Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 615 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Księga z San Michele - Axel Munthe

Jako 18-letni student medycyny Axel Munthe odkrył w 1875 roku wyspę Capri, gdzie zauroczyła go maleńka kapliczka San Michele. Zakochał się w tym niezwykłym miejscu i przez lata marzył, by zbudować tu dom, z którego okien będzie mógł podziwiać zapierający dech widok na Zatokę Neapolitańską.

W swych słynnych pamiętnikach połączył fakty ze swego pełnego przygód życia z własnymi wizjami i refleksjami. Z dużą dozą humoru i życzliwości wobec wszystkich istot żywych pisał o ludziach, z którymi zetknął się na wyspie, i bogatej przyrodzie, która inspirowała go do przemyśleń. Tak stworzył jedną z najczęściej czytanych książek wspomnieniowych minionego stulecia.

Opinie o ebooku Księga z San Michele - Axel Munthe

Fragment ebooka Księga z San Michele - Axel Munthe

Ty­tuł ory­gi­na­łu

The Sto­ry of San Mi­che­le

Ty­tuł prze­kła­du nie­miec­kie­go

Das Buch von San Mi­che­le

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ja­dwi­ga Kwie­cień

Wy­da­nie ory­gi­nal­ne opa­trzo­ne ty­tu­łem The Sto­ry of San Mi­che­le uka­za­ło się w 1929 roku w Lon­dy­nie.

Wy­da­nie szwedz­kie opa­trzo­ne ty­tu­łem Bo­ken om San Mi­che­le uka­za­ło się w 1930 roku w Sztok­hol­mie.

Pierw­sze wy­da­nie pol­skie uka­za­ło się w 1933 roku.

Wy­da­nie ni­niej­sze jest opar­te na edy­cji Wy­daw­nic­twa „Śląsk”, Ka­to­wi­ce 1984

Wy­da­nie V, Cho­rzów 2011

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

ISBN 978-83-7183-923-8

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

I. PRZEDMOWA

Skla­sy­fi­ko­wa­nie Księ­gi z San Mi­che­le spra­wia kry­ty­kom trud­no­ści. Wca­le mnie to nie dzi­wi. Nie­któ­rzy na­zy­wa­ją ją „au­to­bio­gra­fią”, inni – „wspo­mnie­nia­mi le­ka­rza”.

Są­dzę, że oby­dwa te okre­śle­nia nie są traf­ne. Aby na­pi­sać hi­sto­rię mego ży­cia, nie po­trze­bo­wał­bym na to kil­ku­set stron, na­wet gdy­bym nie chciał opu­ścić naj­smut­niej­szych jej roz­dzia­łów. Mogę tyl­ko stwier­dzić, że nie mia­łem za­mia­ru pi­sać o so­bie, prze­ciw­nie, usil­nie sta­ra­łem się być obiek­tyw­nym. Je­że­li mimo to książ­ka ni­niej­sza sta­ła się au­to­bio­gra­fią, to są­dząc po po­wo­dze­niu, ja­kim się cie­szy, moż­na by przy­pusz­czać, iż naj­prost­szą me­to­dą pi­sa­nia książ­ki o so­bie sa­mym jest pi­sa­nie jej z my­ślą, że się pi­sze o kimś zu­peł­nie in­nym.

Na­le­ży tyl­ko sie­dzieć spo­koj­nie w fo­te­lu, wsłu­chi­wać się w od­da­lo­ny gwar ludz­kich gło­sów i ośle­płym okiem pa­trzyć wstecz na swo­je ży­cie. Jesz­cze le­piej by­ło­by po­ło­żyć się w tra­wie, pa­trzeć w nie­bo i nie my­śleć o ni­czym. Wy­star­czy tak przez chwi­lę słu­chać ci­szy, a wnet lasy i pola za­czy­na­ją roz­brzmie­wać ja­sny­mi pta­szę­cy­mi gło­si­ka­mi, zja­wia­ją się róż­ne stwo­rze­nia, opo­wia­da­jąc tro­ski i ra­do­ści swo­ją wła­sną mową, któ­ra sta­je się na­gle zro­zu­mia­ła. A wsłu­chaw­szy się jesz­cze do­kład­niej w ota­cza­ją­cy nas świat moż­na spo­strzec, że na­wet przed­mio­ty szep­cą w swej mar­two­cie: – Nie­praw­da, żeś sa­mot­ny! Nie­praw­da, że umrzesz!

Na­zy­wa­nie mo­jej książ­ki „wspo­mnie­nia­mi le­ka­rza” wy­da­je mi się jesz­cze bar­dziej nie­wła­ści­we. Jej wy­zy­wa­ją­ca bez­po­śred­niość, śmia­ła praw­do­mów­ność, ja­sność są mało od­po­wied­nie do tak pom­pa­tycz­ne­go ty­tu­łu. Le­karz ma chy­ba pra­wo na rów­ni z in­ny­mi ludź­mi śmiać się nie­kie­dy z sa­me­go sie­bie, za­cho­wać po­go­dę du­cha, a na­wet wol­no mu może cza­sem drwić z nie­któ­rych ko­le­gów, je­że­li go­tów jest po­nieść tego kon­se­kwen­cje. Nie ma on tyl­ko pra­wa wy­śmie­wać swych pa­cjen­tów. Jesz­cze go­rzej by­ło­by, oczy­wi­ście, gdy­bym wraz z nimi pła­kał; le­karz płacz­li­wy nie jest le­ka­rzem do­brym.

Sta­ry dok­tor w ogó­le po­wi­nien się za­sta­no­wić, za­nim przy­stą­pi do spi­sy­wa­nia pa­mięt­ni­ków. Na pew­no po­stą­pi le­piej, za­cho­wu­jąc dla sie­bie wszyst­ko, co wi­dział i cze­go się na­uczył o ży­ciu i śmier­ci. Pa­mięt­ni­ki nie są po­trzeb­ne, le­piej dać zmar­łym spo­kój, a ży­wym po­zo­sta­wić złu­dze­nie.

Pe­wien sław­ny kry­tyk na­zwał moją opo­wieść księ­gą o śmier­ci. Może miał słusz­ność. Śmierć rzad­ko ustę­pu­je z mych my­śli: Non na­sce in me pen­sier che non vi sia den­tro scol­pi­ta la mor­te1, pi­sał Mi­che­lan­ge­lo do Va­sa­rie­go.

Jak­że dłu­go wal­czy­łem z mym po­sęp­nym ko­le­gą. Po­ko­ny­wał mnie czę­sto i wi­dzia­łem, jak kładł ko­lej­no wszyst­kich, któ­rych usi­ło­wa­łem przed nim obro­nić. Pi­sząc tę książ­kę ob­ser­wo­wa­łem, jak żyli, cier­pie­li i umie­ra­li. Mogę im je­dy­nie po­świę­cić wspo­mnie­nie. Byli to skrom­ni i pro­ści lu­dzie, nad ich gro­ba­mi nie sto­ją mar­mu­ro­we krzy­że, o wie­lu z nich za­po­mnia­no, jesz­cze za­nim po­mar­li. Te­raz jest już im do­brze.

Sta­ra Ma­ria por­ta-let­te­re, któ­ra przez trzy­dzie­ści lat wcho­dzi­ła boso po sied­miu­set sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu fe­nic­kich stop­niach, przy­no­sząc mi li­sty, roz­no­si te­raz pocz­tę w nie­bie; a za­cny Pac­cia­le pali spo­koj­nie fa­jecz­kę i spo­glą­da na bez­kre­sne mo­rze, jak nie­gdyś z per­go­li na San Mi­che­le. Mój przy­ja­ciel Ar­can­ge­lo Fu­sco, za­mia­tacz ulic z Qu­ar­tier Mont­par­nas­se, zmia­ta te­raz pył gwiaź­dzi­sty ze zło­tych fli­zów nie­ba. Mię­dzy dwo­ma wspa­nia­ły­mi sze­re­ga­mi ko­lumn z la­pis la­zu­li cho­dzi mały mon­sieur Al­phon­se, ulu­bie­niec Sio­strzy­czek Ubo­gich, ubra­ny w no­wiut­ki sur­dut pit­ts­bur­skie­go mi­lio­ne­ra; uro­czy­ście kła­nia się uko­cha­nym cy­lin­drem każ­de­mu spo­tka­ne­mu świę­te­mu, jak po­zdra­wiał nie­gdyś wszyst­kich przy­ja­ciół, prze­jeż­dża­jąc moją wik­to­rią po Cor­so. John, błę­kit­no­oki chłop­czy­na nie­zna­ją­cy ojca, dziec­ko, któ­re się nig­dy nie śmia­ło, igra te­raz we­so­ło z in­ny­mi szczę­śli­wy­mi dzieć­mi w daw­nym dzie­cię­cym po­ko­ju Je­zu­ska; na­uczył się też wresz­cie uśmie­chać. Po­kój pe­łen jest kwia­tów, przez otwar­te okno wla­tu­ją i wy­la­tu­ją roz­śpie­wa­ne pta­ki, a od cza­su do cza­su za­glą­da do dzie­ci Ma­don­na, ba­cząc, aby im na ni­czym nie zby­wa­ło. Mat­ka Joh­na, któ­ra go tak pie­czo­ło­wi­cie pie­lę­gno­wa­ła na Ave­nue de Vil­liers, jest jesz­cze z nami. Wi­dzia­łem ją nie­daw­no. Bied­na pro­sty­tut­ka Flo­pet­te wy­glą­da w swej mi­lut­kiej, bia­łej suk­ni o dzie­sięć lat mło­dziej niż wów­czas, gdy ją spo­tka­łem w noc­nej ka­wiar­ni na bul­wa­rze; jest obec­nie po­ko­jo­wą u Ma­rii Mag­da­le­ny.

W skrom­nym ką­cie nie­ba mie­ści się cmen­tarz psów. Są tu wszy­scy moi przy­ja­cie­le; cia­ła ich spo­czy­wa­ją w miej­scach, gdzie je zło­ży­łem: pod cy­pry­sa­mi przy sta­rej wie­ży; lecz ich wier­ne ser­ca zo­sta­ły przy­ję­te do raju. Świę­ty Roch, mały do­bro­tli­wy pa­tron psów, jest do­zor­cą cmen­tar­nym, a cier­pli­wa, sta­ra miss Hall przy­no­si czę­sto kwia­ty na grób Tap­pia. Na­wet nic­po­nia Bil­ly’ego, pi­ja­czy­nę-pa­wia­na, któ­ry za­pa­lił trum­nę don Gia­cin­ta, przy­ję­to tu­taj i dano mu miej­sce w ostat­nim rzę­dzie na cmen­ta­rzu dla małp, dość od­osob­nio­ne co praw­da, bo świę­ty Piotr, zba­daw­szy pa­wia­na do­kład­nie, wziął go w pierw­szej chwi­li za czło­wie­ka, gdyż od Bil­ly’ego tak czuć było wód­kę! Don Gia­cin­to, naj­bo­gat­szy ka­płan na Ca­pri, któ­ry nig­dy nie dał sol­da że­bra­ko­wi, sma­ży się nadal w trum­nie, a by­łe­mu rzeź­ni­ko­wi, któ­ry roz­ża­rzo­ny­mi szpil­ka­mi ośle­piał prze­piór­ki, dia­beł wła­sno­ręcz­nie wy­kłuł oczy w przy­stę­pie za­wo­do­wej za­zdro­ści.

Pe­wien kry­tyk osą­dził, że w książ­ce mo­jej znaj­du­je się dość ma­te­ria­łu, aby wie­lu au­to­rów za­opa­trzyć na całe ży­cie w te­ma­ty do zaj­mu­ją­cych no­wel. Nie­chże so­bie z niej czer­pią do woli; ma­te­riał ten nie jest już mi po­trzeb­ny. Wy­ko­rzy­staw­szy swe li­te­rac­kie zdol­no­ści do wy­sta­wia­nia re­cept, nie za­bio­rę się te­raz do pi­sa­nia sen­sa­cyj­nych po­wie­ści – za póź­no zresz­tą na to. Gdy­bym po­my­ślał o tym wcze­śniej, może nie był­bym dziś tym, czym je­stem. Oczy­wi­ście, mil­sze i wy­god­niej­sze jest sie­dze­nie w fo­te­lu i pi­sa­nie po­wie­ści niż prze­bi­ja­nie się z tru­dem przez ży­cie i zbie­ra­nie do nich ma­te­ria­łu. Z pew­no­ścią ła­twiej opi­sać cho­ro­by i śmierć, niż je zwal­czać; przy­jem­niej jest knuć po­nu­ry spi­sek, niż być prze­zeń bez ostrze­że­nia za­sko­czo­nym. Cze­mu jed­nak pi­sa­rze sami nie zbie­ra­ją so­bie te­ma­tów? Czy­nią to na­der rzad­ko. Pro­wa­dząc upo­rczy­wie swych czy­tel­ni­ków do dziel­ni­cy ubo­gich, pra­wie nig­dy nie by­wa­ją tam oso­bi­ście; spe­cja­li­ści od cho­rób i śmier­ci dają się rzad­ko na­mó­wić na zwie­dze­nie szpi­ta­la, w któ­rym wła­śnie uśmier­ci­li bo­ha­ter­kę swej po­wie­ści. Po­eci i fi­lo­zo­fo­wie, któ­rzy dźwięcz­ną pro­zą i po­ezją opie­wa­ją śmierć-wy­ba­wi­ciel­kę, bled­ną, gdy uj­rzą przy so­bie tego swe­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la. Sta­ra to hi­sto­ria: Le­opar­di, naj­więk­szy po­eta współ­cze­snych Włoch, któ­ry od mło­dzień­czych lat w prze­pięk­nych ry­mach tę­sk­nił do śmier­ci, pierw­szy uciekł prze­ra­żo­ny z Ne­apo­lu na­wie­dzo­ne­go przez cho­le­rę. Na­wet wiel­ki Mon­ta­igne, któ­re­go ro­zum­ne me­dy­ta­cje o śmier­ci wy­star­cza­ją, aby go uczy­nić nie­śmier­tel­nym, uciekł jak za­jąc, gdy w Bor­de­aux wy­bu­chła za­ra­za. Sta­ry, mru­kli­wy Scho­pen­hau­er, naj­więk­szy współ­cze­sny fi­lo­zof – któ­re­go pod­sta­wą twier­dzeń było za­prze­cze­nie ży­cia – prze­ry­wał każ­dą roz­mo­wę o śmier­ci. Przy­pusz­czam, że naj­krwaw­sze książ­ki wo­jen­ne zo­sta­ły na­pi­sa­ne przez spo­koj­nych oby­wa­te­li z dala od da­le­ko­no­śnych ar­mat. Au­to­rzy, któ­rzy z roz­ko­szą każą czy­tel­ni­kom być świad­ka­mi sek­su­al­nych or­gii, by­wa­ją zwy­kle bar­dzo mier­ny­mi wy­ko­naw­ca­mi ta­kich scen w rze­czy­wi­sto­ści. Znam tyl­ko je­den wy­ją­tek od tego pra­wi­dła: Guy de Mau­pas­san­ta, ale też wi­dzia­łem, jak zszedł przez to do gro­bu.

Zda­ję so­bie spra­wę, że nie­któ­re sce­ny w mej książ­ce od­by­wa­ją się na trud­nym do okre­śle­nia po­gra­ni­czu rze­czy­wi­sto­ści z fan­ta­zją, owym nie­bez­piecz­nym te­re­nie, na któ­rym roz­bi­ły się nie­jed­ne pa­mięt­ni­ki i gdzie na­wet Go­ethe za­tra­cił ścież­kę, pi­sząc Dich­tung und Wahr­he­it.

Uczy­ni­łem wszyst­ko, co mo­głem, aby za po­mo­cą kil­ku zna­nych tech­nicz­nych sztu­czek nadać nie­któ­rym epi­zo­dom po­zór cie­ka­wych opo­wia­dań. Jest to osta­tecz­nie kwe­stia for­my. Był­bym bar­dzo za­do­wo­lo­ny, gdy­bym wie­dział, że mi się to uda­ło. Nie żą­dam, aby mi sta­le wie­rzo­no. I bez tego dość mam od­po­wie­dzial­no­ści.

Naj­więk­szym au­to­rem zaj­mu­ją­cych hi­sto­rii jest ży­cie. Lecz czyż ży­cie za­wsze mówi praw­dę? Nie zmie­nia się ono, nie wpły­wa nań ani czas, ani los, obo­jęt­ne jest na ludz­kie tro­ski i ra­do­ści, mil­czą­ce i ta­jem­ni­cze jak sfinks. Ale nasz świat, ową sce­nę z od­gry­wa­ją­cą się na niej usta­wicz­ną tra­ge­dią, sta­le zmie­nia mi­strzow­ska ręka wiel­kie­go re­ży­se­ra, aby wi­dzo­wie nie zmę­czy­li się nud­nym me­lo­dra­ma­tem; tre­ścią jego jest bez­sen­sow­na go­ni­twa za szczę­ściem, sta­rą zaś i zna­ną ni­cią prze­wod­nią – śmierć. Świat, w któ­rym ży­li­śmy wczo­raj, nie był świa­tem dzi­siej­szym. Nie­wzru­sze­nie i bez od­po­czyn­ku zmie­rza on przez nie­skoń­czo­ność do za­gła­dy, my zaś idzie­my wraz z nim. „Ża­den czło­wiek nie ką­pie się dwu­krot­nie w tej sa­mej rze­ce” – mó­wił He­ra­klit. Jed­ni z nas peł­za­ją na ko­la­nach, dru­dzy jadą kon­no lub au­tem, inni prze­ści­ga­ją w sa­mo­lo­tach go­łę­bie pocz­to­we. A wła­ści­wie do po­śpie­chu nie ma po­wo­dów; mo­że­my być zu­peł­nie pew­ni, iż osią­gnie­my cel we wła­ści­wym cza­sie.

Tak jest, świat, w któ­rym ży­łem za cza­sów mło­do­ści, nie był po­dob­ny do dzi­siej­sze­go (a przy­najm­niej tak mi się wy­da­je). Są­dzę, że bę­dzie to zda­nie rów­nież tych, któ­rzy czy­ta­jąc tę książ­kę będą szu­ka­li prze­szło­ści. Nie ma dziś roz­bój­ni­ków ma­ją­cych im­po­nu­ją­cą licz­bę ośmiu mor­derstw na su­mie­niu, któ­rzy za­pra­sza­li­by ob­ce­go, aby prze­spał się na ich ma­te­ra­cu w zbu­rzo­nej Me­sy­nie; pod ru­ina­mi wil­li Ne­ro­na w Ka­la­brii nie śpi już snem ty­siąc­let­nim gra­ni­to­wy sfinks; wście­kłe szczu­ry, któ­re mnie tak prze­ra­ża­ły w dziel­ni­cach Ne­apo­lu za­ra­żo­ne­go cho­le­rą, od daw­na już po­wró­ci­ły do swych gniazd w klo­akach miej­skich z cza­sów ce­sar­stwa rzym­skie­go; na Ana­ca­pri moż­na dziś po­je­chać au­tem, na szczyt Jung­frau pro­wa­dzi ko­lej, a na Mat­ter­horn wspi­na­ją się tu­ry­ści po sznu­ro­wych dra­bi­nach.

W mo­jej mroź­nej oj­czyź­nie sto­ją nadal jo­dły i so­sny chro­nią­ce pa­mięć mego dzie­ciń­stwa. Wpraw­dzie po­szar­pa­ły je bu­rze cza­su, lecz ci sta­rzy gre­na­die­rzy mają jesz­cze moc­ne pnie, we wło­sach ich leży śnieg, a szron bie­li im bro­dy do chwi­li, gdy na­dej­dzie wy­ba­wi­ciel­ka, nio­są­ca skost­nia­łym ludz­kim du­szom świer­got pta­ków, słoń­ce i ra­dość; ane­mo­ny bu­dzą się wów­czas wśród top­nie­ją­ce­go śnie­gu i we­so­ło są­czą­cych się po­to­ków.

Rze­ki śpie­wa­ją w mym kra­ju nadal, lecz umil­kły dziś har­fy wod­nic. Nie tań­czą już gno­my wśród śpią­cych kwia­tów w cza­sie let­nich nocy. Umar­ła pięk­na, błę­kit­no­oka pieśń lu­do­wa. W da­le­kim kra­ju, gdzie słoń­ce nig­dy nie za­cho­dzi, żyją jesz­cze La­poń­czy­cy i re­ni­fe­ry, pro­wa­dząc ko­czow­ni­cze, sa­mot­ne ży­cie. Pod­czas ostrych zim może i dzi­siaj jesz­cze za sa­nia­mi, zdą­ża­ją­cy­mi przez za­mar­z­nię­te je­zio­ro na pa­ster­kę, pę­dzi dy­szą­ca zgra­ja zgłod­nia­łych wil­ków o oczach ża­rzą­cych się jak wę­gle.

Ry­cer­ski, sta­ry niedź­wiedź, któ­ry nie­gdyś za­stą­pił mnie i Ri­stin dro­gę w Si­lva­gor­ge, od daw­na prze­niósł się na po­lo­wa­nia do wiecz­no­ści. Przez spie­nio­ny po­tok, któ­ry prze­pły­ną­łem z la­poń­ską dziew­czy­ną, prze­rzu­co­no most ko­le­jo­wy, a górę, gdzie prze­by­wał sta­ry, jed­no­oki Sta­lo, roz­sa­dzo­no, aby zbu­do­wać tu­nel. Sta­do bia­łych re­ni­fe­rów roz­pro­szy­ło się i srebr­ne ich dzwon­ki nie dzwo­nią już w mil­czą­cych la­sach wo­kół Fors­stu­ga­nu. Nie ma też ma­łe­go lud­ku, któ­ry miesz­kał w ciem­no­ściach pod na­mio­ta­mi La­poń­czy­ków; nikt nie wie, co się z nim sta­ło. La­poń­czy­cy mó­wią, że gno­my nie przy­no­szą już dzi­siaj po­ży­wie­nia niedź­wie­dziom śpią­cym w zi­mo­wych le­go­wi­skach. Dla­te­go mało ich jest te­raz w La­po­nii. Za­cza­ro­wa­na góra tak­że opu­sto­sza­ła. Ostat­nia wiedź­ma daw­no już ule­cia­ła Bóg wie do­kąd na swym sta­ro­świec­kim sa­mo­lo­cie. Błą­ka­ją się jesz­cze w pa­mię­ci ludz­kiej czar­no­księż­ni­cy i po­nu­re na­rzę­dzia tor­tur, a ską­pe kar­ły pil­nu­ją zło­ta, któ­re cza­row­ni­ca przed uciecz­ką zde­po­no­wa­ła u bo­ga­czy na wy­so­ki pro­cent i na czas nie­ogra­ni­czo­ny.

Le­śne bo­gin­ki i ru­sał­ki ist­nie­ją jesz­cze do dzi­siaj. Nie­któ­rzy mó­wią, że mają one po­stać pięk­nych dziew­cząt o go­rą­cych ustach, błysz­czą­cych oczach i bia­łych ko­bie­cych ra­mio­nach, że mają ludz­kie du­sze. Inni utrzy­mu­ją, że są to wła­ści­wie tyl­ko pta­ki o bo­ga­tym, barw­nym upie­rze­niu; wa­bią one cza­ru­ją­cy­mi to­na­mi pie­śni, któ­re sa­mot­ne­go wę­drow­ni­ka spro­wa­dza­ją na ma­now­ce, co­raz da­lej i da­lej od celu po­dró­ży. Je­że­li spo­tka kto wiedź­mę le­śną, po­wi­nien na­tych­miast uciec; lecz zgi­nie, je­że­li się od­wró­ci, żeby na nią spoj­rzeć. Oto­czy mu ra­mio­na­mi szy­ję, spło­szy sen z oczu i wy­ssie szpik z krę­go­słu­pa, za­nim opu­ści swą ofia­rę. Czło­wiek, któ­ry ją na­po­tka, zmie­nia się zu­peł­nie, stro­ni od wszyst­kich, cho­dzi wła­sny­mi dro­ga­mi, a lu­dzie mó­wią, że ma źle w gło­wie.

Zda­je mi się, że dziś mniej się spo­ty­ka gno­mów niż za cza­sów mo­je­go dzie­ciń­stwa, a jed­nak nie mogę uwie­rzyć, aby kto­kol­wiek z osób czy­ta­ją­cych roz­dział o La­po­nii od­wa­żył się za­prze­czyć, że owej nocy w Fors­stu­ga­nie sie­dział na sto­le praw­dzi­wy kra­sno­lu­dek, ostroż­nie cią­gną­cy de­wiz­kę przy moim ze­gar­ku. Oczy­wi­ście był to kra­sno­lu­dek naj­praw­dziw­szy! A któż inny, jak nie on? Mó­wię wam, że wi­dzia­łem go naj­do­kład­niej, usiadł­szy na łóż­ku, a było to w chwi­li, gdy ło­jów­ka mi­go­ta­ła, bli­ska za­ga­śnię­cia. Sta­ry Lars An­ders w Fors­stu­ga­nie i mat­ka Ker­stin daw­no już po­mar­li, ale mały kra­sno­lu­dek żyje jesz­cze gdzieś w da­le­kiej La­po­nii. Tyl­ko my, lu­dzie, umie­ra­my!

Mó­wio­no mi, że ist­nie­ją tacy, któ­rzy przez całe ży­cie nig­dy nie wi­dzie­li kra­sno­lud­ka. Współ­czu­ję im głę­bo­ko, gdyż wie­le stra­ci­li! Są­dzę, że są chy­ba krót­ko­wzrocz­ni. Może ze­psu­li so­bie oczy nad­mier­nym czy­ta­niem w szko­le? A może dzie­je się to dla­te­go, że dzie­ci wy­glą­da­ją dziś tak po­waż­nie i są prze­mą­drza­łe, a wy­ra­sta­ją bez my­śli i ma­rzeń na zgorzk­nia­łych lu­dzi nie­ma­ją­cych ani spo­ko­ju w du­szy, ani uczu­cia w ser­cach, ani chę­ci do ży­cia, ani od­wa­gi śmier­ci.

Lu­dzie dzi­siej­si mar­nu­ją zbyt wie­le cza­su na wy­słu­chi­wa­nie słów i my­śli in­nych. Le­piej by czy­ni­li, słu­cha­jąc wię­cej w spo­ko­ju i sku­pie­niu wła­snych my­śli. Wie­dzę mo­że­my przej­mo­wać od in­nych, lecz mą­dro­ści mu­si­my się na­uczyć sami. Źró­dło jej bie­rze po­czą­tek w nas sa­mych, z mil­czą­cej głę­bi na­szych sa­mot­nych roz­my­ślań i ma­rzeń. Woda jej jest prze­zro­czy­sta i zim­na jak praw­da – lecz smak ma gorz­ki jak łzy.

Axel Mun­the

Rzym, Vil­la Sve­zia

Maj 1931

II. PRZEDMOWA

Przy­by­łem do Lon­dy­nu, aby się na­tu­ra­li­zo­wać. Po­rę­czy­cie­lem moim miał być Hen­ry Ja­mes, któ­ry wła­śnie uzy­skał an­giel­skie oby­wa­tel­stwo. Ci­vis Bri­tan­ni­cus sum – mó­wił swym głę­bo­kim gło­sem. Wie­dział, że po­czy­ni­łem wie­le kro­ków, któ­re za­wio­dły, a sta­łem się zbyt nie­za­rad­ny, abym był zdol­ny po­móc in­nym. Zna mnie, wie­dział, co mnie cze­ka, i z ręką na mym ra­mie­niu za­py­tał, ja­kie mam dal­sze za­mia­ry. Od­rze­kłem, że chciał­bym po­rzu­cić Fran­cję na za­wsze i jak de­zer­ter ukryć się w mej sta­rej wie­ży, gdzie jest naj­wła­ściw­sze dla mnie miej­sce. Przy po­że­gna­niu przy­po­mniał radę, daną mi przed laty pod­czas po­by­tu na San Mi­che­le, abym na­pi­sał książ­kę o mo­jej sie­dzi­bie na wy­spie, któ­rą na­zwał naj­pięk­niej­szym za­kąt­kiem na zie­mi. Dla­cze­góż więc nie miał­bym na­pi­sać tej hi­sto­rii te­raz, gdy­by mi od­wa­gi star­czy­ło? Któż mógł­by opi­sać San Mi­che­le le­piej niż ja, któ­ry je zbu­do­wa­łem wła­sny­mi rę­ka­mi? Któż po­tra­fił­by le­piej opi­sać owe prze­pięk­ne frag­men­ty mar­mu­rów, roz­rzu­co­ne wo­ko­ło po ogro­dzie, w któ­rym nie­gdyś sta­ła wil­la Ty­be­riu­sza? A poza tym dla mnie, tak go­rą­co in­te­re­su­ją­ce­go się psy­cho­lo­gią, jak­że po­nęt­nym stu­dium by­ła­by po­sęp­na po­stać sta­re­go ce­sa­rza, któ­re­go zmę­czo­ne, cięż­kie kro­ki prze­mie­rza­ły mo­zai­ko­wą po­sadz­kę zna­le­zio­ną prze­ze mnie pod win­ni­cą, Dla czło­wie­ka nie­mo­gą­ce­go spać, a pra­gną­ce­go uciec od nę­dzy wła­sne­go ży­wo­ta, nie ma nic lep­sze­go niż pi­sa­nie książ­ki.

Były to jego ostat­nie sło­wa. Nig­dy już nie zo­ba­czy­łem mego przy­ja­cie­la.

Po­wró­ci­łem więc za­wsty­dzo­ny i przy­gnę­bio­ny do sta­rej wie­ży, do mej bez­płod­nej sa­mot­no­ści. W cza­sie, gdy każ­dy skła­da oj­czyź­nie swe ży­cie w ofie­rze, cho­dzi­łem po ciem­nej wie­ży bez ustan­ku, niby uwię­zio­ne zwie­rzę, a tym­cza­sem do­bie­ga­ły mnie wciąż świe­że wie­ści o cier­pie­niach i bó­lach. Od cza­su do cza­su, gdy nie­ubła­ga­ne świa­tło dzien­ne prze­sta­wa­ło drę­czyć me oczy, sze­dłem na San Mi­che­le po nowe wia­do­mo­ści. Znak an­giel­skie­go Czer­wo­ne­go Krzy­ża po­wie­wał nad nim, a dziel­nych, ran­nych wo­ja­ków uzdra­wia­ło to samo słoń­ce, któ­re wy­gna­ło mnie z uko­cha­ne­go domu. A co się ty­czy owych wie­ści… Cze­ka­nie wy­da­je się nie­skoń­cze­nie dłu­gie dla tych, któ­rym nic in­ne­go nie po­zo­sta­je. Lecz któż z nas miał­by od­wa­gę przy­znać się do tego, co od­czu­wa­li wszy­scy, że cię­żar wła­snej tro­ski wy­da­wał się lżej­szy, gdy wo­ko­ło każ­dy męż­czy­zna i każ­da ko­bie­ta po­grą­że­ni byli w ża­ło­bie, i że rana wła­snej pier­si go­iła się prę­dzej na wi­dok krwi są­czą­cej się z wie­lu in­nych ran.

Któż mógł­by się od­wa­żyć na uty­ski­wa­nie nad wła­snym lo­sem, gdy roz­strzy­ga­ły się losy świa­ta? Któż miał­by od­wa­gę ję­czeć z bólu, gdy tylu oka­le­czo­nych lu­dzi le­ża­ło na no­szach, mil­cząc i za­ci­ska­jąc zęby?

Wresz­cie bu­rza uci­chła. W sta­rej wie­ży pa­no­wa­ła nadal głę­bo­ka ci­sza. Ży­łem sa­mot­nie ze swym lę­kiem.

Czło­wiek stwo­rzo­ny zo­stał w ten spo­sób, aby mógł dźwi­gać swój krzyż; po to dane mu są sil­ne ra­mio­na. A znieść może on wie­le, je­że­li zdol­ny jest znieść sa­me­go sie­bie. Może żyć bez na­dziei, ra­do­ści, ksią­żek, na­wet bez mu­zy­ki, do­pó­ki może iść za bie­giem wła­snych my­śli, słu­chać śpie­wu pta­ka za oknem lub gło­su mo­rza z od­da­li. Po­wie­dzia­no mi na­wet w St. Dun­stan2, że czło­wiek po­tra­fi żyć bez świa­tła, lecz ci, któ­rzy o tym mó­wi­li, byli bo­ha­te­ra­mi. Je­dy­nie bez snu czło­wiek nie może żyć. Gdy prze­sta­łem spać, za­czą­łem pi­sać ni­niej­szą książ­kę – wszel­kie inne środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce za­wio­dły. I po­wo­dze­nie sprzy­ja­ło mi wy­bit­nie. Bło­go­sła­wi­łem Hen­ry’ego Ja­me­sa za jego radę – gdyż za­czą­łem ostat­nio spać o wie­le le­piej. Pi­sa­nie książ­ki spra­wia­ło mi na­wet przy­jem­ność i wca­le się nie dzi­wię, że lu­dzie tyle pi­szą w ostat­nich cza­sach. Księ­gę o San Mi­che­le pi­sa­łem, nie­ste­ty, w cięż­kich oko­licz­no­ściach; od razu na po­cząt­ku pra­cy prze­szko­dził mi nie­spo­dzie­wa­ny in­truz. Usiadł na­prze­ciw mnie przy biur­ku i za­czął bar­dzo cha­otycz­nie prze­chwa­lać się swy­mi przej­ścia­mi, jak­by te głup­stwa mo­gły in­te­re­so­wać ko­go­kol­wiek poza nim sa­mym. Spo­sób, w jaki mi bez prze­rwy opo­wia­dał o róż­nych swych spra­wach, a w któ­rych za­wsze wy­stę­po­wał jako bo­ha­ter, był cał­kiem nie­an­giel­ski i prze­szka­dzał mi, gdyż wciąż zmu­szo­ny by­łem my­śleć, że ten mło­dy czło­wiek tyl­ko sa­me­go sie­bie wi­dzi w ko­smo­sie. Wy­da­wa­ło mi się, że prze­ko­na­ny jest o swym cał­ko­wi­tym ro­zu­mie­niu sta­ro­żyt­nej sztu­ki, ar­chi­tek­tu­ry, psy­cho­lo­gii, śmier­ci i ży­cia po­za­gro­bo­we­go. Me­dy­cy­na mu­sia­ła być jego ulu­bio­ną na­uką. Przed­sta­wił mi się jako neu­ro­log i pysz­nił się – jak tyłu in­nych – że był uczniem Char­co­ta.

Nie­chże Bóg ma w opie­ce jego pa­cjen­tów – po­my­śla­łem so­bie. Gdy wy­mie­nił na­zwi­sko wiel­kie­go mi­strza z Sal­pêtri­ère, zda­wa­ło mi się przez chwi­lę, że spo­tka­łem już tego mło­dzień­ca kie­dyś przed wie­lo­ma laty. Lecz na­tych­miast osą­dzi­łem, że to myśl śmiesz­na: mój gość wy­glą­dał mło­do i pro­mie­niał ra­do­ścią ży­cia, ja zaś czu­łem się umę­czo­ny i sta­ry. Jego nie­koń­czą­ce się prze­chwał­ki i pew­na sie­bie, zbyt gło­śna ha­ła­śli­wość dzia­ła­ły mi na ner­wy, a co gor­sza, za­czą­łem wkrót­ce poj­mo­wać, że mło­dzie­niec przez cały czas kpił ze mnie w ła­god­ny spo­sób, jak to bywa w zwy­cza­ju mło­dych lu­dzi w sto­sun­ku do star­szych. Nie­le­d­wie prze­ko­ny­wał mnie, iż nie ja, lecz on zbu­do­wał San Mi­che­le. Mó­wił, że ko­cha tę wy­sep­kę i miesz­kał­by tam za­wsze. Po­wie­dzia­łem mu wresz­cie, żeby mi dał spo­kój, że chcę na­pi­sać książ­kę o San Mi­che­le i od­ma­lo­wać w niej owe pięk­ne szcząt­ki mar­mu­rów z wil­li Ty­be­riu­sza.

– Bied­ny star­cze – rzekł ele­gant z po­błaż­li­wym uśmie­chem – bre­dzisz! Oba­wiam się, że nie mo­żesz na­wet od­czy­tać swe­go wła­sne­go pi­sma. Nie opo­wia­dasz wca­le o pięk­nych, mar­mu­ro­wych szcząt­kach wil­li Ty­be­riu­sza, lecz przez cały czas wy­do­sta­jesz z mro­ków za­po­mnie­nia drob­ne i ubo­gie frag­men­ty twe­go wła­sne­go zła­ma­ne­go ży­cia.

Tor­re di Ma­te­ri­ta, 1928

1. MŁODOŚĆ

Wysko­czy­łem na brzeg z ło­dzi, któ­ra przy­wio­zła mnie z Sor­ren­to. Chłop­cy gro­ma­da­mi ba­wi­li się mię­dzy prze­wró­co­ny­mi ło­dzia­mi i ką­pa­li w przy­pły­wie fal swe smu­kłe, brą­zo­we cia­ła. Sta­rzy ry­ba­cy w czer­wo­nych fry­gij­skich czap­kach ła­ta­li przed szo­pa­mi sie­ci. Po dru­giej stro­nie przy­sta­ni sta­ło sześć osio­dła­nych osłów w uprzę­żach ozdo­bio­nych bu­kie­ta­mi kwia­tów. Przy nich ty­leż dziew­cząt tań­czy­ło i śpie­wa­ło; każ­da mia­ła w czar­nych wło­sach wpię­te srebr­ne spa­del­la3, a na ra­mio­nach za­rzu­co­ną czer­wo­ną chust­kę. Osio­łek, któ­ry miał mnie za­nieść na Ca­pri, na­zy­wał się Ro­si­na, a dziew­czy­nie na imię było Gio­ia. W jej czar­nych oczach pa­li­ła się ogni­sta mło­dość, war­gi czer­wie­nia­ły niby sznur ko­ra­li na jej szyi, a gdy się śmia­ła, moc­ne, bia­łe zęby po­ły­ski­wa­ły jak per­ły. Mó­wi­ła, że ma do­pie­ro pięt­na­ście lat, ja zaś po­wie­dzia­łem so­bie skry­cie, że je­stem dziś młod­szy niż kie­dy­kol­wiek. Ale Ro­si­na była sta­ra, è an­ti­ca – mó­wi­ła Gio­ia. Usu­ną­łem się więc z sio­dła i wi­ją­cą się ścież­ką za­czą­łem się wspi­nać lek­kim kro­kiem do wio­ski. Przede mną bie­gła Gio­ia bosa i ukwie­co­na jak mło­da ba­chant­ka, a za mną, po­grą­żo­na w głę­bo­kiej za­du­mie, po­ty­ka­ła się w swych zgrab­nych, czar­nych bu­ci­kach sta­ra Ro­si­na z po­chy­lo­ną gło­wą i zwi­sa­ją­cy­mi usza­mi. Nie mia­łem cza­su na roz­my­śla­nia, by­łem pe­łen po­dzi­wu i za­chwy­tu, ser­ce prze­peł­nia­ła ra­dość ży­cia, świat wy­da­wał się pięk­ny, a ja mia­łem osiem­na­ście lat. Dro­ga wiła się wśród krza­ków gło­gu i kwit­ną­ce­go mir­tu. Gdzie­nieg­dzie wśród pach­ną­cych traw kwia­ty wzno­si­ły swe wdzięcz­ne głów­ki, aby się nam przyj­rzeć. Wie­lu z nich nig­dy nie wi­dzia­łem w kra­inie Lin­ne­usza.

– Jak się na­zy­wa ten kwiat? – spy­ta­łem Gio­ię.

Wy­ję­ła mi go z ręki i po­pa­trzy­ła na nie­go z czu­ło­ścią.

– Fio­re! – od­rze­kła.

– A ten? Spoj­rza­ła z tą samą tkli­wo­ścią.

– Fio­re! – od­par­ła.

– A ten?

– Fio­re! Bel­lo! Bel­lo!

Rwa­ła pach­ną­ce mir­ty, ale nie chcia­ła mi ich dać. Po­wie­dzia­ła, że są dla San Co­stan­za, pa­tro­na i obroń­cy Ca­pri, któ­ry jest cały ze sre­bra i tyle cu­dów uczy­nił. San Co­stan­zo bel­lo! Bel­lo!

W dłu­gim sze­re­gu zbli­ża­ły się do nas dziew­czę­ta nio­są­ce na gło­wach bry­ły po­ro­wa­tej lawy. Szły dum­ne, niby or­szak ka­ria­tyd z Erech­teum. Jed­na z nich dała mi z uśmie­chem po­ma­rań­czę. Była to sio­stra Gioi i wy­da­ła mi się jesz­cze pięk­niej­sza od niej. Tak, ośmio­ro ro­dzeń­stwa było w domu, a dwo­je in pa­ra­di­so. Oj­ciec, po­ła­wiacz ko­ra­li, prze­by­wał w „Bar­ba­rii”4. Spójrz­cie, jaki pięk­ny sznur ko­ra­li wła­śnie przy­słał! Che bel­la col­la­na, bel­la, bel­la!

– I ty je­steś pięk­na, Gio­ia, bel­la, bel­la!

– Tak – od­par­ła z pro­sto­tą.

Po­tkną­łem się o ja­kąś strza­ska­ną mar­mu­ro­wą ko­lum­nę.

– Roba di Tim­be­rio!5 – ob­ja­śni­ła Gio­ia. – Tim­be­rio cat­ti­vo6, Tim­be­rio mal’oc­chio7, Tim­be­rio ca­mor­ri­sta8 – i splu­nę­ła na mar­mur.

– Tak – rze­kłem, ma­jąc świe­żo w pa­mię­ci Ta­cy­ta i Swe­to­niu­sza. – Tim­be­rio cat­ti­vo!

Skrę­ci­li­śmy na wiej­ską dro­gę i do­tar­li­śmy do piaz­zy. Przy mu­rze nad brze­giem mo­rza sta­ło kil­ku ma­ry­na­rzy, przed oste­rią don An­to­nia sie­dzia­ło paru za­spa­nych miesz­kań­ców Ca­pri, a na stop­niach ko­ścio­ła kil­ku księ­ży ge­sty­ku­lo­wa­ło dzi­ko, pro­wa­dząc oży­wio­ną roz­mo­wę:

– Mo­ne­ta! Mo­ne­ta! Mol­to mo­ne­ta! Nien­te mo­ne­ta!9

Gio­ia pod­bie­gła i po­ca­ło­wa­ła rękę swe­go spo­wied­ni­ka, don Gia­cin­ta; był on praw­dzi­wym świę­tym, jak­kol­wiek na nie­go nie wy­glą­dał. Dziew­czy­na spo­wia­da­ła się dwa razy w cią­gu mie­sią­ca. A ile razy… ja? Nie spo­wia­da­łem się w ogó­le nig­dy.

Cat­ti­vo! Cat­ti­vo!

Czy Gio­ia opo­wie­dzia­ła­by don Gia­cin­to­wi, że tam, pod cy­try­no­wym drze­wem, po­ca­ło­wa­łem ją w po­li­czek?

Oczy­wi­ście nie!

Prze­szli­śmy przez wieś i sta­nę­li­śmy przy Pun­ta Tra­ga­ra.

– Mu­szę na­tych­miast wejść na szczyt tej ska­ły – po­wie­dzia­łem, wska­zu­jąc naj­bar­dziej stro­my wierz­cho­łek z trzech Fa­ra­glio­ni, błysz­czą­cych jak ame­ty­sty u na­szych stóp.

Gio­ia pew­na była, że nie po­tra­fił­bym tego do­ko­nać. Ja­kiś ry­bak pró­bo­wał kie­dyś zra­bo­wać stam­tąd jaja mew, ale zo­stał zrzu­co­ny do mo­rza przez złe­go du­cha, któ­ry prze­by­wa tam w po­sta­ci błę­kit­nej jasz­czur­ki, błę­kit­nej jak Gro­ta La­zu­ro­wa; pil­nu­je zło­te­go skar­bu ukry­te­go nie­gdyś przez sa­me­go Ty­be­riu­sza. Po­nad miłą wio­ską na tle za­chod­nie­go nie­ba wzno­sił się po­sęp­ny za­rys Mon­te So­la­ro, dzi­ko po­szar­pa­ny i nie­do­stęp­ny.

– Mu­szę się tam za­raz wy­brać! – zde­cy­do­wa­łem.

Jed­nak Gioi nie spodo­bał się ten plan. Stro­ma ścież­ka o sied­miu­set sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu stop­niach, wy­ku­ta w ska­le przez sa­me­go „Tim­be­ria”, pro­wa­dzi wpraw­dzie na samą górę po zbo­czu, ale w po­ło­wie wy­so­ko­ści, w ciem­nym wą­wo­zie prze­by­wa strasz­li­wy wil­ko­łak, któ­ry po­żarł już wie­lu cri­stia­ni.

Scho­dy pro­wa­dzą na Ana­ca­pri; ale miesz­ka­ją tam je­dy­nie gen­te di mon­ta­gna10, lu­dzie bar­dzo źli; ża­den fo­re­stie­re11 nig­dy tam nie cho­dzi i ona nig­dy tam jesz­cze nie była. Le­piej wy­brać się do Vil­la Tim­be­rio, do Arco Na­tu­ra­le albo do Grot­ta Ma­tro­ma­nia.

– Nie, nie mam cza­su! – od­rze­kłem – mu­szę na­tych­miast wspiąć się wła­śnie na tę górę. Mó­wisz, żeby wró­cić na piaz­zę, gdyż za­rdze­wia­łe dzwo­ny sta­rej cam­pa­ni­li dzwo­nią już na po­łu­dnie, oznaj­mia­jąc, że mac­che­ro­ni są go­to­we? Ra­dzisz zjeść co­kol­wiek pod wiel­ką pal­mą ho­te­lu Pa­ga­no? Więc trzy da­nia i do­wol­na ilość wina kosz­tu­ją tyl­ko jed­ne­go lira…? Nie, szko­da cza­su, mu­szę na­tych­miast wspiąć się na tę górę.

– Ad­dio, Gio­ia, bel­la, bel­la! Ad­dio, Ro­si­na!

– Ad­dio, ad­dio, e pre­sto ri­tor­no!12

Ach, pre­sto ri­tor­no!

– E un paz­zo in­gle­se!13 – usły­sza­łem ostat­nie sło­wa z pą­so­wych ust Gioi, gdy bez­wied­nie pod­daw­szy się lo­so­wi, sze­dłem fe­nic­ki­mi stop­nia­mi w górę na Ana­ca­pri. Po dro­dze do­pę­dzi­łem sta­rą ko­bie­tę, nio­są­cą na gło­wie duży kosz po­ma­rańcz.

– Buon gior­no, si­gno­ri­no. – Po­sta­wiw­szy ko­szyk na zie­mi, po­da­ła mi po­ma­rań­czę. Na owo­cach le­ża­ła pa­czusz­ka li­stów i ga­zet, za­wią­za­na w czer­wo­ną chust­kę. Była to sta­ra Ma­ria por­ta-let­te­re14, przy­no­szą­ca dwa razy ty­go­dnio­wo pocz­tę na Ana­ca­pri. Póź­niej sta­ła się moją przy­ja­ciół­ką na całe ży­cie i by­łem obec­ny przy jej śmier­ci, gdy umie­ra­ła ma­jąc dzie­więć­dzie­siąt pięć lat. Po­grze­ba­ła mię­dzy li­sta­mi, wy­bra­ła naj­więk­szy i po­pro­si­ła, abym jej po­wie­dział, czy nie jest on dla Nan­ni­ny la cra­pa­ra15, któ­ra z ta­kim utę­sk­nie­niem cze­ka na „let­te­ra” od swe­go męża z Ame­ry­ki. Nie, list nie był dla niej. A może ten? Nie, ten jest dla si­gno­ry Des­de­mo­ny Vac­ca.

– Si­gno­ra Des­de­mo­na Vac­ca? – po­wtó­rzy­ła sta­ra nie­do­wie­rza­ją­co – może ma pan na my­śli la mo­glie de­lio scar­te­luz­zo16? – rze­kła z na­my­słem. Na­stęp­ny list był do si­gno­ra Ulis­sa De­si­de­ro.

– My­ślę, że pan mówi o moim ca­po­li­mo­ne17? – po­wie­dzia­ła sta­ra Ma­ria – taki sam list do­stał przed mie­sią­cem.

Na­stęp­ny był dla Gen­ti­lis­si­ma Si­gno­ri­na Ro­si­na Maz­za­rel­la. Zi­den­ty­fi­ko­wa­nie tej oso­by szło ja­koś trud­niej.

– Czy to la cac­cia­ca­val­la­ra18, czy la zop­pa­rel­la19? Może la ca­pa­to­sta20? La fe­mi­na an­ti­ca21? Albo ro­si­nel­la pane asciut­to22? A może la fes­se­ria23? – za­sta­na­wia­ła się dru­ga ko­bie­ta, któ­ra nas wła­śnie do­go­ni­ła, nio­sąc na gło­wie kosz z ry­ba­mi.

Tak, ten list mógł być dla fes­se­ria, gdy­by nie był dla tej pane e ci­pol­la24. Ale nie przy­szedł list ani dla Pe­pi­nel­li ncop­po u cam­po­san­to25, ani dla Ma­riu­cel­li ca­pa­ros­sa26, ani dla Gio­van­ni­ny am­maz­za­ca­ne27, któ­re ocze­ki­wa­ły la let­te­ra z Ame­ry­ki. Nie, przy­kro mi, ale nie mam dla nich nic. Ga­ze­ty były dla il re­ve­ren­do par­ro­co don An­to­nio di Giu­sep­pe i dla il ca­no­ni­co don Na­ta­le di Tom­ma­so – o tym sta­ra wie­dzia­ła, gdyż byli je­dy­ny­mi abo­nen­ta­mi. Par­ro­co był bar­dzo uczo­nym czło­wie­kiem: orien­to­wał się za­wsze, dla kogo li­sty były prze­zna­czo­ne. Ale dzi­siaj prze­by­wał w od­wie­dzi­nach u ar­cy­bi­sku­pa w Sor­ren­to i dla­te­go Ma­ria po­pro­si­ła mnie o prze­czy­ta­nie ad­re­sów. Nie wie­dzia­ła, ile ma lat, pa­mię­ta­ła tyl­ko, że roz­wo­zi­ła pocz­tę od pięt­na­ste­go roku ży­cia, od­kąd jej mat­ka mu­sia­ła za­nie­chać tego za­ję­cia. Nie umia­ła oczy­wi­ście czy­tać. Gdy jej opo­wie­dzia­łem, że przy­by­łem do Sor­ren­to z rana pocz­to­wym stat­kiem i że nic od tego cza­su nie ja­dłem, ofia­ro­wa­ła mi jesz­cze jed­ną po­ma­rań­czę, któ­rą zja­dłem ze skór­ką; dru­ga ko­bie­ta dała mi za­raz ze swe­go ko­sza parę frut­ti di mare, któ­re przy­pra­wi­ły mnie o sza­lo­ne pra­gnie­nie.

Czy na Ana­ca­pri jest obe­rża? Nie, Ana­rel­la, żona za­kry­stia­na, da mi do­bre­go owcze­go sera i szklan­kę świet­ne­go wina z win­ni­cy księ­dza don Dio­ni­sia, swe­go wuja. Wspa­nia­łe wino! Poza tym jest la bel­la Mar­ghe­ri­ta, o któ­rej na pew­no sły­sza­łem; ta, któ­rej ciot­ka wy­szła za mąż za un lord in­gle­se. Nie, nie wie­dzia­łem o tym, ale bar­dzo pra­gnął­bym po­znać la bel­la Mar­ghe­ri­ta.

Osią­gnę­li­śmy wresz­cie szczyt sied­miu­set sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu schod­ków, sta­jąc pod łu­kiem u wej­ścia. Do ska­ły przy­twier­dzo­ne były jesz­cze cięż­kie, że­la­zne za­wia­sy daw­ne­go zwo­dzo­ne­go mo­stu. Znaj­do­wa­li­śmy się na Ana­ca­pri. U na­szych stóp le­ża­ła cała za­to­ka ne­apo­li­tań­ska: Ischia, Pro­ci­da, Po­sil­li­po po­ro­słe la­sa­mi pi­nii, bia­ła li­nia Ne­apo­lu mi­go­cą­ca w świe­tle słoń­ca, We­zu­wiusz w ró­żo­wej chmu­rze dymu, rów­ni­na Sor­ren­to pod Mon­te Sant’An­ge­lo i da­le­kie, po­kry­te jesz­cze śnie­giem Ape­ni­ny. Wprost nad na­szy­mi gło­wa­mi wzno­si­ła się ucze­pio­na stro­mej ska­ły, niby orle gniaz­do, mała roz­wa­lo­na ka­pli­ca. Ko­pu­ła się za­pa­dła, ale duże blo­ki muru, uło­żo­ne w dziw­ny de­seń niby sy­me­trycz­na sieć pod­pie­ra­ły kru­szą­ce się skle­pie­nie.

– Roba di Tim­be­rio – ob­ja­śnia­ła sta­ra Ma­ria.

– Jak się na­zy­wa ta ka­plicz­ka? – spy­ta­łem go­rącz­ko­wo.

– San Mi­che­le.

„San Mi­che­le! San Mi­che­le!” – za­brzmia­ło mi echem w ser­cu.

Obok ka­pli­cy stał sta­ry czło­wiek i ko­pał głę­bo­kie bruz­dy pod mło­de wi­no­ro­śle.

– Buon gior­no, ma­stro Vin­cen­zo!

I win­ni­ca, i sto­ją­cy w po­bli­żu niej do­mek na­le­ża­ły do nie­go. Zbu­do­wał go wła­sny­mi rę­ka­mi z ka­mie­ni i ce­gieł, z roba di Tim­be­rio le­żą­cych do­oko­ła w ogro­dzie. Ma­ria por­ta-let­te­re opo­wie­dzia­ła mu wszyst­ko, co o mnie wie­dzia­ła, i ma­stro Vin­cen­zo za­pro­po­no­wał mi, abym wy­pił szklan­kę wina i po­sie­dział w jego ogro­dzie. Po­pa­trzy­łem na do­mek, na ka­pli­cę i ser­ce za­czę­ło mi bić tak sil­nie, że za­le­d­wie mo­głem mó­wić.

– Chcę tam za­raz wejść – rze­kłem do Ma­rii.

Są­dzi­ła jed­nak, że le­piej bę­dzie, je­śli przed­tem pój­dę z nią i po­si­lę się nie­co, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie nic już nie do­sta­nę. Głód i pra­gnie­nie skło­ni­ły mnie do pój­ścia za jej radą, jak­kol­wiek się wa­ha­łem. Ski­ną­łem więc w stro­nę ma­stra Vin­cen­za, da­jąc znak, że nie­dłu­go do nie­go po­wró­cę. Ustron­ny­mi dro­ga­mi do­szli­śmy wkrót­ce do ja­kiejś pia­zet­ty.

Ecco la bel­la Mar­ghe­ri­ta!

La bel­la Mar­ghe­ri­ta po­sta­wi­ła na sto­le w swym ogro­dzie bu­tel­kę z ró­żo­wym wi­nem i bu­kiet kwia­tów, po czym oznaj­mi­ła, że mac­che­ro­ni przy­go­tu­je za pięć mi­nut. Pięk­na była jak Flo­ra Ty­cja­na, o wspa­nia­łych ry­sach i czy­sto grec­kim pro­fi­lu. Przy­nio­sła wkrót­ce ol­brzy­mi ta­lerz mac­che­ro­ni i usia­dła przy mnie, przy­glą­da­jąc mi się z uśmie­chem i cie­ka­wo­ścią.

– Vino del par­ro­co28 – po­wta­rza­ła z dumą, ile­kroć na­peł­nia­ła mi szklan­kę. Wy­pi­łem za zdro­wie il par­ro­ca, za zdro­wie jej oraz ciem­no­okiej sio­stry, la bel­la Giu­lia, któ­ra na­de­szła z po­ma­rań­cza­mi ze­rwa­ny­mi w ogro­dzie. Ro­dzi­ce ich nie żyli, brat An­drea był ma­ry­na­rzem i Bóg wie, gdzie te­raz prze­by­wał; ale ich ciot­ka miesz­ka­ła we wła­snej wil­li na Ca­pri. Chy­ba mi wia­do­mo, że wy­szła za mąż za „lor­da in­gle­se”? Ależ tak, oczy­wi­ście, wiem o tym, tyl­ko za­po­mnia­łem jej na­zwi­ska.

– Lady Gran­dley – po­wie­dzia­ła la bel­la Mar­ghe­ri­ta z dumą.

Zdo­by­łem się jesz­cze na wy­pi­cie za jej po­myśl­ność, a po­tem nie przy­po­mi­nam so­bie nic wię­cej; pa­mię­tam tyl­ko sza­fi­ro­we nie­bo, ru­bi­no­we wino pro­bosz­cza i zło­to­wło­są, uśmiech­nię­tą Mar­ghe­ri­tę sie­dzą­cą obok mnie.

San Mi­che­le! – za­dźwię­cza­ło mi rap­tem w uszach, San Mi­che­le, ode­zwa­ło się echem głę­bo­ko w mym ser­cu.

– Ad­dio, bel­la Mar­ghe­ri­ta! – Ad­dio e pre­sto ri­tor­no! – Ach, to pre­sto ri­tor­no!

Sze­dłem z po­wro­tem pu­sty­mi uli­ca­mi, kie­ru­jąc się moż­li­wie naj­prost­szą dro­gą do celu. Na­de­szła wła­śnie świę­ta go­dzi­na sje­sty i cała wio­ska spa­ła. Osa­mot­nio­na le­ża­ła piaz­za w pra­żą­cym słoń­cu. Ko­ściół był za­mknię­ty i tyl­ko z otwar­tych na wpół drzwi szko­ły gmin­nej dud­nił w ci­szy sen­nie i mo­no­ton­nie sten­to­ro­wy głos wie­leb­ne­go ka­no­ni­ka don Na­ta­la.

– Io mi am­ma­zo, tui ti am­maz­zi, egli si am­maz­za, noi ci am­maz­zia­mo, voi vi am­maz­za­te, loro si am­maz­za­no29 – po­wta­rza­ło ryt­micz­nym chó­rem kil­ku­na­stu bo­sych chłop­ców, przy­sia­dłych wo­kół swe­go na­uczy­cie­la.

Ni­żej na dro­dze sta­ła rzym­ska ma­tro­na. Była to Ana­rel­la da­ją­ca mi przy­ja­ciel­skie zna­ki, abym się przy­bli­żył. Dla­cze­go po­sze­dłem do la bel­la Mar­ghe­ri­ta, za­miast do niej? Czyż­bym nie wie­dział, że jej ca­cia­val­lo to naj­lep­szy ser w ca­łej wsi? A co się ty­czy wina, to wia­do­mo każ­de­mu, że wino pro­bosz­cza nie może po­rów­nać się z wi­nem wie­leb­ne­go don Dio­ni­sia.

– Al­tro che il vino del par­ro­co!30 – do­da­ła z wie­le zna­czą­cym wzru­sze­niem ra­mion.

Gdy sie­dzia­łem pod jej per­go­lą przed bu­tel­ką bia­łe­go wina don Dio­ni­sia, za­świ­ta­ło mi, że Ana­rel­la mo­gła­by mieć słusz­ność, chcąc jed­nak być spra­wie­dli­wym, mu­sia­łem wy­pić całą bu­tel­kę, za­nim wy­po­wie­dzia­łem osta­tecz­ne zda­nie. Lecz gdy uśmiech­nię­ta cór­ka Ana­rel­li, Gio­con­da, na­la­ła mi dru­gą szklan­kę ze świe­żej bu­tel­ki, już się zde­cy­do­wa­łem: tak jest, bia­łe wino don Dio­ni­sia było świet­ne! Wy­glą­da­ło jak płyn­ne słoń­ce i sma­ko­wa­ło jak nek­tar bo­gów, a Gio­con­da, gdy na­peł­nia­ła moją pu­stą szklan­kę, wy­glą­da­ła jak mło­da Hebe.

– Al­tro che il vino del par­ro­co! Czy ci nie mó­wi­łam – śmia­ła się Ana­rel­la. – E un vino mi­ra­co­lo­so!

Rze­czy­wi­ście spra­wia­ło cuda, gdyż na­gle za­czą­łem mó­wić po wło­sku płyn­nie i z za­wrot­ną szyb­ko­ścią, bu­dząc gło­śny śmiech mat­ki i cór­ki. Uczu­łem wiel­ką przy­jaźń dla don Dio­ni­sia: po­do­ba­ło mi się jego imię i za­sma­ko­wa­ło jego wino; po­wie­dzia­łem, że chciał­bym go po­znać. Nic ła­twiej­sze­go – wie­czo­rem bę­dzie miał ka­za­nie w ko­ście­le do fi­glie di Ma­ria31.

– Bar­dzo jest uczo­ny – po­wie­dzia­ła Ana­rel­la – umie na pa­mięć imio­na wszyst­kich mę­czen­ni­ków i świę­tych, był na­wet w Rzy­mie i uca­ło­wał rękę pa­pie­ża.

A czy ona sama była w Rzy­mie? Nie. W Ne­apo­lu? Też nie. Raz tyl­ko na Ca­pri w dniu wła­sne­go ślu­bu, ale Gio­con­da nig­dy tam nie była; na Ca­pri prze­by­wa­ją sami gen­te ma­la­men­te32? Po­wie­dzia­łem Ana­rel­li, że wia­do­mo mi wszyst­ko o pa­tro­nie Ca­pri: wiem, ile uczy­nił cu­dów, wiem, że jest pięk­ny i cały z ma­syw­ne­go sre­bra. Na­stą­pi­ło kło­po­tli­we mil­cze­nie.

– Tak, oni mó­wią, że ich Co­stan­zo jest cały ze sre­bra – rzu­ci­ła wresz­cie Ana­rel­la, wzru­sza­jąc po­gar­dli­wie ra­mio­na­mi – ale kto wie, chi lo sa? A co się ty­czy jego cu­dów, to moż­na je po­li­czyć na pal­cach. Sant’An­to­nio, pa­tron Ana­ca­pri, uczy­nił ich wię­cej niż sto. Al­tro che San Co­stan­zo! – Uczu­łem się na­raz zu­peł­nie po­zy­ska­ny dla Sant’An­to­nia i z ca­łe­go ser­ca chcia­łem wie­rzyć w moż­li­wość cudu, któ­ry oby mnie spro­wa­dził znów jak naj­prę­dzej do tej uro­czej wio­ski. Po­czci­wa Ana­rel­la mia­ła tyle za­ufa­nia do jego zdol­no­ści cu­do­twór­czych, że sta­now­czo od­mó­wi­ła przy­ję­cia pie­nię­dzy.

– Pa­ghe­re­te unal­tra vol­ta, za­pła­ci pan in­nym ra­zem!

– Ad­dio, Ana­rel­la, ad­dio, Gio­con­da!

– Ar­ri­ve­der­la, pre­sto ri­tor­no, Sant’An­to­nio vi be­ne­dic­ta! La Ma­don­na vi ac­com­pa­gni!33

Kie­dy wró­ci­łem, sta­ry ma­stro Vin­cen­zo pra­co­wał jesz­cze w swej win­ni­cy. Zie­mia, w któ­rej rył głę­bo­kie bruz­dy pod mło­de wi­no­ro­śla, pach­nia­ła ożyw­czo. Nie­kie­dy wy­do­by­wał z niej pły­tę ko­lo­ro­we­go mar­mu­ru albo ka­wał czer­wo­ne­go stiu­ku i wy­rzu­cał je za mur.

– Roba di Tim­be­rio – mó­wił.

Usia­dłem przy moim przy­ja­cie­lu na strza­ska­nej ko­lum­nie z czer­wo­ne­go gra­ni­tu.

– Era mol­to duro, trud­no ją roz­bić – po­wie­dział ma­stro Vin­cen­zo.

U mo­ich stóp grze­ba­ła w zie­mi kura, szu­ka­jąc ro­ba­ków, i na­gle spo­strze­głem tuż przede mną le­żą­cą mo­ne­tę. Pod­nio­słem ją i od razu po­zna­łem szla­chet­ną gło­wę Au­gu­sta. Di­vus Au­gu­stus Pa­ter. Mam ją do­tych­czas. Ma­stro Vin­cen­zo orzekł, że nie jest war­ta ani jed­ne­go ba­ioc­co34. Za­ło­żył so­bie sam ten ogród i wła­sny­mi rę­ka­mi za­sa­dził wszyst­kie te wi­no­ro­śle i figi.

– Cięż­ka to ro­bo­ta – mó­wił, po­ka­zu­jąc swe twar­de, zro­go­wa­cia­łe dło­nie – w gle­bie jest peł­no roba di Tim­be­rio.

Ko­lum­ny, ka­pi­te­le, roz­bi­te po­są­gi i te­ste di cri­stia­ni35, za­nim za­sa­dził wi­no­gro­na, mu­siał ko­pać głę­bo­ko, aby cały ten gruz usu­nąć. Ko­lum­ny roz­bił i zro­bił z nich scho­dy. Do bu­do­wy domu przy­da­ły mu się nie­któ­re ka­wa­ły mar­mu­ru. Resz­tę zrzu­cił w prze­paść. Sprzy­ja­ło mu jed­nak szczę­ście, bo nie­spo­dzia­nie zna­lazł pod do­mem duży pod­ziem­ny po­kój. Miał on ścia­ny czer­wo­ne jak ten ka­wa­łek mar­mu­ru tam pod brzo­skwi­nią, a za­ma­lo­wa­ne były sa­my­mi cri­stia­ni tut­ti spo­glia­ti, bal­lan­do come dei paz­zi36, któ­rzy trzy­ma­li w rę­kach kwia­ty i wi­no­gro­na.

Zdra­pa­nie tych ma­lo­wi­deł i po­kry­cie ce­men­tem ścian kosz­to­wa­ło go wie­le dni pra­cy. Ale na pew­no mniej­szy to wy­si­łek niż roz­sa­dza­nie ska­ły i bu­do­wa­nie no­wej cy­ster­ny – mó­wił ma­stro Vin­cen­zo z prze­bie­głym uśmie­chem. A sta­rze­je się te­raz i nie może jak daw­niej trosz­czyć się o win­ni­cę. Syn, któ­ry miesz­ka na sta­łym lą­dzie i ma trzy kro­wy oraz dwa­na­ścio­ro dzie­ci, pra­gnie, aby oj­ciec sprze­dał do­mek i prze­niósł się do nie­go. Zno­wu za­bi­ło mi ser­ce. A czy i ka­pli­ca rów­nież do nie­go na­le­ży? Nie, ona jest ni­czy­ja, a lu­dzie mó­wią, że miesz­ka­ją w niej du­chy. Kie­dyś, gdy był ma­łym chłop­cem, zo­ba­czył razu pew­ne­go chu­de­go mni­cha, opar­te­go o ba­lu­stra­dę, a kil­ku ma­ry­na­rzy, któ­rzy póź­nym wie­czo­rem szli scho­da­mi, sły­sza­ło ja­ko­by dźwięk dzwo­nów w ka­pli­cy. Przy­czy­na zaś wszyst­kie­go, jak ob­ja­śniał ma­stro Vin­cen­zo, była na­stę­pu­ją­ca: gdy stał tu­taj pa­łac „Tim­be­ria”, ka­zał on fat­to am­ma­zar Gesu Cri­sto, za­mor­do­wać Je­zu­sa Chry­stu­sa, i od­tąd jego prze­klę­ta du­sza wra­ca czę­sto, pro­sząc o prze­ba­cze­nie za­kon­ni­ków po­cho­wa­nych pod ka­pli­cą. Lu­dzie opo­wia­da­ją, że przy­cho­dzi nie­rzad­ko w po­sta­ci wiel­kie­go, czar­ne­go węża. Za­kon­ni­cy zo­sta­li am­maz­za­ti przez roz­bój­ni­ka, zwa­ne­go Bar­ba­ros­sa, któ­ry wy­lą­do­wał na wy­spie i upro­wa­dził do nie­wo­li wszyst­kie ko­bie­ty szu­ka­ją­ce schro­nie­nia w pa­ła­cu. Dla­te­go pa­łac na­zy­wa się Ca­stel­lo Bar­ba­ros­sa. Pa­dre An­sel­mo, pu­stel­nik, czło­wiek uczo­ny, a poza tym spo­krew­nio­ny z ma­strem Vin­cen­zem, opo­wie­dział mu za­rów­no o tym, jak i o An­gli­kach, któ­rzy z ka­pli­cy zro­bi­li twier­dzę, a po­tem zo­sta­li am­maz­za­ti przez Fran­cu­zów.

– Patrz – mó­wił ma­stro Vin­cen­zo – zo­bacz i to – do­dał, pod­no­sząc z zie­mi gu­zik od an­giel­skie­go mun­du­ru – Fran­cu­zi po­sta­wi­li obok ka­pli­cy duże dzia­ło – cią­gnął swą opo­wieść – i ostrze­li­wa­li Ca­pri, któ­re było w po­sia­da­niu An­gli­ków. Do­brze zro­bi­li – uśmiech­nął się – miesz­kań­cy Ca­pri to źli lu­dzie. Póź­niej Fran­cu­zi za­mie­ni­li ka­pli­cę na skład pro­chu. Dla­te­go dziś jesz­cze na­zy­wa się la po­lve­rie­ra. – A te­raz po­zo­sta­ła z niej tyl­ko ru­ina, ale jemu, Vin­cen­zo, bar­dzo się przy­da­ła, bo za­brał z niej pra­wie wszyst­kie ka­mie­nie do po­sta­wie­nia muru wo­kół ogro­du.

Prze­sko­czy­łem przez ob­mu­ro­wa­nie i wą­ską ścież­ką po­sze­dłem do ka­pli­cy. Zie­mia była do wy­so­ko­ści męż­czy­zny po­kry­ta zwa­li­ska­mi za­pa­dłej ko­pu­ły, ścia­ny opla­tał bluszcz i dzi­kie ca­pri­fo­lium. Po­mię­dzy du­ży­mi krze­wa­mi mir­tu i roz­ma­ry­nu igra­ły set­ki jasz­czu­rek, przy­sta­jąc od cza­su do cza­su, aby mi się przyj­rzeć błysz­czą­cy­mi ocza­mi; gar­dła ich pul­so­wa­ły. Z ja­kie­goś ciem­ne­go kąta po­de­rwa­ła się bez­sze­lest­nym ru­chem skrzy­deł sowa, a duży, czar­ny wąż, śpią­cy w słoń­cu na mo­zai­ko­wej po­sadz­ce ta­ra­su, roz­plą­tał po­ma­łu czar­ny wę­zeł swe­go ciel­ska, za­sy­czał na mnie i po­peł­znął do ka­pli­cy. Czyż­by to był duch po­nu­re­go, sta­re­go ce­sa­rza, od­wie­dza­ją­ce­go ru­iny, gdzie sta­ła nie­gdyś jego ce­sar­ska wil­la? U mo­ich stóp w ca­łym swym pięk­nie le­ża­ła wy­spa. Jak­że Ty­be­riusz mógł być tak okrut­ny, miesz­ka­jąc w ta­kiej miej­sco­wo­ści, roz­my­śla­łem. Jak­że du­sza jego mo­gła być tak po­sęp­na wo­bec pro­mien­nej ja­sno­ści nie­ba i zie­mi! Jak mógł kie­dy­kol­wiek opu­ścić to miej­sce i prze­nieść się do tam­tej wil­li na za­chod­niej ska­le, jesz­cze nie­do­stęp­niej­szej, a no­szą­cej do dziś jego imię; prze­by­wał w niej ostat­nie trzy lata swe­go ży­cia!

Ach, za­miesz­kać w ta­kim za­kąt­ku zie­mi i tu umrzeć! (Je­że­li śmierć mo­gła­by w ogó­le zwy­cię­żyć urok po­dob­ne­go ży­cia!) Ja­kież to śmia­łe ma­rze­nie przy­pra­wi­ło moje ser­ce o tak gwał­tow­ne bi­cie, gdy ma­stro Vin­cen­zo opo­wia­dał, że jest sta­ry i zmę­czo­ny, a syn pro­si go, aby dom sprze­dał! Ja­kież to od­waż­ne my­śli obu­dzi­ła wy­bu­ja­ła fan­ta­zja w mym mó­zgu, gdy sta­rzec mó­wił, że ka­pli­ca do ni­ko­go nie na­le­ży!

Dla­cze­go więc nie mia­ła­by stać się moja? Cze­mu nie miał­bym od­ku­pić od ma­stra Vin­cen­za jego domu, po­łą­czyć go z ka­pli­cą la­to­ro­śla­mi wi­no­gron i ale­ja­mi cy­pry­sów, od­bu­do­wać bia­łe log­gie spo­czy­wa­ją­ce na ko­lum­nach, upięk­szyć je mar­mu­ro­wy­mi po­sta­cia­mi bo­gów i brą­zo­wy­mi po­są­ga­mi ce­sa­rzy…? Za­mkną­łem oczy, aby za­trzy­mać przez chwi­lę te pięk­ne ob­ra­zy; rze­czy­wi­stość zbla­kła i prze­szła w pół­cień roz­ma­rze­nia.

Przy mnie sta­nę­ła na­gle wy­so­ka po­stać w czer­wo­nym płasz­czu.

– Wszyst­ko to bę­dzie two­je – rzekł dźwięcz­ny głos, a ręka za­kre­śli­ła krąg po­nad pro­mie­nie­ją­cą oko­li­cą – ka­pli­ca, ogród, dom i góra z pa­ła­cem – wszyst­ko bę­dzie two­je, je­że­li go­tów je­steś oku­pić to od­po­wied­nią ceną.

– Kim je­steś?

– Je­stem nie­śmier­tel­nym ge­niu­szem tych stron. Czas nie ma dla mnie zna­cze­nia. Przed dwo­ma ty­sią­ca­mi lat sta­łem u boku in­ne­go czło­wie­ka, któ­re­go los przy­wiódł tu tak samo, jak przy­pro­wa­dzi­ło cie­bie two­je prze­zna­cze­nie. Nie szu­kał szczę­ścia jak ty, pra­gnął tyl­ko spo­ko­ju i za­po­mnie­nia, a są­dził, że znaj­dzie je na tej ci­chej wy­spie. Po­wie­dzia­łem mu, jaką za to zło­ży za­pła­tę: pięt­no hań­bią­ce jego imię po wszyst­kie cza­sy. Zgo­dził się i za­pła­tę uiścił. Prze­żył tu je­de­na­ście lat w gro­nie kil­ku za­ufa­nych przy­ja­ciół, lu­dzi o nie­po­szla­ko­wa­nym ho­no­rze. Dwa razy wy­bie­rał się z po­wro­tem – chciał wró­cić do pa­ła­cu na Pa­la­ty­nie. I dwa razy za­bra­kło mu od­wa­gi. Nig­dy go już Rzym nie zo­ba­czył. Zmarł w dro­dze po­wrot­nej do domu, w wil­li swe­go przy­ja­cie­la Lu­kul­lu­sa na tam­tym przed­gó­rzu. Ostat­nim ży­cze­niem jego było, aby za­nieść lek­ty­kę na ga­le­rę i prze­wieźć go do domu na wy­spę.

– Ja­kiej więc za­pła­ty żą­dasz ode mnie?

– Po­świę­cisz am­bi­cję zdo­by­cia gło­śne­go imie­nia w swym za­wo­dzie. Wy­rzek­niesz się sław­nej przy­szło­ści.

– A cóż się wte­dy ze mną sta­nie?

– Bę­dziesz czło­wie­kiem „nie­uda­nym”, czło­wie­kiem, któ­ry mógł­by się stać kimś, a zo­stał ni­czym.

– Za­bie­rasz mi wszyst­ko, co jest tre­ścią mego ży­cia.

– My­lisz się, daję ci wszyst­ko, dla cze­go war­to żyć.

– Czy po­zo­sta­wisz mi przy­najm­niej li­tość? Je­że­li mam zo­stać le­ka­rzem, bę­dzie mi nie­odzow­nie po­trzeb­na.

– Tak, li­tość ci po­zo­sta­wię, jak­kol­wiek bez niej by­ło­by ci le­piej.

– Cze­go żą­dasz wię­cej?

– Za­nim umrzesz, za­pła­cisz jesz­cze jed­ną bar­dzo wy­so­ką cenę, ale nim na­dej­dzie czas roz­ra­chun­ku, oglą­dać tu bę­dziesz przez dłu­gie lata za­chód słoń­ca po bez­chmur­nych dniach szczę­ścia i wschód księ­ży­ca, gdy noce roz­ja­śnio­ne są gwiaz­da­mi i peł­ne ma­rzeń.

– Czy umrę tu­taj?

– Nie sta­raj się otrzy­mać od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Gdy­by wia­do­ma była czło­wie­ko­wi go­dzi­na śmier­ci, nie zniósł­by ży­cia.

Po­ło­żył mi rękę na ra­mie­niu. Lek­ki dreszcz prze­biegł moje cia­ło.

– Raz jesz­cze zja­wię się przy to­bie: ju­tro po za­cho­dzie słoń­ca; do tego cza­su masz wol­ny wy­bór.

– Nie ma dla mnie wy­bo­ru, urlop mój już się koń­czy, dziś wie­czo­rem mu­szę wra­cać do co­dzien­nej pra­cy z dala od tego pięk­ne­go kra­ju. A w ogó­le roz­wa­ża­nie nie jest moim zwy­cza­jem. Zga­dzam się – za­pła­cę każ­dą, choć­by naj­wyż­szą cenę. Ale jak­że mógł­bym ku­pić ten dom, sko­ro nie po­sia­dam wca­le pie­nię­dzy?

– Pu­ste masz ręce, ale sil­ne; je­steś za­pa­leń­cem, lecz my­ślisz trzeź­wo, ale wola two­ja jest zdro­wa. Uda­dzą ci się za­mia­ry.

– Jak­że mam so­bie dom zbu­do­wać? Nie znam się na sztu­ce bu­do­wa­nia.

– Ja ci do­po­mo­gę. Jaki ob­ra­łeś styl? Cze­mu nie go­tyc­ki? Lu­bię go­tyk, jego przy­ćmio­ne świa­tło i głę­bo­ką ta­jem­ni­czość.

– Znaj­dę styl wła­sny. Na­wet ty nie zdo­łasz nadać mu na­zwy. Nie dla mnie śre­dnio­wiecz­ny pół­mrok! Mój dom musi być otwar­ty, niby grec­ka świą­ty­nia, dla wia­tru, słoń­ca i szu­mu mo­rza! Świa­tła, jak naj­wię­cej świa­tła! Świa­tła!

– Strzeż się świa­tła! Strzeż się! Zbyt sil­ne świa­tło nie­do­brze wpły­wa na ludz­kie oczy!

– Chcę, aby ko­lum­ny z nie­osza­co­wa­ne­go mar­mu­ru dźwi­ga­ły log­gie i ar­ka­dy; w ogro­dzie niech spo­czy­wa­ją pięk­ne pa­miąt­ki z daw­no mi­nio­nych dni; ka­pli­ca sta­nie się ci­chą przy­sta­nią peł­ną ksią­żek, a pięk­ne dzwo­ny niech gło­szą Ave Ma­ria po każ­dym szczę­śli­wym dniu…

– Nie lu­bię dzwo­nów.

– A tu­taj, gdzie sto­imy, gdzie u stóp na­szych uro­cza wy­spa niby mi­raż wzno­si się z mo­rza, bę­dzie stró­żo­wał gra­ni­to­wy sfinks z kra­iny fa­ra­onów. Ale gdzież znaj­dę to wszyst­ko?

– Sto­isz na grun­cie jed­nej z will Ty­be­riu­sza. Skar­by ubie­głych stu­le­ci, któ­re spo­czy­wa­ją pod tą win­ni­cą, pod do­mem i ka­plicz­ką, są nie­osza­co­wa­ne. Sto­py ce­sa­rza kro­czy­ły po ko­lo­ro­wych fli­zach mar­mu­ru, któ­re, jak wi­dzia­łeś, sta­ry wie­śniak wy­rzu­cił za mur. Fre­ski, przed­sta­wia­ją­ce roz­tań­czo­nych fau­nów i ukwie­co­ne ba­chant­ki, zdo­bi­ły ścia­ny pa­ła­cu. Spójrz – mó­wił wska­zu­jąc prze­zro­czy­stą głę­bię wody o ty­sią­ce stóp pod nami – czy nie opo­wie­dział ci Ta­cyt, że na wieść o śmier­ci ce­sa­rza wszyst­kie jego pa­ła­ce zrzu­co­ne zo­sta­ły do mo­rza?

Chcia­łem na­tych­miast sko­czyć ze ska­ły nad­brzeż­nej w prze­paść mor­ską, aby po­szu­kać na dnie owych ko­lumn.

– Nie ma po­wo­dów do ta­kie­go po­śpie­chu – po­wstrzy­mał mnie z uśmie­chem – od dwóch ty­się­cy lat po­ra­sta­ją je ko­ra­le, a fale wbi­ja­ją je co­raz głę­biej w pia­sek. Po­cze­ka­ją, aż na­dej­dzie czas, gdy się do nich do­sta­niesz.

– A sfinks? Gdzie go mam szu­kać?

– Na sa­mot­nej rów­ni­nie, z dala od dzi­siej­sze­go roz­gwa­ru, sta­ła nie­gdyś wil­la in­ne­go ce­sa­rza. Przy­wiózł on znad brze­gów Nilu sfink­sa, aby zdo­bił mu ogród. Dziś z pa­ła­cu po­zo­stał je­dy­nie stos gru­zów, lecz sfinks drze­mie ukry­ty głę­bo­ko w ciem­no­ściach zie­mi. Po­szu­kaj, a znaj­dziesz go. Spro­wa­dze­nie go tu­taj przy­pła­cisz nie­omal ży­ciem, jed­nak za­miar ci się po­wie­dzie.

– Czyż­byś znał przy­szłość na rów­ni z prze­szło­ścią?

– Prze­szłość i przy­szłość są dla mnie tym sa­mym. Wia­do­me mi jest wszyst­ko.

– Nie za­zdrosz­czę ci tej wie­dzy.

– Roz­waż­niej­sze są sło­wa two­je, niż­by wiek wy­ma­gał. Skąd je za­czerp­ną­łeś?

– Na­uczy­łem się ich dzi­siaj. Uczyn­na lud­ność tu­tej­sza, nie­umie­ją­ca ani pi­sać, ani czy­tać, czu­je się o wie­le szczę­śliw­sza niż ja, któ­ry od dzie­ciń­stwa wy­si­la­łem oczy, aby zdo­być wie­dzę. A wnio­sku­ję z twych słów, że i ty po­stę­po­wa­łeś po­dob­nie. Je­steś uczo­nym, gdyż umiesz na pa­mięć Ta­cy­ta.

– Je­stem fi­lo­zo­fem.

– Czy do­brze znasz ła­ci­nę?

– Je­stem dok­to­rem teo­lo­gii na uni­wer­sy­te­cie w Je­nie.

– Ach, więc dla­te­go zda­wa­ło mi się, że wy­czu­wam w two­im gło­sie lek­ki ak­cent nie­miec­ki? Czy znasz Niem­cy?

– Oczy­wi­ście – uśmiech­nął się.

Spoj­rza­łem na nie­go uważ­nie. Spo­sób by­cia i za­cho­wa­nie zdra­dza­ły wiel­kie­go pana. Do­pie­ro te­raz spo­strze­głem szpa­dę pod czer­wo­nym płasz­czem… Głos jego miał ostry dźwięk, któ­ry wy­da­wał mi się zna­jo­my.

– Wy­bacz, sir, ale zda­je mi się, że­śmy się już kie­dyś spo­tka­li… w wi­niar­ni Au­er­ba­cha w Lip­sku… Czyż nie jest pan…?

Dzwo­ny ko­ściel­ne na Ca­pri ode­zwa­ły się na Ave Ma­ria.

Spoj­rza­łem w jego stro­nę – już go nie było.

2. QUARTIER LATIN

Quar­tier La­tin. Stu­denc­ki po­kój w Hôtel de l’Ave­nir; wszyst­kie sto­ły, krze­sła i pod­ło­ga za­wa­lo­ne sto­sa­mi ksią­żek; na ścia­nie wisi wy­bla­kła fo­to­gra­fia Ca­pri.

Ra­nek prze­pę­dzo­ny w sa­lach la Sal­pêtri­ère, w Hôtel-Dieu i la Pi­tié; prze­cho­dząc od łóż­ka do łóż­ka czy­ta się roz­dział po roz­dzia­le w księ­dze ludz­kie­go cier­pie­nia, księ­dze pi­sa­nej krwią i łza­mi. Po­po­łu­dnie – w pro­sek­to­rium lub w sa­lach wy­kła­do­wych l’Èco­le de Méde­ci­ne albo w la­bo­ra­to­rium In­sty­tu­tu Pa­steu­ra, gdzie wzrok z po­dzi­wem wchła­nia przez mi­kro­skop ta­jem­ni­ce nie­do­strze­gal­ne­go świa­ta owych nie­skoń­cze­nie drob­nych istot, któ­re de­cy­du­ją o ży­ciu i śmier­ci czło­wie­ka. Noc­ne stu­dia w Hôtel de l’Ave­nir. Dro­go­cen­ne noce cięż­kiej pra­cy, dą­żą­cej do za­po­zna­nia się z kla­sycz­ny­mi ozna­ka­mi za­bu­rzeń lub scho­rzeń, ze­bra­ny­mi i skla­sy­fi­ko­wa­ny­mi przez uczo­nych wszyst­kich kra­jów, a tak nie­odzow­ne i tak jesz­cze nie­do­sta­tecz­ne dla udo­sko­na­le­nia wie­dzy le­kar­skiej! Pra­ca, pra­ca, pra­ca! Let­nie wa­ka­cje: opu­sto­sza­łe ka­wiar­nie na Bo­ule­vard St. Mi­chel, za­mknię­ty wy­dział me­dycz­ny, opusz­czo­ne la­bo­ra­to­ria i au­dy­to­ria, pra­wie pu­ste kli­ni­ki. Je­dy­nie cier­pie­nie w sa­lach szpi­tal­nych nie zna wa­ka­cji. Brak wszel­kich roz­ry­wek, oprócz do­ryw­cze­go spa­ce­ru pod li­pa­mi ogro­dów luk­sem­bur­skich lub chci­wie wy­ko­rzy­sta­nej go­dzi­ny od­po­czyn­ku w mu­zeum Luw­ru. Nie ma ni ko­le­gi, ani psa, ani choć­by dziew­czy­ny. Nie ma już cy­ga­ne­rii Hen­ri Mur­ge­ra, ale jego Mimi po­zo­sta­ła – na­wet bar­dziej ży­wot­na niż daw­niej. Uśmiech­nię­ta, ucze­pio­na ra­mie­nia pra­wie każ­de­go stu­den­ta, spa­ce­ru­je po Bo­ule­vard St. Mi­chel w cza­sie zwy­kłej go­dzi­ny ape­ri­ti­fu, a nie­kie­dy łata kurt­kę uko­cha­ne­mu i pie­rze bie­li­znę w iz­deb­ce na pod­da­szu, gdy chło­piec przy­go­to­wu­je się do eg­za­mi­nu.

Ale ja nie mia­łem swo­jej Mimi! O tak, moi szczę­śli­wi ko­le­dzy mo­gli so­bie po­zwo­lić na lek­kie uj­mo­wa­nie ży­cia, spę­dza­nie wie­czo­rów na pu­stej roz­mo­wie przy ka­wiar­nia­nych sto­li­kach, mo­gli so­bie po­zwo­lić na śmiech, na uży­wa­nie, na mi­łość. Ich ru­chli­wy mózg rasy ła­ciń­skiej pra­co­wał o wie­le prę­dzej niż mój; a przy tym na ścia­nie ich pod­da­szy nie wi­sia­ła zbla­kła fo­to­gra­fia Ca­pri, do­da­ją­ca bodź­ca do in­ten­syw­nej pra­cy; nie cze­ka­ły też na nich ko­lum­ny ze wspa­nia­łe­go mar­mu­ru, za­grze­ba­ne w pia­skach pod pa­laz­zo al mare.37

Pod­czas dłu­gich bez­sen­nych nocy, któ­re prze­sie­dzia­łem w Hôtel de l’Ave­nir z gło­wą po­chy­lo­ną nad Cho­ro­ba­mi sys­te­mu ner­wo­we­go pro­fe­so­ra Char­co­ta albo nad Kli­ni­ką Hôtel-Dieu Tro­us­se­aux, okrop­na myśl prze­bie­ga­ła mi czę­sto przez mózg; ma­stro Vin­cen­zo jest prze­cież sta­ry, cóż więc się sta­nie, gdy­by umarł w cza­sie, gdy ja sie­dzę tu­taj, lub gdy­by ko­muś in­ne­mu sprze­dał do­mek na ska­le, któ­ry ma się stać sie­dzi­bą mo­jej przy­szło­ści? Lo­do­wa­ty pot wy­stę­po­wał mi na czo­ło, a ser­ce pra­wie za­mie­ra­ło ze stra­chu. Wpa­try­wa­łem się w zbla­kły ob­ra­zek na ścia­nie i zda­wa­ło mi się, że wi­dok Ca­pri roz­pły­wa się co­raz bar­dziej ta­jem­ni­czo i za­gad­ko­wo, aż wresz­cie wi­dzia­łem je­dy­nie za­rys sar­ko­fa­gu, pod któ­rym spo­czy­wa­ło moje ma­rze­nie… Wów­czas prze­cie­ra­łem zbo­la­łe oczy i znów za­bie­ra­łem się z za­cie­kło­ścią do książ­ki, niby koń wy­ści­go­wy dą­żą­cy do celu z ostro­gą wbi­tą w krwa­wią­cy bok. Tak jest, to był wy­ścig, wy­ścig o na­gro­dy i wy­gra­ną. Ko­le­dzy za­czę­li sta­wiać na mnie jak na „fa­wo­ry­ta”, a na­wet pro­fe­sor o gło­wie ce­za­ra i or­lim spoj­rze­niu wi­dział we mnie czło­wie­ka przy­szło­ści. Są­dzę, że była to je­dy­na błęd­na dia­gno­za, jaką kie­dy­kol­wiek po­sta­wił pro­fe­sor Char­cot w cią­gu dłu­gich lat skru­pu­lat­nych ob­ser­wa­cji. Wy­da­wał po nich sąd nie­omyl­ny za­rów­no w sa­lach Sal­pêtri­ère, jak w swym ga­bi­ne­cie przy Bo­ule­vard St. Ger­ma­in, gro­ma­dzą­cym pa­cjen­tów z ca­łe­go świa­ta. Omył­ka pro­fe­so­ra kosz­to­wa­ła mnie dużo: przy­pła­ci­łem ją bez­sen­ny­mi no­ca­mi i nie­mal utra­tą wzro­ku. Zresz­tą spra­wa ta nie zo­sta­ła jesz­cze do dzi­siaj roz­strzy­gnię­ta. Tak nie­wzru­sze­nie wie­rzy­łem w nie­omyl­ność pro­fe­so­ra Char­co­ta, jako umy­słu świa­tlej­sze­go od któ­re­go­kol­wiek ze współ­cze­snych ludz­kich mó­zgów, że przez krót­ki okres prze­ko­na­ny by­łem, iż ma w sto­sun­ku do mnie słusz­ność. Unie­sio­ny am­bi­cją, aby speł­nić jego prze­po­wied­nie, na­tę­ża­łem do osta­tecz­no­ści wszyst­kie moce du­szy i cia­ła, bez wzglę­du na zmę­cze­nie, brak snu, a na­wet na głód; za wszel­ką cenę pra­gną­łem wy­grać. Za­prze­sta­łem spa­ce­rów pod li­pa­mi ogro­dów luk­sem­bur­skich oraz wa­łę­sa­nia się po Luw­rze. Od rana do póź­nej nocy wcią­ga­łem w płu­ca za­ka­żo­ne po­wie­trze szpi­ta­li i sal wy­kła­do­wych, od wie­czo­ra do rana prze­by­wa­łem w mym dusz­nym po­ko­ju w Hôtel de l’Ave­nir, pa­ląc nie­zli­czo­ną ilość pa­pie­ro­sów. Zda­wa­łem eg­za­mi­ny je­den po dru­gim, nie­ste­ty zbyt pręd­ko, aby mia­ły ja­ką­kol­wiek war­tość. Po­wo­dze­nie szło za po­wo­dze­niem. I pra­ca, pra­ca, pra­ca! Na wio­snę chcia­łem zdać eg­za­min dok­tor­ski, a we wszyst­kim, cze­go do­tknę­ła moja ręka, mia­łem za­wsze nie­za­wod­ne, za­dzi­wia­ją­ce, pra­wie nie­sa­mo­wi­te szczę­ście. Po­zna­łem już bu­do­wę prze­dziw­nej ma­szy­ny zwa­nej cia­łem ludz­kim, zro­zu­mia­łem har­mo­nij­ną pra­cę jego me­cha­ni­zmu, gdy jest zdro­we, oraz za­bu­rze­nia w okre­sie cho­ro­by, a wresz­cie za­ła­ma­nie się w chwi­li śmier­ci. Obzna­jo­mio­ny by­łem pra­wie ze wszyst­ki­mi do­le­gli­wo­ścia­mi przy­ku­wa­ją­cy­mi cho­rych do łó­żek w sa­lach szpi­tal­nych. Na­uczy­łem się wła­dać ostrym no­żem chi­rur­ga, aby ta­kim sa­mym na­rzę­dziem po­ko­ny­wać owe­go nie­prze­jed­na­ne­go Prze­ciw­ni­ka, któ­ry z kosą w ręku ob­cho­dzi sale, za­wsze go­tów do ścię­cia ofia­ry, za­wsze obec­ny o każ­dej po­rze dnia i nocy. Zda­wać by się mo­gło na­wet, że wy­brał so­bie na sta­łe ten sta­ry, po­nu­ry szpi­tal kry­ją­cy od se­tek lat tyle cier­pień i roz­pa­czy. Nie­kie­dy wpa­dał na salę i rzu­cał się na lewo i pra­wo, aby w dzi­kiej wście­kło­ści po­wa­lić za­rów­no star­ca, jak mło­dzień­ca; niby osza­la­ły du­sił wy­bra­ną ofia­rę pew­nym chwy­tem swej ręki lub zry­wał ban­da­że z otwar­tej rany, aż spły­nę­ła z niej ostat­nia kro­pla krwi. Nie­kie­dy wcho­dził na pal­cach ci­cho i ukrad­kiem i ła­god­nym do­tknię­ciem dło­ni przy­my­kał oczy cier­pią­ce­go, któ­ry po jego odej­ściu le­żał uśmiech­nię­ty. Czę­sto nie mo­głem na­wet doj­rzeć na­dej­ścia Prze­ciw­ni­ka, jak­kol­wiek mia­łem prze­szka­dzać mu w dzia­ła­niu. Je­dy­nie małe dzie­ci przy pier­si mat­czy­nej wie­dzia­ły o jego obec­no­ści; gdy przy­cho­dził, zry­wa­ły się ze snu z krzy­kiem prze­ra­że­nia. Cza­sem któ­raś ze sta­rych za­kon­nic, prze­by­wa­ją­cych całe ży­cie w tych sa­lach, spo­strze­gła jego zbli­że­nie się i zdą­ży­ła po­dać umie­ra­ją­ce­mu kru­cy­fiks. Z po­cząt­ku pra­wie nie zwra­ca­łem na nie­go uwa­gi, gdy stał zwy­cię­sko w jed­nym koń­cu łóż­ka, pod­czas gdy ja w dru­gim pa­trzy­łem bez­rad­nie na jego ofia­rę. My­śla­łem wów­czas tyl­ko o ży­ciu i wie­dzia­łem, że moja dzia­łal­ność koń­czy się z chwi­lą, gdy jego się za­czy­na. Do­tknię­ty po­raż­ką od­wra­ca­łem twarz od po­sęp­ne­go ko­le­gi. Jed­nak za­zna­jo­miw­szy się z nim bli­żej, za­czą­łem ob­ser­wo­wać go co­raz uważ­niej, a im czę­ściej go wi­dy­wa­łem, tym bar­dziej pra­gną­łem po­znać i zro­zu­mieć. Za­czą­łem poj­mo­wać, że ma on swój udział w pra­cy na rów­ni ze mną, że ma do speł­nie­nia swo­je za­da­nie, jak ja moje, i że je­ste­śmy ko­le­ga­mi. To­też z chwi­lą, kie­dy koń­czy­li­śmy wal­kę o ży­cie czło­wie­ka, któ­rą on wy­gry­wał, le­piej było spoj­rzeć mu bez stra­chu pro­sto w oczy i za­wrzeć przy­mie­rze. A prze­cież nad­szedł po­tem dzień, kie­dy są­dzi­łem, że jest on moim je­dy­nym przy­ja­cie­lem, kie­dy tę­sk­ni­łem do nie­go i pra­wie go ko­cha­łem, jak­kol­wiek nig­dy nie zwra­cał na mnie uwa­gi. Ileż mógł­by mnie na­uczyć, gdy­bym tyl­ko po­tra­fił czy­tać w jego ciem­nym ob­li­czu! Jak wiel­kie luki mógł­by wy­peł­nić w mej ską­pej wie­dzy o ludz­kich cier­pie­niach! Wszak je­dy­nie on znał ostat­nie, bra­ku­ją­ce roz­dzia­ły w me­dycz­nych pod­ręcz­ni­kach, w któ­rych zda­wa­ło­by się, że wszyst­ko jest wy­ja­śnio­ne, wszel­kie za­gad­ki mają roz­wią­za­nie, a każ­de py­ta­nie ma swo­ją od­po­wiedź.

Ale cze­mu po­stę­po­wał tak okrut­nie? Prze­cież po­tra­fił być ła­god­ny. Dla­cze­go po­ry­wał jed­ną ręką tyle mło­do­ści i ży­cia, gdy dru­gą mógł roz­da­wać tyle szczę­ścia i spo­ko­ju? Cze­mu za­ci­śnię­cie jego dło­ni na szyi jed­nej ofia­ry było po­wol­ne, a ude­rze­nie na dru­gą spa­da­ło tak rap­tow­nie? Dla­cze­go mo­co­wał się dłu­go z ży­ciem dziec­ka, a po­zwa­lał li­to­ści­wie ujść we śnie ży­ciu star­ca? Czy za­da­nie jego po­le­ga­ło na ude­rze­niu znie­nac­ka, czy też na ka­ra­niu? Czy był i sę­dzią, i ka­tem? Co ro­bił z tymi, któ­rych za­bił? Czy prze­sta­wa­li ist­nieć, czy też może tyl­ko spa­li? Do­kąd ich upro­wa­dzał? Czy był sa­mo­wład­cą w kró­le­stwie śmier­ci, czy też wa­sa­lem, pro­stym na­rzę­dziem w rę­kach Pana, o wie­le po­tęż­niej­sze­go odeń Pana Ży­cia? Zwy­cię­stwo na­le­ża­ło dziś do nie­go, lecz czy było osta­tecz­ne? Czy moja rola rze­czy­wi­ście koń­czy­ła się z chwi­lą zja­wie­nia się jego? Czy by­łem bez­czyn­nym wi­dzem przy­glą­da­ją­cym się ostat­niej, nie­rów­nej wal­ce, wi­dzem bez­rad­nym i nie­czu­łym, gdy on do­ko­ny­wał dzie­ła znisz­cze­nia? Miał­bym od­wra­cać twarz od oczu bła­ga­ją­cych o po­moc, gdy siła do wy­po­wia­da­nia słów daw­no już zni­kła? Miał­bym wy­co­fać rękę z uści­sku drga­ją­cych pal­ców, za­ci­śnię­tych wo­kół mo­ich, jak czy­nią to­ną­cy, któ­rzy chwy­ta­ją się źdźbła sło­my? Mo­głem uwa­żać się za zwy­cię­żo­ne­go, ale nie za roz­bro­jo­ne­go, gdyż on roz­po­rzą­dzał na­po­jem wiecz­ne­go snu, ja zaś po­sia­da­łem środ­ki po­wie­rzo­ne mi przez na­ukę i do­bro­tli­wą mat­kę-na­tu­rę. Je­że­li on po­da­wał po­wo­li swój na­pój, cze­mu i ja nie miał­bym udzie­lać swe­go, któ­ry uwal­niał od cier­pień i prze­mie­niał mękę w spo­kój, da­jąc znie­czu­le­nie i sen? Czyż oka­zy­wa­nie po­mo­cy w umie­ra­niu nie było moim po­słan­nic­twem wów­czas, gdy nie mo­głem przy­wró­cić ży­cia?

Sta­ra za­kon­ni­ca po­wie­dzia­ła mi, że po­peł­niam śmier­tel­ny grzech. Wszech­mo­gą­cy Bóg w swej nie­po­ję­tej mą­dro­ści po­sta­no­wił wszyst­ko, a im wię­cej cier­pie­nia zsy­ła w go­dzi­nie śmier­ci, tym ła­skaw­szy bę­dzie w dniu Sądu Osta­tecz­ne­go.

Na­wet prze­mi­ła sio­stra Fi­lo­me­na pa­trzy­ła na mnie kar­cą­co, kie­dy je­dy­ny spo­śród ko­le­gów przy­cho­dzi­łem z za­strzy­kiem mor­fi­ny, gdy sta­ry ka­płan od­szedł już z sa­kra­men­ta­mi od łóż­ka ko­na­ją­ce­go.

Tak jest, we wszyst­kich pa­ry­skich szpi­ta­lach pra­co­wa­ły jesz­cze wte­dy owe ła­god­ne, po­świę­ca­ją­ce się sio­stry w du­żych, bia­łych czep­cach za­ko­nu Św. Win­cen­te­go à Pau­lo. Kru­cy­fiks wi­siał jesz­cze na ścia­nie w każ­dej sali, a ka­płan od­pra­wiał mszę co rano przed oł­ta­rzy­kiem w sali Św. Kla­ry. Prze­ło­żo­na, ma mère, jak ją wszy­scy zwa­li, ob­cho­dzi­ła co wie­czór łóż­ka, gdy prze­brzmia­ło już Ave Ma­ria.

Se­ku­la­ry­za­cja szpi­ta­li nie sta­ła się jesz­cze pa­lą­cym za­gad­nie­niem dnia i nie roz­le­gał się dzi­ki okrzyk: „Precz z księż­mi! Precz z krzy­żem! Precz z za­kon­ni­ca­mi!” Nie­ste­ty, wkrót­ce asy­sto­wa­łem przy ich odej­ściu, a na­praw­dę szko­da ich było! Bez­sprzecz­nie mia­ły one swe wady. Bez­sprzecz­nie bar­dziej przy­zwy­cza­jo­ne były do ró­żań­ca niż do szczot­ki do pa­znok­ci, a chęt­niej za­nu­rza­ły pal­ce w wo­dzie świę­co­nej niż w kwa­sie kar­bo­lo­wym, ów­cze­snym wszech­moc­nym środ­ku w na­szych sa­lach ope­ra­cyj­nych. Za to my­śli ich były ja­sne i ser­ca czy­ste; przez całe swe ży­cie od­da­wa­ły się pra­cy, nie żą­da­jąc w za­mian ni­cze­go wię­cej niż mo­dle­nia się za po­wie­rzo­nych ich opie­ce. Na­wet naj­bar­dziej za­cię­ci wro­go­wie nie od­wa­ża­li się za­prze­czać ich za­par­ciu się sie­bie i cier­pli­wo­ści zno­szą­cej wszyst­ko. Mó­wio­no, że sio­stry speł­nia­ją co­dzien­ne swe za­ję­cia z twa­rza­mi smut­ny­mi i nie­chęt­ny­mi, że ich my­śli skie­ro­wa­ne są bar­dziej ku uzdro­wie­niu du­szy niż cia­ła i że na ustach mają wię­cej słów re­zy­gna­cji niż na­dziei. Prze­ciw­nie – wszyst­kie one, mło­de czy sta­re, były bez wy­jąt­ku po­god­ne i szczę­śli­we, nie­omal we­so­łe, sko­re do żar­tów i do dzie­cin­ne­go śmie­chu. Po­tra­fi­ły w prze­dziw­ny spo­sób prze­no­sić wła­sne po­czu­cie szczę­śli­wo­ści na in­nych. Były też to­le­ran­cyj­ne: wie­rzą­cych czy nie­wie­rzą­cych trak­to­wa­ły jed­na­ko­wo. Może sta­ra­ły się bar­dziej po­ma­gać tym ostat­nim, nad któ­ry­mi li­to­wa­ły się, a któ­rych prze­kleń­stwa i bluź­nier­stwa zda­wa­ły się nig­dy ich nie do­ty­kać i nie ob­ra­żać ich uczuć. Dla mnie były nie­skoń­cze­nie do­bre i przy­ja­zne; wie­dzia­ły, że nie wy­zna­wa­łem ich wia­ry, że nie spo­wia­da­łem się i nie ro­bi­łem zna­ku krzy­ża, prze­cho­dząc przed oł­ta­rzy­kiem. Mat­ka prze­ło­żo­na nie­śmia­ło pró­bo­wa­ła z po­cząt­ku na­wró­cić mnie na swe wy­zna­nie, któ­re skło­ni­ło ją do po­świę­ce­nia ży­cia dla in­nych. Wkrót­ce jed­nak dała za wy­gra­ną, współ­czu­ją­co ki­wa­jąc sta­rą gło­wą. Na­wet do­bro­tli­wy, sę­dzi­wy ksiądz stra­cił wszel­ką na­dzie­ję ura­to­wa­nia mnie, gdy po­wie­dzia­łem, że go­tów je­stem roz­pra­wiać z nim o moż­li­wo­ści ist­nie­nia czyść­ca, sta­now­czo jed­nak wzbra­niam się przed uwie­rze­niem w pie­kło; je­stem zaś bez­względ­nie zde­cy­do­wa­ny na apli­ko­wa­nie ko­na­ją­cym peł­nej dozy mor­fi­ny, je­że­li mę­czar­nie ich wy­da­dzą mi się zbyt okrut­ne i dłu­gie. Sta­rzec był świę­tym, ale utarcz­kom słow­nym nie umiał spro­stać i wkrót­ce da­li­śmy zu­peł­ny spo­kój tym dys­ku­sjom. Znał ży­cie każ­de­go świę­te­go; wła­śnie dzię­ki nie­mu po­zna­łem prze­mi­łą le­gen­dę o św. Kla­rze, któ­rej imie­niem na­zwa­no jed­ną z sal. On rów­nież za­zna­jo­mił mnie z cu­dow­ny­mi ry­sa­mi jej uko­cha­ne­go św. Fran­cisz­ka z Asy­żu, przy­ja­cie­la wszyst­kich stwo­rzeń skrom­nych i nie­po­zor­nych zie­mi i nie­ba; póź­niej miał się on stać i dla mnie przy­ja­cie­lem na całe ży­cie. Jed­nak sio­stra Fi­lo­me­na, mło­da i peł­na wdzię­ku w bia­łym odzie­niu no­wi­cjusz­ki-au­gu­stian­ki, na­uczy­ła mnie naj­wię­cej, gdyż na­uczy­ła mnie ko­chać Ma­don­nę, któ­rej rysy no­si­ła. Uro­cza sio­stra Fi­lo­me­na! Wi­dzia­łem, jak w kil­ka lat póź­niej umie­ra­ła w Ne­apo­lu na cho­le­rę. Za­pew­ne po­szła żyw­cem do nie­ba, a na­wet śmierć nie od­wa­ży­ła się jej ze­szpe­cić.

W bra­cie An­to­nim, któ­ry co nie­dzie­lę przy­cho­dził do szpi­ta­la, aby w ka­plicz­ce grać na or­ga­nach – mia­łem od­da­ne­go przy­ja­cie­la. W owych dniach była to je­dy­na oka­zja do słu­cha­nia mu­zy­ki, to­też ko­cha­jąc ją ogrom­nie, rzad­ko po­mi­ja­łem te chwi­le. Nie mo­głem wi­dzieć śpie­wa­ją­cych sióstr, ze­bra­nych wo­kół oł­ta­rza, do­kład­nie jed­nak roz­róż­nia­łem wy­so­ki, czy­sty głos sio­stry Fi­lo­me­ny. W przed­dzień Bo­że­go Na­ro­dze­nia brat An­to­ni sil­nie się prze­zię­bił. W sali Św. Kla­ry po­da­wa­no so­bie szep­tem od łóż­ka do łóż­ka wiel­ką ta­jem­ni­cę, że po dłu­gich ukła­dach mię­dzy mat­ką prze­ło­żo­ną a sta­rym księ­dzem udzie­lo­no mi po­zwo­le­nia, abym go za­stą­pił przy or­ga­nach i ura­to­wał sy­tu­ację.

Poza tym w owych cza­sach słu­cha­łem je­dy­nie roz­trzę­sio­nej ka­ta­ryn­ki sta­re­go don Ga­eta­na, któ­ry dwa razy w ty­go­dniu grał pod moim bal­ko­nem w Hôtel de l’Ave­nir. Mi­se­re­re z Tru­ba­du­ra sta­no­wi­ło jego nu­mer po­pi­so­wy, a smęt­na sta­ra me­lo­dia pa­so­wa­ła i do nie­go, i do jego mało ru­chli­wej małp­ki w czer­wo­nej ga­ry­bald­ce, sku­lo­nej na wierz­chu ka­ta­ryn­ki.

Ah, che la mor­te ogn’ora

E tar­da nel ve­nir!38

Od­po­wia­da­ło to pew­ne­mu bied­ne­mu, sta­re­mu mon­sieur Al­fre­do­wi, któ­ry z ma­nu­skryp­tem swej ostat­niej tra­ge­dii pod pa­chą wę­dro­wał za­śnie­żo­ny­mi uli­ca­mi w sta­rym pa­let­ku pod­szy­tym wia­trem. Od­po­wied­nie też było dla mo­ich przy­ja­ciół z ubo­giej dziel­ni­cy wło­skiej to, że ci­snę­li się do zga­słe­go bra­cie­ro39, nie ma­jąc pie­nię­dzy na za­kup wę­gla choć­by za pół gro­sza. Na­de­szły dni, kie­dy smut­na me­lo­dia sta­ła się wła­ści­wym akom­pa­nia­men­tem i dla mo­ich my­śli; sie­dzia­łem wów­czas nad książ­ka­mi w Hôtel de l’Ave­nir, nie ma­jąc od­wa­gi spoj­rzeć w oczy wsta­ją­ce­mu dniu; wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się czar­ne i bez­na­dziej­ne, a zbla­kły ob­raz Ca­pri od­da­lał się w nie­skoń­czo­ność. Lecz kie­dy rzu­ca­łem się na łóż­ko, przy­my­ka­jąc zbo­la­łe oczy, św. An­to­ni czy­nił cud. Uno­si­łem się da­le­ko od wszyst­kich trosk w cza­row­ną kra­inę ma­rzeń: Gio­con­da po­da­wa­ła mi z uśmie­chem szklan­kę wina don Dio­ni­sia i znów krew na­pły­wa­ła burz­li­wie do mego zmę­czo­ne­go mó­zgu. Świat sta­wał się pięk­ny, by­łem mło­dy, go­to­wy do wal­ki i pew­ny zwy­cię­stwa. Ma­stro Vin­cen­zo, wciąż jesz­cze za­wzię­cie pra­cu­ją­cy wśród wi­no­gron, da­wał mi przy­ja­zne zna­ki, gdy sze­dłem w górę do ka­pli­cy wą­ską ścież­ką pro­wa­dzą­cą za jego ogro­dem. Sie­dzia­łem chwi­lę na ta­ra­sie, pa­trząc z za­chwy­tem na uro­czą wy­spę roz­ło­żo­ną u mych stóp, i roz­my­śla­łem, ja­kim spo­so­bem do­ko­nać mam wcią­gnię­cia na szczyt owe­go sfink­sa z czer­wo­ne­go gra­ni­tu? Oczy­wi­ście nie bę­dzie to drob­nost­ka, ale bez­sprzecz­nie za­miar swój speł­nię, speł­nię go sam! Ad­dio, pięk­na Gio­con­do, ad­dio…

Przez okno wpły­wał świt i z nie­za­do­wo­le­niem spo­glą­dał na ma­rzy­cie­la. Otwie­ra­łem oczy, zry­wa­łem się, wi­ta­jąc go z uśmie­chem, chwy­ta­łem książ­kę i sia­da­łem za sto­łem. Na­de­szła wio­sna, sy­pią­ca na mój bal­kon pierw­szy kasz­ta­no­wy okwiat z drzew roz­kwi­tłych na Ave­nue. Był to sy­gnał dla mnie. Sta­wi­łem się na eg­za­min i wkrót­ce opu­ści­łem Hôtel de l’Ave­nir, ma­jąc w kie­sze­ni cięż­ko za­pra­co­wa­ny dy­plom. Zo­sta­łem naj­młod­szym dok­to­rem me­dy­cy­ny, jaki kie­dy­kol­wiek ist­niał we Fran­cji.

3. AVENUE DE VILLIERS

Ave­nue de Vil­liers. Dr Mun­the przyj­mu­je od 14 do 15. W dzień i w nocy dźwię­czał dzwo­nek przy drzwiach, przy­cho­dzi­ły we­zwa­nia do cho­rych, pil­ne li­sty i licz­ni pa­cjen­ci. Te­le­fon, za­bój­cza broń w rę­kach próż­nu­ją­cych ko­biet, nie roz­po­czął jesz­cze swej dzia­łal­no­ści szar­pią­cej ner­wy i nisz­czą­cej spo­kój każ­dej do­brze za­słu­żo­nej go­dzi­ny od­po­czyn­ku. Po­cze­kal­nia wy­peł­nia­ła się szyb­ko pa­cjen­ta­mi wszel­kie­go ro­dza­ju, zwłasz­cza cho­ry­mi na ner­wy; prze­wa­ża­ła płeć pięk­na. Nie­któ­rzy byli cho­rzy, na­wet cięż­ko cho­rzy. Słu­cha­łem uważ­nie ich słów, ba­da­łem naj­do­kład­niej z głę­bo­kim prze­świad­cze­niem, że po­móc mogę w każ­dym przy­pad­ku. Nie chcę mó­wić o tych fak­tach. Może kie­dyś i o nich będę mógł opo­wie­dzieć. Nie­któ­re oso­by nie były cho­re i nig­dy by się nie roz­cho­ro­wa­ły, gdy­by nie przy­szły były do mnie po radę. Inni tyl­ko so­bie wma­wia­li, że są cho­rzy, ale ci mie­li do opo­wie­dze­nia naj­dłuż­sze hi­sto­rie za­czy­na­ją­ce się od bab­ki, ciot­ki czy te­ścio­wej, albo wyj­mo­wa­li z kie­sze­ni małe kart­ki z dłu­gi­mi spi­sa­mi ob­ja­wów i do­le­gli­wo­ści; le ma­la­de au pe­tit pa­pier40, jak mó­wił o nich Char­cot. Wszyst­ko to było dla mnie no­wo­ścią, gdyż nie mia­łem do­świad­cze­nia poza szpi­ta­la­mi, gdzie nie ma cza­su na nie­do­rzecz­no­ści. Po­peł­ni­łem więc nie­jed­ną nie­zręcz­ność. Póź­niej, gdy zdo­by­łem już nie­co wie­dzy o lu­dziach, na­uczy­łem się ob­cho­dzić wła­ści­wiej z ta­ki­mi pa­cjen­ta­mi, jed­nak nig­dy nie mo­gli­śmy się cał­ko­wi­cie zgo­dzić ze sobą. Mie­sza­li się, gdy mó­wi­łem, że zdro­wo wy­glą­da­ją i że mają ru­mień­ce, a od­dy­cha­li z ulgą, gdy do­da­wa­łem, że nie po­do­ba mi się ich ję­zyk, co rze­czy­wi­ście czę­sto się zda­rza­ło. W tych przy­pad­kach orze­cze­nie moje brzmia­ło: prze­je­dze­nie – za dużo ciast i sło­dy­czy w dzień i za ob­fi­te ko­la­cje. Praw­do­po­dob­nie była to naj­bar­dziej traf­na z dia­gnoz, ja­kie wów­czas sta­wia­łem, ale nie znaj­do­wa­ła uzna­nia. Nikt nie chciał słu­chać bliż­szych wy­ja­śnień, nikt ich so­bie na­wet nie ży­czył. Wszy­scy wo­le­li mieć stwier­dzo­ne ap­pen­di­ci­tis. Za­pa­le­nie śle­pej kisz­ki było wte­dy bar­dzo mod­ne wśród za­moż­nych osób, szu­ka­ją­cych dla sie­bie od­po­wied­nie­go cier­pie­nia. Wszyst­kie ner­wo­we damy mia­ły owo za­pa­le­nie, je­że­li nie na­praw­dę w brzu­chu, to przy­najm­niej w ima­gi­na­cji, a czu­ły się przy tym świet­nie; za­rów­no jak ich do­rad­cy-le­ka­rze. Co­raz czę­ściej skła­nia­łem się ku stwier­dze­niu ap­pen­di­ci­tis i dużą ilość ta­kich przy­pad­ków le­czy­łem z roz­ma­itym po­wo­dze­niem. Kie­dy jed­nak ro­ze­szła się po­gło­ska, że ame­ry­kań­scy chi­rur­dzy za­po­cząt­ko­wa­li za­bie­gi usu­wa­nia śle­pej kisz­ki w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, przy­pad­ki tej cho­ro­by na­gle się zmniej­szy­ły w mo­jej prak­ty­ce za­sta­na­wia­ją­co. Za­pa­no­wa­ło ogól­ne po­ru­sze­nie.

– Wy­ciąć śle­pą kisz­kę? Moją śle­pą kisz­kę! – mó­wi­ły ele­ganc­kie pa­nie, bro­niąc roz­pacz­li­wie swe­go wy­rost­ka ro­bacz­ko­we­go jak mat­ki swych nie­mow­ląt. – A cóż ja bez niej po­cznę?

– Usu­wać śle­pą kisz­kę? Na­szą śle­pą kisz­kę? – mó­wi­li le­ka­rze i po­sęp­nie prze­glą­da­li li­stę swych pa­cjen­tów. Po czym obu­rza­li się. – Co za po­mysł! Pań­ska śle­pa kisz­ka jest naj­zdrow­sza; je­że­li ją ba­dam dwa razy ty­go­dnio­wo, my­lić się nie mogę. Sta­now­czo sprze­ci­wiam się ope­ra­cji.

Ap­pen­di­ci­tis do­go­ry­wa­ło za­tem; trze­ba było wy­na­leźć nowe cier­pie­nie, któ­re za­spo­ko­iło­by ogól­ny po­pyt. Wie­dza me­dycz­na spro­sta­ła za­da­niu: na ry­nek rzu­co­na zo­sta­ła nowa cho­ro­ba o świe­żej na­zwie war­to­ści zło­ta: co­li­tis41