka innych prokuratur z terenu całego kraju. – Wiem, że rozpytywali o niego prokuratorzy z Mazur i Pomorza – ujawnia były wspólnik Maciej Sz. W 1994 roku swoje śledztwo wszczęła prokuratura w Koninie. – Był prezesem działającej w naszym mieście firmy „Dobra” i doprowadził do strat w wysokości 1,3 mld st. zł na szkodę współudziałowców tej spółki – mówi prokurator z Konina. – Z naszych informacji wynika, że opuścił Polskę. Wysłaliśmy za nim list gończy.

Wprawdzie Porozumienie Centrum miało być główną partią umiarkowanej prawicy, jednak dość szybko musiało zejść ze sceny politycznej, ustępując miejsca nowym ugrupowaniom. O co poszło? Otóż największym osiągnięciem PC było wyniesienie Lecha Wałęsy na stanowisko prezydenta RP, a współtwórcy partii – Jarosława Kaczyńskiego, na szefa jego kancelarii. Kolejnym sukcesem było sformowanie rządu, na którego czele stanął Jan Olszewski (po wyborach PC stanowiło ledwie szóstą siłę w parlamencie). Jednak podczas tzw. nocy teczek z 4 na 5 lipca 1992 roku Sejm odwołał rząd Olszewskiego, który ujawnił listę agentów SB. Inicjatorem odwołania gabinetu był sam Wałęsa. Wtedy Olszewski, m.in. z Przemysławem Hniedziewiczem i Antonim Macierewiczem, powołali do życia Ruch dla Rzeczypospolitej. Tak uniknęli podejrzenia o związki z aferą Telegrafu – firmy, która miała zarabiać pieniądze dla PC. Afera zakończyła się uwięzieniem działacza PC Macieja Zalewskiego.

Dowcip polega na tym, że wszystkie prokuratury, wiedząc, iż Tadeusz Maćkowiak przebywa za granicą, rozsyłały za nim zwykłe listy gończe, a nie międzynarodowe.

– Dopiero na samym początku 2005 roku zwrócono się do Interpolu o ustalenie miejsca pobytu pana Maćkowiaka, a w kwietniu warszawska Prokuratura Okręgowa dostała polecenie wdrożenia poszukiwań międzynarodowych – informuje prokurator z wydziału obrotu prawnego z zagranicą Prokuratury Krajowej. Informację o ściganiu 68-letniego dzisiaj Tadeusza Maćkowiaka umieszczono na policyjnej witrynie „Poszukiwani”. Figuruje tam nadal.

W jednej z pierwszych książek wysławiających imię Andrzeja Leppera (Jan Ul, Samoobrona – Dlaczego? Przed czym?) zawarto fragment chwalący Tadeusza Maćkowiaka za to, że wydał cenną i ważną książkę pt. Rugina kontra Sachs. Owa pozycja to próba dyskredytacji planu Balcerowicza. Maćkowiak we wstępniaku pisze tak: „Głęboki niepokój budzi uprawiana przez system bankowy polityka kredytowa, która doprowadza często do ruiny wiele mających szanse prosperowania firm prywatnych”.

Sam jednak na politykę kredytową nie powinien narzekać. Wziął kredyty w kilku bankach i u pana Niewiadomskiego z Ząbek, zwanego przez media domniemanym Dziadem. Co zrobił z pieniędzmi, nie wiadomo. Prawdopodobnie część pochłonęła budowa domu, ale sporo, jak twierdzą jego współpracownicy, zainwestował, dofinansowując partie polityczne. Nie udało mu się zostać posłem. Długów już nie spłacił, uciekł z kraju. Stracił jedynie dom i dobre imię. W pamięci wielu osób pozostał jako człowiek z mocnymi koneksjami. Gdyby dziś jakaś komisja śledcza chciała te koneksje zbadać, niektórzy musieliby gęsto się tłumaczyć z tego, co zrobili, i z tego, czego nie zrobili. Ta historia może zabrzmieć jak memento: w Polsce każdy na każdego ma jakiegoś haka. W tym przypadku luki w pamięci świadków – to dobra wiadomość dla polityków: powodują, że podobnie jak Dziad jest tylko domniemany, tak i haki mogą być już mocno zardzewiałe.

Piotr Pytlakowski

Reportażysta „Polityki”, publikował także m.in. w „Gazecie Wyborczej” i „Życiu Warszawy”. Laureat nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze. Współautor książki Alfabet mafii. Współscenarzysta serialuOdwróceni.

Świat kobiet mafii nie przypomina Hollywood

Bohaterki tego reportażu są inne. To nie pieniądze, szybkie samochody i klimat nocnych lokali zadziałały na nie jak magnes, lecz miłość do mężczyzny, dla którego zrobiłyby wszystko. Dyskretne, milczące, odsunięte od interesów. Wierne i silne.

autorka Ewa Ornacka

To pani źle pisała o moich dzieciach, a teraz jedno z nich nie żyje. Pani się do tego przyczyniła! Oddam ostatnią koszulę, by wyrównać rachunki. Życie za życie! – kobieta po drugiej stronie słuchawki krzyczy i płacze równocześnie. Groźba, choć wypowiedziana w chwili rozpaczy, brzmi piekielnie wiarygodnie.

Po tych kilku zdaniach rozłącza się. Kilkanaście godzin później pakuję niezbędne rzeczy i razem z dzieckiem opuszczam swój dom pod eskortą policjantów z Centralnego Biura Śledczego. Jedziemy do jednej z tajnych kryjówek dla pilnie strzeżonych świadków. Powaga sytuacji nie od razu do mnie dociera.

Kobieta, która zadzwoniła do mnie w tamten sierpniowy wieczór 2007 roku, to żona Henryka Niewiadomskiego zwanego Dziadem, legendarnego szefa grupy wołomińskiej. Kilka godzin wcześniej w warszawskim szpitalu zmarł jej syn Paweł, zastrzelony na Targówku przez mafijnego egzekutora.

Jolanta Niewiadomska to szczupła blondynka o regularnych rysach, dobiegająca sześćdziesiątki. W prywatnych kontaktach jest gościnna i wrażliwa. Nie obnosi się z bogactwem, chociaż o majątku Dziada krążą legendy. Jest przeciwieństwem swojej młodszej siostry Ewy, która wyszła za mąż za brata Dziada – Wiesława. Kiedy Ewa została wdową, obudziły się w niej aspiracje do kierowania gangiem (w 1998 roku jej mąż zginął od kul „Pruszkowa”). Ostatecznie trafiła na kilka lat do więzienia.

Jolanta zawsze pozostawała poza biegiem wydarzeń, o których za sprawą męża, szwagra i siostry głośno było w mediach. Konsekwentnie trzymała się zasady, że miejscem kobiety jest dom. Dziad walczył z wrogami, ona wychowywała synów, potem opiekowała się wnukami. Kiedy Henryk trafił za kratki, przez osiem lat Jolanta regularnie go odwiedzała. Nierzadko musiała w tym celu przejechać pół Polski. Strażnicy więzienni nie mogli się nadziwić, że taka z nich zgodna i kochająca się para.

Publicznie Jolanta Niewiadomska tylko raz pokazała swój temperament. Kiedy w białostockim sądzie doprowadzano na salę skutego kajdankami Henryka, żona mafijnego bossa z furią rzuciła się na dziennikarzy. „Wy hieny!” – krzyczała wtedy. „Dziad nie musi chować pieniędzy po bankach, bo lepszego od żony strażnika nie znajdzie” – żartowali policjanci.

Niewiadomski miał 20 lat, gdy zakochał się w Jolancie bez pamięci. Służył wtedy w jednostce desantu morskiego w Gdańsku. Tak wspominał te czasy w swojej książce „Świat według Dziada”: „Idąc do armii, musiałem się rozstać ze swoją dziewczyną, którą bardzo kochałem. Bałem się o nią i ciągle dręczyłem myślami, co się z nią dzieje. Zrozumiałem, że mam do wyboru albo ją, albo niebieski beret. Muszę uczciwie przyznać, że moja dziewczyna miała wtedy większą siłę przyciągania niż wojsko. Uznałem, że piechota morska da sobie radę beze mnie. Nie żałuję tego wyboru”.

Żonę Dziada poznałam w 2003 roku, podczas realizacji serialu dokumentalnego Alfabet mafii. Jechałam do jej domu w Ząbkach razem z ekipą TVN, żeby sfilmować słynny gołębnik Dziada. Wracaliśmy właśnie z więzienia w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie Niewiadomski udzielił nam wywiadu. „Tylko trzymajcie się z daleka od mojej żony” – ostrzegał. W drodze do Ząbek telefonicznie uprzedziłam Jolantę, że mam przy sobie ukrytą kamerę, która – jak uzgodniłyśmy – pozostała ukryta za firanką. Po wszystkim stanęłam przed oknem od strony podwórka i na oczach Jolanty rozmontowałam wszystkie kabelki ukryte pod kurtką. Żona Dziada zaprosiła mnie do środka, powitała szerokim uśmiechem. Byłam zaskoczona jej młodym wyglądem. W kuchni pachniało dobrą kawą. Otaczały nas rodzinne fotografie i zwierzęta (pięć psów, dwa koty, papuga i gadający ptak gwarek).

„Całkiem przytulny ten pani dom, chociaż z zewnątrz wygląda jak twierdza warowna” – zaczęłam niezbyt dyplomatycznie. „Eee… jest dla mnie za duży” – machnęła ręką Jolanta. „Po co mi trzysta metrów? Zrównam to z ziemią i wybuduję coś mniejszego. I tak cała moja rodzina zawsze siedzi w pokoju przy kuchni, tyle pomieszczeń ogrzewam na darmo”.

Jolanta Niewiadomska od wielu lat przyjaźni się z wdową po byłym wspólniku Dziada – Ceberze, który zginął w 1995 roku w wybuchu bombowym w podwarszawskich Markach. „Tyle już lat minęło, a ta nieszczęsna kobieta codziennie chodzi na grób męża” – mówiła ze współczuciem. Dziś Jolanta sama żyje pomiędzy grobami. Po śmierci ukochanego syna Pawła krzyczała w rozpaczy, że nie ma już dla kogo żyć.

„Zabierzcie mnie razem z nim do grobu, w tej samej trumnie” – powtarzała. Do pogrzebu dotrwała jak w letargu, na silnych lekach.

„Nie pamiętam, że do pani dzwoniłam. Nie wiem, dlaczego pani groziłam. Widać rozpacz odebrała mi rozum. Niech mi pani wybaczy” – usłyszałam od Niewiadomskiej, kiedy policja pozwoliła mi wrócić do domu.

Od śmierci syna Dziad w niczym nie przypominał silnego i twardego człowieka, za jakiego zawsze uchodził. Henryk Niewiadomski zmarł dwa miesiące później w radomskim areszcie. Miał 59 lat. Za niespełna rok byłby wolnym człowiekiem. Śmierć nastąpiła nagle, podczas porannych zajęć w świetlicy. Serce starego gangstera nie wytrzymało takiej straty. Kiedy media spekulowały o przyczynach śmierci Dziada, zdruzgotana Jolanta w ogóle nie czytała gazet.

„Po co mi ta wiedza, skoro i tak nikt mi go żywego nie zwróci?” – pytała retorycznie. „W telewizji usłyszałam, że Henryk nie chciał się leczyć. To nieprawda! Sama przywoziłam mu leki, ale w więzieniu nie godzili się na ich podawanie. Przecież wszyscy wiedzieli, że miał tętniaka. Dlatego uważam, że to oni wykończyli mojego męża”.

Spytałam, jak wygląda teraz jej życie. „Trzy razy dziennie jestem na cmentarzu” – odpowiedziała. „Żyję pomiędzy grobami najbliższych. Do niczego się nie nadaję. Wciąż jestem na lekach. Boję się o syna Roberta, chociaż nikt mu nie groził. Sama z siebie się boję. Intuicyjnie. To przecież teraz moje jedyne dziecko”.

Wciąż nie wie, kto i dlaczego zamordował Pawła. Ale stanęła na nogi, wybudowała nowy dom. Krótko po pogrzebie męża Jolanta po raz kolejny została babcią. Jej synowa Marta, wdowa po Pawle, urodziła zdrową córeczkę.

„Byłam przy porodzie, mała jest cudowna” – mówiła uradowana. „To pierwsza dziewczynka w naszej rodzinie. Tato i dziadek bardzo na nią czekali…”. Zrozumiała, że ma dla kogo żyć.

Dziewczyna o perłowych włosach