Księżyc nad Rubieżą - Ilona Andrews - ebook
Opis

Pradawna magia jest wygłodniała.

Jeśli nie będziesz uważać, pochłonie i ciebie.

Kiedy Cerise dorastała wmawiano jej, że magia to dar, rzadki talent, który w oczach dziewczyny najczęściej okazywał się kajdanami. Jej opinia ulegnie zmianie, gdy będzie musiała zmierzyć się z agentami Dłoni.

Rubież to dziwne miejsce wciśnięte między dwie krainy. Z jednej strony znajduje się Niepełnia, pozbawiona czarów sfera technologii, zasad i papirologii - miejsce w którym William zarabiał na życie. Po drugiej leży Dziwoziemia rządzona prawami magii, gdzie władają rody o błękitnej krwi. Choć tam urodził się William, był w niej wyrzutkiem i skazańcem. Rubież zaś nie należała do żadnego ze światów. Idealne miejsce dla kogoś, kto  nigdzie nie pasował.

Gdy skrzyżują się ścieżki Williama i Cerise, polecą iskry. Tych dwoje musi jednak podjąć współpracę, by odnieść sukces i... przeżyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Seria Na krawędzi:

Na krawędziKsiężyc nad RubieżąFate’s EdgeSteel’s Edge

Gene’owi i Jane Blankenship:

Rozdział pierwszy

William pociągnął łyk piwa z butelki i popatrzył spode łba na Zieloną Strzałę. Zielona Strzała, w tym wypadku kawałek pokolorowanego plastiku, nie podjął wyzwania. Figurka stała nieruchomo tam, gdzie ją umieścił – oparta o słup ganeczku domu Williama. Praktycznie rzecz biorąc, raczej chałupki, a nie domu, ale zawsze to jakiś dach nad głową. William nie był wybredny.

Ze swego miejsca pod słupem Zielona Strzała miał świetny widok na całą armię figurek rozstawioną na ganku. William wzruszył ramionami. Zdawał sobie sprawę, że gadanie do plastikowego ludzika zakrawa na szaleństwo, ale aktualnie nie miał na podorędziu innego rozmówcy, a musiał z kimś przedyskutować pewną kwestię. Cała ta sytuacja była zwariowana.

– Dzieciaki przysłały list – rzekł William.

Zielona Strzała milczał.

William popatrzył ponad głową figurki na graniczący z jego trawnikiem Bór. Dwie mile dalej Bór zamieniał się w zwykły dębowo-sosnowy las Georgii. Tutaj jednak, na Rubieży, drzewostan był stary, a karmione magią rośliny potężne i rozłożyste. Dzień przeszedł w leniwy, letni wieczór, a małe zwierzęta bez nazw, spotykane tylko na Rubieży, harcowały w konarach prastarych drzew, wykorzystując tę bezpieczną porę, zanim zmrok wyciągnie z legowisk drapieżniki.

Rubież była dziwnym miejscem, przestrzenią wciśniętą pomiędzy dwa światy. Z jednej strony graniczyła z Niepełnią – pozbawioną magii krainą pełną technologii, zasad i praw. I papierologii. Ten przeklęty świat opierał się na papierkach. I właśnie w Niepełni William zarabiał na życie, pracując w branży budowlanej.

Po drugiej stronie Rubieży znajdowało się lustrzane odbicie Niepełni – Dziwoziemia, rządzona prawami magii, gdzie władzę skupiały rody o błękitnej krwi. William urodził się w tym właśnie świecie. Tam był wyrzutkiem, żołnierzem, skazańcem, a przez kilka tygodni nawet szlachcicem. Jednak przez całe życie Dziwoziemia dawała mu łupnia, aż w końcu William wypiął się na nią i odszedł.

Rubież nie należała do żadnego ze światów. Idealne miejsce dla kogoś, kto nigdzie nie pasował. I właśnie tu spotkał te dzieciaki: George’a i Jacka. Mieszkali na Rubieży z siostrą, Rose.

Rose była słodka i ładna, podobała się Williamowi. Pociągało go ciepło i rodzina, jaką tamci tworzyli. Kiedy obserwował ich razem, boleśnie ściskało go w sercu. Teraz już wiedział dlaczego. Już wtedy podświadomie czuł, że taka rodzina jest poza jego zasięgiem.

Mimo to próbował zbliżyć się do Rose. Może nawet miałby szanse, gdyby nie pojawił się Declan. Ów Declan, w którego żyłach płynęła błękitna krew. Przystojniak o nieskazitelnych manierach.

– Niegdyś byliśmy przyjaciółmi – rzekł William do Zielonej Strzały. – A zanim odszedł, spuściłem mu porządne manto.

Los spłatał mu figla. Declan wyjechał, zabierając ze sobą Rose i chłopców. William pozwolił im odejść. Jack wymagał dużo uwagi i troski, a Declan dobrze go wychowa. Natomiast Rose potrzebowała kogoś takiego jak Declan. Kogoś poukładanego. I tak miała urwanie głowy z chłopcami. Nie potrzebowała kolejnej misji charytatywnej, a i William nie chciał nią być.

Niebawem miały upłynąć dwa lata od chwili, gdy opuścili Rubież. Od tamtego czasu William mieszkał tutaj, gdzie strumyk magii podtrzymywał jego bestię przy życiu. Pracował w Niepełni, w weekendy oglądał telewizję, pił dużo piwa, zbierał figurki bohaterów fantastycznych i generalnie udawał, że wcześniejsze dwadzieścia sześć lat jego życia nigdy nie istniało. Rubieżnicy – kilka rodzin zamieszkujących to miejsce – pilnowali własnych spraw i zostawiali go w spokoju.

Większość ludzi z Niepełni i Dziwoziemi nie miała pojęcia o istnieniu drugiego świata, ale od czasu do czasu granicę przekraczali handlarze. Trzy miesiące wcześniej jeden z przemierzających Rubież kupców, imieniem Nick, wspomniał, że udaje się do Dziwoziemi, do Południowych Prowincji. William zapakował wtedy do pudełka kilka zabawek i zapłacił za ich dostarczenie. Nie spodziewał się odpowiedzi. Nie oczekiwał niczego. Chłopcy mieli Declana. Nie potrzebowali Williama.

Nick wrócił zeszłej nocy. I przywiózł wiadomość.

William wziął do ręki list. Pismo George’a było piękne i równe. Jack za to bazgrał jak kura pazurem. Chłopcy dziękowali za figurki. George’owi podobało się w Dziwoziemi. Miał pod dostatkiem trupów, na których mógł ćwiczyć nekromancję, a ponadto brał lekcje szermierki rapierem. Jack narzekał na nadmiar zasad i ograniczenia w polowaniu.

– Niedobrze – mruknął William do Strzały. – Powinien swobodnie dawać upust krwiożerczości. Mieliby połowę kłopotów z głowy, pozwalając mu się wyżyć. Dzieciak jest zmieńcem i drapieżnikiem. Przeistacza się w rysia, a nie w pluszowego króliczka. – William uniósł list do oczu. – Najwyraźniej chciał dowieść swojej wartości. Upolował jelenia i zostawił im w prezencie tuszę na stole w jadalni. Jest kotem i uważa, że są kiepskimi łowcami. Pisze, że nie poszło najlepiej. Nie rozumieją, że stara się im zapewnić pożywienie.

Jack bardzo potrzebował czegoś, co pozwoliłoby mu ukierunkować całą tę energię, ale William nie zamierzał jechać do Dziwoziemi. Co miałby zrobić? Zapukać do drzwi Declana i powiedzieć: „Cześć. Pamiętasz mnie? Przyjaźniliśmy się kiedyś, potem zostałem skazany na śmierć, a twój wuj mnie adoptował, żebym cię zabił. A, no i ukradłeś mi Rose”.

Tak, jasne. Pozostawało mu tylko odpisać i wysłać kolejne figurki.

William przysunął sobie pudełko. Włożył do niego Deathstroke’a dla George’a – postać przypominała trochę pirata, a George lubił piratów, bo jego dziadek był jednym z nich. Następnie zapakował Króla Posępnego Czerepu dla Declana. Nie żeby Declan bawił się plastikowymi ludzikami – miał normalne dzieciństwo, w przeciwieństwie do Williama, który wychował się w Cytadeli, placówce przypominającej zakład karny. Lecz William miał ochotę dać prztyczka w nos dawnemu przyjacielowi, a Król Posępnego Czerepu, figurka o długich blond włosach, była do niego uderzająco podobna.

– Jackowi wyślę Dzikiego Kota, pytanie tylko, fioletowego czy czarnego?

Zielona Strzała nie wyraził swojego zdania.

Do nozdrzy Williama dotarła woń piżma. Rozejrzał się. W krzewach na skraju trawnika połyskiwały obserwujące go czarne ślepia.

– To znowu ty!

Szop wyszczerzył ostre ząbki.

– Mówiłem, że jak nie zostawisz w spokoju mojego śmietnika, to cię zjem.

Stworzonko prychnęło jak rozeźlony kot.

– O nie. Dość tego.

William zrzucił koszulkę, spodnie i bieliznę.

– Załatwimy to raz na zawsze.

Szop zasyczał ponownie i nastroszył się, żeby zrobić wrażenie większego. Jego oczy lśniły jak dwa węgielki.

William sięgnął w głąb siebie i spuścił bestię z uwięzi. Ból zatrząsł nim, targając jak pies szczurem. Kości zmiękły, wygięły się, więzadła trzasnęły, a ciało zafalowało niczym rozgrzany wosk. Pokrył się gęstą, czarną sierścią. Cierpienia ustały i William przekręcił się, wstając.

Szop zamarł.

Przez moment William widział w ślepiach zwierzaka własne odbicie – wielki, ciemny kształt na czterech łapach. Mały intruz cofnął się, okręcił i pognał w las.

William zawył, wyśpiewując długą, zawodzącą pieśń o łowach i gorączce pościgu. Poczuł, jak paszcza pulsuje mu w niecierpliwym oczekiwaniu na świeżą krew. Małe stworzenia, rozpoznawszy natychmiast drapieżnika, skryły się wysoko pomiędzy gałęziami.

Ostatnie echa zewu zatonęły w Borze. William kłapnął białymi kłami i runął przed siebie.

William truchtał spokojnie przez Bór. Szop okazał się samicą z sześciorgiem małych. Jakim cudem nie rozpoznał zapachu samicy z małymi? Chyba rdzewiał na tej Rubieży. Jego zmysły traciły ostrość.

Musiał zostawić szopy w spokoju. Nie poluje się na samicę z młodymi – inaczej gatunki wyginęłyby jeden po drugim.

Złowił za to tłustego królika. Oblizał się. Mmmm, pycha. Trzeba znaleźć sposób na zabezpieczenie śmietnika – najlepiej obciążyć pokrywę. Może hantlami albo kamieniami?

Pomiędzy drzewami dostrzegł fragment swojego domu. Dobiegł go korzenny zapach, cynamon z odrobiną kuminu i imbiru.

Sierść mu się zjeżyła. Przywarł do ziemi.

W tym świecie nie spotykało się tego zapachu poza piekarnią. Woń należała do człowieka spoza granicy. Człowieka, który przyniósł tu na sobie resztki magii z Dziwoziemi.

To oznaczało kłopoty.

William leżał w mroku pomiędzy korzeniami i nasłuchiwał. Chrobotanie owadów. Szelest wiewiórki moszczącej się na drzewie do snu. W oddali stukanie dzięcioła usiłującego przed zmrokiem wydostać spod kory ostatniego pędraka.

Nic ponad zwykłe odgłosy Boru.

Ze swej kryjówki widział cały ganek. A tam żadnego ruchu.

Ostatnie promienie słońca prześlizgnęły się po deskach podłogi. Zamrugała do niego mała gwiazdka. Ostrożnie. Ostrożnie...

Zaczął skradać się ku domowi – ciemna sylwetka na miękkich łapach, jak duch w zapadającym zmroku. Metr. Dwa. Trzy... Gwiazdka zamrugała znowu. Na schodach ganeczku leżała prostokątna skrzynka zaopatrzona w zwykły metalowy zamek. To on błyszczał, odbijając resztkę przedwieczornego światła. Ktoś zostawił mu prezent.

William okrążył dom dwukrotnie, w napięciu niuchając i nasłuchując każdego szelestu. Odnalazł trop prowadzący od domu. Ktoś przyszedł, zostawił skrzyneczkę i odszedł.

William zbliżył się do budynku i obejrzał pudełko. Osiemnaście cali długości, na stopę szerokie, około trzy cale wysokie. Zwyczajne drewno. Wyglądało na sosnowe. I tak też pachniało. Ze środka nie dochodził żaden dźwięk.

Figurki stały nietknięte. List, przyciśnięty ciężkim Hulkiem, leżał tam, gdzie William go zostawił. Sądząc po woni, obcy się do niego nie zbliżył.

William otworzył drzwi łapą i wślizgnął się do środka. Do następnej czynności potrzebował palców.

Ból rozdarł go do szpiku kości. William warknął cicho, otrząsnął się gwałtownie i zrzucił sierść. Dwadzieścia sekund koszmarnego cierpienia później powlókł się do salonu już w ludzkiej postaci. Kolejne dziesięć sekund i wyszedł na ganek, ubrany i uzbrojony w długi nóż. To, że pudełko wyglądało tak niewinnie, nie oznaczało, że nie wybuchnie podczas otwierania. William widywał miny wielkości spodka. Nie wydawały żadnego dźwięku ani zapachu, a odrywały nogę, gdy się na nie nastąpiło.

Ostrzem odemknął zamek i podważył wieczko. Arkusiki papieru. Hmm... Wziął pierwszy z wierzchu, odwrócił i zamarł.

Na trawie leżało skręcone ciało chłopca. Miał góra dziesięć lat. Na bladej skórze odcinały się ostro smugi krwi biegnące od ziejącej w brzuchu rany.

Dziecko zostało rozpłatane jednym brutalnym cięciem. Tyle krwi... Była wszędzie: na zapadniętym brzuchu chłopca, na jego rękach, na mleczach rosnących obok. Jasna, zaskakująco jaskrawa czerwień, tak żywa, iż zdawała się nieprawdziwa. Pociągła twarz chłopca wpatrywała się w niebo zmętniałymi oczyma, usta zastygły w przerażającym O, krótkie rude włosy sterczały na wszystkie strony...

Jack! Ta myśl uderzyła Williama. Serce waliło mu jak młotem. Przyjrzał się dziecku uważniej. Nie, to nie Jack. Chłopiec był w jego wieku. Podobny, także kot – pionowe źrenice – ale Jack miał brązowe włosy.

William odetchnął głęboko, starając się opanować wściekłość. Wiedział, że to nie Jack. Widział już tego chłopca, ale nie na zdjęciu. Widział na własne oczy martwe ciało, czuł krew i ostry, niedający się zapomnieć odór rozpłatanych trzewi. Wspomnienia wróciły jak żywe. Omal nie zakrztusił się złudzeniem tamtej goryczy na języku.

Kolejna fotografia przedstawiała dziewczynkę z włosami utytłanymi we krwi i tkance mózgowej. Rozłupano jej czaszkę.

Wyciągał zdjęcie za zdjęciem. Na każdym utrwalono martwe dziecko, i każde poruszało w nim korespondujące wspomnienie. Na jego ganku leżało ośmioro martwych dzieci. Ośmioro zamordowanych zmieńców.

W Dziwoziemi tacy jak on byli mało użyteczni. W Księstwie Luizjany zabijano ich natychmiast po narodzinach. W Adrianglii matka, która urodziła zmieńca, mogła oddać go pod opiekę rządu. Nikt o nic nie pytał. Jeden podpis na kawałku papieru i kobieta mogła iść w swoją stronę. Dziecko umieszczano w Cytadeli, która była w rzeczywistości więzieniem ze sterylnymi pokojami i bezlitosnymi strażnikami. Zabawki były tam zakazane, jak również zabawa – miejsce to zorganizowano tak, by wytrzebić z mieszkańców wolną wolę do ostatniej kropli. Tak naprawdę dzieci żyły tylko chwilami, kiedy przebywały na zewnątrz.

Ta ósemka pewnie oszalała, gdy wypuszczono ich na słońce i trawę.

To miało być zwyczajne ćwiczenie z tropienia. Instruktorzy poprowadzili dzieci w stronę granicy z nieprzyjacielskim Księstwem Luizjany. Na terenach pogranicza zawsze wrzało, Luizjańczycy i Adrianglicy ciągle kursowali przez granicę w obie strony. Opiekunowie nakazali dzieciom wytropić grupę Luizjańczyków. Jako dziecko William niejednokrotnie brał udział w takich akcjach.

Wpatrywał się w zdjęcie. Tym razem jednak granicy nie przekroczyli zwykli uciekinierzy. Grupa składała się z członków luizjańskiej Dłoni – szpiegów, wynaturzonych przez magię i wystarczająco potężnych, by rozbić w perzynę oddział wyszkolonych legionistów.

Szpiedzy pozwolili dzieciakom się schwytać.

Kiedy tropiciele nie zameldowali się instruktorom, wysłano za nimi legionistów. William szedł z nimi jako tropiciel. To on znalazł leżące na łęgach trupy.

To była masakra. Brutalna, przeprowadzona z zimną krwią. Nie zabili dzieci natychmiast. Cierpiały, zanim umarły.

Na dnie pudełka spoczywała kartka. William wyjął ją i zaczął czytać. Od pierwszego zdania wiedział, jaka jest jej treść. Słowa wypaliły się w jego pamięci jak piętno.

I tak je odczytał.

Głupie zwierzaki stanowiły niewielkie wyzwanie. Luizjana eliminuje zmieńców po narodzinach – to skuteczniejszy sposób niż marnowanie środków i czasu na próby zrobienia z nich ludzi. Radzę zastanowić się nad naszą metodą, inaczej następnym razem będę oczekiwał godziwego wynagrodzenia za pozbycie się waszych dziwolągów.

Z poważaniem Pająk

William poczuł, jak zalewa go płonąca fala furii, wypalając wszelki rozsądek i kontrolę. Uniósł głowę ku niebu i zawarczał, nadając wściekłości głos, nim ta rozerwała go na strzępy.

Całymi latami ścigał Pająka – tyle, na ile pozwalała mu na to służba w Legionie. Dopadł go dwukrotnie. Raz rozorał mu brzuch, choć przeciwnik połamał mu nogi. Za drugim razem pogruchotał Luizjańczykowi żebra, a ten nieomal go utopił. W obu przypadkach szpiegowi Dłoni udało się wywinąć. Dla innych zmieńcy byli mięsem armatnim, ale dla Williama byli dziećmi, takimi samymi, jakim kiedyś był on. I jak Jack.

Musiał odnaleźć Pająka. Musiał go zabić. Mord dokonany na dzieciach powinien zostać pomszczony.

Z Boru wynurzył się jakiś człowiek. William zeskoczył z ganku i w mgnieniu oka znalazł się na skraju lasu, przyciskając intruza do pnia drzewa i warcząc. Jego kły kłapnęły o włos od gardła mężczyzny.

Przybysz nie stawiał oporu.

– Chcesz zabić mnie czy Pająka?

– Ktoś ty?

– Nazywam się Erwin. – Obcy wskazał brodą na jedną z uniesionych dłoni. Na środkowym palcu nosił duży pierścień w formie prostej obrączki z małym lusterkiem wtopionym w metal. Zwierciadło, Adriangielskie Tajne Służby, przemknęło Williamowi przez głowę. Największy wróg Dłoni.

– Zwierciadło pragnęłoby zamienić z tobą słowo, lordzie Sandine – rzekł nieznajomy cicho. – Czy byłbyś tak miły i zgodził się zaszczycić nas rozmową?

Rozdział drugi

Cerise pochyliła się nad taflą herbacianych wód sadzawki Podkowy. Rosnące wokół cyprysy prężyły się niczym żołnierze stojący na baczność. Rosochate korzenie drzew usadowiły się okrakiem nad wodą. Nad Moczarami nigdy nie zalegała cisza, ale żaden obcy odgłos nie zakłócał zwyczajnego chóru znajomych dźwięków – gdzieś po lewej stronie rechotała ropucha, z gęstej korony drzewa ponad głową Cerise dobiegał szelest biegających rubieżnicznych wiewiórek, nieopodal rozlegało się uporczywe świergolenie płomiennika...

Podwinęła nogawki dżinsów, kucnęła i zaczęła śpiewne przywabianie.

– Nellie, gdzie jesteś? Dobra dziewczynka, Nellie, Nellie. Gdzie jest najpiękniejszy rolmopsik na świecie? Nellie, Nellie, chodź, maleńka!

Tafla sadzawki pozostała niezmącona. Ani zmarszczki.

Cerise westchnęła. Nieco dalej na błotnistym brzegu widniał wyraźny ślad: podłużna rynna, a po obu jej stronach wgłębienia po pazurzastych łapach. Trop Nellie. Kiedy Cerise miała piętnaście lat, tropienie rolmopsów po Moczarach wydawało jej się ekscytujące. Teraz, jako dwudziestoczterolatka, brnąc przez bagnisko, wpadając w kałuże i grzęznąc w błocku po kostki, nie była tym szczególnie zachwycona. Przychodziły jej na myśl znacznie przyjemniejsze sposoby spędzania czasu. Jak na przykład spanie we własnym ciepłym łóżku.

– Nellie, Nellie, tuś, tuś. Gdzie jesteś, moja piękna? Gdzie jesteś, piękna, tłuściutka dziewczynko? Nellie jest najsłodszym, najtłustszym, najgłupszym rolmopsikiem na świecie. Tak, tak, tak.

Żadnej reakcji.

Cerise zadarła głowę. Wysoko ponad nią, w plątaninie konarów cyprysów i łodyg bagiennej winorośli, niebieszczył się skrawek nieba.

– Czemu mi to robisz?

Niebo nie odpowiadało. Jak zwykle zresztą. Co i tak nie powstrzymywało jej przed mówieniem do niego.

W górze rozległ się cichy trzask, a po chwili z drzewa oderwała się biała kulka ptasiego guana. Cerise uchyliła się w ostatniej chwili.

– Nieładnie – pogroziła niebu. – Bardzo nieładnie.

Nadszedł czas na rozwiązania ostateczne. Cerise oparła miecz o drzewo, stabilizując czubek pochwy w miękkim podłożu, zdjęła z ramienia plecak i sięgnęła do wnętrza. Po chwili wyciągnęła skórzany kaganiec. Został tak pomyślany, by pasował na pysk rolmopsa, zaś dodatkowy pasek zapinany z tyłu łba gwarantował, że stworzenie go nie zrzuci. Cerise położyła kaganiec na błocie w zasięgu ręki, a następnie wyłowiła z bagażu małą puszkę oraz otwieracz.

Zastukała narzędziem w wieczko. Nad sadzawką przetoczyło się metaliczne podzwanianie. Nic.

– Co ja tu mam? Och, to tuńczyk!

Jakieś trzydzieści stóp od brzegu gładkie lustro wody zakłóciła mała zmarszczka. Mam cię!

– Mmmm, pycha! Mniam, mniam, pyszny tuńczyk!

Cerise nałożyła na brzeg puszki szczęki otwieracza i nacisnęła rączki, przebijając blachę.

Z wody wychynął cętkowany łeb. Rolmopsica wciągnęła powietrze czarnym nosem okolonym długimi, ciemnymi wąsami. Spojrzenie wielkich, czarnych ślepi wpiło się obłąkańczo w puszkę.

Cerise przechyliła metalowe pudełko, naciskając lekko wieczko, a do wody spadło kilka kropel rybnej zalewy.

Rolmopsica z pluskiem wyskoczyła na brzeg. Zwierzę miało obły wydłużony tułów, jak foka, długi ogon i cztery szerokie łapy zakończone płaskimi płetwami. W kłębie focze ciało wydłużało się w elegancką szyję, na której osadzony był wydrzy łeb.

Cerise potrząsnęła puszką.

– Głowa.

Nellie oblizała czarne wargi, robiąc uroczą minkę.

– Głowa, Nellie.

Rolmopsica skłoniła łeb, a Cerise założyła jej kaganiec, porządnie zapinając mocowanie.

– Dostanie ci się za to, zobaczysz.

Nellie szturchnęła ją pieszczotliwie w ramię czarnym mokrym nosem. Cerise wyjęła z puszki kawałek tuńczyka i rzuciła zwierzęciu. Ostre jak brzytwa zęby zatrzasnęły się na przysmaku. Cerise zgarnęła miecz i przypięła smycz rolmopsicy, która przytoczyła się do niej, przebijając się przez błocko.

– Co to miało znaczyć? Nocnych spacerów ci się zachciało? Znudziło ci się ciągnięcie łódek i postanowiłaś spróbować szczęścia z aligatorami z Moczarów?

Nellie, wijąc się, parła naprzód, wpatrzona w puszkę jak w relikwię.

– Potrafią przegryźć na pół rekinią kość. Ty będziesz dla nich tłuściutką przekąską. Małym co nieco.

Rolmopsica oblizała się.

– Myślisz, że tuńczyki rosną na błocie? – Cerise wyjęła kolejny kawałek ryby i rzuciła go Nellie. – Dla twojej wiadomości, na Rubieży nie ma tuńczyków. Musimy zdobywać je w Niepełni. W Niepełni nie ma magii. A wiesz, co za to jest? Policja. Masa gliniarzy. I alarmy. Masz pojęcie, jak ciężko ukraść tuńczyka z Niepełni?

Nellie pisnęła żałośnie.

– Wcale nie jest mi ciebie żal.

Tuńczyk był luksusowym artykułem. Dojście do Niepełni zabierało cztery dni, a przekroczenie granicy pomiędzy Rubieżą i niemagicznym światem bolało jak diabli. Z całej rodziny Marów tylko ona i Kaldar mogli tego dokonać. Reszta posiadała na to zbyt dużo magii. Próba wejścia do Niepełni mogła skończyć się ich śmiercią.

Cerise brnęła przez błoto. Kiedy dorastała, wmawiano jej, że magia to dar, wspaniały, rzadki talent, coś, z czego powinna być dumna. Może i magia była darem, ale w chwilach rozpaczy, kiedy ślęczała nad opłakanymi finansami rodzinnymi, postrzegała ją jako to, czym naprawdę była – kajdany. Wielkie, ciężkie dyby, które więziły ród na Moczarach. Gdyby nie cała ta magia, już dawno mogliby uciec do Niepełni. A tak, jedyna droga ucieczki z Moczarów wiodła przez granicę z Księstwem Luizjany, do Dziwoziemi, gdzie magia kwitła w całej pełni.

Luizjańczycy traktowali Moczary jak ludzkie śmietnisko. Zsyłali na nie przestępców, kłopotliwych szlachciców, każdego, kto był niewygodny, acz niezabijalny. Zaś kiedy zesłaniec raz przekroczył granicę pomiędzy Dziwoziemią a Moczarami, luizjańska Straż pilnowała, by jego noga już nigdy nie postała w Księstwie.

Roślinność rozstąpiła się, ukazując brzeg kanału o wdzięcznej nazwie Jęzor Klechy. W błocie zalegała zielona żmija bagienna. Zasyczała, kiedy się zbliżyły. Cerise odrzuciła gada na bok czubkiem miecza.

– No dalej! – Cisnęła Nellie następny kawałek przysmaku i powiodła rolmopsicę ku herbacianym wodom strumienia. Okręciła sobie mocniej smycz wokół przegubu i otoczyła ramionami wąską szyję zwierzęcia. – Odpoczniesz po powrocie do domu.

Cmoknęła i rolmops zsunął się do wody.

Dwadzieścia minut później Cerise zamknęła zagrodę rolmopsa. Ktoś, prawdopodobnie młodsi chłopcy, podjął rozsądną ze wszech miar próbę naprawienia ogrodzenia, ale nawet łańcuch nie powstrzymałby Nellie, gdyby zechciała się wydostać. Rolmopsy były niezbędne na terenach Moczarów, obfitujących w kręte strumienie i meandry rzeczne. Miejscami tworzyły się tu zastoje, a bagienna roślinność blokowała wodne trakty. Rolmopsów używano jako zwierząt pociągowych i w ten sposób oszczędzano paliwo.

W obecności człowieka Nellie była idealnym rolmopsem, posłusznym, słodkim i silnym. Ale w momencie, kiedy usuwało się człowieka z równania, głupiutkie stworzenie wpadało w panikę i uciekało.

Może cierpiała na lęk separacyjny? – zastanawiała się Cerise, ruszając zboczem wzgórza ku Szczurowisku. Przeniesienie Nellie do mniejszej zagrody skończyłoby się katastrofą. Znając ją, osamotniona ryczałaby dzień i noc. Wzmocnienie zaś wielkiego ogrodzenia było kosztowne i wymagałoby mnóstwa pracy.

Cerise wlokła się pod górę do siedziby rodowej Marów. Przy każdym kroku woda chlupotała jej w butach i ściekała z ubrania. Marzyła o gorącym prysznicu i ciepłej strawie, najlepiej zawierającej mięso. Ale było, jak było, więc zadowoli się rybą i wczorajszym chlebem. Będzie musiała też natrzeć olejem miecz. Cóż, tak wyglądało życie na Moczarach. Stal i woda nie szły ze sobą w parze.

Szczurowisko stało na szczycie wzgórza. Brzydka, przysadzista budowla o dwóch kondygnacjach. Otaczał ją pierścień terenu pozbawionego roślinności. Do najbliższych zarośli było pięćdziesiąt jardów z każdej strony. Strefa śmierci. Pięćdziesiąt jardów to spory kawał do przemierzenia, jeśli trzeba poruszać się pod ostrzałem ze strzelb i kusz.

Parter pozbawiony był drzwi i okien, a jedyne wejście znajdowało się na piętrze. Aby się tam dostać, trzeba było pokonać schody prowadzące na galerię. Zbliżywszy się do domu, Cerise dostrzegła, jak niewielka postać przemyka za balustradą, po czym sadowi się na stopniach. Sophie. Lark, poprawiła się w duchu Cerise. Ostatnio siostra życzyła sobie, by nazywano ją Lark.

Lark obrzuciła ją zmęczonym spojrzeniem spod zmierzwionych włosów. Z nogawek rybaczek wystawały patykowate nogi o łydkach ubrudzonych błotem. Pokryte starymi sińcami ramiona dziewczynki znaczyły świeże zadrapania. Lark ukryła dłonie za plecami, ale Cerise mogła się założyć, że paznokcie siostry były brudne lub obgryzione, a najpewniej jedno i drugie. Kiedyś Lark była czyściochem aż do przesady, w każdym razie na tyle, na ile może nim być mieszkająca na bagnach jedenastolatka. Teraz wszystko się zmieniło.

Cerise poczuła dotkliwy smutek, ale zachowała spokojną minę. Kamienną. Nie chciała spłoszyć siostry. Wdrapała się na schody, usiadła obok Lark, zdjęła but i wylała z niego wodę.

– Adrian i Derril zabrali Garboświra i pojechali na Wężową Ścieżkę – mruknęła Lark.

Zbudowany na bazie garbusa dune buggy był czystą zabawą w formie lekkiej terenówki. Cerise wykradła go kiedyś i poświrowała tak piekielnie, że skończyło się to wywrotką. Ale dotknięcie łazika bez zgody dorosłych było zabronione. Zabranie go w teren i marnowanie paliwa karano srogo, trzema tygodniami dodatkowej harówki.

Oczywiście zarówno piętnastoletni Adrian, jak i jego nieodłączny towarzysz, czternastoletni Derril wiedzieli o tym i byli gotowi ponieść konsekwencje. Kwestią większej wagi było to, że Lark właśnie na nich doniosła. A Lark nigdy wcześniej nie donosiła.

Cerise zmusiła się do zachowania spokoju i zdjęła drugi but. Zmieniał się najgłębszy rdzeń osobowości siostry, a ona nie mogła na to nic poradzić.

– Nie zabrali cię ze sobą?

Odpowiedź była ledwie słyszalna.

– Nie.

Jeszcze pół roku wcześniej chłopcy zabraliby ją na eskapadę. Obie zdawały sobie z tego sprawę. Cerise ogarnęło przemożne pragnienie objęcia i przytulenia kościstego ciałka Lark, ale powstrzymała się. Nawet nie drgnęła. Raz już próbowała. Siostra zesztywniałaby tylko, odsunęła się i czmychnęła w las.

Lark przynajmniej się do niej odzywała. Co prawda z rzadka. Zwykle tylko mama potrafiła do niej dotrzeć, a i jej ostatnio było coraz ciężej. Dzieciak oddalał się, zamykał powoli we własnym świecie i nikt nie wiedział, jak ją stamtąd wyciągnąć.

– Mówiłaś mamie? – zapytała Cerise.

– Mamy nie ma.

Dziwne.

– A tacie?

– Pojechali. Razem.

– Mówili, kiedy wrócą?

– Nie.

Cerise ogarnął niepokój. Na Moczarach żyło wielu ludzi, a ciężko było o środki do życia. Rodziny walczyły ze sobą, wydzierając sobie zębami i pazurami najmniejsze dobra. Nieomal każdy ród miał jakiś zatarg. Ich rodzina nie była wyjątkiem.

Spór pomiędzy Sheerile’ami a Marami trwał od ośmiu dekad z różnym natężeniem. Czasami wybuchał jasnym płomieniem, a czasami, jak teraz, tlił się lekko, choć w każdej chwili mógł eksplodować, zamieniając się w otwartą wojnę. Ostatnim razem podczas takiej pożogi Cerise straciła dwóch wujów, ciotkę oraz kuzyna. Ze względu na niepewną sytuację obowiązywała tu jedna żelazna reguła: gdy ktoś zamierzał oddalić się od domu, musiał powiedzieć, gdzie idzie i kiedy planuje wrócić. Nawet ich ojciec, głowa klanu, nie odstępował nigdy od tej zasady.

Niepokój Cerise wzrósł gwałtownie.

– Kiedy i dlaczego opuścili Szczurowisko?

– O świcie. Ruszyli, bo Cobbler został ugryziony w tyłek.

Cobbler, stary pijanica, włóczył się po bagnach, najmując do różnych dziwnych prac za bimber. Cerise nigdy nie lubiła tego moczymordy. Był wredny, dokuczał dzieciakom, gdy tylko rodziców nie było w pobliżu, i każdemu wbiłby nóż w plecy, z czystej złośliwości.

– To znaczy?

– Przyszedł do taty i powiedział, że w domu dziadka są dzikie psy. I że go goniły, a jeden ugryzł go w tyłek. Miał potargane portki.

Dworek Sene był zabity deskami od dwunastu lat, kiedy to dziadkowie zmarli na czerwoną gorączkę. Cerise zapamiętała dworek jako pełen słońca dom o jasnożółtych ścianach. Był niczym kolorowy kleks na burym bagnisku. Od tamtego czasu popadł w ruinę i nikt tam nie chadzał. Cobbler też nie miał tam nic do roboty. Pewnie myszkował, żeby coś ukraść.

– I co dalej?

Lark wzruszyła ramionami.

– Cobbler gadał i gadał, póki tata nie dał mu wina. A potem poszedł. Wtedy tata powiedział, że musi zobaczyć, co z domem dziadka, bo to przecież nasza ziemia. A mama na to, że pójdzie z nim. I pojechali.

Do dworku nie dało się dojechać półciężarówką, musieli więc wziąć konie.

– I od tamtej pory ich nie widziałaś?

– Nie.

Posiadłość Sene leżała o pół godziny jazdy konno od Szczurowiska. Powinni byli już wrócić.

– Myślisz, że rodzice nie żyją? – zapytała Lark beznamiętnie.

Na bogów!

– Nie. Wiesz, że tata jest zabójczym szermierzem, a mama ze stu jardów potrafi trafić aligatora w oko. Coś musiało ich zatrzymać.

Spomiędzy drzew dobiegł głuchy warkot terenówki. Głupki. Nie chciało im się nawet zgasić silnika i przypchać auta po cichu pod dom. Cerise wstała.

– Zajmę się tym, a jeśli rodzice nie wrócą w ciągu godziny, pójdę sprawdzić, co z nimi.

Stary łazik wyprysnął spomiędzy sosen, rozchlapując wokół błoto. Cerise podniosła rękę. Z przedniego siedzenia wyglądały na nią dwie ubłocone, przerażone twarze.

Cerise nabrała powietrza do płuc i powiedziała ostro:

– Skurcz!

Z jej dłoni popłynął impuls magii. Klątwa pochwyciła chłopców w żelazny uścisk, wykręcając im mięśnie ramion. Adrian zgiął się wpół, puścił kierownicę, a pozbawiony kontroli łazik przechylił się, po czym z potężnym chlupotem przewrócił na bok. Piekielny pojazd okręcił się, ślizgając po błocie, wypluł dwa demonicznie usmarowane stwory, zrobił jeszcze jeden obrót i znieruchomiał.

Cerise odwróciła się do Lark.

– Jak chcesz, możesz zejść i skopać im tyłki, a kiedy skończysz, każ im się umyć i iść prosto do stajni. Ciotka Karen ucieszy się niezmiernie z dwóch osobistych niewolników, harujących dla niej przez trzy tygodnie.

Cerise zabrała buty i weszła do domu. Niepokój dojrzał, rozkwitając w jej piersi dławiącym strachem. Musiała sprawdzić, co dzieje się z rodzicami, a im szybciej to zrobi, tym lepiej. Przez chwilę miała zamiar iść od razu do stajni, ale samotna wyprawa była proszeniem się o kłopoty. Potrzebowała pomocy kogoś, kto potrafił walczyć. Lepiej poświęcić teraz parę minut na zorganizowanie wsparcia, niż potem żałować.

Wiedziała, że nie wyniknie z tego nic dobrego.

Rozdział trzeci

William opierał się plecami o ścianę swego domu. Obserwowało go dwoje ludzi stojących na podwórku. Jeśli nawet Williamowa armia plastikowych bohaterów wzbudzała w nich zdziwienie, nie okazywali tego.

Dzika bestia warczała i miotała się, drapiąc go szponami od wewnątrz. Panował nad nią. Obrazy martwych dzieci otworzyły zasklepioną ranę, ale gniew nie wyszedłby mu teraz na dobre. Podczas służby w Legionie miał okazję zetknąć się z agentami Zwierciadła. Nie obowiązywały ich żadne zasady i szybko się nauczył, że odwracanie się do nich plecami jest złym pomysłem. Zadzierałeś z nimi na własne ryzyko i ze świadomością, że każdy twój kolejny oddech może zostać na dobre przerwany ostrzem.

