Kształt wody - Andrea Camilleri - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

Kształt wody to pierwsza z prezentowanych polskiemu czytelnikowi powieści tego niezwykle popularnego we Włoszech autora. W Vigacie zostaje odnalezione ciało inżyniera Luparello, lokalnej osobistości. Według orzeczenia biegłych, przyczyną śmierci był atak serca spowodowany "przedawkowaniem" uciech erotycznych.

Komisarz Montalbano, pomimo nacisków, ociąga się z zamknięciem śledztwa, i to nie tylko dlatego, że denat uchodził za człowieka ostrożnego i raczej wstrzemięźliwego. Pewne osoby zachowują się dziwnie, a w pobliżu zwłok odnajdują się zagadkowe przedmioty. Wszystko to najwyraźniej świadczy, że ktoś próbuje skompromitować inżyniera. Potwierdza to śledztwo komisarza, odkrywające coraz to nowe, niespodziewane tropy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 183

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andrea Camilleri
KSZTAŁT WODY
Przełożył Jarosław Mikołajewski
Noir sur Blanc
Tytuł oryginału: LA FORMA DELL’ACQUA
Posłowie: JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI
Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI
Korekta: MACIEJ KORBASIŃSKI
Projekt okładki: OLGIERD CHMIELEWSKI
Fotografia na okładce: WOJCIECH KARLIŃSKI
Copyright © 1994 Sellerio editore, via Siracusa 50, Palermo For the Polish edition Copyright © 2007, Noir sur Blanc, Warszawa For the Polish translation Copyright © 2001 Jarosław Mikołajewski
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2013
ISBN 978-83-7392-420-8
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: nsb@wl.net.pl Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.
8

Montalbano podbiegł do telefonu, wykręcił numer Retelibery i poprosił Zita. Z dziennikarzem łączyła go nić sympatii, prawie przyjaźń.

– Czego chcesz, komisarzu?

– Spotkać się z tobą.

– Drogi przyjacielu, jutro rano jadę do Palermo i wracam dopiero za tydzień. Jeśli nie masz nic przeciw temu, mogę przyjść do ciebie za pół godziny. Zrób coś do jedzenia, jestem głodny.

Talerz makaronu z oliwą i czosnkiem można było przygotować bez problemu. Otworzył lodówkę; Adelina zostawiła w niej dużą porcję gotowanych krewetek, jedzenia wystarczyłoby dla czterech. Jego gospodyni była matką dwóch przestępców, a młodszy z braci, którego Montalbano aresztował osobiście trzy lata temu, wciąż jeszcze siedział w więzieniu.

Kiedy Livia przyjechała do Vigaty w lipcu na dwa tygodnie i usłyszała tę historię, była przerażona.

– Oszalałeś? Przecież ona kiedyś będzie się chciała zemścić i naleje ci trucizny do zupy!

– A za co niby miałaby się mścić?

– Przecież aresztowałeś jej syna!

– A czy to moja wina? Adelina doskonale wie, że to tylko jej syn był tak głupi, że dał się złapać. Ja aresztowałem go uczciwie, nie stosowałem ani podstępów, ani pułapek. Wszystko odbyło się prawidłowo.

– Nie obchodzi mnie wasze pokrętne rozumowanie. Musisz ją odprawić.

– Ale jeśli to zrobię, kto będzie mi sprzątał, prał, prasował, gotował?

– Znajdziesz sobie kogoś innego!

– I tu się mylisz: drugiej takiej jak Adelina nie znajdę nigdzie.

Miał właśnie postawić wodę na gazie, kiedy zadzwonił telefon.

– Chciałbym się zapaść pod ziemię ze wstydu, że jestem zmuszony zrywać pana o tej porze – rozległo się w słuchawce.

– Nie spałem. Kto mówi?

– Pietro Rizzo, adwokat.

– Ach, pan mecenas, moje gratulacje.

– A to z jakiego powodu? Jeżeli ma pan na myśli zaszczyt, którym dopiero co obdarzyła mnie partia, to oczekiwałbym raczej wyrazów współczucia. Zgodziłem się, proszę mi wierzyć, jedynie przez wzgląd na wierność ideałom biednego inżyniera, którymi na zawsze czuję się związany z jego osobą. Ale powróćmy do przyczyn mojego telefonu. Muszę się z panem spotkać, komisarzu.

– Teraz?!

– Nie teraz, ma się rozumieć, lecz proszę mi wierzyć, że chodzi o sprawę bezwzględnie nieodwlekalną.

– Możemy się spotkać jutro rano, ale jutro jest chyba pogrzeb? Pewnie będzie pan zajęty.

– I to jak! Również po południu. Rozumie pan, któryś ze znakomitych gości na pewno zechce zabawić dłużej.

– Więc kiedy?

– A może jednak moglibyśmy się spotkać jutro rano, tyle że wcześnie. O której pan zwykle przychodzi do pracy?

– Około ósmej.

– O ósmej byłoby świetnie. Zresztą zajmę panu dosłownie tylko kilka minut.

– Skoro jutro będzie pan miał mało czasu, może już teraz powie mi pan, o co chodzi.

– Przez telefon?

– Tylko pobieżnie.

– Dobrze. Dotarło do mnie... nie wiem, jak dalece jest to zgodne z prawdą... że został panu przekazany pewien przedmiot, który ktoś znalazł przypadkiem na ziemi. Zostałem poproszony o to, żeby go odzyskać.

Montalbano zakrył dłonią słuchawkę i dosłownie zarżał jak koń, roześmiał się od ucha do ucha. Założył przynętę na haczyk Jacomuzziego i podstęp doskonale się udał: na haczyku zawisła najgrubsza ryba, jaką mógł sobie wymarzyć. Lecz jak to możliwe, że Jacomuzzi informował wszystkich o sprawach, o których wszyscy wiedzieć nie mogli? Za pomocą lasera, telepatii, magicznych obrzędów szamańskich?

Usłyszał krzyk adwokata.

– Halo! Halo! Nie słyszę pana! Przerwało połączenie czy co?

– Nie, proszę wybaczyć, upadł mi na podłogę ołówek i musiałem go podnieść. A więc jutro o ósmej.

Na dźwięk dzwonka u drzwi wrzucił makaron do garnka i poszedł otworzyć.

– Co masz dla mnie? – spytał od razu Zito.

– Makaron z oliwą i czosnkiem, krewetki z oliwą i cytryną.

– Świetnie.

– Chodź do kuchni, pomożesz mi. A tymczasem zadam ci pierwsze pytanie: czy umiesz powiedzieć „bezwzględnie nieodwlekalne”?

– Odbiło ci? Każesz mi pędzić na złamanie karku z Montelusy do Vigaty, żeby mnie spytać, czy umiem wymówić jakieś słowa? W każdym razie to nic trudnego. Łatwizna.

Spróbował trzy albo cztery razy, z coraz większym uporem, ale nie udało mu się – za każdym razem zaplątywał się coraz gorzej.

– Trzeba mieć nie lada zdolności – powiedział komisarz, mając na myśli Rizza, i nie chodziło mu tylko o talent adwokata do wymawiania trudnych sformułowań.

Jak to często bywa, jedli, rozmawiając o jedzeniu. Wspominając krewetki jak marzenie, którymi zajadał się przed dziesięciu laty w Fiakce, Zito określił danie przyjaciela jako „niedogotowane” i zaczął narzekać na brak natki.

– Jak to się stało, że wszyscy w Reteliberze staliście się nagle Anglikami? – natarł bez uprzedzenia Montalbano, popijając danie białym winem, na które jego ojciec natrafił w okolicy Randazzo. Przed tygodniem przywiózł mu sześć butelek, lecz był to tylko pretekst, by pobyć trochę z synem.

– Anglikami? W jakim znaczeniu?

– A w tym, że powstrzymaliście się przed oczernianiem Luparella, które dotąd było waszą specjalnością. Oto inżynier umiera na zawał w czymś w rodzaju burdelu pod gołym niebem, wśród kurew, alfonsów i ciot, ze spuszczonymi portkami, w ewidentnie nieobyczajnej pozycji, a wy, zamiast skorzystać z okazji, przyłączacie się do chóru i spuszczacie zasłonę miłosierdzia na okoliczności jego śmierci.

– Nie mamy zwyczaju wykorzystywać sytuacji – odparł Zito.

Montalbano wybuchnął śmiechem.

– Zrób mi tę przyjemność, Nicolò, i idź do diabła, ty i cała Retelibera.

Tym razem to Zito wybuchnął śmiechem.

– Więc dobrze, sprawy miały się następująco. Kilka godzin po tym, jak znaleziono zwłoki, mecenas Rizzo popędził do barona Filò di Baucina, czerwonego barona, miliardera, lecz komunisty, i prosił go ze złożonymi rękami, żeby Retelibera nie podawała okoliczności zgonu. Zaapelował do rycerskości, która, jak się wydaje, cechowała niegdyś przodków barona. Jak dobrze wiesz, baron ma w ręku osiemdziesiąt procent udziałów w naszej stacji. To wszystko.

– Gówno prawda. I ty, Nicolò Zito, człowiek, który zdobył sobie szacunek przeciwników, mówiąc zawsze to, co powinien powiedzieć, stajesz na baczność przed baronem i chowasz ogon pod siebie?

– Jakiego koloru są moje włosy? – zapytał Zito.

– Rude.

– Drogi Montalbano, ja jestem czerwony w środku i na zewnątrz, należę do wymierającego gatunku złych i kłótliwych komunistów. Zgodziłem się w przekonaniu, że ten, który prosił o przemilczenie okoliczności śmierci Luparella, jakoby nie chcąc zbrukać pamięci nieszczęśnika, nienawidzi go, a nie kocha, jak starał się to pokazać.

– Nie rozumiem.

– Więc ci to wytłumaczę, naiwniaku. Jeżeli chcesz zręcznie zatrzeć pamięć o jakimś skandalu, wystarczy, że będziesz o nim mówił jak najwięcej, w telewizji, w gazetach. W kółko to samo, wte i wewte, i już wkrótce ludzie zaczną mieć tego powyżej uszu. Jak długo można gadać o tym samym?! Mogliby już dać sobie spokój! Efekt nasycenia sprawia, że po dwóch tygodniach nikt nie ma ochoty słuchać o tym skandalu. Rozumiesz?

– Chyba tak.

– A jeśli starasz się wszystko przemilczeć, wtedy cisza zaczyna mówić, rodzi domysły, mnoży je w nieskończoność. Chcesz dowodów? Czy wiesz, ile telefonów odebraliśmy w redakcji właśnie z powodu naszego milczenia? Setki. A czy to prawda, że inżynier brał sobie do samochodu dwie dziewczyny naraz? A czy to prawda, że lubił przekładaniec i kiedy on pieprzył dziwkę, to od tyłu obrabiał go Murzyn? I ostatni, z dzisiejszego wieczoru: czy to prawda, że Luparello dawał swoim kurwom niesamowite klejnoty? Podobno znaleźli taki jeden na „pastwisku”. À propos, czy coś o tym wiesz?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki