Księżniczka - Laura Passer - ebook
BESTSELLER

Księżniczka ebook

Laura Passer

4,7

92 osoby interesują się tą książką

Opis

Katja, córka szefa mafii, na co dzień mieszka i studiuje w Kanadzie. Podczas wakacyjnej przerwy przyjeżdża do rodzinnego domu na praktyki w agencji reklamowej. Na czas pobytu ojciec przydziela jej do ochrony, jednego z najlepszych swoich żołnierzy, Jaydena.

Tamten uważa ją za nieznośną egoistkę, ona ma go za nadętego palanta. Podczas wspólnie spędzanego czasu zbliżają się do siebie, tworzy się też między nimi erotyczne napięcie. Jayden wie jednak, że nie może tknąć córki swojego szefa. Tym bardziej, że dopiero co został naznaczony tatuażem pająka, czyli herbem rodziny Ragnatelli, którego to zaszczytu doznają nieliczni. A dla niego liczy się tylko mafia.

Czy Katji i Jaydenowi uda im się okiełznać wzajemne pożądanie?

Czy złamią mafijne zakazy wiedząc, że konsekwencje mogą być tragiczne w skutkach dla każdego z nich?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 520

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
Aniolek1010

Nie oderwiesz się od lektury

,, Księżniczka" Laury Passer to książka, w której nie znajdziemy zamków i czerwonego dywanu. Życie Księżniczki nie zawsze jest jak w bajce. Katja to córka bossa. Piękna i jak na Księżniczkę przystało z ciętym językiem. Życie Katji to nie bajka, lecz brutalna rzeczywistość w której nie ona decyduje o swoim życiu. Postanawia wziąć życie we własne ręce i decyduje się na powrót do domu, by stawić czoła największemu, czyli ojcu. Odwaga a może głupota bo kto zadziera z bossem- tylko ksieżniczka. Jayden to jeden z najlepszych żołnierzy w szeregach ojca Katji. Przystojny pewny siebie i oddany. Bezwzględność to jego drugie imię a serce wykute z kamienia nosi rysy, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Katja i Jaydan to dwa różne światy, dwa różne charaktery. Ona ma go za palanta, on ją za egoistyczną zapatrzoną w siebie Księżniczkę. Czy jest możliwe, by tych dwoje znalazło wspólny język? Czy dogadają się? Czy los ich zaskoczy i odnajdą się w nowej rzeczywistości? Tego dowiecie się z książ...
10
darab

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo udany debiut! Ciekawa fabuła i na prawdę wysoki poziom języka jak na początkującą autorkę. Na pewno sięgnę po kontynuację, oby jak najszybciej :)
00
ania83sosnowiec

Nie oderwiesz się od lektury

Kochani w dniu dzisiejszym przychodzę do Was z książką młodej debiutantki Laury Passer. Czy debiutująca autorka dała radę napisać książkę o tematyce mafijnej, nie powielając schematów dostępnych na rynku? Dała rady! Ba, stworzyła zupełnie odmienną historię, niż nam już znane. Owszem, jest przysłowiowa księżniczka ale jaka to jest postać! Nietuzinkowa, barwna, z niewyparzoną buzią. Seksowny diabeł w ciele kobiety. Kobiety, która zawładnęła moim sercem. Uwiodła mnie swoimi wypowiedziami, przemyśleniami i wrednymi tekstami. Momentami śmiałam się do łez. Jej cięte riposty i niegrzeczny charakterek tworzą niebanalną postać. Do tego postać Jaya, żołnierza na usługach mafii tworzą historię jakiej jeszcze nie czytaliście. Wybuchowy duet dwojga głównych bohaterów, ciekawa fabuła, przystępny język i specyficzne poczucie humoru autorki stworzyły książkę doskonałą. Książkę, w której każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie. Gorąco polecam. Laura gratuluję świetnej książki! Wydawnictwu gratuluję u...
00

Popularność




WYDAWNICTWO DLACZEMU

www.dlaczemu.pl

Dyrektor wydawniczy: Anna Nowicka-Bala

Redaktor prowadząca: Marta Burzyńska

Redakcja i korekta językowa: Joanna Fifielska

Projekt okładki: Agnieszka Korzeniewska

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA 2021

Wydanie I

ISBN: 978-83-66521-19-3

Zapraszamy księgarnie i biblioteki do składania zamówień hurtowych z atrakcyjnymi rabatami. Dodatkowe informacje dostępne pod adresem: [email protected]

1

KATJA

Weszłam do domu, stawiając stopy na zimnej posadzce. Kopnęłam sandały na bok i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Za mną rozległo się cichutkie pikanie alarmu, więc miałam jakieś 30 sekund na wprowadzenie kodu. Obróciłam się i na panelu, na ścianie wstukałam rząd liczb. Rozejrzałam się wokół, sprawdzając, czy coś się zmieniło. Chyba odnowiono kolor ścian w przedpokoju, a z sufitu zwisał jeszcze większy, niż poprzednio, kryształowy żyrandol. Niezmiennie jednak na ścianie prowadzącej do salonu wisiały moje obrazy. Pejzaże, zwierzęta, kwiaty, łąki… Naprawdę malowałam kiedyś taki badziew? Brakowało tylko jeleni na rykowisku.

– Hej! – zawołałam. Odpowiedziało mi echo. W domu najwidoczniej nie było nikogo, co wydało mi się dosyć osobliwe. O ile rodzice wychodzili bardzo często, to zawsze kręciła się gdzieś nasza pomoc, Rosie. Albo ogrodnik, albo ochroniarz. Tymczasem panowała całkowita cisza. Słychać było tylko tykanie antycznego zegara, który stał nad kominkiem w salonie.

Może to i lepiej. Miałam czas, by pozbierać myśli i przygotować się do rozmowy z ojcem. Taszcząc ciężką walizkę, przeszłam przez salon, wspięłam się po dębowych schodach i wciągnęłam bagaż do swojego pokoju. Pomimo tego, iż ostatni raz byłam w nim ponad pół roku temu na święta, wszystko było czyściutkie, a na stoliku przy łóżku stały świeże kwiaty w wazonie. Rosie dbała, by po moim wyjeździe nie zawisły w nim kilometry pajęczyn. Pokój był duży, przestronny, z pięknym balkonem, z którego mogłam obserwować ocean. Przynajmniej kiedyś mogłam obserwować…

Na środku stało wielkie łóżko, a na nim, nie wiedzieć po jaką cholerę, leżało teraz trzydzieści poduszek – albo coś koło tego – ustawionych kolorystyczno-alfabetyczno-fengszuistycznie. Pewnie nowy fetysz mojej matki. Pod ścianą umiejscowiona była piękna, biała, ręcznie zdobiona toaletka. Znajdowała się tu też wielka szafa z mnóstwem moich ubrań, bo większości nie mogłam zabrać ze sobą do szkoły. Obok były jeszcze drzwi do mojej prywatnej łazienki.

Stałam tak dłuższą chwilę, zastanawiając się, co teraz. Nie miałam konkretnego planu, nie wiedziałam tak do końca, co właściwie robię. Poczułam, że to chyba nie był dobry pomysł tu przyjeżdżać. Zresztą ja nigdy nie miałam dobrych pomysłów. Niestety teraz było już stanowczo za późno na wycofanie się.

Na dworze robiło się ciemno. Zeszłam na dół, gdzie była kuchnia z częścią jadalną, stołem i krzesłami. Otworzyłam drzwi, które wychodziły na taras. Nie potrzebowałam rozpraszających świateł, więc włączyłam tylko świetlik na zewnątrz. W takiej wieczornej ciszy słychać było z dala szum oceanu. Na wprost mieliśmy basen, po bokach porozkładane były leżaki i inne meble ogrodowe. Po prawej, kilkoma schodkami w dół, można było zejść do domku dla gości. Ogród ozdobiony był pięknymi kwiatami, które mama sprowadzała z najdalszych zakątków świata. Wszystko wyglądało tu jak w bajce.

Zrobiło się chłodno, więc weszłam do środka po coś do ubrania. Na fotelu leżała bluza mojego ojca. Na coś tak niezobowiązującego jak zwykła bluza pozwalał sobie tylko w zaciszu domowym. Założyłam ją na siebie i poczułam jego zapach. Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu. Wprawdzie bałam się spotkania z nim, ale zdecydowanie przeważała tęsknota. Lampka wina, dla odwagi, była jednak jak najbardziej wskazana w tym momencie.

W salonie stała szklana gablota z alkoholem. Poszłam po butelkę czerwonego wytrawnego napoju bogów. Po drodze ułożyłam rzucone wcześniej sandały. Brakiem subordynacji na samym wstępie nie zapunktuję u staruszka. Miałam już butelkę i kieliszek, ale nie mogłam znaleźć korkociągu.

Przeszukiwałam właśnie dolne szuflady w kuchni, kiedy nagle poczułam na sobie czyjeś ręce. Zamarłam z krzykiem na ustach. Ktoś w jednej chwili wykręcił mi ramiona do tyłu i rzucił na ziemię. Uderzyłam kolanem o kafelki. Pisnęłam z bólu i przerażenia. Nie wiedziałam, co się dzieje, nie słyszałam żadnych kroków. Napastnik przygniótł mnie swoim ciałem i czułam, jak się nade mną pochyla. Byłam w takim szoku, że nie mogłam wydobyć z siebie już żadnego dźwięku.

– Kim jesteś? – wypowiedział tak lodowatym głosem, że aż przeszedł mnie dreszcz.

Pewnie obserwował dom i wiedział, że nikogo nie będzie. Moja obecność mogła go zaskoczyć. Zaczęłam się szamotać. Niestety był silniejszy i unieruchomił mnie na dobre. Jedną ręką mnie przytrzymał, a drugą ściągnął kaptur, który spadł mi na głowę. Załkałam cicho, a on odsunął się gwałtownie.

– Katja?! – Nagle jego głos wydał mi się dziwnie znajomy. W końcu mogłam obrócić głowę i zobaczyć napastnika.

– Jayden? – Po tym pytaniu puścił mnie i odskoczył jak oparzony. – Co to miało być, do cholery? – Usiadłam tyłkiem na kafelkach i zaczęłam rozmasowywać kolano.

– Myślałem, że ktoś obcy się włamał. Chryste, mogłem zrobić ci krzywdę. Nic ci nie jest? – Wydawał się być mocno przejęty. I słusznie.

– Jak widzisz, żyję. Czy ja wyglądam na złodzieja albo mordercę? – zapytałam wściekła.

– Było ciemno, mignęła mi sylwetka w ciemnej bluzie z kapturem… Victor z Monicą są u ciotki Lilly i mówili, że nikogo nie będzie… Przepraszam, naprawdę myślałem, że to jakiś włamywacz. Albo jeszcze gorzej.

– No cóż, to tylko ja.

Powoli wstałam z podłogi i Jay uczynił to samo. Chciał mi pomóc, ale zignorowałam jego gest. Już wystarczająco szkód narobił. Choć po jego minie widziałam, że było mu głupio z powodu tej sytuacji, miałam to gdzieś. Ogromnie mnie przestraszył. Wytarłam kilka zbłąkanych łez. Co za idiota nie potrafi odróżnić bandziora od laski?

Jayden zapalił światło i dopiero teraz mogłam mu się przyjrzeć. Ostatni raz widzieliśmy się przelotnie, w poprzednie wakacje. Kiedy go poznałam, a było to jakieś jedenaście lat temu, był wysokim, chuderlawym nastolatkiem. Od tego czasu zdecydowanie zmężniał, z roku na rok robił się coraz bardziej wysportowany i umięśniony. Jego ciemne blond włosy, wiecznie niesforne i w nieładzie, nadawały mu sympatycznego wyglądu. Nic bardziej mylnego, wystarczyło, że rzucił mi szybkie spojrzenie. Chłód jego niebieskich oczu wciąż powodował u mnie ciarki. A samo to, jak bezszelestnie mnie podszedł i unieszkodliwił w kilka sekund, potwierdzało, że był świetnie wytrenowany.

Pracował u mojego ojca, Victora, i jak widać, lata szkoleń nie poszły na marne.

– Swoją drogą, co ty tu robisz? Victor nic nie wspomniał o tym, że przyjeżdżasz. – Popatrzył na mnie podejrzliwie.

– To… miała być niespodzianka. Specjalnie zdałam wszystkie egzaminy wcześniej i postanowiłam od razu przyjechać.

Kłamczucha!

Jayden wyglądał jakby ta nowina niezbyt przypadła mu do gustu. Wcale mnie to nie zdziwiło, nigdy nie darzyliśmy się specjalną sympatią.

– Miałaś zostać w wakacje na praktykach w muzeum. – Lekko zmrużył oczy.

– Plany się zmieniły. Ale tobie nie muszę się spowiadać – burknęłam.

– Oczywiście – powiedział z przekąsem – ale nie sądzisz, że powinnaś dać nam znać, że przylatujesz do New Jersey? Chociażby po to, żeby uniknąć takiej sytuacji jak ta. Victor wysłałby po ciebie kierowcę…

– Potrafię sama trafić z lotniska do domu.

– Serio? To gratulacje – odpowiedział już zniecierpliwiony. – Chodzi o twoje bezpieczeństwo. Chyba o czymś zapomniałaś.

– Nie zapomniałam.

Jakbym kiedykolwiek mogła zapomnieć, czym zajmuje się mój tato!

– Ale nie przesadzajmy, dotarłam w całości – dodałam.

– Nie spodoba mu się to. – Jayden pokręcił głową.

– Powiedział nasz pupilek tatusia – zaszydziłam, przez co tylko się spiął. Ale przecież był pupilkiem ojca. Może dlatego, że był najmłodszy z jego ludzi, może dlatego, że był świetnym szpiclem.

– Widzę, że nic się nie zmieniłaś – odparł, patrząc na mnie z góry, i wyminął, udając się do gabinetu ojca.

Co. Za. Palant. Czy naprawdę musiał tu przypełznąć akurat teraz? I dlaczego w ogóle ma czelność łazić sobie po naszym domu, gdy nikogo nie ma?

Podążyłam za nim, wzięłam się pod boki i zapytałam podejrzliwie:

– A ty, co tu robisz? Mój ojciec wie, że myszkujesz po jego gabinecie?

Przewrócił oczami i westchnął, co oczywiście jeszcze bardziej mnie wkurzyło.

– Tak, wie. Prosił mnie, bym wziął kilka dokumentów. Muszę załatwić jedną sprawę.

Hasła klucze, czylijakieś tam sprawy, jakieś biznesy, muszę coś załatwić… Pół życia słuchałam tego typu tekstów, bo ojciec zawsze miał do załatwienia „jakieś sprawy”. Jeżeli padało takie zdanie, to jasne było, że temat skończony i nie ma sensu dopytywać.

Jayden najwidoczniej znalazł to, czego szukał, bo zabrał papiery, wyszedł z gabinetu i skierował się do wyjścia.

– Muszę lecieć. Nie wiem, kiedy wróci Victor, więc zadzwonię po Ricka, żeby przyjechał i miał oko na dom. I na ciebie – dodał, zwężając oczy.

– Czy stwierdzenie, że jestem dorosła i poradzę sobie sama, coś zmieni? – zapytałam zrezygnowana.

– Nie – odpowiedział niewzruszony.

– W takim razie niech będzie. Możesz od razu nie powiadamiać Victora, że już jestem?

Pewne było, że ojciec zaraz zadzwoni i będzie drążył.

– Nie – odparł.

Zaciął się?

– Okeeej. To pa, świetnie się z tobą gawędziło – rzuciłam z sarkazmem.

Popatrzył na mnie, wyraźnie już poirytowany, powiedział „na razie” i wyszedł.

Minęło może jakieś pięć minut, kiedy w domu rozległa się muzyka z „Ojca chrzestnego”. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu – „Tatuś”. Tylko on miał przypisany ten dzwonek. Uśmiechnęłam się do siebie, bo zawsze irytował go ten żarcik.

– Cześć, tatku – próbowałam brzmieć na wyluzowaną. – Czyżby twój mały donosiciel już do ciebie zadzwonił?

– Wytłumacz mi, dlaczego ja nic o tym nie wiem, że ty jesteś już w domu? Ponoć Jay myślał, że było włamanie, i się na ciebie rzucił.

Zaczęło się, ehhh…

– Po prostu chciałam wam zrobić niespodziankę. Wszystko wam powiem, jak wrócicie. A Jayden jest ślepym idiotą.

– Katja, wyrażaj się. I wiesz, że większość twoich niespodzianek przyprawia mnie o palpitacje serca.

– Patrząc na specyfikę twojej pracy, to zaskakujące, że o palpitacje serca przyprawia cię córka.

– No i to powinno dać ci do myślenia. – W ciętych ripostach był godnym przeciwnikiem.

– Tato, czy tak się wita swoje dziecko po długim czasie?

W odpowiedzi burknął jakieś „yhmm”, co miało oznaczać: „wiem, że coś knujesz, ale na razie dam ci spokój”. Dodał jeszcze, że przyjadą niedługo i że Rick będzie w pobliżu.

Poszłam na górę do swojego pokoju. Musiałam się zresetować, a to oznaczało gorącą kąpiel w wielkiej wannie. Spięłam swoje długie blond włosy, teraz z odrobiną różu na końcach, mojej wiosennej fanaberii, i wskoczyłam w bąbelki. Po roku wspólnego prysznica z całym piętrem dziewczyn w akademiku, było to doznanie wręcz mistyczne i niebywale luksusowe.

Obawiałam się spotkania z ojcem. Może komuś wydawałoby się to śmieszne, nie miałam w końcu pięciu lat. Jednak potrafił być groźny i na pewno wielu ludzi mogłoby się w tej sprawie ze mną zgodzić. Wiedziałam więc, że może być ciężko. Nie mówiąc już o tym, kiedy dowie się prawdy…

Zaczęłam się zastanawiać. Co to znaczy, że Jay pałęta się po naszym domu, jakby był u siebie? Na coś takiego mogli sobie pozwolić tylko najbliżsi ludzie mojego ojca, tylko Pająki. A Jay na pewno jeszcze nim nie był, nie miał tatuażu.

Powszechnie wiadomym było, że herbem i znakiem rozpoznawczym naszej rodziny był pająk, od nazwiska Ragnatelli[1]. Wszyscy mężczyźni w rodzinie mieli wytatuowanego pająka na lewej piersi pod sercem. Niektórzy z ludzi mojego ojca doznawali zaszczytu posiadania tego tatuażu, jako dowodu oddania i lojalności wobec rodziny, ale one były robione na rękach. Zaczynały się na przedramieniu i kiedy zakładali długie rękawy, wystawały jeszcze spod nich odnóża pająków. Przerażające? Cóż, takie miało być. Tę tradycję zapoczątkował jeszcze pradziadek, zanim przyjechał z Włoch do Ameryki.

Z tego, co się orientowałam, obecnie tatuaże mieli Rino, Shade i Grand. Byli najmłodsi, bo ojciec wcześnie ich zwerbował. Ale byli też starzy wyjadacze, czyli John, Paullie i Eddie. No i oczywiście Robert, który był powiernikiem mojego ojca, jego prawą ręką. Towarzyszył mu od zawsze, już od czasów, kiedy głową rodziny był dziadek Sal.

Ojciec lubił o sobie mówić, że jest biznesmenem czy inwestorem. Bardzo dbał o swój wizerunek i zawsze z teatralnym zdziwieniem komentował, jak jakaś gazeta wspominała nasze nazwisko, zestawiając je ze słowem „mafia”. Zdarzało się to rzadko, ale za każdym razem wściekał się na nierzetelność dzisiejszych mediów. Taak, cóż… Jak widać, moja rodzina odbiegała trochę od normalnych standardów, ale to był dopiero początek wierzchołka góry lodowej.

Z rozmyślań wyrwał mnie hałas na dole. Usłyszałam głos mamy, więc wyskoczyłam z wanny, narzuciłam szlafrok i zbiegłam po schodach, wpadając prosto w jej ramiona.

– Katju, kochanie, wróciłaś! – Mama prawie popłakała się z radości na mój widok. Ściskała mnie i całowała chyba przez kilka minut, oglądając z każdej strony.

W końcu oderwałam się od niej i przywitałam z tatą. Nie było to już może tak wylewne, ale wiedziałam, że się za mną stęsknił. I ja za nim, choć wyrażanie uczuć w naszym przypadku kulało od jakiegoś czasu. Mieliśmy swoją pokręconą historię. Niemniej jednak uścisnął mnie mocno i jak zawsze pocałował w czubek głowy. Usiedliśmy w kuchni przy stole. Mama nalała sobie lampkę wina, proponując ojcu.

– Ja dziękuję, jestem już pełny wszystkiego, jedzenia i picia. Lilly wpakowała we mnie pół swojej lodówki. Dosłownie pękam. – I dla podtrzymania efektu rozpiął guzik przy kamizelce. Dla mnie jak zawsze wyglądał perfekcyjnie. Choć zbliżał się już powoli do pięćdziesiątki, to mógł poszczycić się nienaganną sylwetką. Trenował kilka razy w tygodniu, był bardzo przystojny i zawsze elegancko ubrany.

– Dobrze, zatem o co chodzi z tym twoim tajemniczym powrotem do domu?

– O nic, tato. Wiedziałam, że będziesz marudził, więc oszczędziłam nam sporów i kłótni. – Ojciec zaczął przebierać nerwowo palcami, a mama ścisnęła go za ramię. Oho… – Zrezygnowałam z tych nudnych praktyk w muzeum. Załatwiłam sobie inne tu na miejscu, w dziale graficznym Arials. To ta ogromna agencja reklamowa. Potrzebowali kogoś od razu, więc spięłam się z egzaminami na uczelni, zdałam wcześniej i przyjechałam.

– Kochanie, specjalnie dzwoniłem do samego dyrektora, żeby cię przyjął. Wiesz, że ma znajomości. Mogłabyś potem zrobić własną wystawę.

– Trzeba mieć jeszcze co wystawiać. Poza tym to byłyby kolejne wakacje w Kanadzie. Mam dosyć tego miejsca, wystarczy, że muszę tam spędzać większość roku. Nikogo tam nie mam, jestem sama jak palec. Tęsknię za wami, tęsknię za domem, za Dominicem. – Mamie oczywiście zaszkliły się oczy, podeszła i mnie mocno przytuliła. – Chciałam pobyć w końcu z rodziną.

I to akurat była całkowita prawda.

– Victor, chyba nie będziesz robił z tego powodu problemu. Ja też niedługo tu zeświruję. Katji nie ma, Dominica nie ma, ty ciągle w pracy… Poza tym myślę, że Arials to świetny pomysł. To spora firma. Katja nauczy się praktyczniejszych rzeczy, niż w jakimś przestarzałym muzeum. No i załatwiła je sobie sama, a nie po znajomościach tatusia.

Popatrzyłam na nią z podziwem. Była piękną kobietą, zawsze przypominała mi swoją imienniczkę, Monicę Bellucci. Ciemne, długie włosy, zgrabna figura i nienaganne maniery. Do tego bardzo inteligentna i wartościowa, przez co czasami denerwowało mnie to, że dała się usunąć w cień ojca. Z jednej strony pragnęłam być taka jak ona – elegancka i z klasą, kobietą, którą wszyscy podziwiali. Z drugiej jednak strony to ojciec był panem domu, to on o wszystkim decydował i miał ostatnie zdanie. Już dawno obiecałam sobie, że ze mną nigdy tak nie będzie. Póki co średnio mi się to udawało, jak widać, ale wkrótce wszystko miało się zmienić.

– Myślę, że Katja jest już na tyle dorosła, by trzymać się z dala od kłopotów – dodała, patrząc na mnie z ukosa.

– Dobrze, porozmawiamy o tym jutro, jest już późno – powiedział ojciec ugodowo.

– Ja idę się położyć, jestem padnięta. Cieszę się, że przyjechałaś, Katju – powiedziała mama na odchodne.

Miałam iść zaraz za nią, ale ojciec skinieniem dał mi znak, żebym została.

– Chodź ze mną. – Odczekał, aż mama zniknęła na górze, w pokoju. – Porozmawiamy.

Dziwny ton i jego tajemniczość lekko mnie zaniepokoiły. Wyszliśmy na taras i usiedliśmy na leżakach nad basenem. Ojciec wpatrywał się przez chwilę w ocean w dali, w końcu westchnął i potarł twarz.

– Katja… nie wiem, czy to jest dobry czas, żebyś tu była. Mam ostatnio problemy… w pracy. Nie możemy dogadać się z pewnymi ludźmi, sytuacja jest bardzo napięta. Najpierw muszę poukładać pewne tematy.

– Tato, mam prawie dwadzieścia jeden lat i rozumiem, że nie jesteś księgowym, więc przestań owijać w bawełnę i powiedz, o co chodzi.

Popatrzył na mnie zaskoczony. Nie lubił, kiedy byłam tak bezpośrednia.

– Cóż… od pewnego czasu ci ludzie, Rosjanie, dają mi mocno w kość i powiedzmy, że nie respektują zasad, jakie tu panują. Wtrącają się w moje interesy i w interesy moich przyjaciół. Już wielu skarżyło się, że mieli z nimi nieprzyjemne sytuacje. Muszę to ogarnąć. Z każdej strony od chłopaków dochodzą mnie słuchy o różnych incydentach z ich udziałem. Obawiam się, że dojdzie do takiego momentu, że nie da się tego załatwić rozmowami. To nie tego typu ludzie. Wiem też, jak wyglądają ich działania, i mam poważne obawy, czy byłabyś tu na miejscu bezpieczna. Od pewnego czasu przydzieliłem Monice ochronę. Nie rusza się nigdzie bez Johna.

– Jest aż tak źle? – zdumiałam się.

Ojciec nigdy nie był sam, zawsze miał przy sobie któregoś z Pająków. Ale pozostała część naszej rodziny nie potrzebowała ochrony w takim stopniu. Zaskoczyła mnie również jego szczerość. Zawsze opowiadał jakieś bajki, w które nikt nie wierzył, a wszystkie jego historie brzmiały jakby co najmniej pracował w bibliotece. W dziale wędkarstwo. Jeżeli mówił mi coś takiego, to rzeczywiście sprawa musiała być poważna.

– Jeszcze nie wiem, ale wolę dmuchać na zimne. Póki sprawy nie wejdą na właściwy tor, musimy być ostrożni. Z drugiej strony może właśnie dlatego powinienem trzymać cię przy sobie. – Popatrzył na mnie jakoś tak smutno. Naprawdę się martwił. – Porozmawiam jutro z Robertem. Wymyślimy coś.

* * *

Zegarek wskazywał dziewiątą rano, kiedy się przebudziłam. Słychać było już hałasy z dołu, więc zeszłam w szlafroku do kuchni. Rosie, nasza pomoc domowa, stała przy kuchence i smażyła naleśniki. Wycałowała mnie oczywiście na przywitanie i nałożyła kilka placków na talerz.

Przy stole, w części jadalnej, siedział ojciec, zaczytując się w gazecie i pijąc czarną jak smoła kawę. Fuj. Na sobie miał już spodnie od garnituru, białą koszulę i kamizelkę, a marynarka czekała przewieszona przez krzesło. Mama nie pozostawała mu dłużna. Ubrana była w piękną, klasyczną sukienkę Versace do kolan, ciemne włosy upięła w kok, a na ręce brzęczały jej złote bransoletki.

Nalałam sobie kawy, dosypałam cukru i dolałam pełno mleka, na co ojciec spojrzał z niesmakiem, co robił zawsze, ale to zawsze. Dla niego było to nie do pomyślenia – kawa z mlekiem i cukrem.

– Kochanie, czy John już jedzie? Jesteśmy umówione z Rosie na przymiarki materiałów na zasłony – zapytała mama, zbierając jakieś katalogi.

– Tak, będzie za pięć minut.

Razem z Rose zaczęły się więc zbierać do swoich niecierpiących zwłoki zasłon, a gdy wyszły, ojciec zwrócił się do mnie:

– Rozmawiałem z Robertem. Zdecydowaliśmy, że zostaniesz w domu. Mimo wszystko tak chyba będzie bezpieczniej.

– Jeeeej – pisnęłam z radości.

– Chwileczkę. Przydzielę ci któregoś z chłopaków, będzie cię woził na praktyki i gdzie tylko będziesz chciała.

Mina mi automatycznie zrzedła, na co ojciec złożył razem ręce.

– To akurat nie podlega dyskusji – stwierdził.

– Tato, będę już totalnym dziwadłem – marudziłam.

– Powtarzam, nie podlega dyskusji. To naprawdę niebezpieczni ludzie, nie zamierzam ryzykować.

– Dobrze, niech będzie – odparłam, po czym zapytałam z nadzieją: – Czy może to być Rino?

– Zapomnij! – aż się wzdrygnął i nie mogłam się nie zaśmiać. – Czy mam ci przypomnieć, jak w wieku dziewięciu lat zostałaś z nim sama, a gdy wróciłem, miałaś wygolone pół głowy?! Albo jak robiliście ciasto do szkoły i prawie spaliliście kuchnię?!

– Sam widzisz, że zawsze świetnie się bawiliśmy – wyszczerzyłam do niego zęby.

To prawda, kiedy byłam mała, żołnierzom ojca zdarzało się robić nawet za moją opiekunkę. Ale Rino niespecjalnie to wychodziło.

– Powiedziałem, zapomnij. Potem coś wymyślę – zastanowił się chwilę. – Powinnaś zacząć znowu malować. Mógłbym nawet gdzieś tu załatwić ci jakąś małą wystawę.

Nie przesadzał. Mój ojciec był w tym mieście bogiem. Znał wszystkich i mógł wszystko.

– Tato, to nie jest pstryknięcie palcem. Do tego potrzeba weny i natchnienia, a ja ostatnio cierpię na ich chroniczny brak. Nie miałabym co wystawiać.

– Nie wiem, co ci przyszło do głowy z tym Arials – zmienił temat. – To jakaś totalna korporacja. Nie pasuje do ciebie. – Pokiwał głową z dezaprobatą. No tak, on wiedział doskonale, co do mnie pasuje. – Powinnaś zająć się czymś bardziej kobiecym. Poza tym czy ten twój chłopak nie ma nic przeciwko, że wyjechałaś na cztery miesiące?

– Przecież wiesz, że nie jesteśmy ze sobą już od jakiegoś czasu – westchnęłam.

– Myślałem, że zmądrzejesz w końcu. To był świetny facet.

– To ty się z nim umów – fuknęłam, bo już drażniła mnie ta dyskusja.

– Nie pyskuj… Kulturalny, wykształcony, z dobrej rodziny. Co ci w nim nie pasowało?

– Nic. Wiem, że był świetny. Tak naprawdę dalej się przyjaźnimy. Po prostu nie było tego czegoś.

– Tego czegoś… – przedrzeźniał. – A co to jest niby?

– Boże, tato. Czy masz ułożoną listę moich złych decyzji do wytykania mi ich? – zaczynałam się poważnie irytować.

– Nie starczyłoby nam czasu, by je wszystkie omówić przez te wakacje – rzucił zgryźliwie. – A propos czasu, muszę już wychodzić. Ty odpoczywaj, relaksuj się… przemyśl parę rzeczy…

Już się zaczęło, już. Cholera! Nie, nie będę się tym przejmować na dzień dobry. Na pewno nie raz jeszcze mi przygada w te wakacje. A jak się dowie całej prawdy, to dopiero będzie miał używanie. Wtedy zacznę się martwić.

Po jego wyjściu poleciałam na górę. Czas odświeżyć garderobę. Większość ubrań zostawiłam tu w domu. Niestety Prada i Gucci nie pasowały do studenckiego życia w Kanadzie, a ja nie chciałam się tam za bardzo wyróżniać. Dodatkowo zdarzały się kradzieże w akademikach, więc wolałam nie ryzykować.

Było już naprawdę ciepło, więc założyłam krótkie dżinsowe szorty i białą bluzkę Chanel na ramiączkach. Rozlokowałam się na leżaku nad basenem, z książką, radyjkiem i mimozą[2]. Skoro okazało się, że spędzę tu kolejne cztery miesiące, należało zrobić coś jeszcze. Wzięłam do ręki telefon i znalazłam odpowiedni numer w kontaktach. Po kilku sygnałach odezwał się zszokowany głos:

– PIERDOLISZ! No nie wierzę, po prostu nie wierzę, czy to ty, Katja? Dzwonisz z zaświatów?!

– Millie, to ja, cała i zdrowa.

– Czyżby? Bo zastanawiałam się, czy jeszcze żyjesz. To by tłumaczyło, dlaczego moja niegdyś najlepsza przyjaciółka nie odzywała się od wieków.

Była zła i miała rację.

– Wiem, Millie, dałam ciała. Ale wróciłam właśnie do domu i będę tu przez całe lato. Bardzo chciałabym cię przeprosić i się wytłumaczyć. Może wypijemy razem jakąś kawę? – zapytałam z nadzieją.

– Katja, czy jesteś narkomanką, albo alkoholiczką, a to jakiś program pod tytułem „13 kroków do normalnego życia”, gdzie jesteś na punkcie numer 3 i musisz przeprosić wszystkie skrzywdzone osoby?

Wybuchłam śmiechem.

– Nie, nie jestem. Po prostu się stęskniłam – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– To uważaj, bo możesz się nią stać, jak odnowimy znajomość.

– Millie, jesteśmy dorosłe. Naprawdę myślę, że potrafimy już trzymać się z dala od kłopotów.

W słuchawce na chwilę zrobiło się cicho, po czym westchnęła:

– Dobrze, spotkajmy się na kawę. Mam dziś czas. Może być po południu, u mnie?

– Jasne. Dzięki, Mills.

– W porządku, do zobaczenia.

Odetchnęłam z ulgą. Millie nie należała do osób, które długo się obrażały. Od czasu, kiedy wyjechałam do liceum z internatem, a właściwie, kiedy to ojciec zmusił mnie, bym w drugiej klasie zmieniła szkołę, nasz kontakt malał z każdym kolejnym rokiem. Nie była to do końca niczyja wina, i ona też chyba o tym wiedziała. Na początku widywałyśmy się w wakacje, w święta, na jakieś specjalne okazje… Ale to już nie było to samo. Miałyśmy już zupełnie inne życie, inne obowiązki, rozkleiło się. Ja swoim zachowaniem też nie pomagałam tej znajomości. Ale teraz wszystko się zmieni. I to jest pierwsza rzecz, którą muszę naprawić.

Z nostalgii wyrwał mnie czyjś głos:

– Czy mnie oczy nie mylą, czy to przybyła nasza mała księżniczka?!

Zapiszczałam z radości, odwracając głowę:

– Rinooo! – Rzuciłam się na niego, prawie powalając go na ziemię, a nie było to łatwe przy jego wzroście i muskulaturze.

Zaczęliśmy się witać i ściskać.

– Niech no ci się przyjrzę. Ale z ciebie wyrosła pannica. Kawalerzy chyba ustawiają się w kolejce? – Obracał mną dookoła i się nabijał.

– Głupek. – Pokazałam mu język, na co zaczął się śmiać.

– No to co, zbieraj dupsko i idziemy opić twój przyjazd. Ponoć zostajesz na całe wakacje?

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale wtedy na taras wszedł tato, a za nim Jay. Ten drugi skinął mi tylko głową na powitanie.

– Spokojnie z tym opijaniem. Rino, masz dziś robotę, robisz objazdówkę na wschodnim. – Ojciec przystopował zapędy mojego ulubieńca.

Odkąd weszłam w pewien wiek, nie bardzo lubił, jak spoufalałam się z jego żołnierzami. Nie, nie chodziło o żadne romantyczne tematy. O tym nawet nie musiał mówić głośno. Rozszarpałby każdego ze swoich ludzi, kto by choć pomyślał o zbliżeniu się do mnie. Ale również nie podobało mu się, gdy zwyczajnie spędzałam z nimi czas. Bał się pewnie, że mogliby przy mnie rozmawiać o rzeczach, które tak skrzętnie ukrywał.

– Ja? A gdzie ta leniwa menda Shade? To jego teren.

– Jest poza miastem. Nie marudź, tylko zawijaj się. I pamiętaj o tym grubasie Jimmym. Mam już go serdecznie dosyć.

Odciągnął Rino na bok, żeby zapewne poinstruować go, jak ma się zachować w przypadku, gdyby owy grubas nie chciał współpracować.

– Czyli naprawdę zostajesz? – odezwał się nagle Jay. Zapytał obojętnym tonem, jakby było mu wszystko jedno.

Siedział na krawędzi fotela i klepał coś w telefonie. Jak zwykle ubrany był w elegancką, jasną koszulę, mimo że na dworze było już gorąco.

– Tak. Victor stwierdził, że tak teraz będzie najlepiej.

– Cóż, nie wiem, czy to jest bezpieczne, ale on pewnie wie, co robi. – W jego głosie nie dało się nie wyczuć, iż myślał wprost przeciwnie. Czy on mógłby być jeszcze bardziej nadęty?

– Nie martw się, zapewne nie będziemy mieli razem zbyt wiele do czynienia – oznajmiłam.

Zdziwił się nieco na mój oziębły ton, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo wrócił mój ojciec.

Jakże się myliłam…

This summer’s gonna hurt like a motherfucker Fucker She wants it all She’s always taking something

Maroon 5 This summer’s gonna hurt…

2

Victor zmierzył nas oboje nieodgadnionym wzrokiem, po czym zwrócił się do Jaya:

– Musimy pogadać. Chodźmy do gabinetu.

Zaintrygowała mnie jakaś dziwna nuta w głosie ojca i nie mogłam za długo wysiedzieć. Po kilku minutach przemknęłam na paluszkach przez kuchnię, salon, następnie aż do końca, za gabinet, do spiżarni. Niepozorne pomieszczenie było moim centrum dowodzenia, wiedzy i wszechmocy. Ojciec wydał tysiące dolarów na systemy zabezpieczeń w domu, antypodsłuchowe, antylokalizujące i wszelakie inne anty, mogące wykryć jego nie do końca legalną działalność. Niestety zapomniał o głupiej kratce wentylacyjnej schowanej w rogu spiżarni, za szafą. Wystarczyło ją delikatnie odsunąć, bo była leciutka, i wejść na stół. Wyciągnęłam kratkę i przyłożyłam ucho do otworu.

Po chwili słyszałam każde słowo ojca, jakby stał za drzwiami. Tak się składa, że przewód był połączony z gabinetem, a odkryłam to przypadkiem, w wieku ośmiu lat, kiedy bawiłyśmy się w chowanego z Millie.

– Wiesz, że zagrożenie jest bardzo realne – usłyszałam jego głos.

– Zdaję sobie sprawę – odpowiedział mu Jay. – Dlatego, moim zdaniem, bezpieczniejsza będzie z dala od tego.

– Już nie. Sprawy przybrały za ciężki obrót. W tym momencie najlepszym wyjściem będzie mieć ją tu, na miejscu.

– A co z Nico?

Na to pytanie ojciec aż westchnął głęboko i nie odzywał się dłuższą chwilę.

– Dominic nie przyjechałby tu nawet, gdybym sam przystawił mu broń do głowy. Dałem mu znać, jaka jest sytuacja i żeby miał się na baczności. Poza tym mam tam na miejscu swojego człowieka, który w razie czego może go dyskretnie pilnować.

– To ten gość, co miał wcześniej na oku Katję?

Że co, proszę?!

– Tak. Jest dobry, nadaje się.

– W porządku, ale to Nico. On jest ciągle nieuchwytny i sam da sobie radę, jest wyszkolony. Co innego Katja. Potrzebuje kogoś naprawdę ogarniętego do ochrony. Kogoś, kto ma łeb na karku, przewiduje sytuacje i przewiduje również jej głupie odpały.

Dłonie same zacisnęły mi się w pięści.

– Dokładnie. Więc stwierdziłem, że idealnym kandydatem będziesz ty.

Co?? No chyba sobie żartujesz, tatusiu. Prawie spadłam ze stołu z wrażenia. Czy on to powiedział na poważnie?!

– Ja?? – Jayden był równie zszokowany.

– Nie wiem, czemu cię to dziwi.

– Victor, wiesz, że teraz jestem potrzebny tobie. Jestem jednym z najlepszych twoich ludzi. Od miesięcy ogarniamy temat Rusków, a teraz mam zająć się niańczeniem gówniary?!

Gówniary? Ten złamas prowokował nadejście momentu, w którym mogłam stracić nad sobą kontrolę.

– Jay, pilnuj się, do cholery! To nie jest jakaś tam gówniara, tylko moja córka. I dlatego właśnie wybrałem ciebie. Bo wiem, że mnie nie zawiedziesz. Poza tym pamiętaj, że jesteś najmłodszy z ekipy – powiedział z naciskiem. – Zresztą większość czasu będzie na praktykach. Rano ją zawieziesz, po południu odbierzesz. Nie zajmie to wiele czasu.

– Ale my… no nie bardzo potrafimy się ze sobą dogadać. Nie wiem, czy to wypali.

– Jay, kurwa. Nie macie sobie czesać nawzajem włosów ani nie musisz zabawiać jej dowcipami. Masz ją wozić całą i zdrową z punktu A do punktu B. Koniec tematu. – Ojciec wydawał się nieugięty.

– Okey, w porządku – odpuścił zrezygnowany Jayden. – Ale uwierz mi, będzie niezadowolona. Jak ją znam, zrobi aferę.

Kiedy zeszli na inne tematy, powoli się wycofałam. W międzyczasie wróciła mama z Rosie. Mama przeglądała jakieś magazyny z głupimi firankami, kosztującymi pewnie krocie, podsuwając mi co chwilę jakieś pod nos. Kiwałam tylko głową, udając, że słucham. W rzeczywistości próbowałam przyswoić sobie wszystkie nowinki, tak by, kiedy tu przyjdą, „nie zrobić afery”. Ostatnią rzeczą, jakiej bym się spodziewała, było to, że będę musiała spędzać czas z tym dupkiem. Unikałam tego przez ostatnie cztery lata, nawet przyjeżdżając na święta czy wakacje. A teraz będę go widywać codziennie? Jezu.

Po drugie, nie miałam pojęcia, że przez cały czas, kiedy byłam w Kanadzie, ktoś mnie obserwował. A po trzecie, znowu nie zobaczę Dominica. Naprawdę miałam serdecznie dosyć tego cholernego konfliktu między nim a ojcem.

W końcu przyszli do kuchni, obwieszczając mi radosną nowinę. Wpatrywali się we mnie jak w granat bez zawleczki, więc grałam prawdziwą damę. Jakby w ogóle mnie to nie obeszło. Victor patrzył podejrzliwie, ale w końcu przyjechałam, żeby pokazać mu, jaka to jestem dorosła i dojrzała. Poza tym, tak jak powiedział, nie musimy się dogadywać, nawet nie musimy ze sobą rozmawiać.

Kiedy skończyliśmy ustalać co i jak, zwróciłam się do Jaya:

– Świetnie. Skoro już wszystko jasne, to umówiłam się z koleżanką. Zawieziesz mnie do niej?

Wyglądał jakby podsunięto mu zdechłego śledzia pod nos.

– W porządku – westchnął.

Hmm, może nie będzie tak źle. Może jego udręczona mina będzie rekompensować mi obcowanie z nim.

Poszłam się szybko przebrać na górę. Założyłam przewiewne spodnie alladynki, do tego zwykły top i dżinsową kurtkę na wieczór, po czym stwierdziłam, że nie muszę się już ograniczać, więc dorzuciłam sandałki Jimmy’ego. Kilka minut później wsiedliśmy do auta.

– Dokąd jedziemy? – zapytał Jay.

– Do Millicent. Wiesz, gdzie to jest.

– Doskonale. Nie wydaje mi się jednak, żeby to był dobry pomysł na początek.

– Nie jestem już dzieckiem i nie potrzebuję twoich złotych rad.

– Wiem, wiem. Jesteś dużą dziewczynką i potrafisz o siebie zadbać – powiedział złośliwie.

– Wiesz, myślę, że zdecydowanie czegoś brakuje twojej stylizacji. – Obróciłam głowę w jego stronę. – Poważnie, chyba muszę kupić ci taki kaszkiet. Z racji tego, że… no wiesz, ojciec awansował cię właśnie na mojego szofera.

Wkurwiony zacisnął szczękę. Auć, zabolało?

Millie także mieszkała na przedmieściach, więc trasa zajęła nam kilkanaście minut. Po drodze mijaliśmy mnóstwo pięknych posiadłości. Mogłam po kolei wymieniać, kto był ich właścicielem. Gwiazdy, aktorzy, politycy, celebryci i… tacy jak mój ojciec, biznesmeni.

Zdecydowanie brakowało mi tego. Dość smętnego akademika i przytłaczającego otoczenia. Jechaliśmy wypasioną furą, a nie metrem, i nie trzymałam torebki w obawie, że jakiś złodziejaszek mi ją gwizdnie. I choć nie trawiłam Jaya, to musiałam przyznać, że dobrze się na niego patrzyło. Był naprawdę przystojny. Jasne włosy, błękitne oczy, mocna szczęka i świetna sylwetka. Do tego mój ojciec wymagał od swoich chłopaków odpowiedniej prezencji, więc nie wyglądał jak gangster obwieszony łańcuchami w dresach, tylko koleś z okładki Forbesa. I zamiast opony wokół brzucha miał wysportowane ciało, ćwiczone godzinami na siłowni. Niestety to ciało musiało się marnować na takim spiętym nudziarzu.

Co zaś się tyczyło mojego ojca, większość jego biznesów była legalna. Mało tego, Victor miał swoją własną fundację działającą na rzecz dzieci z biednych rodzin, a prowadzeniem jej zajmowała się mama. Jego przyjaciółmi byli senatorowie, sędziowie, a od czasu do czasu umawiał się na golfa z burmistrzem. Mój ojciec miał taką władzę, której i oni czasem potrzebowali. Nie za wiele natomiast wiedziałam o tej drugiej stronie jego działalności. Zresztą może to i dobrze…

– Jesteśmy. – Wytrącił mnie z zamyślenia Jay.

Wjechaliśmy właśnie na posiadłość właściciela najlepszych restauracji w tym mieście, ojca Millicent. Co do domu, a właściwie pałacyku, może panował tu zbytni przepych, ale mama Millie miała nieco kiczowaty gust.

– Zakładam, że będziecie chciały ze sobą dłużej poplotkować, więc ja się zmywam. Daj mi po prostu cynk, a zjawię się w ciągu pół godziny.

– Ee, okey, ale nie mam twojego telefonu.

– No tak, jasne.

Wpisałam cyfry, które mi podał. „Pan Nadęty” – pasowało idealnie.

***

Nie zdążyłam dojść do drzwi, gdy Millie wyskoczyła i rzuciła mi się w objęcia.

– Tak się cieszę, że jesteś! Jak cię zobaczyłam teraz na podjeździe, myślałam, że się rozpłaczę – zaczęła trajkotać jak zwykle.

Przyjrzałam się przyjaciółce. Włosy sięgające do ramion ufarbowała na krwistoczerwony kolor, co pasowało do jej szalonej osobowości. Była nieco wyższa ode mnie, a jej sylwetka jak zwykle nienaganna.

– Swoją drogą, co to za ciasteczko cię tu przywiozło? – Millie zerkała zza moich pleców na wyjeżdżającego Jaya.

– To nie żadne ciasteczko, tylko Jayden.

– Och, to on? – powiedziała z dezaprobatą, ale po chwili chyba się rozmyśliła, bo machnęła ręką, stwierdzając:

– Aaale tam, stare dzieje. Widzę, że się nieźle wyrobił przez lata.

– Przypominam ci, że to największy szpicel mojego ojca. To przez niego zostałam wysłana do pieprzonej Kanady. I tego mu nie wybaczę. – Podjęłam temat nieco dramatycznie, dla lepszego efektu.

– Daj spokój, Katja, to było dawno temu. Zresztą nie dziw mu się, my też nie byłyśmy święte.

– To akurat prawda – przytaknęłam. – A propos niebycia świętym… Czy jest szansa, że wybaczysz mi, że tak rzadko się odzywałam?

– Już ci wybaczyłam. Nie rozumiem tylko dlaczego. Przecież nic nas nie poróżniło, nie rozstałyśmy się pokłócone.

Przeszłam za nią do kuchni.

– Wiem, wiem. Po prostu… kiedy wyjechałam, byłam tak wkurzona na to wszystko. Odcięli mnie całkowicie od mojego życia. Siedziałam tam sama z tymi dziwnymi ludźmi, z ich dziwnymi zwyczajami… Za każdym razem, kiedy sięgałam po telefon, zastanawiałam się, co ci powiem. – Wzruszyłam ramionami. – I nie mogłam nic wymyślić. Może się wstydziłam. Zakładałam, że ty już poznałaś nowych ludzi, masz jakiegoś superchłopaka i biegasz od imprezy do imprezy. Tymczasem ja do tej pory nie znalazłam tam żadnej prawdziwej przyjaciółki. Potem nie potrafiłam się zgrać ze znajomymi ze studiów, ciągle czułam się obco. Przez cały ten czas moje życie to była nauka, jakieś dorywcze prace, z imprez wracałam do domu po dziesiątej, a w weekendy czytałam książki.

Millie spojrzała na mnie z obrzydzeniem jak na przypleśniały ser.

– Katja, zamieniłaś się w jakąś totalną nudziarę po sześćdziesiątce.

– I tak się tam czułam. Jak na uniwersytecie trzeciego wieku. Nie wiem, czemu tak było. Może to moja wina, że nie potrafiłam się wpasować. Wiesz, że nie jestem zbyt łatwa w kontaktach z innymi – westchnęłam z rezygnacją.

– Och, nie martw się, słońce, naprostujemy cię. Na jak długo zostajesz?

– Otóż… mam pewien pomysł. Ale nie możesz nikomu zdradzić, rozumiesz?! – Teraz zamierzałam przejść do najciekawszej części. Zielone oczy przyjaciółki błysnęły z zaciekawieniem. – Najpierw sama muszę obmyślić jakiś plan działania, jak to wszystko poskładać.

– Okey, o co chodzi? – zapytała przejęta.

– Nie wracam tam w ogóle.

– Jak to… nie wracasz?

– Normalnie. Wszystkim powiedziałam, że zaliczyłam egzaminy znacznie wcześniej, a tak naprawdę nie zaliczyłam nic, nawet do nich nie podeszłam – wyrzuciłam z siebie. – Nie chcę dalej studiować historii sztuki. Nie cierpię tego kierunku z każdym semestrem coraz bardziej. To wszystko był pomysł mojego ojca, tak samo jak praktyki w jakimś zasranym muzeum. Załatwił mi je po znajomości. Nienawidzę też tamtego miejsca. Tęsknota mnie po prostu zżerała. Wstałam któregoś dnia i stwierdziłam, że jeśli zostanę tam na kolejne dwa lata, to podetnę sobie żyły.

– No ale w takim razie, co teraz? – zapytała nieprzekonana.

Dzięki za wsparcie.

– Zaczepiłam się w Arials, na czymś w rodzaju praktyk. Potrzebowali kogoś od razu. A od października chciałabym zacząć studiować tu w mieście, na uniwerku. Mają świetne zajęcia na grafice. Sztuka, marketing, biznes – to połączenie mnie interesuje. Nie dostałam się w pierwszej turze, ale za dwa miesiące robią drugi nabór i jestem na liście rezerwowej. Muszę dostarczyć wtedy swoją teczkę z pracami i będzie coś w rodzaju egzaminu ustnego. I tu jest problem.

– Masz przecież pełno swoich obrazów. Coś się na pewno znajdzie.

– To za mało. To musi być coś, co zwali ich na kolana, a nie łąka z Windowsa.

– No cóż, w takim razie powodzenia. I powodzenia z ojcem, na pewno się ucieszy.

Millie zrobiła nam latte i przeszłyśmy do salonu. Walnęłam się z westchnieniem na kanapę.

– Nawet mi nie mów. On mnie zabije.

– Coś ty. Najwyżej zleci to któremuś z chłopaków. O, pewnie Jaydenowi – podnieciła się niezdrowo. – Chłopak zrobiłby to z przyjemnością.

Zaczęłam się śmiać. Właśnie dlatego Millicent była moją przyjaciółką.

– Millie, jeśli nie dostanę się na te studia, to jestem w dupie. To jest moja jedyna karta przetargowa z ojcem, po tym jak dowie się, że olałam historię sztuki. Tam nie mam już powrotu, bo mnie zwyczajnie wywalili.

– Katja, nie chcę cię martwić, ale myślisz, że to ma szansę się udać? Victor pozwoliłby ci wrócić? Po tym wszystkim?

– Sama nie wiem. Teraz ponoć ma jakieś problemy w pracy i pozwolił mi zostać. Może gdy zobaczy, że już nie jestem trzepniętą małolatą, to zmieni zdanie. No ale podstawą są te studia. Muszę się dostać.

– Głowa do góry, zawsze możesz zostać żoną jakiegoś grubego milionera. Tatuś na pewno ci kogoś znajdzie.

– Jezzuuu – jeszcze bardziej zaczęłam jęczeć. Walnęłam głową w poduchę.

– Daj spokój, Katja, nie bądź mięczakiem. Coś wymyślisz. Weź się lepiej za te prace.

– Problem polega na tym, że tak dawno nie malowałam. Nie miałam żadnej weny, natchnienia, żadnych bodźców do tworzenia.

– Nie martw się, w tym mieście nie brakuje bodźców, zobaczysz.

Zdecydowanie, nie myliła się…

You’re so damn hard to please, we gotta kill this switch You’re from the 70’s, but I’m a 90’s bitch I don’t care, I love it.

Icona Pop (feat. Charli XCX) I love it

3

Posiedziałyśmy jeszcze trochę, plotkując o starych dobrych czasach. Najważniejsze, że Millicent nie potrafiła się długo obrażać i chyba też trochę rozumiała moje zachowanie. Namówiła mnie też na imprezę w weekend. Od poniedziałku zaczynałam praktyki, więc przydałoby się trochę zabawić. Jay przyjechał po mnie pod wieczór.

– Jutro musimy jechać na zakupy – zwróciłam się do niego, kiedy wracaliśmy, na co kiwnął potakująco głową.

– Wiesz, będzie dużo łażenia po sklepach, przymierzania…

– Nie ma sprawy – rzucił.

Odwróciłam się w jego stronę.

– Serio? Nie mów, że ci to nie przeszkadza? Na pewno wolałbyś ambitniej spędzać czas – podpuszczałam go. Zwłaszcza że pamiętałam, co mówił do ojca w gabinecie.

Jay westchnął. Zauważyłam, że zmienił ubranie. Pewnie szykowało się jakieś wyjście, bo miał na sobie spodnie od garnituru, koszulę i kamizelkę. Skrojone idealnie pod jego wysportowaną sylwetkę. Prada, szybko oceniłam. Zawsze lubił kamizelki, nie cierpiał marynarek. Eee, czemu ja to pamiętałam?

– To moja praca, Katju. Mam zapewnić ci bezpieczeństwo. Podczas jazdy na zakupy też można dostać kulkę w łeb.

O, jak milutko. Ale przynajmniej mówił o takich rzeczach otwarcie. Nie to co mój tato, który zawsze owijał w bawełnę.

– Nie boję się – powiedziałam buńczucznie, choć troszkę kłamałam. – Nikt nie ruszy mojego ojca, a tym bardziej jego córki. Nikt o zdrowym rozsądku w tym mieście nie wejdzie mu w drogę.

Tak przynajmniej słyszałam. Jayden roześmiał się. To on potrafił się śmiać? I to nawet dosyć uroczo?

– Wow. Jesteś bardzo pewna siebie. A właściwie pewna władzy swojego ojca.

– To chyba oczywiste. A ty nie?

Przeczesał ręką włosy. Jezu, muszę kiedyś zapytać, czy używa jakiejś specjalnej odżywki.

– Nigdy nic nie biorę za pewnik – powiedział poważniej, gdy wjeżdżaliśmy już na nasz podjazd. – Victor też nie, skoro przydzielił mnie do twojej ochrony. Więc pilnuj się, proszę, i nie rób głupstw.

Gdy wysiedliśmy z auta i szliśmy w stronę domu, dodał:

– Mówię poważnie, Katja, to nie jest dla nas dobry czas. Może byłbym równie pewny siebie, gdybym nie znał ludzi, którzy ostatnio nam brużdżą w interesach. Ale widzę, jak działają, i prawda jest taka, że nie zważają na to, kim jest twój ojciec.

Patrzyłam na niego zaskoczona.

– Dlaczego od razu sugerujesz, że zamierzam robić jakieś głupstwa? – burknęłam, krzyżując ręce na piersi.

Jay nachylił się, by otworzyć przede mną drzwi do domu, i poczułam delikatny zapach jego wody toaletowej.

– Bo cię znam. – Spojrzał na mnie wymownie. – Bardzo dobrze.

Zabrzmiało to co najmniej jak ostrzeżenie. Odwróciłam się i szybko weszłam do środka, a on podążył za mną. Czy włączyli w domu ogrzewanie? Bo zrobiło się jakoś cholernie gorąco.

W kuchni siedziała mama. Włączony był mini telewizorek, w którym leciał jakiś talk show, a ona przeglądała katalogi. Obok porozkładane były próbki materiałów.

– Dobry wieczór, Monico – zwrócił się do niej Jay. – Victor jest u siebie?

– Tak, możesz do niego zajrzeć. Katju, gdzie byliście? – spytała, gdy podeszłam do niej.

– U Millie – odpowiedziałam, czekając na reakcję.

Ale mama nie była zła.

– Aaa i co u niej?

Wyciągnęłam mleko z lodówki, nalałam sobie do kubka i usiadłam obok. Tak naprawdę Millie im nie przeszkadzała. Wiedzieli, że to ja byłam tą złą i prowodyrką.

– Świetnie. W weekend zabiera mnie na imprezę. Dlatego jutro pojadę na jakieś zakupy. Totalnie nie mam co na siebie włożyć – stwierdziłam, na co mama się zaśmiała. – Przydadzą mi się też jakieś rzeczy do pracy, na praktyki.

Posiedziałam z nią jeszcze chwilę, pijąc mleko i gapiąc się w TV. Potem wzięłam z pokoju szkicownik, zeszłam na dół i usiadłam sobie przy basenie. Szum oceanu, gwiazdy, cisza spokój i… nic. Totalnie nic. Na papierze powstawały tylko jakieś durne kwiatki. Po godzinie bezowocnego ślęczenia nad szkicownikiem wróciłam wkurzona do pokoju. To totalny bezsens, lepiej od razu aplikuję do McDonalds’a.

„A może frytki do tego?”

* * *

Przebudziłam się nad ranem. Było po czwartej. Nie mogłam już zasnąć, więc postanowiłam spożytkować ten czas. Zbliżał się wschód słońca, więc wpadłam na pomysł, żeby wziąć szkicownik i wyjść na taras. Na dole zrobiłam sobie herbatę i usiadłam na leżance pod baldachimem. Stąd miałam dobry widok na wschód. Szkicowałam dosyć długo, aż słońce wzeszło całkowicie i musiałam odłożyć resztę na następny dzień. Wschód słońca to nie było nic odkrywczego, ale przynajmniej jakiś początek i dobry trening.

Przed siódmą wstał tato.

– Co robisz tak wcześnie? – zdziwił się moją obecnością o tej porze.

– Jakoś nie mogłam spać.

– Może dręczy cię sumienie, kochanie. – Na usta wkradł mu się mały uśmieszek. Nastawił ekspres.

– Tato, najpierw trzeba mieć sumienie – zażartowałam.

A może i nie…

– Jak zwykle w punkt.

Zrobiliśmy sobie po kawie, tato czarną jak smoła, ja z mlekiem. Tradycyjnie on usiadł przy stole i czytał swoją poranną gazetę, ja odpaliłam telewizorek i patrzyłam, jak w programie śniadaniowym fit laski ćwiczą przysiady. Jezu, muszę iść na siłownię.

Z góry zeszła mama w szlafroku.

– O proszę, jakie ranne ptaszki.

– Nasza córka nie może spać. Ewidentnie coś przeskrobała – burknął znad gazety.

Gdybyś tylko wiedział…

Dzień zapowiadał się równie ciepło, więc założyłam ciemnozieloną sukienkę bez rękawów, srebrne sandałki i narzuciłam sweterek. Włosy związałam w wysoki kucyk. Wysłałam SMS-a Jayowi, żeby był po mnie o dziesiątej, i zdążyłam jeszcze zjeść śniadanie z rodzicami.

– Gdzie ta impreza? – spytał tato.

Hmm, ciekawe, skąd już wiedział.

– W Enigmie, jutro.

– Zdajesz sobie sprawę, że Jayden będzie tam z wami?

Rozdziawiłam usta.

– Jak to: z nami? Zawiezie nas? – spytałam.

– Nie. Z wami w sensie: z wami. Co prawda Enigma należy do rodziny Martino, ale dyskoteka to dyskoteka. Tam nigdy nie jest do końca bezpiecznie.

– Doskonale – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Czy mam też zarezerwować dla Jaya wszystkie tańce?

– Jesteś przezabawna. – Pocałował mnie w czoło, wychodząc. – Jayden idzie z wami. Koniec dyskusji.

Mój kompan bez wyboru pojawił się za dwie dziesiąta. Nie żartuję, za dwie. Wsiadłam do auta i wypowiedziałam z pretensją:

– Mam dla ciebie świetną wiadomość. Jutro imprezujemy razem.

– Ciebie również miło widzieć, Katju. – Niewzruszony popatrzył na mnie zza okularów przeciwsłonecznych. Jak zwykle wyglądał perfekcyjnie. Mogłam na oko ocenić, że na sobie miał z kilka tysięcy, i to bez zegarka i okularów.

– Mówię serio. Czy to nie nadopiekuńczość? Niedługo będziesz mi śpiewał kołysanki do spania.

Jay wzdrygnął się, jakby wolał przewalać końskie łajno, ale po chwili powiedział:

– Uwierz mi, to standard. Victor ma rację.

– Wydaje mi się, że poradzę sobie, jeśli zaczepi mnie jakiś pijany baran.

– W takich klubach nie przychodzi się tylko tańczyć i sączyć drinki, Katju. Często spotykają się tam grube ryby robiąc interesy, a z doświadczenia wiem, że różnie się to kończy.

– Super, może w końcu coś zacznie się dziać.

Popatrzył na mnie z dezaprobatą i pokręcił głową, co tylko mnie rozeźliło.

– Czasami zastanawiam się, czy nie jesteś robotem, zaprogramowanym przez mojego ojca – dodałam złośliwie.

– A ja się zastanawiam, czy kiedyś przestaniesz zachowywać się jak rozpuszczona księżniczka – odparł poirytowany.

– Nie jestem rozpuszczoną księżniczką – powiedziałam tylko po to, by mieć ostatnie zdanie. Jakiekolwiek.

Na zakupach humor trochę mi się poprawił. Udało mi się upolować piękne Louboitiny za pół ceny i małą czarną, która będzie idealna na jutrzejsze wyjście. Weszliśmy jeszcze do Moschino, bo zauważyłam świetne dżinsowe spodenki. Kiedy zaczęłam się przebierać, dostrzegłam z daleka jeszcze inne, równie cudne. Niestety nigdzie nie było ekspedientki, więc zawołałam Jaya, który kręcił się obok.

– Przyniesiesz mi te czarne szorty z wieszaka? – spytałam, na co obrócił się we wskazaną we mnie stronę.

– Te? No nie wiem… Myślisz, że mają elkę? – powiedział, mierząc mnie wzrokiem.

– Myślę, że zaraz kopnę cię w krocze. Noszę eskę.

Drań zrobił niby przepraszającą minę, po czym przytargał mi te spodnie. Na moje tragiczne nieszczęście numeracja była chyba zaniżona i ni cholery nie mogłam się wcisnąć, choć zakładałam je prawie na leżąco i przestałam oddychać. Wychyliłam się z przymierzalni, nigdzie jednak nie było żadnej sprzedawczyni. Za co im płacą, do cholery?

Jay się zaciekawił.

– Co jest?

– Jajco.

Nie ma mowy, żebym miała go prosić o większy rozmiar. Trudno, nie kupię tych spodenek. I przestanę jeść tyle czekolady.

– W sumie jest wcześnie. Skoczyłabym na jakąś kawę – zaproponowałam, kiedy wracaliśmy, bo miałam jakiś zjazd energetyczny. Zakupy są takie wyczerpujące.

Podjechaliśmy do uroczej kawiarenki, gdzie usiadłam przy stoliku na zewnątrz, a Jay poszedł nam zamówić po kawie. Wrócił po kilku minutach. Postawił przede mną wypełniony po brzegi, półlitrowy kubek, chyba z wszystkimi możliwymi dodatkami typu lody, sosy i śmietanki.

– Po takiej kawce chyba faktycznie zacznę nosić elkę – burknęłam.

– Wiecznie niezadowolona. Czy mam ci jeszcze ją wylizać?

Zamrugałam nerwowo. Że co zrobić?! Aha, śmietankę…

Usiadł obok ze swoim kubkiem czarnej kawy i odpisał coś na telefonie. Cały dzień w nim ślęczał.

– Od rana szczerzysz się do komórki. Jakaś laska? – zapytałam niby od niechcenia.

– Czyżbym poświęcał dziś księżniczce zbyt mało uwagi i jest zazdrosna? – zadrwił, odchylając się na krześle.

– Jasne – prychnęłam.

Jak na zawołanie, przeszła obok nas jakaś dziewczyna i zerknęła na niego zalotnie. Odwzajemnił się jej delikatnym uśmiechem.

Halo, ja tu siedzę!! Czy wyglądam jak młodsza siostra?

– To Shade, organizuje moją imprezę urodzinową za tydzień – w końcu odpowiedział.

– Coo? Chcę znać wszystkie pikantne szczegóły, gadaj!

Faktycznie, kończył niedługo dwadzieścia pięć lat.

– O nie. Jesteś za młoda, jeszcze się zgorszysz – nabijał się.

– Ale się dziś ciebie trzymają żarciki – skwitowałam. – Nie wiedziałam, że w ogóle posiadasz poczucie humoru.

Jay pokręcił głową.

– Tak, posiadam. Lubię też słuchać muzyki, poczytać dobrą książkę i śpiew ptaków o poranku – wygłupiał się.

– Szok, nie wiem, czy świat jest na to gotowy.

– Świat może tak, ty nie, księżniczko.

– Wiesz, że nie cierpię, jak mnie tak nazywacie.

– Dlatego tak cię nazywamy – uśmiechnął się nonszalancko.

Kiedy byłam mała, tato zawsze nazywał mnie swoją księżniczką. Ale jego świta mnie do tego zdecydowanie zraziła. Między innymi Jayden i Rino. Wiedziałam, o jaką księżniczkę im chodziło, nie byłam głupia. Księżniczkę mafii.

– Mniejsza z tym – dodał. – Idziemy. Mam jeszcze robotę.

* * *

Millie pojawiła się w sobotę wieczorem. Miała na sobie czarne skórzane spodnie i czekałam tylko, aż wyciągnie pejczyk.

– Będziemy miały towarzystwo – oznajmiłam jej na wstępie. – Jayden jedzie z nami.

– Hmm, zaprosiłaś go? Świetnie, że mu odpuściłaś, nie ma co się wiecznie obrażać. Ale nie myślisz, że to przesada? Wiem, że jest całkiem do schrupania i bije od niego taka seksowna tajemniczość… ale to żołnierz Victora.

– Stop, stop, stop. – Zaczęłam wymachiwać rękami. – On nie jest tajemniczy, tylko po prostu wiecznie naburmuszony. A po drugie, nie zaprosiłam go, tylko ojciec mi go wmusił. Dla bezpieczeństwa.

– Oooch, jakież to… żenujące. Czy będzie cię trzymał za rączkę? I czy możesz w ogóle pić alkohol?

– Uduszę cię, serio.

Zaczęła rechotać.

– Dobra, wyluzuj. Zresztą będzie więcej osób. Wpadnie Sidney i jej chłopak Zack. A! I będzie Ginger.

Na dźwięk tego imienia cofnęło mi się jedzenie w gardle. Nienawidziłam tej laski.

– A ona po co tam? – marudziłam.

– Sidney z nią gadała i sama się wprosiła. Wiem, że niespecjalnie ją lubisz, ale widziałyście się ile lat temu? Pięć? Nie jest już taką pindą jak kiedyś.

– Jasne. Wie, że przyjechałam?

– Wie, i bardzo się ucieszyła.

– Nie wątpię.

– Katja, powiedz, kiedy stałaś się taką pierdołą? Poważnie, zrzędzisz jak moja babcia… Nieważne – machnęła ręką. – A propos chłopaków… Jak tam twoje sprawy sercowe?

Klepnęła obok mnie na łóżko.

– Nie ma o czym gadać – chciałam uciąć ten mało treściwy dla mnie i przez to niezbyt fascynujący temat.

– Daj spokój. Nie mów, że przez te parę lat nic… nie byłaś… nie miałaś żadnego faceta? – w końcu wydusiła.

– Nic znaczącego. Dopiero jakiś czas temu umawiałam się z kimś na poważnie. Miał na imię Walter.

Millie uniosła jedną brew.

– Tak, dobrze słyszałaś, Walter.

– Czy on ma pięćdziesiąt lat i jest księgowym? – spytała.

– Nie – obruszyłam się. – Ale… jego ojciec jest.

– Yhm – odparła. Wiedziałam, że ledwo powstrzymuje się od komentarza. – I co z tym Walterem?

– Cóż… tam było inaczej, ja byłam inna. Wiedziałam, że kiedyś tu wrócę, a on zdecydowanie nie pasowałby do tego świata.

– Wiedział, kim jesteś? Kim jest twój ojciec? – zapytała nieco ciszej.

– Oczywiście, że nie. Tak jak mówiłam, to nie ten świat. Zerwaliśmy ze trzy miesiące temu. Ale to był naprawdę fajny facet. Chyba był jedyną bliską mi tam osobą. Dobrze się rozumieliśmy, spędzaliśmy razem sporo czasu i jakoś tak… samo wyszło. Wydaje mi się, że jednak byliśmy lepszymi przyjaciółmi niż parą…

– Czy dobrze myślę, iż to był wymarzony chłopak dla córki Victora Ragnatelliego? – Zrobiła w powietrzu jednoznaczny cudzysłów.

– Dobrze myślisz – odpowiedziałam nieco zawstydzona. Ale zaraz dodałam: – Na szczęście to zrozumiałam. Powiedziałam ci już, przyjechałam tu, żeby w końcu odzyskać swoje życie. Dlatego dosyć tych smętów. – Wstałam i usiadłam przy toaletce. – Dalej, zrób ze mnie bóstwo.

Pół godziny później byłyśmy gotowe. Millicent zrobiła mi naprawdę fajny makijaż z delikatnym smoky eyes. Do tego mała czarna wyhaczona wczoraj i szpilki. Włosy rozpuściłam luźno. Wyglądałam całkiem nieźle. Trochę się stresowałam, bo bardzo długo nie widziałam moich znajomych. O ile z Millie utrzymywałam jakikolwiek kontakt, tak z resztą ludzi prawie w ogóle. Muszę jednak przyznać, że mi ich brakowało. Naprawdę się stęskniłam. No może poza Ginger.

Zeszłam na dół. Słyszałam już głos Jaya w kuchni. Gadał o czymś z moją mamą, gestykulując. Miał na sobie ciemne, proste dżinsy i granatową koszulę, z podwiniętymi rękawami, która delikatnie opinała jego mięśnie. Na nadgarstku zauważyłam masywnego Cartiera. Nie wiem czemu, ale miałam jakiś fetysz męskich zegarków. Z bólem serca musiałam przyznać, że Jay wyglądał dziś… bardzo nie jak ochroniarz.

– Hej, możemy już jechać – odezwałam się i oboje podnieśli wzrok.

– Wyglądasz pięknie, córeczko! – Mama aż klasnęła w ręce.

– Dzięki, mamo – jakże miło usłyszeć to od matki, a nie od faceta.

On nie powiedział nic, ale czułam, jak jego wzrok powoli przesuwał się po moim ciele. Wyglądał jakby był nieco zaskoczony. Może się wygłupiłam i wcale nie wyglądałam tak dobrze, jak mi się przed chwilą wydawało? I nie, zdanie własnej mamy się nie liczy.

– No to lecimy – w końcu się odezwał. Wziął kurtkę z krzesła i przepuścił mnie przodem.

Usiadłyśmy z Millie z tyłu. Opowiadała mi o swoich pierwszych klientkach makijażowych. Make-up to zawsze był jej konik i właśnie stawiała pierwsze kroki w zawodzie. Mimo że bardzo mnie to cieszyło, to nie do końca mogłam się skupić na tym, co mówiła. We wstecznym lusterku widziałam intensywne spojrzenie Jaydena. Gdyby to był inny facet, powiedziałabym, że może patrzy na mnie nawet z zainteresowaniem. Ale to był Jay, więc równie dobrze mogła to być pogarda. Dlaczego nagle zaczął peszyć mnie jego wzrok? Parę razy nasze oczy się spotkały i cieszyłam się jedynie, że w aucie jest ciemno, bo na pewno byłam czerwona jak burak. A ta sukienka była jednak stanowczo za krótka.

Przed klubem ustawiła się spora kolejka. Nie uśmiechało mi się godzinne czekanie w szpilkach, ale Jay prowadził nas dalej, aż do wejścia. Przybił żółwika z bramkarzem.

– Cześć, Jayd, dawno cię tu nie było.

Ten tylko wzruszył ramionami na jego słowa.

– Praca, praca. Nie ma czasu na zabawę – zaśmiał się i zwrócił do nas:

– Dziewczyny, to Mike. Mike to Millicent, a to Katja – przedstawił nas. Na dźwięk mojego imienia bramkarz wyraźnie się poruszył.

Kiedy weszliśmy, złapałam Jaya za rękaw:

– Hej, o co mu chodziło?

W klubie było głośno i musiał się do mnie nachylić, by odpowiedzieć.

– Co mówisz?

– Spytałam, o co chodziło temu Mike’owi. Kiedy nas przedstawiłeś, jakoś dziwnie zareagował.

Choć byłam w szpilkach, musiałam jeszcze wspiąć się na palce, na wysokość głowy Jaya. Na domiar złego lekko się zachwiałam i oparłam dłonią o jego klatkę piersiową. Czułam, jak się spiął, ale udałam, że nic nie zauważyłam.

– Jak dziwnie? Nie co dzień poznajesz córkę szefa rodziny Ragnatelli.

Wybałuszyłam oczy, na co tylko się uśmiechnął.

– Tak, jesteś tu najprawdziwszą księżniczką – mrugnął do mnie.

O Jezu, musiałam się napić, natychmiast. Na szczęście podeszła do nas kelnerka i zwróciła się do Jaydena:

– Cześć, Jay. Jakiś stolik dla was? – zaczęła tak trzepotać rzęsami, że prawie zrobił się przeciąg.

– Cześć, Jenny. A znajdziesz coś większego? Parę osób do nas dołączy.

– Nooo nie wiem, mamy dziś straszne obłożenie i wszystko jest porezerwowane…

– Jeenn, na pewno coś wymyślisz. – Zrobił do niej maślane oczka.

– No dobrze, chodźcie.

Zaprowadziła nas do większej loży z kanapami. Kiedy zamówiliśmy drinki, odeszła, kręcąc tyłkiem w obcisłej miniówce. Millicent doskoczyła do Jaya.

– Ulalala, chłopaku, czy to jakaś twoja panienka?

Jayden zaśmiał się i pokręcił głową z udawaną dezaprobatą.

– Millicent! Prawdziwy dżentelmen nie opowiada o swoich podbojach.

– Na szczęście nie ma tu żadnych dżentelmenów, więc mów.

Od wścibskiej Millie uratował go telefon. Jay dał nam znać, że odchodzi na bok, żeby porozmawiać.

Wtedy zauważyliśmy Sidney z Zackiem, a za nimi idącą Ginger. Millie pomachała im i do nas podeszli.

– Katii – piszczała Sid.

Zaczęłyśmy się witać i przytulać. Kiedyś byłyśmy blisko, nie tak jak z Millie, ale też mogłabym o niej powiedzieć jak o przyjaciółce. Znałyśmy się jeszcze ze szkoły. Tak samo z Ginger, która była daleką kuzynką Sid, więc musiałam tolerować jej towarzystwo. Zawsze wpychała się tam, gdzie coś się działo i gdzie byli przystojni chłopcy. Była interesowna. Oczywiście przywitałam się z nią najserdeczniej, jak potrafiłam. W końcu to było dawno, miałyśmy po 16 lat.

Do stolika wrócił Jay, a ponieważ nie wszyscy kojarzyli go z czasów mojego liceum, postanowiłam go przedstawić:

– To Jayden. Na co dzień pracuje u mojego ojca, a teraz również mnie ochrania – uśmiechnęłam się trochę nerwowo. Nie było potrzeby wymyślać jakichś dziwnych historyjek. Wszyscy tu obecni wiedzieli, kim jest Victor Ragnatelli.

– Ochrania przed czym? – zapytała Ginger. Już pożerała go wzrokiem.

– Cóż, najwyraźniej mój ojciec stwierdził, że potrzebuję niańki nawet na zwykłą imprezę – dopiero po wypowiedzeniu tych słów usłyszałam, jak to zabrzmiało. Akurat dziś nie chciałam być wredna, ale jakoś tak samo wyszło. Jak zawsze, najpierw mówiłam, potem myślałam. Nikt nie zauważył tej złośliwości, poza Jayem. Widziałam to po nim, kiedy spojrzał na mnie z niechęcią. Nie wiem czemu nagle zaczęło mnie to obchodzić, ale zrobiło mi się głupio. Nie powinnam tak mówić. Jayden, co prawda, nie był jeszcze Pająkiem, ale stał w hierarchii bardzo wysoko. Ojcu nie spodobałoby się moje zachowanie, on do wszystkich odnosił się z należytym szacunkiem.

– Muszę wykonać parę telefonów. Będę z boku – powiedział tylko i odszedł kawałek dalej, gdzie było ciszej.

Po chwili zajęłam się rozmową z Sidney. Do Zacka dołączył jeszcze jakiś jego kolega, Chris. Sidney opowiadała mi, jak poznali się z Zackiem, jak było na studiach prawniczych i tak dalej. Ja póki co robiłam dobrą minę do złej gry. Na razie tylko Millie wiedziała o moich planach i chciałam, żeby tak zostało.

Potem wyciągnęłam dziewczyny na parkiet. Leciała fajna muzyka, dobrze się nam tańczyło, faceci kręcili się wokół. Po kilku piosenkach przyjaciółki stwierdziły, że chwilowo mają dosyć, i poszły do loży. Akurat leciał mój kawałek, więc zostałam jeszcze chwilę. Bawiłam się świetnie, do czasu, gdy napatoczył się jakiś obleśny typ, który miał już nieźle wypite. Niezbyt docierało do niego, że nie mam ochoty z nim tańczyć.

– Lalka, nie uciekaj – bełkotał.

Zaczęłam szukać wzrokiem Jaya. Gdzie on jest, gdy go potrzebuję? W końcu zauważyłam, że stoi przy barze. Patrzył wprost na mnie. Widocznie nie zauważył tego natręta, więc skinęłam, żeby przyszedł. Tylko się uśmiechnął i popijał dalej piwo. Ochlapus próbował łapać mnie za ręce i wywijać nimi na wszystkie strony. Do tego śmierdział obrzydliwie.

– Coś ty taka niedostępna? – wysapał.

Wyrwałam mu się i dawałam wściekłe znaki mojemu niby ochroniarzowi, żeby coś z tym zrobił, ale ten tylko zaśmiał się z daleka. Wkurzona odepchnęłam gościa z całej siły i skierowałam kroki wprost do Jaya.

– Widzę, że świetnie się bawisz – rzuciłam mu w twarz.

– W rzeczy samej. – Uśmiechnął się zadowolony. Dupek.

– Chyba zapomniałeś, że jesteś w pracy. – Dźgnęłam go palcem w pierś.

– Wydaje mi się, że twojemu życiu nic nie zagraża w tym momencie. I jak sama mówiłaś, ze zwykłymi pijakami potrafisz sobie poradzić, nie potrzebujesz niańki – wyrecytował zjadliwie przez zęby. Nie wiedziałam, czy się zawstydzić, czy mu odpyskować, kiedy poczułam czyjeś ręce na biodrach. Obróciłam się do tyłu. O niee, pan obleśny wrócił.

– Słuchaj, ty tępa pało. Mówię ostatni raz, zostaw mnie w spokoju!

– Lubię takie zadziorne. – Wyciągnął do mnie łapsko, ale wtedy przede mną pojawił się Jay. Wykręcił mu rękę i zrobił to bez najmniejszego wysiłku. Gość syknął z bólu.

– Ej, spokojnie. To twoja laska? Nie wiedziałem, koleś.

W odpowiedzi Jay jeszcze mocniej docisnął mu ramię.

– Jeśli pani mówi „nie”, to znaczy „nie”. Zrozumiano?

Obleśniak tylko pokręcił głową. Twarz wykrzywiła mu się z bólu.

– Jeszcze raz ją zaczepisz, to połamię ci łapy – powiedział złowrogo Jay i go puścił. – A teraz spierdalaj.

– Okey, ja tylko…

– Spierdalaj, już! – nie pozwolił mu skończyć. Facet, przestraszony, uciekł gdzieś w tłum. Jay jak gdyby nigdy nic odwrócił się, zabrał swoją butelkę z piwem i wziął łyka.

– Coś jeszcze?

– Dzięki – wybełkotałam zażenowana w podłogę. Jayden się zaśmiał.

– Jesteś niemożliwa.

Skinęłam na barmana i zamówiłam drinka. Jay klepał coś na telefonie, ja sączyłam napój.

Stałam tak sobie, obserwując salę, gdy podeszła do nas jakaś panna. A właściwie nie do nas, tylko do Jaydena. Zauważyłam, że zerkała w naszą stronę od dłuższego czasu. Najpierw o coś go zapytała, na co przecząco pokręcił głową, po czym kontynuując, już odważniej dotknęła jego ramienia. On się uśmiechnął, ale jego odpowiedź jej się nie spodobała. Zrobiła niezadowoloną minkę i odeszła.

– Kto to? – oczywiście nie wytrzymałam długo.

– Nie wiem, dopiero poznałem.

– A co chciała?

– Nic takiego – próbował mnie zbyć.

– No powiedz – grzecznie poprosiłam.

– Nie bądź wścibska.

– Powiedz, bo nie dam ci spokoju.

Zaśmiał się na moje słowa.

– Po prostu chciała się pieprzyć – wypalił.

– Akurat – prychnęłam zmieszana.

– Sama zapytałaś – wzruszył ramionami.

– Może coś źle zrozumiałeś?

Faceci często wyobrażali sobie więcej, niż naprawdę było.

– Nie wydaje mi się. – Widząc moje niedowierzanie, zbliżył się jeszcze i nachylił do mojego ucha. – Zapytała, czy jesteśmy razem – wskazał na mnie – a potem, czy nie chciałbym poznać jej bliżej w jakimś ustronnym miejscu. – Jego ciepły oddech połaskotał mnie w szyję.

– Bezczelna – wymsknęło mi się.

– Dziewczyny teraz są bardziej wyzwolone.

– Chyba puszczalskie.

Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu.

– Jesteś uroczo naiwna.

Wcześniej Millicent okazała się dosyć bezpośrednia, wypytując go o tę kelnerkę, ale i ja zdążyłam już zauważyć, jak kobiety reagują na Jaydena. W istocie, na kimś, kto go nie znał, mógł sprawiać wrażenie tajemniczego przystojniaka. Musiałam mu jednak przyznać, że na pierwszym miejscu zawsze stawiał pracę. Nawet jeśli traktował to jak „niańczenie gówniary”, to był skupiony na mnie, nie oglądał się za spódniczkami. Może dlatego wszystkie te panny rzucały mi takie niechętne spojrzenia.

Chciałam go jeszcze o coś zapytać, ale dołączyła do nas Millie.

– Chodź, Katja, poświrujemy jeszcze. – Wyciągnęła mnie na parkiet. Potem dołączyła do nas Sid. Cudownie było znowu spędzić czas z dziewczynami. Bawiliśmy się tak do późnej nocy, aż w końcu wszyscy zaczęli się zbierać. Najpierw Sid z Zackiem, potem gdzieś ulotniła się Ginger. Na końcu my z Millie i Jayem.

Wracaliśmy do domu, kiedy już świtało. Miasto było prawie puste, Jay prowadził w spokoju, a Millie lekko przysypiała. Patrzyłam, jak po ulicach krążyli już ludzie. Jedni tak jak my, zataczając się, wracali z imprez, inni szli już do pracy. Rzadko jednak spotykało się taki spokój w tym mieście.

Musiałam przyznać, że to była udana impreza. Nieco dziwna, ale udana. I zakończyłaby się dobrze, gdyby Millicent nie wyskoczyła z tekstem:

– Jedźmy na pączki! – Aż podskoczyłam na siedzeniu. – Jayd, skręć tu w lewo. Na rogu mają zajebiste pączki, otwarte całą dobę. Kat, pamiętasz? Byłyśmy tu kiedyś przed jakąś imprezą.

– Taa.

Jakże mogłabym zapomnieć. Odbijały mi się jeszcze czkawką. Millie najwidoczniej nie pamiętała, jaka to była impreza. Stanęliśmy na rogu, Mills wyskoczyła z auta i podbiegła do budki.

– Nie idziesz? – zapytał Jay.

– Nie mam ochoty. – Nagle straciłam humor, przypominając sobie wszystko.