William nie miał pojęcia, jakie ta dwójka ma zamiary i w jakim celu go nachodzą, obserwował więc ich niczym wilk zbliżającego się niedźwiedzia: nieruchomo, w milczeniu, bez najmniejszych oznak słabości. Nie bał się, ale nie miał powodu ich prowokować. Gdyby jednak taki powód się pojawił, bez wahania rozerwie im gardła.

Agenci też nie wykonali do tej pory żadnego ruchu. Stojący po lewej Erwin wydawał się stanowić większe zagrożenie. Był typem człowieka, o którym zapominało się tuż po spotkaniu. Przeciętnego wzrostu, przeciętnej budowy, miał niczym niewyróżniającą się twarz i krótkie włosy, ni to ciemnoblond, ni to jasnobrązowe. Mówił spokojnie, zachowywał się skromnie, za to jego zapach był tak przesiąknięty magią, że cała okolica woniała jak cukiernia w Święto Dziękczynienia. Jego swobodna postawa, zwodniczo beztroska, też nie wróżyła najlepiej.

Jego towarzyszka była dużo starsza. Niska, szczupła, o skórze barwy ziaren palonej kawy, trzymała się prosto jak strzała. Niebieską szatę nosiła niczym zbroję. Dół jej tuniki miał głębokie rozcięcia po bokach. Pod spodem kobieta nosiła szare spodnie i miękkie buty. Dzięki temu w razie potrzeby miała dużą swobodę ruchu.

Zaplecione włosy tworzyły na głowie skomplikowaną plątaninę warkoczyków. Jej oblicze przyciągało uwagę. Bystre czarne oczy emanowały bezwzględnością. Świdrowały Williama z upiorną intensywnością. Czuł się jak upatrzona ofiara drapieżnego ptaka. Do nozdrzy Williama dotarł jej zapach – różnorodny amalgamat woni jeżyny, wetywerii, pomarańczy, rozmarynu i róż. Śmiały zapach. Ta kobieta posiadała władzę i chciała, by ludzie o tym wiedzieli.

Erwina zdradzał sposób zachowania wobec towarzyszki. Najwyraźniej pełnił rolę jej eskorty. Nie nosił broni, więc pewnie posługiwał się rozbłyskiem. Każdy posiadający magię mógł nauczyć się kanalizować moc i tworzyć rozbłysk – strumień energii, który przypominał wstęgę lub błyskawicę. Jeśli był wystarczająco silny, mógł poparzyć.

William poruszył się leciutko, przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę. Ukrył uśmiech, kiedy Erwin zareagował napięciem mięśni. Jako zmieniec, William nie mógł rzucać rozbłyskiem, ale wiele lat spędził w jednostce, w której służyło wielu wyborowych błyskomiotaczy. Gdyby Erwin władał błękitnym albo białym rozbłyskiem, oznaczałoby to, że jest arystokratą bądź posiada wyjątkowy talent, jak Rose. Jeśli zielonym lub żółtym, nie znajdował się na zbyt wysokim szczeblu.

Im jaśniej rozbłyskiwałby Erwin, tym wyżej w hierarchii stała kobieta. Nie marnowało się doskonałych miotaczy na ochranianie byle gryzipiórka.

– Miotasz rozbłyskiem? – zapytał William.

Agent uśmiechnął się lekko.

– Chce wiedzieć, z kim ma do czynienia – wyjaśniła kobieta. – Możesz mu pokazać.

Erwin kiwnął głową i popatrzył na Williama.

– Pokaż cel.

– Gniazdo os, dwadzieścia stóp na lewo, na dębie. Druga gałąź.

Strącenie gniazda byłoby nie lada wyczynem. Może Declan mógłby tego dokonać, ale przy okazji zmiótłby połowę drzewa.

– Uhm – mruknął Erwin. Jego oczy zasrebrzyły się, a na prawej dłoni zaskrzyły białe nitki, które złączyły się w strumień i wystrzeliły śnieżnobiałym promieniem, który rozciął gniazdo na pół, niczym ostrze.

Erwin był nie tylko błyskomiotaczem. Był snajperem. A więc to tak...

– Słyszałeś zapewne o Virai – odezwała się kobieta.

Większość czerwonych legionistów o nim słyszała. Czerwony Legion brał udział w tajnych operacjach, więc gdy Zwierciadło potrzebowało brutalnej siły i przewagi liczebnej, wykorzystywało w pierwszej kolejności legionistów. Virai był szefem Zwierciadła, człowiekiem u szczytu władzy. Jego imię wypowiadano szeptem.

– Jasne.

Kobieta uniosła głowę.

– Ja jestem Virai.

William zamrugał.

– Tym Virai?

– Tak. Możesz mi mówić Nancy, jeśli chcesz.

Nancy. No pewnie...

– Dlaczego przyniosłaś mi zdjęcia martwych dzieci?

– Bo ostatnie dwa lata spędziłeś tutaj w ciepłym bezpiecznym gniazdku. Potrzebowałeś przypomnienia, kim jesteś.

Arogancka jędza. William odsłonił zęby w wilczym uśmieszku.

– Twój przyboczny snajperek mnie nie powstrzyma. Miewałem już z takimi do czynienia. – W wyobraźni William przeskoczył swoje figurki jednym susem, lądując, dopadł Erwina, skręcił mu kark, przetoczył po...

– Możliwe – zgodziła się Nancy. – Ale czy dasz radę dwóm jednocześnie?

Jej oczy zapłonęły bielą. Magia na jedno tchnienie okryła ją rozjarzonym całunem, który następnie zniknął.

Obraz wyobrażonego ataku rozpadł się wraz z wyobrażonym Williamem przeciętym na pół rozbłyskiem Nancy. Mieli przewagę.

Poradziłby sobie z jednym wyborowym błyskomiotaczem, jednak drugi zrobiłby z niego sieczkę, zanim zdołałby zacisnąć palce na gardle pierwszego.

Skrzyżował ramiona na piersiach.

– Czego chcesz?

Kobieta popatrzyła na niego bacznie.

– Chcę, żebyś ruszył w głąb Rubieży i odnalazł Pająka. Chcę, żebyś odebrał mu to, czego szuka, i dostarczył mnie. Jeśli go zabijesz, potraktuję to jako bonus.

– Dlaczego ja?

– Bo Pająk zna moich ludzi. Zna sposób ich myślenia, działania i morduje jednego za drugim. Ty ścierałeś się z nim dwukrotnie i przeżyłeś. Jak do tej pory to swego rodzaju rekord. – Zacisnęła zęby, a mięśnie na jej szczęce napięły się mocno. – Pająk to najgorszy rodzaj przeciwnika. Jest fanatykiem święcie przekonanym, że służy wyższemu celowi. Nie ustanie, póki nie zginie.

– Więc przyszłaś tu, bo nie chcesz już na niego tracić swoich agentów – podsumował William. Zmieńca najłatwiej było spisać na straty. Jak zwykle.

Głos Nancy zabrzmiał jak strzał z bicza.

– Przyszłam, bo ze wszystkich dostępnych mi ludzi ty najlepiej nadajesz się do tej roboty, a ja nie zniosę kolejnej porażki. Nie mogę cię zmusić do pomocy. Nie mam nad tobą władzy. Mogę tylko prosić.

Jeśli w ten sposób wyrażała prośbę, nie chciałby usłyszeć, jak wydaje rozkazy.

A jednak była to prośba. Coś nowego. Jak do tej pory wydawano mu tylko rozkazy. Jedynie Declan zwracał się do niego w trybie prośby. Arystokratyczny dupek upierał się, by traktować go jak prawdziwego człowieka. Prośba nie prośba, zreflektował się William, miał tu wygodne życie. Żadną prośbą nie da sobie tego odebrać. Ale wyłożyli na stół także Pająka. Świadomość, że ten morderca dzieci znajduje się w jego zasięgu, uwierałaby go, zżerała, doprowadzając do szału. Musiał go zabić. To była jego ostatnia niedokończona sprawa. Musiał zabić Pająka, posmakować jego krwi. A potem wrócić tutaj już z lekką duszą.

W głąb Rubieży, tak? Rubież rozciągała się na styku dwóch światów na całej długości, od jednego oceanu po drugi. Ten pas terenu to zwężał się, to rozszerzał, wedle własnych prawideł. W jednym miejscu miał szerokość trzech mil, w innym pięćdziesięciu.

– Gdzie dokładnie na Rubieży kręci się Pająk?

– Na bagnach – odpowiedział Erwin. – Na zachód stąd Rubież zwęża się tak, że prawie jej nie ma, a potem nagle rozszerza, obejmując rozległe podmokłe tereny, które mieszkańcy nazywają Moczarami. Wedle naszych danych ten obszar liczy sobie przynajmniej sześćset mil kwadratowych, może więcej.

Dziewięćset.

– Kawał bagna.

– Moczary wtłoczone są pomiędzy Księstwo Luizjany od strony Dziwoziemi i stan Luizjana od Niepełni – ciągnął Erwin. – Większość to błoto i woda. Nieprzebyte, nieopisane na żadnych mapach. Księstwo od wielu lat traktuje Moczary jak kolonię karną, zsyłając tam wygnańców. Dysponują zbyt silną magią, by przejść do Niepełni, więc tkwią tam, uwięzieni pomiędzy światami.

William uniósł brwi.

– Bagna pełne przestępców. – Miejsce wprost stworzone dla niego.

– Dokładnie – przytaknęła Nancy. – Pająk jest agentem działającym w miastach. Tylko coś wyjątkowego mogło przyciągnąć go na Moczary, do miejsca, które nie jest jego żywiołem. Mamy teraz kilkanaście różnych punktów zapalnych, ale jego ekipa tapla się w błocie. Szukają czegoś. Chcę wiedzieć, co to jest, i chcę to dostać.

Och, nie prosiła o wiele, nieprawdaż? Zaledwie o księżyc i gwiazdkę z nieba.

– Luizjańczycy ustawili przy granicy oddział sił powietrznych z wiwernami – dodał Erwin.

William zmarszczył brwi.

– A więc chcą zabrać Pająka natychmiast, gdy tylko opuści bagna.

Agent potwierdził.

Zatem celem Pająka było coś niezwykle wartościowego, skoro trzymali dla niego wiwerny.

Oczy Nancy zabłysły drapieżnie.

– Księstwo Luizjany pragnie wojny, ale nie chcą ryzykować konfliktu zbrojnego, póki nie będą pewni zwycięstwa. Pająk od dekady usiłuje znaleźć sposób na wygraną. Tym razem musiał natrafić na coś wyjątkowego. Jeśli wojna wybuchnie i wygra Księstwo, wszyscy zmieńcy zostaną zgładzeni, co do jednego.

– Nie przeginaj – ostrzegł William. – Zdjęcia były zaskoczeniem, ale nie jestem idiotą. Wiem, co próbujesz zrobić. – Zmieńcom z trudem przychodziło kontrolowanie emocji. To była ulubiona taktyka personelu Cytadeli: rozdrażnić zmieńca, pobudzić wonią krwi albo ciosem w twarz, a potem posłać do walki, aby zmiótł wszystko, co stanęło mu na drodze. Ale William był starym wilkiem i nie było to jego pierwsze polowanie. – Takie tanie sztuczki na mnie nie działają.

Nancy uśmiechnęła się i postąpiła ku niemu. Z wysiłkiem zwalczył chęć cofnięcia się.

– Miałam rację. Świetnie sobie poradzisz. Damy ci wszystko, czego będziesz potrzebował: broń, technologię, informacje o ekipie Pająka.

William wyszczerzył się do niej.

– Nie podobasz mi się i ta misja też mi się nie podoba.

– Nie musisz mnie darzyć sympatią, nie musisz być zachwycony zadaniem. Masz je tylko wykonać. Nic poza tym.

– Przypuśćmy, że to zrobię. Co z tego będę miał?

Nancy uniosła brwi.

– Po pierwsze, swoją zemstę. Po drugie, będę ci winna przysługę. Są ludzie, którzy odcięliby sobie prawą rękę tylko za to drugie. Ale co ważniejsze, zyskasz całkowitą pewność, że Pająk już nigdy nie zabije żadnego zmieńca. Pomyśl o tym, Williamie Wilku. Ale spiesz się, bo czas ucieka.

Biała szadź osiadła na bagnach, zacierając kontury drzew i wąskiej ścieżki. Raźne człapanie trzech koni wtapiało się w świergoty ptaków i chrzęszczenie owadów.

Cerise najchętniej pognałaby wierzchowca do galopu, ale wbrew sobie utrzymywała równe, powolne tempo. Ostatnie, czego im było teraz trzeba, to wpaść pędem w zasadzkę.

– To Sheerile’owie – powiedział jadący po prawej Erian. Smukły, jasnowłosy, trzymał się w siodle, jakby się w nim urodził. Waśń z Sheerile’ami odebrała mu matkę. Rodzice Cerise wychowywali go od jedenastego roku życia. Był dla niej bardziej bratem niż kuzynem.

– Nie mają powodu, by na nowo rozniecić spór – zagrzmiał Mikita. Natura pominęła go przy instalowaniu regulatora natężenia głosu i w efekcie mówił tylko na dwóch poziomach głośności: ryk i głośniejszy ryk.

W przeciwieństwie do Eriana Mikita jechał wierzchem, jakby cały czas bał się, że koń umknie spod jego ogromnego cielska. Mierzył sześć stóp i pięć cali, ważył dwieście sześćdziesiąt funtów i nie miał na sobie ani grama niepotrzebnego tłuszczu. Takie gabaryty były niespotykane u Marów. Ciężko tak wybujać na rybach i błotnych jagodach. A jednak Mikicie to się udało.

– Sheerile’owie nie potrzebują powodu – odparł Erian z przekąsem.

– Potrzebują i dobrze o tym wiesz. Bez tego milicja spadnie na nich jak tona cegieł.

Cerise przyznała w duchu rację Mikicie. Księstwo Luizjany hojnie zasilało populację Moczarów zesłańcami. Przybysze zaś nie byli potulni i praworządni. Rubieżnicze rody musiały trzymać się razem, zmieniając powoli w klany zawsze wygłodniałych, porywczych tubylców. Waśnie rozkwitały tu niczym bagienne kwiecie, a niektórzy ze starszych chętnie sięgali po potężną magię. Tylko w rodzie Marów było czterech klątwórców i siedmiu błyskomiotaczy, a do tego kilkoro takich jak Katarzyna czy Kaldar, których talent był tak specyficzny, że nawet nie posiadał nazwy. Gdyby mieszkańcy Moczarów toczyli swoje spory w pojedynkę, szybko zabrakłoby walczących.

Właśnie dlatego Rubieżnicy zebrali się w końcu i ustanowili instytucje chroniące prawo – sądy oraz milicję. Od tamtej pory waśń można było rozpocząć tylko z uzasadnieniem. Sheerile’owie znali prawo. Problem w tym, że go nie przestrzegali.

– Mają kupę pieniędzy i zdołali utrzymać swoje bogactwa tak długo – zauważył Mikita.

Erian zmarszczył brwi.

– A co to ma do rzeczy?

– Ludzie, którzy umieją tak dbać o majątek, nie mogą być głupi. Nie podejmują ryzyka, chyba że ma się to im opłacić. Porwanie wuja Gustave’a i ciotki Gen to diabelne ryzyko. Wiedzą, że nasza rodzina nie popuści i poleje się krew.

Cerise stłumiła westchnienie. W przeciwieństwie do Sheerile’ów Marowie należeli do bagiennej biedoty – było ich wielu, ale wszyscy biedni jak myszy kościelne. Stąd wzięło się ich przezwisko – Szczury. Mnogość, bieda i zajadłość. Ta ostatnia cecha jej nie przeszkadzała, na biedę nic nie mogła poradzić, jeśli zaś chodzi o ilość... To prawda. W walce Sheerile’owie stracą jedynie najemników, ona zaś krewnych.

Skrzywiła się na tę myśl. Pod nieobecność ojca to ona stawała się głową rodziny. Była najstarszym dzieckiem i jedynym prawdziwym wojownikiem, jakiego mieli. Gdyby coś złego spotkało rodziców, to Cerise będzie posyłała członków rodziny na śmierć. Wstrzymała oddech, a potem wolno wytchnęła powietrze, starając się pozbyć razem z nim niepokoju. Ten poranek z kiepskiego w tempie błyskawicznym przemieniał się w katastrofę.

Zza zakrętu wyłonił się przysadzisty kontur dworku Sene. Cerise podskoczyło serce. Na ganku, oparty o słupek, stał chudy mężczyzna o śniadej cerze i długich włosach słomkowego koloru. Kiedy podniósł na nią jasne oczy, jego wargi rozciągnęły się w lekkim uśmieszku.

Lagar, najstarszy z braci Sheerile’ów. Od trzech lat rządził klanem razem z matką. Trzy lata wcześniej Sheerile senior, głowa rodu, spadł z drzewa i uderzył się w głowę tak mocno, że nie był w stanie nawet samodzielnie jeść, a co dopiero myśleć. I dobrze mu tak.

Za jej plecami Erian zaklął pod nosem.

Obok Lagara, w na pół przegniłym fotelu bujał się młodszy Sheerile, Peva, strugając coś w kawałku drewna. Mimo deszczu okna dworku były szeroko otwarte i stali w nich ludzie. Cerise naliczyła dwie kusze, trzy strzelby i śrutówkę. Sheerile’owie spodziewali się ich, dlatego przyprowadzili ze sobą najemników. Wykosztowali się – broń z Niepełni była piekielnie droga.

Całość, bracia Sheerile’owie, rozwalający się dom i strzelby w oknach, tworzyła obrazek rodzajowy z Moczarów. Idealny na pocztówkę. Cerise pożałowała, że nie może wysłać takiej szlachcie z Księstwa Luizjany. „Chcecie wiedzieć, jak wygląda życie na Moczarach? Proszę bardzo. Miejcie to na uwadze, zanim postanowicie zrzucić nam na głowy jeszcze więcej kłopotów”.

Peva wstał z krzesła. Był wysoki, tyczkowaty, a jego nogi robiły wrażenie nazbyt długich. Kusza Pevy leżała na barierce, w zasięgu ręki. Był tak dumny ze swej broni, że nadał jej imię. Osa. Prawie jak Excalibur. Sięgnął po nią, ale zmienił zdanie. Czyżby uznał, że szkoda zachodu? Najwyraźniej nie stanowili dla nich zagrożenia.

Cerise popatrzyła Lagarowi w oczy. Gdzie moi rodzice, sukinsynu?

Huknęły otwierane drzwi i do braci dołączył trzeci Sheerile. Przyniósł miecz Lagara. Osiemnastoletni Arig był nie tylko najmłodszy, ale i najgłupszy.

Nawet w ciemnym, zatłoczonym pomieszczeniu Cerise natychmiast rozpoznałaby całą trójkę. Od dziecka żyła ze świadomością, że pewnego dnia będzie musiała ich zabić. Oni zaś wiedzieli, że muszą ją wyprzedzić. Już dawno temu to zaakceptowała.

Arig podał miecz bratu, ale ten go zignorował. Czyli nie zamierzali dzisiaj walczyć. Na razie.

Cerise zatrzymała konia przed gankiem.

Lagar powitał ją skinieniem głowy.

– Piękny dzisiaj poranek.

– Zaiste, cudowny. – Uśmiechnęła się, starając się wyglądać słodko i radośnie. – Zgubiliście się, chłopcy?

– Nic o tym nie wiem. – Lagar odpowiedział szerokim, przyjaznym uśmiechem.

– Skoro nie zgubiliście się, to co robicie na mojej ziemi?

Lagar leniwie odkleił się od słupka.

– Jesteśmy na mojej ziemi, złotko.

– Od kiedy to twoja ziemia?

– Od rana, od kiedy twój ojciec mi ją sprzedał.

No na pewno. Odęła usta.

– Co ty nie powiesz.

– Arig! – zawołał brata Lagar. – Pokaż naszemu uroczemu gościowi umowę.

Najmłodszy Sheerile potruchtał do konia i podał jej rulon papieru.

Arig łypnął na nią złośliwie.

– Gdzie twoja słodka siostrzyczka, Cerise? Może Lark chciałaby skorzystać z przetartego przeze mnie szlaku? Mógłbym pokazać jej jeszcze co nieco.

Wszyscy milczeli, wstrząśnięci.

Pewnych rzeczy się nie robiło.

Oczy Lagara zaiskrzyły morderczo. Peva zszedł z ganku, zbliżył się do Ariga i złapał go za ucho. Chłopak zawył.

– Wybacz na minutkę. – Peva okręcił Ariga i kopnął go w tyłek.

– Co ja takiego zrobiłem?!

Peva kopnął go jeszcze raz, przewracając. Arig poczołgał się przez błoto na ganek i do domu. Peva zniknął w środku zaraz za bratem. Po chwili rozległ się łomot, a potem wrzask.

– Nie w jaja!

Cerise popatrzyła na Lagara.

– Znów puściliście go bez kagańca?

Lagar skrzywił się niecierpliwie.

– Przeczytaj umowę.

Cerise rozwinęła rulon. Podpis był idealny: wąski, ojcowski gryzmoł. Lagar musiał zań zapłacić fortunę.

– Podrobiony.

– To ty tak twierdzisz. – Lagar uśmiechnął się ponownie.

Cerise oddała mu papier.

– Gdzie moi rodzice?

Rozłożył ręce.

– Nie mam pojęcia. Ostatni raz widziałem ich rano. Sprzedali nam ziemię, a potem odjechali, cali i zdrowi.

– Nie masz więc nic przeciwko, żebym sprawdziła dom?

– Tak się składa, że mam – wyszczerzył się.

Rozległy się trzaski jednocześnie odbezpieczanej broni.

Cerise starała się nad sobą panować. Przez głowę przemknął jej szereg obrazów: zeskakuje z klaczy, używa jej jako tarczy podczas pierwszej salwy, wdziera się na ganek, jednym ruchem rozcina brzuch Arigowi, za drugim wraża ostrze w korpus Pevy... Do tej pory Mikita i Erian byliby już martwi. Sześciu strzelców przeciw trzem jeźdźcom – nie mieli szans.

Lagar przyglądał się jej z osobliwie tęskną miną. Widziała już raz u niego ten wyraz twarzy, dwa lata wcześniej, kiedy spił się jak bela na Festiwalu Letnim. Podszedł wtedy do niej i poprosił do tańca. Ruszyli w pląs, przyprawiając obecnych mieszkańców Moczarów o szok. Na oczach starszyzny dziedzice zwaśnionych rodów odtańczyli swój taniec śmierci.

Zaświtało jej podejrzenie, że może chce ściągnąć ją z konia. Ależ proszę, niechby spróbował.

– Nie pogrywaj sobie ze mną, Lagar. Gdzie moi rodzice?

Lagar podszedł bliżej.

– Zostaw to, zapomnij o nich – rzekł cicho. – Twoich rodziców już nie ma, Cerise. Nic nie możesz dla nich zrobić.

Zimny węzeł w jej brzuchu pękł, uwalniając wściekłość.

– Masz ich?

Pokręcił przecząco głową.

Klacz, wyczuwszy jej zdenerwowanie, zatańczyła niespokojnie.

– Kto ich ma? – Nieważne, jak daleko Sheerile’owie ich wywieźli, i tak ich znajdzie.

Usta Lagara rozciągnęły się w wąskim uśmieszku. Uniósł rękę i zaczął oglądać ją, prostując i zginając palce, jakby to była najciekawsza rzecz na świecie. Potem przeniósł wzrok na nią.

Dłoń. Szpiedzy Księstwa Luizjany.

Cerise przebiegł lodowaty dreszcz. Agenci Dłoni byli zabójczo niebezpieczni. Każdy słyszał opowieści o nich. Niektórzy byli tak wynaturzeni przez magię, że nie przypominali już w ogóle ludzi. Czego luizjańscy szpiedzy mogli chcieć od jej rodziców?

– Prześlę ci kopię umowy – powiedział Lagar głośno.

Uśmiechnęła się, żałując, że nie może przejechać mu ostrzem miecza po szyi.

– Koniecznie.

Lagar ukłonił się dwornie.

– Więc stało się – rzekła. – Nie ma odwrotu.

Skinął potakująco.

– Wiem. Tę waśń zaczęli nasi pradziadowie, a nam przyjdzie ją rozstrzygnąć. Nie mogę się doczekać.

Cerise zawróciła konia i popędziła go w drogę powrotną. Za nią, w strugach deszczu, jechali Mikita i Erian.

Rodzice żyli, a skoro tak, ona ich odbije. Odnajdzie ich, a jeśli będzie musiała oznaczyć swoją drogę krwią Sheerile’ów, tym lepiej.

Cerise wpadła pędem na podwórko, spod kopyt jej klaczy pryskały fontanny błota. Po drodze posłała Eriana przodem, prosząc, by zebrał całą rodzinę. Spisał się dobrze, bo ciotka Murid już stała na werandzie z kuszą. Po lewej, w konarach sosny siedziała Lark, a po drugiej stronie Adrian usadowił się na cyprysie. Oboje mieli strzelby, a rzadko chybiali.

Derril podbiegł i ujął wodze klaczy.

– Jest Richard? – zapytała Cerise.

Kuzyn przytaknął skinieniem, patrząc na nią szeroko otwartymi oczyma.

– A twój wuj, Kaldar?

Derril skinął ponownie.

– Dobrze.

Po drodze jej wściekłość skrystalizowała się w plan. Może i absurdalny, ale jednak plan. Teraz musiała przekonać do niego rodzinę. Podczas ostatniego liczenia klan Marów składał się z pięćdziesięciu siedmiu osób, włączając dzieci. Niektórzy z dorosłych znali Cerise od kołyski. Słuchali jej ojca. Jednak skłonić ich do posłuszeństwa młodej dziewczynie to zupełnie inna kwestia.

Zacisnęła zęby. Jeśli chciała mieć nadzieję na ponowne zobaczenie rodziców, musiała wziąć w ręce ster, który zostawił ojciec, i chwycić go mocno, zanim krewni zdążą wszystko przemyśleć i zaczną się z nią spierać. Musiała ich trwale zjednoczyć. Od tego zależało życie jej rodziców.

Zaczęła wspinać się po schodach, a Mikita deptał jej po piętach.

Zatrzymała się przy pilnującej drzwi ciotce Murid. Wysoka, ciemnowłosa, ciemnooka kobieta racjonowała słowa, jakby były cenną wodą na pustyni. Za to jej kusza nigdy nie chybiała celu.

Cerise spojrzała na ciotkę pytająco. Jesteś ze mną? Ta skinęła głową ledwie dostrzegalnie. Cerise ukryła westchnienie ulgi, otworzyła drzwi i weszła do środka.

– Nie wahaj się – mruknęła za nią ciotka. – Idź pewnie.

Biblioteka znajdowała się na końcu korytarza. Była największym pomieszczeniem w domu (poza kuchnią) i służyła jako miejsce zebrań rodzinnych. Do tej pory wieść o zaginięciu rodziców obiegła już całe Szczurowisko. Biblioteka zapewne była pełna ludzi. Wszyscy będą słyszeli, jak idzie.

Cerise odetchnęła głęboko i ruszyła pewnym krokiem przez korytarz, nie dbając, że nanosi błoto.

Wkroczywszy do biblioteki, potoczyła wzrokiem po znajomych twarzach. Ciotka Emma, ciotka Petunia, zwana Pete, wuj Rufus. Erian po lewej, oparty o fotel, w którym siedział wuj. Okropnie rozczochrany Kaldar, podpierający ścianę, i kilkoro innych krewnych. I wreszcie Richard, najstarszy z jej kuzynów – wysoki, ciemnowłosy, o postawie arystokraty. Czekał na nią przy stole.

Oczy wszystkich obecnych zwrócone były na nią.

Cerise zaczęła rzeczowym tonem:

– Bracia Sheerile’owie przejęli dom dziadków.

W bibliotece zapadła grobowa cisza.

– Lagar pokazał mi umowę sprzedaży dworku Sene podpisaną przez ojca.

– Fałszerstwo – oświadczyła ciotka Pete stanowczo. – Gustave w życiu nie sprzedałby Sene.

Cerise przerwała jej gestem.

– Ojciec i matka zaginęli. Lagar twierdzi, że to sprawka Dłoni.

Richard pobladł.

– Luizjańscy szpiedzy? – Jego brat oderwał się od ściany.

Richard emanował chłodną godnością, Kaldar natomiast żył dla uciechy. Kaldar miał roziskrzone oczy koloru płynnego miodu, srebrne kółko w uchu i usta, które albo wypowiadały coś zabawnego, albo rozciągały się w uśmiechu, czasami zaraz po tym, jak zatopił komuś ostrze w bebechach. Richard myślał jak generał, Kaldar jak kryminalista. A ona rozpaczliwie potrzebowała po swojej stronie obu.

Kaldar pochylił się, a w jego oczach błysnęła nieprzejednana zawziętość.

– A czego, do diabła, Dłoń może chcieć od nas?

– Tego Lagar nie powiedział. Od teraz oficjalnie jesteśmy w sporze. Potrzebuję konnych. Mają pojechać z wiadomościami do wuja Petera, Emily i Antoine. Musimy ściągnąć wszystkich do Szczurowiska. Ktoś musi też powiadomić Urowa.

– Zajmę się tym – zgłosił się wuj Rufus.

– Dziękuję. – Cerise żałowała, że nie ma pojęcia, jakie słowa byłyby najodpowiedniejsze, ale cóż, musiały wystarczyć te, które przychodziły jej na myśl. No to wio. – Musimy odzyskać dom dziadków. Po pierwsze, tam ostatnio przebywali rodzice, kiedy zniknęli. Jeśli istnieją jakieś wskazówki co miejsca ich pobytu, muszą znajdować się właśnie w Sene. Po drugie, nie muszę wam przypominać, że na Moczarach najważniejsza jest reputacja. Jesteśmy tak silni, za jakich nas mają. Jeśli pozwolimy Sheerile’om wyrwać nam kawałek ziemi, równie dobrze możemy się stąd od razu zwijać.

Żadnych głosów sprzeciwu. Jak do tej pory wszystko szło dobrze.

– Kaldarze, ile czasu mamy na podważenie umowy?

Kuzyn wzruszył ramionami.

– Trzeba napisać petycję i złożyć ją w sądzie do jutrzejszego wieczora. Rozprawa zostanie wyznaczona pomiędzy dziesiątym a czternastym dniem od daty przyjęcia.

– Możesz odwlec sprawę?

– Dzień, może dwa.

Richard skrzywił wąskie usta.

– Jeśli zaczniemy załatwiać to kanałami oficjalnymi, przegramy. Żeby podważyć umowę Sheerile’ów, potrzebujemy oryginalnego dokumentu nadającego własność Sene dziadkowi. Potrzebujemy rozkazu zesłania. A nie mamy go.

Cerise przytaknęła. Dokument ten, wraz z wieloma innymi, przepadł cztery lata wcześniej w powodzi, która nieomal zmiotła magazyny. O tym też Cerise myślała, wracając do domu.

– Możemy zdobyć kopię? – zapytał jeden z młodszych chłopców.

– Nie – zaprzeczył Kaldar. – Kiedy Księstwo skazuje kogoś na zsyłkę, wyrok spisywany jest w trzech egzemplarzach. Jeden odsyła się prosto do Archiwum Królewskiego, drugi mają ze sobą szeryfowie eskortujący zesłańca i po dotarciu na Rubież oddają go Straży Granicznej, a trzeci jest wręczany skazańcowi. Straż nie kiwnie palcem, żeby znaleźć ten papier. Zresztą i tak nie dotarlibyśmy na tyle blisko, żeby ich o to poprosić. Zastrzeliliby nas, a trupy zawiesili na drzewach rosnących wzdłuż granicy.

– Każdy skazaniec ma swój wyrok? – zapytała Cerise.

– Każdy dorosły – odparł Kadar. – Do czego zmierzasz?

– Były dwa wyroki: jeden dziadka, drugi babki – przypomniał Richard. – Tego babcinego nie było wśród tutejszych dokumentów. Wiem, bo je porządkowałem. Wobec tego gdzie jest?

– Hugh – rzuciła ciotka Murid.

Cerise uniosła palec.

– No właśnie. Wuj Hugh przed przeprowadzką do Niepełni zabrał kopie notarialne wszystkich archiwaliów, dla bezpieczeństwa. Pomiędzy nimi był oryginał wyroku babci. Pamiętam to, bo mama płakała, kiedy mu go dawała.

Richard zmrużył oczy. Był najostrożniejszy z nich wszystkich, najrozsądniejszy. Był tym, który zawsze zachowywał spokój. Równie dobrze można by próbować wstrząsnąć kawałkiem granitu. Rodzina darzyła go wielkim respektem. Jeśli uda jej się przekonać Richarda, reszta też się zgodzi.

– Ale Hugh jest w Niepełni – zauważył Richard. – Ty nie możesz się tam wybrać. Nie w takiej chwili.

– Ja pójdę – zaoferował się Kaldar. – I tak to ja robię wypady do Niepełni.

– Nie. – W głosie Cerise zabrzmiała stal, aż większość zebranych zamrugała z zaskoczenia.

Erian wyraźnie chciał coś powiedzieć, lecz zmilczał.

– Dłoń zabrała... – Cerise już miała powiedzieć „moich rodziców”, ale zmitygowała się. Musiała pominąć element osobisty, inaczej rodzina uzna, że przemawia przez nią histeria. – ...Gustave’a i Genevieve z jakiegoś konkretnego powodu. Chcą czegoś od nich albo od nas. Będą nas obserwować. Dlatego właśnie musimy sprowadzić wszystkich do głównej siedziby rodu. Inaczej wyeliminują nas jednego po drugim. Podróż do Niepełni zajmuje trzy dni łódką, a i to skrótami i z dobrym rolmopsem. Osoba, która podejmie się tego zadania, ryzykuje natknięcie się na szpiegów Dłoni. – Cerise zwróciła się do Kaldara: – Jesteś łotrzykiem, nie wojownikiem. Erian to gorąca głowa, ciotka Murid nie zna drogi, Mikita nie posiada umiejętności przetrwania w takim terenie, a ty, Richardzie, nie możesz przekroczyć granicy z Niepełnią. Zabiłoby cię to. – Studiowała przez chwilę ich twarze. – Pozostaję ja. Ostatnio bywałam w Niepełni z Kaldarem, więc znam drogę, a z nas wszystkich mam największą szansę przeżyć spotkanie z Dłonią.

Richard zaczynał się wahać. Widziała niezdecydowanie w jego oczach.

– Właśnie straciliśmy Gustave’a. Jeśli coś ci się stanie, stracimy najsilniejszego błyskomiotacza bojowego.

– Wobec tego nic nie może mi się stać. Nie mamy wyboru, Richardzie. Jutro, kiedy tylko Kaldar złoży skargę i sąd wyznaczy termin rozprawy, pojadę. Jeśli ktoś ma lepszy pomysł, chętnie go wysłucham.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, a potem nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Richard milczał. Cerise popatrzyła w jego sposępniałe oczy i od razu wiedziała, że zwyciężyła.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Powstanie książki to zawsze wysiłek zbiorowy. Ta nie jest wyjątkiem. Jesteśmy głęboko wdzięczni Nancy Yost, naszej agentce, za znoszenie niezliczonych e-maili, telefonów i za bycie samotną wyspą rozsądku na naszym wzburzonym morzu szaleństwa. Jesteśmy również wdzięczni Anne Sowards za jej nieustające wsparcie i słowa zachęty. Bez was nasza książka nie ujrzałaby nigdy światła dziennego.

Chcielibyśmy podziękować następującym osobom:

Michelle Kasper, redaktorce wydania, oraz jej asystentce Andromedzie Macri za przekształcenie rękopisu w książkę i za to, że zawsze potrafiły znaleźć dodatkowy dzień lub dwa, poświęcając nam więcej czasu. Joan Matthews, adiustatorowi – wybacz zamieszanie z nazwami i ogólny stan manuskryptu; mamy nadzieję, że nie przyprawiliśmy cię o apopleksję. Victorii Vebell, rysowniczce, za piękną grafikę na okładkę. Chcielibyśmy powiesić sobie twoje dzieło na ścianie. Annette Fiore DeFex, projektantce, za wybór wspaniałej grafiki i stworzenie z niej równie wspaniałej okładki. Kristin del Rosario za świetny layout, dzięki któremu książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Kat Sherbo, asystentce redaktora, za zajmowanie się nami – następnym razem wyślemy ci coś słodkiego i coś mocniejszego, żeby ukoić twoje nerwy. Rosanne Romanello, wydawcy, która niezmordowanie promuje wszystkie nasze książki. Mamy szczęście, że możemy z tobą pracować.

Pomogło nam też wielu przyjaciół i czytelników, szczególnie – kolejność przypadkowa – Reece Notley, Chrissy Peterson, Hasna Saadani, Ericka Brooks, Beatrix Kaser i Ying Chumnongsaksarp. Chcielibyśmy również wyrazić wdzięczność Jeaniene Frost, Meljean Brook, Shiloh Walker i Jill Myles. Z przyjemnością zapłacimy rachunki telefoniczne za te długie terapeutyczne rozmowy, które z nami przeprowadzaliście.

Książki Ilony Andrews wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Magia kąsaMagia parzyMagia uderzaMagia krwawiNa krawędziKsiężyc nad Rubieżą

Ilona Andrews

To pseudonim, którego używa małżeństwo pisarzy. Ilona  jest z pochodzenia Rosjanką, Andrew służył w armii Stanów Zjednoczonych.

Wbrew powszechnemu mniemaniu Andrew nie był oficerem wywiadu z licencją na zabijanie, a Ilona nie była tajemniczą rosyjską kobietą szpiegiem, która go uwiodła. Spotkali się w szkole na zajęciach ze sztuki pisania.

Wspólnie stworzyli dwa cykle powieściowe – świetnie sprzedającą się urban fantasy o Kate Daniels i romantyczne „Na krawędzi”. Ich styl to cieszące się szaloną popularnością połączenie cech charakterystycznych fantasy, horroru oraz magii.

copyright© by Andrew Gordon and Ilona Gordon. Published by arrangement with Folio Literary Management,llc and graal Literary Agency.copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2014 copyright © for translation by Dominika Bogucka, 2014

tytuł oryginału Bayou Moon

wydanie i

isbn 978-83-7574-979-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

projekt okładki black gear Paweł Zaręba

redakcja Ewa Białołęcka

korekta Agnieszka Pawlikowska

skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtoweFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

wydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka

Okładka