Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Kto z państwa popełnił ludobójstwo? ebook

Wojciech Albiński

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kto z państwa popełnił ludobójstwo? - Wojciech Albiński

 

Kalahari, tytułowe opowiadanie całego tomu, to historia mężczyzny, który jedzie przez południowoafrykański busz w poszukiwaniu syna, ciężko chorego na malarię. Oczywiście to nie tropikalna choroba wysuwa się w opowiadaniu na pierwszy plan, ale obcy, dziki i nieprzyjazny świat. Jest jeszcze druga Afryka - zmodernizowana. Wielkie miasto Johannesburg z wysokimi biurowcami stojącymi tuż obok dzielnic biedy, w którym apartheid nadal pozostał żywy. Ta niezbyt udana kopia bogatej Ameryki - przeszczep sztuczny, ale trwający już wiele dziesięcioleci - jest obecna m.in. w opowiadaniach Stanley i Syndile, Strzały na Hillbrow czy Hotel Carlton. Oba światy istnieją równolegle, ale nie ma między nimi porozumienia. Warto tę rzeczywistość poznać, żeby ją choć trochę zrozumieć. Świetnie napisane opowiadania Albińskiego czyta się jednym tchem.

 

Tak daleko w głąb Czarnego Lądu nie zapuścił się żaden pisarz polski!
Maciej Urbanowski, „Newsweek"

Z recenzji Soweto - my love:

Albińskiego interesuje południowoafrykańska codzienność, konsekwentnie przybliża nam sprawy Czarnego Lądu, a czyni to w sposób szczególny - bez egzotyki i cudowności, rzeczowo, zachowując niezwykłą uważność i wrażliwość.
Dariusz Nowacki, „Gazeta Wyborcza"

Zjawisko niecodzienne: znakomity polski pisarz nieskażony polska literaturą. (...) Albińskiemu udało się uratować z buzującego kotła polskich kompleksów, sporów i artystycznych mód.
Piotr Kofta, „Wprost"

Hemingway napisał, że rolą pisarza jest sprawić, by czytelnik więcej odczuł, aniżeli zrozumiał. Albińskiemu ta sztuka się udała.
Bartosz Marzec, „Rzeczpospolita"

Opinie o ebooku Kto z państwa popełnił ludobójstwo? - Wojciech Albiński

Fragment ebooka Kto z państwa popełnił ludobójstwo? - Wojciech Albiński

Woj­ciech Al­biń­ski

KTO Z PAŃ­STWAPO­PEŁ­NIŁ LU­DO­BÓJ­STWO?

Opo­wia­da­nie ze zbio­ruKA­LA­HA­RI

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2012

Kto z państwa popełnił ludobójstwo?

Naj­pierw po­ja­wi­ły się zie­lo­ne wzgó­rza. Po­tem pal­my i czer­wo­ne li­nie dróg. Jed­ną z nich je­cha­ła cię­ża­rów­ka, cią­gnąc za sobą ob­łok ku­rzu. Żoł­nie­rze strze­la­li w po­wie­trze, spę­dza­jąc z lot­ni­ska sta­do kóz. Ste­war­de­sy wy­ko­ny­wa­ły wy­uczo­ne ge­sty. Za go­dzi­nę zdej­mą gra­na­to­we uni­for­my i w stro­jach pla­żo­wych po­ło­żą się nad ba­se­nem.

W trze­cim rzę­dzie sie­dział dok­tor Pier­re de Du­ran. Jego żona Kla­ry­sa, de domo Uma-Wabu, ner­wo­wo ści­ska­ła go za rękę.

– By­łam szczę­śli­wa w Gre­no­ble i nie chcia­łam tu przy­jeż­dżać – po­wta­rza­ła.

– Woj­na skoń­czo­na. Twoi wy­gra­li – uspo­ka­jał ją. – Ucie­szą się, gdy cię zo­ba­czą.

– Boję się – od­po­wia­da­ła.

Za trzy mi­nu­ty będą lą­do­wać w Lobo. Sa­mo­lot za­trzy­ma się przed pła­skim bu­dyn­kiem z po­wie­wa­ją­cą nad nim fla­gą na­ro­do­wą. Na ta­ra­sach, po obu stro­nach mo­nu­men­tal­ne­go wej­ścia, już zgro­ma­dził się ra­do­sny tłum.

Loty Air Fran­ce wzno­wio­no do­pie­ro przed ty­go­dniem. Przed­tem dzia­ła­ła tu pry­wat­na li­nia, ob­słu­gi­wa­na przez pi­lo­tów ukra­iń­skich. Z ma­szyn wy­cie­kał olej, sa­mo­lo­ty lą­do­wa­ły na ple­cach. Opła­tę po­bie­rał po­moc­nik pi­lo­ta i on też wy­rzu­cał wa­liz­ki na be­ton. Głów­ne li­nie lot­ni­cze uni­ka­ły Lobo, ofi­cjal­nie ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Cho­dzi­ło też o unik­nię­cie gor­szą­cych scen, kie­dy to ucie­ki­nie­rzy sztur­mo­wa­li schod­ki sa­mo­lo­tów i za­my­ka­li się w to­a­le­tach. Twier­dzi­li, że je­że­li ka­pi­tan ich nie ura­tu­je, to przed bu­dyn­kiem cze­ka już na nich mi­li­cja.

W mia­rę jak ma­szy­na ob­ni­ża­ła lot, Kla­ry­sa za­ci­ska­ła dło­nie na po­rę­czach.

– Nie bój się – po­wta­rzał Pier­re. – To już jest inny kraj. Po­wstał nowy ko­ali­cyj­ny rząd, po­ja­wi­ły się na­wet au­to­bu­sy z tu­ry­sta­mi.

Rok temu Pier­re de Du­ran pra­co­wał w Lobo jako le­karz. Był człon­kiem miej­sco­wej eki­py Méde­cins sans Fron­ti­ères. Jego rocz­ny kon­trakt do­bie­gał koń­ca i nie za­mie­rzał prze­dłu­żać po­by­tu.

Szpi­ta­lem za­wia­dy­wa­ła rada. Dy­rek­tor był wpraw­dzie jo­wial­ny i uczyn­ny, ale czu­ło się, że ma zwią­za­ne ręce. Do­sta­wie­nie łóż­ka za­bra­ło mu ty­dzień, bra­ko­wa­ło le­karstw, więc Pier­re mu­siał sam je do­ku­py­wać. Nie ukry­ło się to przed pie­lę­gniar­ka­mi i w re­zul­ta­cie dy­rek­tor za­bro­nił mu tych prak­tyk.

W pew­ną śro­dę wstrzy­ma­no za­bie­gi, na ko­ry­ta­rzach zro­bi­ło się na­gle pu­sto. Zgi­nę­ły gdzieś sio­stry z bia­ły­mi wóz­ka­mi, za­cie­ka­wie­ni cho­rzy pod­no­si­li gło­wy i nad­sta­wia­li uszu. Gwar do­cho­dził wy­łącz­nie ze sto­łów­ki, gdzie od­by­wa­ło się ze­bra­nie za­ło­gi.

Na­prze­ciw te­le­wi­zo­ra stał gę­sty tłum. Prze­ma­wiał do­wód­ca Po­łą­czo­nych Szta­bów. Wy­stą­pił w mun­du­rze, na pier­si błysz­cza­ły mu or­de­ry. Pier­re nie ro­zu­miał słów, ale ton prze­mó­wie­nia był ostry. Mów­ca ar­gu­men­to­wał spo­koj­nie, po czym znie­nac­ka prze­cho­dził w krzyk. Ze­bra­ni żywo przyj­mo­wa­li jego sło­wa, po­pie­ra­jąc go en­tu­zja­stycz­nie.

Na­stęp­ne­go dnia trzech le­ka­rzy nie przy­szło do pra­cy, bra­ko­wa­ło tak­że kil­ku sa­ni­ta­riu­szy. Pier­re bo­le­śnie od­czuł nie­obec­ność la­bo­ran­ta, któ­ry do­sko­na­le ro­bił ana­li­zy krwi. Kie­dy wszedł na salę, za­uwa­żył kil­ka wol­nych łó­żek.

– Gdzie są ci lu­dzie? – spy­tał. – Nie pa­mię­tam, że­bym ich wy­pi­sał.

– To byli Wabu – śmia­li się po­zo­sta­li cho­rzy. – Bar­dzo im się wczo­raj po­lep­szy­ło!

Pier­re wró­cił do swo­je­go ga­bi­ne­tu. Szarp­nął za klam­kę, lecz drzwi były za­mknię­te. Usły­szał, jak ktoś de­li­kat­nie prze­krę­cił klucz od we­wnątrz.

– Kla­ry­sa? – zdzi­wił się. – Co tu ro­bisz?

Z za­cie­ka­wie­niem pa­trzył na dziew­czy­nę. Była le­ka­rzem, ukoń­czy­ła stu­dia w Bel­gii. Zwra­ca­ła uwa­gę nie­po­spo­li­tą uro­dą, wą­skim no­sem i wiel­ki­mi ocza­mi.

– Czy mo­żesz mnie ukryć? Cho­ciaż na kil­ka dni? – wy­szep­ta­ła.

Znał ją z wi­dze­nia, kil­ka razy wy­mie­ni­li przy­ja­zne uwa­gi. Przy­jeż­dżał po nią mło­dy ofi­cer no­wym spor­to­wym ja­gu­arem. Ile­kroć sły­chać było klak­son, cho­rzy ob­le­ga­li okna. Z tę­sk­no­tą pa­trzy­li, jak mło­da le­kar­ka pod­bie­ga­ła do auta i wsia­da­ła, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi. Po­tem ma­szy­na okrą­ża­ła klomb i od­da­la­ła się w kie­run­ku dziel­ni­cy wil­lo­wej.

– Dla­cze­go chcesz, że­bym cię ukrył?

– Bła­gam… Wy­ja­śnię ci to póź­niej.

Szedł ko­ry­ta­rzem pierw­szy, po dro­dze za­mknął kil­ko­ro uchy­lo­nych drzwi. Zbie­gli bocz­ny­mi, mało uczęsz­cza­ny­mi scho­da­mi. Obok wyj­ścia sta­ły pio­no­wo usta­wio­ne no­sze, Kla­ry­sa przy­war­ła za nimi do ścia­ny. Pier­re pod­je­chał peu­ge­otem i dał krót­ki sy­gnał. Z ulgą zna­la­zła się w bez­piecz­nym wnę­trzu auta.

Mia­sto było opu­sto­sza­łe. Prze­jeż­dża­ły cię­ża­rów­ki z żoł­nie­rza­mi, prze­cha­dza­li się gru­pa­mi mi­li­cjan­ci z bro­nią prze­wie­szo­ną przez ra­mię. Jed­ni mie­li czer­wo­ne opa­ski na ra­mio­nach, inni prze­wią­za­li so­bie nimi gło­wy. Po­trzą­sa­li bu­tel­ka­mi piwa i śpie­wa­li ra­do­sne pie­śni. Uno­si­li do góry za­krwa­wio­ne ma­cze­ty i ude­rza­li nimi w okna sa­mo­cho­du.

– Uśmie­chaj się – rzu­cił Pier­re do dziew­czy­ny. – Rób do nich ja­kieś przy­ja­zne ge­sty.

Wje­cha­li do ga­ra­żu, opu­ści­ły się za nimi au­to­ma­tycz­nie za­my­ka­ne drzwi. Gdy we­szli do po­ko­ju, Kla­ry­sa za­cią­gnę­ła fi­ran­ki.

– Co się dzie­je? – spy­tał, nic nie ro­zu­mie­jąc.

– Nie wi­dzisz? Po­lu­ją na Wabu. Na­zy­wa­ją nas ka­ra­lu­cha­mi. W mie­ście po­ja­wi­ły się afi­sze: „Mło­dzież dep­cze roz­bie­ga­ne ro­bac­two”.

Na­gle zbli­ży­ła się do nie­go, chcąc, aby jej się do­brze przyj­rzał.

– Czy wy­glą­dam na ka­ra­lu­cha?

– Je­steś bar­dzo pięk­na.

Na­stęp­ne­go dnia po­je­chał do am­ba­sa­dy. Straż­nik na­ka­zał mu zo­sta­wić wóz na ze­wnątrz wy­so­kie­go ogro­dze­nia. Kon­sul Mo­re­au sie­dział za biur­kiem.

– My też gu­bi­my się w do­my­słach. Krą­żą po­gło­ski o roz­ru­chach. – Bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. – Na­pi­jesz się kawy? Wie­my tyle, co po­da­je ra­dio. Nie mie­sza­my się do ich we­wnętrz­nych spraw. Od wczo­raj do­sta­je­my set­ki próśb o wizę… Rzecz ja­sna wszyst­kim od­ma­wia­my.

Na