Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 37 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 37 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Księga zakazanych rozkoszy - Federico Andahazi

 

 

Zaskakująca powieść kryminalna, z intrygą i napięciem właściwymi najlepszym thrillerom, a także romans historyczny z Gutenbergiem w tle!

Czy Gutenberg był wynalazcą, czy oszustem, którego przestępstwa, aż do dzisiaj pozostawały w ukryciu? W klasztorze Świętego Kosza, popularnym burdelu w Moguncji, zwykła radość ustąpiła miejsca głębokiej ciszy. Zelda, jedna z najstarszych i najbardziej wymagających specjalistek od zakazanych przyjemności, została zamordowana. W mrocznym opactwie pod Strasburgiem Jan Gutenberg eksperymentuje z prasą drukarską. Kiedy udaje mu się wydrukować pierwsze egzemplarze, zostaje aresztowany pod zarzutem handlu apokryfami i zostaje uznany za falsyfikatora. Co łączy go ze zbrodnią w klasztorze?

Federico Andahazi - jeden z najsłynniejszych argentyńskich pisarzy, tłumaczony na wiele języków, w swoich bestsellerowych powieściach znakomicie łączy erotykę z obudową historyczną.

Opinie o ebooku Księga zakazanych rozkoszy - Federico Andahazi

Fragment ebooka Księga zakazanych rozkoszy - Federico Andahazi

Fe­de­ri­co An­da­ha­zi

Księ­ga za­ka­za­nych roz­ko­szy

prze­ło­ży­ła Bo­gu­mi­ła Wy­rzy­kow­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: El li­bro de los pla­ce­res pro­hi­bi­dos

Co­py­ri­ght © Fe­de­ri­co An­da­ha­zi

c/o Gu­il­ler­mo Scha­vel­zon & Asoc., Agen­cia Li­te­ra­ria

www.scha­vel­zon.com

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Sześć wież ba­zy­li­ki St. Mar­tin wbi­ja­ło się ostry­mi igli­ca­mi w noc­ną mgłę, gi­nę­ło w bia­łej wa­cie i wy­strze­li­wa­ło po­nad nią, prze­bi­ja­jąc ów zwiew­ny dach wi­szą­cy nad Mo­gun­cją. Jed­na ro­mań­ska, dru­ga bi­zan­tyj­ska, obie czę­ści dwu­gło­wej ka­te­dry, zbu­do­wa­nej na pla­nie tre­flo­wym, gó­ro­wa­ły nad po­zo­sta­ły­mi ko­pu­ła­mi mia­sta. Da­lej, w głę­bi, nad wo­da­mi Renu, ma­ja­czy­ły ru­iny sta­re­go mo­stu Tra­ja­na, któ­re jak szkie­let nie­me­go ol­brzy­ma spo­czy­wa­ły mię­dzy dwo­ma brze­ga­mi rze­ki. Czar­nia­wy łup­ko­wy dach zam­ku i pięć­dzie­siąt łu­ków an­tycz­ne­go ro­mań­skie­go akwe­duk­tu wień­czy­ły dum­ne for­ty­fi­ka­cje cy­ta­de­li.

Kil­ka ulic od ba­zy­li­ki wzno­sił się nie­wiel­ki Klasz­tor Słu­żeb­nic Ko­sza Naj­święt­sze­go. Praw­dę mó­wiąc, ów ob­szer­ny trzy­pię­tro­wy bu­dy­nek sto­ją­cy na Korb­stras­se, tuż obok Markt­platz, by­najm­niej nie był klasz­to­rem. Nie­wie­lu wie­dzia­ło, że su­ro­wa fa­sa­da kry­je naj­bar­dziej eks­tra­wa­ganc­ki i roz­pa­sa­ny lu­pa­nar Ce­sar­stwa, co oczy­wi­ście mó­wi­ło samo za sie­bie. Za­mtuz za­wdzię­czał swój dzi­wacz­ny przy­do­mek za­rów­no na­zwie uli­cy, przy któ­rej się znaj­do­wał1, jak i wręcz żar­li­we­mu po­świę­ce­niu, z ja­kim za­miesz­ku­ją­ce go la­dacz­ni­ce bra­ły na sie­bie trud spra­wia­nia roz­ko­szy uprzy­wi­le­jo­wa­nym klien­tom.

W cią­gu dnia na bru­ko­wa­nej ulicz­ce otwie­ra­ły na oścież swe po­dwo­je skle­pi­ki pro­du­cen­tów ko­szy, któ­rych głów­ny­mi klien­ta­mi byli ba­za­ro­wi stra­ga­nia­rze. Kie­dy zaś za­pa­da­ła noc, a ko­szy­ka­rze za­my­ka­li drzwi, uli­ca za­czy­na­ła roz­brzmie­wać do­bie­ga­ją­cym z ta­wern zgieł­kiem i spro­śny­mi przy­śpiew­ka­mi la­dacz­nic, któ­re wy­chy­la­jąc się przez okna, ku­si­ły prze­chod­niów wy­bu­ja­ły­mi wdzię­ka­mi. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do zwy­kłych za­mtu­zów, po­ma­lo­wa­nych na żywe ko­lo­ry i peł­nych bez­zęb­nych, cuch­ną­cych i ha­ła­śli­wych ko­biet, klasz­tor nie rzu­cał się w oczy. Nie­rząd­ni­ce w tym domu uciech były w ja­kiś prze­dziw­ny spo­sób zmy­sło­wo roz­trop­ne, lu­bież­nie re­li­gij­ne, wzbu­dza­jąc żą­dze po­dob­ne tym, ja­kie roz­pa­la­ły mło­de dzie­wi­ce za­miesz­ku­ją­ce kon­wen­ty. Iluż mę­żów po­ta­jem­nie ma­rzy­ło o uczest­ni­cze­niu w or­gii z mnisz­ka­mi ży­ją­cy­mi w kon­gre­ga­cjach? Może wła­śnie na speł­nia­niu tych be­zec­nych pra­gnień po­le­gał se­kret suk­ce­su tego wy­jąt­ko­we­go przy­byt­ku roz­pu­sty.

Jed­nak od kie­dy ciąg ma­ka­brycz­nych zda­rzeń na­wie­dził Klasz­tor Ko­sza Naj­święt­sze­go, pa­nu­ją­cy tu za­zwy­czaj ra­do­sny na­strój ustą­pił miej­sca gę­stej ci­szy, ze­spo­lo­nej spo­iwem gro­zy. Po za­cho­dzie słoń­ca ko­bie­ty prze­peł­nia­ło drę­czą­ce ocze­ki­wa­nie, jak­by spaść na nie mia­ła ko­lej­na tra­ge­dia. Owej nocy ty­siąc czte­ry­sta pięć­dzie­sią­te­go pią­te­go roku nad mia­stem za­wisł strach tak gę­sty jak ście­lą­ca się wo­kół mgła. Oko­licz­ne za­mtu­zy i ta­wer­ny za­mknę­ły swo­je po­dwo­je. Mlecz­na wata snu­ła się nad da­cha­mi jak zło­wróżb­ny ptak. W klasz­to­rze osta­ło się za­le­d­wie kil­ku klien­tów. Ko­bie­ty bła­ga­ły Boga, żeby wy­bór go­ści nie padł wła­śnie na nie. Je­dy­ne, cze­go pra­gnę­ły, to ukryć się w al­ko­wach i za­paść w sen do chwi­li, kie­dy przez okna zaj­rzy ko­lej­ny świt.

Ze­lda, la­dacz­ni­ca cie­szą­ca się naj­więk­szym wzię­ciem w lu­pa­na­rze, mia­ła wy­star­cza­ją­co dłu­gi staż, żeby wy­bie­rać klien­tów oraz de­cy­do­wać, kie­dy i w jaki spo­sób świad­czyć bę­dzie swo­je usłu­gi. Dla­te­go też, ko­rzy­sta­jąc z za­słu­żo­ne­go przy­wi­le­ju, uzna­ła, że noc do­bie­gła koń­ca, za­ry­glo­wa­ła drzwi i zmie­ni­ła prze­ście­ra­dła na łóż­ku. Za­nim roz­po­czę­ła przy­go­to­wa­nia do snu, wyj­rza­ła przez okno: uli­ca była pu­sta, a bu­dyn­ki po prze­ciw­nej stro­nie le­d­wo ma­ja­czy­ły we mgle. Za­mknę­ła okien­ni­ce i za­bez­pie­czy­ła skrzy­dła okna gru­bym sko­blem. Sie­dząc na brze­gu łóż­ka, ro­ze­bra­ła się, chcąc po­zbyć się nie tyl­ko gor­se­tu trzy­ma­ją­ce­go w klesz­czach jej brzuch i że­bra, ale rów­nież wszel­kich śla­dów po ca­łym dniu pra­cy. Zwil­ży­ła ba­weł­nia­ną szmat­kę w mi­sie z ró­ża­ną wodą i za­czę­ła na­cie­rać cia­ło po­wol­ny­mi, ryt­micz­ny­mi ru­cha­mi, jak­by od­pra­wia­jąc ja­kiś in­tym­ny, re­li­gij­ny ry­tu­ał. Do­ko­nu­jąc swo­iste­go sa­mo­na­masz­cze­nia, prze­cią­ga­ła na­mo­czo­ne płót­no po cie­le ma­je­sta­tycz­ny­mi ge­sta­mi ka­płan­ki. Nie była już mło­dą ko­bie­tą, ale za­cho­wa­ła po­są­go­we cia­ło grec­kich ka­ria­tyd: kształt­ne nogi, ob­fi­te bio­dra i wy­zy­wa­ją­ce, twar­de jak ka­mień pier­si. Na­cie­ra­jąc cia­ło, Ze­lda zmy­wa­ła z nie­go śla­dy, ja­kie po­zo­sta­wił na nim mi­nio­ny dzień, i usu­wa­ła po­zo­sta­ło­ści cu­dzych wy­dzie­lin. Jak­by chcia­ła ze­trzeć ze skó­ry nie tyl­ko pięt­no po cięż­ko prze­pra­co­wa­nym dniu, ale rów­nież to inne, któ­re­go nie da się zmyć ró­ża­ną wodą, pięt­no nie­usu­wal­ne, wy­pa­lo­ne dużo głę­biej niż na skó­rze.

In­tym­na ablu­cja przy­wra­ca­ła jej po czę­ści spo­kój, któ­ry utra­ci­ła wraz z na­dej­ściem nocy, spo­wi­ja­ją­cej wszyst­ko ża­łob­nym we­lo­nem mgły. Kie­dy płu­ka­ła gał­ga­nek, coś za­trzesz­cza­ło w głę­bi al­ko­wy. Ro­zej­rza­ła się wo­kół, ale nie za­uwa­ży­ła nic nad­zwy­czaj­ne­go. Pew­nie to echo dźwię­ku wody chlu­po­czą­cej w por­ce­la­no­wej mi­sie – uspo­ko­iła samą sie­bie. Po­now­nie za­nu­rzy­ła w niej ma­te­riał i wte­dy na pół­ko­li­stej lu­strza­nej po­wierzch­ni uj­rza­ła od­bi­cie po­sta­ci sto­ją­cej za za­sło­ną. Ze­sztyw­nia­ła. Nie śmia­ła obej­rzeć się za sie­bie. Ktoś był w sy­pial­ni. I na­gle zro­zu­mia­ła, że sama za­sta­wi­ła na sie­bie pu­łap­kę. Zna­la­zła się w po­trza­sku. Nie star­czy jej cza­su, żeby po­ko­nać od­le­głość dzie­lą­cą ją od okna lub drzwi i wy­cią­gnąć sko­bel czy od­su­nąć ry­giel; nie­zna­jo­my stał na wy­cią­gnię­cie ręki. Roz­wa­ża­jąc spo­so­by wy­do­sta­nia się z po­trza­sku, w por­ce­la­no­wym zwier­cia­dle ob­ser­wo­wa­ła, jak ta­jem­ni­cza po­stać wy­ła­nia się zza za­sło­ny z unie­sio­nym do góry ra­mie­niem. Wie­dzia­ła. Wbrew sa­mej so­bie cze­ka­ła na to. Była wy­bran­ką. Ta­jem­ni­cza po­stać, jak­by stwo­rzo­na z tej sa­mej mrocz­nej, zim­nej i nie­mej sub­stan­cji co mgła, to­wa­rzy­szy­ła jej od daw­na. Ze­lda upu­ści­ła ście­recz­kę do mi­ski i spró­bo­wa­ła się pod­nieść. Za póź­no. Po­czu­ła, jak na­past­nik chwy­ta ją od tyłu, obej­mu­jąc jed­ną ręką, pod­czas gdy dru­gą za­ty­ka jej usta, żeby nie mo­gła krzy­czeć. Sta­ra­ła się uwol­nić, ką­tem oka do­strze­ga­ła te­raz czar­ny kap­tur, osła­nia­ją­cy gło­wę na­past­ni­ka, któ­ry trzy­mał w pod­nie­sio­nej ręce błysz­czą­cy, bu­dzą­cy gro­zę lan­cet. Jed­nym szyb­kim, pre­cy­zyj­nym ru­chem opraw­ca wci­snął Ze­ldzie w usta szmat­kę, któ­rej przed chwi­lą uży­wa­ła. Dłu­gi­mi zręcz­ny­mi pal­ca­mi we­pchnął głę­bo­ko gał­gan, blo­ku­jąc uj­ście tcha­wi­cy. Ko­bie­ta rzu­ca­ła się, pró­bu­jąc zła­pać po­wie­trze, ale mo­kra ba­weł­na oka­za­ła się prze­szko­dą nie do po­ko­na­nia. Za­kap­tu­rzo­na po­stać ogra­ni­czy­ła się te­raz do przy­trzy­my­wa­nia Ze­ldzie rąk, żeby nie mo­gła wy­cią­gnąć kne­bla, i pil­no­wa­nia, żeby nie uda­ło jej się za­czerp­nąć tchu ani wy­dać żad­ne­go dźwię­ku. Śmierć przez udu­sze­nie była kwe­stią cza­su. Cia­ło ko­bie­ty na­prę­ży­ło się w mi­mo­wol­nym od­ru­chu wy­miot­nym, usi­łu­jąc wy­rzu­cić z sie­bie kne­bel. Skrom­na ko­la­cja cof­nę­ła się z żo­łąd­ka i po­de­szła do gar­dła, ale po zde­rze­niu z prze­szko­dą po­wró­ci­ła nie­kon­tro­lo­wa­nym re­fluk­sem, za­le­wa­jąc płu­ca. Ró­żo­wa skó­ra Ze­ldy po­si­nia­ła z bra­ku tle­nu. Twarz stę­ża­ła w gry­ma­sie prze­ra­że­nia, wy­trzesz­czo­ne oczy i usta sta­no­wi­ły ma­ka­brycz­ny ob­raz. In­truz, otu­lo­ny od stóp do głów czar­ną pe­le­ry­ną, wpa­try­wał się w swo­ją ofia­rę ocza­mi peł­ny­mi eks­ta­zy, dy­sząc, nie­mal wstrzą­sa­ny pa­rok­sy­zma­mi roz­ko­szy. W Ze­ldzie nadal tli­ła się iskier­ka ży­cia, cho­ciaż ko­bie­ta nie mo­gła się już po­ru­szyć. Wte­dy na­past­nik po­sta­no­wił dzia­łać, za­nim ktoś za­pu­ka do drzwi. Ofia­ra, w któ­rej cie­płym cie­le biło jesz­cze ser­ce, po­czu­ła, jak za­kap­tu­rzo­ny osob­nik wbi­ja jej skal­pel u na­sa­dy szyi i wy­ko­nu­je pio­no­we cię­cie w kie­run­ku wzgór­ka ło­no­we­go. Nie za­mie­rzał jej za­bić od razu, wcze­śniej chciał ją obe­drzeć za skó­ry. Ze­lda, in pec­to­re, bła­ga­ła Boga, aby ją za­brał do sie­bie jak naj­szyb­ciej. Opraw­ca wy­ka­zał się nie­sa­mo­wi­tą zręcz­no­ścią. Trzy­mał skal­pel, jak­by miał w ręku pió­ro. Ope­ro­wał nim z nie­zwy­kłą bie­gło­ścią, ty­po­wą dla rze­miosł wy­ma­ga­ją­cych wy­jąt­ko­we­go kunsz­tu. Nie po­stę­po­wał jak rzeź­nik. Po wy­ko­na­niu pierw­sze­go na­cię­cia przy­stą­pił do od­dzie­le­nia skó­ry od mię­sa de­li­kat­ny­mi ru­cha­mi, dba­jąc o to, by nie ule­gła naj­mniej­sze­mu uszko­dze­niu. Ru­chy miał szyb­kie i do­kład­ne; zdarł z ofia­ry całą skó­rę w jed­nym ka­wał­ku, jak płaszcz. Ze­lda, któ­rej nie zo­sta­ło oszczę­dzo­ne żad­ne cier­pie­nie, do­ko­na­ła ży­wo­ta w mo­men­cie, kie­dy mor­der­ca ukoń­czył swo­je ma­ka­brycz­ne dzie­ło. Po czym, ulot­ny jak mgła, roz­cią­gnął kom­plet­ną sztu­kę ludz­kiej skó­ry i przy­tu­lił ją jak ktoś, kto po roz­sta­niu spo­ty­ka uko­cha­ną oso­bę. Wi­dok był ża­ło­sny: mor­der­ca, od stóp do głów za­ma­sko­wa­ny tak, że nie spo­sób było doj­rzeć cen­ty­me­tra jego cia­ła, tkwił wcze­pio­ny w sfla­cza­ły, wy­pa­tro­szo­ny wo­rek o nie­wie­ścich kształ­tach, jak­by chciał się do­stać do jego wnę­trza. Stał nie­ru­cho­mo przez dłuż­szy czas, aż w koń­cu zro­lo­wał skó­rę, scho­wał ją do sa­kwy, otwo­rzył drzwi na ko­ry­tarz, upew­nił się, że nie ma ni­ko­go w po­bli­żu, zbiegł scho­da­mi na dół i jak duch znik­nął w ten sam ta­jem­ni­czy spo­sób, w jaki się po­ja­wił.

2

Świt roz­pro­szył noc­ne mgły. Po­ran­ne słoń­ce są­czy­ło się przez wi­tra­że ka­te­dry, w któ­rej roz­po­czy­na­ła się pierw­sza roz­pra­wa w pro­ce­sie prze­ciw­ko trzem naj­więk­szym fał­sze­rzom, ja­kich wi­dzia­ło Świę­te Im­pe­rium Rzym­skie Na­ro­du Nie­miec­kie­go. Męż­czyź­ni zo­sta­li za­trzy­ma­ni, gdy pró­bo­wa­li han­dlo­wać fał­szy­wy­mi księ­ga­mi, wy­twa­rza­ny­mi, z nie­wąt­pli­wym ta­len­tem do czar­nej ma­gii, w po­sęp­nych ru­inach opac­twa świę­te­go Ar­bo­ga­sta na przed­mie­ściach Stras­bur­ga.

Na po­le­ce­nie ka­no­ni­ka, któ­ry w imie­niu sądu dał znak, więź­nio­wie, je­den po dru­gim, zaj­mo­wa­li miej­sca na gnoj­nym krze­śle z sie­dzi­skiem za­opa­trzo­nym w otwór. Pierw­szy męż­czy­zna, imie­niem Jo­hann Fust, wy­so­ki, chu­dy, z buj­ną bro­dą, za­darł dół je­dwab­nej sza­ty i usiadł, umiesz­cza­jąc od­kry­te ge­ni­ta­lia w otwo­rze. Inny ka­płan ukląkł u jego stóp i za­mknąw­szy oczy, się­gnął ręką pod sie­dze­nie. Kon­cen­tru­jąc się z ca­łych sił na do­ty­ku, na­ma­cał wi­szą­ce przy­ro­dze­nie oskar­żo­ne­go. Stwier­dziw­szy wręcz by­czą po­ten­cję, od­wró­cił gło­wę do sę­dziów i gło­śno wy­gło­sił wer­dykt:

– Duos ha­bet et bene pen­den­tes2.

Nie był to jed­nak ko­niec ba­da­nia. Pra­łat, ofiar­nie wy­ko­nu­jąc przy­dzie­lo­ne mu za­da­nie, prze­su­nął lek­ko dłoń, prze­bie­ga­jąc pal­ca­mi po wsty­dli­wym człon­ku oskar­żo­ne­go, jak­by nadal ży­wił ja­kieś wąt­pli­wo­ści. Za­ci­snął po­wie­ki, zmarsz­czył brwi, a na­stęp­nie z miną eks­per­ta orzekł:

– Haud pre­apu­tium, iu­da­eus est3.

Od kie­dy Jo­an­na von In­gel­he­im, uro­dzo­na w Mo­gun­cji, ucho­dząc za męż­czy­znę, zo­sta­ła pa­pie­żem i przy­ję­ła imię Be­ne­dyk­ta III, w ca­łej Nad­re­nii-Pa­la­ty­na­cie przed roz­po­czę­ciem każ­de­go do­cho­dze­nia prze­pro­wa­dza­no ba­da­nie ku­rial­ne. Try­bu­nał mu­siał być pew­ny płci oskar­żo­nych, żeby nie po­wtó­rzyć tego sa­me­go błę­du.

Nie kry­jąc upo­ko­rze­nia, pierw­szy po­zwa­ny wstał i po­pra­wia­jąc sza­ty, ustą­pił miej­sca dru­gie­mu, wy­chu­dzo­ne­mu, bla­de­mu męż­czyź­nie o cho­ro­bli­wym wy­glą­dzie, imie­niem Pe­trus Schöf­fer. Sto­su­jąc tę samą tech­ni­kę, du­chow­ny przy­kuc­nął po­now­nie, po­ma­cał pod sie­dze­niem i tym ra­zem, bez wa­ha­nia, pod­su­mo­wał jed­nym zda­niem:

– Duos iu­da­eus ha­bet et est.

Fakt ujaw­nie­nia ich ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia przed są­dem Ko­ścio­ła Świę­te­go nie był dla Fu­sta i Schöf­fe­ra ko­rzyst­ny.

Wresz­cie na fo­te­lu za­siadł trze­ci po­dej­rza­ny, czło­wiek o szcze­gól­nym wy­glą­dzie: koń­ce jego krza­cza­stych wą­sów gi­nę­ły w ru­dej, roz­wi­dlo­nej bro­dzie, któ­ra spły­wa­ła od ką­ci­ków ust na pier­si jak fale wo­do­spa­du. Wy­nio­słe ob­li­cze, wy­so­kie czo­ło i dum­ne spoj­rze­nie, sko­śne oczy i fu­trza­na czap­ka nada­wa­ły mu pe­wien mon­gol­ski rys. W prze­ci­wień­stwie do po­przed­nich męż­czyzn miał na so­bie ro­bo­czy far­tuch, a ubiór i dło­nie po­pla­mio­ne na czer­wo­no i czar­no. Ka­płan po­now­nie po­kło­nił się przed sel­la ster­co­ra­ria, na­ma­cał przy­ro­dze­nie i ogło­sił bez wa­ha­nia:

– Duos ha­bet et bene pen­den­tes.

Wię­zień ten na­zy­wał się Gens­fle­isch zur La­den, choć zna­ny był bar­dziej pod ro­do­wym na­zwi­skiem Gu­ten­berg, Jo­han­nes Gu­ten­berg, naj­bar­dziej zu­chwa­ły fał­szerz wszech cza­sów.

3

Za­czy­na­ło świ­tać, jed­nak Słu­żeb­ni­ce Zgro­ma­dze­nia Ko­sza Naj­święt­sze­go czu­wa­ły nadal, jak­by noc nie do­bie­gła jesz­cze koń­ca. W prze­ci­wień­stwie do in­nych po­ran­ków, tym ra­zem świt nie za­stał ich w at­mos­fe­rze świę­tej roz­pu­sty; wręcz prze­ciw­nie, pa­no­wa­ła ci­sza utka­na z bólu i smut­ku, ze stra­chu i gro­zy. Z ża­ło­by. Świe­ce w kan­de­la­brach pło­nę­ły nie po to, aby chwa­lić dio­ni­zyj­ską ra­dość ży­cia, ale po to, żeby to­wa­rzy­szyć roz­pa­czy wy­wo­ła­nej nie­moż­li­wy­mi do prze­wi­dze­nia per­so­ni­fi­ka­cja­mi śmier­ci. Jęki roz­ko­szy do­cho­dzą­ce z sy­pial­ni, ty­po­we dla tego przy­byt­ku, zmie­ni­ły się w szloch i tłu­mio­ny płacz.

Wszyst­kie miesz­kan­ki tego oso­bli­we­go lu­pa­na­ru spę­dzi­ły noc na czu­wa­niu przy zwło­kach Ze­ldy. Jej doj­rza­ła uro­da, jędr­na, bez naj­mniej­szej ska­zy skó­ra, przy­wo­dzą­ca na myśl gład­kość por­ce­la­ny, była wspo­mnie­niem, któ­re trud­no było po­go­dzić ze szcząt­ka­mi spo­czy­wa­ją­cy­mi w trum­nie. Zna­le­zio­no ją, le­żą­cą na wznak na łóż­ku, nie­dłu­go po mor­der­stwie. Prze­ra­żo­ne, lecz nie za­sko­czo­ne ko­bie­ty od­kry­ły, że cia­ło zo­sta­ło do­kład­nie ob­dar­te ze skó­ry. Nie było żad­nych in­nych wi­docz­nych ran ani zła­mań. Szmat­ka, wy­sta­ją­ca z gar­dła, świad­czy­ła o tym, że przy­czy­ną śmier­ci było udu­sze­nie.

Ze­lda była trze­cią la­dacz­ni­cą za­mor­do­wa­ną w cią­gu ostat­nich mie­się­cy. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że cho­dzi­ło o tę samą zbrod­ni­czą rękę, któ­ra z jed­na­ko­wą zręcz­no­ścią du­si­ła swo­je ofia­ry, aby za­raz po­tem bez żad­ne­go wia­do­me­go po­wo­du, poza do­zna­niem cho­ro­bli­wej przy­jem­no­ści, obe­drzeć je ze skó­ry. Pierw­sza śmierć wy­wo­ła­ła wśród ko­biet trwo­gę, roz­pacz i po­czu­cie bez­bron­no­ści. To było coś nie­spo­ty­ka­ne­go, krwa­wy wy­ją­tek od idyl­licz­nej re­gu­ły lu­pa­na­ru. Dru­ga ofia­ra nie tyl­ko wzmo­gła gro­zę, sie­jąc strach i wąt­pli­wo­ści. Pod­wa­ży­ła re­gu­łę. Trze­cia prze­mie­ni­ła strach w pa­ni­kę, ro­biąc z wy­jąt­ku w re­gu­łę. To, co nie­spo­dzie­wa­ne, prze­ro­dzi­ło się w peł­ne udrę­ki ocze­ki­wa­nie na ko­lej­ną tra­ge­dię: każ­dy mógł być na­stęp­ną ofia­rą, każ­dy mógł być mor­der­cą. Strach nie po­zwa­lał ko­bie­tom do­strzec, że zbrod­nie prze­bie­ga­ły zgod­nie z pew­ną lo­gi­ką: na­stę­pu­ją­ce po so­bie zgo­ny sta­no­wi­ły sze­reg po­wią­za­nych wie­ko­wo ofiar; pierw­sza była nie­wie­le star­sza od dru­giej, a dru­ga od trze­ciej. Nie po­tra­fi­ły po­wie­dzieć, dla­cze­go do­cho­dzi do zbrod­ni, z pro­ste­go po­wo­du: nie były w sta­nie sfor­mu­ło­wać ta­kie­go py­ta­nia. Nikt też w lu­pa­na­rze nie snuł do­my­słów na te­mat toż­sa­mo­ści mor­der­cy. Ostat­ni klien­ci, któ­rzy ko­rzy­sta­li z usług zmar­łych ko­biet, zo­sta­li po ob­słu­że­niu od­pro­wa­dze­ni do drzwi i, jak na­ka­zy­wał pro­to­kół domu, kur­tu­azyj­nie po­że­gna­ni przez jed­ną z miesz­ka­nek. Mor­der­ca mu­siał się więc do­stać do bu­dyn­ku ukrad­kiem. Strach sze­rzył się nie tyl­ko wśród la­dacz­nic, ale tak­że wśród klien­tów. W mia­rę jak ma­ka­brycz­ne wia­do­mo­ści roz­cho­dzi­ły się po mie­ście, klien­te­la kur­czy­ła się wraz z ko­lej­ny­mi mor­der­stwa­mi, aż wresz­cie po­zo­sta­ła za­le­d­wie garst­ka klien­tów; męż­czyź­ni, na­wet je­śli nie o ży­cie, oba­wia­li się o swo­ją re­pu­ta­cję: na­gle wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się na za­mtuz. Wszyst­kie, z wy­jąt­kiem oczu władz, któ­re nie wy­ka­zy­wa­ły naj­mniej­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia mor­der­stwa­mi; wręcz prze­ciw­nie: opie­sza­łość, z jaką dzia­ła­ły, świad­czy­ła o ich mil­czą­cym przy­zwo­le­niu: ży­cie paru nie­rząd­nic nie jest tyle war­te, żeby wsz­czy­nać do­cho­dze­nie. Ist­nia­ło też ry­zy­ko, że na­lot na za­mtuz może ujaw­nić przy­pad­ko­wo ru­ty­no­wą wi­zy­tę ja­kiejś zbyt po­tęż­nej oso­bi­sto­ści. Fre­kwen­cja była co­raz gor­sza; sa­lo­ny i sy­pial­nie nie­gdyś we­so­łe­go Klasz­to­ru Słu­żeb­nic Ko­sza Naj­święt­sze­go sta­ły te­raz pu­ste. Nie­zna­ny wcze­śniej chłód za­pa­no­wał nie­po­dziel­nie w tym miej­scu. Sa­mot­ność nie za­pew­nia­ła ko­bie­tom bez­pie­czeń­stwa, wręcz prze­ciw­nie: wy­sta­wia­ła je na mil­czą­cą na­pa­stli­wość śmier­ci. Mimo pod­ję­tych środ­ków ostroż­no­ści – drzwi zo­sta­ły za­ry­glo­wa­ne, okna za­bez­pie­czo­ne sko­bla­mi – nie uda­ło się za­po­biec po­now­ne­mu wej­ściu ano­ni­mo­we­go za­bój­cy, któ­ry prze­do­stał się jak cień i za­bił Ze­ldę bez naj­mniej­sze­go ha­ła­su; wy­mknął się w ten sam, bez­sze­lest­ny spo­sób. Ter­ror nie ogra­ni­czał się do mu­rów lu­pa­na­ru; ża­den miesz­ka­niec Mo­gun­cji nie igno­ro­wał obec­no­ści ci­che­go za­bój­cy. Gdy za­pa­da­ła noc, wy­lud­nia­ły się uli­ce. Ta­wer­ny i domy uciech za­my­ka­ły swe po­dwo­je wcze­śnie lub w ogó­le ich nie otwie­ra­ły. Sły­sząc kro­ki za ple­ca­mi, każ­dy przy­spie­szał, zer­ka­jąc ką­tem oka, na­wet się nie od­wra­ca­jąc. Ru­cho­me cie­nie rzu­ca­ne przez do­go­ry­wa­ją­ce świa­tła la­tar­ni na ro­gach ulic stwa­rza­ły upior­ne złu­dze­nie, że mor­der­ca jest bli­sko. Strach kar­mił się ci­szą, a ci­sza stra­chem. Nikt nie od­wa­żył się mó­wić o zbrod­ni w oba­wie przed mo­gą­cy­mi go do­się­gnąć po­dej­rze­nia­mi: każ­dy męż­czy­zna, któ­ry pu­blicz­nie wy­ra­ził­by za­nie­po­ko­je­nie, mógł być wzię­ty za klien­ta, a każ­dy klient był po­ten­cjal­nym zbrod­nia­rzem. Mat­ki oba­wia­ły się o cór­ki, a cór­ki o swo­je wła­sne ży­cie. Każ­dy wie­czór był no­wym kosz­ma­rem.

Cia­ło Ze­ldy, przy­po­mi­na­ją­ce zwie­rzę­cą tu­szę na stra­ga­nie, lśni­ło czer­wie­nią jak za­rżnię­te ja­gnię. Wy­glą­da­ło tak po­twor­nie, że żad­na z jej przy­ja­ció­łek nie śmia­ła po raz ostat­ni zaj­rzeć do trum­ny.

Żad­na, z wy­jąt­kiem Ulvy, naj­star­szej ze słu­żeb­nic. Prze­ory­sza nie­rząd­nic two­rzą­cych kon­gre­ga­cję umia­ła po­łą­czyć mat­czy­ną czu­łość z mi­stycz­nym au­to­ry­te­tem prze­ło­żo­nej klasz­to­ru i ziem­ski­mi kom­pe­ten­cja­mi re­gent­ki. W mil­cze­niu, nie uro­niw­szy ani jed­nej łzy, Ulva przy­się­gła so­bie, że od­naj­dzie mor­der­cę i po­mści swo­je pod­opiecz­ne. Dwie po­przed­nie zbrod­nie prze­peł­ni­ły ją nie­wy­sło­wio­nym bó­lem, ale ta ostat­nia spra­wi­ła, że ża­łość prze­ro­dzi­ła się w nie­na­wiść, nie­na­wiść, ja­kiej wcze­śniej nie zna­ła. Tyl­ko ona wie­dzia­ła, co jej ode­bra­no wraz z ży­ciem Ze­ldy.

4

Wie­le wy­da­rzeń, po­zor­nie nie­wią­żą­cych się ze sobą, łą­czą czę­sto nie­wi­dzial­ne nici, roz­cią­gnię­te mię­dzy nimi przez przy­pa­dek i prze­zna­cze­nie. Nikt nie ko­ja­rzył śmier­ci trzech la­dacz­nic z roz­pra­wą, któ­ra mia­ła miej­sce w ka­te­drze. Zresz­tą sam pro­ces, w at­mos­fe­rze prze­ra­że­nia, ja­kie ogar­nę­ło miesz­kań­ców Mo­gun­cji, prze­bie­gał zgo­ła nie­zau­wa­że­nie. Poza tym, kie­dy za­mor­do­wa­no ostat­nią ko­bie­tę, oskar­że­ni prze­by­wa­li w ciem­nym lo­chu. Może oskar­ży­ciel był­by w sta­nie usta­lić ja­kiś zwią­zek mię­dzy tymi dwo­ma wy­da­rze­nia­mi, przyj­mu­jąc, że taki w ogó­le ist­niał. Kie­ro­wał nim jed­nak wy­łącz­nie in­te­res oso­bi­sty; spra­wa sfał­szo­wa­nych ksiąg sta­ła się dlań wręcz ob­se­sją. Spra­wiał wra­że­nie bar­dziej za­nie­po­ko­jo­ne­go apo­kry­ficz­ny­mi rę­ko­pi­sa­mi niż okrut­ny­mi mor­der­stwa­mi, któ­re ster­ro­ry­zo­wa­ły lud­ność. W isto­cie, po­ja­wie­nie się fał­szy­wych dzieł sta­no­wi­ło za­gro­że­nie nie tyl­ko dla głów­nych do­gma­tów wia­ry i praw­dzi­wej tre­ści świę­tych ksiąg, ale też dla przy­szło­ści sa­me­go pro­ku­ra­to­ra.

Gdy po­zwa­ni po­pra­wi­li sza­ty i prze­łknę­li szy­der­stwa, zo­sta­li do­pro­wa­dze­ni przed ob­li­cze pro­ku­ra­to­ra, żeby wy­słu­chać za­rzu­tów. Ka­bat Jo­han­ne­sa Gu­ten­ber­ga po­pla­mio­ny był czar­nym tu­szem, nie­usu­wal­nym do­wo­dem prze­stęp­stwa, jego dło­nie zaś no­si­ły czer­wo­ne śla­dy na we­wnętrz­nej stro­nie i pod pa­znok­cia­mi. W cza­sie za­trzy­ma­nia za­bru­dze­nia nie uszły uwa­gi oskar­ży­cie­la, któ­ry za­żą­dał od no­ta­riu­sza uwzględ­nie­nia tego fak­tu, unie­moż­li­wia­jąc oskar­żo­ne­mu umy­cie rąk, za­nim sta­nie przed sę­dzia­mi.

Głów­ny oskar­ży­ciel wstą­pił na po­dium i przy­bie­ra­jąc te­atral­ną pozę, wy­cią­gnął wska­zu­ją­cy pa­lec ku oskar­żo­nym. Po czym, zwra­ca­jąc się do prze­wod­ni­czą­ce­go try­bu­na­łu, roz­po­czął mowę:

– Ja, Zyg­fryd z Mo­gun­cji, po­kor­ny ko­pi­sta Jego Kró­lew­skiej Mo­ści, mia­no­wa­ny pro­ku­ra­to­rem dzię­ki zna­jo­mo­ści taj­ni­ków prze­pi­sy­wa­nia ksiąg, oskar­żam…

Pierw­sze sło­wa wy­gło­sił w ofi­cjal­nym to­nie, jak ktoś, kto wy­po­wia­da zna­ną for­mu­łę. Ale spo­kój był tyl­ko za­bie­giem, krót­kim pre­lu­dium ma­ją­cym przy­cią­gnąć uwa­gę sę­dziów. Gdy wszyst­kie oczy spo­czę­ły na nim, a ci­sza sta­ła się nie do znie­sie­nia, głos pro­ku­ra­to­ra za­grzmiał jak grom:

– Oskar­żam po­zwa­nych o naj­okrut­niej­szą zbrod­nię, jaką po­peł­nio­no od ukrzy­żo­wa­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa, któ­re­go cuda zna­my dzię­ki świę­tym księ­gom spi­sa­nym przez Jego apo­sto­łów i uczniów!

Je­że­li któ­re­muś z sę­dziów wy­da­wa­ło się, że była to mak­sy­mal­na moc, jaką może osią­gnąć ludz­ki głos, był w błę­dzie. Z gar­dła Zyg­fry­da z Mo­gun­cji wy­do­był się ba­so­wy, char­czą­cy ryk, jak­by w jego ko­ści­stym cie­le za­go­ści­ła nie­by­wa­łych roz­mia­rów be­stia:

– Oskar­żam ich o do­ko­na­nie naj­bar­dziej zdra­dziec­kie­go mor­du w hi­sto­rii ludz­ko­ści! I je­śli zbrod­nia po­peł­nio­na przez nich nie spo­tka się z przy­kład­ną karą, całą prze­szłość ludz­ko­ści ska­że­cie na za­po­mnie­nie. Nie po­zwól­cie, żeby prze­klę­te na­sie­nie zro­dzi­ło owo­ce i sze­rzy­ło je wśród ma­lucz­kich. Eks­ce­len­cje, racz­cie spoj­rzeć na jego ręce po­kry­te czer­wo­ny­mi pla­ma­mi, zdra­dza­ją­cy­mi ha­nieb­ne zbrod­nie. Ja, Zyg­fryd z Mo­gun­cji, oskar­żam tych trzech fał­sze­rzy o po­peł­nie­nie nie jed­ne­go, nie dwóch ani na­wet nie trzech mor­derstw, ale o do­ko­na­nie naj­więk­szej rze­zi w hi­sto­rii świa­ta!

Po czym, ze zręcz­no­ścią kon­tra­stu­ją­cą z wy­glą­dem du­chow­ne­go, pro­ku­ra­tor zsu­nął się bły­ska­wicz­nie z po­dium, wy­glą­da­ło, jak­by jego sto­py ukry­te pod su­tan­ną na­wet nie do­tknę­ły pod­ło­ża. Moż­na by mnie­mać, że za spra­wą swo­ich zwiew­nych szat słu­ga boży wy­ko­nał tuż nad zie­mią lot ko­szą­cy w kie­run­ku oskar­żo­nych. Sta­nął przed nimi z miną peł­ną od­ra­zy i wska­zu­jąc wy­cią­gnię­tą ręką na ubiór więź­niów, ale tak, aby go nie do­tknąć, mó­wił da­lej:

– Eks­ce­len­cje, racz­cie spoj­rzeć na ich zbru­ka­ne sza­ty, na śla­dy znisz­czeń, ja­kie po so­bie po­zo­sta­wi­li. Oskar­żam po­zwa­nych o za­da­nie ha­nieb­nej śmier­ci He­ro­do­to­wi z Ha­li­kar­na­su i jego fun­da­men­tal­ne­mu dzie­łu, Hi­sto­riae! Oskar­żam o do­ko­na­nie mor­du na Tu­ki­dy­de­sie i jego Woj­nie pe­lo­po­ne­skiej! Oskar­żam po­zwa­nych o za­mor­do­wa­nie Kse­no­fon­ta z Aten i jego Ana­ba­sis, Cy­ro­pa­edii i Hel­le­ni­ki! Oskar­żam ich o uka­mie­no­wa­nie bez­względ­ną ręką wszyst­kich, któ­rzy wie­dzie­li, jak opo­wia­dać hi­sto­rię ku chwa­le mę­żów i trium­fie po­tom­nych! Oskar­żam o bez­czesz­cze­nie prze­szło­ści, upodle­nie te­raź­niej­szo­ści i za­mor­do­wa­nie przy­szło­ści, jesz­cze w ło­nie wszech cza­sów, za­nim się na­ro­dzi­ła!

Z wy­raź­nym za­mia­rem spro­wo­ko­wa­nia oskar­żo­nych do nie­sto­sow­nych re­ak­cji przed ob­li­czem sę­dziów pro­ku­ra­tor wy­ma­chi­wał pal­cem przed no­sem Gu­ten­ber­ga, to znów Fu­sta, a na koń­cu Schöf­fe­ra. W iry­tu­ją­cy spo­sób po­trzą­sał nim, pró­bu­jąc wy­wo­łać gwał­tow­ną ri­po­stę. I pra­wie mu się uda­ło: Gu­ten­berg, jak­by wie­dzio­ny psim in­stynk­tem, uniósł gór­ną war­gę, od­sła­nia­jąc pra­wy kieł, i nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a zła­pał­by zę­ba­mi gro­żą­cą rękę elo­kwent­ne­go oskar­ży­cie­la. Po­ha­mo­wał się jed­nak, za­mknął oczy i go­dząc się z wła­snym lo­sem, słu­chał da­lej sza­leń­czej ora­cji:

– Ja, Zyg­fryd z Mo­gun­cji, oskar­żam poj­ma­nych o ścię­cie Drze­wa Mą­dro­ści, o to, że wdep­ta­li w zie­mię ko­na­ry Do­bra i Zła, a nie­usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni do­ko­na­nym świę­to­kradz­twem, spo­ży­li jego za­ka­za­ne owo­ce. Oskar­żam ich o po­wtór­ne za­da­nie śmier­ci Ablo­wi i o to, że za­śle­pie­ni nie­na­wi­ścią, ode­bra­li ży­cie rów­nież Ka­ino­wi. Oskar­żam poj­ma­nych o zhań­bie­nie wie­ży Ba­bel i ob­ra­zę cudu No­ego! Oskar­żam ich, prze­to, o bluź­nier­stwo prze­ciw Księ­dze Ro­dza­ju. Oskar­żam tych trzech he­re­ty­ków o mord na Moj­że­szu, któ­re­go Pię­ciok­siąg, wła­sno­ręcz­nie przez nie­go spi­sa­ny, dane nam było po­znać. Ja, Zyg­fryd z Mo­gun­cji, spad­ko­bier­ca moj­że­szo­we­go rze­mio­sła, oskar­żam poj­ma­nych o zma­sa­kro­wa­nie Jo­zu­ego, Ruth i Sa­mu­ela. Oskar­żam ich o mord na kró­lach Sau­lu i Da­wi­dzie, i jego synu Sa­lo­mo­nie. Oskar­żam ich o po­hań­bie­nie świę­tych Ksiąg Kro­nik oraz wszyst­kich i każ­de­go z osob­na kró­lów Izra­ela! Oskar­żam ich o za­mor­do­wa­nie Ez­dra­sza i Ne­he­mia­sza, bie­głych ko­pi­stów, jako i tu obec­ny po­kor­ny słu­ga, dzię­ki któ­rym po­sie­dli­śmy wie­dzę o od­bu­do­wie świą­ty­ni i wzno­sze­niu mu­rów Je­ro­zo­li­my!

Ostat­nie zda­nie nie­mal wy­krzy­czał. Na­gle prze­rwał, wzniósł oczy do nie­ba, jak­by na­słu­chi­wał słów kie­ro­wa­nych do nie­go przez Wszech­mo­gą­ce­go, i wstą­pił z po­wro­tem na po­dium. Stał z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, na­gle wy­ci­szo­ny, spo­so­biąc się do dal­szej prze­mo­wy. Sę­dzio­wie, mnie­ma­jąc, że ton gło­su ko­pi­sty od­zwier­cie­dlać bę­dzie ak­tu­al­ny stan jego du­cha, nie­mal ze­rwa­li się z miejsc, kie­dy oskar­ży­ciel za­grzmiał, jak­by jego gar­dło sta­ło się na­gle uj­ściem dla gnie­wu Bo­że­go:

– Ja, Zyg­fryd z Mo­gun­cji, po­kor­ny ko­pi­sta, oskar­żam poj­ma­nych o do­ko­na­nie mor­du na pro­ro­kach Iza­ja­szu i Je­re­mia­szu, skry­bie Ba­ru­chu, Eze­chie­lu i Da­nie­lu. Racz­cie spoj­rzeć, Eks­ce­len­cje, na ich ręce zbru­ka­ne krwa­wym, zbrod­ni­czym obłę­dem. Oskar­żam ich o po­now­ne drę­cze­nie Hio­ba, o zbru­ka­nie Księ­gi Psal­mów, Księ­gi Przy­słów i Księ­gi Ko­he­le­ta, Pie­śni nad Pie­śnia­mi, Księ­gi Mą­dro­ści i Księ­gi Mą­dro­ści Sy­ra­cha!

A kie­dy wy­da­wa­ło się już nie­moż­li­we, żeby śmier­tel­nik był w sta­nie wy­do­być z sie­bie po­tęż­niej­szy krzyk, pro­ku­ra­tor, prze­ści­ga­jąc sa­me­go sie­bie, osią­gnął ko­lej­ny szcze­bel tes­sy­tu­ry gło­su. Z ocza­mi wy­cho­dzą­cy­mi z or­bit, czer­wo­ny z wście­kło­ści, za­grzmiał:

– Ja, Zyg­fryd z Mo­gun­cji, oskar­żam za­trzy­ma­nych o uśmier­ce­nie świę­tych, któ­rzy spi­sa­li cuda Pana na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa: Ma­te­usza, Mar­ka, Łu­ka­sza i Jana! Oskar­żam ich o za­mor­do­wa­nie Paw­ła, któ­re­go li­sty sta­no­wią naj­święt­sze księ­gi ka­no­nicz­ne chrze­ści­jań­stwa! Oskar­żam po­zwa­nych o za­bi­cie Pio­tra i Ju­da­sza! Racz­cie, Eks­ce­len­cje, spoj­rzeć na ich ręce i sza­ty spla­mio­ne zbrod­nią.

Sę­dzio­wie, skon­fun­do­wa­ni, pa­trzy­li na ręce Gu­ten­ber­ga, po­zor­nie spla­mio­ne krwią, i dzię­ki wy­jąt­ko­wej elo­kwen­cji pro­ku­ra­to­ra wina oskar­żo­nych by­ła­by pew­nie dla nich oczy­wi­sta, gdy­by nie fakt, że rze­ko­me ofia­ry nie żyły od wie­ków. Głos oskar­ży­cie­la wzbi­jał się pod ko­pu­łę i po­tęż­niał, od­bi­ja­jąc się echem od ścian:

– Ja, Zyg­fryd z Mo­gun­cji, oskar­żam tych oto trzech zbrod­nia­rzy o po­now­ne poj­ma­nie, udrę­cze­nie i ukrzy­żo­wa­nie Pana na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa, któ­re­go cier­pie­nia zna­my z Pa­sji Syna Bo­że­go! Oto, Eks­ce­len­cje, dło­nie czy­ste jak u Pi­ła­ta – rzekł, wska­zu­jąc sple­cio­ne pal­ce Fu­sta – i te dru­gie – tu wska­zał na Gu­ten­ber­ga – brud­ne jak dło­nie opraw­ców, któ­rzy wło­ży­li ko­ro­nę cier­nio­wą na gło­wę Chry­stu­sa. Wa­sze Eks­ce­len­cje, oskar­żam Jo­han­ne­sa Fu­sta, Pe­tru­sa Schöf­fe­ra i sto­ją­ce­go na ich cze­le Jo­han­ne­sa Gu­ten­ber­ga o po­peł­nie­nie po­twor­ne­go mor­der­stwa!

Pro­ku­ra­tor na­brał po­wie­trza i umilkł, wstrzy­mu­jąc od­dech, a upew­niw­szy się, że sę­dzio­wie nie znio­są dłu­żej na­pię­cia, ob­wie­ścił ka­te­go­rycz­nie:

– Eks­ce­len­cje, oskar­żam poj­ma­nych o mord na księ­dze.

5

Ża­łob­ny kon­dukt, skła­da­ją­cy się wy­łącz­nie z ko­biet, to­wa­rzy­szył trum­nie do miej­sca ostat­nie­go spo­czyn­ku. Gra­ba­rze nie bez zdzi­wie­nia pa­trzy­li, jak ko­bie­ce ra­mio­na, na cze­le z Ulvą, z tru­dem dźwi­ga­ją cięż­ką trum­nę. W or­sza­ku nie było ani jed­ne­go męż­czy­zny; zresz­tą nie­wia­sty zde­cy­do­wa­nie od­rzu­ci­ły wszel­kie pro­po­zy­cje po­mo­cy, se­kret­ne re­gu­ły kon­gre­ga­cji za­ka­zy­wa­ły bo­wiem męż­czy­znom uczest­ni­cze­nia w ce­re­mo­nii. Nie po­zwo­li­ły na­wet gra­ba­rzom peł­nić ich obo­wiąz­ków. Same chwy­ci­ły za ło­pa­ty i wpra­wio­ne w po­grze­bo­wym rze­mio­śle po dwóch po­przed­nich po­chów­kach, wy­ko­pa­ły w zie­mi ide­al­nie pro­sto­kąt­ny dół. Oczy cie­kaw­skich za­trzy­my­wa­ły się na de­kol­tach uka­zu­ją­cych buj­ne krą­gło­ści trzę­są­ce się w rytm ude­rzeń ło­pat. Z bez­piecz­nej od­le­gło­ści po­żą­dli­we oczy męż­czyzn z lu­bo­ścią chło­nę­ły wi­dok wi­docz­nych spod fałd spód­nic nóg, na­prę­ża­ją­cych się przy każ­dym na­ci­śnię­ciu ło­pa­ty. Co ja­kiś czas Ulva rzu­ca­ła ga­piom peł­ne iry­ta­cji spoj­rze­nie. Gra­ba­rze, jak sępy, co­fa­li się kil­ka kro­ków, aby za­raz po­tem od­zy­skać utra­co­ny te­ren. Wy­ko­paw­szy grób, ko­bie­ty otar­ły rę­ka­wa­mi pot z czo­ła, zła­pa­ły od­dech i bez po­mo­cy ob­cych same opu­ści­ły trum­nę na li­nach w wil­got­ne trze­wia zie­mi. Na­stęp­nie, ze szlo­chem ła­piąc usta­mi po­wie­trze, przy­kry­ły trum­nę wy­ko­pa­ną wcze­śniej zie­mią. Rześ­ki wiatr hu­lał po za­ka­mar­kach cmen­ta­rza i mie­szał się z mdlą­cym odo­rem, wy­do­by­wa­ją­cym się ze świe­żych gro­bów. Na ko­niec ko­bie­ty osa­dzi­ły na mo­gi­le su­ro­wą, ka­mien­ną pły­tę bez krzy­ża, z wy­ry­tym imie­niem Ze­ldy, i po­zo­sta­wiw­szy zmar­łą w to­wa­rzy­stwie dwóch in­nych, wcze­śniej po­cho­wa­nych ko­biet, z ocza­mi opuch­nię­ty­mi od łez, nie­prze­spa­nej nocy i sło­necz­ne­go świa­tła ru­szy­ły w po­wrot­ną dro­gę do Klasz­to­ru Ko­sza Naj­święt­sze­go.

To samo mdłe po­ran­ne słoń­ce, któ­re ośle­pia­ło Ulvę, są­czy­ło się przez wi­tra­że ka­te­dry, oświe­tla­jąc człon­ków try­bu­na­łu. Po jed­nej stro­nie pod­wyż­sze­nia zaj­mo­wa­ne­go przez sę­dziów, lecz znacz­nie po­ni­żej nich, pra­wie nie­wi­docz­ny, stał nie­wiel­ki pul­pit, nad któ­rym gar­bił się Ulrich Hel­ma­sper­ger, no­ta­riusz od­po­wie­dzial­ny za wier­ne spi­sa­nie wszyst­kie­go, co mó­wio­no w trak­cie pro­ce­su. Bacz­nie na­sta­wio­ne ucho i szyb­ka dłoń po­zwa­la­ły mu uwiecz­nić każ­de sło­wo wy­po­wie­dzia­ne w sali bez ucie­ka­nia się do ja­kich­kol­wiek in­nych środ­ków niż pió­ro, ka­ła­marz czy pa­pier. Nie miał pra­wa za­bie­rać gło­su, nie mó­wiąc już o jego od­da­wa­niu. Po­zba­wio­ny przy­wi­le­ju za­da­wa­nia py­tań czy też pro­sze­nia o wy­ja­śnie­nia, mu­siał re­je­stro­wać za­rów­no do­no­śne fra­zy, jak i sło­wa wy­po­wia­da­ne szep­tem, któ­re le­d­wie sły­szał. Jego obo­wiąz­kiem było prze­le­wać na pa­pier spraw­nie i wier­nie, ja­sno i czy­tel­nie wszyst­ko, co mó­wio­no. Za­da­nie, samo w so­bie nie­zmier­nie trud­ne, kom­pli­ko­wa­ły jesz­cze te­atral­ne po­pi­sy Zyg­fry­da z Mo­gun­cji. No­ta­riusz zda­wał so­bie spra­wę, że do­stą­pił za­szczy­tu prze­by­wa­nia w to­wa­rzy­stwie naj­lep­sze­go ka­li­gra­fa Mo­gun­cji. Pro­ku­ra­tor, ze swej stro­ny, nie szczę­dził mu upo­ko­rzeń. Mó­wiąc, prze­cha­dzał się tam i z po­wro­tem, czę­sto za­trzy­mu­jąc się przy pul­pi­cie, żeby skon­tro­lo­wać pra­cę Hel­ma­sper­ge­ra, od któ­re­go w tych kry­tycz­nych chwi­lach ocze­ki­wa­no nie tyl­ko pew­nej ręki i wy­tę­żo­nej uwa­gi, ale rów­nież i tego, że nie do­pu­ści, żeby kro­ple potu, spły­wa­ją­ce mu z czo­ła wsku­tek zde­ner­wo­wa­nia, ja­kie wy­wo­ły­wa­ła w nim bli­skość oskar­ży­cie­la, spa­dły na pa­pier. Ko­pi­ści i no­ta­riu­sze ży­wi­li do sie­bie od­wiecz­ną nie­na­wiść. Pierw­si da­rzy­li dru­gich głę­bo­ką po­gar­dą, uwa­ża­jąc ich za zwy­kłych se­kre­ta­rzy, nie­wie­le ma­ją­cych wspól­ne­go ze sztu­ką i nie­za­słu­gu­ją­cych na zbyt­ni sza­cu­nek. Z ko­lei no­ta­riu­sze, pod­sta­wo­we ogni­wa w naj­waż­niej­szych spra­wach pań­stwo­wej wagi, za­har­to­wa­ni w ty­glu na­glą­cych za­dań, uzna­wa­li ka­li­gra­fów za za­du­fa­nych w so­bie py­szał­ków, skłon­nych do pre­ten­sjo­nal­nej wir­tu­oze­rii, nad­mier­nej i po­wierz­chow­nej, któ­rych zby­tecz­ne ozdob­ni­ki słu­ży­ły je­dy­nie temu, żeby przy­ćmić sens tek­stu i od­su­nąć go na dal­szy plan. Dla ko­pi­sty nie było gor­szej ob­ra­zy niż na­zwa­nie go, choć­by przez po­mył­kę, no­ta­riu­szem. Nie­mniej pro­ku­ra­tor po­wi­nien był do­ce­nić no­ta­riu­sza, bo­wiem Ulrich, nie ba­cząc na to, iż Zyg­fryd uwa­ża jego rze­mio­sło za nie­waż­kie, trans­kry­bo­wał wszyst­kie jego sło­wa z dużą pie­czo­ło­wi­to­ścią. Bie­gły w swym fa­chu no­ta­riusz, poza tym, że oskar­ży­ciel pchał nos w jego no­tat­ki, miał też inne po­wo­dy, żeby czuć się nie­swo­jo. Hel­ma­sper­ger, wy­bit­ny czło­nek gil­dii urzęd­ni­ków pu­blicz­nych, wier­ny słu­ga spra­wie­dli­wo­ści i Ko­ścio­ła Świę­te­go, był rów­nież wiel­bi­cie­lem Słu­żeb­nic Ko­sza Naj­święt­sze­go i za­nim spa­dło na nie nie­szczę­ście, od­wie­dzał za­mtuz przy­najm­niej raz w ty­go­dniu. W oba­wie, że ktoś obec­ny w sali może roz­po­znać w nim sta­łe­go klien­ta domu uciech, lę­kli­wie i upo­rczy­wie cho­wał gło­wę w ra­mio­na, co spra­wia­ło, że trud­no mu było utrzy­mać pew­ność ręki.

Tuż po roz­po­czę­ciu mowy oskar­ży­ciel­skiej, na oczach onie­mia­łych z wra­że­nia sę­dziów, pro­ku­ra­tor zszedł z pod­wyż­sze­nia, zbli­żył się do ogrom­ne­go sto­łu, na któ­rym ze­bra­no do­wo­dy, wy­jął dwie księ­gi le­żą­ce na pół­ce pod bla­tem i umie­ścił je na pul­pi­cie. Roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ra­mio­na, ob­jął nimi ogrom­ne wo­lu­mi­ny jak Moj­żesz ta­bli­ce Pra­wa na Gó­rze Sy­naj. W ten spo­sób Zyg­fryd z Mo­gun­cji spo­so­bił się do wy­ja­wie­nia praw­dzi­wej re­we­la­cji, któ­ra mia­ła wy­do­być z obec­nych okrzyk zdu­mie­nia.

Opra­wy obu ksiąg wy­glą­da­ły iden­tycz­nie. Na po­zór były to dwa wy­jąt­ko­we rę­ko­pi­sy Bi­blii du­żych roz­mia­rów. Okład­ki z po­le­ro­wa­nej, tło­czo­nej skó­ry zdo­bi­ły te same mo­ty­wy: czte­ry kon­cen­trycz­ne pro­sto­ką­ty z bo­ga­ty­mi or­na­men­ta­mi. Grzbie­ty Pi­sma zo­sta­ły wzmoc­nio­ne dzie­wię­cio­ma skó­rza­ny­mi pli­sa­mi, chro­nią­cy­mi szwy fo­lia­łu. Po za­de­mon­stro­wa­niu ich ze­wnętrz­nej sza­ty Zyg­fryd otwo­rzył oba wo­lu­mi­ny na tej sa­mej stro­nie. Sę­dzio­wie, na wnio­sek oskar­ży­cie­la, po­li­czy­li wier­sze – na każ­dej stro­nie wid­nia­ły dwie ko­lum­ny, a każ­da z nich za­wie­ra­ła czter­dzie­ści dwa wier­sze. Na­stęp­nie oskar­ży­ciel za­pre­zen­to­wał ostat­nie stro­ny obu eg­zem­pla­rzy, zwra­ca­jąc uwa­gę sę­dziów na fakt, że i jed­na, i dru­ga księ­ga li­czy­ła tyle samo stron: do­kład­nie ty­siąc dwie­ście osiem­dzie­siąt dwie.

Krój pi­sma, pięk­ny i do­sko­na­le czy­tel­ny, świad­czył o mi­strzow­skiej pra­cy ko­pi­stów, któ­ra mu­sia­ła im za­jąć kil­ka lat. Tekst spi­sa­no na egip­skim pa­pi­ru­sie, któ­re­go do­sko­na­łą ja­kość moż­na było oce­nić za­rów­no wzro­kiem, jak i do­ty­kiem: żół­ta­wy ko­lor za­po­bie­gał mę­cze­niu się wzro­ku, a drob­niut­ka, pra­wie nie­wi­docz­na sia­tecz­ka była tak wy­trzy­ma­ła, że gdy­by ktoś chciał ją prze­rwać, mógł­by to zro­bić wy­łącz­nie ostrym lub spi­cza­stym na­rzę­dziem. Wiel­kie li­te­ry na po­cząt­ku książ­ki, roz­dzia­łów i wer­sów ozdo­bio­no bo­ga­to bor­diu­ra­mi i flo­ra­tu­ra­mi. Ini­cja­ły w tek­ście wy­ko­na­no tech­ni­ką ru­bry­ko­wa­nia. Każ­da księ­ga war­ta była for­tu­nę: co naj­mniej sto gul­de­nów; dość pie­nię­dzy, by ku­pić pe­łen prze­py­chu dom w naj­lep­szym miej­scu w Mo­gun­cji.

Więź­nio­wie, da­le­cy od oka­zy­wa­nia dumy wo­bec za­chwy­tów oskar­ży­cie­la i zdu­mie­nia sę­dziów, spra­wia­li wra­że­nie przy­bi­tych. Wy­raz tro­ski ry­so­wał się w zmarsz­czo­nych brwiach Gu­ten­ber­ga, któ­ry wy­mie­niał za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nia z Fu­stem i Schöf­fe­rem. Zyg­fryd z Mo­gun­cji się­gnął po jed­ną z ksiąg i prze­ka­zał ją prze­wod­ni­czą­ce­mu try­bu­na­łu do oso­bi­ste­go wglą­du. Sę­dzia zwa­żył ją w dło­niach, prze­cią­gnął pal­ca­mi po opra­wie, otwo­rzył na chy­bił tra­fił i prze­czy­tał kil­ka frag­men­tów. Po­dzi­wiał przez chwi­lę ka­li­gra­fię i ilu­stra­cje, po­skro­bał pa­znok­ciem po pa­pi­ru­sie, a na­wet przy­bli­żył nos do księ­gi, żeby chło­nąć pięk­ną woń, jaką wy­dzie­la­ło ro­ślin­no-zwie­rzę­ce po­łą­cze­nie pa­pi­ru­su i skó­ry. W koń­cu, nie­mal wbrew swo­jej woli, jak­by nie mógł się ode­rwać od Bi­blii, wrę­czył ją ko­le­gom, któ­rzy pod­da­li przed­miot dal­szym oglę­dzi­nom. Z rów­nie na­boż­nym uwiel­bie­niem sę­dzio­wie po­ki­wa­li ma­je­sta­tycz­nie gło­wa­mi nad im­po­nu­ją­cym eg­zem­pla­rzem, po czym prze­ka­za­li księ­gę i głos prze­wod­ni­czą­ce­mu za­cne­go cia­ła:

– To naj­pięk­niej­sza Bi­blia, jaką kie­dy­kol­wiek mia­łem w rę­kach – stwier­dził ten bez wa­ha­nia.

– W in­nych oko­licz­no­ściach do­ce­nił­bym te sło­wa nie­wąt­pli­we­go uzna­nia, bo­wiem jed­ną z tych Bi­blii prze­pi­sa­łem sam wła­sno­ręcz­nie. Upra­szam was wszak­że o zba­da­nie dru­gie­go wo­lu­mi­nu – rzekł pro­ku­ra­tor, po­da­jąc dru­gi eg­zem­plarz. – Acz­kol­wiek po­zwo­lę so­bie uprze­dzić was, że jed­na z tych ksiąg nie ma w so­bie nic świę­te­go, bo­wiem jest dzie­łem… – Zyg­fryd z Mo­gun­cji zro­bił dłu­gą, świa­do­mie od­mie­rzo­ną pau­zę, po czym pod­no­sząc głos, nie­mal krzy­cząc, do­koń­czył: – …otóż jed­na z tych dwóch Bi­blii… jest dzie­łem Sza­ta­na!

Przy pi­sa­niu tego ostat­nie­go sło­wa dłoń no­ta­riu­sza za­drża­ła.

6

Po­dob­nie jak jej mat­ka, po­dob­nie jak mat­ka jej mat­ki, po­dob­nie jak sie­dem­dzie­siąt po­ko­leń nie­rząd­nic przed nią i sie­dem­dzie­siąt po­ko­leń la­dacz­nic, któ­re po­win­ny na­dejść po niej, Ulva, mat­ka wszyst­kich nie­rząd­nic zgro­ma­dze­nia Słu­żeb­nic Ko­sza Naj­święt­sze­go, pod­trzy­my­wa­ła pło­mień naj­star­sze­go za­wo­du świa­ta. Po­mi­mo smut­ku po zmar­łych cór­kach, po­mi­mo łez, po­mi­mo ogrom­nej ża­ło­ści Ulva pró­bo­wa­ła przy­wró­cić sa­lo­no­wi, w któ­rym czu­wa­no przy Ze­ldzie, wy­gląd domu uciech. Wy­nio­sła krze­sła, a na miej­scu, w któ­rym sta­ła trum­na, usta­wi­ła z po­wro­tem fo­tel obi­ty czer­wo­nym je­dwa­biem. Nie po raz pierw­szy wszak śmierć pa­stwi­ła się nad nimi.

Przez wie­ki los zda­wał się nie mieć li­to­ści dla nie­rząd­nic: za­ko­py­wa­no je po szy­ję i ka­mie­no­wa­no na Bli­skim Wscho­dzie, oczysz­cza­no w pło­mie­niach sto­sów Świę­tej In­kwi­zy­cji, prze­śla­do­wa­no, wię­zio­no i za­bi­ja­no, a one umie­ra­ły, aby na­ro­dzić się na nowo, raz po raz, stu­le­cie po stu­le­ciu. Mor­der­stwa po­peł­nio­ne na trzech ko­bie­tach nie za­sko­czy­ły Ulvy w naj­mniej­szym stop­niu. Od za­ra­nia ludz­ko­ści do­pusz­cza­no się na nich rze­zi. Nie­mniej żad­na mat­ka nie jest przy­go­to­wa­na na śmierć có­rek, na­wet wie­dząc, że cią­ży na nich mo­ral­ne po­tę­pie­nie. La­dacz­ni­ce, po­dob­nie jak cza­row­ni­ce, były cór­ka­mi Sza­ta­na.

Ser­ce Zyg­fry­da z Mo­gun­cji cie­szył wi­dok prze­ra­że­nia w oczach sę­dziów, któ­rzy pod­sko­czy­li na swo­ich miej­scach, sły­sząc imię Złe­go. Prze­wod­ni­czą­cy wy­pu­ścił z rąk trzy­ma­ny eg­zem­plarz, wstrzą­śnię­ty samą my­ślą, że mo­gła na nim spo­czy­wać ręka dia­bła. Pro­ku­ra­tor, wy­ko­rzy­stu­jąc osią­gnię­ty efekt, mó­wił da­lej:

– Eks­ce­len­cje, racz­cie do­ko­nać wni­kli­wej ana­li­zy obu ksiąg. Ufam, że wa­sze świa­tłe umy­sły po­zwo­lą od­róż­nić dzie­ło Boga od dzie­ła Sza­ta­na.

Nie ukry­wa­jąc prze­ra­że­nia, sę­dzio­wie przy­stą­pi­li do szcze­gó­ło­we­go po­rów­na­nia obu Bi­blii. Przyj­rze­li się tek­sto­wi, ka­li­gra­fii, li­te­ra po li­te­rze po­rów­na­li wy­bra­ne lo­so­wo wier­sze, prze­stu­dio­wa­li do­kład­nie ka­pi­ta­li­ki, ko­lo­ro­wa­ne ma­ju­sku­ły i mi­nu­sku­ły. Oba wo­lu­mi­ny łą­czy­ło per­fek­cyj­ne wy­ko­na­nie; na po­zór nie za­wie­ra­ły żad­nych róż­nic: zo­sta­ły spi­sa­ne na tym sa­mym pa­pi­ru­sie, mia­ły taką samą opra­wę i tyle samo plis za­kry­wa­ją­cych szwy, a tak­że ten sam cię­żar; jed­nym sło­wem, nie było wąt­pli­wo­ści, że obie księ­gi po­cho­dzą z tego sa­me­go skryp­to­rium.

Wer­dykt był jed­no­gło­śny:

– Wy­glą­da­ją tak samo – orzekł prze­wod­ni­czą­cy skła­du sę­dziow­skie­go.

Zyg­fryd z Mo­gun­cji wspiął się z po­wro­tem na po­dium i nie re­zy­gnu­jąc ze swo­ich afek­to­wa­nych póz, ma­cha­jąc rę­ka­mi, de­kla­mo­wał.

– Po­zwo­lę so­bie nie zgo­dzić się z wami, Eks­ce­len­cje. Nie wy­glą­da­ją tak samo… one są ta­kie same! Po­wiem wię­cej: są iden­tycz­ne. Pa­no­wie, je­stem sta­rym czło­wie­kiem. Moje szla­chet­ne za­ję­cie za­bra­ło mi zdro­wie, ale dało mą­drość. Więk­szość ży­cia spę­dzi­łem na ko­pio­wa­niu Bi­blii, za­wsze z tą samą żar­li­wo­ścią i od­da­niem dla spraw Wszech­mo­gą­ce­go. Ofia­ra zło­żo­na z mo­jej pra­wej dło­ni jest tego do­wo­dem. – Tu za­pre­zen­to­wał pal­ce jak szpo­ny, zde­for­mo­wa­ne przez ar­tre­tyzm. – A kie­dy mó­wię „ofia­ra”, nie spo­dzie­waj­cie się żad­nej ale­go­rii; moja ręka nie­do­ma­ga i le­d­wie pal­ca­mi ru­szać mogę kosz­tem nie­wy­obra­żal­ne­go bólu, któ­ry za­gnieź­dził się w szpi­ku ko­ści mo­ich od po­na­gla­nia pió­ra przy spi­sy­wa­niu rę­ko­pi­sów. Nie zgrze­szę py­chą, je­śli po­wiem, że nikt w ca­łym mie­ście Mo­gun­cji nie zna sztu­ki ko­pio­wa­nia ksiąg le­piej ode mnie. Eks­ce­len­cje, uzna­jąc, że nie moż­na się do­szu­kać żad­nych róż­nic mię­dzy obo­ma wo­lu­mi­na­mi, przy­zna­li­ście tym sa­mym, może na­wet bez­wied­nie, że nie spo­sób wy­tłu­ma­czyć tego in­a­czej jak dzie­łem Sza­ta­na. Pa­no­wie, nig­dy, przez całe swo­je ży­cie nie wi­dzia­łem dwóch jed­na­kich rę­ko­pi­sów. W swej ludz­kiej ułom­no­ści wie­my, iż do­sko­na­łość nie jest ce­chą śmier­tel­ni­ków. Mogę do­mnie­my­wać, że jed­na z ksiąg nie jest mo­je­go au­tor­stwa z tej bu­dzą­cej nie­po­kój przy­czy­ny, że obie są iden­tycz­ne. Na­wet naj­bar­dziej do­świad­czo­ny skryp­tor nie był­by w sta­nie na­kre­ślić dwóch jed­na­kich li­ter, choć­by w tym sa­mym sło­wie. Wy­bierz­cie na chy­bił tra­fił ja­ki­kol­wiek wers z jed­nej z ksiąg i po­rów­naj­cie na przy­kład dwie li­te­ry „a”. Ła­two się zo­rien­to­wać, że każ­da z nich cha­rak­te­ry­zu­je się ja­kąś oso­bli­wą ce­chą.

Rze­czy­wi­ście. Nie­trud­no było spo­strzec, że w nie­któ­rych przy­pad­kach część okrą­gła była za­mknię­ta, w in­nych zaś po­zo­sta­wa­ła nie­do­cią­gnię­ta; cza­sem część gór­ną wień­czył le­d­wie wi­docz­ny punk­cik, w in­nych nie­wiel­ki czu­bek, przy­po­mi­na­ją­cy ha­czyk. Każ­da li­te­ra, jak ludz­kie twa­rze, była swo­ista, nie­po­wta­rzal­na, a po do­kład­nym ich obej­rze­niu moż­na by rzec, że mają uni­ka­to­we ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­ne.

No­ta­riusz Ulrich Hel­ma­sper­ger dał­by so­bie rękę uciąć, żeby zo­ba­czyć owo ku­rio­zum, gdy­by nie to, że jego ręka była za­ję­ta pi­sa­niem. Po­nad­to elo­kwen­cja pro­ku­ra­to­ra nie po­zwa­la­ła mu na­wet ode­rwać wzro­ku od pa­pie­ru, bo­wiem z ust Zyg­fry­da z Mo­gun­cji pły­nął nie­prze­rwa­ny po­tok słów.

– A te­raz racz­cie po­rów­nać ten­że wers z tą samą li­nią w dru­giej księ­dze – za­chę­cił pro­ku­ra­tor.

Ob­li­cza sę­dziów po­bla­dły: oba wer­sy były iden­tycz­ne. To zna­czy te same nie­do­sko­na­ło­ści po­wta­rza­ły się w każ­dym sło­wie, w każ­dej li­te­rze. Nie­moż­li­wo­ścią było osią­gnię­cie rów­nie wy­so­kie­go stop­nia iden­tycz­no­ści.

– Eks­ce­len­cje – pe­ro­ro­wał oskar­ży­ciel – choć­bym nie wiem, jak się sta­rał, nie je­stem w sta­nie na­kre­ślić dwóch toż­sa­mych li­ter. Z tego sa­me­go po­wo­du nie zdo­łał­bym z po­dob­ną pre­cy­zją po­wtó­rzyć błę­dów, bo gdy­bym po­siadł taką umie­jęt­ność, mógł­bym ich uni­kać. Ale to jesz­cze nie wszyst­ko: pa­mię­tam do­sko­na­le, że po­peł­ni­łem błąd w ko­lo­fo­nie, pa­trz­cie, tam, gdzie na­pi­sa­no Spal­mo­rum, po­win­no być Psal­mo­rum. Oczy­wi­ście, trud­no o dwie ta­kie same po­mył­ki. Jed­na­ko­woż tak tam stoi. Ciar­ki mnie prze­cho­dzą na samą myśl, że obie księ­gi są jak ja­kieś mon­stru­al­ne, ta­jem­ni­cze bliź­nię­ta.

Zyg­fryd z Mo­gun­cji skło­nił gło­wę i z praw­dzi­wą skru­chą wy­znał:

– Eks­ce­len­cje, w tym miej­scu mu­szę wy­ja­wić coś, co na­pa­wa mnie głę­bo­kim wsty­dem: na­wet ja nie je­stem w sta­nie od­róż­nić, któ­ra z tych dwóch Bi­blii jest mo­je­go au­tor­stwa, a któ­ra jest fal­sy­fi­ka­tem. I nie mogę przy­pi­sać tego dia­bel­skie­go zja­wi­ska ni­cze­mu in­ne­mu jak ma­gii i cza­rom.

Wska­zu­jąc na trzech oskar­żo­nych, pro­ku­ra­tor wy­pro­sto­wał, na ile mógł, swój zde­for­mo­wa­ny pa­lec i ryk­nął: