Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Księżniczka mafii ebook

Marisa Merico  

4.16666666666667 (42)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 324 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Księżniczka mafii - Marisa Merico

Kiedy trzynastoletnia Marisa poznała swojego ojca, była nim zachwycona. Dla niej Emilio Di Giovine był wspaniały, czarujący i kochający. Dla reszty świata - brutalny i bezwzględny. Wiedziała, że zrobi dla niej - dla swojej "księżniczki" wszystko, ale nie spodziewała się, jak wiele zażąda w zamian...

Porzuciła spokojne życie w Blackpool, gdzie mieszkała z matką Angielką, żeby wrócić do ojca, do Mediolanu. Nie miała pojęcia, że wkracza do najpotężniejszego imperium narkotyków, broni i prania brudnych pieniędzy. Kiedy zakochała się w najbardziej zaufanym żołnierzu ojca, Emilio uznał, że jest gotowa poznać prawdę o rodzinnym biznesie. Wkrótce wciągnęła ją brutalna i mroczna machina przestępczej działalności Rodziny...

Opinie o ebooku Księżniczka mafii - Marisa Merico

Fragment ebooka Księżniczka mafii - Marisa Merico

Redakcja stylistyczna

Izabella Sieńko-Holewa

Korekta

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki na podstawie koncepcji HildenDesign,

München dla wydawnictwa Bastei Lübbe

Zdjęcie na okładce

© ftwitty/iStockphoto

Zdjęcia wewnątrz książki pochodzą ze zbiorów autorki.

Tytuł oryginału

Mafia Princess

Copyright © Marisa Merico 2010

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6822-4

Warszawa 2018. Wydanie IV

Wydawnictwo AMBER z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Rodzina – najmilsza ośmiornica, z której ramion nigdy nie uciekamy do końca, bo w głębi serca tego nie chcemy.

Dodie Smith Opisałam zamek

– Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami
– rzekła Alicja.
– O, na to nie ma już rady – odparł Kot. – Wszyscy mamy
tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.
– Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika?
– zapytała Alicja.

– Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

Lewis Carroll Alicja w Krainie Czarów, 1865 przeł. Antoni Marianowicz

Wstęp

Marz tak, jakbyś miał żyć wiecznie, żyj, jakbyś miał umrzeć dzisiaj.

James Dean, 1954

Mojego ojca chrzestnego zastrzelono z broni kaliber 7.63, kiedy siedział na fotelu u swojego ulubionego fryzjera i czekał na golenie na mokro.

Pocisk z karabinu wyborowego trafił kuzyna mojego ojca w głowę w tej precyzyjnie wybranej chwili, gdy wyszedł z domu i zmierzał do opancerzonego auta.

Seria z broni automatycznej uśmierciła mojego wuja w jego kawiarni, gdy serwował gościom wino do lunchu.

Niedługo później człowiek, który zlecił te morderstwa, został zabity w więzieniu. Kiedy wyszedł na dziedziniec na niedzielne ćwiczenia, snajper mierzący z dachu sąsiedniego budynku wpakował mu kulkę w czoło.

Fala przemocy narastała, pogłębiając cierpienie mojej rodziny. Zginęło prawie siedemset osób (żołnierzy i niewinnych ofiar). Właśnie dlatego, gdy miałam dziewiętnaście lat, zgodziłam się pojechać na południe z ładunkiem broni w tajnych skrytkach przystosowanego do potrzeb rodziny citroena, którym zwykle przewożono heroinę.

Na wierzchu ułożyliśmy karabiny maszynowe, broń ręczną, zasobniki z amunicją, kuloodporne kamizelki i kurtki, a pod spodem cięższy kaliber: kałasznikowy, fantastyczne karabinki AK-47, które potrafią wystrzelać sześćset pięćdziesiąt naboi na minutę, i bazooki, którymi można wysadzić w powietrze opancerzone auto.

To przypominało pakowanie się na wakacje – najpierw swetry i sukienki, wyprasowane ubrania rozłożone płasko, a kosmetyczka i buty upchnięte w rogach.

Byłam zbyt młoda, żeby rozumieć wszystkie aspekty tego, co się działo i zbyt zakochana w chłopaku, który miał jechać ze mną, żeby się bać. Nie bałam się nawet, gdy carabinieri przystanęli, żeby porozmawiać w pobliżu naszego samochodu, w którym było dość arsenału, żeby rozpętać trzecią wojnę światową.

Świat nas nie przerażał. To było jak wyjazd na rodzinne wakacje.

Dostarczyliśmy transport i wojna stała się jeszcze bardziej zaciekła. Wroga rodzina nie miała kontaktów pozwalających jej zdobyć wojskową broń, taką jak jugosłowiańskie bazooki, które przewieźliśmy. Nasze bojówki składały się z czterech ludzi: kierowcy, strzelca z automatyczną strzelbą Benelli Nova kaliber 12, rozsławioną w śmiertelnych potyczkach miejskich, i dwóch ludzi z pistoletami maszynowymi. Mieliśmy do dyspozycji rosyjskie RPG i karabin przeciwpancerny. Formowaliśmy również oddziały podpalające, które obezwładniały przeciwnika, gdy usiłował uciec z linii ognia.

Mimo wszystko wojna nie była wygrana. Wuj Domenico, uroczy, przemiły człowiek, roześmiany i zabawny, brat babci, jeden z moich ulubionych wujków, został zastrzelony, gdy wyszedł na balkon zapalić cygaro.

Ilu ludzi ma krewnych, których zastrzelono? Ja dorastałam w takim środowisku.

To były szalone czasy.

Przemoc kontra przemoc. Już wtedy zdawałam sobie sprawę, że wygra ten, kto ma większy arsenał broni. I gotowość do jej użycia.

Nauczyłam się tego, bo jeszcze zanim się urodziłam, przemoc była istotnym składnikiem mojego życia.

Stworzyła mnie.

Bambino od Gucciego

Fidarsi è bene, non fidarsi è meglio. (Zaufanie jest dobre, nieufność jeszcze lepsza).

Powiedzenie włoskie

Przyszłam na świat na kuchennym stole mojej babci. Rodziłam się niechętnie. Przybyłam w samą porę na śniadanie, w salonie, w domu przy Piazza Prealpi w Mediolanie.

Na tym samym stole babcia urodziła dwanaścioro swoich dzieci, łącznie z najmłodszą córką, Angelą, zaledwie cztery tygodnie wcześniej.

Moja mama nie miała skurczów. Poród trwał, ale w sposób, do jakiego domostwo babci nie było przyzwyczajone.

– Przyj! Przyj, przyj! – krzyczała przyjaciółka babci, akuszerka Francesca.

Mama nie parła, ani trochę. Nie wiedziała, skąd to całe zamieszanie. Była otumaniona. Nie miała siły. Poród trwał już od dwunastu godzin.

