Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 501 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kto, jak nie ja ? - Katarzyna Kołczewska

Ta książka nikogo nie pozostawi obojętnym.

Anna nigdy nie chciała mieć dzieci. Nie lubiła ich. Nie interesowały jej. Okazało się, że los zdecydował za nią. Kiedy w tragicznym wypadku ginie jej siostrzenica z mężem, okazuje się że Anna jest jedyną osobą, która może zająć się trzyletnią osieroconą Olą. Inaczej dziewczynka trafi do domu dziecka.

Czy uzależniona od leków i alkoholu, borykająca się z traumą kobieta zdobędzie się na heroizm, stawi czoło słabościom, lękom i demonom przeszłości? Stawką jest szczęście dziecka, a w tej walce wszystkie chwyty – szantaż, manipulacja, przekupstwo – są dozwolone. I czy trzylatka będzie w stanie zaakceptować zupełnie nowe życie, na które nikt jej nie przygotował?

Niezwykle poruszająca, do bólu szczera opowieść o trudnej miłości, odpowiedzialności i odnajdywaniu szczęścia tam, gdzie nigdy się go nie szukało.

Powieść Katarzyny Kołczewskiej mówi o nadziei, trudnych wyborach, empatii. O naszej małości i wielkości. O ludzkiej sile, która pozwala przetrwać i zrobić coś nie tylko dla siebie. Bohaterowie Kołczewskiej sprawdzają dokładnie, do czego zdolny jest człowiek. Okazuje się, ze wnioski są zaskakująco pozytywne.

Jakub Winiarski, pisarz, krytyk, nauczyciel pisania

Katarzyna Kołczewska – rocznik '71, mieszka z córką i psem na warszawskim Mokotowie. Z wykształcenia lekarz, z wyboru prywatny przedsiębiorca, z zamiłowania pisarka. „Kto, jak nie ja ??” jest jej debiutancką powieścią. Pracuje już nad kolejną.

Opinie o ebooku Kto, jak nie ja ? - Katarzyna Kołczewska

Fragment ebooka Kto, jak nie ja ? - Katarzyna Kołczewska

Kto, jak nie ja? chwyta za serce. Nie można jej przeczytać bez emocji i łez. Nie można przejść obojętnie. Powieść Kołczewskiej na długo utkwi mi w pamięci.

Gorąco polecam lekturę!

Bernardeta Łagodzic-Mielnik

autorka bloga www.cudownyswiatksiazek3.blogspot.com

Książka prowokująca i mądra, nasycona skrajnymi niekiedy emocjami, szczera i odważna. Opowieść o prawdziwym oddaniu, bezwarunkowej miłości i najbliższych, którzy potrafią ranić najbardziej.

Przywracająca nadzieję historia wielkiego uczucia, opowiedziana bez wielkich słów.

Izabela Mikrut

autorka bloga www.tu-czytam.blogspot.com

Niezwykle realistyczna, wstrząsająca, bardzo gorzka historia. Katarzyna Kołczewska zdała egzamin na piątkę z plusem, obnażając w brutalny sposób ludzkie słabości.

Szczerze polecam. Ta książka jest inna niż wszystkie.

Krystyna Meszka

autorka bloga Świat książek i ja, www.cyrysia.blogspot.com

To książka o uczeniu się, jak być z kimś blisko, o dojrzewaniu do odpowiedzialności za drugiego człowieka, do empatii, do miłości. Ta powieść każe czytelnikowi zagłębić się w ciemniejszą stronę duszy, poczuć się osamotnionym i niepotrzebnym, by później pokazać mu, z jak wielkim mozołem trzeba pracować nad sobą, by dostrzec coś więcej niż własny egocentryzm.

Powieść, która ukradła kilka godzin mojego nocnego snu.

Monika Badowska

autorka bloga Prowincjonalna nauczycielka,

www.prowincjonalnenauczycielstwo.blogspot.com

Ta książka mnie wzruszyła, usadziła w miejscu, zmusiła do zastanowienia się nad tym, co jest w życiu naprawdę ważne.

Polecam, Katarzyna Kołczewska zadebiutowała znakomicie!

Edyta Juśkiewicz

autorka bloga Kulturalnie, www.moje-czytanie.blogspot.com

Copyright © Katarzyna Kołczewska, 2013

All rights reserved

Projekt okładki

Olga Szczepańska

Zdjęcie na okładce

© Ara Encinas / Getty Images / Flash Press Media

Redaktor prowadzący

Agata Pieniążek

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-534-6

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej Córce

CZĘŚĆ I

Rozdział 1 

Obiecałam sobie, że będę odbierała co piąty telefon. Musiałam czasem odbierać. W przeciwnym razie istniało ryzyko, że ktoś się włamie, aby szukać trupa.

Zadzwonił telefon. Ten piąty.

– Halo. – Ton mojego głosu miał być jak najbardziej odpychający.

– Pani doktor? Marcinkowska mówi. Pamięta mnie pani? – zaskrzeczało mi do ucha.

– Tak, pamiętam, pani Marcinkowska – odpowiedziałam zaskoczona. – Tylko nie rozumiem, skąd ma pani mój numer telefonu?

– Pani doktor kochana, niech pani mnie ratuje! – zapłakała w słuchawkę moja była pacjentka. – Pani doktor, ja cały czas krwawię!

– Proszę pani, obecnie nie pracuję, jestem na urlopie bezpłatnym. Bardzo długim – powiedziałam stanowczo. Wiedziałam, w jaką stronę zmierza ta rozmowa. Zaczęłam się irytować. Co za bezczelność dzwonić do mnie do domu!

– Ja wiem, bo mi mówili w spółdzielni, ale tylko pani mi może pomóc – uderzyła w zbolały ton.

– Już pani mówiłam, że teraz nie pracuję, nie przyjmuję pacjentek. Niech pani idzie do rejonu! – powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Pani doktor! Ja już była wszędzie, tylko człowieka zbywajo, przepiszo jakie leki i odsyłajo do domu. Już dwa miesiące tak chodzę. Pani doktor, pani ma take złote ręce, pani mnie przyjmie! – załkała Marcinkowska miejscową gwarą.

– Ale ja nigdzie nie przyjmuję! Słyszy pani? Nie przyjmuję i nie pracuję! – oświadczyłam podniesionym głosem.

– Pani doktor, proszę! Mam take silne boleści i jestem już taka słaba. Nikt mi nie umie pomóc. Pani doktor, błagam!

– Nie, przykro mi! Do widzenia, pani! – ryknęłam w słuchawkę i rozłączyłam się, pomimo że w słuchawce nadal słychać było zapłakany głos Marcinkowskiej.

Trzęsłam się z oburzenia i złości. Dlaczego tym kobietom się wydawało, że jeżeli je operowałam, kilka lat czy całe wieki temu, to mogą teraz wydzwaniać do mnie do domu? Czy kwiaty i koniak z Pewexu dawały im do tego prawo? Już od paru miesięcy żadna pacjentka nie telefonowała. Byłam wściekła i musiałam wypić mocnego drinka. Potem jeszcze dwa i już mogłam dotrwać do wieczora.

Znowu przyszedł list od Magdy. Sądząc po dacie na stemplu, leżał w skrzynce dwa tygodnie. Wiedziałam, że powinnam odpisać, w przeciwnym razie Magda zacznie wydzwaniać i zasypywać mnie pytaniami albo pretensjami. Tylko co miałabym jej napisać? Prawdę? Prawda była taka, że nic nie robiłam i nic się u mnie nie działo. Nie zdążyłam. Zadzwoniła. Była piątym połączeniem.

– Anna?

– Tak, to ja. Własnej siostry nie poznajesz? – zapytałam w sposób niezachęcający do dalszej rozmowy.

– Masz taki zmieniony głos, spałaś?

– Nie, dlaczego?

Oczywiście, że nie spałam, już od tygodnia nie spałam. Brałam codziennie prochy nasenne całymi garściami i popijałam koniakiem, a tego, co się ze mną po nich działo, nie można byłoby nazwać snem.

– No myślę! Kto to śpi o tej porze! – zawołała Magda belferskim tonem.

O rany! Zaczęło się.

– Może trochę się zaziębiłam – skłamałam. Przecież nie można się przeziębić, nie wychodząc z domu.

– U was też taka wstrętna pogoda? – zapytała Magda.

– Nooo.

Skąd miałam wiedzieć, jaka jest pogoda? Poza tym nic mnie to nie obchodziło. Rozmowa stała się męcząca i idiotyczna.

– Zaczęliśmy się z Robertem o ciebie martwić. Nie odpowiadasz na listy, nie odbierasz telefonów. Bywasz czasem w domu?

– O, tak! Czasem bywam.

– Może przyjadę cię odwiedzić? Mam teraz trochę wolnego czasu, Robert ciągle wyjeżdża albo siedzi w biurze, poza tym tak dawno nie byłam w domu!

