Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Kto zabił Kopciuszka? ebook

Alek Rogoziński  

4.21428571428571 (56)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 275 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kto zabił Kopciuszka? - Alek Rogoziński

Jeden bal.
Jeden martwy Kopciuszek.
I dziesięć osób, które miały powód, by zabić.

Autorka powieści kryminalnych Róża Krull otrzymuje zaproszenie na wielki bal charytatywny, gdzie spotyka kilka postaci znanych z pierwszych stron gazet. Kiedy w czasie imprezy dochodzi do morderstwa, okazuje się, że każdy z gości miał powód, aby go dokonać. W tym i znany bloger Mario, przyjaciel Róży, która, aby oczyścić go z podejrzeń, zaczyna własne śledztwo…

Opinie o ebooku Kto zabił Kopciuszka? - Alek Rogoziński

Fragment ebooka Kto zabił Kopciuszka? - Alek Rogoziński

OŚWIADCZENIE

Jak ‌zawsze uroczyście, ‌z ręką na sercu ‌i kamienną miną zaświadczam, ‌że wszystkie ‌postacie w książce zostały przeze ‌mnie wymyślone, a opisane zdarzenia ‌nigdy nie miały miejsca. ‌Prawdziwy jest jedynie Pepe, ‌który ‌powinien ‌wreszcie zrobić ‌to, ‌co w powieści, czyli otworzyć ‌swoją kawiarnię. ‌Tylko już ‌nie mam siły go ‌do tego przekonywać. Może ‌ktoś z Was ‌go namówi? Próbujcie, ‌a wszyscy ‌na tym skorzystamy ‌i będziemy mieli fajne ‌miejsce, żeby się spotkać, ‌zjeść ‌potrawy, o jakich filozofom ‌się nie śniło, a przy ‌okazji ‌wymyślić kolejną ‌zagadkę kryminalną dla ‌Róży. ‌Trzymam ‌kciuki!

POSTACIE

Róża Krull – autorka ‌powieści ‌kryminalnych, która ‌chciała szukać inspiracji twórczej ‌podczas balu, a zamiast ‌tego ‌wpakowała ‌się w morderstwo.

Paweł „Pepe” Kwiatek – ‌przyjaciel i dawny ‌agent ‌Róży, ‌który otworzył ‌właśnie ‌swoją kawiarnię ‌i w związku z tym nie za ‌bardzo miał czas (i ‌ochotę) pomagać w śledztwie, ‌ale nie zostawiono mu ‌zbyt dużego wyboru.

Beata ‌„Betty” ‌Jankowska – agentka ‌Róży, pozbawiona (w wyniku ‌współudziału ‌w szaleństwach swojej pracodawczyni) możliwości ‌chwalenia się swoją praworządnością.

Cecylia ‌Jodełka – gosposia ‌Róży, ‌przerabiająca – z wolna, ale konsekwentnie – ‌apartament pisarki w połączenie ‌Kościoła Mariackiego z Muzeum Narodowym.

Iwona ‌„Lilian” Kościuk – piosenkarka, która ‌miała być największą sensacją ‌pewnego balu ‌i nawet jej się ‌to ‌udało, tyle że zupełnie ‌inaczej, niż ‌to sobie zaplanowała.

Marta Raj – ‌zazdrosna ‌o popularność ‌swoich młodszych ‌koleżanek ‌gwiazda w kwiecie wieku, ‌która ‌postanowiła udowodnić, ‌że wciąż jest w formie, ale niestety przekonała do tego tylko policjantów.

Justyna Kiljańska – menadżerka Marty, szukająca nowej osoby, której mogłaby pomóc w zrobieniu kariery.

Rafał Wątły – ochroniarz Lilian, który miał więcej mięśni niż szarych komórek, a te ostatnie i tak nijak nie chciały mu działać.

Bartosz Wieteska – dziennikarz pisma „Koktajl”, całkowicie owładnięty obsesją na punkcie Lilian, a zwłaszcza jej „niegrzecznych” zdjęć, które sam tworzył i publikował w Internecie.

Jakub Kwieciński – menadżer Lilian, załatwiający za jej plecami trefne interesy.

Marcin Mojek – gitarzysta w zespole Lilian i zarazem obiekt zakusów wszystkich kobiet, z którymi przyszło mu pracować.

Karolina Durczak – dziewczyna Marcina, niezbyt zadowolona z faktu, że gra na gitarze to nie jedyna umiejętność jej ukochanego, którą chciałaby poznać jego pracodawczyni.

Mariusz „Mario” Kosek – youtuber i spec od makijażu, który niegdyś zmusił Różę do założenia sztucznych rzęs, w których wyglądała jak świętej pamięci matka jelonka Bambi. Pomimo to pisarka nadal go lubiła i postanowiła uratować przed więzieniem.

Danuta Stec – aktorka, która nie przyznała się do tego, do czego powinna.

Ewelina Szlagowska – popularna trenerka fitness, która przez Lilian straciła prawie cały dobytek (z należącą do niej siecią siłowni „Bicepsik” na czele).

Barbara Jarosławska – gwiazda telewizji, którą Lilian wygryzła(by) z popularnego serialu.

Tygrys Złocisty – gangster o złotym sercu (niestety, tylko dla dwóch osób na planecie).

Miłka Wężowska – autorka powieści grozy, która pozwoliła Róży zawlec się na bal tylko dlatego, że miał tam być dobry catering, ale niestety nie zdążyła sprawdzić, czy nie była to opinia na wyrost.

Ludwik Sobański – zdziwiony decyzją swojej klientki notariusz.

Augustyn Makarski – ksiądz, który chciał być dobry i przez to źle skończył.

Halinka – starsza pani, która chciała zrobić dobry uczynek, a przez przypadek zrobiła jeszcze lepszy.

Krzysztof Darski – obdarzony urodą amanta filmowego komisarz, który dał sobie uroczyste słowo honoru, że na samym początku śledztwa zamknie prowizorycznie Różę w mamrze, choćby tylko na 48 godzin, bo inaczej przez nią zwariuje.

PROLOG

– Uwaga! Uwaga! Jesteście otoczeni! Proszę opuścić budynek z rękami uniesionymi ponad głowę!

Róża potoczyła bezradnym wzrokiem po swoich towarzyszach. Jej gosposia, pani Cecylia, trupioblada na twarzy, przesuwała w palcach koraliki różańca, bezgłośnie odmawiając kolejne zdrowaśki. Agentka pisarki, Betty, gapiła się w sufit z kamienną twarzą, niewyrażającą żadnego uczucia. Z kolei na obliczu swojego najbliższego przyjaciela, Pepe, Krull zobaczyła wściekłość, a w jego gniewnym spojrzeniu bez specjalnego trudu wyczytała pełen gorzkiej satysfakcji wyrzut: „A nie mówiłem?!”. I wreszcie czwarta osoba, na którą popatrzyła pisarka, siedziała w kucki w kącie pod ścianą, zapłakana i skulona, a jej ciałem co jakiś czas wstrząsały nerwowe drżenia.

– Uwaga! Uwaga! Jesteście otoczeni… – głos z megafonu zabrzmiał w uszach Róży niczym odgłos dzwonu, wzywającego na Sąd Ostateczny. Gdzieś niedaleko rozległ się potężny rumor, oznaczający, że stróże prawa zaczęli forsować drzwi do budynku. Niosące ten odgłos echo potęgowało nastrój grozy.

– Święta Rito, miej nas w opiece! – jęknęła Cecylia. Różaniec wysunął się z jej drżących rąk i upadł na posadzkę. Betty pochyliła się, aby go podnieść. Przy okazji odnotowała z zaskoczeniem, że już wcześniej gdzieś widziała te charakterystyczne, czerwono-czarne koraliki i medalik z jakimś świętym, dumnie wypinającym nagi, mocno wychudzony tors.

– Rito? – zdziwiła się. – Myślałam, że od spraw beznadziejnych jest święty Tadeusz Juda.

– Rita też – wyjaśniła drżącym głosem Cecylia. – A w takiej chwili lepiej się zwrócić do kobiety.

– Dlaczego? – zapytał Pepe, nieco zaskoczony prezentowanym przez starszą panią feministycznym podejściem do świętych.

– Bo kobiety są skuteczniejsze – wyjaśniła Cecylia, odbierając z rąk Betty różaniec. – Zna pan przysłowie: gdzie diabeł nie może, tam babę pośle? Chociaż z drugiej strony to wstyd, żebym tak mówiła o świętej. Zmówię modlitwę do niej o przebaczenie…

„Jak nic zacznie się tu zaraz samobiczować”, przemknęło przez głowę Pepe na widok zafrasowanej miny starszej pani. Cecylia nie zabrała się od razu do modłów, tylko przebiegła wzrokiem po swoich towarzyszach.

– A jeśli już miałabym się pomodlić za was do jakiegoś świętego… – powiedziała w zamyśleniu – to do Jana Bosko, patrona młodych przestępców.

– Mogłoby to nie odnieść żadnego skutku – mruknął Pepe – bo Róża już od dobrej dekady pod niego nie podpada. Po co się modlić nadaremnie?

Pisarka posłała swojemu przyjacielowi zabójcze spojrzenie.

– Jak nas tu za moment policja powystrzela, to sam nie doczekasz chwili, kiedy też przestaniesz pod niego podpadać – powiedziała stanowczo. – Pytam was jeszcze raz, co robimy? Poddajemy się?

– A mamy inne wyjście? – westchnął Pepe.

– Ale wiecie, co to oznacza? – spytała Róża. – Że zamiast dojść do prawdy, wszyscy trafimy za kratki…

Czwarta osoba głośno jęknęła, a następnie wstała, otarła ręką twarz z łez, zrobiła kilka kroków i stanęła na środku pomieszczenia.

– To wszystko przeze mnie – powiedziała cicho, acz stanowczo. – I jeśli ktoś ma za to wszystko odpokutować, to tylko ja.

– Nie wygłupiaj się… – zaczęła Róża, ale osoba wpadła jej w słowo.

– Nie! – bez mała krzyknęła. – Nie pozwolę was skrzywdzić!

– Sami się skrzywdziliśmy – powiedział Pepe. – Teraz już nie znajdziemy z tego wyjścia…

– Niekoniecznie… – zaprotestowała ostrożnie Betty, jak zahipnotyzowana wpatrując się w panią Cecylię. – Zdaje się, że znalazłam to, czego szukaliśmy.

Pozostali skierowali na nią spojrzenia.

– Brakujące ogniwo – powiedziała powoli menadżerka. – Mieliśmy je cały czas przed oczami…

ROZDZIAŁ I

ZAZDROŚĆ

Trzy miesiące wcześniej

„Bardzo miło nam poinformować, że gwiazdą festiwalu opolskiego będzie Lilian, największe odkrycie i sensacja polskiej estrady ostatnich lat…”

– Dlaczego nie ja?!

Wyraźnie zezłoszczona blondynka, siedząca na ozdobnym krześle przed ogromnym lustrem, podświetlonym małymi lampkami, przycisnęła czerwony guzik pilota. Ekran telewizora zgasł, a blondynka z furią cisnęła trzymanym w ręku urządzeniem w ścianę. Zamknęła oczy, przyłożyła dłonie do czoła, po czym przejechała nimi odrobinę do tyłu, odgarniając swoje gęste platynowe loki. Westchnęła, otworzyła oczy i przez moment z satysfakcją studiowała wzrokiem centymetr po centymetrze swoją twarz, dzięki pomysłowości chirurgów plastycznych pozbawioną jakichkolwiek oznak starzenia, a przy okazji, co jakoś umykało jej uwadze, też i sporej części rysów. Każda taka lustracja upewniała Martę Raj w przekonaniu, że gdyby nie cholerne gazety, wiecznie przypominające w nawiasie przy jej nazwisku tę upiorną liczbę, nikt nie dałby jej czterdziestu pięciu lat. No, może trzydzieści pięć, a i to mocno na wyrost. Skąd właściwie wziął się ten diabelski zwyczaj podkreślania wszędzie wieku? Kogo to obchodzi?! I czemu akurat jest tam liczba lat, a nie waga, wzrost albo wymiary? Zwłaszcza te ostatnie spokojnie mogliby podawać, bo dzięki wiecznej diecie i regularnym wizytom na siłowni wciąż miała je idealne. To nie, uparli się właśnie na wiek, jakby nie wiedzieli, że kobietom nigdy, przenigdy nie powinno się go wypominać. Szlag by to… Wyraz zadowolenia zniknął z jej twarzy. Skierowała wzrok odrobinę wyżej, tak aby spotkał się w lustrze z tym należącym do towarzyszącej jej w pokoju osoby.

– Dlaczego nie ja?! – powtórzyła z furią. – Tylko ta tleniona Barbie, która nie potrafiłaby zaśpiewać czysto nawet „Wlazł kotek na płotek”?! Co ona takiego zrobiła, że wszędzie się ją zaprasza i anonsuje jako największą atrakcję? Ile ona ma platynowych płyt, nagród, wyróżnień?! Kim ona, do jasnej cholery, jest?!

– Kimś, kto ma milion fanów na Facebooku i drugie tyle na Instagramie – wyjaśniła łagodnie towarzysząca jej agentka Justyna Kiljańska, szczupła i znacznie od niej młodsza szatynka – oraz nagrał kilkanaście piosenek, które mają po kilkadziesiąt milionów wyświetleń na YouTube…

– To wszystko jedno wielkie oszustwo! Fanów można sobie kupić na Allegro! Wyświetlenia też!  – wykrzyczała Marta, po czym wzięła kilka głębokich oddechów i popatrzyła na swoją towarzyszkę z nieco mniejszym gniewem, a większą ciekawością. – A ilu ja mam właściwie fanów na Facebooku?

– Czternaście tysięcy czterystu czterech – odpowiedziała agentka. – Wczoraj było jeszcze czterystu ośmiu, ale po tym, jak się wieczorem pokłóciłaś z ciotką, odlajkowała cię ona, jej mąż, córka i kot.

– Jak to kot..?! Kot lubił moją stronę? Jakim cudem?!

– Twoja ciotka założyła mu profil na Facebooku. „Pusik, mały fajfusik”. Też był w gronie twoich fanów, ale od wczoraj przestał.

– Chcesz mi powiedzieć, że ta mała po roku śpiewania dziadowskiego „umpa-umpa” i machania silikonami ma milion fanów, a ja po dwudziestu pięciu latach spektakularnej kariery – czternaście tysięcy, wliczając w to jakiegoś wyliniałego sierściucha?! – wykrzyczała blondynka. – Za co ja ci płacę?!

– Za to, żebym załatwiała ci takie wieczory jak dzisiejszy… – wyjaśniła cierpliwie Justyna.

Marta wstała z fotela. Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę spoliczkować swoją agentkę, po czym sięgnęła po stojącą na stole kryształową karafkę z wodą i z furią cisnęła nią o podłogę.

– Nienawidzę jej..! – wrzasnęła, nie precyzując, czy ma myśli karafkę, wodę czy też swoją rywalkę, po czym teatralnym gestem przyłożyła sobie rękę do serca, udając, że brakuje jej tchu. – O Boże, gdzie są moje krople?!

Justyna, najwyraźniej przyzwyczajona do podobnych scen, ze spokojem i niewyrażającą żadnego uczucia miną sięgnęła do swojej torebki. Wyjęła z niej i podała swojej pracodawczyni małą buteleczkę. Marta pozbyła się zakrętki, po czym łyknęła dziesięć kropli znajdującego się wewnątrz płynu. Agentka pomyślała z przekąsem, że według dołączonej do leku ulotki jest to dawka zbyt mała nawet dla nastolatków. Choć, z drugiej strony, w rozwoju psychicznym jej pracodawczyni znajdowała się, jej zdaniem, na etapie mniej więcej ośmiolatki, więc w sumie nawet i taka ilość mogła jej pomóc. Nie wspominając już o tym, że serce miała jak dzwon, i to co najmniej Zygmunta, zatym równie dobrze mogłaby je leczyć sokiem porzeczkowym albo „Mazowszanką”.

– Przypominam ci, że za ten wieczór zainkasowałaś dziesięć tysięcy – powiedziała uspokajająco. – To chyba nieźle, biorąc pod uwagę, że zaśpiewałaś na gali tylko trzy piosenki…

– Gali?! – piosenkarka opadła na fotel, przybierając zrezygnowaną pozę. – „Wędliny roku”?! To nie gala, tylko jakaś żenada. Nawet nikt tego nie transmitował! Miały być media, fotoreporterzy i gwiazdy. A był jeden paparazzi-alkoholik, który nachlał się i zasnął, zanim zrobił jakiekolwiek zdjęcie, i jeden dziennikarz-emeryt, do którego musisz wszystko wywrzaskiwać, bo jest głuchy, a czego nie usłyszy, to potem zmyśli. A nie, przepraszam! Były jeszcze gwiazdy. Dwie osoby, które odpadły z programu „Rolnik szuka żony”, i jedna dziewuszka, która zgłosiła się na casting do „Mam talent!”, ale jej nie przyjęli. Gwiazdy..! A poza tym widziałaś publiczność?! Skąd oni wytrzasnęli tych ludzi? Dowieźli z noclegowni albo izby wytrzeźwień?!

– Przesadzasz!

– Można było chociaż nie podawać im wcześniej jedzenia – westchnęła Marta, już z mniejszą złością, a większą rezygnacją. – Jak zaczęli siorbać flaczki, to zagłuszyli mojego pianistę! Musiałam się domyślić, kiedy zacząć śpiewać, bo nie słyszałam muzyki. Poza tym to jest właśnie to, o czym mówię. Ta plastikowa wywłoka dostanie sto tysięcy za występ na festiwalu, który obejrzy kilka milionów ludzi, a ja za dziesięć tysięcy muszę śpiewać na gali ku czci krakowskiej podsuszanej, w dodatku dla jakichś leśnych dziadków, którzy uważają, że antyperspirant to nazwa środka chwastobójczego…

– Nie było tak źle – uśmiechnęła się Justyna. – Poza tym sama popatrz! Dostaliśmy tyle salami i kabanosów, że wystarczy do lata…

– Wypchaj się! – Marta sięgnęła po wacik, nawilżyła go płynem do zmywania make-upu i zaczęła pozbywać się warstwy tapety, którą godzinę wcześniej nałożyła jej zaprzyjaźniona makijażystka. – I zabierz to wszystko. Wiesz, że nie jadam takich świństw…

– Czasami zastanawiam się, czy w ogóle cokolwiek jadasz… – mruknęła Justyna, pakując do dużej torby prezenty od organizatorów. – Zamówiłam ci taksówkę. Jeśli pozwolisz, nie będę cię dziś odwoziła. Chcę jak najprędzej wrócić do domu…

Piosenkarka oderwała wacik od twarzy i spojrzała na swoją towarzyszkę z niepokojem.

– Nie jest lepiej..? – zapytała ze współczuciem.

– Nie. – Justyna pokręciła głową. – Jest znacznie gorzej. Namawiam go, żeby jednak poszedł do szpitala, ale nie da się przekonać. Uparty jak osioł!

– Mam nadzieję, że zacznie mu się polepszać. Dość długo to już trwa…

– Za długo… – westchnęła agentka. – To co? Poradzisz sobie?

– Jasne, przecież nie jestem małym dzieckiem!

„Małym z pewnością nie…”, pomyślała z rozbawieniem Justyna. Podeszła do swojej pracodawczyni i ucałowała ją w policzek.

– I nie przejmuj się Lilian – powiedziała pocieszającym tonem. – Poznałam ją ze dwa miesiące temu na jakimś przyjęciu. To głupiutka, naiwniutka dziewuszka, która po prostu spotkała na swojej drodze odpowiednich ludzi i ma teraz swoje pięć minut. Ale brak jej potencjału, żeby zrobić z nich kwadrans. A do tego jest złośliwa i arogancka, więc szybko straci zwolenników. Zobaczysz, za rok, dwa nikt już o niej nie będzie pamiętał, a ty nadal będziesz gwiazdą. Głowa do góry!

Minutę później Marta została w pokoju sama. Skończyła zmywać makijaż. Do przyjazdu taksówki miała jeszcze dziesięć minut. Podniosła sponiewieranego pilota z podłogi i ponownie włączyła telewizor. Zmieniła kilka razy kanał, aż wreszcie dotarła do jakiegoś muzycznego, na którym, ku jej złości, prezentowany był teledysk Lilian. Przez chwilę oglądała z obrzydzeniem, jak jej młodsza koleżanka po fachu, ubrana jedynie w bardzo kuse body, wygina się w seksownych pozach na łóżku, tuląc się do przystojnego modela.

– Za rok, dwa nikt nie będzie o tobie pamiętał… – powiedziała na głos, czując, jak wzbiera w niej kolejna fala nienawiści, po czym zmrużyła oczy i dodała: – Już ja tego dopilnuję…

ROZDZIAŁ II

ZAPROSZENIE NA BAL

Róża Krull cierpiała na brak weny. Zdarzało jej się to rzadko, ale kiedy już przychodziło, doprowadzało ją do szaleństwa. Wszyscy znajomi pisarki wiedzieli, że w takiej sytuacji należy jej jak najszybciej zejść z oczu, a potem przez jakiś czas unikać jak ognia, z każdym bowiem kolejnym dniem, zakończonym widokiem pustego ekranu komputera, na którym nie pojawiło się ani jedno słowo nowej książki, w Róży narasta chęć mordu. Jedyną osobą w miarę bezpieczną była jej gosposia, która – choć kusząco znajdowała się tuż pod ręką i teoretycznie była dla Krull najbliższym obiektem do rozładowania frustracji – żywiła ją i zdejmowała z niej w takich chwilach wszystkie obowiązki domowe oraz co bardziej znoszone ubrania. Bez troskliwej opieki pani Cecylii Róża z pewnością w mgnieniu oka zaczęłaby przypominać kościotrupa z kołtunem na łbie i krogulczymi paznokciami, żyjącego w kurzu, pleśni i bałaganie, którego nie dałby rady posprzątać nawet Herkules. W takich bowiem chwilach pisarka, zagrzebana w sądowych aktach spraw kryminalnych i wertująca w poszukiwaniu natchnienia artykuły prasowe o śledztwach, zapominała o podstawowych życiowych czynnościach. Paradoksalnie jednak to właśnie gosposia bała się pisarki najbardziej. Trudno się temu dziwić, skoro każdego ranka tuż po przekroczeniu progu mieszkania Róży witało ją z dnia na dzień coraz bardziej krwiożerczo brzmiące pytanie: „Pani Cecylio, i kogo ja mam, do jasnej cholery, ukatrupić?!”. Na jego dźwięk starsza pani czym prędzej czyniła znak krzyża, a potem udawała się do kuchni, aby zacząć pracę od szybkiego zmówienia modlitwy do świętego Leonarda z Noblac, patrona ludzi zagrożonych napadami ze strony szaleńców i furiatów.

Tego wieczoru zgnębiona Róża, która znów nie napisała przez cały dzień ani słowa, doszła do wniosku, że oto nadszedł kres jej literackiej kariery. I że nic na to nie poradzi. Widocznie po wydaniu czternastu książek wypaliła się i musi teraz poszukać sobie innego zajęcia. Nie ma co płakać, nie ma co rwać włosów z głowy, trzeba się z tym po prostu dzielnie pogodzić i poszukać sobie nowego zawodu. Powodowana tą myślą, pisarka zamknęła w komputerze okienko z edytorem tekstu i już miała otworzyć stronę portalu pracuj.pl, aby się rozeznać, w jakich branżach można obecnie liczyć na szybkie zatrudnienie i czy w związku z tym powinna się zapisać na kurs rękodzieła artystycznego, wyplatania koszy wiklinowych czy też raczej garncarstwa, kiedy uświadomiła sobie, że już od kilku dni nie ściągała maili. Być może tam czeka na nią jakaś kusząca propozycja? Odpaliła skrzynkę pocztową, która powiadomiła ją, że zaczyna ściągać ponad sto nowych wiadomości. Z rezygnacją zauważyła, że idzie to w takim tempie, jakby jej komputer magicznie przeniósł się w lata dziewięćdziesiąte i znów działał na modem. Bardzo niecenzuralnie pomyślała o swoim dostawcy usług internetowych, westchnęła i sięgnęła po komórkę.

– Miłka? – upewniła się, słysząc w telefonie dziwaczne rzężenie, które nasunęło jej podejrzenie, że dodzwoniła się do swojej przyjaciółki w chwili, kiedy schodzi ona z tego padołu i to w wyniku zadławienia się. Ewentualnie ktoś ją właśnie dusi. – Wszystko w porządku?

– Yhm… – usłyszała w odpowiedzi. – Bczkaj!

Jeszcze przez chwilę w telefonie rozlegały się rozmaite charkoty.

– No, teraz już mogę… – oznajmiła wreszcie Miłka swoim normalnym głosem. – Co się urodziło?

– Znowu coś żarłaś? – zapytała z wyrzutem Róża, pomna tego, że kilka dni wcześniej przyjaciółka oznajmiła jej, że po wizycie u lekarza przechodzi właśnie na wyjątkowo restrykcyjną dietę, w wyniku której ma zamiar zgubić na wadze pół siebie, a której głównym założeniem jest to, aby po godzinie osiemnastej doznawać amnezji i zapominać, że ma się w domu cokolwiek do jedzenia. – Przecież jest dwudziesta!

– Piłam wodę… – wyjaśniła Miłka niezbyt pewnym głosem.

– Oceniając po odgłosach, to chyba bezpośrednio z wodopoju albo koryta – mruknęła Róża. – A tak serio?

– No dobrze, zrobiłam sobie naleśniczki z nutellką – przyznała Miłka niechętnie. – Jak zadzwoniłaś i chciałam cię przywitać, to mi krem wleciał nie w ten otwór, co trzeba…

– Miłka..! – jęknęła Róża, po czym pomna, ile razy jej koleżanka próbowała już zrzucić nadwagę, dodała. – Znowu?!

– Ta dieta była do bani – powiedziała stanowczo Miłka. – Wymyślił ją jakiś psychopata. Ewentualnie ktoś z zaburzonym cyklem dziennym, lubiący kłaść się spać równo z zachodem słońca. A ja prowadzę wampirzy tryb życia, piszę głównie nocami i wtedy mam najbardziej wilczy apetyt. Pamiętasz, jak czytałyśmy o tym, że ciężka robota umysłowa jest prawie tak wyczerpująca jak praca górnika na przodku? No, to weź teraz i powiedz górnikowi, jak wyjedzie na górę z kopalni, że ma się umartwiać! Mówię ci, przy tej diecie budziłam się z rana i od razu myślałam tylko o tym, że po osiemnastej znów będę głodna, więc jadłam wszystkiego trzy razy więcej, na wszelki wypadek. Po szesnastej czułam się już tak pełna, jakbym miała w żołądku słonia i to z trąbą, a potem wszystko zaczynało mnie boleć. Do luftu! Więc zarzuciłam te męki i teraz postanowiłam jeść normalnie, tylko mniejsze porcje…

– Doprawdy? – zdziwiła się niewinnie Róża, usiłując jednocześnie usunąć sobie sprzed oczu wizję Miłki w górniczym galowym mundurze i czako z obfitym pióropuszem, polującej ze strzelbą w dłoniach na słonie w afrykańskim buszu. – To ile zrobiłaś tych naleśniczków?

– Ledwie kilka…

– Miłka!

– No, dobrze. Osiem. Ale zjadłam tylko dwa…

– Jasne, bo ci przeszkodziłam – prychnęła Róża. – Nie mam do ciebie siły. Rób, co chcesz. Ja w innej sprawie…

– Tak? – nieco stłumiony głos Miłki wskazywał na to, że liczba niezjedzonych przez nią naleśników wkrótce ulegnie zmianie.

– Co robisz, jak nie masz natchnienia?

Miłka przez chwilę milczała, choć dźwięki w telefonie wskazywały na to, że raczej nie zamarła w bezruchu. A przynajmniej nie od szyi w górę.

– Morduję – oznajmiła wreszcie. – Kilka zwłok i od razu pisanie rusza z miejsca.

– U mnie z reguły też. – Choć jej przyjaciółka nie mogła tego widzieć, Róża pokiwała głową. – Tylko aktualnie nie mam pomysłu, kogo utłuc. Tobie łatwiej, bo nie piszesz kryminałów. W horrorach możesz sobie wyrżnąć pół planety i zwalić to na siły nadprzyrodzone. A ja muszę mieć nie tylko trupa, ale i umotywowanego mordercę, mylne tropy, śledztwo i wszystko ułożone w logiczną całość.

– Czy ty właśnie spostponowałaś moją pracę? – W głosie Miłki słychać było lekkie oburzenie. – Myślisz, że tak łatwo jest wymyślić coś, czego ludzie się jeszcze przestraszą?! Czasem mam wrażenie, że wszystko już było! Karły, klauny, dzieci, staruszki, cała paleta niepełnosprawnych, każda możliwa zjawa z zaświatów, zwierzęta, a nawet warzywa!

– Warzywa?!

– Yhm… Obejrzyj sobie „Atak krwiożerczych pomidorów”. W drugiej części gra George Clooney. Ostatnio w skrajnej rozpaczy wymyśliłam psoszczura.

– Kogo?

– Psa o głowie szczura. Miał być straszny, ale mój wydawca powiedział, że jego dziewięcioletnia córka z miejsca się w nim zakochała. I zapytał, czy nie myślałam nigdy o pisaniu książek dla dzieci. Czujesz..? Swoją drogą, on jest jakiś walnięty, że daje moje powieści do czytania dziewięciolatce. Więc sama widzisz, wcale nie mam łatwiej…

– No dobrze, powiedzmy, że mamy tak samo trudno – przyznała sprawiedliwie Róża. – Co nie zmienia faktu, że nadal nie umiem wymyślić przekonującego morderstwa. Rusz głową, kogo mogłabym zabić?

– Kuriera, który drugi dzień nie może mi dostarczyć kozaków – powiedziała stanowczo Miłka. – Jego zdaniem mieszkam w domu, którego nie ma. Coś à la peron w „Harrym Potterze”, ja go widzę, a on nie. A przynajmniej nie umie tu trafić. Ale to psychopata, więc boję się z nim awanturować. Dziwię się, że nie wywalili go po aferze z kotkiem. Opowiadałam ci o niej?

– Nie.

– Jedna moja sąsiadka, miła starsza pani, jechała do sanatorium, niedaleko Warszawy, i poprosiła swoją przyjaciółkę, żeby zaopiekowała się w czasie jej nieobecności kotem. Przyjaciółka się zgodziła, sąsiadka spokojnie wyjechała, a po dwóch dniach kiciuś wywinął numer i był zszedł. Staruszek już z niego był, schorowany, więc nic dziwnego. Przyjaciółka natychmiast po stwierdzeniu zgonu zadzwoniła do sanatorium z hiobową wieścią i z pytaniem, co ma zrobić z truchłem. Sąsiadka, jak już opłakała stratę, powiedziała: „Wiesz co? Tu jest tak pięknie. Na pewno by mu się bardzo podobało. Wyślij go, a ja go pochowam po cichutku gdzieś w ogrodzie, niech zostanie w takim cudnym miejscu. Chcę tu często wracać, to go będę odwiedzała”. I ta przyjaciółka, nie myśląc wiele, zapakowała kota w pudełko i wezwała kuriera. Ponieważ zwierząt nie można przewozić, tym bardziej martwych, więc zadeklarowała, że tam jest ceramika, jakieś filiżanki czy coś w tym guście. I ten wariat to odebrał, ale po drodze pudełko mu spadło przez przypadek z motocykla, więc zajrzał do środka, czy mu się tam nic z tej ceramiki nie potłukło. Otworzył, patrzy, a tam zdechły kot, więc się przeraził, że to on go zabił. Pozbył się zwłok, złapał jakiegoś identycznego kota na pobliskiej budowie, pojechał do weterynarza, żeby zaordynował zwierzątku zastrzyk usypiający, po czym dostarczył przesyłkę. Następnego dnia przyjaciółka zadzwoniła do sąsiadki z ostrożnym pytaniem, czy już pochowała kota, a ta na to: „Zgłupiałaś? Gdzie ja go miałam chować, jak on mi tu biega po pokoju, jakby się najadł szaleju!”. Wcześniej też było nieźle, bo jakaś bizneswoman kupiła w Londynie za siedemnaście tysięcy funtów odjechaną rzeźbę pod tytułem „W jaźni industrii”, składającą się z siedemnastu artystycznie powyginanych stalowych prętów. Z racji ogromu dzieła trzeba je było na potrzeby transportu rozmontować na części pierwsze, a potem złożyć z powrotem. I ten sam kurier znów w czasie transportu miał wypadek, bo ktoś mu wjechał w tył furgonetki. Wystraszył się, że przy tej okazji żelastwo się powyginało, więc pojechał do kumpli na warsztat i poprosił, żeby je wyprostowali. Ponoć mina pani, która za siedemnaście tysięcy funtów otrzymała siedemnaście prościutkich stalowych prętów, była bezcenna.

– I mimo to nadal pracuje?! – zdumiała się rozbawiona Róża.

– Owszem. Od kiedy wydobyłam z centrali informację, że to właśnie on sprawuje tymczasową pieczę nad moimi kozakami, przez cały czas się zastanawiam, w jakiej postaci je otrzymam. Zakładam nawet wariant, że przywiezie mi żywą krowę… To co? Mordujesz go?

Róża przez chwilę rozważała propozycję.

– Nie – zdecydowała w końcu. – Kurier jest do bani. Ostatnio zabijałam w książkach tylko przedstawicieli klasy robotniczej i mój wydawca twierdzi, że potrzebuję teraz czegoś bardziej glamour.

– Glamour..? Może chce, żebyś opisała to, w czym sama brałaś udział?

Róża wzdrygnęła się nieco, przypominając sobie mrożące krew w żyłach sceny, których niedawno była świadkiem. Najpierw morderstwa dwóch swoich koleżanek po piórze w czasie zjazdu pisarzy pod Krakowem, następnie samobójstwo, które na jej oczach popełnił kandydat do tytułu Mistera Polonia i które potem też okazało się zabójstwem.

– Absolutnie nie – powiedziała. – Poza tym to też w sumie nie podpadało pod określenie glamour. Myślę raczej nad morderstwem na jakimś wielkim balu dla śmietanki towarzyskiej albo w czasie ekskluzywnego przyjęcia, na przykład w ambasadzie czy w jakimś pałacu…

– I kto niby miałby tam zginąć? – zainteresowała się Miłka, oceniając po odgłosach, a zabierając się właśnie za naleśnik numer cztery.

– No, akurat tego nie wiem… – powiedziała smętnie Róża. – Za to mam już okładkę tej książki, bo mój wydawca znienacka doznał iluminacji, w czasie której miał wizję niczym Baba Vanga, i ją w natchnieniu zaprojektował. Jest na niej pantofelek.

– W sensie orzęsek? – spytała niepewnie Miłka, która w ramach dodatkowych zajęć niedawno redagowała podręcznik do biologii i wymienione przez przyjaciółkę słowo nie chciało jej się skojarzyć z niczym innym niż pierwotniak.

– Sama jesteś orzęsek! – zdenerwowała się Róża. – Pantofelek. But! Czerwony. Z obcasem w kałuży krwi. I teraz mam dorobić do tej okładki książkę. Czujesz? W dodatku glamour!

Przez chwilę obie milczały.

– Mam! – ucieszyła się nagle Miłka. – Skoro masz pantofelek, to musi być i bal. Obowiązkowo! Wielki, charytatywny, prestiżowy. Taki, o udział w którym biją się nawet wielkie gwiazdy, o bogaczach już nawet nie mówiąc, i wszyscy uważają za zaszczyt, że się ich tam zaprosi. Szał ciał, kelnerzy w smokingach, kawior, szampan, te klimaty. Zaprasza się tam tylko nielicznych, a reszta musi zapłacić krocie, żeby się tam dostać. I na tym balu odbywają się też aukcje. W tym jedna specjalna, na której zostaje wystawiony jakiś wyjątkowo cenny przedmiot. Kolia należąca kiedyś do królowej albo coś w tym guście. Wszyscy czekają na to z wypiekami na twarzy. I w chwili, kiedy wreszcie kolia pojawia się na widoku, nagle gaśnie światło i pada strzał. Powstaje zamieszanie, a kiedy znów robi się jasno, okazuje się, że kolii nie ma, a za to jest trup…

– Na kilometr zalatuje przygodami Arsena Lupina – oceniła Róża ostrożnie. – A kto ginie?

– O, i to jest najlepsze! Poczekaj, tylko przełknę! – Róża odliczyła w myślach kolejny naleśnik. – Ginie dziewczyna, która została zaproszona na bal tylko dlatego, bo była wychowanką fundacji, dla której zbierane są tego wieczoru pieniądze, a teraz w niej pracuje – powiedziała Miłka. – Sierota, piękna, biedna, nieśmiała i nieco tajemnicza. Przyszła z szefem fundacji i od razu zauroczyła się z wzajemnością w przystojnym młodym biznesmanie…

– Czyś ty do reszty oszalała?! – zgorszyła się Róża. – Chcesz zabić Kopciuszka?!

– No, coś w tym stylu… W kryminale zawsze potrzeba elementu zaskoczenia. Wszyscy myślą, że kto jak kto, ale taka bohaterka nie może zginąć, a tu trach i mamy zwłoki. Co ty na to?

Róża przez chwilę rozważała wizję swojej przyjaciółki. O ile sam pomysł balu, aukcji, kradzieży i morderstwa wydał jej się całkiem niezły, o tyle gorzej było z osobą ofiary. Mordować Kopciuszka? Zmieniać treść bajki..?

– Muszę ją zabijać? – zapytała w tonie lekkiego protestu. – Nie mogę jej na przykład zniknąć? Żeby na koniec okazało się, że tylko ktoś ją porwał? I padną sobie z biznesmanem w objęcia?

– Już ty nie bądź taka druga specjalistka od szczęśliwych zakończeń – mruknęła Miłka. – Jedna Witkiewicz jest i wystarczy. Gdyby ona pisała kryminały, to na końcu denat wstałby, otrzepał się i żył długo i szczęśliwie. U ciebie ma być inaczej. Kopciuszek musi wykitować i już. Postanowione!

– Niby dlaczego? – zapytała Róża niechętnie. – Kto ją zabił i z jakiego powodu?

– Mam ci wymyślać też i tropy? – zdziwiła się Miłka. – Nie ma sprawy, tylko odpalisz mi część honorarium.

– Zwrócę ci w prowiancie – obiecała Róża. – A tak przy okazji, ile naleśników ci jeszcze zostało?