– No dalej, przyj!

Babcia nie mogła zaakceptować tego opóźnienia. Kiedy sama rodziła Angelę miesiąc wcześniej, linia produkcyjna była tak samo efektywna jak zawsze. Ta głupia angielska dziewucha leżąca na kuchennym stole po prostu nie miała pojęcia o rodzeniu dzieci. Krzyki nie pomagały. Rodzina była na nogach przez całą noc, snuli się wkoło, ziewali, usiłowali zachować przytomność, ale kawa przestała działać już przed kilkoma godzinami.

A teraz o ósmej rano, we czwartek, 19 lutego 1970 roku, mieli dość. A na pewno dosyć miał dziadek, Rosario Di Giovine. Chciał dostać śniadanie.

– Nic się nie dzieje, kompletnie nic – powiedziała babcia.

Dziadek zakasał rękawy.

– Dalej, dawaj! Rusz się, dziewczyno… Vai! Vai!

Dał mamie klapsa w nogę. A potem następnego, mocniejszego, w pośladek.

– No dawaj, skończmy już z tym.

Mama parła.

Przyszłam na świat dziewięć po ósmej.

Dziadek zaczął jeść, jak gdyby nigdy nic. Babcia podeszła do kredensu w rogu pokoju. Akuszerka zawinęła mnie w bawełniane pieluchy, a babcia wróciła z purpurowym kocykiem z kaszmiru, od Gucciego. I owinęła mnie. To był prezent.

Dar całkiem na miejscu, bo urodziłam się w gangu. Byłam księżniczką mafii.

Moja mama nie miała dużo pokarmu, więc babcia kilka razy karmiła mnie piersią. Kochałam babcię. Zawsze byłam jej ulubienicą. Ale kocyk od Gucciego w niczym nie przypominał szklanego pantofelka. Moja młodość wyglądała jak życie Kopciuszka, zanim spotkał księcia. Zdecydowanie nie była bajkowa.

Kiedy dorastałam, rodzina prowadziła niebezpieczne interesy ściśle związane z bronią, narkotykami i śmiercią. Dla rodziny mojego ojca było to normalne.

Babcia pochodziła w prostej linii z rodziny Serraino. Urodziła się w Reggio Calabria w jednym z legendarnych klanów mafii ’Ndrangheta, które stworzyły mafię kalabryjską. Słowo to (czytane: endrangeta) oznacza honor i lojalność. Członkowie klanu lojalność wobec rodziny (inaczej ’ndrina) mają we krwi; płynie w ich żyłach.

Babcia nie umiała się nawet podpisać, w dokumentach stawiała krzyżyk, ale pozostaje jedną z najznamienitszych Marii w ostatnich dziesięcioleciach historii mafii. Ludzie znają ją jako La Signora Maria, Panią Marię. Nawet władze wyrażają się o niej z szacunkiem. Widziałam oficjalne dokumenty, w których nazywano ją najniebezpieczniejszą kobietą we Włoszech.

Otrzymałam imiona Maria Elena Marisa, na jej cześć. Ale ludzie zawsze mówili do mnie Marisa, żeby uniknąć pomyłek. Pomyłek? Dobre sobie! La Signora Maria była tylko jedna.

Do ’Ndranghety nie można było wstąpić, członkostwo nadawano z mianowania. Wszystkie dzieci babci znały zasady działania miejscowej mafijnej rodziny. Od małego obserwowały je w Kalabrii, gdzie babcia z pierwszej ręki uczyła się ewangelii przemocy. Ludzie myślą, że to mężczyźni kierują mafią, a maluczka kobieta nie może nawet uwarzyć sosu pomidorowego. Pół godziny żeglugi stąd – przez Cieśninę Mesyńską na Sycylię – rola kobiety wygląda dokładnie w taki sposób, jak można zobaczyć w filmach. Ale w kalabryjskiej ’Ndranghecie, od stu pięćdziesięciu lat budowanej na czystej krwi, kobiety odgrywały dużą rolę zarówno w kuchni, jak i działalności przestępczej. Były zobowiązane do przestrzegania mafijnej zmowy milczenia, zwanej omertà. Znane są historie o ceremoniach inicjacyjnych dla kobiet, które pochodziły spoza rodziny. Więzy krwi i rodzinne ceremonie, takie jak śluby, komunie, chrzty i pogrzeby, to rdzeń tamtejszego życia. I śmierci. Babcia nie bawiła się w niedomówienia. Jeśli chodziło o La Signorę Marię, nie wchodziły w grę żadne dwuznaczności.

Była szefem, prawem ostatecznym.

I teściową Pat Riley z Blackpool.

Mama była gwiazdą; zgrabną blondynką, z którą chciało się przebywać. Ale wychowanie na przedmieściach północno-zachodniej Anglii miało uczynić ją praktyczną i rozsądną. Udało się do pewnego stopnia. Zawsze była niezależna, chciała stanowić sama o sobie. Światłom Blackpool nigdy nie było dane oświetlać jej życia.

Patricia Carol Riley urodziła się w wyżu demograficznym, 17 stycznia 1946 roku, niecały rok po tym, jak jej ojciec, Jack Riley, wrócił ze służby w szpitalu polowym. On i babcia Dorothy mieli jeszcze dwie córki, Gillian i Sharon. Dziadek pracował w sklepie spożywczym, a babcia harowała w sklepie i w miejscowym Odeonie. Po wielu tygodniach pracy stać ich wreszcie było na kupno własnego domu, za trzy tysiące funtów.

Dla miejscowych dziewczyn największą atrakcję stanowiły kanapki z pastą łososiową i herbata na plaży przy promenadzie w Blackpool. Życie płynęło im przyjemnie, ale cicho, zwyczajnie. Nie liczyły na żadne niespodzianki. Nic więc dziwnego, że nie zaspokajało to bystrych nastolatek takich jak moja mama.

Miała zdolności artystyczne, tak zwane oko. Świetnie radziła sobie w rysunkach. Chodziła do policealnej szkoły plastycznej i śmiało mogła uczyć plastyki, ale ojciec nie zgodził się, żeby poszła do akademii sztuk pięknych. Uważał to za stratę czasu. Miała skończyć szkołę, wyjść za mąż i urodzić dzieci. On i babcia chcieli dla córek mężów, nie komplikacji.

Mama miała dość. Lubiła swoją pracę – dekoratorki wystaw sklepowych w Blackpool – ale źle się czuła na ustalonej przez rodziców drodze. Z tygodnia na tydzień coraz bardziej ciążyła jej świadomość, że wpadła w pułapkę. Miała miłego chłopca, Alana, wysokiego i przystojnego, którego śmiało mogła zaprosić do domu na herbatę i paluszki rybne. Nie było między nimi wielkiej namiętności. Kiedy Alan zaczął mówić o ślubie, rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. Przecież chciała czegoś więcej, czyż nie? Brenda, jej najlepsza koleżanka, zaczęła mówić o wyjeździe do Stanów jako au pair. A przynajmniej tak to nazywała, snując wizje chłopaków i szalonych nocy w mieście.

– Ameryka? W życiu! – wrzeszczała babcia Dorothy. – A cóż jest złego w życiu tutaj? Wszystkim innym całkowicie wystarcza!

Ale mamie nie wystarczało. Czuła, że wisi w próżni, że niczego nie osiągnęła. W jakiś sposób wiedziała, że nie przynależy do tego miejsca. Szukała czegoś, ale sama nie wiedziała czego, więc jak mogli to rozumieć jej rodzice? Zignorowała ich ostrzeżenia, że będzie jej się nudziło i zatęskni za domem. Szanowała ich jednak wystarczająco, żeby pójść w kwestii wyjazdu do Ameryki na kompromis. Przeczytała w „Lancashire Evening Post” ogłoszenie zamieszczone przez jakieś włoskie biuro o rekrutacji angielskich au pair. Zastrzegano, że aby dostać pracę, musi pojechać do Włoch. Babka natychmiast dała jej błogosławieństwo, Włochy były sto razy lepsze niż lot przez Atlantyk. Po jedenastu długich tygodniach, pełnych niedziel spędzanych przy telewizorze na robieniu niczego i niechodzeniu nigdzie, mama wyruszyła do Włoch.

– Nasza Gracie! – mówiła o mamie babcia. A to dlatego, że ulubioną piosenkarką babci była Gracie Fields, urodzona nad budką z rybą z frytkami w Rochdale, w Lancashire, która teraz mieszkała na Capri. To było takie włoskie! Mama co prawda myślała, że świetnie byłoby polecieć do Ameryki, ale Europa miała tę zaletę, że pozwalała bez problemu wrócić do domu, jeśli jej się nie spodoba. Wylądowała na lotnisku Malpensa w Mediolanie z trzydziestoma funtami w kieszeni, nie znając ani jednego słowa po włosku, pełna nadziei i optymizmu właściwego dwudziestojednoletniej dziewczynie z Lancashire.

Budziła sensację. W 1967 roku angielskie blondynki były we Włoszech rzadkością. Natychmiast zdobyła przyjaciółkę, Adę Omodie, osiemnastolatkę, najstarszą z czwórki rodzeństwa, którym miała się opiekować. Szybko ich przyjaźń wzbogaciła się o element wzajemnej pomocy – Pat pomagała Adzie w angielskim, a Ada uczyła Pat włoskiego.

Wiodła prawdziwela dolce vita. Pat i Ada chodziły razem na zakupy; mama pojechała też z rodziną Omodie na wakacje do Rimini, gdzie mieli własną willę. Gościł tam między innymi Giovanni „Gianni” Rivera, gwiazdor AC Milan i włoskiej kadry narodowej. Na przyjęciach przy basenie Pat przyciągała tyle samo uwagi co celebryci. Powoli się do tego przyzwyczajała. Rodzina Omodie mieszkała w centrum Mediolanu i kiedy mama odprowadzała dzieci do szkoły, codziennie słyszała męskie gwizdy, a było ich jeszcze więcej, gdy wracała do domu sama. Patrzyła prosto przed siebie, nie zwracała uwagi na nikogo.

Z wyjątkiem Alessandra.

Był doskonały, był bóstwem – wysoki, śniady i przystojny; miał twarz anioła z renesansowych obrazów, jakie znajdowała w książkach do plastyki. Pat zakochała się po uszy, kiedy zobaczyła go stojącego w drzwiach zakładu fryzjerskiego, w którym pracował. Widywała go, a on ją, codziennie, gdy szła z dziećmi do szkoły, ale nie rozmawiali aż do dnia, gdy Pat nie mogła sobie poradzić z brązowymi papierowymi torbami na zakupy i Alessandro zaoferował pomoc w dostarczeniu ich do domu.

Moja mama, Pat, ze swoją pierwszą miłością, boskim Alessandro, nad mediolańskim basenem w 1968 roku.

Rozpoczął się romans, jej pierwsza prawdziwa miłość, pierwszy kochanek. Każdą wolną chwilę spędzała z Alessandro, wypełniał jej dni, myśli i życie. Miłość była aż nieznośna, jedna z tych pierwszych miłości, które odbierają oddech i są tak intensywne, naładowane emocjami, że człowiek dziwi się, że jeszcze nie wybuchł.

Rozmawiali cały czas po włosku, Pat uczyła się pilnie. Wolne dni i wakacje spędzali na podróżach do Rzymu, Neapolu, a najczęściej nad pobliskie jezioro Como, gdzie urządzali pikniki nad wodą, kochali się, a on szeptał jej imię.

Kiedy rodzina Omodie oświadczyła, że wyjeżdża z Mediolanu, nie pojechała z nimi, tylko desperacko zaczęła szukać pracy w pobliżu zakładu fryzjerskiego, w którym pracował jej mężczyzna. Odrzucała propozycje pracy jako niania i au pair w całym mieście, dopóki nie znalazła idealnej lokalizacji. Dzieci były koszmarne, ale to nie one miały zrujnować jej marzenia. Zrobił to dwudziestotrzyletni Alessandro we własnej osobie.

Pojechali na jedną ze swoich niedzielnych popołudniowych wycieczek nad jezioro. Alessandro był cichy i zamyślony, kiedy rozkładał koce. Związek trwał już ponad rok i Pat myślała, że może zamierza jej się oświadczyć.

Wprost przeciwnie. Zadrżała mimo ciepłego słońca, gdy powiedział:

– Patti, kocham cię, ale nigdy się z tobą nie ożenię. Moja rodzina chce, żebym poślubił kogo innego. Nie mam wyboru, nie mam nic do powiedzenia.

Pat nie mogła w to uwierzyć. To jakiś absurd. Alessandro pochodził z południowych Włoch, gdzie obyczaje były tak surowe jak w islamie, ale aranżowane małżeństwo? W kwietniu 1969 roku? Nie mogła, nie potrafiła zrozumieć.

Alessandro tłumaczył, że sprawa jest bardzo poważna. Jego rodzice dowiedzieli się, że spotyka się z angielską dziewczyną. Ojciec wpadł w taką furię, że przystawił nóż do gardła syna i wysyczał:

– Ożenisz się z nią po moim trupie.

Alessandro powiedział, że ich romans musi się zakończyć teraz. Bez ustanku powtarzał:

– Tak mi przykro, Patti, ale nie mam innego wyjścia. Nie mam na to wpływu. Muszę zrobić to, czego oczekuje ode mnie ojciec.

Błagała, żeby zmienił zdanie. Przecież mogą uciec do Anglii. Ukryć się gdzieś we Włoszech. Pojechać do Francji. Do Ameryki.

Nic to nie dało. Oboje płakali, gdy wracali do Mediolanu. Alessandro po raz ostatni ją pocałował i wysadził z auta. Zrobiło się zimno.

Pat płakała całymi tygodniami. Spała tylko wtedy, gdy była już wyczerpana, bo przez resztę czasu zadręczała się domysłami i pytaniami. A tak naprawdę jednym pytaniem: dlaczego?

Jedyna myśl, która trzymała ją przy życiu, to nadzieja, że to wielka pomyłka. Że Alessandro do niej wróci, aranżowany ślub zostanie odwołany i wszystko się dobrze skończy.

Mrzonki. Rzeczywistość zraniła ją jeszcze dotkliwiej. Od przyjaciół dowiedziała się, że Alessandro spotkał się ze swoją przyszłą żoną i wszystko zostało ustalone. To był ten moment. Przestała płakać. Nie miała już łez. Poszła do zakładu fryzjerskiego Alessandra. W histerii krzyczała, żeby do niej wyszedł.

– Sprowadzisz na mnie śmierć, Patti! – odkrzyknął. – Zabiją mnie, jeśli to zrobię! Idź stąd, zanim ktoś nas zobaczy.

Zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Z głośnym brzękiem zasunął ciężki skobel, który wbił się w jej serce.

Okazało się, że zostały jeszcze łzy. Płynęły strumieniami, gdy szła ulicą. Łkała tak bardzo, że prawie nie zauważyła dwóch młodych chłopców pytających, czy wszystko w porządku i czy nie podwieźć jej do domu.

Miłość zmieniła się w pełną frustracji wściekłość, a Alessandro, mężczyzna, którego pragnęła tak bardzo, był jedyną osobą, na której mogła ją wyładować. Przeklinała go w myślach: Dobrze! Już ja mu pokażę! Vivi il presente. Angielski mieszał jej się z włoskim.

Nie zastanawiając się nawet, co robi, wsiadła na tylne siedzenie bardzo ładnego, jak się wkrótce zorientowała, samochodu. Wyglądał na nowy. Czuła zapach skóry.

Kierowca przedstawił się jako Luca.

– Momento! – powiedział.

Mieli zaczekać na przyjaciela tylko kilka minut, wtedy pojadą. Zajmą się nią, zabiorą ją do domu. „Nie ma się czym martwić, przestań płakać”. Drugi chłopak, Franco, usiadł z nią na tylnym siedzeniu.

Pat nie przejmowała się upływem czasu. Siedziała cicho, zatopiona w rozpaczy. Miała wrażenie, że to koniec jej świata, jej życia. Była zdruzgotana. Wewnątrz czuła się martwa.

Nagle zdała sobie sprawę, że kierowca z kimś rozmawia. Otworzyły się drzwi od strony pasażera. Niski, krępy chłopak z falującymi czarnymi włosami usiadł koło kierowcy.

Odwrócił się i spojrzał na Pat z krnąbrnym uśmiechem.

– Ciao, bella! Ciao, tesora! Cześć, ślicznotko. Cześć, skarbie.

Miał na imię Emilio. Emilio Di Giovine.

Bajka

Być uczciwym w dziejach tego świata na jedno wychodzi, co być wybranym między tysiącami.

William Szekspir Hamlet, przeł. Józef Paszkowski

Luca, kierowca, zaprosił Pat do nocnego klubu, a ona się zgodziła. Chciała zapomnieć o Alessandrze. Ubrała się w żółtą sukienkę, na przekór złym myślom, i wyszła na miasto poszukać nieszkodliwej rozrywki.

Tego wieczoru najlepszy przyjaciel Luki, Emilio Di Giovine, znów zmaterializował się w czarodziejski sposób, w obcisłym podkoszulku i przylegających spodniach. Do zadymionego, hałaśliwego nocnego klubu dotarł późno, tłumacząc się, że rozbił pożyczony samochód i właściciel nie był zachwycony. Emilio w ogóle się nie przejął. Przyjaciele zasypywali go pytaniami dotyczącymi wypadku, ale on tylko wzruszył ramionami.

– Bywa.

Patrzył na tańczącą Pat i już po chwili przedzierał się przez tłum, żeby z nią porozmawiać. Zapomniał o istnieniu Luki.

– Odwieźć cię do domu? Może się umówimy? – I zapowiedział, że przyjedzie po nią następnego wieczoru.

– Raczej mnie nie odwoź, przyszłam tu z Lucą.

Emilio wpadł po nią nazajutrz. Poszli do wesołego miasteczka. Od tej pory pojawiał się stale, za każdym razem w innym samochodzie. Wszystkie były nowiutkie, a kiedy dociekała, skąd się biorą, mówił:

– Mój ojciec ma warsztat.

Na jednej z pierwszych randek skradł jej całusa.

– Pat, jesteś dziewczyną, z którą chciałbym się ożenić – oświadczył.

Mama miała dwadzieścia trzy lata i słyszała już wiele takich tekstów, więc ze śmiechem zbyła jego słowa. To była głupota, gadka w stylu dziewiętnastoletniego włoskiego Romea. Instynkt podpowiadał jej, żeby nie zwracać na to uwagi. Mimo to miło było usłyszeć coś takiego po bolesnym rozstaniu z Alessandrem. Jej poczuciu własnej wartości dobrze robiło zainteresowanie.

Pasował jej także jego styl bycia. Nie nadążała za nowymi samochodami – we wtorek porsche, we czwartek mercedes, a w sobotę i w niedzielę dziarskie alfa romeo. Na weekend zawsze szykował coś nowego.

– Emilio, czym ty się zajmujesz?

Z pełnym charyzmy uśmiechem i bez śladu wstydu odparł:

– Ścigam się samochodami i pracuję u ojca jako mechanik.

Równie dobrze mógł jej powiedzieć, że lata na księżyc z Neilem Armstrongiem i Buzzem Aldrinem, którzy dopiero co stamtąd wrócili. Nic się nie trzymało kupy. Rosła ciekawość. Wycieczki po mieście wprowadzały jeszcze większy zamęt. Zmieniające się jak w kalejdoskopie samochody nie stanowiły największej atrakcji. Emilio był jak magnes, ludzie tłoczyli się, żeby z nim porozmawiać.

Mój tata, Emilio, z wąsami rodem z lat siedemdziesiątych

Gdzie tylko się pojawiał, jego językiem była gotówka. Ale w wielu barach i restauracjach nie przyjmowano od niego pieniędzy – właściciele stawiali mu jedzenie i drinki na koszt firmy. Nosił garnitury szyte na miarę, koszule i krawaty z drogich sklepów przy via Montenapoleone, importowane z Anglii buty z noskami w innym kolorze. Był perfekcyjnie ostrzyżony, codziennie chodził do fryzjera, żeby się ogolić i przyciąć wąsy. Kiedy zajmował środkowy fotel, niczym gwiazda, czekało już na niego podwójne espresso i panini z grillowanym serem. Wydawało jej się, że znalazła się w bajce.

Emilio był człowiekiem czynu. Kiedy Pat miała kłopoty z rodziną, dla której pracowała, szybko rozwiązał problem.

Któregoś wieczoru, gdy położyła już dzieci spać, zaczął się do niej dobierać ich ojciec. Pat zdała sobie sprawę, że jest kompletnie pijany i kazała mu się odczepić. Przeniosła się do łóżka w pokoju jego córki. Obudziła się, gdy usiłował wleźć do jej śpiwora i to wystarczyło. Wybiegła z domu i zadzwoniła do Emilia.

– Weź swoje rzeczy – powiedział jej. – Nie zostaniesz tam. Wyobraź sobie, co zrobi następnym razem.

Wróciła, ale rodzina nie chciała otworzyć drzwi. Kiedy Emilio przyjechał na miejsce, Pat siedziała zapłakana przed apartamentowcem. Tylko rzucił na nią okiem i kazał jej zaczekać w samochodzie. Próbowała mu powiedzieć, żeby nie robił niczego pochopnie, ale poniosły go emocje.

Po kilku minutach wrócił z jej starannie zapakowanymi torbami. Rozwiązał problem. Już nikt nigdy nie zaczepiał jej, mając na myśli seks. Nigdy też nie dowiedziała się, co zrobił czy co powiedział. Bez trudu znalazł jej miejsce u swojej koleżanki, gdzie mogła zostać, dopóki nie znajdzie nowej pracy. Tymczasem zostali parą i Pat odkryła, że jest w ciąży.

Byli kochankami dopiero od szesnastu dni.

Emilio szalał ze szczęścia. Również jego rodzice cieszyli się z pierworodnego wnuka. Emilio był uwielbianym najstarszym synem i babcia otworzyła przed nim i Pat drzwi swojego domu.

W tym czasie rodzice Emilia mieszkali w domu z dwiema sypialniami, wielkim pokojem dziennym, kuchnią i łazienką. Mieli jedenaścioro dzieci, z czego najstarsze miało dziewiętnaście lat, a najmłodsza, ciocia Angela, dopiero co się urodziła. Mama i tata dostali własną sypialnię. Babcia i dziadek spali w drugiej, a reszta musiała sobie radzić. To było pandemonium. Dzieci były wszędzie, płakały, krzyczały, darły się, śmiały się i biły. Jak siedlisko małych demonów.

Wszyscy tutaj są szaleni, pomyślała Pat i uśmiechnęła się ponuro.

Wszystko układało się, jakby kierowało nią przeznaczenie. Nie miała wyboru. Nie była zakochana w Emilio. Wciąż kochała Alessandra, a Emilio miał być tylko lekarstwem na smutki. Ale pomagał jej. Dbał o nią.

Po kilku tygodniach pojechała do Blackpool, powiadomić o wszystkim rodziców. Zaczęli rozpaczać. Gdzie ten chłopak, który to zrobił? Gdzie Emilio?! Na swój cichy, po angielsku dyskretny sposób byli zdruzgotani taką koleją rzeczy. Mieli nadzieję, że Pat szybko wróci z Włoch. Ale ona przyjechała tylko po to, żeby oznajmić, że jest w ciąży i zaraz wracała, żeby wychować ich pierwszego wnuka w obcym kraju. Podstawowe, wciąż zadawane pytanie brzmiało:

– Kim jest ten Emilio?

Pat nie odpowiadała, bo sama nie była do końca pewna. Zamiast tego zaręczała:

– To dobry człowiek. Dba o mnie. Jestem szczęśliwa.

W głębi duszy wierzyła, że naprawdę będzie szczęśliwa.

Po powrocie na Piazza Prealpi związała się z jego rodzicami, braćmi i siostrami; uczyła się jak najwięcej, jeśli nie wszystkiego, o historii rodziny. Była emocjonalnie rozchwiana, ale chciała do nich należeć, ułożyć sobie życie z młodym Emiliem i dzieckiem, które miało się urodzić. Nigdy wcześniej nie spotkała takiego mężczyzny.

– Lepiej żyć jak lew choćby przez jeden dzień – powtarzał – niż przez sto lat jak owca.

Nawet w mafii dbano o stosowność obyczajów. Babcia naciskała na Emilia, żeby „zrobił co należy”.

Zaledwie osiemnaście dni po moich narodzinach, 9 marca 1970 roku w urzędzie stanu cywilnego niedaleko Piazza Prealpi Emilio w ciemnym garniturze i Pat w delikatnej brązowej sukience, kupionej w C&A w Blackpool, zostali mężem i żoną. Dziadek Rosario, który był świadkiem, wyglądał, jakby przyszedł na pogrzeb. Rodziców Pat nie było. Po ślubie zjedli spaghetti przygotowane przez babcię.

To wtedy Pat podsłuchała rozmowę męża i teścia, szepczących w kuchni.

– Emilio, martwię się tą dziewczyną. Jest Angielką, nie zrozumie, jak sprawy wyglądają. Może wszystko spieprzyć.

Usłyszał, że nie ma problemu. Nikt nie będzie utrudniał życia rodziny, a na pewno nie Pat. Wszystko zostanie jak do tej pory.

Żeby to udowodnić, Emilio spędził noc poślubną na piciu i hazardzie z kumplami przemytnikami. Jego młoda żona opiekowała się w tym czasie nowo narodzonym dzieckiem – mną – i martwiła się o przyszłość.

Emilio był sprytny, opanowany i nie miał żadnych hamulców, jeśli chodziło o przemoc i łajdactwa. Odziedziczył te cechy po matce.

Babcia urodziła się 14 listopada 1931 roku w San Sperato, na samym skraju Kalabrii, przy Cieśninie Messyńskiej, na wysokości Etny na Sycylii. Trudno było zapuścić się w dziksze tereny. Członkowie jej rodziny walczyli w górach jako partyzanci w czasie II wojny światowej, a w ich świecie słowo „partyzant” oznaczało, że walczyli dla siebie.

Cieszyli się złą sławą. Krwawo występowali przeciwko Niemcom i Mussoliniemu. Ich wrogami byli prawie wszyscy. Chociaż lubili amerykańskich żołnierzy, od których na czarnym rynku kupowali czekoladę. Rodzina babci zajmowała się ochroną, wyłudzeniami i kontrabandą. Byli raczej bezlitośni niż wyrafinowani.

Byli też tradycjonalistami, nie tracili wiary w ’Ndranghetę, której mroczne sprawy sięgały czasów zjednoczenia Włoch w 1861 roku. ’Ndrangheta nie potrzebowała tajnych kodów, bo kalabryjskie dialekty były nie do opanowania dla obcych. Dawno temu biedni, ale honorowi i gniewni Kalabryjczycy wystąpili przeciwko bogatym ziemianom i zagarnęli tereny, które uważali za swoje. W San Sperato mieszkało czterysta osób i większość rodzin zdołała uszczknąć dla siebie kawałek ziemi.

Niewiele się zmieniło od czasu, gdy babcia dorastała tam wraz z jedenaściorgiem rodzeństwa. Wtedy cała rodzina chroniła się przed zawieruchą wojenną na wzgórzach Kalabrii. Tłoczyli się w dwupokojowym nieukończonym kamiennym domu. Rodzina Serraino, tak jak wszystkie inne, uprawiała oliwki i cytryny, ale trudnili się również przemytem papierosów i alkoholu, zwłaszcza koniaku kradzionego z dużego kalabryjskiego portu Gioia Tauro – włoskiego okna na świat – znajdującego się pod kontrolą ’Ndranghety. W cieniu straganów z melonami, na zakurzonych prowincjonalnych drogach kwitł nielegalny handel alkoholem i papierosami. Policja przyjmowała łapówki w postaci kilku butelek albo kartonów papierosów. W piątkowe popołudnia życzyła uprzejmie miłego weekendu.

To było dziedzictwo rodziny, ich biznes, skorumpowany, ale dochodowy – kontrolować rynek, realizować potrzeby i nie bać się nikogo. Co więcej, utrzymywać bliskie kontakty z władzami, płacić im, przekupywać albo zabijać. Oto filozofia mafii: bądź blisko z przyjaciółmi, ale jeszcze bliżej z wrogami. Optymalnie byłoby mieć na liście płac wszystkich.

Nie zawsze się udawało. Niektórzy policjanci, choć niewielu, byli praworządni albo naciskały ich lokalne władze i od czasu do czasu musieli kogoś aresztować. W praktyce oznaczało to, że wielu mieszkańców San Sperato – jako że wszyscy mieli jakieś powiązania z czarnym rynkiem – musiało spędzić chwilę w więzieniu.

Dotyczyło to także mojego pradziadka, Domenico „Mico” Serraino, który odsiedział sześć miesięcy latem 1947 roku. Nie wzięto pod uwagę żadnego z jego pozostałych pięćdziesięciu, czy nawet więcej, przestępstw – tylko z tego roku! – bo jakimś cudem nie zostały odnotowane w kartotekach.

Domenico Serraino nosił przydomek Lis i był niezwykle przebiegły. Jego żona, moja prababcia, Margherita Medora, pochodziła z podobnej rodziny. Byli chłopami, nie mieli żadnego wykształcenia. Pradziadek żył w świecie ograniczonym sztywnymi zasadami. Synowie synów stali na piedestale, synowie córek nie zasługiwali na jego uwagę. Synowie synów byli bogami, ale wnuczęta z innym nazwiskiem nie mogły jeść z nim przy jednym stole. Jeśli podeszły za blisko, przeganiał je biciem. Na szczęście babcia miała na nazwisko Serraino.

Musiała odwiedzać ojca, Mica, w więzieniu, zaopatrywać go w papierosy i wino. W czasie jej wizyt także strażnicy więzienni dostawali swój przydział. Z wyglądu była słodką szesnastolatką, ale cechowała ją już typowa dla rodowitych Kalabryjczyków przebiegłość, była nieodrodną córką Lisa. Miała dość pewności siebie, żeby nawiązać romans z dwudziestoletnim strażnikiem więziennym, który zagadywał ją, gdy przychodziła. Naprawdę między nimi iskrzyło. Rosario Di Giovine był nowy w więzieniu i w okolicy, ale więzy krwi łączyły go z południem. Jego ojciec pracował w służbie więziennej w Rzymie. Dopiero co skończyła się wojna i o pracę było trudno, więc ojciec załatwił mu posadę w San Sperato. Zadecydowanie nie było to powołanie młodego Rosaria.

Na początku nie zdawał sobie sprawy, że związek z Marią Serraino może go kosztować życie. Za to tylko, że zawrócił jej w głowie.

Nie było mowy, żeby babcia zaprosiła strażnika więziennego do domu, żeby poznał jej rodzinę. Równie dobrze mogła przyprowadzić policję. Ojciec by się jej wyrzekł, a dziadek niechcący spadłby ze skały…

Ale babcia znalazła sposób. Zaoferowała, że za niewielką opłatą będzie robić strażnikom pranie. To była dobra wymówka, żeby kontynuować odwiedziny w więzieniu, nawet gdy jej ojciec wyszedł już na wolność. A Rosario Di Giovine szybko się uczył, jak sprawy wyglądają w Kalabrii. Utrzymywali romans w tajemnicy, a potem dziadek po cichu opuścił służbę więzienną i unikał kawiarni i barów, do których chodzili jego dawni koledzy. Nie przyznawał się, kim był! Tak jakby nigdy tam nie pracował. Został kierowcą ciężarówki, co w rodzinie Serraino było wysoko cenioną umiejętnością.

Rosario dawał się lubić, mimo to ojciec i bracia babci stale go obserwowali. W tamtych czasach dziewczyna nie mogła przebywać sam na sam z mężczyzną. Musiała mieć przyzwoitkę, nawet podczas wyprawy na lody. Tak to działało. A wobec przybyszów z zewnątrz, takich jak dziadek, trzymano się tej zasady z podwójną mocą. Rosario czuł na sobie spojrzenia wszystkich. Ale prawdziwa miłość zawsze…

Jak każdej młodej parze, czas im się wlókł i wkrótce uciekli razem do innej wioski w górach. Rodzina zorientowała się, co jest na rzeczy, ale oczywiście babcia już zaszła w ciążę.

Atmosfera była gęsta, między dziadkiem a braćmi mojej babci toczyły się ostre kłótnie, często kończące się solidnymi sińcami. Ale w końcu ciąża przeważyła szalę. Odbył się ślub i dwadzieścia dni przed Bożym Narodzeniem w 1949 roku urodził się mój tata, Emilio. Taki był początek dynastii Serraino-Di Giovine, bo linia produkcyjna ruszyła pełną parą. Podczas gdy dziadek stał się zaufanym żołnierzem rodziny i zaczął przewozić kontrabandę, babcia zajęła się rodzeniem dzieci.

W tamtych powojennych czasach, mimo wszystkich szemranych interesów, kradzieży i przemytu, utrzymanie się na powierzchni wymagało wielkiego trudu. Dlatego zasady rządzące Kalabrią były zawsze respektowane. Moja babcia trzymała wszystko w ryzach, kochała dzieci i psy. Była uroczą, hojną osobą, ale miała w sobie nutę bezwzględności. Jeśli ktoś skrzywdził jej rodzinę, jakoś ją znieważył, nie wahała się przed niczym, robiła z niego miazgę. Po prostu atakowała. W takim świecie wzrastała.

Kiedy jej syn Emilio miał cztery lata, dziadek zmusił go, żeby uczestniczył w uboju świni. Na oczach chłopca poderżnięto zwierzęciu gardło, a krew pociekła do wiaderka. Mały chłopczyk musiał zanurzyć we krwi rękę po łokieć i mieszać, żeby nie stężała. Nie można sobie było pozwolić na marnotrawstwo, planowano zrobić kaszankę. Emilio musiał mieszać krew. To ten aspekt życia w rodzinie zrobił z niego mężczyznę. Tak były wychowywane wszystkie dzieci. Dzieci płci męskiej.

Współczucie dla słabszych i wiadra krwi? Dwie skrajności.

W 1963 roku Emilio miał sześciu braci i sześć sióstr. Żyli jak kurczęta, nieustannie grzebiąc w ziemi w poszukiwaniu jedzenia i przestrzeni. To wtedy babcia zdecydowała, że w Mediolanie życie będzie znośniejsze. To było jak wyjazd do Australii. Mediolan wydawał się miejscem odległym i obcym. Ale babcia zapakowała dobytek i dzieci i ruszyła na północ. Zaoszczędziła trochę pieniędzy, pomagała jej chytrość i ślepa determinacja. To wystarczyło, żeby kupić mieszkanie przy Piazza Prealpi, gdzie La Signora rozkręciła kryminalną działalność, od początku zasługując na swoje miano.

Nawiązała kontakty w mediolańskim podziemiu, ale najważniejsze było ustanowienie połączenia z Kalabrią, bo to stamtąd na początku pochodziły papierosy i alkohol. Jej gang składał się z młodych gniewnych. Z czasem zaangażowano wszystkie dzieci. Do interesu dołączyli Emilio i jego bracia twardziele: Domenico, Antonio, Franco, Alessandro, Filippo i Guglielmo. Siostry – Rita, Mariella, Domenica i Natalina – też miały swoje zadania. Przygarnięte dzieci cieszyły się, mogąc pomóc w drobniejszych sprawach.

Babcia była do przesady systematyczna, nic nie działo się przypadkiem. Do dziś mówi w dziwnym i rzadkim dialekcie. Bardzo trudno ją zrozumieć – naprawdę przydałyby się napisy jak w filmach, jeśli nie dorastało się w jej okolicy. Mimo to jej przekaz nie pozostawiał wątpliwości.

Piazza Prealpi znajdował się piętnaście minut (jeśli nie było korka) od centrum Mediolanu. To była kwatera główna imperium babci. Na placu stały obłażące z farby budki z zapadłymi daszkami, gdzie można było kupić świeże produkty na śniadanie, lunch albo kolację. Na mniejszych straganach pracowali młodzi, głośni chłopcy i sprzedawali gazety, magazyny, alkohol i papierosy. Złowróżbne przedmieście miejskiego zgiełku. Ale mieszkańcy nie potrzebowali więcej. Kawiarnie, bary i restauracje były otwarte od świtu do późnych godzin nocnych. Zawsze pękały w szwach od ludzi wolących siedzieć na zewnątrz niż w ciasnych, dusznych wnętrzach kamienic czynszowych, które otaczały plac. Był to chłonny i spragniony rynek dla każdego z żyłką do interesów.

Babcia natychmiast zwęszyła interes – sprzedaż tanich papierosów i alkoholu. Wiedziała, że zbije na tym fortunę. Kontrabanda kupowana w dużych ilościach i bez cła była tańsza niż towar dostępny na rynku, ale wciąż przynosiła godziwy zysk.

Nie śpieszyła się. Zaczęła powoli, sprzedawała sklepikarzom towary po niskich cenach, które stawały się jeszcze niższe i z czasem zaczęli zjeżdżać się do niej ludzie z całego miasta. Trafiła w zapotrzebowanie rynku.

Codziennie rano zwoływała w kuchni spotkania. Kiedy któreś dziecko osiągało odpowiedni wiek, mówiła mu, co ma ukraść, jak to zrobić i do kogo się zwrócić. Idź tam, przynieś to, zrób tamto, porozmawiaj z tym i wróć do mnie. Jeśli jedno dziecko naskarżyło na drugie – wyklepało matce, że ktoś z rodzeństwa coś ukradł – dostawało lanie. Bezlitosne. Zasada była taka, że nie wolno nic mówić, trzeba milczeć albo kara będzie sroga. Omertà, zmowa milczenia, rzutowała na więzy rodzinne. Prawo babci brzmiało: Siedź cicho!

Emilio i cała reszta nigdy nie chodzili do szkoły. Babcia była ich nauczycielką, a dyscypliny uczyła ich wielka, poplamiona, drewniana łyżka do zupy. Obowiązywała naczelna zasada: Niech się ciebie boją, wtedy będą cię szanować.

Babcia bała się kilku rzeczy. Najbardziej chyba Boga i Kościoła. Obserwowałam ją, kiedy popołudniami wychodziła z mieszkania i stawiała krzesło na ulicy. Siedziała z paciorkami różańca w palcach, a ja dostawałam gęsiej skórki, kiedy słyszałam jej modlitwę:

– Boże, wybacz mi to, co zrobiłam dzisiaj.

Mówiło się, że wiedziała wszystko, zanim jeszcze dowiedział się o tym Bóg. Bez pardonu działała za boskimi plecami i wkupywała się w jego łaski. Jedyny cel, na jaki wydawała pieniądze, poza rodziną i interesami, to był właśnie Kościół. Przeznaczała na to tysiące lirów, pewnie po to, żeby odkupić winy. Może usiłowała wcisnąć łapówkę Wszechmogącemu? Zapewnić sobie miejsce w niebie? Wysyłała do więzień najwspanialsze ubrania i dawała złodziejom heroinę; to był zaklęty krąg. Księżom i zakonnicom, którzy pomagali najbiedniejszym mieszkańcom Mediolanu, przekazywała najróżniejsze dary. Dobrze się składało, że nikt nigdy nie zapytał, skąd je bierze. Myślę, że dzięki temu czuła się lepiej, zachowywała równowagę. Nikt z rodziny nie chodził do spowiedzi, bo trzeba by było zapłacić księdzu, żeby trzymał język za zębami. Nie mam pojęcia, czy babcia rzeczywiście usiłowała wejść w transakcję wiązaną z Bogiem, ale z całą pewnością robiła to w przypadku każdej innej żywej istoty.

To był bezduszny biznes. Bezlitośnie pozbawiała źródła dochodu dostawców, którzy zaopatrywali handlarzy z Piazza Prealpi od dziesięcioleci. Krótka piłka dla obu stron. Babcia mogła sprzedać wszystko taniej i koniec końców niemal wszyscy handlarze z Piazza zaopatrywali się u niej.

Dziadek Rosario pracował jako kierowca ciężarówki. To była doskonała przykrywka i dowód na to, że rodzina posiada legalne źródło dochodu. Ale jedyną zwykłą rzeczą w tym biznesie były wyjazdy, a zupełnie czym innym to, że jeździł za granicę, do Szwajcarii, po przecenione papierosy.

Dziadek i Emilio kierowali działką szmuglerską. Emilio miał tylko piętnaście lat, gdy zaczął kierować grupą ponad dwudziestu kierowców jeżdżących do Szwajcarii i z powrotem fiatami 500, które miały pod tylnymi siedzeniami skrytki na przemycane papierosy. Tą drogą do babci trafiało dziesięć tysięcy paczek dziennie. Kiedy samochody przyjeżdżały, używano łomów, żeby złożyć tylne siedzenia i odsłonić skrytki.

Legalni dostawcy byli wściekli. Zgłaszali sprawę policji. Funkcjonariusze czuli się zobowiązani do zbadania zgłoszeń i z czasem stali się częstymi gośćmi, którzy wychodzili z jednym lub dwoma kartonami marlboro i całusem w policzek od babci. Gdy dowiedziały się o tym władze miasta, policja zabrała się do pracy na poważnie i wartość podarunków podskoczyła – dostawali drogą biżuterię, szampana, sprzęt grający. Babcia mogła sobie pozwolić na takie łapówki.

Umiejętność babci do zdobywania tanich towarów i rozprowadzenia ich tak, żeby nie zainteresowała się tym policja, zapewniła jej sławę w całym Mediolanie. Wkrótce była główną paserką przyjmującą wszelakie kradzione dobra, bez względu na to, czy było to radio samochodowe, czy złoty rolex, kaszmirowy sweter czy używane wideo. Jeśli ktoś coś zwędził, trafiało to do babci, ona miała pierwszeństwo. Kiedy przyprowadzono jej kradzioną kozę, wzięła ją bez mrugnięcia okiem, przywiązała, podtuczyła i dziesięć dni później sprzedała. Nie było rzeczy, której by nie kupiła i nie sprzedała z zyskiem.

Nie życzyła sobie konkurencji. Jeśli ktoś usiłował wejść na jej teren, rozprawiała się z nim po kalabryjsku. Eliminowała problem. Zapracowała sobie, często własnymi rękami, na fatalną reputację. Rodzina Di Giovine miała policję w kieszeni, więc nic dziwnego, że uważano ich za najgrubsze ryby w okolicy. Byli przebiegli. Babcia nie miała żadnego wykształcenia, nie umiała czytać ani pisać, ale potrafiła liczyć pieniądze. Bardzo dobrze i szybko. Była Matką Chrzestną. Ludzie przychodzili do niej ze swoimi problemami, a ona pomagała. To zapewniło jej lojalność i kontakty.

Prowadziła działalność z wojskową precyzją i kontrolowała ją za pomocą wojskowych metod. Zasady były surowe, tak samo jak konsekwencje ich złamania. Jeśli kogoś trzeba było ukarać, Emilio dostawał instrukcje i narzędzia. Jeśli pociągał za spust, żeby zabić kogoś na ulicy o godzinie jedenastej, pięć minut wcześniej babcia wskazywała mu, kogo wziąć na muszkę.

Trzeba też było rozwiązywać spory. Jeśli ktoś przychodził na Piazza Prealpi i próbował sprzedać kradzione towary albo przemycane papierosy, Emilio załatwiał sprawę. Plac należał do rodziny Di Giovine i babcia uważała, że skurczybyki muszą wiedzieć, kto tu jest szefem. Emilio miał opinię mięśniaka, kierował bijatykami, potrafił skopać na śmierć. Był niski, miał tylko sto sześćdziesiąt dwa centymetry wzrostu, bo jako dziecko cierpiał na alergię na mleko. Zamiast tego karmiono go pomidorami i lekarze mówili, że brak wapnia zahamował jego wzrost. Jednak mimo niskiej postury, nikt nie wątpił w jego śmiercionośne umiejętności. Mówiło się też, że jest dobrze zbudowany tam, na dole. Miał dobre proporcje. W gronie rodziny miał przezwisko Canna Lunga, długa pała. Bracia podśmiewali się z niego. Był bardzo przystojny, charyzmatyczny. Umiał sobie radzić.

Kiedy był młodszy, nosił w butach wkładki, które sprawiały, że wydawał się wyższy, ale to pewność siebie zapewniała mu posłuch na ulicach. Zawadiacki Napoleon, nie bał się nikogo. Idiotów ostrzegał raz, jeśli wrócili po raz drugi, obrywali.

– Jeśli zobaczę cię tu trzeci raz, zabiję! – mówił serio.

To działało i jego nieustraszona determinacja, by chronić i sprawować kontrolę nad podległym sobie terenem, zwracała uwagę biznesmenów, sklepikarzy i rodzin zmagających się z własnymi kłopotami. Przychodzili do babci, zostawiali gotówkę i czekali, aż Emilio rozwiąże problem. Tym samym rodzina rozkręciła najbardziej dochodowy w całym Mediolanie system wymuszania haraczy. A jeśli interes kręcił się słabo, zajmowali się szantażem.

– Mario, oni przychodzą i kradną mi towar z półek.

– La Signora, jacyś goście napadli na mój bar w niedzielę w nocy.

– Mario, facet dwie ulice dalej obniżył ceny tak bardzo, że splajtuję, nie mogę już u ciebie kupować.

– Przyślij Emilia! – zawodził chór. To był ratunek. Spotkanie z babcią gwarantowało, że problem zostanie rozwiązany o wiele szybciej i skuteczniej, niż zrobiłaby to policja, której babcia oczywiście płaciła, żeby nie wtrącali się w jej sprawy. Trzymała w ręce wszystkie sznurki. Trafiła na żyłę złota.

Jednocześnie oznaczało to, że moje dzieciństwo przypominało poligon wojskowy, a moja kariera kryminalistki zaczęła się, gdy miałam kilka miesięcy. Wtedy pojechałam na pierwszą misję szmuglerską. Policja ma zdjęcia na dowód.

Lady Marlboro

– Powiedziałem: otwieraj te pieprzone drzwi!

Michael Caine jako Charlie Croker, Włoska robota, 1969

Kiedy moja mama po raz pierwszy pojawiła się w domu przy Piazza Prealpi, było to miejsce dostosowane do potrzeb przestępców. Z powodu babci, wyjątkowej mieszkanki Mediolanu, rodzinie permanentnie groził nalot policji. W domu porozmieszczano różne skrytki, na przykład dziury w ścianie za listwami przypodłogowymi, w kuchni, w których babcia trzymała pistolety. Były też inne kryjówki na broń i gotówkę: za kaloryferami, w zbiornikach na wodę, u sąsiadów. W wiele z tych miejsc mogła się zmieścić tylko mała rączka dziecka. Babcię śmiało można by nazwać Faginem.