Księżyc nad przylądkiem - Colleen Coble - ebook
Opis

Mama Mallory zmarła piętnaście lat temu. Mimo to ostatnie słowa wypowiedziane przez ojca tuż przed śmiercią w pośpiesznej rozmowie telefonicznej były jasne: „Znajdź… matkę”.

Poczucie wstydu i zagubienia trzymało Mallory Davis z dala od domu przez ostatnie piętnaście lat. Kiedy jednak ojciec ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, nie pozostaje jej nic innego jak wrócić na Syreni Przylądek. Dziewczyna jest przekonana, że to było morderstwo, a jej ukochany z dzieciństwa, Kevin O’Connor, będący obecnie strażnikiem łowieckim w południowo-wschodnim Maine, potwierdza te podejrzenia. Ale Kevin jest ostrożny, jeśli chodzi o angażowanie się i pomoc Mallory w jej poszukiwaniach. Już raz porzuciła go bez słowa wyjaśnienia wiele lat temu.

Gdy Mallory zaczyna dostawać pogróżki skierowane zarówno do niej, jak i do jej nastoletniej córki, Haylie, razem starają się dotrzeć do rozwiązania tej zagadki. Sprawa domniemanego morderstwa jest jednak dużo bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać… a Mallory nie może umrzeć, zanim wszystkie elementy tej układanki znajdą się na swoim miejscu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Colleen ‌Coble

Księżyc nad przylądkiem

Tom II ‌z serii Nad ‌Zatoką

Tłumaczenie Anna ‌Pliś

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Mermaid ‌Moon ‌(A Sunset ‌Cove Novel)

Autor:

Colleen ‌Coble

Tłumaczenie ‌z języka ‌angielskiego:

Anna ‌Pliś

Redakcja:

Natalia Lechoszest

Korekta:

Brygida ‌Nowak

Skład:

Alicja ‌Malinka

ISBN 978-83-65843-27-2

© ‌2016 by Colleen Coble ‌by Thomas ‌Nelson, HarperCollins ‌Christian Publishing Inc.

© ‌2017 for ‌the Polish edition ‌by Dreams Wydawnictwo

Dreams ‌Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. ‌Unii Lubelskiej 6A, 35-310 ‌Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów 2017, ‌wydanie I

Wszelkie prawa ‌zastrzeżone. Żadna ‌część tej ‌publikacji ‌nie może ‌być reprodukowana, przechowywana jako ‌źródło ‌danych, przekazywana w jakiejkolwiek ‌mechanicznej, elektronicznej lub innej ‌formie zapisu bez pisemnej ‌zgody ‌wydawcy.

Mojej rodzinie, ‌która dodaje mi skrzydeł.Kocham ‌Was!

JEDEN

Jej celem ‌był sklep ‌jubilerski „Srebrny ‌Pelikan” w Bangor, ‌w stanie Maine. Przed wejściem ‌do środka Mallory ‌Davis przybrała na twarz ‌pogodny uśmiech. To ‌miejsce emanowało ‌wręcz zapachem pieniędzy – ‌kosztownymi perfumami ‌którejś ‌z ostatnich klientek ‌i wonią luksusowego nowego dywanu. ‌W każdym innym ‌sklepie jubilerskim ‌w miasteczku ‌proponowano jej tylko przyjęcie ‌towaru ‌w komis. ‌Ona jednak potrzebowała ‌gotówki natychmiast. Wahała ‌się trochę, ‌czy powinna tu ‌przychodzić, gdyż ‌był to ‌najdroższy ‌sklep w okolicy i obawiała ‌się, że ‌kiedy ‌właściciel spojrzy na ‌jej kostium, ‌który był w modzie ‌dziesięć lat temu, ‌to od ‌razu ‌ją odeśle.

Słońce mieniło się ‌w dwudziestu elementach biżuterii ‌ze szkła morskiego, która ‌leżała teraz rozłożona na ‌szklanej witrynie. Pod spodem błyszczały brylanty i szafiry poukładane na czarnym aksamicie.

– Ta jest wykonana z białego złota zamiast standardowego srebra. Połączyłam różowy turmalin z ciemniejszym w odcieniu szkłem morskim – powiedziała Mallory, wskazując palcem na swoją ulubioną bransoletkę.

Właściciel, czterdziestoletni łysawy mężczyzna z wydatnym brzuchem, podniósł bransoletkę i przyglądał jej się uważnie.

– Wspaniałe dzieło, pani Davis. Doskonała jakość wykonania. Ten różowo-zielony księżyc z turmalinu jest wyjątkowy. I bardzo podoba mi się postać syreny na jego tle. Ile chciałaby pani za to dostać?

Uniosła podbródek, starając się przybrać na twarz wyraz pewności siebie, do której było jej jednak daleko, bo w środku czuła pełne niepokoju drżenie.

– Za tę chciałabym pięćset dolarów. Mam jeszcze pięć takich samych w teczce. A widział pan te kolczyki? – Wskazała na kolejne przedmioty. – Dzięki użyciu turmalinu są bardzo charakterystyczne dla Maine. Wyceniłam je na dwieście dolarów.

Mężczyzna skinął, odpowiadając:

– Klienci często pytają mnie o dobrej jakości wyroby z turmalinu i wiem, jak ciężko jest zaspokoić popyt na biżuterię stworzoną w Maine. – Zacisnął mocniej wąskie usta. – Wezmę wszystko, co pani ma tutaj, oraz wszystkie bransoletki z syreną. Proszę wystawić na mnie fakturę, a ja już pani wypisuję czek. Myślę, że będę zainteresowany skupowaniem wszystkiego, co pani stworzy.

Starając się, by nie pokazać po sobie euforii, zerknęła dyskretnie na zegarek. Haylie kończy szkołę za pół godziny.

– Oczywiście – odparła i wyjęła ze swojej teczki biżuterię oraz druczki na wypisanie faktury.

Miała ochotę w triumfalnym geście unieść pięść w powietrze. Zalegała już od tygodnia z ratą kredytu hipotecznego, a teraz będzie mogła zapłacić przez Internet, gdy tylko pieniądze z czeku znajdą się na jej koncie.

Przeszły ją ciarki po plecach i starała się powstrzymać, aby się nie odwrócić. Przez ostatni tydzień wciąż prześladowało ją niemiłe uczucie bycia obserwowaną i choć bardzo chciała wytłumaczyć sama sobie, że to przez stres związany z trudną sytuacją finansową, nie potrafiła się przemóc, żeby nie obejrzeć się za siebie. Jednak nie zobaczyła nic niezwykłego.

Po raz kolejny wyobraźnia płatała jej figle.

Ponownie przeniknęła ją radość, kiedy uświadomiła sobie, czego właśnie udało jej się dokonać. To był zwrot ku lepszemu życiu.

Piętnaście minut później podziękowała właścicielowi i wyszła w ponurą szarówkę wiosennego poranka. Otuliwszy się ciaśniej kołnierzem kurtki, z szerokim uśmiechem na ustach ruszyła szybko w stronę swojej niebieskiej toyoty. Wyciągnęła telefon i wybrała numer najlepszej przyjaciółki, Carol Decker.

Carol była dla Mallory oparciem, kiedy Brian zginął w wypadku awionetki dwa lata temu. Mieszkała w domu obok i pomagała odwieźć lub przywieźć Haylie, gdy Mallory musiała coś pilnie załatwić albo pracowała nad biżuterią. Miała pięćdziesiąt pięć lat, więc była o dwadzieścia lat starsza od Mallory, i nie była mężatką, ale miała w sobie wiele ciepła i była milutka jak kiciuś.

– Jak poszło? – Carol odezwała się już po pierwszym sygnale.

– Kupił wszystko, co miałam! – Przekręciła kluczyk w stacyjce i zapaliła silnik. – Muszę odebrać Haylie. Minęła chyba cała wieczność, aż w końcu wypisał na mnie czek. – Zanim włączyła się do ruchu, utkwiła wzrok w druczku opiewającym na kwotę trzech tysięcy pięciuset dolarów. – Będziemy miały co jeść w tym miesiącu. I wreszcie uda mi się spłacić zaległości na mojej hipotece.

Carol roześmiała się.

– Można by powiedzieć, że trafiłaś wilka z dużego kalibru, a potem wypchałaś go i wystawiłaś jako dekorację.

– Dobre sobie! Nie chciałabym widzieć tego potwora po raz drugi. – Mallory zatrzymała się na światłach i zauważyła, że silnik pracuje trochę nierówno. – Muszę zawieźć mojego gruchota do przeglądu. Pewnie niedługo całkiem padnie.

– Chyba masz świece do wymiany.

A teraz nawet miała na to pieniądze. Mallory spojrzała na zegarek.

– O kurczę! Naprawdę jest już druga trzydzieści? Spóźnię się!

Ruszyła pełnym gazem, gdy tylko światła się zmieniły i jechała teraz tak szybko, jak mogła. Do szkoły miała jeszcze jakieś piętnaście minut, o ile nie będzie korków.

– Haylie da sobie radę, jeśli spóźnisz się o kwadrans. Nie przejmuj się.

Carol łatwo było mówić. Ona nie miała dzieci.

– Muszę kończyć. Porozmawiamy, jak wrócę do domu.

Wrzuciła telefon z powrotem do torebki, a potem nerwowo stukała paznokciami o kierownicę, kiedy samochody stanęły na kolejnych światłach. Zegarek na desce rozdzielczej przeskoczył o kolejną minutę, zbliżając się nieuchronnie do drugiej pięćdziesiąt. Zapaliło się zielone i pognała dalej.

Dzieciaki kręciły się po podwórku przed szkołą, kiedy zaparkowała przy krawężniku. Rozglądnęła się wokoło za czerwoną kurtką Haylie.

Poczuła, jak serce jej stanęło, gdy dostrzegła swoją czternastoletnią córkę rozmawiającą z kimś w szarej furgonetce. Czyżby to był ten sam szary samochód, który widziała zaparkowany przed ich domem w zeszłym tygodniu? Była pewna, że tym razem to nie jej wyobraźnia płata figle.

Otworzyła szeroko drzwi i podbiegła do córki.

– Haylie!

Dziewczynka podniosła wzrok, a jej ciemnobrązowe oczy były wielkie z zaskoczenia. Opony furgonetki zapiszczały i samochód pospiesznie odjechał z miejsca. Mallory próbowała dostrzec kierowcę, kiedy szybko przejeżdżał obok nich, ale szyby były przyciemniane i zdołała zobaczyć jedynie kryjący się za nimi zarys sylwetki.

Złapała Haylie za ramię, wołając:

– Mówiłam ci, żebyś nigdy nie rozmawiała z nieznajomymi!

Haylie przewróciła oczami.

– On tylko pytał, czy kogoś tam znam, a ja odpowiedziałam, że nie. Wyluzuj, mamo.

Mallory zgrzytnęła zębami i zdusiła w sobie naganę, o którą aż się prosiło.

– Przecież mógł cię porwać.

Haylie zarzuciła na ramię plecak w moro.

– Dlaczego ty zawsze musisz robić ze wszystkiego aferę? – Ruszyła gniewnym krokiem w stronę ich samochodu.

Mallory westchnęła i poszła za nią. Jej córka nie miała pojęcia, jak niebezpieczny był świat, jak szybko życie może zmienić się w piekło, którego nie da się już cofnąć. Jeden błąd i wszystko może wyglądać zupełnie inaczej. Ona sama zbyt dobrze o tym wiedziała.

Odwróciła się i popatrzyła w kierunku, gdzie zniknęła furgonetka. Mogło stać się coś naprawdę złego, tylko dlatego, że się spóźniła. Musi być jeszcze bardziej czujna.

Torebka zawibrowała, więc Mallory zaczęła szperać w poszukiwaniu swojego wyciszonego telefonu. Na ekranie wyświetlało się Tata i uśmiech zniknął z jej twarzy. Od wielu lat nie układało się między nimi i setki razy żałowała, że nie może cofnąć czasu.

Haylie machnęła do niej z siedzenia pasażera i Mallory odwróciła się plecami do zniecierpliwionego wzroku córki.

– Cześć, tato. – Starała się przybrać lekki ton.

Odpowiedziała jej jedynie cisza. Czyżby w oddali dało się słyszeć odgłos silnika motorówki?

– Tato, jesteś tam? Słychać mewy, ale ciebie nie słyszę. – Do jej uszu dotarło słabe westchnięcie i palce same zacisnęły się kurczowo na telefonie. – Tato? – Czyżby miał atak serca? Przytył w tym roku jakieś dziesięć kilo, zwłaszcza w tułowiu. Tylko czekać na zawał.

Odsunęła telefon od ucha i zauważyła, że ma cztery kreski zasięgu. Czyli to nie problem z jej strony.

– Tato?

Usłyszała odgłos krztuszenia się, a potem jego drżący szept:

– Kocham cię... zawsze. Znajdź... matkę. – Rozległ się charkot, jakby chciał odchrząknąć, ale nie mógł. – Powiedz... Haylie. Kocham ją.

– Tato! – Poczuła ucisk w piersi, gdy dotarły do niej jego słowa. Musiał mieć urojenia. Przecież jej matka nie żyła od piętnastu lat. – Gdzie jesteś? Już tam jadę.

– Powinnaś była... lepiej poznać – ostatnie słowa wypowiedział ledwie słyszalnym szeptem. Potem usłyszała długie westchnięcie i coś stuknęło.

Przycisnęła telefon jeszcze mocniej do ucha, ale docierały do niej tylko odgłosy mew, plusk fal i pyrkający dźwięk silnika łodzi.

– Tato, mów do mnie!

Był na swojej łodzi, ale gdzie? Po raz kolejny zawołała go i czekała. Nic. Może upadł? Może ten huk to był odgłos telefonu upadającego na pokład. Nie chciała kończyć, póki jeszcze miała połączenie. Jak mogłaby go odnaleźć?

Chwila, przecież miała aplikację do śledzenia rodziny. Dla zabawy połączyła kiedyś telefony swój i taty. Wciąż się nie rozłączając, uruchomiła apkę i zlokalizowała jego telefon. Był nieopodal Folly Shoals. Pewnie rozwoził pocztę.

Wróciła do widoku rozmowy.

– Tato?

Dotarł do niej odgłos kończący połączenie. Wtedy nagle przypomniał jej się numer i Mallory wystukała go, a potem odeszła kawałek od samochodu, tak żeby Haylie nie mogła usłyszeć, co się dzieje.

Po dwóch sygnałach usłyszała niski męski głos:

– Strażnik O’Connor, słucham?

Serce ścisnęło się jej na ten znajomy głos. Czyżby naprawdę zadzwoniła właśnie do Kevina O’Connora?

– Kevin, tu Mallory. Tata ma kłopoty. Czy mógłbyś sprawdzić, co z nim?

Wyczuła lekkie wahanie.

– Mallory?

Rezerwa w jego głosie mówiła jej wszystko na temat jego uczuć.

– Pospiesz się, Kevin. T-to brzmiało tak, jakby umierał. – Podała mu współrzędne.

– Oddzwonię do ciebie.

– Będę za dwie godziny. Już ruszam. – Rozłączyła się i ponownie próbowała dodzwonić się do taty.

Niestety, bezskutecznie.

Claire Dellamare wystawiła twarz na wiatr, pozwalając, by podmuch bawił się jej włosami. Wdychała lekko słony zapach morza. Luke Rocco wyłączył silnik łodzi i wyrzucił kotwicę za burtę. Skaliste granie Syreniego Przylądka, zachodniego cypla na wyspie Folly Shoals, wznosiły się po ich lewej stronie i osłaniały trochę od oślepiającego słońca. Mogła teraz dostrzec blachę na dachu Breakwater Cottage, domu Edmunda Blancharda. Był on znaną postacią tu na południu, gdyż rozwoził pocztę drogą morską.

Odwróciła się, uśmiechając się w stronę Luke’a.

– Dlaczego się tu zatrzymaliśmy? Myślałam, że mieliśmy sprawdzić zagrodę dla orki.

Luke niezmiennie wyglądał tak zachwycająco, że patrząc na niego, czuła dreszcze. Jego prawie całkiem czarne włosy i ciemnobrązowe oczy sprawiały, że mógłby uchodzić za pirata z dawnych czasów. Ten dzień, gdy spotkała go na plaży sześć miesięcy temu, był jednym z jej szczęśliwszych dni i jego miłość była dla niej Bożym darem.

– Zgadza się. Ale jest jeszcze coś, o czym najpierw chciałbym z tobą porozmawiać.

Poczuła w żołądku nieznośny ucisk na widok jego posępnej miny.

– Walker? – zapytała.

Mężczyzna wstał ze swojego miejsca za sterami.

– Nie, z tatą wszystko w porządku. Przyjął do wiadomości, że sprzedaję farmę żurawinową dużo lepiej, niż się spodziewałem. Myślę, że też już jest zmęczony tą walką i wie, że nie dam rady pogodzić prowadzenia farmy z moimi obowiązkami w Straży Przybrzeżnej. Teraz ma co innego na głowie. – Przez jego twarz przemknął blady uśmiech. – Na przykład chodzenie na tańce z Dixie.

Claire nie mogła powstrzymać śmiechu. Walker umawiający się na randki po tylu latach bycia wdowcem to niezły widok. Był jak nastolatek.

– Przeraziłeś mnie przed chwilą. W takim razie, co się stało? Masz taką poważną minę.

Sięgnął do kieszeni i wyciągnął pudełeczko.

– To bardzo doniosła chwila.

„Pudełko z pierścionkiem” – przemknęło jej przez myśl.

Coś ścisnęło ją w gardle, a serce zaczęło jej szybko walić, kiedy on przyklęknął na jedno kolano. „To się właśnie dzieje. Dokładnie teraz” – myślała. Nie była w stanie wziąć oddechu, gdy wpatrywała się w jego przystojną twarz i te oczy, które tak bardzo kochała.

Otworzył małe aksamitne pudełeczko i w jasnym słońcu Maine zajaśniał pierścionek w kształcie markizy wysadzany brylantami i turmalinem.

– Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez ciebie, Claire. Czy wyjdziesz za mnie? Nawet nie umiem wyrazić, jak bardzo cię kocham.

Czuła ucisk w gardle i oczy zaszły jej mgłą. Przeszli razem tak wiele. Wydarzyło się tyle rzeczy, które mogły ich rozdzielić, a jednak połączyły.

– Ja... ja też cię kocham. Oczywiście, że wyjdę za ciebie. Dzisiaj, jutro, kiedy tylko chcesz.

Wstał i wsunął jej pierścionek na palec. Zarzuciła mu ręce na szyję i ich usta złączyły się. To był najsłodszy pocałunek – pełen ciepła, namiętności, obietnicy i oddania. Zamknęła oczy i przylgnęła do niego. Jeśli ich nie otworzy, może uda się sprawić, by ten moment trwał wiecznie. Czuła, jakby oboje odnaleźli jakiś ukryty skarb.

Gdy Luke przerwał pocałunek, mruknęła w proteście i starała się przyciągnąć z powrotem jego usta. Ale jego pełne zaskoczenia chrząknięcie sprawiło, że uniosła powieki.

– Co się stało?

Marszcząc czoło, patrzył w stronę mola przy falochronie.

– To łódź Edmunda. Wydaje się, jakby dryfowała. I właśnie podpływa do niej strażnik łowiecki. Chyba coś tam się stało. Powinienem zobaczyć, czy mogę jakoś pomóc Kevinowi. – Jego radio rozbrzmiało teraz wezwaniem o pomoc Straży Przybrzeżnej. – To głos Kevina.

Łódź kołysała się na falach jakieś półtora kilometra od Syreniego Przylądka. I nie było widać ani śladu Edmunda.

– Pomóżmy im – odparła.

DWA

Łódź Edmunda unosiła się bez celu na lekko wzburzonych falach, coraz bardziej zbliżając się do skalistego wybrzeża Folly Shoals. Kevin sprawdził wskazania GPS-a na pulpicie i zmniejszył obroty silnika. Zrobił zwrot i zatrzymał się przy boku niebiesko-białej łodzi pocztowej. Telefon od Mallory wzbudził jego niepokój i teraz głośne przekrzykiwanie się rybitw ponad nim tylko pogarszało sprawę.

Wyrzucił kotwicę za burtę i połączył liną obie łodzie, a potem przeszedł na pokład łodzi pocztowej.

– Panie Edmundzie? – Ruszył w stronę mostka, obok miejsca, gdzie Edmund trzymał ładunek, który miał dostarczyć na Folly Shoals. Na pokładzie panował bezruch, tak jakby łódź wstrzymała oddech razem z nim. Bzdurne wymysły, ale nie potrafił się otrząsnąć z uczucia lęku, które ściskało jego żołądek, przypominając mu w niemiły sposób o zupie z homara, którą jadł na lunch.

Zawołał donośniej, by przekrzyczeć wiatr świszczący za oknami.

– Panie Edmundzie, tu strażnik Kevin O’Connor.

Czuł się dziwnie, przedstawiając się jako strażnik łowiecki zamiast po prostu po imieniu. Podziwiał ojca Mallory, od kiedy sięgał pamięcią. Wszyscy w okolicy znali Edmunda. Jako poławiacz homarów pochodzący z rodziny pracującej na tych wodach od początku XIX wieku, Edmund był jednym z tych ludzi, którzy zdołali już więcej zapomnieć na temat morza, niż większość ludzi w ogóle kiedykolwiek się dowiedziała. Porzucił połowy po tym, gdy zmarła jego żona, i zamiast tego przesiadł się na łódź pocztową.

Ostra metaliczna woń mieszała się z zapachem morza i wodorostów. Oprócz tego wyczuwało się też delikatny, słodki aromat perfum. Kevin zwolnił kroku, gdy poczuł zapach krwi. Zacisnął dłonie w pięści i pochylił się, by wejść przez drzwi na mostek kapitański.

Najpierw dostrzegł but Edmunda. Następnie wyciągniętą rękę, a na końcu głowę leżącą w kałuży krwi. Zrobił krok ponad mapą rzuconą na ziemi, a potem uklęknął i dotknął szyi starszego mężczyzny, starając się odnaleźć puls. Żadnych oznak życia. Ciało Edmunda było zimne.

Kevin przełknął z trudem i wrócił na swoją łódź, by wezwać Straż Przybrzeżną. Edmund także posiadał radio na „Syrenie”, lecz Kevin nie chciał zostawiać śladów. Krwawiąca rana na głowie mogła być wynikiem upadku, ale ponieważ śledztwo się nie zakończyło, nie chciał, by ktoś oskarżył go o niszczenie śladów na miejscu zbrodni. Gdy tylko zgłosił, co odkrył, natychmiast zadzwonił do szeryfa i policji stanowej.

Telefon niespodziewanie się rozdzwonił, grając piosenkę Gartha Brooksa The River. Mallory. Wzdrygnął się, gdyż nie miał ochoty przekazywać jej tych tragicznych wieści, ale czuł się w obowiązku. A może coś ścisnęło jego serce na sam widok jej imienia.

Wziął głęboki wdech i odebrał telefon.

– Strażnik O’Connor.

– Kevin? – Głos Mallory drżał z przerażenia. – Znalazłeś tatę?

Odwrócił się i wpatrywał w klif wznoszący się ku dryfującym chmurom. Zauważył orle gniazdo i zdołał doliczyć się czterech małych łepków, wciąż zastanawiając się, co powinien odpowiedzieć. Lepiej, żeby powiedział to szczerze czy raczej starał się ją jakoś zbyć?

Nie umiałby jej okłamać.

– Znalazłem go, Mallory. Przykro mi, ale nic już nie mogłem zrobić.

Słysząc jej zduszony płacz, zacisnął wolną rękę w pięść. Oddałby wszystko, by oszczędzić jej tego cierpienia. Teraz już straciła oboje rodziców, a on wciąż przejmował się tym, co ją spotykało, mimo że nie widział jej od piętnastu lat. Ciche łkanie wibrowało w jego uchu i czekał, aż płacz nieco ustanie.

– Chłopaki ze stanowej są już w drodze, tak samo szeryf. Straż Przybrzeżna dotrze tu lada moment.

– Co się stało? Cz-czy to zawał?

– Jeszcze nie wiadomo. – Reszta szczegółów mogła poczekać, aż się zobaczą. Nie musiała od razu wiedzieć o krwi. – Kiedy zawijasz do portu?

– Za jakąś godzinę. Jesteś jeszcze z nim?

– Tak.

– Dobrze. Będę tak szybko, jak tylko się da. Dokąd go zabiorą?

Parę orek przepłynęło koło łodzi i obserwował, jak kierują się w stronę Sunset Bay. Choć bardzo tego nie chciał, musiał powiedzieć to jasno.

– Pewnie do prosektorium.

Stłumiła okrzyk i zapytała:

– Będą przeprowadzać sekcję zwłok? Jakie są do tego podstawy? Nie wydaje ci się, że to był po prostu zawał serca?

– Miał ranę na głowie. Być może powstała w wyniku upadku, ale będzie to musiał stwierdzić koroner.

– Upadku?

Po drugiej stronie zaległa cisza, aż odsunął na chwilę telefon od ucha, żeby sprawdzić, czy nie przerwało połączenia. Często brakowało zasięgu w tej okolicy.

– Mallory?

– Jestem, jestem... tylko się zastanawiam. Tata powiedział coś dziwnego, kiedy do mnie zadzwonił. Kazał mi znaleźć mamę. Pomyślałam sobie, że ma jakieś urojenia, bo przecież mama nie żyje. Ale co, jeśli próbował mi przekazać, że zraniła go jakaś kobieta?

– Nadinterpretujesz, Mallory. Dlaczego miałby wspominać twoją mamę, skoro to nie byłoby możliwe?

– Może coś mu się pomieszało i źle się wyraził.

– Poczekajmy, to zobaczymy, co powie koroner. W każdym razie bardzo mi przykro, Mal. – Dawne zdrobnienie, którym ją określał, wymsknęło mu się z ust, zanim zdołał się powstrzymać. Odchrząknął. – Znaczy, rozumiem, jakie to będzie trudne dla ciebie i dla Haylie. Czy ona przyjeżdża z tobą?

– Jeszcze nie teraz. Zostawiłam ją z moją przyjaciółką. Carol przywiezie ją w ciągu paru najbliższych dni. – Słowa Mallory zmieniły się w płacz. – Na po... pogrzeb zapewne.

– Chciałabyś, abym kogoś jeszcze poinformował? – Z tego, co wiedział, Edmund miał siostrę, Blanche, która mieszkała niedaleko od Bucksport. Ona i Edmund nie trzymali się blisko, o ile dobrze pamiętał.

– Nie, dziękuję. Sama zadzwonię do cioci Blanche. Czy... czy możemy się spotkać u taty? Nie wiem, czy będę umiała sama tam pojechać.

– Ależ tak, oczywiście. Wyślij mi esemesa albo zadzwoń, jak dojedziesz na Folly Shoals. Spotkamy się koło promu. – Rozłączył się, kiedy usłyszał dźwięk nadpływającej łodzi. Może do czasu, gdy Mallory dotrze tutaj, on uzyska już jakieś wyjaśnienia.

Odwróciwszy się, rozpoznał Luke’a Rocco i jego dziewczynę, a zarazem swoją kuzynkę, Claire Dellamare. Uniósł dłoń, a potem podszedł, by pomóc Luke’owi przymocować jego łódź.

Forda Explorera należącego do Carol wypełniała mocna woń pizzy pepperoni na wynos leżącej na tylnym siedzeniu. Trudno jej było skupić się na gadaninie Haylie, która siedziała na miejscu pasażera. Kiedy Mallory zadzwoniła ze złymi wiadomościami i poprosiła, żeby przyjaciółka odebrała jej córkę, zastrzegła, aby nic nie mówić Haylie. Carol nie uważała, by trzymanie przed wnuczką w tajemnicy śmierci dziadka było właściwe. To biedne dziecko kochało go. To był jedyny mężczyzna w jej życiu, choć nie widywała się z nim na tyle często, jak to wydawałoby się Carol słuszne. Szkoda, że ten człowiek nie potrafił zapomnieć o przeszłości.

– Może tak być?

Słowa Haylie w końcu przedarły się przez zasłonę mgły spowijającą umysł Carol.

– Co może być?

Haylie westchnęła głośno.

– Żebym zaprosiła dziś na noc kilka koleżanek? Jest piątek.

– Och, kochanie. Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł akurat dzisiaj, kiedy twoja mama wyjechała. Musimy się spakować i dołączyć do niej na Folly Shoals.

– Ale przegapię jutrzejsze przyjęcie urodzinowe Alishy! Już mnie zapraszała, nie mogę tego opuścić!

Czternastolatka idąca na osiemnastkę. Carol zerknęła na zdeterminowany wyraz twarzy Haylie. Kiedy to te dzieciaki tak szybko dorastają? Mallory przez cały czas miała ręce pełne roboty. Jeszcze dwa lata temu Haylie przejmowała się tylko tym, co pomyśli jej mama. Skończyła się podstawówka i nagle jedynymi liczącymi się osobami stała się grupa pięciu przyjaciółek z sekcji pływackiej, które miały więcej pieniędzy niż rozumu. Gdyby nie dziadek, Haylie nie chodziłaby na te kosztowne lekcje pływania. Czy ta dziewczyna zdawała sobie sprawę, jak ciężko jej matce było wiązać koniec z końcem?

Carol wprowadziła samochód na podjazd małego domku Mallory na końcu ślepej uliczki.

– Będziesz musiała porozmawiać z mamą.

– Mogę pożyczyć twoją komórkę?

Carol podała jej telefon i chwyciła pudełko pizzy z tylnego siedzenia.

– Tylko nie za długo. Pizza wystygnie.

Ale Haylie siedziała już z głową spuszczoną nad ekranem, wystukując palcami tekst wiadomości.

– Zaraz będę.

Potrząsając głową, Carol wysiadła, wrzuciła kluczyki do kieszeni i podeszła do drzwi wejściowych. Kiedy otworzyła dom i weszła do środka, usłyszała jakiś szelest, jakby poślizg tenisówki na płytkach. Czyżby ktoś tutaj był? A może to tylko jej wyobraźnia? Zatrzymała się i wytężyła słuch, starając się zignorować odgłos przyspieszonego bicia swojego serca. Jest. Znowu to samo, a potem trzask zwolnionej sprężyny.

– Halo? – zawołała drżącym głosem.

Nie powinna tu zostawać. Pudełko z pizzą wysunęło się z jej drżących ze zdenerwowania dłoni i szybko obróciła się w kierunku drzwi. Dostrzegła jakiś ruch i mężczyzna w kominiarce wyskoczył z kuchni w jej stronę.

Zrobiła gwałtowny wdech, próbując dosięgnąć klamki, ale napastnik chwycił ją za ramię i obrócił twarzą do siebie, a potem rzucił:

– Ty nie jesteś ta Davis. Gdzie ona jest?

„Myśl!” – przykazała sama sobie. Wsunęła dłoń do kieszeni płaszcza.

– Nie ma jej tu.

– Nie żartuj, ale z ciebie Sherlock. – Jego palce jeszcze mocniej zacisnęły się na jej ramieniu. – Gdzie ona jest?

Zamiast pokrętnie coś tłumaczyć, Carol z całej siły wbiła mu klucz w rękę. W jednej chwili jego uścisk rozluźnił się. Kobieta szybko wyrwała się i skoczyła do wyjścia. Wybiegła z domu, krzycząc na całe gardło.

Sąsiad mieszkający tuż obok przejeżdżał akurat swoim pick-upem. Zahamował z piskiem opon i przybiegł do niej.

– Carol, co się stało?

Wskazała dłonią na dom.

– Włamywacz. Złapał mnie – wyrzuciła z siebie głosem, który drżał jak ona cała w środku.

– Wsiadaj do auta i zamknij się. Wezwij policję. – Wyciągnął nóż z pochwy w bucie, otworzył drzwi i wszedł do środka.

Carol pędem ruszyła do samochodu i praktycznie wskoczyła do środka. Pozamykała wszystkie drzwi i wyszarpnęła Haylie telefon z rąk.

– Hej! – Dziewczynka próbowała go odzyskać.

Odwracając się plecami do nadąsanej nastolatki, Carol zadzwoniła na numer alarmowy i zgłosiła włamanie.

– Tak, nie będę się rozłączać aż do przyjazdu funkcjonariuszy.

Haylie wciąż jeszcze patrzyła na Carol wielkimi oczami, gdy ta odwróciła się z powrotem w jej stronę.

Sąsiad wyszedł z domu, potrząsając przecząco głową.

– Tylne drzwi są szeroko otwarte, a w środku nikogo nie ma.

Radiowóz policyjny z rykiem syren mknął ulicą w ich stronę i zaraz potem zatrzymał się przed wejściem. Dwóch policjantów podeszło do auta Carol. Wciąż jeszcze rozedrgana kobieta wysiadła z samochodu. Opowiedziała im o wszystkim, co widziała, ale nie potrafiła opisać nic ponad to, że ten człowiek miał jakieś sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i szerokie ramiona. Sprawdzili też dom pod względem odcisków palców, ale nic nie znaleźli.

Zaraz potem dołączył do nich młodszy funkcjonariusz o pełnych życzliwości niebieskich oczach.

– Myślę, że nie powinna tu pani zostawać. Zamek w tylnych drzwiach jest wyłamany. Poczekamy jeszcze chwilę, żeby miała pani czas się spakować.

Minęło już pierwsze przerażenie i teraz do Carol zaczęły docierać słowa włamywacza. Szukał Mallory. To nie było zwykłe włamanie. Przekazała policjantowi, co mówił mężczyzna.

– Chyba powinnam zabrać Haylie na Folly Shoals do jej matki. Spakuję jej parę rzeczy.

Czuła się o wiele pewniej, mając u boku policjanta. Szybko upchnęła do torby jakieś ubrania dziewczynki. Nie było czasu do stracenia. Mallory musiała wiedzieć, co się tu działo.

TRZY

Mallory stała na dziobie promu płynącego z Summer Harbor i przyglądała się budynkom rozsianym na zboczu wzgórza wyspy Folly Shoals. Niewiele się tu zmieniło od tych piętnastu lat, gdy jej nie było, ale czuła się, jakby widziała to miejsce po raz pierwszy. Kolorowe boje rozwieszone na gankach i przed domami stanowiły niecodzienne ozdoby ogrodowe. Pastelowe odcienie elewacji mieszały się z czerwienią stodół, tworząc uroczą mozaikę, dodatkowo pięknie podkreśloną przez ciepłe popołudniowe promienie słońca. Z morza nie widać było łuszczącej się farby i przeciekających okien, które z pewnością były zmorą tych starych zabudowań.

Przeróżnej wielkości łodzie kołysały się w zatoce Sunset Cove, która zakręcała w stronę miasta. Tuż za nią rozciągało się miasteczko, obejmując drzewa i skaliste wzniesienia morskich klifów. Podniszczony szary port był wysunięty na tle niebieskiej wody, a po jego prawej stronie majaczył czerwony bar rybny. Kamienne mury i wielodzielne okna hotelu Tourmaline, ogromnego niczym potężny maszt olbrzymiego statku, górowały ponad zatoką.

Wkrótce mieli wpłynąć do portu. Ruszyła pędem z powrotem do samochodu i przygotowała się do zjazdu z promu. Kevin powinien tu wkrótce przypłynąć swoją łodzią, by przewieźć ją do domu. Mogłaby pojechać tam autem, ale kręta żwirowa droga do Breakwater Cottage była za długa.

Gdy tylko prom zawinął do portu, zaparkowała na miejscu parkingowym i wysiadła, żeby przespacerować się wzdłuż nabrzeża, na którym czekały już na gości lokalik z homarami i budka z kanapkami. W wolnym czasie chciała zobaczyć też hotel, ale teraz bała się, że minie się z Kevinem. Było już po piątej i większość sklepików była pozamykana. Mimo to zatrzymała się przed niektórymi z witryn, żeby zajrzeć do środka. Odnotowała w pamięci lokalizację sklepu jubilerskiego. Może byliby zainteresowani jej pracami.

– Mallory. – Zza jej pleców dobiegł męski głos.

Luke Rocco szedł w jej stronę, prowadząc pod ramię piękną kobietę. Uczęszczał razem z Mallory i Kevinem do tej samej szkoły i był jej wiernym sprzymierzeńcem w najgorszym okresie życia.

– Luke! – Podeszła, żeby się z nim przywitać, a on chwycił ją w niedźwiedzim uścisku.

– Tak mi przykro z powodu twojego taty. – Pachniał morzem i wiatrem oraz miłą dla powonienia nutką wody kolońskiej.

Odwzajemniła uścisk i uniosła policzek, przyjmując jego powitalny pocałunek.

– Już dotarły do ciebie wieści?

– Byłem na miejscu. Claire i ja byliśmy właśnie na morzu, kiedy przybył Kevin. Wiesz, należę do Straży Przybrzeżnej, więc podpłynąłem, żeby zobaczyć, czy będę mógł jakoś pomóc.

W jego głosie wybrzmiewało tyle współczucia, że oczy same zaszły jej łzami.

– Dziękuję. Wciąż jeszcze to do mnie nie dociera. – Zrobiła krok w tył, wycofując się z jego ramion, żeby jego dziewczyna nie czuła się urażona. – Mam się tu spotkać z Kevinem. Widziałeś go może?

Luke zaprzeczył ruchem głowy i wysunął piękną blondynkę w przód. Kobieta przypominała Mallory kogoś... Kate, tak, przypominała jej Kate Mason.

– To Claire Dellamare, moja narzeczona. Dokładnie od tego popołudnia. – Błysnął białymi zębami w uśmiechu, który rozjaśniał jego opalone oblicze. – Właśnie się oświadczałem, kiedy zobaczyliśmy Kevina.

– Gratulacje! Masz szczęście, Luke to wspaniały facet. – Mallory od razu polubiła tę kobietę. Może to przez jej duże niebieskie oczy i wyraz uwielbienia na twarzy, gdy patrzyła na Luke’a.

– Też tak myślę. Wiele słyszałam o tobie od Luke’a. Na przykład to, jak wariacko huśtaliście się na linach nad skałami albo chodziliście nocą łowić stynki. – Jej uśmiechnięte oczy przygasły nieco. – Bardzo mi przykro ze względu na twojego tatę. Czy moglibyśmy jakoś pomóc? – Podniosła trzymaną w ręce reklamówkę. – Słyszałam, że przyjechałaś tu i nawet nie zdążyłaś się spakować, więc przyniosłam ci trochę najpotrzebniejszych kosmetyków.

– To miło z twojej strony. – Mallory ujęła w dłoń plastikową torbę. – Nie wzięłam nawet szczoteczki do zębów.

– Przygotowałam szczoteczkę do zębów, pastę, dezodorant, szampon, odżywkę do włosów i mydło. I jeszcze parę innych kobiecych niezbędników. Mam nadzieję, że będą ci odpowiadać.

– Świetnie. Dziękuję ci ogromnie.

Nagle poczuła, że zmroziło ją od środka, gdy tylko zobaczyła Kevina idącego w jej stronę. Nie zmienił się ani trochę. Te same wyprostowane ramiona, uniesiona głowa i pewny krok, które tak szybko pomogły zmniejszyć dystans między nimi. Jego pełne ciepła, brązowe oczy przypominały kolorem czekoladę z karmelem, a gęste, ciemne włosy połyskiwały złotymi odblaskami w świetle słońca. Ze swoim metr dziewięćdziesiąt wzrostu przewyższał większość mężczyzn.

Ani na chwilę nie spuszczał z niej wzroku. Uniósł dłoń w geście powitania. Potem stanął przed nimi i wetknął ręce w kieszenie, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.

– Mallory, dobrze cię widzieć.

To oficjalne powitanie wbiło się boleśnie w jej serce jak haczyk na ryby. Dobrze pamiętała ten koszmarny dzień, kiedy widzieli się po raz ostatni. Nie rozmawiali od tamtego czasu, aż do chwili, gdy zadzwoniła do niego z prośbą o pomoc. Podejrzewała zatem, że wciąż jej nie wybaczył.

Mallory wychyliła się na dziobie łodzi Kevina, wystawiając się na słony morski wiatr i wpatrywała się w znajdującą się coraz bliżej nich chatkę, która była domem Blanchardów od pięciu wieków. Czyżby to naprawdę było piętnaście lat temu, gdy po raz ostatni widziała ten dwukondygnacyjny budynek oraz zatoczkę, w której uczyła się pływać? Przenikało ją zimno i nie było to tylko z powodu rześkiej wiosennej bryzy, która ją owiewała.

Teraz została jedynie ona i ciocia Blanche, która nigdy nie miała dzieci, więc nawet nie było kuzynostwa, z którym mogłaby współdzielić żal. Jej wzrok powędrował z powrotem w kierunku domu, gdzie dorastała.

Breakwater Cottage znajdował się na Syrenim Przylądku. Kamienny falochron otaczał łukiem cypel, dzięki czemu przystań była spokojnym miejscem. Zniszczony gont wytrzymał niezliczone podmuchy północno-wschodnich wiatrów, a stuletni blaszany dach był tak samo solidny jak tego dnia, gdy go kładziono.

Kevin skierował łódź w stronę nadbrzeża. Mallory usilnie starała się na niego nie patrzeć. Cała ta sytuacja sprawiała, że czuła się bardzo niekomfortowo, ale to była jej własna wina. Popełniła błąd, że zadzwoniła do niego, gdy wpadła w panikę, lecz nie dało się tego teraz cofnąć. To miło z jego strony, że zgodził się z nią zobaczyć na Folly Shoals.

Wyskoczyła z łodzi, żeby ją przywiązać, zanim zdążyłby zaproponować pomoc, a potem wspięła się skalistym zboczem w stronę domu. Pułapki do łowienia homarów obrośnięte skorupiakami leżały w stosie na południowo-zachodnim krańcu podwórka, a obok nich stała odwrócona do góry dnem łódź, którą jej ojciec naprawiał.

Poczuła w gardle nieznośny ucisk, gdy uświadomiła sobie, że wypatruje taty wychodzącego z domu. Już nie zobaczy jego uśmiechu. Cierpienie nieomalże całkowicie ją przygniotło i musiała przystanąć, by wziąć oddech.

Już nigdy nie zdoła sprawić, by był z niej dumny. Nigdy nie zmyje z siebie śladu hańby.

Kevin dotknął jej ramienia, a ona spojrzała na niego. Jego potężna sylwetka w zielonym mundurze strażnika łowieckiego dominowała nad jej niewielkim wzrostem. Był tak dobrze zbudowany, że nie dziwiło, iż zwracał na siebie niejedno kobiece spojrzenie. Patrzył teraz na nią, a jego oczy były pełne troski. Wiatr zwiał na jego szerokie czoło ciemnobrązowy kosmyk. Stał zbyt blisko niej, by mogła zachowywać się swobodnie.

Czuła mrowienie w miejscu, gdzie jego palce dotykały jej skóry, więc cofnęła się pospiesznie.

– W porządku. Po prostu wszystko znów uderzyło we mnie z całą mocą – powiedziała i ruszyła w stronę głównego wejścia.

Jej ojciec nigdy nie zamykał domu, więc bez problemu otworzyła podniszczone czerwone drzwi. Dobrze znajomy zapach tytoniu dotarł do jej nozdrzy, gdy weszła do przedpokoju. Tak dawno jej tu nie było, zbyt dawno. Bladożółte ściany były trochę bardziej popękane. Weszła do salonu. Kanapa w kratkę, którą jej rodzice kupili w latach siedemdziesiątych, wciąż stała na swoim miejscu na lewo od kominka. Jej wzrok spoczął na zielonym skórzanym fotelu ustawionym na wprost paleniska. Wgniecenie po sylwetce ojca było nadal widoczne na wyściółce i musiała powstrzymać pierwszy odruch, żeby nie dotknąć tego śladu na siedzeniu.

Nagle zadzwonił telefon Kevina i Mallory aż podskoczyła. Słuchała, jak rozmawia z kimś półsłówkami. Czy to był koroner? Zagryzła wargę i złożyła dłonie. Musiała się dowiedzieć, co takiego się dzisiaj wydarzyło. Naciskała na Kevina, by wydobyć od niego jakieś informacje, gdy tylko go zobaczyła, ale nie był zbyt chętny, by wyjawić coś więcej ponad to, co usłyszała od szeryfa.

Powinna była uprzeć się, żeby zabrał ją na miejsce, gdzie znalazł zwłoki ojca.

Kevin zakończył rozmowę i włożył telefon z powrotem do kieszeni swojej spłowiałozielonej kurtki.

– Dzwonił szeryf Colton. Twierdzi, że w łódź prawdopodobnie uderzyła martwa fala, a twój ojciec upadł i uderzył się w głowę.

Zmierzyła wzrokiem jego zaciśnięte usta i napięte mięśnie szczęki.

– Ukrywasz coś przede mną, Kevin?

W jego oczach mignęło niezdecydowanie.

– Zastanawiam się wciąż, dlaczego poczułem się tak nieswojo na tamtej łodzi. Coś tam nie pasowało. Radio było wyłączone. Edmund nigdy nie wyłączał radia. Czułem też w powietrzu zapach perfum, kobiecych perfum. Na podłodze leżała jego mapa, a przecież on zawsze był bardzo staranny, jeśli chodzi o mapy i wyposażenie. Odniosłem wrażenie, że łódź była... splądrowana, choć to chyba zbyt mocne określenie.

Mallory wstrzymała oddech.

– Myślisz, że z kimś walczył? Może napastnik uderzył go w głowę? Powiedziałeś to szeryfowi?

Potrząsnął przecząco głową.

– Hola, powoli. To tylko takie przeczucie, żaden dowód, który mógłbym wskazać. Co miałbym powiedzieć szeryfowi Coltonowi? Może: „Hej, zauważyłeś, jak wszystko było tam porozrzucane?”.

– Ale on uważa, że to był wypadek. A co, jeśli nie? Tata powiedział, żebym odszukała moją matkę. Co jeśli dlatego właśnie czułeś zapach kobiecych perfum? Może pomieszało mu się, bo umierał, ale to, że wspomniał moją mamę musiało coś znaczyć.

– Być może – odparł, chociaż nie wyglądał na zbyt przekonanego.

Wetknęła ręce w kieszenie kurtki i odwróciła się do niego plecami. Jeśli on jej nie pomoże, dojdzie do tego sama.

– Chcę zobaczyć łódź.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł.

Współczucie w jego głosie sprawiło, że zapiekło ją pod powiekami i zaczęła gwałtownie mrugać, by nie dopuścić do siebie łez. Nie było teraz na to czasu, jeszcze nie.

– Zamierzam i tak ją zobaczyć, niezależnie od tego, co masz do powiedzenia w tej kwestii.

Usłyszała za plecami jego ciężkie westchnięcie.

– Zabiorę cię tam. Ale szeryf najprawdopodobniej nie udostępni jej wcześniej niż jutro. Przyjadę po ciebie o dziewiątej.

Stanęła przodem do niego.

– Dziękuję. Muszę się dowiedzieć, co się wydarzyło.

– Ja też chciałbym to wiedzieć na pewno. Ale nastaw się odpowiednio, Mallory. To nie jest zbyt miły widok.

– Wiem. – Nie mogła teraz o tym myśleć. – Odprowadzę cię. Dziękuję, że przyjechałeś po mnie na Folly Shoals.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Nadal uważam cię za przyjaciółkę, pomimo... – Zamrugał, a potem odwrócił się w stronę drzwi. – Do zobaczenia jutro. Przypłynę po ciebie i będziesz mogła przyjechać tu autem za dnia.

Wystawne wnętrze hotelu Tourmaline sprawiło, że Julia Carver nieomalże urosła jeszcze wyżej w swoich szpilkach na pięciocentymetrowym obcasie. To był taki rodzaj hotelu, który kochała – ekskluzywny i luksusowy. Wszędzie, gdzie tylko spojrzała, widziała ślady turmalinu, od którego hotel wziął swoją nazwę – poczynając od jasnoróżowych ścian, po turmalinowe zdobienia w marmurowych posadzkach. Bardzo szybko przemierzyła szerokie korytarze i stanęła przed szklanymi drzwiami oznaczonymi tabliczką „Boyce Masters, dyrektor generalny”. Zobaczyła pusty pokój, w którym znajdowało się kilka krzeseł ustawionych rzędem pod bladoróżowymi ścianami. Zacisnęła palce wokół wypolerowanej miedzianej gałki u drzwi i zaczęła już ją przekręcać, gdy zza pleców dobiegł ją niski głos:

– Pani musi być panią Carver. Jestem Boyce Masters.

Stanęła na wprost niego. Miał jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu i górował nad jej skromnym metrem pięćdziesiąt osiem. Jego brązowe włosy poznaczone były lekką siwizną w okolicy skroni. Zerknęła na szerokie barki i ramiona mężczyzny, obstawiając w myślach, że zapewne codziennie ćwiczy w hotelowej siłowni.

– Julia Carver, panie Masters. Miło pana poznać – przedstawiła się, wyciągając w jego kierunku dłoń.

Uścisnął ją, a jego ręka była chłodna i sucha.

– Tędy, proszę. – Przeszedł obok niej i przytrzymał drzwi otwarte.

W pomieszczeniu unosił się delikatny, świeży zapach płynu po goleniu oraz woń tonera kserokopiarki. Podążała za nim, przechodząc przez kolejne drzwi do przestronnego pokoju. Na ścianie rozciągał się rząd potężnych okien wychodzących na skaliste wybrzeże Maine gęsto porośnięte drzewami.

Wskazał na jedno z krzeseł ustawionych naprzeciw biurka.

– Proszę usiąść. – Wysunął dla siebie czarny skórzany fotel i zajął w nim miejsce. – Co mogę dla pani zrobić?

– Jest poza sezonem, a ja potrzebuję pokoju na co najmniej trzy tygodnie, nie więcej niż pięć. Zastanawiałam się, czy udałoby nam się dojść do porozumienia, jeśli chodzi o cenę.

Uniósł ze zdziwieniem brew.

– Trzy tygodnie? To byłoby do połowy maja... Myślę, że moglibyśmy przydzielić pani pokój na taki czas. Nie będzie to jakiś największy lub też najbardziej luksusowy z naszych pokoi, ale powinno być pani wygodnie.

Stłumiła grymas niezadowolenia, który już formował się na jej twarzy. Wielkie i luksusowe to było to, czego najbardziej pragnęła.

– W porządku. Co powiedziałby pan na trzysta dolarów tygodniowo?

Na jego czole wyrysowała się zmarszczka.

– Myślałem raczej o kwocie pięciuset dolarów.

Kobieta wstała i chwyciła torebkę, mówiąc:

– Mogę wynająć coś w Summer Harbor i korzystać z promu, co wyjdzie znacznie taniej.

– Czterysta.

Zatrzymawszy się, przyglądała się uważnie jego twarzy. Chyba docisnęła go już do granic jego możliwości.

– W porządku. Jestem panu wdzięczna.

Rzuciła okiem na jego dłonie. Żadnej obrączki. Już polubiła pana Boyce’a Mastersa. Julia i Boyce. Pasuje do siebie.

Zganiła się sama w myślach. Tylko zajmie się swoim małym „problemem” i już jej tu nie będzie.

CZTERY

Nie spodziewał się, że ponowne spotkanie z Mallory tak nim wstrząśnie. Kevin odwiesił kapelusz i kurtkę na wieszaku przy wejściu. Niski głos Kate mieszał się z piskliwymi dźwiękami jego ośmioletniej córki. Opiekunka odeszła od nich po swoim ślubie i jego kuzynka Kate zaproponowała, że zastąpi ją, dopóki on nie zdoła znaleźć kogoś na to miejsce.

– Sadie, Kate, wróciłem. – Jego skórzany fotel nęcił go ze swojego miejsca koło rozpalonego kominka. Opadł na miękkie siedzenie i dopiero potem pochylił się, by zdjąć buty. Czuł się skołowany, ale nie był pewien, czy to z powodu odnalezienia zwłok Edmunda, czy ponownego spotkania z Mallory.

Rozległ się tupot stóp na schodach, następnie na korytarzu i zaraz potem jego córeczka wpadła do pokoju jak żywiołowy kociak. Jej blond włosy opadały na ramiona. Ubrana była w różową piżamkę z księżniczkami. Dorastała zbyt szybko i jej słodka buźka już zapowiadała tę piękność, która przyciągnie niejedno spojrzenie, tak samo jak jej mama. Wkrótce będzie musiała opędzać się od chłopaków.

– Jestem tutaj, Sadie – powiedział, kiedy zauważył, że przechyliła lekko głowę na bok, żeby usłyszeć jego oddech.

Po raz kolejny poczuł dobrze znane mu ściśnięcie serca, gdy patrzył na jej niewidzące oczy. Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń, kiedy dziewczynka podeszła do niego, a potem wziął ją na kolana, napawając się słodkim zapachem jej włosów pachnących szamponem truskawkowym.

Umościła się na jego piersi i przesunęła drobną rączką po jego lekko zarośniętym policzku.

– Spóźniłeś się, tatusiu.

– Myślałam, że będzie już spać, zanim wrócisz do domu. – Kate, ubrana w dżinsy i jasnoniebieski sweter, weszła do pokoju z Fioną, należącym do Sadie golden retrieverem.

Kate miała około trzydziestki i posiadała tak samo piękne wnętrze, co wygląd zewnętrzny. Przeszła trudny okres parę miesięcy temu ze względu na chorobę układu krwionośnego, ale dzięki przeszczepowi szpiku kostnego od jej siostry bliźniaczki udało jej się wyzdrowieć. Jedyną pozostałością po tamtym trudnym czasie były teraz jej krótkie blond włosy.

– Przepraszam za spóźnienie.