Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Księżycowa zatoka - Heather Graham

Po rozwodzie Alex McCord odnajduje bezpieczną przystań na rajskiej wyspie u wybrzeży Florydy. Ma tu wszystko, czego potrzebuje do szczęścia: pracę z ukochanymi delfinami, słoneczną plażę, szmaragdowe morze, spokój. Jej idealny świat się wali, gdy wśród grupy turystów bawiących na wyspie spotyka swojego byłego męża Davida, a na plaży znajduje ciało martwej kobiety. Kiedy nadciąga huragan, na wyspie pozostaje garstka osób. Wśród nich na pewno jest zabójca. Alex zaczyna się bać o własne życie. Musi podjąć dramatyczną decyzję: czy uwierzyć Davidowi, którego nadal kocha? On też może być zamieszany w to morderstwo...

Opinie o ebooku Księżycowa zatoka - Heather Graham

Fragment ebooka Księżycowa zatoka - Heather Graham

Tytuł oryginału: In the Dark

Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2004

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Anna Bieńkowska

Korekta: Roma Sachnowska, Anna Bieńkowska

© 2004 by Heather Graham Pozzessere

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i serii Harlequin Kolekcja są zastrzeżone.

Wydawnictwo Arlekin – Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-3853-1

Indeks 365807

KOLEKCJA – 80

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

PROLOG

Alex o mało nie krzyknęła, gdy biegnąc w ciemności, bosą stopą trafiła na ostrą muszlę. W ostatniej chwili stłumiła jęk, ale straciła równowagę. Zachwiała się i upadła.

Zdezorientowana i oszołomiona po zderzeniu z twardym piaskiem, leżała nieruchomo i przeklinała mrok. Za kilka godzin zacznie świtać.

Niebawem oko cyklonu przemieści się i huragan Dahlia uderzy z nową siłą, smagając wyspę wichrem dmącym z prędkością ponad stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. A ona leży na plaży, tuż przy brzegu, bezsilna i bezradna.

Przekręciła się na bok i spróbowała wstać. Bała się sprawdzić, czy mocno skaleczyła stopę. Przez cały czas się modliła: błagam, pozwól mi dobiec do ośrodka. Błagam…

W pobliskich zaroślach coś zaszeleściło.

Morderca był naprawdę blisko, deptał jej po piętach.

Musi natychmiast wstać i co tchu biec w stronę budynków. Tam będzie bezpieczna. Czy na pewno?

Jeśli zdoła dobiec do głównego budynku, niepostrzeżenie wślizgnie się do środka. Potem podczołga do schowka za recepcją, gdzie trzymają pistolet. Była prawie pewna, że nikt go stamtąd nie zabrał.

Szybciej! Na co czekasz?, pośpieszała się w duchu.

Była sama. Nikt nie mógł jej pomóc. Nikomu nie mogła ufać.

Mogła liczyć wyłącznie na siebie. A przecież desperacko chciała wierzyć, że jest przynajmniej jeden człowiek…

Spostrzegła go nagle. Był na tyle blisko, że mimo ciemności od razu go rozpoznała. Len Creighton. To on leżał przed nią na piasku.

Jeszcze jeden trup, pomyślała, drętwiejąc ze strachu. Nie tak dawno zastanawiała się, gdzie podział się Len. Teraz już wiedziała. Leżał parę kroków od niej, zwrócony twarzą do ziemi; z głowy ciekła mu krew. Fale zalewały mu nogi, wyrzucając na brzeg kępy wodorostów, które przyczepiały się do jego bezwładnego ciała. Małe kraby już go zwęszyły i podpelzały jeden po drugim, by z bliska przyjrzeć się kolacji.

Zakryła dłońmi usta, żeby zdusić krzyk. Ponad jej głową wiatr rozerwał gęste burzowe chmury i na plażę spłynęło blade światło księżyca.

W tej samej chwili z zarośli wybiegł mężczyzna.

– Alex! Chodź tutaj!

Zatrzymał się; pierś pracowała mu ciężko, z trudem łapał powietrze. Rozejrzał się na wszystkie strony, a gdy ją zobaczył, zaczął machać, przyzywając ją do siebie. Był uzbrojony w podwodną kuszę. Chyba niedawno jej użył, gdyż z grotu kapała krew.

– Alex, musisz mi zaufać! Biegnij do mnie! Szybko!

– Nie słuchaj go! – zawołał drugi mężczyzna.

Ten, który ją do siebie przyzywał, gwałtownie się obrócił.

Jeszcze jedna nocna zjawa. Mężczyzna. W dodatku również uzbrojony. Lufa jego pistoletu była wycelowana w pierś przeciwnika.

– Alex! Uciekaj! Nie ufaj mu! – krzyknął.

Mężczyźni stali naprzeciw siebie, mierząc się wrogim spojrzeniem; nieufni i czujni, aż nadto świadomi, że każdy z nich ma śmiercionośną broń.

– Alex!

Nie miała pojęcia, który z nich ją wola. Kiedyś ufała im obu. Jednego z nich nawet kochała. Drugi prawie zdobył jej serce.

– Alex!

U jej stóp leżał człowiek, który prawdopodobnie już nie żył. Kolega z pracy. Dobry kumpel. Mijały sekundy, a ona, zamiast go ratować, zamiast wbrew rozsądkowi szukać oznak życia, stała jak posąg, sparaliżowana myślą, że jeden z mężczyzn jest mordercą.

A głupie serce upierało się, że to nieprawda.

Niemożliwe, żeby któryś z nich był zdolny popełnić tak straszną zbrodnię. A już zwłaszcza nie on. Nie on!

Nie była w stanie logicznie myśleć. Wpatrywała się w nich bezradnie, a wewnętrzny glos z samego dna duszy krzyczał, że cala ta sytuacja to jakiś absurd.

Jednak fakty były bezlitosne.

Fale lizały jej stopy. Znała te wody tak dobrze jak samą siebie. Rafa nie miała przed nią żadnych tajemnic.

Jej prześladowcy też znali ocean. Ale nie ten rejon. Nie tę wyspę.

Miała tylko jedno wyjście, choć graniczyło ono z czystym szaleństwem. Burza chwilowo ucichła, jednak ocean wciąż był bardzo wzburzony. Olbrzymie fale były śmiertelnie niebezpieczne, podobnie jak zdradliwe podwodne prądy.

Mimo to…

Nie miała wyboru.

Odwróciła się. Wskoczyła do wody i zaczęła płynąć, aż do bólu świadoma, że stawką w tym wyścigu jest jej życie. Jeszcze parę dni temu nie uwierzyłaby, że coś takiego może się zdarzyć.

To wtedy wszystko się zaczęło. Zaledwie kilka dni temu.

Rozgarniała wodę, mocno pracując rękami i nogami. Oby jak najdalej od brzegu…

Nagle coś przemknęło obok niej. Pocisk? Strzała?

Podobno tuż przed śmiercią człowiekowi przesuwa się przed oczami cale życie.

Jednak ona nie cofnęła się pamięcią aż tak daleko.

Raptem o parę dni. Do pamiętnego wieczoru, gdy w pobliżu laguny z delfinami znalazła pierwsze ciało.

Które zaskakująco szybko zniknęło.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Pamiętajcie, że tu, w Moon Bay, traktujemy delfiny jak naszych gości. Dlatego nie próbujcie ich gonić. Po pierwsze, są szybkie i bez trudu wam umkną. Po drugie, bardzo tego nie lubią. Zaczekajcie, aż same do was podpłyną. Zrobią to na pewno, bo są niezwykle towarzyskimi stworzeniami. My, trenerzy, nigdy ich nie zmuszamy, żeby bawiły się z ludźmi. One same muszą mieć na to ochotę. Nasze delfiny wiedzą, w jaki sposób mogą wydostać się z basenu. Jeśli odpłyną, nie zawracamy ich. W czasie wspólnej zabawy możecie je głaskać, najlepiej wzdłuż płetwy grzbietowej. Pamiętajcie też, że nie wolno ich klepać ani drapać, dobrze?

Alex McCord mówiła miłym, modulowanym głosem – w każdym razie łudziła się, że tak odbiera go jej ośmioosobowa grupa. Uśmiechała się często; zwłaszcza przemawiając do dwóch kilkunastoletnich dziewczynek i nieco starszego chłopaka. Tłumaczyła, że wcale się na nich nie gniewa, ale na przyszłość muszą przestrzegać obowiązujących zasad.

Prócz nastolatków na pomoście stała piątka dorosłych. Do nich też się uśmiechnęła, tyle że z przymusem. Aż ją od tego rozbolały mięśnie twarzy.

No proszę, kogóż tu mamy! Nie wierzyła własnym oczom.

Na ziemi są tysiące wysp. A na tych wyspach dziesiątki delfinariów oferujących przeróżne atrakcje.

Więc jaki czort przyniósł Davida Denhema akurat na jej wyspę? I skąd u niego to nagłe zainteresowanie morskimi ssakami? Dla takiego eksperta ten pokaz był banalną sztuczką z rodzinnego parku rozrywki. David miał ogromną wiedzę i doświadczenie. Jego osiągnięcia robiły wrażenie: podpływał do żarłaczy białych na Wielkiej Rafie Koralowej, fotografował wieloryby na Pacyfiku, karmił rekiny u wybrzeży Aruby i filmował tarło wielkich płaszczek na Kajmanach. Czego tu szukał? Alex od miesięcy nie miała z nim kontaktu. Nie widziała go, nie słyszała o nim. Nawet nie czytała artykułów na jego temat.

A tu proszę, David ni z tego, ni z owego zjawił się w Moon Bay. Podróżnik, badacz mórz i oceanów. Nurek, fotograf, poszukiwacz skarbów. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, szerokie opalone bary, ogorzała twarz o regularnych rysach, do tego intensywnie niebieskie oczy, którymi wpatrywał się w nią tak, jakby każde jej słowo było objawieniem. A przecież wystarczyło posłuchać jego pytań, by zorientować się, że wie o delfinach nie mniej niż ona.

Pewnie wcale by się nie przejęła jego obecnością, gdyby nie fakt, że właśnie znalazła sobie nowy obiekt zainteresowań.

John Seymore, były komandos elitarnej jednostki specjalnej Navy SEAL, przyjechał na Florydę z zamiarem otwarcia bazy dla nurków. Według Alex był fascynującym i atrakcyjnym mężczyzną. I wcale nie ukrywał, że jest nią tak samo zachwycony, jak ona nim. Z urody przypominał Davida, tyle że w wersji blond i z zielonymi oczami. Jasnymi, wesołymi, budzącymi zaufanie.

Choć miał spore doświadczenie w nurkowaniu, dołączył do grupy amatorów, która poprzedniego dnia nurkowała pod jej opieką. Wieczorem spotkali się w barze Tiki Hut.

– Zapisałem się na pływanie z delfinami – powiedział. – Mało o nich wiem, więc chciałbym je lepiej poznać.

Wypili parę drinków. potańczyli. Było miło. Do tego stopnia, że którymś momencie Alex puściła wodze fantazji i zaczęła sobie wyobrażać, że fajnie byłoby się z nim kochać.

A tu bach! Następnego dnia zjawił się David. I te wspaniałe miraże rozwiały się, nim zdążyły nabrać konkretnych kształtów. Nie powinna przejmować się Davidem, przecież są rozwiedzeni. Miała prawo związać się z innym mężczyzną. Nie mówiąc już o tym, że mogła umawiać się na randki i nie musiała mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Zresztą była gotowa iść o zakład, że przez ten rok jej były mąż też nie żył w celibacie.

– Za chwilę poznacie bliżej najbardziej niesamowite z morskich stworzeń – wtrąciła Laurie Smith, jedna z jej asystentek.

Słysząc ją, Alex uzmysłowiła sobie, że jej milczenie trwało trochę za długo. Nie miała nic przeciwko temu, że koleżanka przejęła inicjatywę. Czasami łapała się na tym, że mówi jak rutynowana przewodniczka wycieczek, która ma dość ciągłego powtarzania tego samego. W jej przypadku nie było to prawdą. Delfiny od zawsze ją fascynowały. Uważała, że pod względem inteligencji nie mają sobie równych wśród zwierząt. Mądrością i sprytem ustępowały im nawet psy i szympansy.

– A wy traktujecie je jak króliki doświadczalne. Z tą tylko różnicą, że zabawianie turystów to jednak nie to samo co naukowe eksperymenty.

Kąśliwa uwaga padła z ust ostatniego członka grupy. Alex dobrze wiedziała, że akurat tego człowieka nie wolno lekceważyć. Hank Adamson. Może nie był tak dobrze zbudowany ani efektownie opalony jak David czy John, ale z pewnością robił wrażenie jako mężczyzna. Wysoki i gibki ciemny blondyn w najmodniejszych słonecznych okularach miał w sobie magnetyczny urok. Jeśli chciał, potrafił być rozbrajająco miły i uprzejmy. Albo bezgranicznie okrutny. Był felietonistą lokalnej gazety, współpracował też z pismami podróżniczymi i współredagował turystyczne przewodniki. Jeśli uznał, że któryś ośrodek nie spełnia jego wyśrubowanych wymagań, nie miał litości. Jedną krytyczną recenzją potrafił pogrążyć każdy motel, hotel, restaurację, park rozrywki czy klub. Jego uszczypliwy, aczkolwiek nie pozbawiony humoru styl podobał się czytelnikom i przyniósł mu sporą popularność. Alex uważała go za irytującego gnojka, ale Jay Galway, szef ośrodka i parku wodnego Moon Bay, gotów był oddać duszę za pochlebny artykuł jego pióra.

Po wczorajszym nurkowaniu Hank wyglądał na zadowolonego. Jednak Alex wiedziała, że dziennikarz wcześniej czy później zaatakuje. Czekała na to, odkąd postawił nogę na wyspie. I właśnie się doczekała.

– Nasze zwierzęta nie są do niczego zmuszane, panie Adamson. Jeśli chcą, bawią się z gośćmi, jeśli nie, wracają na swoje terytorium. Poza tym wszystkie nasze delfiny przyszły na świat w niewoli. Jedynym wyjątkiem jest uratowana przez nas Shania. Została pokaleczona przez śrubę lodzi i bez naszej pomocy na pewno by zginęła. Kilka razy wypuszczaliśmy ją na wolność, lecz zawsze wracała. Moim zdaniem delfiny interesują się nami w takim samym stopniu jak my nimi – stwierdziła, po czym zwróciła się do całej grupy. – A więc zaczynajmy. Czy ktoś na specjalne życzenia?

– Chciałbym popłynąć na delfinie – wyrwał się chłopak o imieniu Zach. Alex miała przeczucie, że będą z nim kłopoty.

– Jazda na płetwie. Proszę bardzo. Chcesz być pierwszy?

– Mógłbym?

Alex uśmiechnęła się do niego. Może wcale nie był takim diabłem wcielonym, na jakiego wyglądał. Zresztą delfiny miały cudownie kojący wpływ na ludzi. Raz trafiła jej się grupa „trudnej” młodzieży ze szkoły specjalnej. Początkowo wszyscy rechotali i zachowywali się jak banda idiotów. Wystarczyło jednak, że wskoczyli do basenu, a od razu zmienili się w stado potulnych baranków.

– Oczywiście, że możesz płynąć pierwszy. Z jednym delfinem czy z dwoma?

– Z dwoma jest naprawdę super – podpowiedział cicho David, uśmiechając się do chłopaka.

– Niech będą dwa!

– Więc wskakuj do basenu. W płetwach, ale bez maski i fajki – poinstruowała.

Chłopak wskoczył do wody i rozłożył ramiona tak, jak mu kazała. Gdy był gotowy, Alex dala znak dwóm delfinom. Katy i Sabra tylko na to czekały; posłusznie podpłynęły do chłopaka, sunąc tuż pod powierzchnią niczym dwie srebrzyste błyskawice.

– Ale jazda! – zawołał rozpromieniony Zach, gdy parę chwil później delfiny podwiozły go do pomostu.

Pozostali członkowie grupy, zachęceni entuzjazmem Zacha, kolejno próbowali jazdy na płetwie. John Seymore wprawdzie nie wyrażał swej radości tak żywiołowo jak dzieci, ale widać było, że jest zadowolony. Nawet sceptycznie nastawiony Hank Adamson – który tylko szukał okazji, żeby się do czegoś przyczepić – nie ukrywał, że zabawa z delfinami sprawiła mu przyjemność.

Alex obawiała się, że David będzie narzekał na nudę – pływanie na płetwie nie było dla niego żadną atrakcją – albo zacznie się popisywać. Bóg jeden raczył wiedzieć, co mogło mu przyjść do głowy. Wystarczyło, żeby szepnął coś delfinowi, a wtedy to łagodne i wytresowane zwierzę mogło zareagować w zupełnie nieprzewidziany sposób. Na szczęście David zachował się przyzwoicie, a gdy wynurzył się z basenu, był gładki i milutki jak sam delfin. Dopiero gdy cała grupa pływała w kółku, postanowił dostarczyć towarzystwu trochę emocji. Zanurkowawszy, zniknął pod wodą na tak długo, że parę osób zaczęło denerwować się, czy aby nie utonął.

– Jest pani pewna, że nic mu się nie stało?

– dopytywała zaniepokojona Ally Conroy, matka Zacha.

– Proszę się nie martwić, dobrze go znam – odparła z wymuszonym uśmiechem. – Wytrzymuje na bezdechu prawie tak długo jak delfiny.

Kiedy David wreszcie się wynurzył, Macy, etatowa fotografka, spojrzała na nią i wymownie wzruszyła ramionami. Obie doskonale wiedziały, że Davidowi, w odróżnieniu od większości turystów, nie zależy na pamiątkowym zdjęciu z delfinami.

– Jeśli chcecie, możecie teraz głaskać i przytulać delfiny – zachęciła Alex swoich podopiecznych.

David i John najwyraźniej nie byli zainteresowani taką formą kontaktu ze zwierzętami; trzymali się z boku i cały czas rozmawiali. Robili tak za każdym razem, gdy była zajęta pozostałymi członkami grupy. Drażniły ją te ich pogaduszki, ale nie mogła zakazać rozmowy dwóm dorosłym facetom. Teraz też jej przeszkadzali, tym bardziej że dołączył do nich Hank Adamson. Nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć zęby i przymknąć oko na tę testosteronową imprezkę, którą panowie urządzili sobie pod jej bokiem. Mogła się tylko domyślać, że rozmawiają o nurkowaniu – po męsku, rzecz jasna.

Nie pojmowała, dlaczego tak się tym przejmuje. David zniknął z jej życia. Nie, to kłamstwo, którym lubiła się mamić. Nie zniknął. I nigdy nie zniknie.

Denerwowała ją ta myśl. A przecież kiedyś sama doszła do wniosku, że w ich związku coś szwankuje i że czas niczego nie zmieni, ani w niej, ani w nim. Rozstali się. Nigdy nie żałowała tej decyzji.

Irytacja brała się raczej z faktu, że David zjawił się bez uprzedzenia i to akurat w chwili, gdy pierwszy raz od rozwodu pozwoliła sobie na flirt. A on nie dość, że jej w tym przeszkodził, to jeszcze dogadywał się z jej przystojnym komandosem tak dobrze, jakby obaj znali się od lat.

– Proszę pani, ci trzej cały czas gadają – szepnął do niej Zach z chytrym błyskiem w oku. – Mogę za nich pobawić się z delfinami?

Chętnie by mu pozwoliła. Ale nie w obecności Hanka Adamsona, który nigdy nie wychodził z roli wścibskiego reportera. Los Moon Bay zależał od tego, co Hank napisze. Dlatego Alex nie zamierzała odstępować od obowiązujących zasad.

– Chętnie bym się zgodziła, ale twoja kolej już minęła.

– Możesz wejść zamiast mnie.

Alex nie zauważyła, że David odłączył się od swoich rozmówców.

– Jeśli pozwolę Zachowi jeszcze raz wejść do wody, dziewczynki też pewnie będą chciały. I co wtedy?

– Odstąpię im swoją kolejkę – oznajmił niespodziewanie Hank Adamson. Uśmiechnąwszy się do niej, dodał: – Proszę się nie martwić, dostaniecie dobrą recenzję.

– Wobec tego ja też odstępuję swoje miejsce dzieciakom. – John Seymore nie chciał być gorszy.

– A więc dodatkowa runda dla najmłodszych uczestników – oznajmiła.

Był to ostatni punkt programu. Gdy dobiegi końca, grupa zaczęła się rozchodzić.

– Było świetnie! Bardzo ci dziękuję. – Uśmiech Johna był przeznaczony tylko dla niej. – Chyba znowu tu przyjdę. Muszę sprawdzić, czy w twoich grupach są jeszcze wolne miejsca. Ominął mnie ostatni punkt programu, a ja bardzo lubię się przytulać. Nawet do delfinów.

Rozbawiona pokiwała głową.

– Coś mi się zdaje, że naraziłem się ich treserce – powiedział John miękko.

– Owszem.

Na tym skończyła się ich rozmowa. John odwrócił się i odszedł, a Alex zorientowała się, że stojący tuż za nim David musiał wszystko słyszeć. Jednak jego ciemnoniebieskie oczy miały nieodgadniony wyraz. Gdy na niego patrzyła, nie mogła powstrzymać się od refleksji, że szybciej by o nim zapomniała, gdyby nie był taki przystojny. Tymczasem jego urodzie nie zaszkodziła nawet kąpiel z delfinami. Słońce lśniło w kropelkach wody na jego opalonych ramionach, z ciemnych włosów spływały strużki. David wyglądał po prostu świetnie. Alex aż sobie westchnęła. I jeszcze ten jego zapach… Ulotny i taki znajomy. Lekka woń kosmetyków i naturalny zapach mężczyzny, morza i słonego wiatru.

– Opracowaliście fajny program – pochwalił. – Podobało mi się. Dziękuję – powiedział.

I odszedł. Nawet nie podał jej ręki.

– Dzięki za dobre słowo – odparła z przekąsem, ale był już za daleko, by ją usłyszeć.

– Dobrze się czujesz?

Odwróciła się gwałtownie. Laurie przyglądała jej się uważnie.

– Wspaniale! Zaraz zacznę skakać z radości – odparła.

– Moje biedactwo! – Rozbawiona Laurie przechyliła głowę i wzięła się pod boki. – Dwaj najprzystojniejsi faceci, jakich w życiu widziałam, robią do ciebie słodkie oczy, a ty masz taką minę, jakby cię osa ugryzła.

– Zapewniam cię, że David nie robi do mnie słodkich oczu.

– Przecież widziałam, jak na ciebie patrzy.

– Widocznie źle to zinterpretowałaś.

Laurie nie kryla zaskoczenia.

– Wydawało mi się, że wasz rozwód był czystą formalnością.

– Zgadza się. David nawet nie zauważył, że przestaliśmy być małżeństwem – odparła cierpko. – Kiedy złożyłam w sądzie papiery, był na rejsie po Karaibach. Nawet do mnie nie zadzwonił, nie zaprotestował… Przysłał tylko prawnika, który w jego imieniu jasno dal do zrozumienia, że mogę robić, co chcę, brać, co chcę… Byliśmy małżeństwem i w pewnym momencie po prostu przestaliśmy nim być. Wszystko stało się tak szybko… W jakimś sensie poczułam się oszołomiona.

– To, że nie robił trudności, jeszcze nie znaczy, że cię nienawidzi.

– A czy coś takiego mówiłam?

– Cóż… chcesz usłyszeć moją radę?

– Nie.

Laurie posłała jej ironiczny uśmiech.

– Wszystko przez to, że nigdy nie byłaś w „Randko wisku”.

– Gdzie?

– W „Randkowisku”. Nie pamiętasz, parę dni temu mówiłam ci, że się tam wybieram – zniecierpliwiła się. – To nowy klub w Key Largo. W całym kraju istnieją już dziesiątki podobnych miejsc. Zabawa polega na tym, że idziesz tam i co chwila dosiadasz się do innego stolika. Masz mniej więcej dziesięć minut na rozmowę z osobą, która przy nim siedzi. Pomysł nie jest głupi. Do tych klubów przychodzą fajni faceci, a nie jacyś kretyni. Niektórzy odreagowują zawód miłosny… jak ja. Inni po prostu się rozglądają. Sama pomyśl, robiąc zakupy w centrum handlowym, możesz minąć mężczyznę, który jest dla ciebie stworzony, i nigdy nie zamienisz z nim słowa. Przecież żadna normalna dziewczyna nie podejdzie do faceta, który wpadł jej w oko, i nie powie, że się jej podoba. Nie spyta prosto z mostu, czy jest wolny, czy ma ochotę na jakiś układ. A w „Randkowisku” sprawa jest jasna; spotykasz ludzi, którzy tak jak ty szukają partnera. Kwestia preferencji seksualnych i stanu cywilnego od początku nie budzi wątpliwości, więc od razu wiesz, z kim masz do czynienia. Nie ryzykujesz, że natniesz się na dupka, który najpierw naopowiada ci, że jest wolny, weźmie od ciebie więcej, niż początkowo byłaś skłonna dać, a po wszystkim grzecznie przeprosi i powie, że musi zmykać do domu, bo żona pewnie się niepokoi – szydziła Laurie.

Alex patrzyła na nią z takim wyrazem twarzy, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu. Laurie była naprawdę piękna. Naturalna platynowa blondynka, wesoła, uśmiechnięta i spontaniczna. Czy to możliwe, by kobieta obdarzona taką urodą mogła mieć problemy ze znalezieniem faceta?

Odkąd Alex zaczęła pracować w Moon Bay, nieco straciła kontakt z rzeczywistością. Na obecnym etapie życia miała tu idealne warunki. Mieszkała sama w małym, lecz przytulnym domku wśród bujnej zieleni. Nie musiała martwić o tak prozaiczne sprawy jak sprzątanie czy zakupy, gdyż o czystość dbała obsługa ośrodka; posiłki jadała w stołówce w głównym budynku. Wieczorami w ramach rozrywki chadzała do baru Tiki Hut nieopodal basenów, a gdyby to jej nie wystarczało, mogła kupić książki w malej księgami albo pooglądać telewizję. Jej to odpowiadało, ale nie wszyscy byli w takiej sytuacji jak ona; ci, którzy nie przyjechali tu leczyć złamanych serc, na pewno nie byli amatorami takiego pustelniczego żywota.

Nagle pożałowała, że zaprzątnięta własnymi sprawami, zobojętniała na problemy innych ludzi.

– I… jak było w tym „Randkowisku”?

– Strasznie. I przygnębiająco – przyznała Laurie.

– Jesteś pewna, że chcesz o tym usłyszeć?

– Tak, ale nie tutaj. Marzę, żeby wreszcie stąd iść – odparła. Po drugiej stronie ich basenu, zwanego laguną, bar Tiki Hut zaczynał się zapełniać. Wśród gości zauważyła Jaya Galwaya, szefa ośrodka. Sącząc drinka, rozmawiał z Hankiem Adamsonem.

Alex nie miała ochoty dłużej się uśmiechać ani podlizywać się Adamsonowi. Obok dziennikarza stal jeszcze jeden mężczyzna. Rozpoznała go od razu, gdyż był częstym gościem ośrodka. Seth Granger, nieprzyzwoicie bogaty biznesmen na emeryturze, postanowił zająć się poszukiwaniem skarbów i wydobywaniem mienia z zatopionych statków. Zapisał się na rekreacyjne nurkowanie, a potem narzekał, że się nudzi. Alex aż świerzbił język, żeby mu powiedzieć, iż ktoś, kto nie potrafi podziwiać piękna rafy koralowej, w ogóle nie powinien schodzić pod wodę. I że miejsca do nurkowania wybrano specjalnie po to, by uczestnicy wyprawy mogli na własne oczy zobaczyć cale bogactwo podwodnego świata. Dlatego ktoś, kto postawił sobie za punkt honoru rywalizację ze współczesnymi piratami czy poszukiwaczami skarbów, nie miał czego szukać w jej amatorskiej grupie.

Jeśli znudzony bogacz miał ochotę porozmawiać o wydobywaniu zatopionych ładunków, powinien postawić drinka Davidowi. Z nim bez trudu znajdzie wspólny język.

Jay Galway od pewnego czasu dawał jej znaki, ale udawała, że tego nie widzi.

– Może pójdziemy na plażę na drugim końcu wyspy? – zaproponowała. – Tam w spokoju opowiesz mi o swoim randkowym horrorze dodała. Nie czekając na odpowiedź, dziarsko ruszyła przed siebie.

– Pan Galway do nas macha. – Laurie musiała podbiec, żeby się z nią zrównać. – Chyba czegoś od ciebie chce.

– Więc ruszaj się szybciej! – ponagliła koleżankę. Nie zwalniając tempa, odwróciła się i pomachała Jay owi. A potem jeszcze szybciej ruszyła przed siebie.

Zatoczka z basenami delfinów znajdowała się na wschodnim krańcu wysepki, jednej w wielu wysp archipelagu Keys na południowym końcu Florydy. Między poszczególnymi wyspami kursowała motorówka oraz mały prom, który pięć razy dziennie przypływał do Moon Bay. Park wodny, powstały z inicjatywy wielkiej amerykańsko-niemieckiej firmy, liczył sobie zaledwie kilka lat. Skrawek ziemi, na którym go zbudowano, wcześniej był popularnym miejscem wypoczynku tutejszych mieszkańców.

Zachodnia część wysepki wciąż jeszcze była dziewicza. Bujna tropikalna roślinność stanowiła wspaniale tło dla szerokiej piaszczystej plaży i szafirowej wody.

Wieczorami Alex często chroniła się tu przed gwarem ośrodka. Na szczęście goście, którzy mogli swobodnie poruszać się po całej wyspie, rzadko zapuszczali się w te rejony. Jedynie miłośnicy słonecznych kąpieli doceniali walory białej plaży, ale ci byli już tak spieczeni, że raczej unikali słońca.

Choć dochodziła szósta, wciąż było jasno i ciepło. Morze falowało leniwie, palmy szumiały kojąco, poruszane lekką bryzą, która dawała wytchnienie od męczącego upału.

Alex spojrzała w niebo, intensywnie błękitne i czyste. Co za cudny dzień, westchnęła. Gdzieś w oddali, nad Atlantykiem lub Zatoką Meksykańską, zbierały się groźne burzowe chmury, ale tu, w Moon Bay, było zacisznie i spokojnie. Po prostu idealnie!

Zatrzymały się tuż nad wodą i usiadły na mokrym piasku. Obydwie miały na sobie identyczne firmowe stroje. Czarne poliestrowe topy bez rękawów ozdobione z przodu kremowym logo Moon Bay i czarne szorty z mocnego materiału. Ubrania były wygodne i nie odsłaniały za wiele. Moon Bay był ośrodkiem zbudowanym z myślą o rodzinach z dziećmi.

A przy okazji wymarzonym schronieniem dla kogoś, kto pragnie zapomnieć o nieudanym małżeństwie. Alex znalazła tu wszystko, czego potrzebowała do szczęścia. Dobrą pracę, kontakt z naturą, prywatność i spokój.

I nagle… zjawił się David. A niech go jasny szlag! Nie zamierzała rujnować przez niego swoich planów. Weźmie prysznic, założy coś fajnego, uczesze się, umaluje… Będzie sączyła pina coladę i tańczyła w Tiki Hut. Będzie otwarcie flirtowała z Johnem Seymore’em. I kompletnie zignoruje fakt, że wszystkie dziewczyny w barze gapią się na Davida.

Koniec. Skończyło się. Ich drogi się rozeszły.

– No to jak? – zagadnęła ją Laurie.

– Co takiego? Przepraszam, zamyśliłam się.

– Chcesz, żebym opowiedziała ci, jak było w „Randkowisku”, czy wolisz, żebym siedziała cicho, podczas gdy ty będziesz sobie pluła w brodę, że rozwiodłaś się z takim fajnym facetem?

– Nigdy!

– Co nigdy? Nie chcesz słyszeć o „Randkowisku” czy… Rozwiodłaś się z nim, prawda?

– Tak. Miałam na myśli, że nigdy nie będę żałowała tej decyzji. To musiało skończyć się rozwodem.

– Dlaczego?

Alex nie odpowiedziała. Dlaczego? Dobre pytanie. Bo mieliśmy odmienny pomysł na życie? Proste jak dwa razy dwa. Nie, właśnie że nie. Ich przypadek był złożony, jak większość podobnych historii. Może winny był ich egoizm? Wieczny głód przygód trawiący Davida i jej determinacja, żeby zostać profesjonalną treserką?

– O mój Boże! – Laurie spojrzała na nią z trwogą.

– Chyba cię nie bił?

– Przestań! Nie bądź śmieszna!

– Więc o co poszło?

– Nie wiem. Po prostu było nam razem nie po drodze.

– Hm… – Laurie delikatnie odsunęła stopą kraba, spychając go z powrotem w stronę wody. – Gdybym to ja była żoną Davida, byłoby mi z nim po drodze, choćby do piekła. No ale ja przeżyłam „Randko wisko”, a ty nie. Chciałaś, żebym ci opowiedziała, jak było…

– Przepraszam cię, Laurie. Kiepska ze mnie kumpelka. Wszystko przez to, że przeżyłam lekki szok. Naprawdę fajnie się bawiłam w towarzystwie Johna Seymore’a, a tu nagle… zjawił się David.

– A w czym on ci przeszkadza?

– Po prostu czuję się skrępowana.

– Przecież nie jesteście już małżeństwem, więc w czym problem? Skoro dobrze ci z Seymore’em, to korzystaj z okazji. Swoją drogą, niezły z niego przystojniak. Nie to, co te sieroty z „Randkowiska”.

– Nie mów, że nie było tam żadnych ciekawych facetów.

– Nawet jeśli byli, to ja żadnego nie spotkałam. Ale co tam „Randkowisko”, lepiej pogadajmy o twoim miłosnym trójkącie.

– Nie ma żadnego trójkąta – skrzywiła się. – Pomówmy o tobie. Jesteś atrakcyjna, fajna, miła i inteligentna. Wcześniej czy później spotkasz odpowiedniego mężczyznę.

– Na przykład takiego, jak pan John Seymore? Bo chyba zgodzisz się, że niczego mu nie brakuje? Wiesz, że to były komandos? Pewnie, że wiesz. Powiedz, czy to nie ironia losu, że jak już pojawi się odpowiedni mężczyzna, dziwnym trafem woli umawiać się z tobą.

Alex uniosła w górę brwi.

– Ja naprawdę nie wiedziałam, że… – zająknęła się.

– Nie wiedziałaś „że”, bo nie ma żadnego „że”. To proste. Dopiero dziś zamieniłam z nim dwa słowa. Poza tym na horyzoncie pojawił się twój były mąż.

– On na pewno jest do wzięcia.

– Ale to twój były. Więc odpada.

– Przecież ci mówię, że jest do wzięcia.

– W takim razie dlaczego tracisz głowę, gdy jest obok?

– Nie przesadzaj. Wcale nie tracę. Chodzi o to, że… byłam jego żoną. I dlatego czuję się… Sama nie wiem, jak. A właściwie wiem. Jego obecność po prostu mnie krępuje.

– Nigdy nie przestałaś go kochać.

– I tu się mylisz. Problem w tym…

– Że odkąd się z nim rozwiodłaś, twoim jedynym towarzystwem są morskie ssaki – podsunęła Laurie uprzejmie.

– Cóż, nie ma się co oszukiwać. Ani ty, ani ja nie mamy na swoim koncie zbyt wielu miłosnych podbojów.

Laurie westchnęła smętnie. Wsparłszy łokcie na kolanach, ujęła twarz w dłonie.

– Nie wydaje ci się – zaczęła po chwili namysłu – że cały problem bierze się stąd, iż żyjemy na takim odludziu? Maleńka wyspa, wszyscy klienci żonaci, a koledzy z pracy to w większości dzieciaki z college’u.

Alex roześmiała się.

– Możliwe – odparła. – Ale nie zapominaj o plusach: mamy słońce, możemy pływać, łowić ryby… A zresztą!

– Co zresztą? W twoim życiu przynajmniej coś się wydarzyło. Powstał trójkąt: ty, mąż i kochanek.

– Były mąż i nowy znajomy – poprawiła ją Alex.

– Były mąż i przyszły kochanek. Obaj wzdychają do jednej kobiety. Będą ze sobą rywalizowali. Pojawi się zazdrość i… – Laurie urwała i spojrzała na Alex szeroko otwartymi oczami. Miała przy tym taką minę, jakby zobaczyła ducha.

– O mój Boże! – wykrztusiła. W jej oczach widać było przerażenie.

– Co znowu? Laurie, daj spokój. Chyba cię trochę poniosło. Myślisz, że będą o mnie walczyć? To niedorzeczne. Nasze małżeństwo… Davida wiecznie nie było… Miał wszystko gdzieś. Nie będzie się z nikim bił. A już na pewno nie o mnie.

– Boże! – jęknęła Laurie zdławionym głosem.

– Uspokój się! Przecież ci mówię, że David i John nie zrobią żadnej afery.

Laurie gwałtownie pokręciła głową i powoli wstała.

– O mój Boże! Alex, popatrz!

Alex wciąż była rozkojarzona. Chwilę trwało, nim zebrała się w sobie i stanęła obok koleżanki.

– Co się z tobą dzieje? Laurie? – Delikatnie nią potrząsnęła. – Słyszysz, co do ciebie mówię?

Zamiast odpowiedzieć, Laurie wyciągnęła rękę i wskazała jakiś punkt za jej plecami. Dopiero teraz Alex uświadomiła sobie, że od jakiegoś czasu Laurie w ogóle na nią nie patrzy.

Zaintrygowana, obejrzała się za siebie.

I spostrzegła ciało leżące na plaży.

ROZDZIAŁ DRUGI