Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 19 min Lektor: Wydawnictwo Czarna Owca

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 19 min Lektor: Wydawnictwo Czarna Owca

Opis ebooka Księżniczka z lodu - Camilla Läckberg

Gdy w spokojnym miasteczku Fjällbacka na zachodnim wybrzeżu Szwecji zostaje znaleziona martwa Alexandra Wijkner, wszystko wskazuje na to, że popełniła samobójstwo. Matka kobiety ma jednak wątpliwości i prosi przyjaciółkę córki z dzieciństwa, pisarkę Erikę Falck, żeby przyjrzała się tej tragedii. Erika wspólnie z Patrikiem Hedströmem, kolegą z młodzieńczych lat, a obecnie policjantem, próbują rozwikłać sprawę. Wkrótce zaczynają podejrzewać, że śmierć Alex ma związek z mroczną tajemnicą z przeszłości...

Saga kryminalna Camilli Läckberg osiągnęła światowy sukces czytelniczy. To nie tylko mroczne thrillery, ale również doskonałe powieści obyczajowe, znakomicie oddające klimat współczesnej szwedzkiej prowincji. Od lat zajmują czołowe miejsca na europejskich listach bestsellerów. Książki Läckberg przetłumaczono na ponad 35 języków. Jesienią 2011 roku rozpoczęły się zdjęcia do międzynarodowej produkcji filmowej „Morderstwa we Fjällbace”, osnutej na kanwie jej powieści.

Camilla Läckberg, jedna z najciekawszych szwedzkich pisarek, uznawana za mistrzynię skandynawskiego kryminału. Jest także autorką książeczki dla dzieci i dwóch książek kulinarnych.

Opinie o ebooku Księżniczka z lodu - Camilla Läckberg

Fragment ebooka Księżniczka z lodu - Camilla Läckberg

Ty­tuł ory­gi­na­łu

ISPRIN­SES­SAN

Re­dak­cja

Gra­ży­na Ma­sta­lerz

Pro­jekt okład­ki

www.black­she­ep-uk.com

Zdję­cie na okład­ce

www.shut­ter­stock.com

Ad­ap­ta­cja okład­ki

Mag­da Kuc

Skład i ła­ma­nie

Ma­ria Ko­wa­lew­ska

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siń­ski

Co­py­ri­ght © Ca­mil­la Läck­berg 2004

Pu­bli­shed by agre­ement with Bengt Nor­din Agen­cy, Swe­den.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2009

Wy­da­nie II

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

ISBN 978-83-7554-848-8

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: wydawnictwo@czarnaowca.plDział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

SAGA KRY­MI­NAL­NA

Ca­mil­li Läck­berg

Księż­nicz­ka z lodu

Ka­zno­dzie­ja

Ka­mie­niarz

Ofia­ra losu

Nie­miec­ki bę­kart

Sy­ren­ka

La­tar­nik

Fa­bry­kant­ka anioł­ków

Książ­ka, któ­rą na­by­łeś, jest dzie­łem twór­cy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gu­ją. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Je­śli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzie­ło. A ko­piu­jąc jej część, rób to je­dy­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nuj­my cu­dzą wła­sność i pra­wo.

Wię­cej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książ­ki

Dla Wil­le­go

1

Dom był pu­sty, opusz­czo­ny. Ze wszyst­kich ką­tów wia­ło chło­dem. W wan­nie utwo­rzy­ła się cien­ka war­stew­ka lodu. Cia­ło na­bie­ra­ło si­na­wej bar­wy.

Przy­wo­dzi­ła mu na myśl księż­nicz­kę. Księż­nicz­kę z lodu.

Wła­ści­wie nie czuł zim­na, choć sie­dział na pod­ło­dze. Wy­cią­gnął rękę i lek­ko jej do­tknął.

Krew na prze­gu­bach daw­no za­sty­gła.

Prze­peł­nia­ła go mi­łość do niej, sil­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek. Po­gła­skał ją po ra­mie­niu, jak­by chciał do­tknąć du­szy, któ­ra opu­ści­ła już cia­ło.

Od­cho­dząc, nie obej­rzał się za sie­bie. Nie było to „że­gnaj”, lecz „do zo­ba­cze­nia”.

Eilert Berg nie czuł się szczę­śli­wy. Cięż­ko od­dy­chał, sa­pał, ale to nie stan zdro­wia był jego naj­więk­szym pro­ble­mem.

Svea w la­tach mło­do­ści była ślicz­ną dziew­czy­ną. Eilert nie mógł do­cze­kać się chwi­li, gdy wresz­cie znaj­dzie się z nią w mał­żeń­skim łóż­ku. Wy­da­wa­ła się taka ła­god­na, miła i nie­co nie­śmia­ła. Po na­zbyt krót­kim okre­sie uciech cie­le­snych po­ka­za­ła jed­nak praw­dzi­wy cha­rak­ter. Wzię­ła go pod pan­to­fel i trzy­ma­ła tak od pra­wie pięć­dzie­się­ciu lat. Ale Eilert miał ta­jem­ni­cę. W je­sie­ni ży­cia po­ja­wi­ła się szan­sa na tro­chę wol­no­ści i nie za­mie­rzał jej za­prze­pa­ścić.

Całe ży­cie cięż­ko pra­co­wał, ło­wiąc ryby, co za­pew­nia­ło do­chód wy­star­cza­ją­cy aku­rat na utrzy­ma­nie Svei z dzieć­mi. Po­tem przy­szły chu­de lata eme­ry­tu­ry. Nie miał żad­nych oszczęd­no­ści, nie mógł więc roz­po­cząć ży­cia na nowo, gdzie in­dziej, w po­je­dyn­kę. Aż tu na­gle po­ja­wi­ła się szan­sa, ni­czym dar z nie­bios. W do­dat­ku było to ta­kie pro­ste, że nie­mal śmie­chu war­te. Cóż, je­śli ktoś jest go­tów pła­cić nie­bo­tycz­ne sumy za parę go­dzin pra­cy na ty­dzień, to jego pro­blem. Eilert nie bę­dzie z tego po­wo­du na­rze­kać. W cią­gu za­le­d­wie roku uskła­dał spo­rą kup­kę bank­no­tów. Scho­wał je w skrzyn­ce za do­łem na kom­post. Już nie­dłu­go uzbie­ra się tyle, że bę­dzie mógł wy­ru­szyć do cie­płych kra­jów.

Wcho­dząc na ostat­ni stro­my pa­gó­rek, przy­sta­nął na chwi­lę, aby wy­rów­nać od­dech i roz­ma­so­wać bo­lą­ce dło­nie. W Hisz­pa­nii, a może w Gre­cji, wresz­cie od­ta­ją od idą­ce­go jak­by od środ­ka chło­du. Eilert li­czył, że ma przed sobą jesz­cze co naj­mniej dzie­sięć lat, za­nim przyj­dzie wy­cią­gnąć nogi, i miał za­miar do­brze wy­ko­rzy­stać ten czas. Na pew­no nie za­mie­rzał ich spę­dzić z taką ję­dzą.

Co­dzien­ne po­ran­ne spa­ce­ry były dla nie­go je­dy­ny­mi chwi­la­mi spo­ko­ju. W do­dat­ku za­pew­nia­ły nie­zbęd­ny ruch. Cho­dził za­wsze tą samą tra­są i ci, co zna­li jego zwy­cza­je, czę­sto wy­glą­da­li, żeby chwi­lę po­gwa­rzyć. Szcze­gól­ną przy­jem­ność spra­wia­ły mu po­ga­węd­ki z ład­ną dziew­czy­ną z domu koło szko­ły na gór­ce Håke­bac­ken. By­wa­ła tam tyl­ko w week­en­dy i za­wsze przy­jeż­dża­ła sama, ale chęt­nie wda­wa­ła się w roz­mo­wy o wszyst­kim i o ni­czym. W do­dat­ku pan­nę Ale­xan­drę in­te­re­so­wa­ły spra­wy do­ty­czą­ce Fjäl­l­bac­ki, tak­że te daw­ne, nad któ­ry­mi Eilert roz­wo­dził się z wy­jąt­ko­wym za­pa­łem. Poza tym aż przy­jem­nie było na nią pa­trzeć. Eilert, choć już sta­ry, znał się na tym. Wpraw­dzie plot­ko­wa­no na jej te­mat, ale gdy­by czło­wiek miał słu­chać, co baby ga­da­ją, nie miał­by cza­su na nic in­ne­go.

Pra­wie rok temu za­py­ta­ła, czy w piąt­ki rano nie mógł­by za­glą­dać do niej, sko­ro i tak ma po dro­dze. Dom był już sta­ry, więc ogrze­wa­nie i rury co­raz to na­wa­la­ły. Nie chcia­ła­by przy­je­chać na week­end do zim­ne­go domu. Eilert do­sta­nie klucz, wy­star­czy, że zaj­rzy i upew­ni się, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. Przy oka­zji spraw­dzi okna i drzwi, bo w oko­li­cy było kil­ka wła­mań.

Nie był to ża­den kło­pot, a raz w mie­sią­cu w jej skrzyn­ce na li­sty cze­ka­ła na nie­go ko­per­ta z jego na­zwi­skiem, za­wie­ra­ją­ca – w jego mnie­ma­niu – iście kró­lew­ską sumę. Poza tym było mu przy­jem­nie, że może się do cze­goś przy­dać. Całe ży­cie pra­co­wał i trud­no mu było się przy­zwy­cza­ić do bra­ku za­ję­cia.

Z tru­dem pchnął do środ­ka krzy­wo wi­szą­cą furt­kę. Śnieg był nie­od­gar­nię­ty i Eilert po­my­ślał, że może po­pro­si któ­re­goś z chłop­ców, aby jej po­mógł. To nie jest za­ję­cie dla ko­bie­ty.

Wy­ma­cał w kie­sze­ni klucz, uwa­ża­jąc, aby go nie upu­ścić w głę­bo­ki śnieg, bo gdy­by mu­siał przy­klęk­nąć, nie mógł­by po­tem wstać. Schod­ki pro­wa­dzą­ce do sie­ni były ob­lo­dzo­ne, śli­skie, mu­siał przy­trzy­mać się po­rę­czy. Wła­śnie miał wło­żyć klucz do zam­ka, gdy do­strzegł, że drzwi są uchy­lo­ne. Zdu­mio­ny otwo­rzył je i wszedł do przed­po­ko­ju. Może przy­je­cha­ła tro­chę wcze­śniej niż zwy­kle?

– Halo, jest tam kto?

Nikt mu nie od­po­wie­dział. Zo­ba­czył wy­do­by­wa­ją­cą się z jego ust mgieł­kę i zdał so­bie spra­wę, że w domu jest zim­no. Przez mo­ment nie mógł się zde­cy­do­wać, ale miał wra­że­nie, że coś tu nie gra i nie jest to tyl­ko spra­wa ogrze­wa­nia.

Prze­szedł przez wszyst­kie po­ko­je. Chy­ba wszyst­ko było na swo­im miej­scu. W domu pa­no­wał po­rzą­dek, jak za­wsze. Wi­deo i te­le­wi­zor sta­ły na swo­ich miej­scach. Eilert spraw­dził cały par­ter, po­tem wszedł na stop­nie wio­dą­ce na pię­tro. Scho­dy były stro­me, mu­siał się moc­no trzy­mać po­rę­czy. Naj­pierw wszedł do sy­pial­ni, urzą­dzo­nej w sty­lu zde­cy­do­wa­nie ko­bie­cym, ale oszczęd­nym i w do­brym gu­ście. Pa­no­wał tu taki sam po­rzą­dek jak w ca­łym domu. Łóż­ko było po­sła­ne, obok sta­ła wa­liz­ka. Nie wy­glą­da­ła na roz­pa­ko­wa­ną. Eiler­to­wi zro­bi­ło się głu­pio. A może przy­je­cha­ła wcze­śniej, zo­ba­czy­ła, że piec się ze­psuł, i wy­szła po­szu­kać ko­goś, kto go na­pra­wi. Ale sam w to nie wie­rzył. Coś było nie tak. Czuł to w ko­ściach, tak jak cza­sem wy­czu­wał zbli­ża­ją­cy się sztorm. Ostroż­nie szedł da­lej. Wszedł na duże pod­da­sze z drew­nia­nym bel­ko­wa­niem. Na­prze­ciw sie­bie sta­ły tam przy otwar­tym ko­min­ku dwie ka­na­py, przed nimi sto­lik, na któ­rym le­ża­ło kil­ka po­roz­rzu­ca­nych ga­zet. Poza tym wszyst­ko było na swo­im miej­scu. Zszedł z po­wro­tem na dół. Tam rów­nież wszyst­ko było tak, jak po­win­no. Ani kuch­nia, ani sa­lon nie wy­glą­da­ły in­a­czej niż zwy­kle. Zo­sta­ła jesz­cze ła­zien­ka. Coś, nie wie­dział co, spra­wi­ło, że za­wa­hał się przed otwar­ciem drzwi. W domu nadal pa­no­wa­ła ci­sza. Stał jesz­cze przez mo­ment, za­sta­na­wia­jąc się. Po­tem do­szedł do wnio­sku, że za­cho­wu­je się śmiesz­nie, i zde­cy­do­wa­nym ru­chem pchnął drzwi.

Chwi­lę po­tem pę­dził do drzwi wej­ścio­wych tak szyb­ko, jak mu po­zwa­lał wiek. W ostat­niej chwi­li przy­po­mniał so­bie, że schod­ki są ob­lo­dzo­ne, i zła­pał się po­rę­czy. Po­le­ciał­by gło­wą na­przód. Prze­brnął przez za­le­ga­ją­cy śnieg i sklął za­ci­na­ją­cą się furt­kę. Wy­padł na chod­nik i sta­nął bez­rad­nie. Ka­wa­łek da­lej na dro­dze uj­rzał zbli­ża­ją­cą się raź­nym kro­kiem po­stać. Roz­po­znał cór­kę To­re­go, Eri­kę. Za­wo­łał, żeby się za­trzy­ma­ła.

Erika Falck czu­ła się po­twor­nie, śmier­tel­nie zmę­czo­na. Wy­łą­czy­ła kom­pu­ter i po­szła do kuch­ni po ko­lej­ną kawę. Na­ci­ska­li ją ze wszyst­kich stron. Wy­daw­nic­two chcia­ło, aby w sierp­niu zło­ży­ła kon­spekt książ­ki, któ­rą do­pie­ro co za­czę­ła pi­sać. Książ­ka o Sel­mie La­ger­löf, pią­ta bio­gra­fia jej pió­ra po­świę­co­na szwedz­kim pi­sar­kom, mia­ła być za­ra­zem naj­lep­sza, ale Eri­ka nie mo­gła w so­bie wzbu­dzić chę­ci pi­sa­nia. Od śmier­ci ro­dzi­ców mi­nął już po­nad mie­siąc, ale ża­ło­ba była tak samo świe­ża jak na po­cząt­ku. Po­rząd­ko­wa­nie domu ro­dzi­ców też nie szło jej tak szyb­ko, jak z po­cząt­ku są­dzi­ła. Cią­gle po­wra­ca­ły wspo­mnie­nia. Za­pa­ko­wa­nie jed­ne­go kar­to­nu trwa­ło wie­le go­dzin, bo każ­da wzię­ta do ręki rzecz przy­wo­ły­wa­ła wspo­mnie­nia, któ­re raz wy­da­wa­ły się bli­skie, a in­nym ra­zem bar­dzo od­le­głe. W koń­cu po­sta­no­wi­ła, że nie bę­dzie się śpie­szy­ła. I tak na ra­zie wy­na­ję­ła swo­je sztok­holm­skie miesz­ka­nie, po­nie­waż wy­li­czy­ła so­bie, że rów­nie do­brze może pi­sać w domu ro­dzin­nym, we Fjäl­l­ba­ce. Dom stał nie­co na ubo­czu, nad za­to­ką Sälvik. Oto­cze­nie tchnę­ło spo­ko­jem.

Eri­ka usia­dła na we­ran­dzie i spoj­rza­ła na roz­cią­ga­ją­cy się przed nią ar­chi­pe­lag. Wi­dok za­pie­rał dech i wraz z po­ra­mi roku zmie­niał się w spo­sób wręcz spek­ta­ku­lar­ny. Tego dnia ośle­pia­ją­ce słoń­ce rzu­ca­ło ka­ska­dy świa­tła. Mi­go­ta­ło na gru­bej po­kry­wie lo­do­wej sku­wa­ją­cej wody za­to­ki. Oj­ciec był­by za­chwy­co­ny.

Ści­snę­ło ją w gar­dle. Po­wie­trze w domu wy­da­ło jej się dusz­ne. Po­sta­no­wi­ła pójść na spa­cer. Ter­mo­metr po­ka­zy­wał mi­nus pięt­na­ście stop­ni. Ubra­ła się na ce­bul­kę, a i tak gdy tyl­ko wy­szła, po­czu­ła chłód. Po chwi­li od szyb­kie­go mar­szu zro­bi­ło jej się cie­pło.

Pa­no­wa­ła bło­ga ci­sza. Nig­dzie ży­wej du­szy. Je­dy­nym dźwię­kiem, jaki sły­sza­ła, był jej wła­sny od­dech. Było zu­peł­nie in­a­czej niż la­tem: wte­dy cała oko­li­ca tęt­ni­ła ży­ciem. La­tem Eri­ka wo­la­ła trzy­mać się z dala od Fjäl­l­bac­ki. Ro­zu­mia­ła wpraw­dzie, że tu­ry­sty­ka prze­są­dza o dal­szym jej ist­nie­niu, ale nie mo­gła po­zbyć się wra­że­nia, że la­tem na­stę­pu­je in­wa­zja sza­rań­czy. Albo też wie­lo­gło­we­go po­two­ra, któ­ry po­ma­łu, rok za ro­kiem, po­ły­ka sta­rą ry­bac­ką osa­dę, wy­ku­pu­jąc domy po­ło­żo­ne naj­bli­żej wody. Przez dzie­więć mie­się­cy w roku było to mia­stecz­ko du­chów.

Przez set­ki lat źró­dłem utrzy­ma­nia miesz­kań­ców Fjäl­l­bac­ki było ry­bo­łów­stwo. Su­ro­wa przy­ro­da i nie­usta­ją­ca wal­ka o prze­trwa­nie spra­wi­ły, że tu­tej­si lu­dzie byli szor­st­cy, ale i sil­ni. Kie­dyś ich ży­cie za­le­ża­ło od po­ja­wie­nia się ła­wi­cy śle­dzi. To się zmie­ni­ło, kie­dy Fjäl­l­bac­kę uzna­no za ma­low­ni­czą miej­sco­wość i zja­wi­li się tu­ry­ści z gru­by­mi port­fe­la­mi. Ry­bo­łów­stwo jako źró­dło do­cho­du stra­ci­ło na zna­cze­niu. Z każ­dym ro­kiem wśród sta­łych miesz­kań­ców Eri­ka do­strze­ga­ła co­raz wię­cej po­chy­lo­nych głów. Mło­dzi wy­pro­wa­dzi­li się, a sta­rym zo­sta­ły wspo­mnie­nia. Sama była jed­ną z wie­lu, któ­rzy po­sta­no­wi­li wy­je­chać.

Przy­śpie­szy­ła kro­ku i skrę­ci­ła w lewo, na gór­kę koło szko­ły. Już do­cho­dzi­ła, gdy usły­sza­ła, że woła do niej Eilert Berg, ale nie do­sły­sza­ła co. Wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi, szedł w jej kie­run­ku.

– Ona nie żyje.

Eilert od­dy­chał krót­ko, gwał­tow­nie, jego płu­ca wy­da­wa­ły nie­przy­jem­ne pi­ski.

– Pro­szę się uspo­ko­ić, co się sta­ło?

– Leży w środ­ku. Nie żyje.

Pal­cem wska­zał na duży błę­kit­ny dom na gór­ce i spoj­rzał na nią py­ta­ją­co.

Eri­ka po­trze­bo­wa­ła dłuż­szej chwi­li, żeby uświa­do­mić so­bie, co po­wie­dział. Gdy w koń­cu do­tar­ły do niej jego sło­wa, pchnę­ła za­ci­na­ją­cą się furt­kę i prze­brnę­ła przez śnieg do drzwi wej­ścio­wych. Eilert zo­sta­wił je otwar­te. Eri­ka prze­stą­pi­ła próg ostroż­nie, jak­by nie wie­dząc, cze­go ma się spo­dzie­wać. Nie po­my­śla­ła, że mo­gła­by po pro­stu za­py­tać.

Idą­cy za nią Eilert w mil­cze­niu wska­zał drzwi ła­zien­ki na par­te­rze. Eri­ka od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła na nie­go py­ta­ją­co. Był bar­dzo bla­dy, cien­kim gło­sem wy­chry­piał:

– Tam, w środ­ku.

Eri­ka nie była w tym domu od bar­dzo daw­na, ale kie­dyś zna­ła go do­brze i wie­dzia­ła, gdzie jest ła­zien­ka. Mimo cie­płe­go ubra­nia prze­szedł ją zim­ny dreszcz. Po­wo­li otwo­rzy­ła drzwi ła­zien­ki i we­szła do środ­ka.

Nie umia­ła­by po­wie­dzieć, cze­go się spo­dzie­wa­ła po zdaw­ko­wych sło­wach Eiler­ta, ale nie była przy­go­to­wa­na na tyle krwi. Ka­fel­ki w ła­zien­ce były bia­łe. Tym sil­niej­sze wra­że­nie ro­bi­ła krew w wan­nie i wo­kół niej. Przez mo­ment Eri­ka po­my­śla­ła, że to pięk­ny kon­trast, za­nim do niej do­tar­ło, że w wan­nie leży praw­dzi­wa ko­bie­ta.

Jej cia­ło było nie­na­tu­ral­nie bia­łe, a miej­sca­mi sine, ale Eri­ka roz­po­zna­ła ją na­tych­miast. Ale­xan­dra Wijk­ner, z domu Carl­gren, cór­ka wła­ści­cie­li domu. W dzie­ciń­stwie się przy­jaź­ni­ły. Te­raz po­my­śla­ła, że mu­sia­ło to być w ja­kimś in­nym ży­ciu. Ko­bie­ta w wan­nie była jej obca.

Oczy mia­ła na szczę­ście za­mknię­te, ale usta były ja­skra­wo­si­ne. Wo­kół jej tu­ło­wia utwo­rzy­ła się cien­ka war­stwa lodu za­kry­wa­ją­ca pod­brzu­sze. Pra­we ra­mię, na któ­rym wid­nia­ły licz­ne prę­gi, zwi­sa­ło z wan­ny, a pal­ce były za­nu­rzo­ne w ka­łu­ży krwi za­sty­głej na pod­ło­dze. Na brze­gu wan­ny le­ża­ła ży­let­ka. Dru­gie ra­mię było wi­docz­ne tyl­ko po­wy­żej łok­cia, resz­ta znaj­do­wa­ła się pod lo­dem. Po­nad za­mar­z­nię­tą po­wierzch­nią wody wy­sta­wa­ły ko­la­na. Ja­sne wło­sy Ale­xan­dry roz­sy­pa­ły się jak wa­chlarz. Wy­glą­da­ły, jak­by skru­sza­ły z zim­na.

Eri­ka pa­trzy­ła na nią przez dłuż­szą chwi­lę. Drża­ła od chło­du rów­nie przej­mu­ją­ce­go jak ma­lu­ją­cy się przed nią ob­raz sa­mot­no­ści. Po­wo­li, ty­łem, wy­szła z ła­zien­ki.

Potem wszyst­ko wi­dzia­ła jak przez mgłę. Za­dzwo­ni­ła z ko­mór­ki do le­ka­rza dy­żur­ne­go, a na­stęp­nie ra­zem z Eiler­tem po­cze­ka­ła na przy­jazd ka­ret­ki. Mia­ła te same ob­ja­wy szo­ku co wte­dy, gdy do­sta­ła wia­do­mość o śmier­ci ro­dzi­ców. Po po­wro­cie do domu na­la­ła so­bie spo­rą por­cję ko­nia­ku. Nie było to może to, co by za­le­cił le­karz, ale przy­najm­niej prze­sta­ły jej drżeć ręce.

Wi­dok Alex przy­wo­łał wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Mi­nę­ło po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat od cza­su, gdy się przy­jaź­ni­ły, ale cho­ciaż po­tem w jej ży­ciu po­ja­wi­ło się – i mi­nę­ło – wie­le przy­jaź­ni, Alex zaj­mo­wa­ła w jej ser­cu miej­sce szcze­gól­ne. Były wte­dy jesz­cze małe. Jako do­ro­słe już się nie wi­dy­wa­ły i sta­ły się so­bie obce. Ale Eri­ce trud­no było po­go­dzić się z my­ślą, że Alex ode­bra­ła so­bie ży­cie, co wy­da­wa­ło się je­dy­nym lo­gicz­nym wy­tłu­ma­cze­niem tego, co dziś zo­ba­czy­ła. Ale­xan­dra, jaką zna­ła daw­niej, była oso­bą ener­gicz­ną i jed­no­cze­śnie har­mo­nij­ną. Pięk­ną, pro­mien­ną i pew­ną sie­bie ko­bie­tą, za któ­rą lu­dzie się oglą­da­li. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi Eri­ki ży­cie było dla niej ła­ska­we, tak przy­najm­niej wy­ni­ka­ło z po­gło­sek. Pro­wa­dzi­ła ga­le­rię sztu­ki w Göte­bor­gu, mia­ła przy­stoj­ne­go męża od­no­szą­ce­go suk­ce­sy za­wo­do­we i miesz­ka­ła w wiel­kim dwo­rze na pół­wy­spie Särö. A jed­nak coś mu­sia­ło pójść nie tak.

Eri­ka czu­ła, że po­win­na skie­ro­wać my­śli na coś in­ne­go, i wy­krę­ci­ła nu­mer te­le­fo­nu sio­stry.

– Spa­łaś?

– Chy­ba żar­tu­jesz. Ad­rian obu­dził mnie o trze­ciej nad ra­nem, a kie­dy wresz­cie za­snął, obu­dzi­ła się Emma i chcia­ła się ba­wić.

– A Lu­cas nie mógł­by choć raz wziąć tego na sie­bie?

W słu­chaw­ce za­pa­dła wy­mow­na ci­sza. Eri­ka przy­gry­zła ję­zyk.

– Ma dziś waż­ne spo­tka­nie i musi być wy­po­czę­ty. W do­dat­ku sy­tu­acja w pra­cy jest nie­pew­na, fir­mę cze­ka­ją waż­ne i głę­bo­kie zmia­ny.

Anna pod­nio­sła głos, Eri­ka do­sły­sza­ła w nim ton hi­ste­rii. Lu­cas za­wsze miał na po­do­rę­dziu ja­kieś zna­ko­mi­te wy­tłu­ma­cze­nie i Anna praw­do­po­dob­nie po­wtó­rzy­ła je sło­wo w sło­wo. Jak nie waż­ne spo­tka­nie, to stres wy­wo­ła­ny ko­niecz­no­ścią pod­ję­cia trud­nej de­cy­zji lub pre­sja wy­ni­ka­ją­ca z zaj­mo­wa­nej przez nie­go – jak sam mó­wił – wy­so­kiej po­zy­cji. Tym sa­mym od­po­wie­dzial­ność za dzie­ci spo­czy­wa­ła na An­nie. Z nimi dwoj­giem, żywą trzy­lat­ką i czte­ro­mie­sięcz­nym nie­mow­lę­ciem, pod­czas po­grze­bu ro­dzi­ców Anna wy­glą­da­ła na dzie­sięć lat wię­cej niż swo­je trzy­dzie­ści.

– Ho­ney, don’t to­uch that.

– A te­raz po­waż­nie. Nie są­dzisz, że pora, że­byś za­czę­ła roz­ma­wiać z Emmą po szwedz­ku?

– Lu­cas uwa­ża, że w domu po­win­ni­śmy roz­ma­wiać po an­giel­sku. Mówi, że za­nim Emma pój­dzie do szko­ły, i tak prze­pro­wa­dzi­my się z po­wro­tem do Lon­dy­nu.

Eri­ka mia­ła ser­decz­nie do­syć słów: Lu­cas uwa­ża, Lu­cas mówi, Lu­cas są­dzi, że... W jej oczach szwa­gier był po­spo­li­tym dup­kiem.

Anna po­zna­ła go w Lon­dy­nie, gdzie pra­co­wa­ła jako au pair. Urze­kło ją, że pod­ry­wa ją tak za­pa­mię­ta­le dzie­sięć lat star­szy Lu­cas Ma­xwell, biz­nes­men od­no­szą­cy suk­ce­sy na gieł­dzie. Zre­zy­gno­wa­ła z za­mia­ru stu­dio­wa­nia na uni­wer­sy­te­cie, by cał­ko­wi­cie po­świę­cić się obo­wiąz­kom per­fek­cyj­nej, re­pre­zen­ta­cyj­nej żony i pani domu. Pro­blem po­le­gał na tym, że Lu­cas był wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ny, a Anna, choć od ma­łe­go ro­bi­ła tyl­ko to, co jej się po­do­ba­ło, cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wa­ła się mę­żo­wi, za­po­mi­na­jąc o wła­snych po­trze­bach. Eri­ka mia­ła na­dzie­ję, że sio­stra pój­dzie po ro­zum do gło­wy, zo­sta­wi Lu­ca­sa i za­cznie żyć wła­snym ży­ciem, ale kie­dy uro­dzi­ła się Emma, a po­tem Ad­rian, zro­zu­mia­ła, że szwa­gier po­zo­sta­nie na za­wsze szwa­grem.

– Daj­my so­bie spo­kój z Lu­ca­sem i jego po­glą­da­mi na wy­cho­wa­nie dzie­ci. Jak tam moja uko­cha­na sio­strze­ni­ca i jej bra­ci­szek? Co ostat­nio zma­lo­wa­li?

– Nic spe­cjal­nie no­we­go... Emma wczo­raj wpa­dła w szał i za­nim się spo­strze­głam, po­cię­ła no­życz­ka­mi ubran­ka, na któ­re wy­da­łam furę pie­nię­dzy, a Ad­rian od trzech dni albo wy­mio­tu­je, albo krzy­czy.

– Chy­ba do­brze by ci zro­bi­ła zmia­na oto­cze­nia. Może byś wzię­ła dzie­ci i przy­je­cha­ła do mnie na ty­dzień? Zresz­tą przy­da­ła­by mi się two­ja po­moc przy prze­glą­da­niu pew­nych rze­czy. Trze­ba się za­brać do kom­ple­to­wa­nia do­ku­men­tów i tak da­lej.

– Wła­śnie chcie­li­śmy z tobą o tym po­roz­ma­wiać.

Głos Anny wy­raź­nie za­drżał, jak za­wsze, gdy mu­sia­ła zmie­rzyć się z czymś nie­przy­jem­nym. Eri­ka na­sta­wi­ła uszu. Uży­ta przez Annę licz­ba mno­ga za­brzmia­ła ja­koś zło­wróżb­nie. Je­śli Lu­cas ma­cza w czymś pal­ce, jest rze­czą oczy­wi­stą, że ko­rzyść z tego ma od­nieść on sam – na nie­ko­rzyść in­nych za­in­te­re­so­wa­nych osób.

Eri­ka cze­ka­ła na dal­szy ciąg.

– Chce­my z Lu­ca­sem prze­pro­wa­dzić się z po­wro­tem do Lon­dy­nu, gdy tyl­ko sztok­holm­ska fi­lia bę­dzie do­brze usta­wio­na, no i nie chcie­li­by­śmy mieć na gło­wie kosz­tów zwią­za­nych z utrzy­my­wa­niem domu w Szwe­cji. Dla cie­bie taki duży dom na wsi to też żad­na przy­jem­ność, sko­ro nie masz ro­dzi­ny i tak da­lej...

Znów ci­sza w słu­chaw­ce.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

Eri­ka na­wi­nę­ła ko­smyk wło­sów na pa­lec. Od dzie­ciń­stwa tak ro­bi­ła w chwi­lach na­pię­cia.

– No więc... Lu­cas uwa­ża, że po­win­ny­śmy sprze­dać dom. Nie mo­że­my go utrzy­my­wać w nie­skoń­czo­ność. Poza tym chcie­li­by­śmy po po­wro­cie do Lon­dy­nu ku­pić dom w Ken­sing­ton i wpraw­dzie Lu­cas świet­nie za­ra­bia, ale pie­nią­dze ze sprze­da­ży bar­dzo by się przy­da­ły. Cho­dzi mi o to, że za dom w ta­kim miej­scu moż­na do­stać wie­le mi­lio­nów ko­ron. Niem­cy mają bzi­ka na punk­cie do­mów z wi­do­kiem na mo­rze i mor­skie­go po­wie­trza.

Anna mó­wi­ła da­lej, ale Eri­ka po­czu­ła, że ma dość, i w po­ło­wie zda­nia odło­ży­ła słu­chaw­kę. Na ode­gna­nie my­śli o Alex wy­star­czy.

Za­wsze była dla Anny kimś w ro­dza­ju dru­giej mamy. Od dzie­ciń­stwa pil­no­wa­ła sio­stry i osła­nia­ła ją. Anna była dziec­kiem ży­wym i im­pul­syw­nym, nie my­śla­ła o kon­se­kwen­cjach swe­go po­stę­po­wa­nia. Eri­ka wie­lo­krot­nie ra­to­wa­ła ją z opre­sji. Ale Lu­cas ode­brał An­nie spon­ta­nicz­ność i ra­dość ży­cia. Zwłasz­cza tego Eri­ka nie mo­gła mu wy­ba­czyć.

Następ­ne­go ran­ka po­przed­ni dzień ja­wił się Eri­ce jak zły sen. Prze­spa­ła noc głę­bo­ko i bez snów, ale mia­ła uczu­cie, jak­by nie zmru­ży­ła oka. Ze zmę­cze­nia bo­la­ło ją całe cia­ło. Żo­łą­dek za­bur­czał nie­spo­koj­nie, kie­dy jed­nak otwo­rzy­ła lo­dów­kę, zo­ba­czy­ła, że naj­pierw trze­ba bę­dzie się wy­brać do spo­żyw­cze­go po za­ku­py.

Na uli­cach było pu­sto, a na In­grid Berg­mans torg ani śla­du han­dlu, kwit­ną­ce­go tu la­tem. Wi­docz­ność była do­bra, bez mgieł i za­mgleń. Wi­dać było na­wet od­ci­na­ją­cy się na ho­ry­zon­cie naj­dal­szy cy­pel Va­lön, two­rzą­cy wraz z Kråkhol­men wyj­ście na ar­chi­pe­lag.

We­szła na wznie­sie­nie Ga­lär­bac­ken i zdą­ży­ła ujść spo­ry ka­wa­łek, gdy zo­ba­czy­ła ko­goś idą­ce­go z prze­ciw­ka. Wo­la­ła­by unik­nąć spo­tka­nia i od­ru­cho­wo ro­zej­rza­ła się za dro­gą uciecz­ki.

– Dzień do­bry.

Elna Per­s­son za­świer­go­ta­ła aż na­zbyt we­so­ło.

– Wi­dzę, że na­sza au­tor­ka wy­bra­ła się na po­ran­ny spa­cer w pro­mie­niach słoń­ca.

Eri­ka w du­chu aż jęk­nę­ła.

– No wła­śnie, idę po za­ku­py do skle­pu Evy.

– Bie­dac­two, mu­sia­łaś się czuć zu­peł­nie roz­bi­ta po tym strasz­nym prze­ży­ciu.

Po­dwój­ny pod­bró­dek Elny drżał z pod­nie­ce­nia. Eri­ce wy­da­ła się na­gle po­dob­na do du­że­go, okrą­głe­go wró­bla. W się­ga­ją­cym ko­stek zie­lon­ka­wym pal­cie zda­wa­ła się zu­peł­nie bez­kształt­na. W ręku moc­no trzy­ma­ła to­reb­kę, a na gło­wie chy­bo­tał się nie­pro­por­cjo­nal­nie mały ka­pe­lu­sik, praw­do­po­dob­nie fil­co­wy, też w nie­okre­ślo­nym zie­lon­ka­wym od­cie­niu. Ma­leń­kie oczka, głę­bo­ko osa­dzo­ne w fałd­kach tłusz­czu, pa­trzy­ły na Eri­kę z wy­ra­zem ocze­ki­wa­nia. Po­win­na coś po­wie­dzieć.

– No tak, nie było to zbyt przy­jem­ne.

Elna kiw­nę­ła gło­wą ze zro­zu­mie­niem.

– Wła­śnie spo­tka­łam przy­pad­kiem pa­nią Ro­sen­gren, po­wie­dzia­ła mi, że prze­jeż­dża­ła koło wil­li Carl­gre­nów. Zo­ba­czy­ła cie­bie i ka­ret­kę, więc za­raz się do­my­śli­ły­śmy, że sta­ło się coś strasz­ne­go. A póź­niej tak się zło­ży­ło, że po po­łu­dniu dzwo­ni­łam do dok­to­ra Ja­cobs­so­na, i wte­dy do­wie­dzia­łam się o tej tra­ge­dii. W naj­więk­szym za­ufa­niu, ma się ro­zu­mieć. W koń­cu dok­to­ra obo­wią­zu­je ta­jem­ni­ca le­kar­ska. Trze­ba to usza­no­wać.

Z prze­mą­drza­łą miną kiw­nę­ła gło­wą na znak sza­cun­ku dla obo­wią­zu­ją­cej dok­to­ra ta­jem­ni­cy le­kar­skiej.

– Taka mło­da oso­ba. Nic dziw­ne­go, że czło­wiek się za­sta­na­wia, co tam się mo­gło stać. Dla mnie ona za­wsze była strasz­nie prze­wraż­li­wio­na. Jej mat­ka, a znam Bir­git od wie­ków, to jest do­pie­ro oso­ba z ner­wa­mi na wierz­chu. Wia­do­mo prze­cież, że to dzie­dzicz­ne. A jaka się zro­bi­ła za­ro­zu­mia­ła, zna­czy Bir­git, kie­dy mąż do­stał po­sa­dę dy­rek­to­ra w Göte­bor­gu. Już jej wte­dy Fjäl­l­bac­ka nie pa­so­wa­ła. Nic, tyl­ko wiel­kie mia­sto. Ale po­wiem ci jed­no: pie­nią­dze szczę­ścia nie dają. Gdy­by ją wy­cho­wy­wa­li tu, za­miast ją wy­ry­wać z ko­rze­nia­mi i prze­no­sić do mia­sta, na pew­no nic ta­kie­go by się nie wy­da­rzy­ło. Po­dob­no wy­sła­li ją do ja­kiejś szko­ły w Szwaj­ca­rii, a wia­do­mo, co się dzie­je w ta­kich miej­scach. Tak, tak, ślad zo­sta­je na całe ży­cie. Przed tą wy­pro­wadz­ką taka z niej była we­so­ła, dziel­na dziew­czyn­ka. Wy­ście się chy­ba ba­wi­ły ra­zem w dzie­ciń­stwie? No, ja uwa­żam...

Elna mó­wi­ła da­lej. Eri­ka za­czę­ła go­rącz­ko­wo szu­kać pre­tek­stu do za­koń­cze­nia roz­mo­wy. Sta­wa­ła się co­raz bar­dziej nie­przy­jem­na. Elna prze­rwa­ła, by za­czerp­nąć tchu, a wte­dy Eri­ka sko­rzy­sta­ła z oka­zji.

– Bar­dzo miło było po­roz­ma­wiać, ale mu­szę już iść. Tyle mam spraw na gło­wie, jak się pani do­my­śla.

Przy­bra­ła ża­ło­sny wy­raz twa­rzy, chcąc skie­ro­wać my­śli Elny na zu­peł­nie inne tory.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie. Nie po­my­śla­łam. To musi być dla cie­bie bar­dzo trud­ne, taka hi­sto­ria za­raz po tra­ge­dii ro­dzin­nej. Wy­bacz sta­rej ko­bie­cie bez­myśl­ność.

Elna wzru­szy­ła się pra­wie do łez. Eri­ka ła­ska­wie ski­nę­ła gło­wą i z ulgą się po­że­gna­ła. Ru­szy­ła do skle­pu w na­dziei, że nie spo­tka na­stęp­nej wścib­skiej pa­niu­si, ale nie mia­ła szczę­ścia, bo na­stą­pi­ły ko­lej­ne bez­li­to­sne prze­słu­cha­nia. Są­sie­dzi byli nie­zmier­nie pod­nie­ce­ni. Eri­ka ode­tchnę­ła do­pie­ro, gdy już była bli­sko domu. Do­wie­dzia­ła się, że ro­dzi­ce Alex wczo­raj w nocy przy­je­cha­li do Fjäl­l­bac­ki i za­trzy­ma­li się u sio­stry pani Carl­gren.

Po­sta­wi­ła tor­by na ku­chen­nym sto­le i za­czę­ła wyj­mo­wać za­ku­py. Nie były to by­najm­niej same zdro­we rze­czy, jak so­bie po­sta­no­wi­ła, idąc do skle­pu. Ale gdy­by na­wet w tak cięż­kim dniu nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na odro­bi­nę sło­dy­czy, to kie­dy? Jak na za­mó­wie­nie za­bur­cza­ło jej w żo­łąd­ku. Po­ło­ży­ła na ta­le­rzu dwie cy­na­mo­no­we bu­łecz­ki – dwa­na­ście czer­wo­nych punk­tów Straż­ni­ków Wagi – i zja­dła, po­pi­ja­jąc fi­li­żan­ką kawy.

Przy­jem­nie było sie­dzieć i pa­trzeć na zna­jo­my wi­dok za oknem. Nie mo­gła się tyl­ko przy­zwy­cza­ić do pa­nu­ją­cej w domu ci­szy. Oczy­wi­ście zda­rza­ło jej się daw­niej być sa­mej w domu, ale to było co in­ne­go. Wte­dy czu­ło się, że ktoś tu miesz­ka, że za­raz wej­dzie. A te­raz jak­by ulot­nił się duch domu.

Na oknie le­ża­ła do­ma­ga­ją­ca się na­peł­nie­nia faj­ka taty. Jej za­pach uno­sił się jesz­cze w po­wie­trzu, ale słabł z dnia na dzień.

Za­wsze lu­bi­ła za­pach faj­ki. Kie­dy była mała, czę­sto sia­da­ła ojcu na ko­la­nach i za­my­ka­ła oczy, przy­tu­la­jąc gło­wę do jego pier­si. Wszyst­kie jego ubra­nia pach­nia­ły dy­mem, któ­ry w jej dzie­cin­nym świe­cie sym­bo­li­zo­wał bez­pie­czeń­stwo.

Z mat­ką spra­wa była znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć ani jed­nej sy­tu­acji z dzie­ciń­stwa czy okre­su do­ra­sta­nia, kie­dy otrzy­ma­ła­by od mat­ki ja­kiś do­wód czu­ło­ści. Nie przy­tu­la­ła jej, nie po­gła­ska­ła, nie po­wie­dzia­ła sło­wa po­cie­chy. Elsy Falck była ko­bie­tą twar­dą i bez­kom­pro­mi­so­wą, utrzy­mu­ją­cą nie­na­gan­ny po­rzą­dek w domu i nie­po­zwa­la­ją­cą so­bie na żad­ne ucie­chy. Była głę­bo­ko re­li­gij­na i jak wie­lu miesz­kań­ców za­chod­nie­go wy­brze­ża Szwe­cji wzra­sta­ła w cza­sach wciąż moc­no na­zna­czo­nych na­ucza­niem pa­sto­ra Schar­taua1. Od dzie­ciń­stwa uczo­no ją, że ży­cie jest pa­smem cier­pień, a na­gro­da przyj­dzie do­pie­ro po śmier­ci. Eri­ka wie­lo­krot­nie za­sta­na­wia­ła się, co też zo­ba­czył w Elsy jej do­bro­dusz­ny, pe­łen hu­mo­ru oj­ciec. Kie­dyś, w la­tach doj­rze­wa­nia, roz­złosz­czo­na wy­rzu­ci­ła z sie­bie to py­ta­nie. Nie po­gnie­wał się na nią. Usiadł i ob­jął ją, a po­tem po­wie­dział, że nie po­win­na osą­dzać mat­ki tak su­ro­wo. Tłu­ma­czył, że nie­któ­rym lu­dziom oka­zy­wa­nie uczuć przy­cho­dzi trud­niej niż in­nym. A po­tem po­gła­skał ją po za­ru­mie­nio­nych z gnie­wu po­licz­kach. Nie słu­cha­ła go, prze­ko­na­na, że usi­łu­je ukryć coś, co dla Eri­ki było oczy­wi­ste: mat­ka nig­dy jej nie ko­cha­ła. To brze­mię, któ­re bę­dzie mu­sia­ła nieść do koń­ca ży­cia.

Przy­szła jej te­raz do gło­wy pew­na myśl, mia­no­wi­cie aby od­wie­dzić ro­dzi­ców Ale­xan­dry. Utra­ta ro­dzi­ców była dla Eri­ki cięż­kim prze­ży­ciem, ale nie kłó­ci­ła się z na­tu­ral­nym po­rząd­kiem rze­czy. Stra­ta dziec­ka musi być czymś strasz­nym. W do­dat­ku kie­dyś były so­bie z Ale­xan­drą bar­dzo bli­skie, jak to przy­ja­ciół­ki. Wpraw­dzie od tam­tej pory mi­nę­ło pra­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, ale spo­ra część ja­snych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa łą­czy­ła się ści­śle z Alex i jej ro­dzi­ną.

Dom wy­da­wał się opusz­czo­ny. Ciot­ka i wu­jek Ale­xan­dry miesz­ka­li przy Tal­l­ga­tan, w po­ło­wie dro­gi mię­dzy śród­mie­ściem Fjäl­l­bac­ki a kem­pin­giem w Sälvik. Domy sta­ły tu na sa­mym skra­ju zbo­cza, traw­ni­ki scho­dzi­ły stro­mo do dro­gi pro­wa­dzą­cej wzdłuż brze­gu mo­rza. Drzwi wej­ścio­we znaj­do­wa­ły się z tyłu domu. Eri­ka za­wa­ha­ła się, za­nim na­ci­snę­ła dzwo­nek. Ode­zwał się echem, po czym za­milkł. Ze środ­ka nie do­biegł naj­słab­szy dźwięk i Eri­ka mia­ła wła­śnie odejść, gdy drzwi po­wo­li się otwo­rzy­ły.

– Tak?

– Dzień do­bry, je­stem Eri­ka Falck. To ja...

Nie do­koń­czy­ła. Było jej głu­pio, że się przed­sta­wia tak ofi­cjal­nie, prze­cież ciot­ka Ale­xan­dry, Ulla Per­s­son, do­sko­na­le wie, kim jest. Mama Eri­ki przez wie­le lat udzie­la­ła się w kół­ku pa­ra­fial­nym ra­zem z Ullą, któ­ra cza­sem w nie­dzie­le za­cho­dzi­ła do nich na kawę.

Ulla sta­nę­ła z boku, prze­pusz­cza­jąc Eri­kę. We­szła do przed­po­ko­ju. W ca­łym domu nie pa­li­ła się ani jed­na lam­pa. Do wie­czo­ra zo­sta­ło wpraw­dzie spo­ro cza­su, ale wy­dłu­żo­ne cie­nie już za­po­wia­da­ły zmierzch. Z po­ko­ju na wprost do­cho­dził stłu­mio­ny szloch. Eri­ka zdję­ła buty i kurt­kę. Przy­ła­pa­ła się na tym, że sta­ra się to ro­bić jak naj­ci­szej. Na­strój pa­nu­ją­cy w domu tego wy­ma­gał. Ulla po­szła do kuch­ni. Eri­ka zo­sta­ła sama. Skie­ro­wa­ła się do po­ko­ju. We­szła, a wte­dy płacz ucichł. Na jed­nej z ka­nap sto­ją­cych przed wiel­kim pa­no­ra­micz­nym oknem sie­dzie­li kur­czo­wo ob­ję­ci Bir­git i Karl-Erik Carl­gre­no­wie. Obo­je mie­li twa­rze mo­kre od łez. Eri­ka po­czu­ła, że wkra­cza w nie­zwy­kle in­tym­ną sfe­rę, cze­go być może nie po­win­na ro­bić, ale było już za póź­no na od­wrót.

Usia­dła ostroż­nie na ka­na­pie sto­ją­cej na­prze­ciw­ko i splo­tła dło­nie na ko­la­nach. Od chwi­li, kie­dy we­szła do po­ko­ju, nie pa­dło ani jed­no sło­wo.

– Jak ona wy­glą­da­ła?

W pierw­szej chwi­li Eri­ka nie zro­zu­mia­ła py­ta­nia. Głos Bir­git brzmiał jak głos dziec­ka. Eri­ka nie wie­dzia­ła, co od­po­wie­dzieć.

– Strasz­nie sa­mot­nie – wy­du­si­ła i za­raz po­ża­ło­wa­ła tych słów.

– Nie mia­łam na my­śli... – nie do­koń­czy­ła zda­nia, któ­re we­ssa­ła pa­nu­ją­ca wko­ło ci­sza.

– Ona nie po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwa!

Głos Bir­git na­gle za­brzmiał moc­no i do­no­śnie. Karl-Erik ści­snął dłoń żony i kiw­nął gło­wą na znak, że się z nią zga­dza. Na twa­rzy Eri­ki do­strze­gli wi­docz­nie wy­raz po­wąt­pie­wa­nia, bo Bir­git po­wtó­rzy­ła:

– Ona nie po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwa! Znam ją le­piej niż kto­kol­wiek inny i wiem, że nie mo­gła­by so­bie ode­brać ży­cia. Nie star­czy­ło­by jej od­wa­gi! Do­brze o tym wiesz. Prze­cież ją zna­łaś.

Z każ­dym sło­wem pro­sto­wa­ła się co­raz bar­dziej, w jej oczach po­ja­wił się błysk. Na prze­mian to za­ci­ska­ła, to roz­luź­nia­ła dło­nie, upo­rczy­wie pa­trząc w oczy Eri­ki. W koń­cu Eri­ka pod­da­ła się i ro­zej­rza­ła po po­ko­ju. Byle tyl­ko nie wi­dzieć tej roz­pa­czy.

Po­kój był przy­tul­ny, cho­ciaż nie­co za­gra­co­ny. Kunsz­tow­nie upię­te za­sło­ny z du­ży­mi fal­ba­na­mi i do­bra­ne do nich po­dusz­ki ka­na­py, uszy­te z tego sa­me­go kwie­ci­ste­go ma­te­ria­łu. Na każ­dym wol­nym cen­ty­me­trze po­wierzch­ni sta­ła ja­kaś ozdo­ba. Drew­nia­ne mi­ski w sty­lu lu­do­wym usta­wio­ne na ser­wet­kach ha­fto­wa­nych w krzy­ży­ki i por­ce­la­no­we pie­ski o wiecz­nie wil­got­nych oczach. Ca­łość ra­to­wa­ło pa­no­ra­micz­ne okno, z któ­re­go roz­cią­gał się wi­dok wręcz nie­by­wa­ły. Eri­ka po­my­śla­ła, że wo­la­ła­by za­sty­gnąć ze wzro­kiem wpa­trzo­nym w okno i nie być świad­kiem ża­ło­by tych dwoj­ga lu­dzi. Spoj­rza­ła na Carl­gre­nów.

– Pro­szę pani, na­praw­dę nie wiem. Przy­jaź­ni­ły­śmy się z Ale­xan­drą dwa­dzie­ścia pięć lat temu. Wła­ści­wie na­wet nie wiem, jaka ona była. Czę­sto się zda­rza, że nie zna­my ko­goś tak do­brze, jak nam się zda­je...

Eri­ka zda­wa­ła so­bie spra­wę, że jej sło­wa brzmią nie­prze­ko­nu­ją­co, że nie tra­fia­ją i tyl­ko od­bi­ja­ją się od ścian. Tym ra­zem ode­zwał się oj­ciec Alex. Uwol­nił się z kur­czo­we­go uści­sku żony i po­chy­lił do przo­du, jak­by chciał się upew­nić, że Eri­ka nie uro­ni ani sło­wa.

– Ja wiem, że to wy­glą­da, jak­by­śmy nie chcie­li przy­jąć do wia­do­mo­ści tego, co się sta­ło. Pew­nie spra­wia­my wra­że­nie nie­po­zbie­ra­nych, ale gdy­by na­wet Alex z ja­kie­goś po­wo­du za­mie­rza­ła ode­brać so­bie ży­cie, nig­dy, po­wta­rzam, nig­dy nie zro­bi­ła­by tego w ten spo­sób! Na pew­no pa­mię­tasz, jak się bała krwi – wręcz pa­nicz­nie. Wy­star­czy­ło drob­ne ska­le­cze­nie, a hi­ste­ry­zo­wa­ła, do­pó­ki nie przy­kle­ili­śmy pla­stra. Zda­rza­ło jej się na­wet mdleć na wi­dok krwi. Dla­te­go je­stem ab­so­lut­nie pe­wien, że ra­czej wy­bra­ła­by na przy­kład śro­dek na­sen­ny. Nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści, żeby mo­gła wziąć ży­let­kę i pod­ciąć so­bie żyły, naj­pierw na jed­nym przed­ra­mie­niu, po­tem na dru­gim. I jesz­cze jed­no, żona już o tym wspo­mnia­ła: Alex była oso­bą bar­dzo de­li­kat­ną, bra­ko­wa­ło jej od­wa­gi. De­cy­zja o ode­bra­niu so­bie ży­cia wy­ma­ga siły. Ona nie mia­ła w so­bie ta­kiej siły.

Mó­wił tak, jak­by na­le­gał, żeby się z nim zgo­dzi­ła, i choć była wciąż prze­ko­na­na, że jest to przede wszyst­kim wy­raz roz­pa­czy dwoj­ga lu­dzi, zro­dził się w niej cień wąt­pli­wo­ści. Przy­po­mnia­ła so­bie, że kie­dy po­przed­nie­go ran­ka we­szła do ła­zien­ki Alex, mia­ła uczu­cie, że coś jest nie tak. Znaj­do­wa­nie zwłok nie jest oczy­wi­ście rze­czą nor­mal­ną, ale było w tym jesz­cze coś dziw­ne­go. Czy­jaś obec­ność, ja­kiś cień. Tyl­ko tak mo­gła­by to ująć. Nadal wie­rzy­ła, że coś po­pchnę­ło Ale­xan­drę Wijk­ner do po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa, ale upar­cie po­wta­rza­ne stwier­dze­nia Carl­gre­nów po­ru­szy­ły w niej inną stru­nę.

Ude­rzy­ło ją po­do­bień­stwo do­ro­słej Alex do mat­ki. Bir­git Carl­gren była drob­nej, szczu­płej bu­do­wy, mia­ła ta­kie same, ja­sne wło­sy jak cór­ka, cho­ciaż w od­róż­nie­niu od buj­nej grzy­wy Alex wło­sy Bir­git były szy­kow­nie i krót­ko ob­cię­te na pa­zia. Była ubra­na cał­kiem na czar­no, ale mimo ża­ło­by wy­da­wa­ła się świa­do­ma wra­że­nia, ja­kie wy­wie­ra dzię­ki kon­tra­sto­wi mię­dzy ja­snym a ciem­nym. Wy­ko­ny­wa­ła drob­ne ge­sty świad­czą­ce o próż­no­ści. Ręka gła­dzą­ca ostroż­nie wło­sy, po­pra­wie­nie nie­ska­zi­tel­ne­go koł­nie­rzy­ka. Eri­ka przy­po­mnia­ła so­bie, ja­kim skar­bem dla ośmio­let­nich dziew­czy­nek ba­wią­cych się w prze­bie­ran­ki była jej sza­fa. A ka­set­ka na bi­żu­te­rię była ist­nym ra­jem albo czymś bar­dzo bli­skim raju.

Mąż pre­zen­to­wał się bar­dzo zwy­czaj­nie. Nie był by­najm­niej brzyd­kim męż­czy­zną, cho­ciaż nie przy­cią­gał uwa­gi. Miał po­dłuż­ną, wy­żło­bio­ną przez zmarszcz­ki twarz, a na­sa­da wło­sów prze­su­nę­ła się pra­wie na czu­bek gło­wy. Karl-Erik rów­nież był ubra­ny na czar­no, ale w od­róż­nie­niu od żony wy­da­wał się przez to jesz­cze mniej za­uwa­żal­ny. Eri­ka po­my­śla­ła, że pora się po­że­gnać. Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, po co wła­ści­wie przy­szła.

Pod­nio­sła się, Carl­gre­no­wie rów­nież. Bir­git spoj­rza­ła na męża wy­cze­ku­ją­co, na­kła­nia­jąc go wzro­kiem, aby coś po­wie­dział. Praw­do­po­dob­nie umó­wi­li się jesz­cze przed przyj­ściem Eri­ki.

– Bar­dzo by­śmy chcie­li, abyś na­pi­sa­ła wspo­mnie­nie o Alex. I dała do na­szej lo­kal­nej ga­ze­ty, „Bo­hu­slänin­gen”. O jej ży­ciu, ma­rze­niach... – i o jej śmier­ci. Taki snop świa­tła na jej oso­bę i do­ko­na­nia. Bar­dzo nam na tym za­le­ży.

– A nie wo­le­li­by pań­stwo „Göte­borgs Po­sten”? Prze­cież miesz­ka­ła w Göte­bor­gu, praw­da? Zresz­tą tak samo jak pań­stwo.

– Fjäl­l­bac­ka za­wsze była i bę­dzie na­szym do­mem. Tak samo czu­ła Alex. Może za­cznij od roz­mo­wy z jej mę­żem, Hen­ri­kiem. Już go py­ta­li­śmy i zgo­dził się. Oczy­wi­ście po­kry­je­my wszel­kie wy­dat­ki.

Tym sa­mym uzna­li wi­dać, że to ko­niec dys­ku­sji. Eri­ka, któ­ra na­wet nie zdą­ży­ła po­wie­dzieć, czy przyj­mu­je zle­ce­nie, zna­la­zła się na schod­kach przed do­mem, trzy­ma­jąc w ręku kart­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu Hen­ri­ka Wijk­ne­ra. Za jej ple­ca­mi za­trza­snę­ły się drzwi. Wła­ści­wie nie mia­ła ocho­ty po­dej­mo­wać się tego za­da­nia, ale za­kieł­ko­wa­ła w niej pew­na myśl. Za­raz ją od­rzu­ci­ła, po­czu­ła na­wet wy­rzu­ty su­mie­nia, że mo­gła ją po­wziąć, ale myśl była upar­ta i nie chcia­ła jej opu­ścić. Był to po­mysł na książ­kę, któ­re­go tak dłu­go szu­ka­ła. A te­raz się wła­śnie po­ja­wił. Opo­wieść o dro­dze czło­wie­ka ku prze­zna­cze­niu. O tym, co do­pro­wa­dzi­ło do sa­mo­bój­stwa mło­dą, pięk­ną ko­bie­tę, któ­ra po­zor­nie osią­gnę­ła w ży­ciu wszyst­ko. Nie wy­mie­ni­ła­by rzecz ja­sna imie­nia Alex, ale by­ła­by to opo­wieść o tym, cze­go zdo­ła się do­wie­dzieć o jej dro­dze ku śmier­ci. Na­pi­sa­ła do tej pory czte­ry książ­ki. Wszyst­kie były bio­gra­fia­mi wy­bit­nych szwedz­kich pi­sa­rek. Nie od­wa­ży­ła się do­tąd two­rzyć wła­snych opo­wie­ści, cho­ciaż wie­dzia­ła, że nosi je w so­bie, że tyl­ko cze­ka­ją, by je prze­la­ła na pa­pier. Może te­raz od­naj­dzie w so­bie rytm i in­spi­ra­cję, na któ­re tak cze­ka­ła. Daw­na zna­jo­mość z Alex tyl­ko jej w tym po­mo­że.

Sam po­mysł bu­dził nie­smak, co było praw­dzi­wie ludz­kim od­ru­chem, ale tak­że en­tu­zjazm, co było od­ru­chem pi­sar­ki.

Malo­wał na płót­nie gru­be czer­wo­ne pasy. Pra­co­wał od świ­tu i po raz pierw­szy od kil­ku go­dzin cof­nął się, by po­pa­trzyć na swo­je dzie­ło. Dla nie­na­wy­kłe­go oka przed­sta­wia­ło po pro­stu duże pla­my – czer­wo­ne, po­ma­rań­czo­we i żół­te – roz­rzu­co­ne nie­re­gu­lar­nie po du­żym płót­nie. Dla nie­go były to upo­ko­rze­nie i re­zy­gna­cja przed­sta­wio­ne w bar­wach sym­bo­li­zu­ją­cych na­mięt­ność.

Za­wsze uży­wał tych sa­mych ko­lo­rów. Prze­szłość krzy­cza­ła do nie­go z ob­ra­zu, szy­dzi­ła, a on ma­lo­wał da­lej z co­raz więk­szym za­pa­mię­ta­niem.

Po ko­lej­nej go­dzi­nie do­szedł do wnio­sku, że za­słu­żył na pierw­sze piwo. Chwy­cił sto­ją­cą naj­bli­żej pusz­kę, nie zwa­ża­jąc na to, że po­przed­nie­go wie­czo­ru kil­ka­krot­nie strzą­snął do niej po­piół z pa­pie­ro­sa. Po­piół przy­le­pił mu się do warg, ale nadal pił chci­wie zwie­trza­ły na­pój. Wy­li­zał ostat­nie kro­ple i rzu­cił pusz­kę na pod­ło­gę.

Miał na so­bie tyl­ko ka­le­so­ny, z przo­du po­żół­kłe od piwa albo mo­czu. Trud­no po­wie­dzieć. Praw­do­po­dob­nie od jed­ne­go i dru­gie­go. Tłu­ste ko­smy­ki wło­sów się­ga­ły ra­mion, pierś miał bla­dą i za­pad­nię­tą. An­ders Nils­son był ru­iną czło­wie­ka, ale sto­ją­cy na szta­lu­gach ob­raz świad­czył o ta­len­cie, któ­ry po­zo­sta­wał w ostrym kon­tra­ście ze sta­nem upad­ku au­to­ra.

Nils­son opadł na pod­ło­gę i oparł się o ścia­nę na­prze­ciw ob­ra­zu. Obok sta­ło nie­otwo­rzo­ne piwo. Po­cią­gnął za uchwyt, roz­ko­szu­jąc się dźwię­kiem otwie­ra­nej pusz­ki. Ob­raz przy­po­mi­nał mu to, co przez więk­szą część ży­cia sta­rał się za­po­mnieć. Po jaką cho­le­rę chcia­ła te­raz wszyst­ko znisz­czyć? Nie mo­gła tego zo­sta­wić, ot tak? Sa­mo­lub­na kur­wa, my­śla­ła tyl­ko o so­bie. Chłod­na, nie­win­na, księż­nicz­ka pie­przo­na. Już on do­brze wie, co w niej na­praw­dę sie­dzi. Prze­cież są z tej sa­mej gli­ny. Ukształ­to­wa­ły ich i przy­spa­wa­ły do sie­bie lata wza­jem­nej udrę­ki. A ona my­śli, że sama może to zmie­nić.

– Psia­krew! – wrza­snął i rzu­cił w ob­raz na wpół opróż­nio­ną pusz­ką. Zi­ry­to­wał się jesz­cze bar­dziej, bo płót­no za­chy­bo­ta­ło się na szta­lu­gach, ale nie ucier­pia­ło. Pusz­ka spa­dła na pod­ło­gę. Piwo roz­pry­sło się na ob­ra­zie, spły­wa­jąc po nim ra­zem z far­ba­mi, a czer­wień, oranż i żółć mie­sza­ły się ze sobą w nowe od­cie­nie. Przy­glą­dał się temu z sa­tys­fak­cją.

Nie zdą­żył jesz­cze wy­trzeź­wieć po wczo­raj­szym dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nym pi­ciu i mimo wie­lo­let­nie­go do­świad­cze­nia po­czuł dzia­ła­nie al­ko­ho­lu. Osu­nął się w zna­jo­me opa­ry sta­rych wy­mio­cin.

Miała wła­sny klucz od miesz­ka­nia. Do­kład­nie wy­tar­ła buty, cho­ciaż wie­dzia­ła, że to bez sen­su, bo na dwo­rze i tak było czy­ściej niż w środ­ku. Od­sta­wi­ła tor­by z za­ku­pa­mi i sta­ran­nie po­wie­si­ła płaszcz na wie­sza­ku. Nie mu­sia­ła wo­łać. Pew­nie jak zwy­kle jest nie­przy­tom­ny.

Kuch­nia znaj­do­wa­ła się na lewo. Pa­no­wał w niej ten sam co za­wsze ba­ła­gan. Brud­ne na­czy­nia z kil­ku ty­go­dni pię­trzy­ły się w zle­wie, na sto­le, krze­słach, na­wet na pod­ło­dze. Wszę­dzie wa­la­ły się pety, pusz­ki po pi­wie i pu­ste bu­tel­ki.

Otwo­rzy­ła lo­dów­kę, by wsta­wić ku­pio­ne je­dze­nie. W samą porę. Była zu­peł­nie pu­sta. Za­peł­ni­ła ją i przy­sta­nę­ła, by ze­brać siły.

Miesz­ka­nie skła­da­ło się z tyl­ko jed­ne­go po­ko­ju, po­kój dzien­ny był jed­no­cze­śnie sy­pial­nią. Za­dba­ła o wsta­wie­nie paru me­bli, ale nie­wie­le tego było. Naj­wię­cej miej­sca zaj­mo­wa­ły sto­ją­ce przy oknie wiel­kie szta­lu­gi. W rogu po­ko­ju le­żał wy­świech­ta­ny ma­te­rac. Nie stać jej było na ku­pie­nie mu po­rząd­ne­go łóż­ka.

Z po­cząt­ku pró­bo­wa­ła mu po­móc utrzy­mać jaki taki po­rzą­dek. Ście­ra­ła, zbie­ra­ła brud­ne ubra­nia, pra­ła, czę­sto go na­wet myła. Cią­gle w na­dziei, że wszyst­ko się zmie­ni, znik­nie samo z sie­bie. Tak upły­nę­ło wie­le lat. W któ­rymś mo­men­cie za­bra­kło jej sił. Po­prze­sta­ła na pil­no­wa­niu, by cho­ciaż miał co jeść.

Chcia­ła­by mieć wię­cej sił. Cią­ży­ło jej po­czu­cie winy, kła­dą­ce się na ra­mio­nach, na pier­siach. Daw­niej, kie­dy na ko­la­nach ście­ra­ła jego wy­mio­ci­ny, my­śla­ła so­bie, że od­ku­pu­je część winy. Te­raz nie mia­ła już tej na­dziei.

Spoj­rza­ła na nie­go: le­żał opar­ty o ścia­nę. Śmier­dzą­cy wrak czło­wie­ka, w któ­rym miesz­ka nie­zwy­kły ta­lent. Tyle razy za­sta­na­wia­ła się, co by było, gdy­by tam­te­go dnia do­ko­na­ła in­ne­go wy­bo­ru. Od dwu­dzie­stu pię­ciu lat co­dzien­nie my­śla­ła o tym, że ży­cie przy­bra­ło­by inny ob­rót, gdy­by za­cho­wa­ła się wte­dy in­a­czej. Dwa­dzie­ścia pięć lat to szmat cza­su na ta­kie roz­my­śla­nia.

Cza­sem od­cho­dzi­ła, zo­sta­wia­jąc go na pod­ło­dze. Ale nie dziś. Do miesz­ka­nia wdzie­rał się chłód, przez cien­kie raj­sto­py czu­ła lo­do­wa­tą pod­ło­gę. Po­cią­gnę­ła go za ra­mię zwi­sa­ją­ce bez­wład­nie i bez czu­cia wzdłuż boku. Nie re­ago­wał. Wte­dy obu­rącz chwy­ci­ła go za prze­gub i po­cią­gnę­ła w kie­run­ku ma­te­ra­ca. Spró­bo­wa­ła wto­czyć go na ma­te­rac i aż się wzdry­gnę­ła, gdy do­tknę­ła zwiot­cza­łe­go brzu­cha. W koń­cu uda­ło jej się wcią­gnąć na ma­te­rac więk­szą część jego cia­ła. Z bra­ku koł­dry przy­kry­ła go kurt­ką przy­nie­sio­ną z przed­po­ko­ju. Za­sa­pa­ła się i mu­sia­ła usiąść. Ma­jąc tyle lat na kar­ku, nie po­ra­dzi­ła­by so­bie, gdy­by nie sil­ne ra­mio­na i za­pra­wa, jaką dały jej lata sprzą­ta­nia. Mar­twi­ła się, co bę­dzie, gdy za­brak­nie jej sił.

W czu­łym ge­ście od­gar­nę­ła mu pal­cem z twa­rzy tłu­sty ko­smyk. Ani jej, ani jemu ży­cie nie uło­ży­ło się tak, jak so­bie kie­dyś wy­obra­ża­ła, ale za­dba, żeby przy­najm­niej nie stra­cić tego, co im jesz­cze zo­sta­ło.

Na uli­cy lu­dzie od­wra­ca­li od nich wzrok, ale nie na tyle szyb­ko, by nie zdą­ży­ła zo­ba­czyć współ­czu­cia na twa­rzach. An­ders był zna­ny wśród miej­sco­wych al­ko­ho­li­ków. Cza­sem szedł pi­ja­ny przez osa­dę, po­włó­cząc no­ga­mi i wy­krzy­ku­jąc obe­lgi pod ad­re­sem wszyst­kich na­po­tka­nych osób. Spo­ty­kał się z od­ra­zą, tak jak ona spo­ty­ka­ła się ze współ­czu­ciem. A po­win­no być od­wrot­nie: to ona za­słu­gi­wa­ła na od­ra­zę, a An­ders na współ­czu­cie. Jego ży­cie zo­sta­ło ukształ­to­wa­ne przez jej sła­bość. Już nig­dy nie bę­dzie sła­ba.

Sie­dzia­ła tak kil­ka go­dzin, głasz­cząc go po gło­wie. Od cza­su do cza­su z głę­bi swej nie­przy­tom­no­ści wy­ko­ny­wał ja­kiś ruch, a wte­dy uspo­ka­jał go jej do­tyk. Za oknem ży­cie to­czy­ło się zwy­kłym to­rem. W tym po­ko­ju czas sta­nął w miej­scu.