Kto je porwał? - Cara Hunter - ebook

Kto je porwał? ebook

Cara Hunter

4,3

Opis

PIERWSZA DZIEWCZYNA WRÓCIŁA. DRUGA MOŻE NIE MIEĆ TYLE SZCZĘŚCIA. HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ, PRAWDA?
Spokojne przedmieścia bywają świadkami najpotworniejszych zbrodni. Roztrzęsiona nastolatka zostaje znaleziona na przedmieściach Oksfordu. Historia, którą opowiada, jest przerażająca. Inspektor Adam Fawley robi co może, aby wyjaśnić sprawę, ale dziewczyna nie chce wnosić oskarżenia. Fawley może tylko ignorować nieprzyjemne uczucie, że kiedyś już się z czymś takim spotkał… A potem znika kolejna dziewczyna i Adam nie ma już wyboru: musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, ponieważ jeśli tego nie zrobi, dziewczyna może już nie wrócić.
NAWET W SPOKOJNYCH DZIELNICACH DOCHODZI DO POTWORNYCH ZBRODNI.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (250 ocen)
126
81
32
11
0

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla mojego brata, Marka

 

Prolog

 

 

 

 

 

Noc jest tak ciepła, że otworzyła okno; firanka unosi się leniwie pod wpływem gorącego oddechu późnego lata. W mieszkaniu pali się światło, ale tylko w dużym pokoju, dlatego mężczyzna wie, że kobieta jest sama. Dobiega do niego muzyka. Niezbyt głośna, ale on jest na tyle blisko, żeby wszystko słyszeć. Kiedyś, na samym początku, martwił się tym, że zbliży się za bardzo i w ten sposób się zdradzi. Teraz jednak wie, że furgonetki tego typu są dosłownie wszędzie. Ludzie przestali je zauważać, nawet ci najbardziej spostrzegawczy. Jak ona.

Bardziej opuszcza szybę. Kobieta chyba szykuje się do wyjścia, bo muzyka jest szybka, energetyczna, radosna, a nie leniwy jazz, który zazwyczaj preferuje. Mężczyzna zamyka na chwilę oczy i usiłuje sobie wyobrazić, co kobieta zamierza na siebie włożyć, co teraz wciąga na swoją skórę, nadal wilgotną po prysznicu, który przed chwilą wzięła. Nie będzie to czarna sukienka z cekinami, tak obcisła, że mógłby wyrysować w myślach mapę ciała kobiety. Jeżeli w planach miałaby kolację z tym kretynem, swoim chłopakiem, nie słuchałaby tej głupawej muzyczki. Nie chodzi również o rodziców: gdyby byli w Oksfordzie, na pewno zauważyłby ich samochód. Nie, to musi być wieczór z przyjaciółkami, co oznacza, że włoży coś mniej sugestywnego – coś powściągliwego, co sygnalizuje uprzejmą niedostępność. Może ta niebieska z szerokimi rękawami. Tiffany Blue, tak to określają[1]. Nie wiedział tego przedtem. To ładna sukienka. Neutralna. Jedna z jego ulubionych.

Nie dowiedział się tego wszystkiego od niej. Sam sprawdził. Nawet nie było to takie trudne. Trzeba tylko umieć obserwować. Obserwować, czekać i wyciągać wnioski. Czasami wystarczy zaledwie kilka dni, ale wtedy nie jest to aż takie satysfakcjonujące. Ona zajęła mu już ponad trzy tygodnie i coś mu mówi, że jest tego warta. Zupełnie jak twierdzą reklamy szamponu, którego używa. Tak czy owak, przekonał się na własnej skórze, że lepiej się nie spieszyć. Wtedy właśnie człowiek popełnia błędy i wszystko idzie nie tak.

Ktoś się zbliża. Mężczyzna słyszy stukotanie wysokich obcasów o bruk i chichoty. Poprawia się, żeby lepiej widzieć. Plastikowe siedzenie trzeszczy i klei się do jego ubrania. Po przeciwnej stronie ulicy pojawiają się dwie dziewczyny. Nie ma w nich nic skromnego, to pewne. Cekiny, usta pomalowane na czerwono, drobią w swoich dziwkarskich butach. Głupie suki są już nieco wstawione. Nie widział przedtem żadnej z nich, ale muszą być jej koleżankami, bo zatrzymują się przed jej mieszkaniem i zaczynają szperać w torebkach. Jedna z nich wyciąga coś z triumfalnym „tadam!”. Lśniącą różową wstęgę z jakimś brokatowym napisem, którego nie może rozczytać, ale nie musi. Mruży oczy: widział już takie rzeczy. To wieczór panieński. Pieprzony wieczór panieński. Od kiedy to niby zależy jej na takich sprawach? Dziewczyny nachylają ku sobie głowy i coś w ich śmiechu i szeptach sprawia, że mężczyzna czuje zimne ukłucie niepewności. To nie jest jej wieczór panieński, prawda? Nie mogła… nie bez jego wiedzy… nie nosi pierścionka, na pewno by zobaczył…

Wyciąga szyję, żeby lepiej się przypatrzyć. Jedna z dziewcząt naciska dzwonek, nachylając się nad głośnikiem domofonu, aż w końcu otwiera się okno na górze.

– Czy wy naprawdę musicie robić tyle hałasu?

Udaje dezaprobatę, ale w jej głosie słychać radość. Wychyla się i kosmyk długich włosów opada jej na ramię, nadal wilgotny po kąpieli. Mężczyznę ściska w gardle.

Jedna z dziewcząt spogląda w górę i unosi triumfalnie ręce. W dłoniach trzyma plastikową tiarę i różową szarfę.

– Hej! Zobacz, co mamy!

Dziewczyna w oknie kręci głową.

– Obiecałaś, Chlo! Absolutnie żadnej tandety i żadnych tiar!

Jej koleżanki na ulicy wybuchają śmiechem.

– Ta niezwykle gustowna ozdoba głowy należy do mnie, a nie do ciebie – mówi druga dziewczyna, lekko bełkocząc. – Dla ciebie mamy TO… – Grzebie w torebce i wyciąga coś, co połyskuje w świetle latarni. Mężczyzna widzi to teraz dokładnie: to jasnoróżowa klamerka do włosów ze słowem ZAJĘTA wypisanym cyrkoniami.

Dziewczyna w oknie kręci głową.

– Czym ja sobie na was zasłużyłam, co?

Cofa się w głąb mieszkania i po chwili słychać brzęk zwalnianego zamka. Jej koleżanki wchodzą do środka, potykając się i nadal chichocząc.

Mężczyzna otwiera schowek na rękawiczki. Ta suka ma szczęście, że nie zrobi tego tutaj i teraz; to by położyło kres ich tandetnej dziwkarskiej imprezie. Ale nie, on pragnie radości płynącej z oczekiwania – nadal, nawet teraz. To niezwykłe podniecenie, szczegół po szczególe: to, jak będzie pachniała, jak będzie smakowała, jakie będą w dotyku jej włosy. Już sama świadomość, że może to wszystko mieć, kiedykolwiek zechce, że jedyną rzeczą powstrzymującą go od porzucenia wstrzemięźliwości…

Siedzi przez chwilę, zaciskając i rozluźniając dłonie, czekając, aż serce zwolni rytm. Potem wkłada kluczyk do stacyjki i uruchamia silnik.

 

 

 

 

 

 

Budzik dzwoni o siódmej, ale Faith Appleford wstała już godzinę temu. Włosy, ubranie, buty, makijaż – to wszystko zabiera czas. Siedzi przy toaletce, nakładając tusz do rzęs. Słyszy matkę wołającą z kuchni:

– Nadine, wstałaś już?! Jeśli chcesz, żebym cię podwiozła, musisz być gotowa na dole za dziesięć minut.

Z sąsiedniego pokoju dobiega ją jęk i Faith wyobraża sobie, jak jej siostra przewraca się w łóżku na drugi bok i chowa głowę pod poduszką. Zawsze tak jest; Nadine nie potrafi się zebrać nad ranem. W przeciwieństwie do Faith. Ona zawsze jest gotowa ze znacznym wyprzedzeniem. Idealnie ubrana, uczesana i umalowana. Spogląda w lustro i porusza głową w lewo i w prawo, sprawdzając się pod wszystkimi kątami, poprawiając kosmyk włosów i dekolt sweterka. Piękna. I wcale się nie popisuje. Naprawdę jest niezwykle piękna.

Wstaje i wybiera torebkę z zestawu wiszącego na drzwiach. Jest zamszowa (cóż, tak naprawdę to tworzywo sztuczne, ale trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby to zauważyć). Kolor jest idealny, zwłaszcza w połączeniu z kurtką. Doskonały odcień błękitu.

 

*  *  *

 

Adam Fawley

1 kwietnia 2018

09.15

 

– Może być? Nie za zimno?

Czuję, jak Alex się wzdryga, kiedy sonda dotyka jej skóry, ale szybko kręci głową i uśmiecha się.

– Nie, w porządku.

Pielęgniarka odwraca się do monitora i stuka w klawiaturę. Wszystko w pomieszczeniu jest wytłumione: światła są przygaszone, dźwięk wydaje się stłumiony, zupełnie jakbyśmy znajdowali się pod wodą. Wokół nas cały szpital buzuje aktywnością, ale tutaj, w tej chwili, czas zwolnił do jednego uderzenia serca.

– Proszę bardzo – mówi wreszcie pielęgniarka, odwracając monitor i uśmiechając się do nas. Obraz na ekranie ożywa. Głowa, nos, malutka piąstka uniesiona niczym w geście zwycięstwa. Ruch. Życie. Alex szuka na ślepo mojej dłoni, ani na chwilę nie spuszczając oczu ze swego dziecka.

– To pana pierwszy raz, prawda, panie Fawley? – ciągnie pielęgniarka. – Zdaje się, że nie było pana przy poprzednim USG? – Mówi to lekkim tonem, ale w jej głosie słychać osąd.

– To była skomplikowana sytuacja – odpowiada szybko Alex. – Byłam tak przerażona, że coś pójdzie nie tak… nie chciałam tego zapeszyć…

Zaciskam dłoń na jej palcach. Już przez to przechodziliśmy: dlaczego mi nie powiedziała, dlaczego nie potrafiła nawet ze mną mieszkać, dopóki nie nabrała pewności. Dopóki się nie zdecydowała.

– Nic nie szkodzi – odpowiadam. – Najważniejsze, że jestem tutaj teraz. I że z dzieckiem wszystko w porządku.

– Serce bije mocno i wygląda, że wszystko dobrze. – Pielęgniarka wystukuje coś na klawiaturze. – Dziecko rośnie prawidłowo; jest tak duże, jak powinno być w wieku dwudziestu dwóch tygodni. Nie widzę tu nic, co dawałoby powody do niepokoju.

Wypuszczam powietrze z płuc – nawet nie zdawałem sobie sprawy, że wstrzymuję oddech. Jesteśmy starszymi rodzicami, przeczytaliśmy wszystkie ulotki, zrobiliśmy wszystkie testy, ale mimo wszystko…

– Jest pani absolutnie pewna? – pyta Alex. – Bo naprawdę nie chcę robić amnio…

Pielęgniarka uśmiecha się znowu, głębiej, cieplej.

– Wszystko jest w całkowitym porządku, pani Fawley. Nie macie państwo absolutnie żadnego powodu do niepokoju.

Alex spogląda na mnie ze łzami w oczach.

– Wszystko jest dobrze – szepcze. – Wszystko naprawdę będzie dobrze.

Na ekranie dziecko nagle wywraca fikołka; mały delfinek wśród srebrzystej ciemności.

– No dobrze. – Pielęgniarka porusza sondą. – Chcą państwo znać płeć?

 

*  *  *

 

Fiona Blake stawia miskę z płatkami śniadaniowymi przed swoją córką, ale Sasha zdaje się tego nie zauważać. Wpatruje się w telefon od chwili, gdy zeszła na dół, i Fionę korci, żeby coś na ten temat powiedzieć. W ich domu nie korzysta się z telefonów podczas posiłków – nie dlatego że tak kazała, tylko dlatego że tak obie ustaliły. Posiłki miały być dla nich. Fiona odwraca się, żeby nalać herbaty do czajniczka, ale kiedy wraca do stołu, Sasha wciąż gapi się w ten cholerny wyświetlacz.

– Jakiś problem? – pyta, próbując ukryć irytację.

Sasha spogląda na nią i kręci głową.

– Przepraszam… po prostu Pat powiedziała, że nie przyjdzie dziś do szkoły. Podobno wymiotowała całą noc.

– To zimowa grypa żołądkowa? – Fiona się krzywi.

Sasha kiwa głową i odsuwa telefon.

– Na to wygląda. Kiedy z nią rozmawiałam, wydawała się naprawdę chora.

Fiona przygląda się swojej córce: jej oczy lśnią, a policzki wydają się nieco zaróżowione. Po namyśle dochodzi do wniosku, że wyglądała tak przez cały tydzień.

– Dobrze się czujesz, Sash? Wyglądasz, jakbyś sama miała lekką gorączkę.

– Ja? – Córka spogląda na nią wielkimi oczami. – Czuję się świetnie. Serio, mamo, wszystko jest w absolutnym porządku. I umieram z głodu.

Uśmiecha się szeroko do matki i sięga po łyżkę.

 

*  *  *

 

W komisariacie policji St Aldate’s posterunkowy Anthony Asante usiłuje się uśmiechnąć, chociaż mina sierżanta Gislinghama sugeruje, że niezbyt mu to wychodzi. Nie chodzi o to, że Asantemu brak poczucia humoru, po prostu niezbyt śmieszą go głupie dowcipy w stylu podrzuconej skórki banana. Dlatego teraz trudno mu uznać odwróconą do góry dnem szklankę z wodą na swoim biurku za coś zabawnego. Poza tym jest wściekły na siebie za to, że zapomniał, co dziś za dzień, i nie zachował większej ostrożności. Powinien przewidzieć, że coś takiego się wydarzy: był najnowszym członkiem zespołu, świeżo po szkole i prosto z policji metropolitalnej. Równie dobrze mógłby mieć wypisane na czole: „obiekt żartów”. A teraz wszyscy stoją tu, obserwując go i czekając, czy okaże się „równiachą”, czy też „nadętym dupkiem” (co – sądząc po drwiącym uśmieszku posterunkowego Quinna, którego ten nawet nie próbuje ukryć – jest jego prywatną opinią o Asantem. Chociaż miałby ochotę zapytać, czy Quinn w tym wypadku nie jest kotłem, co przyganiał garnkowi). Oddycha głęboko i uśmiecha się nieco szerzej. Koniec końców mogło być gorzej. Pierwszego dnia pracy na komisariacie w Brixton jeden z tamtejszych kretynów zostawił na biurku Asantego kiść bananów.

– No dobra, ludzie. – Rozgląda się po pomieszczeniu z miną (jak ma nadzieję) wyrażającą zarówno dużo ironii, jak i zrozumienia. – Bardzo zabawne.

Gislingham uśmiecha się do niego z wyraźną ulgą. W końcu żart to żart, a w tym zawodzie trzeba umieć je robić, a także padać ich ofiarą. Jednak Gislingham nadal jest świeżo upieczonym sierżantem i nie chce, żeby ktoś go posądził o czepianie się kogoś, a już na pewno nie kolorowego członka zespołu. Klepie Asantego po ramieniu.

– W porządku, Tone – zaczyna, a potem uznaje, że prawdopodobnie najlepiej jest na tym poprzestać, więc rusza w kierunku kawiarki.

 

*  *  *

 

Adam Fawley

1 kwietnia 2018

10.25

 

– No dobrze, w takim razie jaki jest plan gry?

Alex siada powoli na sofie i podkula nogi. Wręczam jej kubek, który oplata palcami.

– Jaki jest plan gry czego? – pyta z figlarnym spojrzeniem.

– Wiesz doskonale, o co pytam. O ten drobny fakt, że ja nie znam płci dziecka, a ty owszem.

Alex dmucha na herbatę, a potem obdarza mnie niewinnym spojrzeniem.

– A dlaczego miałby to być jakiś problem?

Odsuwam na bok poduszkę i siadam obok.

– Uważasz, że uda ci się utrzymać to w tajemnicy? Tak po prostu? Koniec końców się wsypiesz!

Uśmiecha się szeroko.

– Tak długo, jak nie będziesz mnie próbował przesłuchiwać za pomocą swojej niesławnej techniki, myślę, że jakoś mi się uda zatrzymać tę informację dla siebie. – Wybucha śmiechem, widząc moją minę. – Obiecuję, że będziemy myśleć o dwóch listach imion…

– No tak, ale…

– I nie kupuj wszystkiego w kolorze niebieskim.

Zanim otworzę usta, Alex uśmiecha się znowu i trąca mnie stopą.

– Ani w różowym.

Kręcę głową z udawaną dezaprobatą.

– Poddaję się.

– Nieprawda – poważnieje. – Ty nigdy się nie poddajesz. W żadnej sprawie.

Oboje doskonale wiemy, że nie mówi tu wyłącznie o mojej pracy.

Wstaję z kanapy.

– Nie wysilaj się przez resztę dnia, dobrze? Żadnego dźwigania ciężarów ani nic równie szalonego.

Unosi brew.

– Czyli rąbanie drewna, które planowałam na popołudnie, nie wchodzi w rachubę? A niech to!

– I napisz mi e-maila, jeżeli będziesz potrzebowała czegoś ze sklepu.

Alex żartobliwie salutuje, a potem znów trąca mnie stopą.

– Idź. Jesteś spóźniony, a ja przecież już raz przez to przeszłam, pamiętasz? Byłam dwa razy większa niż teraz, kiedy wytapetowałam pokoik Jacka. – Uśmiecha się do mnie, a ja zdaję sobie sprawę, że nie pamiętam już, kiedy ostatni raz rozmawiała ze mną w ten sposób. Przez długi czas po śmierci naszego syna widziała macierzyństwo jedynie w kontekście straty. Nieobecności. Tęsknoty za nim, lecz również rozpaczliwego pragnienia jakiegokolwiek innego dziecka. Potrafiła rozmawiać o Jacku tylko przez pryzmat bólu. Teraz jednak być może zdoła odzyskać wspomnienie radości z obecności Jacka w naszym życiu. To dziecko nigdy nam go nie zastąpi, nawet gdybyśmy tego chcieli, ale niewykluczone, że on (lub ona) stanie się naszym odkupieniem.

Dopiero przy drzwiach odwracam się zaskoczony.

– Jaka niesławna technika przesłuchania? – pytam.

Jej śmiech słyszę jeszcze, gdy ruszam z podjazdu.

 

*  *  *

 

Jest 10.45, a Somer nadal tkwi w korku na autostradzie A33. Planowała wrócić z Hampshire wczoraj w nocy, ale jakimś sposobem spacer wzdłuż brzegu morza przerodził się w kolację, a kolacja w ten jeden kieliszek za dużo. O wpół do jedenastej w nocy oboje uznali, że powrót samochodem do domu jest zdecydowanie złym pomysłem. Nowy plan wymagał pobudki o piątej rano, żeby zdążyć przed wczesnoponiedziałkowym szczytem, tylko że to również jakoś nie wypaliło i zanim Somer wyjechała, było już po dziewiątej. Nie żeby miała na co narzekać. Uśmiecha się do siebie. Jej skóra nadal wibruje, pomimo gorącego prysznica i chłodu panującego w samochodzie. Wprawdzie nie ma ze sobą zmiany ubrań ani czasu na przebranie się w domu przed pracą, ale i tak było warto. Jej telefon brzęczy i Somer spogląda w dół. Esemes od Gilesa. Znów się uśmiecha, widząc jego treść, i bardzo chce odpisać z figlarnym komentarzem o tym, co powiedziałby jego przełożony, gdyby to on dostał tę wiadomość przez przypadek, ale samochód z przodu właśnie ruszył – nareszcie. Giles będzie musiał tym razem poczekać.

 

*  *  *

 

Kiedy taksówkarz dostrzegł dziewczynę, pomyślał najpierw, że jest pijana. Kolejna cholerna studentka, ubzdryngolona tanim cydrem, zataczająca się w drodze do domu, do tego o takiej godzinie! Była jakieś sto metrów przed nim, ale widział, że chwieje się na boki. Dopiero kiedy podjechał bliżej, zdał sobie sprawę, że dziewczyna utyka. Miała na stopach sandałki, ale jeden z nich stracił obcas. Właśnie dlatego zwolnił. No i jeszcze ze względu na miejsce: znajdowała się na Marston Ferry Road, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Albo tak blisko, jak Oksford kiedykolwiek się znajdzie. Chociaż taksówkarz włączył kierunkowskaz i zatrzymał się obok dziewczyny, nadal sądził, że jest pijana.

Ale później zobaczył jej twarz.

 

*  *  *

 

Kiedy dzwoni telefon, biuro jest opustoszałe. Quinn gdzieś zniknął, Fawley ma się pojawić dopiero po lunchu, a Gislingham jest na szkoleniu. Coś związanego z zarządzaniem zasobami ludzkimi, powiedział Baxter, a potem uśmiechnął się do Ev krzywo i dodał, że nie ma pojęcia, po co sierżant tam się wybrał, bo w tej kwestii wszystkiego może nauczyć się od żony.

Somer właśnie wróciła z sałatką i kawami. Przygląda się Everett, kiedy ta podnosi słuchawkę i przytrzymuje ją przy uchu ramieniem, odpowiadając przy tym na e-mail.

– Słucham? – Nagle ściska mocniej słuchawkę i całkiem zapomina o korespondencji. – Możesz powtórzyć? Jesteś pewien? Kiedy się to stało? – Chwyta długopis i zapisuje coś na kartce. – Powiedzcie im, że będziemy tam za dwadzieścia minut.

Somer spogląda na nią. Coś jej mówi, że sałatka musi poczekać. Znowu. Przestała już w ogóle kupować ciepłe lunche.

Everett odkłada słuchawkę.

– Na Marston Ferry Road znaleziono dziewczynę.

– Znaleziono? Co znaczy „znaleziono”?

– W ciężkim szoku i ze śladami na nadgarstkach tam, gdzie związano jej ręce.

– Związano? Ktoś ją związał?

Everett spogląda na nią ponuro.

– Obawiam się, że jest dużo gorzej, niż się wydaje.

 

*  *  *

 

Adam Fawley

1 kwietnia 2018

12.35

 

Kiedy dzwoni Everett, nadal jestem na obwodnicy.

– Sir? Jestem z Somer na Jeziorach. Jakieś dziesięć minut temu dostałyśmy wiadomość. Na Marston Ferry Road znaleziono dziewczynę w bardzo złym stanie. Wygląda na to, że została zaatakowana.

Włączam kierunkowskaz, żeby zjechać na pobocze, i biorę telefon do ręki.

– Napaść na tle seksualnym?

– Tego dokładnie nie wiemy, ale szczerze mówiąc, w tej chwili w ogóle mamy niewiele informacji.

Po tonie jej głosu domyślam się, że coś jest nie tak. Jeżeli miałbym wymienić jedną rzecz, którą wiem o Ev, to powiedziałbym, że ma dobrego nosa. Dobrego nosa i za mało wiary w swoje przeczucia. I w siebie samą. Gislingham powinien coś z tym zrobić, kiedy już wróci z tego swojego kursu kadrowego.

– Coś cię niepokoi, prawda? – pytam.

– Dziewczyna miała podarte i ubłocone ubranie, a także ślady po więzach na rękach…

– Chryste…

– Wiem. Podobno była w okropnym stanie, ale problem w tym, że odmówiła pójścia na policję lub do lekarza. Taksówkarza, który ją znalazł, zmusiła do zabrania jej prosto do domu i powiedziała, że nie chce zgłaszać przestępstwa. Dzięki Bogu facet to zignorował.

Szukam w schowku na rękawiczki kartki i proszę Everett o powtórzenie adresu na Jeziorach. A jeśli zastanawiacie się, w jaki sposób podczas zwiedzania Oksfordu i okolic umknęły waszej uwadze owe zbiorniki wodne, pocieszę was, że nie ma tam nic większego od stawu. To osiedle mieszkaniowe w Marston. Ludzie nazywają je tak, ponieważ jest tam mnóstwo ulic upamiętniających jeziora: Derwent, Coniston, Grasmere, Rydal[2]. Wyobrażam sobie, że dawno temu jakiś architekt projektujący miasta poczuł tęsknotę za wzgórzami i jeziorami, ale Alex twierdzi, że jestem zwykłym romantykiem.

– Wiemy, jak nazywa się dziewczyna?

– Myślimy, że ma na imię Faith. Taksówkarz powiedział, że miała naszyjnik z tym słowem. Chociaż może to być jeden z tych wisiorków deklaracji, coś w stylu „żyj, kochaj, śmiej się”. Pewnie je pan widział.

Owszem, widziałem, ale na pewno nie u Ev. Jeśli chodzi o taksiarza, wygląda na to, że był nie tylko społecznikowski, ale przy tym dość spostrzegawczy. Kto by pomyślał!

– Według spisu wyborczego pod adresem, do którego taksówkarz zawiózł dziewczynę, mieszka niejaka Diane Appleford – ciągnie Ev. – Wprowadziła się tam ponad rok temu. Nie ma kartoteki, nic podejrzanego, ale nie ma żadnego pana Appleforda, a przynajmniej nie mieszka z nimi.

– W porządku. Będę za jakieś dziesięć minut.

– Właśnie skręcamy w Rydal Way, ale zaczekamy na pana przyjazd.

 

Dom pani Appleford jest schludnym bliźniakiem o półkolistej fasadzie, z wybrukowanym dziedzińcem z przodu i niskim murkiem z kwadratowych białych cegieł, które wyglądają jak naklejka. Kiedy byłem dzieckiem, nasi sąsiedzi mieli dokładnie taki sam. Dodać do tego firanki z falbankami w oknach i dom wygląda na żywcem wyjęty z 1976 roku.

Everett i Somer wysiadają z samochodu i ruszają drogą w moim kierunku. Everett ma na sobie swój standardowy zestaw: białą koszulę, ciemną spódnicę i praktyczny płaszcz przeciwdeszczowy, i tylko jaskrawoczerwony szalik stanowi buntowniczy akcent. Somer dla odmiany jest w czarnych dżinsach, skórzanej kurtce i kozaczkach na obcasach, ozdobionych frędzelkami z tyłu. Zazwyczaj nie ubiera się w ten sposób do pracy, więc domyślam się, że weekend spędziła u swojego chłopaka i jeszcze nie dotarła do domu. Rumieni się lekko na mój widok, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu. Poznała go – to znaczy chłopaka, Gilesa Saumareza – kiedy pracowaliśmy nad sprawą Michaela Esmonda. Jest kolegą po fachu i szczerze mówiąc, nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

– Dzień dobry, sir. – Everett poprawia torebkę na ramieniu.

Sięgam do kieszeni po miętówkę. Zawsze noszę teraz ze sobą całe ich garści. Rzucanie palenia jest mordęgą, ale rzecz nie podlega negocjacji – to moje własne postanowienie. Nie czekałem, aż Alex mnie o to poprosi.

– Czy to dobry pomysł? – pyta Somer, spoglądając na cukierka. – No wie pan, ze względu na zęby.

Marszczę czoło, ale zaraz przypominam sobie, co im powiedziałem na temat mojej porannej nieobecności w pracy. Dentysta. Uniwersalne, ulubione białe kłamstwo. Nie chodzi o to, że dziecko jest tajemnicą. Ludzie w końcu się dowiedzą. Po prostu… jeszcze nie w tej chwili, sami rozumiecie.

– Nie poszło najgorzej – mówię. – Nic nie musieli plombować. – Spoglądam na Ev. – Coś jeszcze, zanim wtargniemy w spokojne życie Applefordów?

Kręci głową.

– Wie pan tyle, co my.

 

Kobieta, która otwiera drzwi, ma zniszczone blond włosy, białe spodnie od dresu i białą bluzę z napisem slummy mummy[3]. Ma czterdzieści parę lat i wygląda na zmęczoną. Zmęczoną i nieżyczliwą.

– Pani Appleford?

Lustruje mnie, a potem moje towarzyszki.

– Tak. Kim państwo są?

– Inspektor Adam Fawley, a to posterunkowe Everett i Somer.

Kobieta zaciska dłoń na brzegu drzwi.

– Faith wyraziła się dość jasno; nie życzy sobie zaangażowania policji w tę sprawę. Nie macie prawa…

– Faith jest pani córką?

Waha się przez chwilę, jakby potwierdzenie nawet tak prostego faktu oznaczało zdradę.

– Tak.

– Taksówkarz, który ją znalazł, bardzo się martwił jej stanem. Podobnie jak my.

Somer kładzie mi rękę na ramieniu i gestem wskazuje na coś za naszymi plecami. Nie muszę nawet przenosić wzroku – niemal słyszę szelest firanek.

– Czy moglibyśmy wejść do środka, pani Appleford? Tylko na chwilę. Będzie nam łatwiej rozmawiać.

Kobieta zerka na drugą stronę ulicy. Ona również zauważyła wścibskich sąsiadów.

– W porządku, ale tylko na kilka minut, dobrze?

 

Ściany dużego pokoju są pomalowane na bladofioletowo. Sofa i fotele teoretycznie miały pasować kolorem, ale odcień jest zupełnie nie taki. Poza tym meble są zbyt duże jak na tę przestrzeń. Nigdy nie przestaje mnie zdumiewać fakt, iż ludzie nie mierzą swoich pokojów przed kupnem wyposażenia. W powietrzu czuć mocny zapach odświeżacza powietrza. Lawendowego, na wypadek gdybyście się nie domyślili.

Kobieta nie prosi, żebyśmy usiedli, więc stoimy zakłopotani na wąskim pasku dywanu między fotelami i szklanym stolikiem kawowym.

– Czy pani córka była tutaj zeszłej nocy, pani Appleford?

Kiwa głową.

– Przez cały czas?

– Tak. Nigdzie nie wychodziła.

– A zatem widziała ją pani podczas śniadania.

Kolejne skinięcie.

– O której to było? – Somer dyskretnie wyciąga notes z kieszeni.

Kobieta obejmuje się ramionami. Próbuję nie wyciągać wniosków z mowy jej ciała, ale nie ułatwia mi sprawy.

– Mniej więcej za piętnaście ósma, tak sądzę. Wyszłam z Nadine tuż przed ósmą, ale Faith zaczynała dzisiaj później. Powinna wyjść około dziewiątej, żeby zdążyć na autobus.

A więc tak naprawdę nie wie, co jej córka robiła dziś rano. To, że pewne rzeczy zazwyczaj przebiegają codziennie w ten sam sposób, nie oznacza jeszcze, że zawsze tak będzie.

– Nadine to również pani córka, tak? – pyta Somer.

Kobieta kiwa głową.

– Podrzucam ją do szkoły w drodze do pracy. Jestem recepcjonistką w przychodni w Summertown.

– A Faith?

– Uczęszcza do szkoły zawodowej w Headington. Właśnie dlatego jeździ autobusem. To po przeciwnej stronie miasta.

– Czy miała pani jakiś kontakt z Faith w ciągu dzisiejszego dnia?

– Wysłałam jej esemesa gdzieś około dziesiątej, ale nie odpowiedziała na niego. To był tylko link do artykułu o Meghan Markle. Wiecie państwo – ślub, suknia. Faith interesują tego typu rzeczy. Zajmuje się modą. Ma do tego prawdziwy talent.

– Czy brak odpowiedzi na wiadomość był czymś nietypowym?

Kobieta zastanawia się przez chwilę, a potem wzrusza ramionami.

– Można tak powiedzieć.

– Czy Faith ma chłopaka? – wtrąciłem się do rozmowy.

Kobieta mruży oczy podejrzliwie.

– Nie. Nie w tej chwili.

– Ale powiedziałaby pani, gdyby jakiegoś miała?

– Faith niczego przede mną nie ukrywa, jeśli to właśnie pan sugeruje. – Spogląda na mnie ostro.

– Jestem pewna, że tak właśnie jest – stara się ją ułagodzić Somer. – Po prostu próbujemy dojść do tego, kto mógłby coś takiego zrobić. Jeśli był to ktoś, kogo znała…

– Nie miała chłopaka. Faith nie chce mieć chłopaka.

Zapada milczenie.

Somer zerka na Ev. Może ty spróbujesz?

– Czy była pani w domu, kiedy taksówkarz przywiózł Faith? – zaczyna Everett.

Kobieta spogląda na nią i kiwa głową.

– Normalnie by mnie tu nie było, ale zapomniałam okularów do czytania, więc wpadłam po nie do domu.

Ev i Somer wymieniają kolejne spojrzenie. Domyślam się, co im przyszło do głowy: gdyby pani Appleford przypadkiem nie było w domu, dziewczyna mogłaby spróbować zataić całą sprawę również przed nią. Jestem coraz bardziej przekonany, że Ev ma rację: w tej sprawie coś się nie zgadza.

Podchodzę bliżej.

– Czy wie pani, dlaczego Faith postanowiła nie rozmawiać z nami o tym zdarzeniu, pani Appleford?

– Bo nie chce. – Kobieta się najeża. – To powinno wam wystarczyć, prawda?

– Ale jeśli została zgwałcona…

– Nie została – odpowiada bez wahania, z pełnym przekonaniem.

– Jak może być pani tego pewna?

– Powiedziała mi. – Jej spojrzenie twardnieje. – Faith mi to powiedziała. A moja córka nie kłamie.

– Nie twierdzę, że Faith kłamie. Absolutnie nie. – Nie patrzy teraz na mnie. – Proszę posłuchać, wiem, że śledztwa w sprawie gwałtu bywają dość traumatyczne. Nie winiłbym nikogo za to, że chce sobie oszczędzić bólu… ale czasy się zmieniły. Mamy odpowiednio wyszkolonych oficerów… posterunkowa Everett…

– To nie był gwałt.

– Bardzo się cieszę, ale nadal pewnie mamy do czynienia z ciężkim przestępstwem. Napaść. Poważne uszkodzenie ciała…

– Ile jeszcze razy mam to powtarzać? Nie było żadnego przestępstwa i Faith nie zamierza wnosić oskarżenia. Zostawcie nas już w spokoju. Bardzo proszę.

Spogląda na nas wszystkich po kolei. Chce, żebyśmy w końcu wyszli, mówiąc, że Faith może się z nami skontaktować, jeśli zmieni zdanie. Ale my nie wychodzimy. Ja nie wychodzę.

– Pani córka zaginęła bez śladu na ponad dwie godziny – mówi Ev łagodnym tonem. – Od dziewiątej do jedenastej z minutami, kiedy to pan Mullins znalazł ją idącą wzdłuż Marston Ferry Road, w koszmarnym stanie, zapłakaną, z ubłoconym ubraniem i złamanym jednym obcasem. Coś jednak musiało się stać.

Pani Appleford robi się czerwona.

– Z tego, co rozumiem, to był głupi żart primaaprilisowy, który trochę się wymknął spod kontroli.

Ale nikt z obecnych w pokoju w to nie wierzy. Nawet ona.

– Jeśli to rzeczywiście był tylko żart, to chciałbym, żeby Faith sama to potwierdziła – mówię wreszcie. – Jeżeli jednak nie był, to niewykluczone, że osoba, która wyrządziła krzywdę pani córce, zrobi to ponownie. Jakaś inna dziewczyna może stać się ofiarą i przejść taką samą traumę. Nie wierzę, żeby którakolwiek z was tego chciała.

Pani Appleford spogląda mi w oczy. Nie był to szach mat, ale nie zamierzam ułatwiać jej odmowy.

– Rozumiem, że Faith jest w tej chwili w domu? – ciągnę.

– Tak. Siedzi w ogrodzie.

Dla świeżego powietrza? Żeby zapalić? A może uciec od tego cholernego fioletu? Całkowicie ją popieram, pod każdym względem.

Pani Appleford nabiera powietrza w płuca.

– No dobrze, pójdę zapytać, czy zechce z wami porozmawiać, ale nie będę jej zmuszała. Jeśli odmówi, będzie to jej decyzja.

Lepsze to niż nic.

– W porządku. Zaczekamy tutaj.

Kiedy drzwi się za nią zamykają, zaczynam obchodzić pokój. Widzę obrazy – sami impresjoniści, głównie Monet. Stawy, lilie wodne i tym podobne. Pewnie jestem cyniczny, ale podejrzewam, że to jedyne reprodukcje w odpowiednim odcieniu fiołkowego.

– Bardzo bym chciała odwiedzić to miejsce. – Ev wskazuje na jeden z mostów w Giverny. – Jedna z rzeczy do zrobienia, jeśli wygram na loterii. I znajdę kogoś do towarzystwa w podróżach. – Krzywi się. – Tadż Mahal i Bora Bora też, oczywiście.

Somer spogląda na nią i uśmiecha się. Stoi przy kominku, przeglądając zdjęcia rodzinne.

– Ja też chcę odwiedzić Bora Bora.

Widzę, jak Ev rzuca Somer znaczące spojrzenie, po którym ta się uśmiecha i odwraca wzrok, kiedy dostrzega, że zauważyłem.

– Chyba dobrze by było, gdybym poszła się rozejrzeć za toaletą, jeśli wie pan, co mam na myśli. – Ev spogląda na mnie.

Kiwam głową, a ona szybko wyślizguje się z pokoju. Niemal natychmiast słyszę odgłos kroków na korytarzu i w pokoju pojawia się pani Appleford.

– Jest gotowa porozmawiać…

– Dziękuję.

– …ale tylko z kobietą – kończy. – Nie z panem.

Spoglądam na Somer, która kiwa głową.

– Nie ma sprawy, sir.

Spoglądam z powrotem na kobietę, przyklejając do ust swój najbardziej czarujący i usłużny uśmiech.

– Całkowicie to rozumiem, pani Appleton. Zaczekam na swoje współpracowniczki w samochodzie.

 

*  *  *

 

Ev zatrzymuje się na szczycie schodów. Po lewej zauważa otwarte drzwi do łazienki: białe kafelki, ciężka plastikowa zasłona do prysznica i mocny zapach wybielacza. Ręczniki (schludnie złożone, w przeciwieństwie do tych w jej mieszkaniu) są w tym samym odcieniu fioletu co ściany na dole. Zdaje się, że to jakiś motyw przewodni.

Przed sobą widzi troje drzwi, dwoje otwartych. Główna sypialnia z satynową narzutą na łóżku (domyślacie się pewnie, w jakim kolorze) oraz, jak podejrzewa Ev, pokój młodszej pociechy pani domu. Ubrania i tenisówki porozwlekane gdzie popadnie, kołdra zarzucona byle jak na łóżko, kolekcja pluszowych zabawek i kosmetyczka z przyborami do makijażu. Ev podchodzi cicho do zamkniętych trzecich drzwi, dziękując w duchu za to, że dywan jest tak puszysty. Ona nigdy nie mogłaby mieć takiego w domu. Kot natychmiast by się z nim rozprawił. Uwielbia drzeć wszystko na strzępy.

Pokój, który ukazuje się jej oczom, jest całkowitym przeciwieństwem sypialni młodszej córki. Wszystkie szafki są pozamykane i nic nie wystaje z niewsuniętych do końca szuflad. Nawet sterta magazynów „Grazia” jest schludnie ułożona. Jednak nie to przyciąga uwagę Ev, lecz coś, czemu prawdopodobnie nikt nie poświęciłby większej uwagi. Cała przestrzeń jest zdominowana tablicą korkową zajmującą ścianę naprzeciwko drzwi. Od góry do dołu udekorowana jest zdjęciami wyciętymi z kolorowych magazynów, małymi torebeczkami pełnymi kolorowych koralików i guzików, rolek włóczki, próbek materiałów, kawałków koronki i sztucznego futra, notatek zapisanych grubym czerwonym mazakiem na karteczkach i między tym wszystkim szkicami, które musiała wykonać Faith. Everett nie należy do znawców mody, ale nawet ona dostrzega w niektórych prawdziwy talent: sposób, w jaki Faith skoncentrowała się na małym szczególe i dopasowała cały ubiór tak, by go podkreślał. Kształt obcasów, układanie się materiału, krój rękawa.

– Jej matka ma rację co do jednego – mówi cicho do siebie. – Faith naprawdę ma talent.

– Kim, do diabła, pani jest? – rozlega się za jej plecami.

 

*  *  *

 

– Oto Faith.

Dziewczyna przechodzi obok matki, wyłaniając się z cienia. Jest naprawdę śliczna, Somer od razu to dostrzega. Nawet potargany kucyk i rozmazany tusz do rzęs nie mogą ukryć piękna rysów jej twarzy. Jest również bardzo szczupła – ogromny sweter, którym się otuliła niczym kocem bezpieczeństwa, jedynie to podkreśla. Widać, że to stary sweter, znoszony, z kilkoma dziurami i wytartymi rękawami.

Somer podchodzi bliżej.

– Może usiądziesz? Czy chcesz się czegoś napić? Herbaty, wody?

Dziewczyna waha się przez chwilę, a potem kręci głową. Powoli podchodzi do sofy, asekurując się wyciągniętymi rękami, zupełnie jak stara kobieta.

Somer marszczy czoło.

– Coś cię boli?

Dziewczyna znów kręci głową. Nadal się nie odezwała. Matka siada obok i chwyta ją za rękę.

– Mam na imię Erica. – Somer zajmuje fotel naprzeciwko. – Wiem, że to trudna sytuacja, ale naprawdę chcemy pomóc.

Dziewczyna spogląda na nią przelotnie. Na sklejonych tuszem rzęsach wciąż wiszą kropelki łez.

– Czy możesz nam opowiedzieć, co się stało? – pyta Somer łagodnie. – Mężczyzna, który cię znalazł, pan Mullins, twierdzi, że byłaś bardzo wytrącona z równowagi.

Faith oddycha nierówno. Łzy zaczynają jej płynąć z oczu, a ona nie robi nic, żeby je obetrzeć. Pani Appleford mocniej ściska jej dłoń.

– Wszystko będzie dobrze, kochanie. Nie musisz się spieszyć.

Dziewczyna spogląda na nią, a potem spuszcza głowę i naciąga rękawy swetra na dłonie. Somer jednak zdąża zauważyć obtarte knykcie i ślady na nadgarstkach. Poza tym, chociaż paznokcie Faith są bardzo wypielęgnowane, jeden z nich jest złamany; poszarpany zaostrzony brzeg mógłby zranić kogoś do krwi. Dziewczyna jest tu od kilku godzin i nadal nie wygładziła paznokcia, chociaż dbanie o wygląd najwyraźniej jest dla niej ważne, i właśnie to najbardziej podpowiada Somer, że coś tu jest bardzo nie w porządku.

– Twoja mama powiedziała, że studiujesz modę – ciągnie. – Tym właśnie zamierzasz się zajmować? Projektowaniem ubrań?

Faith spogląda na nią.

– Butów – odpowiada lekko łamiącym się głosem. – Chcę projektować buty.

Somer się uśmiecha.

– Ja też mam do nich słabość. – Wskazuje na swoje półbuty. – Gdyby nie można się było domyślić.

Dziewczyna wprawdzie nie uśmiecha się, ale Somer ma wrażenie, jakby nieco się rozluźniła. Odrobinę. A potem gwałtownie się wzdryga, chociaż w pokoju jest ciepło – zbyt ciepło.

– Myślę, że przydałaby się ta herbata – zwraca się Somer do pani Appleford.

Kobieta marszczy czoło.

– Faith powiedziała, że nie chce…

– Mam spore doświadczenie w pomaganiu ludziom w szoku, pani Appleford. Cokolwiek przydarzyło się pani córce, w tej chwili potrzebuje gorącej herbaty z dużą ilością cukru.

Diane Appleford waha się, a potem spogląda na córkę.

– Mogę cię tu zostawić na pięć minut? – pyta łagodnie. – Powiedz jej, co chcesz.

Faith szybko kiwa głową.

– Tak, mamo. Z chęcią napiję się herbaty.

Somer czeka, aż kobieta wyjdzie z pokoju i dopiero wtedy znów się odzywa. Faith siedzi sztywno na brzegu sofy, zaciskając dłonie między udami.

– Masz szczęście, że twoja mama tak się tobą opiekuje – mówi. – Chciałabym, żeby moja taka była.

Dziewczyna spogląda na nią z lekkim uśmiechem.

– Po prostu się o mnie martwi, to wszystko.

– Od tego są mamy.

– Pewnie tak. – Dziewczyna wzrusza ramionami.

– Tylko przez to czasem dużo trudniej jest rozmawiać o różnych rzeczach. Zwłaszcza tych skomplikowanych. Im bardziej rodzice nas kochają, tym trudniej im powiedzieć coś, co ich zdenerwuje czy zmartwi.

Na policzkach dziewczyny pojawiają się dwie czerwone plamy.

– Faith – ciągnie Somer, nachylając się nieco. – Skoro jesteśmy tutaj tylko we dwie, czy możesz mi powiedzieć, co się naprawdę stało?

 

*  *  *

 

Ev odwraca się gwałtownie i widzi dziewczynę z przetłuszczonymi ciemnymi włosami, w dżinsach z dziurami na kolanach. Jest nieco niższa i cięższa niż Ev – i momentalnie w głowie policjantki pojawia się myśl „nie jak z obrazka”. Kiedyś Everett usłyszała to samo od własnej matki, która sądziła, że córki nie ma w zasięgu słuchu. Ev miała wtedy nie więcej niż dziesięć lat. Nigdy przedtem nie zastanawiała się nad swoim wyglądem, ale po takiej akcji nie było już odwrotu. Zaczęła dostrzegać, jak reagują ludzie na dziewczynki ładniejsze od niej (z czego zdawała sobie sprawę), a także przejmować się tym, w co się ubiera, i martwić się, że jest mniej ważna, ponieważ gorzej wygląda. A teraz sama stoi tutaj, myśląc dokładnie to samo o kimś innym. Ev czuje, że zaczyna się rumienić. Czy oceniła Faith w ten sam sposób, nawet nie zdając sobie z tego sprawy?

Dziewczyna nadal wpatruje się w nią z opryskliwą miną.

– Przepraszam – mówi szybko Everett. – Jesteś Nadine, prawda?

Dziewczyna nawet nie raczy odpowiedzieć.

– Faith pozwoliła pani tu wchodzić? Nie potrzebuje pani przypadkiem nakazu czy czegoś w tym stylu, żeby węszyć w rzeczach innych ludzi?

– Wcale nie węszyłam. Chciałam skorzystać z toalety, drzwi były otwarte i…

– Nieprawda. Faith nigdy nie zostawia otwartego pokoju. Absolutnie nigdy.

Na coś takiego nie ma odpowiedzi.

Nadine odsuwa się na bok i Everett przeciska się obok niej, teraz już podwójnie zażenowana. Kłamstwa nigdy nie wychodziły jej zbyt dobrze.

 

*  *  *

 

Na dole, w dużym pokoju, Somer stoi, wkładając notatnik do wewnętrznej kieszeni kurtki. Widząc Everett, kręci ledwie widocznie głową. Rozmowa najwyraźniej również dobiegła końca.

Diane Appleford obejmuje starszą córkę ramieniem.

– Zostawiam ją z panią na pięć minut i od razu zaczyna pani wymuszać od niej zeznania!

– To nieprawda. Wcale nie wymuszałam…

– Już wam powiedziałam – ciągnie Appleford, przerywając jej bezpardonowo. – Faith powiedziała, że nie została napadnięta. Ona zresztą to potwierdziła, prawda?

– Tak, ale…

Faith jest czerwona na twarzy i wpatruje się w podłogę.

– W takim razie życzę sobie, żebyście wyszły. Jestem pewna, że macie mnóstwo pilniejszych spraw, którymi powinniście się zajmować. Na przykład śledztwo w sprawie rzeczywistego przestępstwa.

W progu pokoju pojawia się Nadine.

– Kochanie, czy mogłabyś odprowadzić do drzwi panie policjantki? – prosi Diane. – Już wychodzą.

Mijając Faith, Somer spogląda jej w oczy.

– Wiesz, gdzie mnie znaleźć, jeśli będziesz chciała porozmawiać.

Dziewczyna przygryza wargę i niemal niedostrzegalnie kiwa głową.

 

*  *  *

 

Na dworze Fawley czeka przy samochodzie, spoglądając na kartkę wielkości fotografii. Widząc zbliżające się podwładne, pospiesznie ją chowa.

– Po waszych minach zgaduję, że nie dowiedziałyście się zbyt wiele.

Somer kręci głową.

– Przykro mi, sir. Właśnie zaczynałam przebijać się przez mur, kiedy wróciła jej matka z herbatą i uznała, że jestem zbyt „natarczywa”. Nie jestem pewna, jak mogłabym przesłuchać jej córkę bez odrobiny natarczywości, ale cóż… – Rozkłada ręce.

– Mamy jednak coś, co zauważyła Somer – dodaje Everett.

– Tak? – Fawley unosi brwi.

– To było, kiedy wychodziłyśmy – mówi Somer. – Chodzi o włosy Faith. Jest w takim stanie, że nie zauważyłam tego wcześniej, ale wciąż za nie pociągała, z prawej strony. Nie jestem stuprocentowo pewna, ale myślę, że części z nich brakuje.

 

*  *  *

 

Adam Fawley

1 kwietnia 2018

14.15

 

– W takim razie co mamy zrobić? – pyta Baxter.

Minęła czternasta i Everett kończy opowiadać reszcie zespołu o sprawie Faith Appleford. A raczej o zajściu, które nigdy nie awansuje do statusu dochodzenia, chyba że znajdziemy dużo więcej punktów zaczepienia. I w zasadzie właśnie to im mówię.

– Niewiele możemy zrobić. Faith upiera się, że to wszystko jest wyłącznie nieporozumieniem. Primaaprilisowy żart, który „nieco się wymknął spod kontroli”.

– Dość paskudny żart – odzywa się Quinn ponuro, zakładając ramiona na piersi. – Poza tym czy szarpanie kogoś za włosy nie uchodzi w dzisiejszych czasach za spowodowanie obrażeń ciała?

– Mogły zostać obcięte – odpowiada Somer. – Nie widziałam dokładnie.

– Tak czy owak, Quinn ma rację – wtrącam się. – To zdecydowanie spowodowanie obrażeń ciała. Nadal jednak zgadujemy. Faith nie powiedziała, że do tego właśnie doszło, a biorąc pod uwagę, że nie chce nam zdradzić, który ze znajomych tak ją potraktował…

– Niezbyt mili ci jej znajomi, moim skromnym zdaniem. Żeby zrobić coś takiego? – wtrąca znów Quinn i chyba nie jestem jedynym człowiekiem tutaj, którego zbiła z tropu ta nagła empatia z jego strony. Widzę, że Ev unosi brwi, ale dzięki niebiosom nikt się nie odzywa. Nie chciałbym, żeby ta nowa cecha została zduszona w zarodku.

– Bo to musiał być jakiś znajomy, prawda? – rzuca jeden z posterunkowych. – W końcu ludzie zazwyczaj nie dają się wrobić w głupie żarty zupełnie obcym osobom, co nie?

– Ale mogą przez nie zostać zgwałcone – wtrąca cicho Asante.

Zapada cisza, a potem Baxter powtarza pytanie, flegmatycznie i beznamiętnie:

– W takim razie co mamy teraz zrobić? – Marszczy czoło i szczerze mówiąc, rozumiem go. Cała ta sprawa może okazać się jedną wielką stratą czasu. Ale co, jeśli rzecz się powtórzy…

– Jeżeli jutro wyląduje mi na biurku jakaś duża sprawa, zostawimy to w spokoju, tymczasem może warto trochę poszperać. Dyskretnie. Powiem jasno: Faith nie zrobiła nic złego i nie chcę, żeby wyglądało na to, że uwzięliśmy się na ofiarę. Istnieje jednak możliwość, że zostało popełnione przestępstwo, i nie zamierzam pozwolić, żeby uszło ono komuś na sucho tylko dlatego, że Faith za bardzo się boi z nami porozmawiać. Zrozumiano? Dobra, zacznijmy od ponownej rozmowy z tym taksówkarzem, Mullinsem. Złożył już oficjalne oświadczenie?

– Nie, sir – odpowiada Somer. – Ale mamy wszystkie dane. Zadzwońmy do niego.

– Świetnie. Sprawdźcie też fotoradary wzdłuż Marston Ferry Road. Może uda się nam wyłapać, skąd się tam wzięła i czy był z nią ktoś jeszcze, zanim Mullins ją znalazł. I niech ktoś poprosi stację benzynową przy rondzie o ich nagrania z kamer przemysłowych.

– Ktoś mógł ją tam podrzucić – zauważa Somer. – Mullins wspomniał o jednym złamanym obcasie. Nie dałaby rady daleko w ten sposób dojść. Ani szybko.

Jeden z posterunkowych wskazuje na jej obuwie.

– Wiesz to z doświadczenia, co Somer? – Wyszczerza zęby w uśmiechu.

Czekam, aż ucichnie śmiech.

– Porozmawiajmy też z dyrekcją tej zawodówki. A nuż wskaże nam jakichś znajomych Faith albo powie, czy ktoś sprawiał jej jakieś problemy.

– Takie ładne dziewczyny nie zawsze są popularne – zauważa Ev.

– Być może w sprawę wmieszany jest jakiś koleś – zgadza się z nią Quinn. – Nawet jeśli nie ma prawdziwego chłopaka, niewykluczone, że ktoś okazywał jej zbyt wiele zainteresowania. Zwłaszcza jeśli jest taka śliczna, jak mówicie. – Przesuwa dłonią po włosach, pewnie nawet nie zdając sobie z tego sprawy, ale jego gest nie pozostaje niezauważony. Quinn zawsze był psem na baby. Ev otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale z nadludzkim wysiłkiem powstrzymuje się w ostatnim momencie. Widzę, że Somer uśmiecha się szeroko.

Tymczasem Baxter nadal skupia się na pracy.

– Mogę poszperać w mediach społecznościowych. Sprawdzenie, z kim się zadaje, nie powinno być trudne.

– Dobrze, zrób to. Asante, czy możesz porozmawiać z Mullinsem? Somer i Quinn, zajmijcie się szkołą.

Somer wydaje się nieco zaniepokojona.

– Musimy być ostrożni. Wie pan, jakie są tego typu miejsca i jak szybko rozchodzą się w nich plotki.

– Jestem pewien, że coś wymyślicie. Bezpieczeństwo na drogach, jeżeli wszystko inne zawiedzie. I Somer, nie przebieraj się przed wizytą.

Spogląda na mnie wielkimi oczami.

– Dobra, jeśli pan uważa, że to pomoże.

Uśmiecham się oschle.

– Można założyć, że przyjaciele Faith również studiują modę.

A jeśli to nie pomoże, zostaje jeszcze zawsze niezbyt subtelny urok osobisty naszego posterunkowego Garetha Quinna.

 

*  *  *

 

Szkoła zawodowa przypomina Somer placówkę, w której uczyła się kilka miesięcy przed wstąpieniem w szeregi policji. Taki sam kloc z betonu i szkła, takie same wydeptane trawniki i krzaki wyglądające jak z plastiku, te same stare, zapyziałe samochody, przy których wypucowane audi Quinna wygląda niczym rasowy ogier w gonitwie osłów. Kiedy jeszcze się spotykali, Somer kiedyś postanowiła zażartować z Quinna i puściła mu piosenkę Shanii Twain o facecie, który całuje swój samochód na dobranoc. Nie była zbyt zdziwiona, gdy ten zupełnie nie zrozumiał żartu. W tej chwili robi wielkie przedstawienie, parkując obok starego, poobijanego saaba i pieczołowicie (jak również zbyt długo) zamykając wszystkie drzwi. Somer dostrzega spojrzenia uczniów – mniej więcej połowa gapi się na samochód (chłopcy), druga zaś na kierowcę (w większości dziewczęta, ale nie tylko). Nic dziwnego – Quinn jest wysoki, dobrze zbudowany i bardzo przystojny, a do tego emanuje pewnością siebie i przekonaniem o własnej wartości. Nawet teraz i nawet mimo problemów, jakich sobie narobił, kiedy już zerwali ze sobą. Chociaż trzeba mu oddać sprawiedliwość, bo w końcu wydusił z siebie coś w rodzaju przeprosin. Lepszych na pewno od niego nie usłyszy. Dobiegły ją również pogłoski o jakiejś jego nowej sympatii.

Quinn wreszcie kończy zabawę kluczykami i dołącza do niej.

– Jak chcesz to rozegrać?

– Zastanawiałam się nad tym. Zacznijmy od rozmowy z dyrektorką, w ramach wstępnego wywiadu środowiskowego, a potem, jeśli się zgodzi, powiemy uczniom, że przyszliśmy porozmawiać z nimi o zachowaniu bezpieczeństwa na drogach, zgodnie z sugestią Fawleya.

Quinn się krzywi. Lubi Fawleya i Somer o tym wie. Poza tym inspektor nieraz już wyciągał go z tarapatów, ale Quinn ma mocną żyłkę współzawodnictwa i wolałby sam wpaść na ten pomysł. Albo na lepszy.

– A może spytamy dyrektorkę? – mówi. – A nuż ostatnio coś tu się wydarzyło, co mogłoby uzasadnić nagłe pojawienie się dochodzeniówki w szkole? Narkotyki czy coś w tym stylu?

Somer musi przyznać, że to rzeczywiście jest lepszy pomysł. Rozgląda się, poszukując znaków prowadzących do biura, ale Quinn ją ubiega.

– Nie fatyguj się, zaraz kogoś zapytam.

Pięć minut później Somer podąża za Quinnem i uczennicą po schodach prowadzących do gabinetu dyrektorki. Wybrali schody, ponieważ to dłuższa droga, a dziewczyna, którą posterunkowy poprosił o pomoc, całkiem przypadkiem ma długie blond włosy, bardzo krótką spódniczkę i najwyraźniej nieograniczoną gotowość do zachwycania się wszystkim, co powie Quinn. Zdążył już streścić jej dwa dochodzenia w sprawie morderstw, podczas których ledwie kiwnął palcem – Somer to doskonale wie, ale nie zamierza przerywać przedstawienia. Ma tylko nadzieję, że nowa dziewczyna Quinna zdaje sobie sprawę, w co się wpakowała.

 

*  *  *

 

Przesłuchanie świadka Neila Mullinsa

Przeprowadzone na posterunku policji w St Aldate’s w Oksfordzie

1 kwietnia 2018, godz. 16.15

W rozmowie uczestniczy post. A. Asante

 

AA: Dziękuję za przybycie, panie Mullins. Mam nadzieję, że nie zajmie nam to zbyt dużo czasu.

NM: Nie ma sprawy. I tak przejeżdżam obok posterunku w drodze do domu. Jak się czuje ta dziewczyna?

AA: Jest w szoku. Nadal usiłujemy się dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Dlatego właśnie chciałem z panem porozmawiać i spytać, czy pamięta pan coś jeszcze. Coś, czego być może nie wspomniał pan podczas pierwszej rozmowy.

NM: Raczej nie. Było tak, jak to opisałem przez telefon: Zobaczyłem ją idącą poboczem… a raczej słaniającą się. Dlatego najpierw pomyślałem, że jest pijana.

AA: Była do pana zwrócona plecami?

NM: Tak. Szła w kierunku Marston i była w pobliżu zakrętu prowadzącego do tamtejszego pubu, Victoria Arms.

AA: To dość daleko od jakichkolwiek osiedli mieszkaniowych, prawda? Nie wydało się to panu dziwne?

NM: Tak. Chyba tak. Dlatego właśnie zwolniłem, kiedy się z nią zrównałem. I właśnie wtedy to zauważyłem.

AA: Co pan zauważył?

NM: Jej stan. Płakała, makijaż miała rozmazany na całej twarzy, a ubranie podarte. Najpierw myślałem, że krwawi, ale potem zdałem sobie sprawę, że to tylko błoto. Całą tapicerkę nim ubrudziła.

AA: Co miała na sobie?

NM: Czy policja nie zabiera ubrania jako dowodu po takim zdarzeniu? W telewizji zawsze tak robią.

AA: Pytam tylko w celu rejestracji faktów, panie Mullins. Sam pan wie, jak to jest.

NM: Jeszcze jak. Pół życia zwykłem tracić na papierkowej robocie. Dlatego przerzuciłem się na taksówkę…

AA: To co z tym ubraniem, panie Mullins?

NM: A tak, przepraszam. To była jakaś niebieska kurtka, chyba dżinsowa. Pod spodem biała bluzka, ale nie widziałem za bardzo szczegółów. No i te sandałki na obcasach, jak już mówiłem. Do tego krótka czarna spódnica.

AA: Czy miała ze sobą torebkę? Jakąkolwiek?

NM: Nie, zdecydowanie nie miała żadnej torebki.

AA: Co się zdarzyło, kiedy się pan zatrzymał?

NM: Nachyliłem się do okna i spytałem, czy wszystko z nią w porządku i czy potrzebuje pomocy. Głupie pytanie, bo przecież widać było, że nie jest w porządku…

AA: Co odpowiedziała?

NM: Trochę jakby zatoczyła się w moją stronę i spytała, czy mógłbym ją zabrać do domu.

AA: Czyli nie miała oporów przed wejściem do pana samochodu? Nie bała się pana?

NM: Cóż, przypuszczam, że uznała, że nie ma się czego bać. No wie pan, taksówka i w ogóle. Poza tym wydaje mi się, że chciała się przede wszystkim wydostać z tego miejsca. Chociaż nie usiadła obok mnie, tylko z tyłu. I przez całą drogę miała otwarte okno, a było cholernie zimno.

AA: Żeby móc zawołać po pomoc w razie potrzeby?

NM: Tak przypuszczam. Nie zastanawiałem się nad tym za bardzo.

AA: Czy wspominała coś o tym, co się stało?

NM: Nie. Wie pan, nie chciałem zbytnio naciskać. Powiedziałem, że zabiorę ją na posterunek policji, a ona zaczęła panikować i mówić, że nie, nie chce mieć nic do czynienia z policją. Wtedy zaproponowałem JR, ale do szpitala też nie chciała jechać, no więc zabrałem ją tam, gdzie mnie prosiła.

AA: Na Rydal Way?

NM: Właśnie. Po wszystkim pomyślałem, że może dlatego szła tą drogą. Próbowała dotrzeć do domu.

AA: Czy kiedy pan tam dojechał, w domu był ktoś jeszcze?

NM: Nie mam pojęcia. Poszła do tylnego wejścia.

AA: O tym nam pan nie wspominał.

NM: Przepraszam. Nie sądziłem, że to ważne.

AA: Powiedział pan, że dziewczyna nie miała ze sobą torebki. Czy mogła mieć klucze w kieszeni?

NM: Przypuszczam, że tak. Nie zastanawiałem się nad tym.

AA: Ale jest pan przekonany, że była w stanie dostać się do środka?

NM: O tak. Chciała przynieść mi pieniądze za przewóz i prosiła, żebym poczekał, ale powiedziałem, że nie musi mi płacić. Biedna dziewucha. Popłakała się, wysiadając.

 

*  *  *

 

Sasha Blake odkłada długopis i zamyka notes. Siedzi po turecku, w tle słychać cichą muzykę. Długopis ma na końcu piórko, a notatnik jest bladoniebieski, z rozsypanymi białymi kwiatami na okładce z przodu. Sasha lubi lśniącą gładkość stronic i dotyk materiału, ale tak naprawdę wybrała ten notes, ponieważ jest wystarczająco mały, aby zmieścić się w jej torebce. Nie może ryzykować, że gdzieś go zostawi. Bardzo kocha swoją mamę i wie, że nigdy nie wściubiałaby nosa w jej sprawy, ale żadna matka nie zdołałaby się oprzeć pamiętnikowi zostawionemu na wierzchu. Isabel stosuje szyfr, a Patsie wrzuca wszystko na telefon, ale Sasha lubi zapisywać różne rzeczy na papierze. Łatwiej jej wtedy oczyścić umysł i wypracować rozwiązanie. Ale jej mama by tego nie zrozumiała. Uznałaby, że wszystko, co jest tu zapisane, to prawda. W pewnym sensie to prawda, ale nie w takim, w jakim zrozumiałaby to mama.

Z dołu dobiega ją hałas. Sasha szybko nachyla się i wsuwa notes do kieszeni swojego różowego plecaczka, a potem opiera się o zagłówek i bierze do ręki tomik poezji Keatsa.

– Wszystko w porządku, Sash? – Mama otwiera drzwi, trzymając naręcze uprasowanych rzeczy.

Dziewczyna spogląda na nią.

– Tak, luzuję się z moim kumplem.

Fiona Blake się uśmiecha.

– Nie pracuj zbyt ciężko. Od czasu do czasu powinnaś zrobić coś dla przyjemności, wiesz? – Kładzie ubrania na komodzie, a potem wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Sasha otwiera ponownie książkę. „…czuć bez końca, jak oddech unosi ją sennie, Na sen nie tracić ani chwili więcej[4]”. Wzdycha. Jakby to było, gdyby ktoś mówił do niej w ten sposób.

 

*  *  *

 

– Tak więc rozumie pani, dlaczego jesteśmy zaniepokojeni.

Somer odchyla się na oparcie krzesła. Dyrektorka szkoły nie odezwała się ani słowem, kiedy policjantka tłumaczyła jej, w jakiej sprawie przyszli. Po prostu siedzi, marszcząc czoło, bawiąc się gumką do włosów i wpatrując się w okno. Na zewnątrz zaczyna się ściemniać. Wygląda na to, że zanosi się na deszcz i Somer klnie w duchu. Nie ma kurtki, parasolki i odpowiedniego obuwia.

Dyrektorka nadal milczy. Somer spogląda na Quinna, który wzrusza ramionami.

– Pani McKenna? – Somer podnosi nieco głos. – Czy jest coś, o czym powinniśmy wiedzieć? Czy Faith miała ostatnio jakieś problemy z kolegami z klasy?

Kobieta spogląda na nią.

– Nie. A przynajmniej nic o tym nie wiem. Faith jest bardzo popularna wśród uczniów swojego rocznika.

– Czy słyszała pani o jakichś planach żartu primaaprilisowego w stosunku do niej? Przychodzą pani do głowy jakieś nazwiska?

Kobieta ściąga brwi jeszcze mocniej.

– Chyba nie sugerują państwo, że jeden z naszych uczniów może być odpowiedzialny za to…

– Absolutnie nie. Wiemy jednak, że rodzina Faith przeprowadziła się tutaj w lecie, więc być może nie ma jeszcze zbyt wielu przyjaciół poza kręgiem kolegów szkolnych.

McKenna znów zaczyna bawić się gumką, którą Somer ma ochotę wyrwać jej z ręki.

– Pani McKenna, to dość pilna…

Dyrektorka odwraca się do niej nagle i nachyla. Zupełnie jakby pstryknął jakiś przełącznik. Jest przytomna, uważna, pełna werwy.

– Obawiam się, że nie mogę państwu nic powiedzieć o życiu osobistym Faith ani o tym, co robi poza murami szkoły. Twierdzę za to, że jest utalentowaną i pracowitą uczennicą. Spodziewam się, że zrobi świetną karierę.

– Ale ma jakichś przyjaciół, prawda? – wtrąca się Quinn. – Chyba coś pani wie na ten temat. – Jego ton ociera się o sarkazm. Ale tylko ociera.

– Chcecie przesłuchać moich uczniów? – Zmarszczki na czole znów się pojawiają.

– Nie przesłuchać, absolutnie nie – odpowiada szybko Somer. – Mieliśmy nadzieję, że będzie to dużo bardziej nieformalne spotkanie. Chcielibyśmy poznać jej kolegów, trochę ich poobserwować, wyczuć atmosferę, ewentualne animozje…

McKenna unosi brwi.

– W takim razie przypuszczam, że nie mogę państwa powstrzymać. Chciałabym jednak prosić, żebyście zachowali się dyskretnie. Policja nie jest znana z subtelnego podejścia.

– Czy ostatnio wydarzyło się coś, co mogłoby uczynić naszą obecność tutaj bardziej uzasadnioną? Jakieś problemy z nadużyciem alkoholu?

– Nie.

– Narkotyki?

– Absolutnie nie.

Somer wyczuwa reakcję Quinna, ale nie śmie na niego spojrzeć.

– W porządku – odpowiada spokojnie. – W takim razie powiemy, że jesteśmy tutaj w związku z czymś bardziej ogólnym, jak bezpieczeństwo osobiste.

– Dobry pomysł – mówi McKenna rzeczowo. – W tym tygodniu miałam już u siebie dwie uczennice, które sądziły, że ktoś je śledzi na Iffley Road. To dość smutne, że policja używa tego typu problemów wyłącznie jako zasłony dymnej dla czegoś, co najwyraźniej uważacie za dużo bardziejistotne.

 

– Za kogo ona się uważa, do cholery? – mamrocze niezbyt cicho Quinn, kiedy pięć minut później schodzą po schodach. – Ważniaczka, co? Jest tylko dyrektorką jakiejś zasranej zawodówki, a uważa się za dziekana pieprzonego Balliol[5].

Somer zachowuje dla siebie informację, że w tej chwili dziekan Balliol jest kobietą.

 

*  *  *

 

– Powinnaś zmienić buty – zauważa Baxter. – To niezbyt dobry pomysł siedzieć z mokrymi stopami.

Somer spogląda w dół. Tylko cud może sprawić, że ulewa, która uderzyła w nich z całą mocą, kiedy przechodzili przez parking przed zawodówką, całkowicie nie zniszczyła jej kozaczków. Dżinsy ma przemoczone do kolan, a włosów nawet nie próbuje uczesać.

– Serio – ciągnie Baxter. – Jeżeli nosisz w sobie jakiegoś uśpionego wirusa…

– Nic mi nie będzie – ucina. – Naprawdę. Jestem bardziej zainteresowana tym, co znalazłeś.

Baxter spogląda na nią ciężko, jakby chciał powiedzieć „tylko nie przychodź potem do mnie z płaczem”, a następnie odwraca się w kierunku ekranu.

– Przede wszystkim Faith Appleford prowadzi vloga z modą: Musisz mieć. Publikuje co kilka tygodni.

Somer się uśmiecha.

– Sprytnie.

– Że co? – Baxter marszczy czoło.

– No wiesz, jak w tej piosence George’a Michaela. You gotta have faith[6].

Baxter nadal spogląda na nią z niezrozumieniem.

– Zapomnij. Mów dalej.

– Okej. Zaczęła na jesieni, pewnie wraz z początkiem nauki. Prowadzi go naprawdę profesjonalnie. To znaczy, formalnie rzecz biorąc. Popatrz. – Przekręca ekran w jej kierunku.

 

musiszmiećOBSERWUJ

155 publikacji   19,5 tys. Obserwujących   324 Obserwowanych

 

F  A  I  T  H    Moda | Uroda | Styl

Dzielę się moją pasją, uczę się kochać siebie

Opublikowano 18.46, 6 lutego 2018

 

Zbliżenie na twarz, wnętrze w tle, spogląda do kamery

 

Hej! Witajcie na moim vlogu traktującym o modzie, pięknie i stylu. Wielu ludzi pyta mnie, w jaki sposób tworzę własny styl, czyli jak dobieram rzeczy. Nie chodzi tylko o ubrania, ale także torebki, buty i całą resztę akcesoriów. Wszyscy wiemy, że szczegóły czasem naprawdę decydują o tym, czy wyglądasz dobrze, czy świetnie. Dzisiaj trochę o tym opowiem.

 

Wszyscy zawsze powtarzają mi, że nie mogą uwierzyć w to, że większość moich rzeczy pochodzi ze zwykłych sklepów, ale zawsze odpowiadam, że nie chodzi o to, ile człowiek wyda pieniędzy, ale o to, żeby wybierać mądrze.

 

Kamera odjeżdża, ukazując Faith przy wieszaku z ubraniami

 

Zawsze zaczynam od, jak to nazywam, „kluczowego elementu”. Co to znaczy? To bardzo proste: kluczowy element to rzecz, wokół której buduje się cały wygląd. Na przykład te fantastyczne buty [unosi buty trzymane w ręku]

Zbliżenie na twarz, w tle kolekcja butów

 

To moja ulubiona para na wyjście. Kupiłam je w Irregular Choice. Są przepiękne – mają cudowny kolor i są naprawdę bardzo charakterystyczne dzięki tym wszystkim srebrnym detalom. To prawda, że przeznaczyłam na nie sporą część swojego budżetu, ale będę z nich korzystać latami, a poza tym zyskuję dzięki nim „charakterystyczny wygląd” dla całej reszty ubioru.

 

Kamera się oddala. Faith trzyma wieszak z sukienką

 

No dobrze, zacznijmy. Ta sukienka jest z Zary. Kupiłam ją kilka miesięcy temu za £39.99. Podoba mi się jej krój, a materiał jest naprawdę przyjemny, zważywszy na to, że była dość tania. To standardowa mała czarna z lekką modyfikacją, ze względu na te zakładki z tyłu.

 

Pełny widok Faith prezentującej na sobie sukienkę i buty

 

Teraz możecie zobaczyć, jak to wygląda. Te pliski dodają ruchu materiałowi, kiedy się obracam. Z butami zaczyna to wszystko wyglądać naprawdę ciekawie. Srebrny kolor butów wydobywa srebrne detale dekoltu i cały zestaw wygląda dzięki temu bardzo elegancko. A elegancja nigdy nie wychodzi z mody.

 

Pełny widok Faith prezentującej sukienkę, buty i dodatki

 

I wreszcie dodatki. Słyszeliście mnie już nie raz powtarzającą to samo, ale to naprawdę ważne. Uwielbiam tę torebkę. Kupiłam ją dawno temu w ASOS-ie. Najbardziej podobają mi się te frędzelki, a pasek można odczepić i wykorzystać torebkę jako kopertówkę. Te kolczyki są z Accessorize i również mają frędzelki. Fajnie, prawda? Jak już zapewne wiecie, jeśli chodzi o biżuterię, uważam, że im mniej, tym lepiej. Dlatego nie założyłam naszyjnika. Ze względu na srebrne detale wokół dekoltu dodatkowa ozdoba szyi najprawdopodobniej wyglądałaby przesadnie.

 

Zbliżenie na twarz, tak jak na początku publikacji

 

I na dzisiaj to już wszystko. Mam nadzieję, że spodobał się wam ten film. Następnym razem pokażę wam, jak nałożyłam sobie dzisiejszy makijaż. Jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, proszę, zapiszcie się do mojego kanału.

 

Faith żegna się z wami w zwyczajowy sposób: wyglądajcie dobrze, bądźcie mili i kochajcie siebie.

 

– Widzisz? – Baxter wciska pauzę.

Somer kiwa głową. Jest pod wrażeniem nie tylko technicznej prezentacji. Ta dziewczyna ma w sobie więcej wytworności niż większość ludzi dwa razy od niej starszych.

– Co z bardziej osobistymi sprawami? Media społecznościowe? Przyjaciele, sympatie? Wrogowie?

Baxter kręci głową.

– Nie znalazłem niczego o żadnym facecie. Faith często publikuje na Instagramie, ale są to głównie jakieś bajeranckie zdjęcia opatrzone setkami hasztagów.

Somer uśmiecha się w duchu na myśl o Baxterze wpatrującym się w zdjęcie za zdjęciem najmodniejszych butów i produktów do permanentnego makijażu brwi. Nie pamięta już, kiedy ostatni raz słyszała, jak ktoś używał słowa „bajerancki”.

Tymczasem Baxter kontynuuje:

– Wygląda jednak na to, że nie używa Twittera, a na swoje konto facebookowe też prawie nie zagląda. Chyba bardziej woli audycje niż wymianę informacji.

Somer kiwa głową.

– To samo zauważyliśmy podczas wizyty w jej szkole. Wszyscy ją znają, ale nikt dobrze. Jedna z dziewcząt opisała Faith jako „miłą, ale bardzo, bardzo skrytą”. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłaby kogoś do tego stopnia wkurzyć, że postanowił z niej zażartować w tak przemyślany i okrutny sposób.

– Jeżeli to był tylko żart – wtrąca Baxter z posępną miną. – Wydaje mi się, że to coś dużo gorszego.

– Wiem.

– Ale jeśli to była napaść na tle seksualnym, dlaczego do diabła Faith nie chce tego zgłosić?

– Nie ona pierwsza i nie ostatnia. – Somer wzdycha.

Siedzą razem w milczeniu, wpatrując się w twarz dziewczyny na ekranie – uśmiechniętą, pewną siebie, szczęśliwą, spełnioną. Niemal nie można w niej rozpoznać nastolatki, z którą Somer spotkała się wcześniej.

– Jest jedna rzecz, która wydała mi się dziwna – mówi wreszcie Baxter.

– Tak?

– Wszystkie media społecznościowe Faith; Instagram, Facebook. Ma na nich konta zaledwie od zeszłego roku.

Somer spogląda na niego.

– Nic wcześniej? Może usunęła stare wpisy i zaczęła od nowa.

Baxter kręci głową.

– Nie sądzę. Nie mogę znaleźć absolutnie niczego.

Somer marszczy czoło. Coś tu jest nie tak.

– Ale dlaczego miałaby coś takiego zrobić?

– Nie mam pojęcia. – Baxter wzrusza ramionami. – Ale co ja tam wiem o nastolatkach?

Somer spogląda w ekran. Wideo musiało zostać zrobione w pokoju Faith. Somer widzi w tle tablicę korkową, którą opisała jej Ev, a pod spodem biały stolik z kosmetyczkami, kosmetykami oraz kilkoma fotografiami oprawnymi w ramki.

– Możesz to powiększyć? – pyta nagle.

Baxter rzuca jej pytające spojrzenie, ale się nie odzywa. Stuka w klawiaturę i fotografie wypełniają ekran.

– To tylko kilka starych zdjęć rodzinnych. – Odsuwa się od komputera. – Faith nawet na nich nie ma.

Ale Somer siedzi na brzegu krzesła, wpatrując się w fotografie, a kiedy odwraca się do Baxtera, jej oczy błyszczą.

– Właśnie – mówi. – Faith na nich nie ma.

 

*  *  *

 

Sasha