Zaniemówiłam. Ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę, to wizyta siostry.

– Słuchaj, a może ty byś do nas przyjechała? – Magda wskakiwała na wyższe obroty. – Co będziesz tam sama siedzieć w tym wielkim domu? Mogłabyś przyjechać do nas teraz i zostać aż do Bożego Narodzenia.

– To świetny pomysł – powiedziałam uprzejmym tonem kolejne kłamstwo – ale mam tu parę spraw do załatwienia – i jeszcze jedno.

– Ojej, Ania, nie wykręcaj się! Co to za sprawy musisz załatwiać?

– No, wiesz, rozliczyć się z gminą, wyremontować kuchnię, skończyć porządki na strychu i takie tam.

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa.

– To jeszcze się nie rozliczyłaś? Nie skończyłaś z kuchnią?

Pytania, pytania, pytania. Aż dziwne, skąd to się w niej brało. Wkurzała mnie.

– Nie, nie skończyłam – odpowiedziałam chłodno.

Już nie byłam w stanie powstrzymać irytacji, którą z pewnością usłyszała w moim głosie.

– Przepraszam, nie chciałam się wtrącać w twoje sprawy. Po prostu myślałam, że do nas przyjedziesz i spędzimy trochę czasu razem. – Teraz uderzyła w ton pokrzywdzonej młodszej siostry.

– Magda, proszę, przestań, postaram się z tym uporać i zadzwonię do ciebie.

– Ale na Wigilię przyjedziesz? Proszę, obiecaj! Będzie Gosia z rodziną i Igor, wpadną znajomi, będzie nam miło, jak przyjedziesz!

Już to widziałam oczami duszy! Ubaw po pachy! Mnóstwo obcych warszawskich bufonów!

– Postaram się! – Kolejne kłamstwo.

– Zadzwoń do mnie, proszę, w przyszłym tygodniu! Domówimy szczegóły!

Magda, moja młodsza siostrzyczka. Kiedyś była dla mnie najbliższą osobą na świecie. Kiedyś. A potem wszystko się pokomplikowało. Teraz z rodziny została mi tylko ona. Jedyna osoba, na której mi zależało, a nie potrafiłam jej tego powiedzieć. Tak jak nie umiałam jej wytłumaczyć, że nie zrobiłam tego, o co mnie obwiniała przez ostatnie kilkanaście lat. Nie zabiłam naszej mamy.

Znowu telefon. Piąty w ciągu trzech dni. Uwzięli się na mnie wszyscy, do cholery! Przez cały ostatni miesiąc nie miałam pięciu telefonów. Boli mnie głowa. Zaraz!

– Halo – odezwałam się do słuchawki mało zachęcającym tonem. Jak zwykle.

– Anna? Cześć! Tu Tadeusz.

– Tadeusz?! – wykrzyknęłam.

Czego, jak czego, ale telefonu z oddziału, w dodatku od mojego zastępcy, zupełnie się nie spodziewałam.

– Strasznie trudno cię złapać w domu. Wyjeżdżałaś gdzieś?

Dlaczego ludzie zadają tak dużo pytań?

– Tak, trochę. Czemu zawdzięczam twoje zainteresowanie?

– Martwimy się o ciebie, cały zespół. Zastanawiamy się, czy ci nas nie brak? I co porabiasz bez dyżurów, pacjentek, pracy, bez szpitala?

– No cóż, jakoś sobie radzę – odpowiedziałam chłodno.

Jakoś za wami nie tęsknię, pomyślałam.

– Może potrzebujesz czegoś?

– Na przykład czego?

– Nie wiem, zakupów, książki, gazety?

– Tadeusz, nie jestem niedołężna. Pytanie nie na miejscu. – Słuchawka po mojej stronie już była lodowata.

– Nie, Anna, przepraszam, źle mnie zrozumiałaś. Nie musisz być taka sarkastyczna.

– Tadeusz, zawsze byłam sarkastyczna, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?

– Może dzwonię nie w porę. Odezwę się kiedy indziej.

– A tak w ogóle to dlaczego dzwonisz? Może w ogóle nie dzwoń! – zaproponowałam.

– Chciałem tylko zapytać, co u ciebie. Przepraszam – zaczął się tłumaczyć. – A jeszcze pomyślałem sobie, czy nie mogłabyś nam pomóc? Nie mam obsady do poradni. I pomyślałem, że mogłabyś wrócić do pracy, trochę zarobić – tłumaczył się jak uczniak. To było żenujące. Milczałam, napawając się chwilą triumfu. – A w ogóle to co u ciebie? – zakończył lękliwie.

– Żartujesz sobie ze mnie?

– Nie, skądże! Dlaczego? – mówił coraz ciszej. Miałam wrażenie, jakby po drugiej stronie stał mały chłopczyk. Rozmowa robiła się bardzo nieprzyjemna.

– Co u mnie? A co cię to obchodzi? Zostałeś wreszcie ordynatorem, masz to, czego chciałeś. O, przepraszam, pełniącym obowiązki! Co, mam cię dalej prowadzić za rączkę? Pracować w poradni? To ma być propozycja roku?! – krzyczałam. – Jestem na urlopie! Na zasłużonym odpoczynku, więc odpoczywam!

– Aniu, źle mnie zrozumiałaś! – Tadeusz cofnął się już do przedszkola.

– Zrozumiałam bardzo dobrze. Wszystkiego cię nauczyłam, pozwoliłam ci zrobić doktorat, jeździć na kongresy, spotkania. Brakowało ci tylko własnego oddziału. Dlatego namówiłeś swojego wielkiego przyjaciela, tego dyrektorka z bożej łaski, żeby mnie wyrzucił z roboty! Bezpłatny urlop!

– Aniu! – jęknął.

– Nie przerywaj! Nie waż się przerywać! Sama skończę! Wcale nie musiałam iść na ten urlop! Doskonale sobie radziłam z pracą, pacjentkami i oddziałem! Ale przeszkadzałam ci, tak? Nie miałam takich fajnych kolegów jak ty! I teraz mam pomagać w poradni? Jako kto? – sapałam i plułam w słuchawkę. – Nie dzwoń do mnie więcej! Skończyłam z tobą i twoimi pieprzonymi kolegami! Nie wierzę w twoją troskę! – wrzasnęłam i rozłączyłam się gwałtownie. – Muszę się napić! – dodałam po chwili.

Ocknęłam się. Znowu dzwonek! Cholera! Która godzina? Gdzie jest coś do picia? Pukanie? Dzwonek do drzwi? W głowie miałam gonitwę myśli. O nie! Dzwonek do drzwi! Kto, do diabła, tak się tu dobija? I po co? Listonosz? Ksiądz po kolędzie? Przecież jeszcze nie było Bożego Narodzenia! Przynajmniej tak mi się wydawało.

– Zaraz! – krzyknęłam w stronę korytarza, żeby uciszyć dźwięk, który sprawiał mi ból, odbijając się echem pod czaszką.

Zdołałam znaleźć jakąś bluzę i buty.

– Kto tam? – zawołałam przez drzwi.

– Joanna!

Joanna? Nie widziałam jej od sześciu miesięcy. Od ostatniego dnia pracy w szpitalu.

– Co ty tu robisz? – nadal krzyczałam zza zamkniętych drzwi. Miałam jeszcze odrobinę nadziei, że sobie pójdzie.

– A jak myślisz? Otwórz drzwi, przecież nie będę tu stała i się wydzierała. I tak już robię sensację we wsi, bo dobijam się od kwadransa.

– Skąd wiedziałaś, że jestem w domu?

– Otwórz wreszcie!

– Zaraz, szukam kluczy!

Musiałam otworzyć, Joanna nie dałaby się spławić. Znalazłam klucz i przekręciłam go w zamku. A wtedy nacisnęła klamkę i otworzyła gwałtownie drzwi, wpuszczając do środka lodowate powietrze.

– Samochód pod domem, więc gdzie miałabyś być? Nikt cię nie widział od miesięcy, nie odbierasz telefonów. Co się dzieje? – mówiła, stopniowo podnosząc głos.

– Nic się nie dzieje. Byłam zajęta. Szukasz trupa? – zapytałam chłodnym tonem, próbując dać jej do zrozumienia, że nie jest mile widzianym gościem.

– Co? Jakiego trupa? O czym ty mówisz? Zajęta? Czym? – pytała, pchając się dalej do mieszkania i w trzech krokach znalazła się w moim pokoju. – O rany! Co tu się dzieje? – zawołała. W ogóle nie zważała na to, czy ją zapraszam i cieszę się na jej widok.

– Joanna, to nie jest dobry moment na odwiedziny. Wszystko ze mną w porządku. Zadzwonię do ciebie w przyszłym tygodniu, umówimy się na kawę, co? – powiedziałam, wciąż stojąc w przedpokoju, żeby nie przedłużać tej wizyty.

Głowę rozsadzał mi ból. Nie myłam się od paru dni. Paliło mnie w żołądku i cała się trzęsłam z zimna. Chciałam tylko, żeby Joanna wyszła, bo inaczej skończy się to katastrofą.

– Boże! Coś ty z siebie zrobiła? Kobieto, jak ty wyglądasz? Dlaczego tu jest taki bałagan? O rany! Piłaś?! – krzyczała. Dziwiłam się, skąd ma tyle siły w tych swoich podstarzałych płucach.

– Nie.

– Jak to nie, przecież widzę. A to co?

Butelka po Jasiu Wędrowniczku, ślepoto! – pomyślałam. O Boże, jak mnie boli głowa!

– Anka? Sama to wypiłaś? W jeden dzień? Dwa? – pytała już spokojniej.

Po sekundzie odwróciła się i dalej lustrowała mieszkanie.

– Aśka, jestem zmęczona, boli mnie głowa, odczep się, co? – powiedziałam. Przestałam być uprzejma.

– Ja myślę, że boli cię głowa! O, estazolam, relanium! Niezły zestaw!

Dorwała się do stolika kawowego. Kawa też tam była. Ale tego już nie zauważyła. Ze zdenerwowania zaczęła mi się trząść głowa, ręce też.

– Czyś ty zwariowała? Co ty robisz? Chcesz się zabić? – kontynuowała przesłuchanie. Zmarszczki na jej twarzy znacznie się pogłębiły. Dopiero teraz zauważyłam, jak się postarzała przez ten czas.

– A to wcale nie jest taki głupi pomysł – odpowiedziałam lodowato.

– W takim razie to bardzo głupi sposób. Zrób to raz, a porządnie. Masz tu tyle tego dobra, że na pewno nie spudłujesz.

Tego już było za dużo.

– Odwal się, Aśka. Po co tu przylazłaś? Prosił cię kto? Daj mi spokój!

Łzy bólu i gniewu trysnęły mi z oczu. Płacz tylko spotęgował moją złość i drżenie. Teraz byłam zła na nią i na siebie.

– Właśnie, że prosił! Gdybyś odbierała telefony, nie musiałabym tu jechać i sterczeć jak głupia pod drzwiami. Zatelefonowała do mnie Magda z prośbą, żebym sprawdziła, co u ciebie, bo ona nie może się wyrwać z Warszawy. Coś ty z siebie zrobiła? Ile to minęło? Pół roku? A ty już jesteś wrakiem!

– Chrzań się, Aśka! Popatrz lepiej na siebie i nie wtrącaj się w cudze sprawy! Taka twarda! Taka realistka! Nawet porządnym lekarzem nie potrafisz być. Pediatra, też mi coś! Umiesz coś więcej, niż leczyć kolkę i oceniać kolor kupy? Przepraszam, ale ja cię tutaj nie zapraszałam, a to chyba mój dom, prawda? Nie mojej siostry! – Od tego wrzasku bolało mnie gardło. Bolały płuca i głowa. Marzyłam tylko o tym, żeby się napić. Marzyłam, aby ostry, mocny alkohol spłynął mi do żołądka i wysuszył łzy.

– Okej. Wychodzę. Tylko spójrz w lustro! Choć na chwilę. Chociażby po to, żeby mieć z kim pić. Albo żeby spojrzeć w oczy chorobie, która cię zabija!

– Do widzenia! – powiedziałam, a miało to znaczyć: „wynoś się”.

– Jutro przyślę dziewczynę do sprzątania. Około południa. Otwórz jej! W przeciwnym razie wezwę policję albo straż pożarną. Wiesz, że jestem do tego zdolna.

Wiedziałam. Wyszła, znowu wpuszczając zimne powietrze. Poczłapałam do kuchni, wyciągnęłam butelkę z lodówki i łyknęłam duży haust. Zimny, mocny alkohol na chwilę zacisnął mi gardło. Zabrakło mi tchu. Tylko na sekundę. Potem gęsty płyn spłynął do żołądka, a w głowie poczułam charakterystyczne mrowienie. Ale to jeszcze nie było to. Musiałam wziąć coś na uspokojenie. Poszłam do pokoju i nagle poczułam gwałtowną złość. Fala gorąca zalała mi twarz. Stolik był pusty! Ta łajza zabrała moje leki! Tak się zdenerwowałam, że z pewnością nie usnęłabym bez tabletek. Cholera! Nie miałam żadnych zapasów, tylko to, co na stoliku. Umyłam się, ubrałam, uczesałam i wsiadłam do samochodu. Cały czas się trzęsłam. Może to grypa albo przeziębienie, pomyślałam. Prowadzenie szło mi kiepsko, ale dojechałam do apteki. Po ciemku, na kolanie wypisałam receptę. Niestety, jak należało przewidzieć, nie obyło się bez małej pogawędki z farmaceutką.

– O! Dobry wieczór, pani doktor! Straszna pogoda, prawda? Nie chce się nosa z domu wystawiać – zagadnęła mnie miła pani magister koło czterdziestki.

– O, tak, całkowicie się zgadzam. – Też próbowałam być miła.

– Tylko te trzy recepty? Już sprawdzam, czy wszystko mamy. Przyjechała pani w ostatniej chwili, właśnie miałam zamykać, coś źle się czuję, chyba bierze mnie grypa. Pani doktor też niedobrze wygląda – zauważyła farmaceutka z troską w głosie.

– Bo chyba też bierze mnie grypa. Ile płacę?

– Piętnaście czterdzieści. A na grypę nic pani nie chce?

– Nie, mam coś w domu – powiedziałam i szybko wyszłam. Nie chciałam przeciągać rozmowy.

Po dotarciu do domu połknęłam dwie tabletki i padłam do łóżka. Dawno już nie spałam tak mocno. Rano wstałam dość wcześnie, czułam się zaskakująco dobrze i rześko. Chcąc zapobiec dalszym kłopotom, zadzwoniłam do Joanny.

– Dzień dobry, tu Anna – odezwałam się przymilnie.

– Masz lepszy humor?

Ta kobieta jest niesamowita! W jej głosie słychać było uśmiech, jakby się cieszyła, że dzwonię – po tym, jak jej nagadałam.

– Chciałam cię przeprosić za wczoraj, wiesz, zupełnie mnie poniosło i nagadałam głupstw – mówiłam, starając się nadal trzymać fason.

– Jasne, nie ma sprawy, mnie trudno obrazić.

Miała całkowitą rację.

– Joanna!

– Tak?

– Mam prośbę. Nie mów Magdzie, w jakim stanie mnie zastałaś.

– Ha! Wiedziałam, że dlatego dzwonisz!

– Proszę, zrób to dla mnie. To nasze rodzinne sprawy i same będziemy je załatwiać.

– Nie powiem, ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Że zadzwonisz do niej dzisiaj, umówisz się na święta i pojedziesz do nich na całe Boże Narodzenie!

– Jesteś… – zaczęłam wściekłym tonem, ale po sekundzie przypomniałam sobie, że miałam być miła.

– Wiem, potworem! Umowa stoi? Skontaktuję się jutro z Magdą, a jeżeli się okaże, że nie rozmawiałyście, bardzo obrazowo opowiem jej o tym, co zobaczyłam wczoraj wieczorem.

Nie chciałam, by moja siostra się dowiedziała, w jakim jestem stanie. Nie chciałam, żeby przyjeżdżała tutaj i uświadamiała mi, jak bardzo schrzaniłam sobie życie. Nie potrzebowałam tej świadomości.

Dziewczyna przyszła równo w południe. Była Ukrainką, ale całkiem zrozumiale mówiła po polsku. Ustaliłyśmy stawkę. Zadzwoniłam do Magdy, dogadałyśmy szczegóły świątecznej wizyty i wyszłam z domu. Wolałam tam nie być, kiedy obca baba sprząta moje brudy. Ubrałam się ciepło, wzięłam koc i zaległam na ławce pod orzechem. Na tej samej, na której siadali rodzice w słoneczne popołudnia, kiedy mieli wolną chwilę, a ojciec był trzeźwy. Przesiedziałam tam do wieczora. Od wielu miesięcy nie byłam tak długo na świeżym powietrzu. Usnęłam bez proszków.

Rozdział 2 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 3 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 4 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 5 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 6 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 7 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 8 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 9 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 10

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 11

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 12

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 13

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 14

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 15

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 16

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 17

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 18

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 19

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 20

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 21

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 22

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 23

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 24

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 25

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 26

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 27

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 28

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 29

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 30

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 31

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 32

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 33

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 34

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 35

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 36

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 37

Dostępne w pełnej wersji

CZĘŚĆ II

Rozdział 1 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 2 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 3 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 4 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 5 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 6 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 7 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 8 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 9 

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 10

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 11

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 12

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 13

Dostępne w pełnej wersji