Księżna Casamassima - Henry James - ebook + książka

Księżna Casamassima ebook

Henry James

0,0

Opis

Henry James wymyślił postać Hiacynta Robinsona, „małego, aroganckiego poszukiwacza przygód, obdarzonego jednocześnie delikatnością”, spacerując ulicami Londynu. Mimo wychowania w biedzie bohater wykształcił w sobie gust estetyczny, przez co tym bardziej dostrzega otaczającą go szarą rzeczywistość. Zostaje wciągnięty do sekretnego świata działalności rewolucyjnej i pod wpływem chwili przysięga, że zabije jednego z najznamienitszych polityków. Wkrótce po tym poznaje jednak piękną księżną Casamassimę. Urzeczony światem arystokracji, bogactwem, sztuką i pięknem, Hiacynt traci wiarę w radykalizm, nazywając go „paskudztwem”. Dręczony skrupułami mężczyzna musi zmierzyć się z bolesnym i ostatecznie tragicznym dylematem. 

Księżna Casamassima” jest jedną z najbardziej osobistych, a zarazem jedną z najbardziej zaangażowanych społecznie powieści Jamesa.

Henry James jest w historii powieści tym, kim Szekspir w dziejach poezji. 

Graham Greene

Henry James (1843–1916) – wybitny amerykański pisarz, krytyk i teoretyk literatury, reprezentant realizmu psychologicznego. W swoich znakomitych powieściach zgłębiał mentalność Amerykanów, zderzając ją z kulturą europejską.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 826

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




W SERII POLECAMY:

ZŁOTA CZARA

SKRZYDŁA GOŁĘBICY

W KLESZCZACH LĘKU

O CZYM WIEDZIAŁA MAISIE

AMBASADOROWIE

DAISY MILLER

I INNE OPOWIADANIA

PORTRET DAMY

BOSTOŃCZYCY

EUROPEJCZYCY

RODERICK HUDSON

AMERYKANIN

ECHO

Tytuł oryginału:

THE PRINCESS CASAMASSIMA

Projekt okładki:

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce:

© Lee Avison/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8097-917-8

Warszawa 2017

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

KSIĘGA PIERWSZA

ROZDZIAŁ I

– Mogę oczywiście poszukać dziecka, jeżeli pani chce je zobaczyć – powiedziała panna Pynsent, gotowa skwapliwie przyjąć każdą propozycję swego gościa, którego uważała za wysoko postawioną i nieco przerażającą osobistość. Wyszła poszukać chłopca zawstydzona bałaganem panującym w saloniku, w którym papierowe wykroje zaścielały meble i piętrzyły się na dywanie – wyszła więc z tego cokolwiek dusznego sanktuarium, mającego służyć zarówno do celów towarzyskich, jak i do wykonywania zmyślnej sztuki, której poświęciła życie, i stanęła w bramie, penetrując wzrokiem całą uliczkę. Zbliżała się pora podwieczorku, wiedziała, że o tej uświęconej godzinie Hiacynt zawęża koło swych wędrówek. Była niespokojna, zdenerwowana, chciała być ze wszech miar usłużna i nie narażać pani Bowerbank na czekanie, aczkolwiek osoba ta siedziała ciężko, pogrążona w myślach, jakby nie zamierzała się stąd ruszyć, poza tym nurtowała pannę Pynsent pewna obawa, czy też przedmiot jej poszukiwań nie będzie miał zabrudzonej twarzy. Pani Bowerbank napomknęła całkiem niedwuznacznie, że uważa postępowanie panny Pynsent za wyjątkowe zgoła, skoro przez tyle lat i bez żadnego wynagrodzenia opiekowała się chłopcem, wskutek czego skromna szwaczka, która myślała o wszystkich, tylko nie o sobie, i nie była świadoma swej przykładnej dobroczynności, zapragnęła teraz gorąco wydać się tak oddaną dziecku, jak sądziła korpulentna, poważna osoba siedząca w saloniku, i modliła się w duchu, aby mały przyszedł, wyglądając tak świeżo, swobodnie i ślicznie, jak mu się czasem zdarzało wyglądać. Rozglądając się po uliczce, zmieszana panna Pynsent była mocno zarumieniona, po trosze z powodu tego, co jej zakomunikowała pani Bowerbank, ale i dlatego, że gdy zaproponowała gościowi kropelkę czegoś na pokrzepienie po tak dalekiej wyprawie, dama oświadczyła, że nie tknie niczego, jeśli panna Pynsent nie dotrzyma jej towarzystwa. „Szefonierka”, jak nieodmiennie nazywała swoją bieliźniarkę Amanda, kryła flaszeczkę po wodzie kolońskiej, zawierającą obecnie około ćwierci litra wspaniałego złocistego płynu. Panna Pynsent, osoba bardzo wątła, żywiła się głównie herbatą i rzeżuchą wodną, a butelkę w szyfonierce trzymała na nieoczekiwaną okazję. Nie lubiła gorącej brandy z wodą i kostką cukru, teraz jednak wypiła pół kieliszka, okazja bowiem była zupełnie wyjątkowa. O tej porze chłopak tkwił zazwyczaj przed sklepikiem ze słodyczami na drugim końcu uliczki, zakład ten proponował literaturę w odcinkach w czasopismach obok lepkich irysów i twardych lizaków, a w małym okienku o brudnawych szybkach widniały śpiewniki i obrazki mające przyciągnąć oko przechodniów. Mały potrafił wystawać tam przez pół godziny, sylabizując pierwszą stronę romansów w takich pismach, jak „Family Herald” i „London Journal”, zachwycając się zwłaszcza obowiązującymi w takiej literaturze ilustracjami, w których szlachetni bohaterowie (zawsze bardzo wysoko urodzeni) byli ukazywani cielesnemu oku. Ilekroć miał pensa, wydawał tylko połowę na stęchłe cukierki, a za pozostałe pół pensa zawsze kupował balladę z kolorowym drzeworytem u góry strony. W tej chwili jednak nie znajdował się na swoim zwykłym posterunku, nie dostrzegało go też nigdzie niecierpliwe oko panny Pynsent.

– Millicent ‘Enning, powiedz mi szybko, czy nie widziałaś mojego dziecka? – spytała panna Pynsent dziewczynkę siedzącą na progu sąsiedniego domu z brudną lalką w ramionach i w podartym słomkowym kapeluszu na cudownych, gęstych ciemnobrązowych włosach.

Dziewczynka podniosła oczy, nie przestając kołysać i głaskać lalki, i z przesadnie zdziwionym spojrzeniem odrzekła:

– Rety, panno Pynsent, wcale a wcale go nie wi­­działam.

– Przecież zawsze kręcisz się koło niego, niegrzeczne dziewuszysko – ostro rzuciła szwaczka. – Musi być gdzieś w pobliżu, pewnie gra w kulki lub w jakąś inną skaczącą grę – stwierdziła domyślnie.

– Zapewniam panią, że on nigdy w nic nie gra – odparła Millicent – i nie wiem, dlaczego nazywa mnie pani niegrzecznym dziewuszyskiem.

– Jeśli chcesz, abym cię nazwała grzeczną dziewczynką, to idź i poszukaj go, proszę, i powiedz, że pewna pani specjalnie przyjechała, aby się z nim natychmiast zobaczyć. – Panna Pynsent postała chwilę, żeby sprawdzić, czy jej prośba zostanie spełniona, nie doczekała się jednak żadnego potwierdzenia, poza nowym zadumanym spojrzeniem małej, pomyślała więc, że jej przewrotność jest równie wielka, jak nieco przyćmiona brudem uroda bezczelnej dziecinnej twarzyczki. Ruszyła więc z powrotem do domu z okrzykiem rozpaczy, a gdy tylko znikła, Millicent skoczyła na równe nogi i pognała w kierunku sąsiedniej uliczki. Nie chcę podważać niewinności dziecięcego wieku, mówiąc, że pośpiech panienki nie wynikał z chęci przysłużenia się pannie Pynsent, lecz z ogromnej ciekawości, żeby się dowiedzieć, kto to chce zobaczyć Hiacynta Robinsona. Pragnęła uczestniczyć, choćby tylko w wyobraźni, w tym spotkaniu, powodował też nią szybki nawrót przyjaznych uczuć dla chłopca, z którym bardzo szorstko rozstała się zaledwie przed półgodziną. Nie była zbyt czułą osóbką i nie żywiła zbytnio gorących uczuć do nikogo z własnej rodziny, ale lubiła całować Hiacynta, jeśli jej nie odpychał, mówiąc, że jest wstrętna. Tak właśnie postąpił pół godziny temu, ona zaś doszła do szybkiej konkluzji (gdy naigrawała się z panny Pynsent), że jedynie to można mu było mieć za złe. Millicent miała tylko osiem lat, wiedziała jednak, że na świecie bywają gorsze rzeczy.

Pani Bowerbank nieśpiesznie, okrężną drogą, zaczęła mówić o swojej siostrze, pani Chipperfield, którą przyjechała odwiedzić w tych stronach, rozwodziła się nad skłonnością do puchliny wodnej swego szwagra, właściciela zakładu pogrzebowego – co było błogosławieństwem, gdyż zawsze można było na ten zakład liczyć – wolno popijając następny kieliszek. Była potężną kobietą o krótkiej szyi, jej kwadratowa postać zdawała się przenikać wyższe warstwy powietrza. Patrząc na nią, Amanda pomyślała, że trudno byłoby dla niej szyć, słabo jej się zrobiło, gdy uzmysłowiła sobie, ile szpilek trzeba by użyć do przymiarki jej garderoby. Siostra pani Bowerbank miała dziewięcioro dzieci, ona sama zaś siedmioro, które zostawiała pod opieką najstarszego, gdy szła do pracy. Miała służbę w więzieniu tylko w ciągu dnia, musiała stawić się o siódmej rano, ale wieczory spędzała prawie zawsze wygodnie w domu. Panna Pynsent zauważyła, że to cudownie móc mówić o wygodach w takim życiu, ale z łatwością potrafiła sobie wyobrazić, jak miło jest przebywać poza więzieniem w nocy, kiedy tam musi być o wiele straszniej.

– I nigdy się ich pani nie boi? – spytała, unosząc rozognioną twarz i patrząc na swego gościa.

Pani Bowerbank tak długo namyślała się nad odpowiedzią, że panna Pynsent sama w sposób zatrważający poczuła się pod okiem prawa, któż bowiem mógł być bliżej związany z wymiarem sprawiedliwości niż strażniczka więzienna, zwłaszcza taka duża i majestatyczna? – Sądzę, że one bardziej boją się mnie – oznajmiła w końcu, co panna Pynsent z łatwością mogła sobie wyobrazić.

– Przypuszczam, że w nocy szaleją najbardziej – dodała szwaczka, mając niejasne wyobrażenie, że więzienie i dom wariatów są w znacznej mierze jednym i tym samym.

– W takich przypadkach uciszamy je – oświadczyła pani Bowerbank cokolwiek złowieszczo, podczas gdy panna Pynsent znów niespokojnie podeszła do drzwi, by bez powodzenia sprawdzić, czy nie widać gdzieś chłopca. Powiedziała, że to jak na złość, bo przeważnie bardzo dobrze wie, kiedy jest czas na podwieczorek. A pani Bowerbank, utkwiwszy w niej ponownie niezachwiane oko sprawiedliwości, spytała: – I spożywa go sam jak prawdziwy mały dżentelmen?

– Staram się, aby miał czysto nakryte do podwieczorku – powiedziała zażenowana panna Pynsent – i, szczerze mówiąc, znaleźliby się tacy, którzy uznaliby go za prawdziwego małego dżentelmena – zakończyła, siląc się na lekki ton i czując, że tylko bardziej się pogrąża.

– Niektórzy ludzie są tak niemądrzy, że plotą trzy po trzy – wtrąciła pani Bowerbank – skoro bowiem rodzice określają pozycję dziecka, nie ma ono za co im dziękować – zakończyła tonem osoby przyzwyczajonej do liczenia się z faktami.

Panna Pynsent była osobą bardzo nieśmiałą, ale uwielbiała arystokrację, a w życiu chłopca istniały pewne sprawy, których nie zamierzała przemilczać nawet w rozmowie z kimś, z kim wiązała się ewentualność zamykanych ze zgrzytem drzwi i szczęku łańcuchów. – Nie powinnyśmy chyba zapominać, że jego ojciec był bardzo wysoko urodzony – powiedziała błagalnie, mocno zaciskając złożone na kolanach dłonie.

– Jego ojciec? A któż to wie, kim on był? Sęk w tym, że nie wygląda na to, aby miał ojca, prawda?

– Zostało chyba udowodnione, że lord Fryderyk…

– Droga kobieto, nic nie zostało udowodnione, prócz tego, że ona dźgnęła milorda w plecy bardzo długim nożem, tak że lord zmarł wskutek tego ciosu, a ona dostała najwyższy wymiar kary. Więc co taki jak on może wiedzieć o ojcach? Im mniej się powie o przodkach biednego dziecka, tym lepiej.

Takie podejście do sprawy było ciosem dla panny Pynsent, zdruzgotało bowiem za jednym pociągnięciem wysoki, ukochany zamek na lodzie, który wznosiła od lat. I teraz słysząc, jak wali się wokół niej w gruzy, nie mogła powstrzymać się od chęci uratowania choćby kilku odłamków. – Ależ, ależ – wykrzyknęła – ona nigdy nie zadawała się z nikim prócz arystokratów!

Pani Bowerbank patrzyła na gospodynię domu niewzruszonym wzrokiem.

– Moja droga panno, co taka przyzwoita kobieta jak pani, która całymi dniami ślęczy nad igłą i nożyczkami, może wiedzieć o poczynaniach takiej zepsutej, wulgarnej cudzoziemki, która przy sobie nosi nóż? Byłam świadkiem, kiedy ją sprowadzono, i wiem, jak nisko upadła. Nie przebierała w słowach, zapewniam panią.

– To straszne, nie znam oczywiście żadnych szczegółów – broniła się panna Pynsent – ale nie była wulgarna; kiedy pracowałyśmy w tym samym zakładzie, mówiła mi często, że palcem by nie kiwnęła dla nikogo, kto nie stałby na samym świeczniku.

– Powinna była mówić z panią o czymś korzystniejszym dla was obu – wtrąciła pani Bowerbank, co szwaczka odczuła jako przytyk nie tylko odnoszący się do jej przeszłości, ale i teraźniejszości. – Na świeczniku, nieszczęsna! Za to teraz jest na samym dnie. Jeśli nie była wulgarna, kiedy pracowała, to wielka szkoda, że nie trzymała się swojej pracy, a co się tyczy dumy z powodu pochodzenia, to radziłabym, aby pani młody przyjaciel pozostawił to innym. Niech pani polega na tym, co mówię, bo znam świat.

Panna Pynsent czuła, że to prawda, przerażały ją słowa gościa, rzucały zimne światło wymiaru sprawiedliwości na jej własną niesprecyzowaną, ukochaną teorię. Zaopiekowała się dzieckiem, bo miała instynkt macierzyński, a los tylko w ten sposób pozwolił jej być matką. Posiadała w majątku równie mało, co opuszczone niemowlę, sądziła, że maleństwo podniesie jej pozycję w małym światku ulicy Lomax Place (jeśli utrzyma w tajemnicy, skąd wzięło się u niej dziecko) w równej mierze, w jakiej ona przyczyni się do jego utrzymania. Będąc osobą samotną, rozumiała samotność dziecka, a z biegiem lat życie obojga samotników wypełniło się mnóstwem pocieszających urojeń, wylęgłych w romantycznym umyśle szwaczki. Chłopiec nie był ani tępy, ani nikczemny, jednak był jej najbardziej drogi dlatego, że była przekonana o jego przynależności „z lewej ręki” – określenie wyczytane w jakiejś powieści – do dumnego starożytnego rodu, o którego członkach i koligacjach przeczytała skwapliwie w grubej czerwonej księdze, drżąc ze wzruszenia (kiedy czekała w buduarze damy, od której brała szycie do domu). Chyliła czoło przed druzgocącą logiką pani Bowerbank, ale w głębi serca czuła, że nie powinna odwracać się od dziecka tylko dlatego, że nie potrafi znaleźć odpowiedzi na jej słowa; oczywiście, że nie potrafi, mimo to ciągle wierzy w chłopca, bo wyraźnie widzi i wysoko ceni wartość ludzi stojących wyżej od niej. Wiara zaś w Hiacynta oznaczała dla panny Pynsent przekonanie, że chłopiec jest synem wysoce niemoralnego lorda Fryderyka. Od maleńkości dawała dziecku odczuć, że w jego pochodzeniu kryje się coś wspaniałego, a wiedząc, że pani Bowerbank nie pochwaliłaby takiego odstępstwa od rzeczywistości, modliła się w duchu, aby nie indagowano jej na ten temat. Nie znaczy to, że gdyby zaszła konieczność, skrupuły nie pozwoliłyby jej uciec się do sztuki wykrętów, bo chociaż była istotą dobrą i niewinną, to szafowała kłamstewkami równie swobodnie jak ozdóbkami w krawiectwie. Nigdy do tej pory nie była wypytywana przez wysłannika prawa i serce zakołatało jej w piersi, gdy pani Bowerbank odezwała się głębokim szorstkim głosem:

– Za pozwoleniem, panno Pynsent, czy niewinne dziecko wie o tym?

– O lordzie Fryderyku? – spytała drżąca Amanda.

– Nie idzie o lorda Fryderyka! Czy wie o swojej matce?

– Och, nie wiem. Nigdy mu nie mówiłam.

– Mógł to zrobić kto inny.

Na to oświadczenie panna Pynsent odpowiedziała szybciej i z pewną dumą, w miłym przekonaniu, że postępowała bardzo ostrożnie i z poczuciem przyzwoitości: – Skąd ktokolwiek mógłby wiedzieć? Nigdy pary z ust nie puściłam na ten temat.

Pani Bowerbank nie zareagowała na te słowa żadną pochwałą, odstawiła tylko pusty kieliszek i bardzo dokładnie, metodycznie wytarła szerokie usta. Następnie tak pogodnie, jak to było możliwe w danych okolicznościach, zauważyła:

– No cóż, znajdzie się później dość osób, które go poinformują.

– Proszę Boga, aby się nie dowiedział do końca swoich dni! – porywczo wykrzyknęła panna Pynsent.

– Mówi pani od rzeczy – odezwała się pani Bowerbank, patrząc na nią z jakąś zawodową cierpliwością. – Jakże on może pójść do niej, jeśli nigdy się nie dowie?

– Myśli pani, że ona mu powie? – boleśnie żachnęła się panna Pynsent.

– Powie! Nie będzie musiała mówić, skoro tylko dostanie go w swoje ręce i zrobi to, o czym mi mówiła.

– O czym mówiła… – powtórzyła panna Pynsent, szeroko otwierając oczy.

– Pocałuje go, zrobi to, czego jej wygłodzone usta pragnęły przez te wszystkie lata.

– Och, biedna, opuszczona kobieta! – wymamrotała szwaczka z sercem znów wezbranym litością. – Oczywiście, chłopiec zobaczy, że ona go kocha – stwierdziła po prostu. I dodała olśniona lepszym pomysłem: – Możemy mu powiedzieć, że to jego ciocia.

– Może mu pani nawet powiedzieć, że jest jego babcią, ale i tak będzie należała do jego rodziny.

– Owszem, ze strony matki – odparła panna Pynsent zamyślona, ale bez przekonania. – Czy będzie mówiła szybko po francusku? – dodała pogrążona w myślach. – W takim razie on nic nie zrozumie.

– Dziecko rozumie własną matkę niezależnie od języka, jakim mówi – rzuciła pani Bowerbank, nie uciekając się do żadnej powierzchownej pociechy. Jednak otwierając w ten sposób furtkę, by móc salwować się ucieczką przed najeżoną niebezpieczeństwami ewentualnością, dodała: – To zależy oczywiście wyłącznie od pani. Nie musi pani wcale zabierać tam dziecka, jeśli pani nie chce. Wielu ludzi tak by zrobiło. Nie ma przymusu.

– I nic mi nie grozi, jeśli tak zrobię? – wymamrotała biedna panna Pynsent, niezdolna pozbyć się wrażenia, że ramię sprawiedliwości wyciąga się, by w jakiś sposób jej dotknąć.

– Jedyna rzecz, jaka pani grozi, to jego pretensje kiedyś – powiedziała strażniczka więzienna, patrząc ponuro w przyszłość.

– Owszem, gdyby się dowiedział, że nie dałam mu zobaczyć matki.

– Prędzej czy później musiałby się dowiedzieć. Ciągle natykamy się na podobne sprawy… – odrzekła pani Bowerbank, której przewidywania zdawały się obfitować w niewesołe możliwości. – Powinna pani zapamiętać, że to jej przedśmiertna prośba i że obciąża pani tym swoje sumienie.

– Byłoby to ponad moje siły! – wykrzyknęła szwaczka z przejęciem, drżąc na całym ciele, następnie pozbierała rozrzucone po pokoju ścinki materiału i papieru i zaczęła je zwijać z rozpaczliwym, bezmyślnym pośpiechem. – To straszne wiedzieć, co należy zrobić… Jeśli pani jest pewna, że ona jest umierająca.

– Przypuszcza pani, że udaje? Mamy takich komediantek pod dostatkiem. Ale wiemy, jak się z takimi rozprawić.

– O Boże, przypuszczam, że wiecie – wyszeptała panna Pynsent, podczas gdy gość informował ją, że nieszczęsna kobieta, w której sprawie podjęła tę poważną pielgrzymkę, może przeżyć jeszcze tydzień, dwa, ale gdyby przeżyła miesiąc, byłoby to (jak się wyraziła pani Bowerbank) wbrew wszelkim prawom natury, gdyż zostały z niej już tylko skóra i kości, nie ma w niej nic, prócz pragnienia, by zobaczyć swoje dziecko.

– Jeśli pani się boi, że ona coś powie, to zapewniam, że niewiele będzie w stanie powiedzieć. A i tak nie pozwolimy pani zostać tam dłużej niż około ośmiu minut – oświadczyła strażniczka tonem mającym podkreślić żelazną dyscyplinę więzienia.

– Za nic nie chciałabym pozostać dłużej, wystarczy mi to na wiele lat – zgodziła się panna Pynsent, po czym dodała, olśniona nowym pomysłem: – Nie sądzi pani, że on mógłby mi kiedyś mieć za złe właśnie to, że go tam zaprowadziłam? Może ludzie powiedzą mu kiedyś o niej, ale nie musiałby im wierzyć, gdyby nigdy jej nie widział.

Pani Bowerbank rozważała przez chwilę te słowa niczym zawiły argument, po czym, zgodnie ze swym zawodowym pesymizmem, oświadczyła: – Jednego może pani być pewna: cokolwiek pani zrobi, on i tak będzie miał pani za złe, gdy dorośnie, a pani będzie żałowała, że nie postąpiła na odwrót. – Pani Bowerbank wymówiła ostatnie słowa „na obrót”.

– Boże, w takim razie cieszę się, że to jeszcze długo nie nastąpi.

– Ale będzie długo trwało, jeśli on to sobie wbije do głowy! W każdym razie powinna pani postąpić według swego uznania; tylko jeśli zdecyduje się pani pójść, to niech pani nie przychodzi, kiedy już będzie po wszystkim.

– To strasznie trudna decyzja.

– Istotnie – przyznała pani Bowerbank z wyżyn swej żelaznej logiki. Wydawała się bardziej umiarkowana w swej surowości, gdy ciaśniej owijając się szalem, wyraziła uznanie pannie Pynsent za poczęstunek, który ją odświeżył, co nie zmieniło faktu, że jej wizyta całkiem odebrała spokój gospodyni. Panna Pynsent dała pełny wyraz swej niepewności, wykrzykując:

– Gdyby pani tylko zechciała poczekać i zobaczyć dziecko, na pewno mogłaby pani lepiej osądzić sprawę!

– Moja droga kobieto, nie chcę niczego osądzać, to nie nasza sprawa – zaprotestowała pani Bowerbank właśnie w chwili, gdy otworzyły się drzwi i stanął w nich chłopczyk, patrząc na nią. Przyglądała mu się przez chwilę i spontanicznie wykrzyknęła: – To jest to dziecko?! Boże, litości! Niech pani nie zabiera tam jego!

– Czy nie jest kruchy i wrażliwy? – spytała gorąco panna Pynsent swego gościa, podbiegając do małego i trzymając go przez chwilę przed sobą na odległość ramienia. – Czy nie jest delikatny i rasowy, czy nie doznałby szoku? – I nie zważając na kruchość malca, potrząsnęła nim stanowczo za to, że jest niegrzeczny i nie siedzi w domu, kiedy jest potrzebny, następnie podprowadziła go do korpulentnej osoby o kwadratowej twarzy i stentorowym głosie, która zdawała się wypełniać sobą niemal cały pokój. Pani Bowerbank nie dotknęła chłopca, spojrzała tylko na niego z wyżyn swego wzrostu, a jej opanowanie było jak hołd składany delikatności dziecka tak wychwalanej przez pannę Pynsent, powaga jej zaś świadczyła o zrozumieniu pełnej skrupułów rozterki opiekunki. – Przywitaj się ładnie z panią i przeproś za to, że kazałeś czekać na siebie.

Mały wahał się, patrząc z ciekawością na panią Bowerbank, następnie spokojnie i świadomie obojętnym tonem, który panna Pynsent natychmiast przypisała jego arystokratycznym manierom, rzekł:

– Nie sądzę, aby pani bardzo się śpieszyło.

Słowa te były zabarwione ironią; rzecz dziwna, ale już jako dziesięcioletni chłopak Hiacynt Robinson był ironiczny, jednakże przedmiot tej ironii, osoba niezbyt bystra, nie odczuła jakby tego, rzekła więc tylko, zwracając się ponad jego głową do panny Pynsent:

– Wypisz wymaluj ona… z wyjątkiem cery.

– Ona? A co pani powie o lordzie Fryderyku?

– Widziałam już lordów, którenie byli tak delikatne.

Panna Pynsent niewielu lordów widziała w swym życiu, zareagowała jednak bardzo gorąco na takie uogólnienie, starając się panować nad sobą, wiedziała bowiem, jak niezwykle inteligentny jest mały; dodała pełnym godności tonem, że wyglądałby bardziej na to, czym jest, gdyby miał czystszą twarz.

– Pewnie Millicent Henning wybrudziła mi twarz, gdy mnie pocałowała – powoli i z powagą oznajmił chłopiec, nie zdejmując oczu z pani Bowerbank. Nie było w nim cienia nieśmiałości.

– Millicent jest bardzo zepsutą dziewczynką, która źle skończy – stanowczo oświadczyła panna Pynsent, a zważywszy, że mała należycie wykonała dane jej polecenie, również z rażącą niewdzięcznością.

– Dlaczego zepsuta? – natychmiast zaprotestował chłopiec. – Wcale nie uważam, że jest zepsuta, strasznie ją lubię. – Pomyślał, że zbyt pochopnie obciążył dziewczynkę odpowiedzialnością za swój gorszący wygląd, i chciał jej wynagrodzić to odstępstwo. Czuł, że uczynił to jedynie, broniąc się przed zarzutem brudnej twarzy, bo nie znosił brudasów z umazanymi twarzami. Millicent miała zwykle uwalaną twarz od pocierania nosa o nieprawdopodobnie wyświechtaną, brudną lalkę. Było więc nieuniknione, że zostawiła smugi pod jego nosem, gdy domagała się nagrody za wiadomość, że jakaś pani chce go widzieć.

Panna Pynsent przygarnęła chłopca, starając się zaprezentować go pani Bowerbank w taki sposób, aby ta osoba dostrzegła jego rasowy wygląd. Chłopiec był wyjątkowo filigranowy jak na swój wiek, a choć nie wyglądał na tyle chorowicie, by wywołać komentarze, miał jakby wypisane na całej swej delikatnej postaci, że nigdy nie będzie ani wysoki, ani zdecydowanie szorstki. Miał szeroko osadzone ciemnoniebieskie oczy, wzmagające jasność i słodycz twarzy, a gęste, długie, kędzierzawe włosy koloru złotawego brązu wywoływały okrzyki zachwytu dam patrzących na to dziecko. Rysy jego twarzy były dobrze, harmonijnie ukształtowane, głowa spoczywała na prostej, smukłej szyi, otwarty, poważny wyraz twarzy świadczył o szybkiej orientacji i dużej łatwowierności, cała zaś delikatna postać była interesująca i wzruszająca.

– O tak, ten to na pewno zapamięta – zauważyła pani Bowerbank, porównując chłopca w myśli z własną niezbyt rozgarniętą gromadką dzieci, które nigdy o niczym nie pamiętały, prócz wyłudzenia od czasu do czasu półpensówki od matki. Spojrzenie jej powędrowało po ubraniu chłopca: od pieczołowicie wycerowanych spodenek i kolorowych pończoch, które oceniła należycie, do kolorowej kokardy zawiązanej przez jego opiekunkę pod kołnierzykiem, w tej chwili pogniecionej nieco przez uścisk panny Henning. Panna Pynsent musiała doglądać oczywiście tylko jednego dziecka, ale jej gość nie mógł nie przyznać, że miała najwyższe wymagania w kwestii ubioru. – Miło popatrzeć, jak pani go ubiera – oświadczyła pani Bowerbank, dostrzegając pomysłowe łaty w trzewikach dziecka, zreperowanych w taki sposób, by były podobne do obuwia małego arystokraty.

– Pani jest bardzo uprzejma – odparła mocno wzruszona panna Pynsent. – Żadna igła, prócz mojej, nie dotknęła nigdy jego garderoby.

– Właśnie sądzę, że to robi należyte wrażenie.

– Pani chciała mnie zobaczyć tylko dlatego, aby mnie obejrzeć? – spytał Hiacynt otwarcie, co znów, mimo że powiedziane szczerze, zabrzmiało nieco sarkastycznie.

– Pani jest bardzo uprzejma, że cię w ogóle dostrzega! – poskromiła chłopca jego opiekunka, szturchając go bez wielkiego skutku. – Nie jesteś większy od pchły i wielu ludzi patrzyłoby na ciebie jak na pchełkę, i to nie taką, co występuje w cyrku.

– Przekona się pani, że jest dość duży, gdy zacznie okazywać swoją wolę – spokojnie wtrąciła pani Bowerbank, dodając, że teraz, gdy stwierdziła, jaką ma świetną opiekę, uważa, że należy wziąć pod uwagę i drugą stronę. Usiłowała zachować dyskrecję ze względu na obecność małego (w dodatku tak bardzo rozwiniętego na swój wiek), wyrażając się trochę niejasno, lecz panna Pynsent zrozumiała, o co idzie, mianowicie że dziecko istotnie wszystko spostrzeże i zachowa w pamięci, ale właśnie dlatego że jest takie pociągające, byłoby swoistym grzechem nie zaspokoić pragnienia biednej więźniarki, która, jeśliby wiedziała, jak dziecko teraz wygląda, nie wybaczyłaby osobie zajmującej jej miejsce, że go nie przyprowadziła.

– Gdybym była na jej miejscu, na pewno łatwiej zdołałabym odejść po zobaczeniu tych loków – rzekła pani Bowerbank, puszczając wodze macierzyńskiej fantazji i wstając, a panna Pynsent czuła, że tamta pozostawia ją okropnie pooraną niczym glebę, w której nie zasiała mogącego zakiełkować ziarna. Szwaczka posłała małego na górę, żeby się doprowadził do porządku przed podwieczorkiem, i odprowadzając gościa do drzwi, prosiła o parę dni zwłoki na zastanowienie, co ma zrobić, obiecując zawiadomić pisemnie o swej decyzji. Pani Bowerbank poruszała się w świecie wolnym od wahań i nieśmiałości biednej panny Pynsent, dla której niewzruszony spokój strażniczki był szczytem dobrych manier; poczuła się jednak trochę pewniejsza, gdy w odpowiedzi na jej żałosne i niezbyt sensowne jęki: – Jaka szkoda, że tak z nią źle! – ociężała dama z więzienia, stojąc już w drzwiach, rzekła głosem przeznaczonym niejako do rozbrzmiewania w kamiennych korytarzach:

– Zapewniam panią, że jest wielu takich, z którymi jest znacznie gorzej.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI