Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Księga ludzkich uczuć ebook

Tiffany Watt-Smith  

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Księga ludzkich uczuć - Tiffany Watt-Smith

Nic nie budzi większych emocji niż one same!

Ciekawa, lekka i mądra lektura, która pozwoli nam lepiej poznać i zrozumieć świat uczuć.
Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak opisać to cudowne uczucie, kiedy w zimną zimową noc siedzisz w przytulnym miejscu otoczony przyjaciółmi i dobrym jedzeniem (Holendrzy mówią na nie gezzelig)? Albo jak to się stało, że dawniej nostalgię traktowano jak śmiertelną chorobę, a dzisiaj myślimy o niej jak o nieszkodliwym sentymencie?

Opinie o ebooku Księga ludzkich uczuć - Tiffany Watt-Smith

Fragment ebooka Księga ludzkich uczuć - Tiffany Watt-Smith

Tiffany Watt Smith

KSIĘGA LUDZKICH UCZUĆ

przełożył Jacek Konieczny

Tytuł oryginału: The Book of Human Emotions

Copyright © Tiffany Watt Smith, 2015

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Jacek Konieczny, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

I jak zajmujące były uczucia innych ludzi – wydawały mu się znacznie więcej zajmującymi od ich myśli.

Oscar Wilde, Portret Doriana Graya, przeł. Maria Feldmanowa

Mojej rodzinie z nieustającą miłością

Wprowadzenie

Podnieś wzrok. Spójrz na chmury. Czy wiszą szare i dostojne na nieruchomym niebie? A może w formie smug unoszą się beztrosko na lekkim wiaterku? Czy horyzont nie przesiąkł palącą czerwienią zachodu słońca, płonącego z pożądania?

Dla malarza Johna Constable’a niebo było pełne emocji. W liście z 1821 roku nazwał je „myślą przewodnią” i „najistotniejszym organem uczuciowości w malarstwie”1. Właśnie z tego powodu poświęcił wiele czasu na obserwowanie i klasyfikowanie chmur. Wychodził ze swojego domu w Hampstead – w owym czasie była to wioska pod Londynem – z plikiem kartek, kieszenią wypchaną pędzlami i przesiadywał na wrzosowisku, malując kształty pośpiesznie zmieniające się nad jego głową, nie przejmując się wiatrem szeleszczącym kartkami ani kroplami deszczu rozmazującymi farby. Po powrocie do domu układał szkice zgodnie z najnowszymi klasyfikacjami meteorologicznymi i opatrywał je notatkami zawierającymi datę, godzinę i opis warunków atmosferycznych.

Constable chciał opanować język nieba – wystarczy spojrzeć na jego obrazy, aby się przekonać, że tego dokonał. Musimy jednak mieć na uwadze, że żył w czasach ogarniętych obsesją klasyfikowania i dzielenia na kategorie, zamiłowaniem do taksonomii, której ulotne, sunące obłoki nie chciały się poddać. Nie jest łatwo uchwycić chmury. Dzielenie ich na grupy, jak czterdzieści lat późnej stwierdził krytyk John Ruskin, zawsze było „raczej wynikiem praktycznych potrzeb niż obiektywnym opisem”. Chmury przechodzą jedna w drugą i odpływają. Zmieniają sojusze tak często, że trudno je od siebie odróżnić.

Przyjrzyj się chmurom, a może dostrzeżesz przez moment w ich zabarwieniu jakąś emocję. Zaraz potem całe niebo się przeistoczy i to wrażenie zniknie.

Obserwowanie i nazywanie naszej pogody emocjonalnej może być równie wielkim wyzwaniem. Spróbuj dokładnie opisać, jak się obecnie czujesz. Czy twoje serce drży z podniecenia na myśl o osobie, która będzie cię oczekiwać na peronie, kiedy wysiądziesz z pociągu? A może ściska cię w żołądku na myśl o jutrzejszym terminie oddania pracy? Czy to nie ciekawość popchnęła cię do sięgnięcia po tę książkę? A może z kolei doprawiona przekorą niechęć każe ci przewracać kolejne strony w księgarni i opóźniać powrót do domu? Czy przepełnia cię nadzieja? Jesteś zaskoczony? (A może znudzony?).

Niektóre emocje rzeczywiście potrafią zabarwić cały świat, jak przerażenie, kiedy samochód wpada w poślizg, albo euforia towarzysząca zakochaniu. Z uchwyceniem innych – podobnie jak chmur – mamy kłopot. Jeżeli planujesz niespodziankę dla ukochanej osoby, możesz odczuwać niecierpliwość zabarwioną radością i podszytą delikatnym przerażeniem. (A jeśli jej nie spodoba?). Wyjdź z domu wzburzony po kłótni, a możesz mieć kłopot z precyzyjnym określeniem momentu, kiedy wygasł w tobie gniew i poczułeś się zdegustowany własną postawą. Istnieją emocje tak delikatne, że zanikają, zanim zdążymy je zauważyć, na przykład to przelotne uczucie ukojenia, jakie odczuwamy, gdy w supermarkecie sięgamy po produkt znajomej marki. Inne emocje zaczynają się tlić gdzieś w naszym wnętrzu, ale szybko przed nimi uciekamy z obawy, że nami całkowicie zawładną: zazdrość, przez którą świerzbią nas palce, aby przeszukać kieszenie ukochanej osoby, albo zawstydzenie, mogące nas doprowadzić do autodestrukcji.

Czasami odnosimy wrażenie, że jesteśmy niewolnikami swoich emocji, a nie, że ich doświadczamy.

Aby w pełni zrozumieć samych siebie, powinniśmy być może uważnie przyglądać się swoim uczuciom, próbować je pojąć na podobieństwo Constable’a starającego się uchwycić chmury.

Co to jest uczucie?

Głęboko w płatach skroniowych mózgu znajduje się obiekt w kształcie łzy zwany ciałem migdałowatym. Neurologowie twierdzą, że jest to „centrum dowodzenia” naszych emocji. Ciało migdałowate ocenia bodźce docierające ze świata zewnętrznego i decyduje, czy powinniśmy od nich uciekać, czy się do nich zbliżać. Uruchamia galimatias reakcji: przyśpiesza bicie serca, zaleca gruczołom wydzielanie hormonów, napina mięśnie kończyn i wywołuje drżenie powieki. Kiedy leżymy pod skanerem mózgu i przypomnimy sobie jakąś smutną historię albo spojrzymy na zdjęcie naszego nowo narodzonego dziecka, można zauważyć, że ciało migdałowate jest jednym z obszarów, które „rozbłyskują” na obrazie wygenerowanym przez komputer.

Lśniące kolorami fuksji i szmaragdu gobeliny – przekroje naszego mózgu – potrafią być niezwykle pociągające. Mogą nawet wzbudzić przekonanie, że udało nam się ostatecznie przeniknąć tajemnicę, jak i dlaczego odczuwamy to, co odczuwamy. Niemniej rozpatrywanie naszych emocji wyłącznie w kategoriach biochemicznych fajerwerków przypominałoby, by przywołać słowa pisarki Siri Hustvedt, „powiedzenie, że MleczarkaVermeera to płótno pokryte farbą albo że Alicja to słowo na kartce. To są fakty, ale nie wyjaśniają one mojego subiektywnego postrzegania którejkolwiek z tych dziewcząt ani tego, co one dla mnie znaczą”2.

Powiedziałabym więcej: traktowanie uczuć jako przede wszystkim faktów natury biologicznej wypacza ich prawdziwą naturę.

Wynalezienie emocji

Mniej więcej do 1830 roku nikt tak naprawdę nie odczuwał emocji. Ludzie doświadczali innych rzeczy – „namiętności”, „przypadków duszy”, „sentymentów moralnych” – i opisywali je w kategoriach zupełnie innych od naszego rozumienia uczuć.

Niektórzy ze starożytnych Greków wierzyli, że buntowniczy szał jest roznoszony przez trujący wiatr. Pierwsi chrześcijanie mieszkający na pustyni sądzili, że nudę zasiewają w duszy złośliwe demony. W XV i XVI wieku namiętności nie uważano za właściwe wyłącznie ludziom, ale sądzono, że mogą im podlegać również rośliny i zwierzęta: palmy mogły darzyć się miłością i do siebie wzdychać, a koty popadały w melancholię. Obok tego niematerialnego świata dusz i sił nadprzyrodzonych istniała również stworzona przez lekarzy złożona teoria wpływu ludzkiego ciała na namiętności. Swoje przemyślenia opierali oni na teorii medycyny humoralnej wywodzącej się z poglądów greckiego lekarza Hipokratesa, która rozpowszechniła się za pośrednictwem lekarzy islamskich i w końcu rozkwitła w pismach nadwornych medyków renesansowej Europy. Zgodnie z tą teorią w ciele każdej osoby utrzymuje się równowaga czterech płynów (humorów): krwi, żółci, czarnej żółci i flegmy. Uważano, że humory te kształtują osobowość i nastrój człowieka: osoby, w których żyłach płynęło więcej krwi, cechowały się porywczością, ale zarazem odwagą. Przewaga flegmy czyniła człowieka spokojnym, lecz posępnym. Lekarze uważali, że silne namiętności zaburzały tę delikatną równowagę, przenosząc ciepło w inne części ciała i w rezultacie pobudzając określone humory. Wściekłość przepompowywała krew z serca do członków, by przygotować człowieka do rzucenia się do ataku. Podgrzanie czarnej żółci wysyłało z kolei trujące opary do mózgu i wypełniało go przerażającymi wizjami. Ślady tych teorii przetrwały do dziś: mówimy, że ktoś jest flegmatykiem, że jest w złym humorze albo że krew w nim zawrzała.

Współczesne rozumienie emocji można powiązać z narodzinami nauki empirycznej w połowie XVII wieku. Thomas Willis, londyński anatom, który przeprowadzał sekcje zwłok powieszonych przestępców, wysunął przypuszczenie, że przypływ radości albo nerwowe drżenie nie są wynikiem działania tajemniczych płynów bądź oparów, ale delikatnej siatki układu nerwowego, którego ośrodkiem jest jeden narząd: mózg. Mniej więcej sto lat później fizjologowie badający odruchy u zwierząt poszli o krok dalej i stwierdzili, że ciała wzdrygają się z przerażenia albo drżą z rozkoszy na skutek procesów o czysto mechanicznej naturze. Nie wymagały one udziału niematerialnej substancji duszy. W pełnej przeciągów sali wykładowej w Edynburgu filozof Thomas Brown stwierdził na początku XIX wieku, że to nowe rozumienie funkcjonowania ludzkiego ciała wymaga nowego języka, i zaproponował użycie terminu „emocja”3. Mimo że słowo emotionistniało już w języku angielskim (jako pochodna francuskiej émotion), nie miało jasno sprecyzowanego znaczenia i opisywało każdą formę poruszenia ciał i przedmiotów: od kołysania się drzewa do rumieńców oblewających policzki. Ukute przez Browna znaczenie tego słowa dało początek nowemu podejściu do życia emocjonalnego – podejściu posługującemu się eksperymentami i badaniami anatomicznymi, których przedmiotem stały się zjawiska możliwe do empirycznego zaobserwowania: zaciskanie zębów, łzy, dreszcze, wytrzeszczanie oczu.

Tak oto przedstawicieli epoki wiktoriańskiej ogarnęła fala zainteresowania mechanizmami, za sprawą których uśmiech i marszczenie brwi wyrażały – czy nawet wzbudzały – ludzkie emocje. Wśród nich wyróżniał się szczególnie jeden: Karol Darwin, który już w latach trzydziestych XIX wieku uznał emocje za temat godny poważnych badań naukowych. Rozesłał kwestionariusze do misjonarzy i badaczy działających w najróżniejszych zakątkach świata, pytając, w jaki sposób przedstawiciele napotkanych przez nich ludów wyrażają żal albo ekscytację. Prowadził eksperymenty na sobie, próbując wyodrębnić mięśnie aktywujące się, kiedy przechodził go dreszcz albo kiedy się uśmiechał. Badał nawet swojego nowo narodzonego syna Williama i prowadził skrupulatną kronikę jego reakcji: „ósmego dnia życia często marszczył brwi […], mając niespełna pięć tygodni uśmiechnął się”4. W 1872 roku Darwin opublikował wyniki swoich obserwacji w pracy O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt i wysunął śmiałą hipotezę, że nasze emocje nie są sztywnymi reakcjami, ale wynikiem milionów lat zachodzących nieustannie procesów ewolucyjnych. Równie podstawowe i ważne jak oddychanie i trawienie, równie zwierzęce co ludzkie, nasze emocje istniały, ponieważ pomagały nam przetrwać – chroniły nas przed spożywaniem trucizn (obrzydzenie) albo ułatwiały nam tworzenie więzi i współpracę (miłość i współczucie). W latach osiemdziesiątych XIX wieku pogląd, że emocje są dziedziczonymi odruchami, do tego stopnia rozpowszechnił się wśród uczonych, że filozof William James twierdził z przekonaniem, że to reakcje organizmu są emocjami, a subiektywne odczucie zaledwie ich następstwem. O ile „zdrowy rozsądek podpowiada, że […] kiedy spotykamy niedźwiedzia, jesteśmy przerażeni, uciekamy”, pisał, bardziej racjonalne byłoby stwierdzenie, że odczuwamy „strach, ponieważ się trzęsiemy”5. James uważał, że reakcja fizyczna występuje jako pierwsza, a subiektywna rzeczywistość, jej uboczny produkt nazwany przez niego „epifenomenem”, ułamek sekundy później.

Ale nie wszyscy postrzegali emocje w ten sposób. Rok po opublikowaniu przez Darwina jego teorii na temat ewolucji ekspresji emocjonalnej Sigmund Freud podjął studia medyczne w Wiedniu. Na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku zrezygnował z kariery neurologa, ponieważ uznał, że długotrwałego smutku ani nadmiernej podejrzliwości nie można wyjaśniać wyłącznie w kategoriach mózgu i ciała. „Naukowe zajmowanie się uczuciami nie jest zajęciem komfortowym”6, pisał. Za niezbędne uważał uwzględnienie trudniej uchwytnych i bardziej złożonych wpływów umysłu, czyli psyche. Mimo że Freud nie przedstawił wyczerpującej teorii swojego rozumienia emocji – określał je poetyckim mianem „zabarwienia uczuciowego” – jego prace dodały głębi i złożoności wizji emocji jako biologicznych tików i drgań. To właśnie pod wpływem badań Freuda zaczęliśmy traktować emocje jako coś, co może zostać stłumione, co może się nagromadzić albo wymagać rozładowania. Uznaliśmy ponadto, że niektóre – zwłaszcza te dojmujące momenty grozy i nieokiełznane pragnienia z czasów dzieciństwa – mogą w nas osiąść i skrywać się w najgłębszych zakamarkach umysłu, aby pojawiać się później w snach, kompulsjach czy nawet za pośrednictwem fizycznych objawów w rodzaju bólu głowy albo skurczów żołądka. To również od Freuda przejęliśmy ideę, że niektórych naszych emocji możemy nie dostrzegać, że gniew lub zazdrość mogą być „podświadome” i wyskakiwać w przypadkowych momentach jak filip z konopi („freudowskie pomyłki”) albo przejawiać się w opowiadanych przez nas dowcipach czy zwyczajach (na przykład uporczywym spóźnialstwie). Chociaż wiele technicznych aspektów teorii Freuda zostało później zanegowanych, sama idea, że nasze emocje podążają okrężnymi drogami przez nasze umysły i ciała, wywarła doniosły wpływ na terapię i znalazła odzwierciedlenie w języku, którego używamy dziś do ich opisywania. W ten sposób przedstawiciele epoki wiktoriańskiej są odpowiedzialni za dwie z najbardziej wpływowych obecnie idei na temat emocji: że nasze emocje wyewoluowały z fizycznych reakcji i że podlegają wpływom naszej nieświadomości.

Kultury emocjonalne

Odpowiedzi na pytanie „Czym jest emocja?” nie znajdziemy, zaglądając wyłącznie do naszej biologii i osobistej historii emocjonalnej. Nasze odczucia są również uwikłane w sieci oczekiwań i idei kulturowych. Może się wydawać, że nienawiść, gniew i pożądanie wywodzą się z najbardziej nieokiełznanej, zwierzęcej części naszej osoby, ale przecież mogą być także wzbudzane przez zjawiska czysto ludzkie: przez język i pojęcia, których używamy do interpretacji zachowań naszych ciał; przez przekonania religijne i poglądy moralne; przez mody, a nawet politykę i ekonomię właściwą dla czasów, w których żyjemy. Siedemnastowieczny arystokrata François de La Rochefoucauld zauważył, że nawet największe namiętności mogą zostać wywołane przez potrzebę przestrzegania konwenansów. „Są ludzie – żartował – którzy nigdy by nie byli zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości”7. A skoro rozmawianie, obserwowanie i czytanie może rozbudzać w naszych ciałach różnorodne odczucia, tak samo może je w nas również tłumić. Członkowie plemienia Baining z Papui-Nowej Gwinei zostawiają na noc przed domem miskę z wodą, aby wchłonęła awumbuk, przygnębienie i bezwład, które spływają na nich w chwili wyjazdu goszczonych przez nich bliskich osób. Rytuał ten ponoć działa niezawodnie. Nasze idee mogą wywierać tak potężny wpływ, że czasami kształtują nawet te reakcje biologiczne, które uważamy za najbardziej naturalne. Jak inaczej wytłumaczylibyśmy, dlaczego w XI wieku rycerze mdleli z trwogi albo ziewali z miłości? Albo że czterysta lat temu ludzie umierali z nostalgii?

Pogląd, że emocje mogą być kształtowane nie tylko przez nasze ciała i umysły, lecz także przez kulturę, został entuzjastycznie podchwycony w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Zachodni antropologowie przebywający wśród odległych ludów zaczęli się interesować pojęciami używanymi do opisu emocji w obcych językach. Na przykład song – oburzenie odczuwane z powodu otrzymania niesprawiedliwie małej części jakiejś większej całości – odgrywa istotną rolę w nastawionej na współpracę kulturze wyspiarskiego plemienia Ifalik z rejonu Pacyfiku. Nagle okazało się, że w pewnych kulturach ludzie przywiązują wielką wagę do odczuć, które w zachodnim świecie uchodziłyby za małostkowe. Inne emocje mają dla nich tak wielkie znaczenie, że umieją oni znakomicie odczytywać ich subtelne warianty i zabarwienia. Na przykład Pintupi z Australii Zachodniej potrafią odczuwać piętnaście odmiennych rodzajów strachu. Są takie emocje, które w zachodnim świecie mogą się wydawać absolutnie najważniejsze, ale w ogóle nie istnieją w innych językach: na przykład plemię Machiguenga z Peru nie dysponuje precyzyjnym określeniem na niepokój8. Zainteresowanie językiem używanym do opisu emocji doprowadziło do postawienia intrygującego pytania: czy z tego, że ludzie w różny sposób rozumieją i nazywają swoje emocje, wynika, że również odmiennie je przeżywają?

Historycy od dawna podejrzewali, że namiętności mogą ogromnie pomóc w zrozumieniu umysłów dawnych ludzi, jednak upłynęła cała dekada od wspomnianych badań antropologów, zanim zabrali się na serio do badania nieistniejących już kultur emocjonalnych przeszłości9. Oczywiście nie mogli porozmawiać o uczuciach z rzymskimi niewolnikami czy średniowiecznymi parami zakochanych, niemniej to, w jaki sposób rozumieli oni swoje namiętności i uczucia, potrafili wyczytać z pamiętników i listów, kodeksów postępowania i zaleceń lekarskich, a nawet dokumentów prawniczych i przemówień politycznych. Historycy zaczęli stawiać pytania, które zabrzmią znajomo dla osób prowadzących dziś badania w tych dziedzinach. Czy nuda została wymyślona w epoce wiktoriańskiej? Co sprawiło, że amerykańscy prezydenci zaczęli się uśmiechać na oficjalnych portretach? Dlaczego autorzy szesnastowiecznych poradników zalecają swoim czytelnikom, aby byli smutni, a współczesnych, aby byli radośni? Dlaczego w XVIII wieku artyści zaczęli się dzielić ze swoimi odbiorcami tym, że coś ich zszokowało? Jak to możliwe, że pewne emocje znikają – na przykład połączenie apatii i rozpaczy zwane przez wczesnych chrześcijan acedią – a inne nagle się pojawiają, na przykład ringxiety, czyli zaniepokojenie wywołane przez dzwonek telefonu komórkowego, którego źródła nie potrafimy zlokalizować? Badanie dawnych emocji nie miało jedynie doprowadzić do ustalenia, w jaki sposób zmieniały się rytuały towarzyszące miłości i żałobie ani dlaczego w różnych okresach historycznych jedne emocje przeżywano publicznie, inne ukrywano, a jeszcze inne tłumiono za pomocą pokuty i modlitwy – nowy obszar badań stawiał pytanie, w jaki sposób wartości kulturowe odciskały się na naszych indywidualnych doświadczeniach. Stawiał pytanie, na ile emocje są „nasze”.

Nawet opisy emocji, które niekiedy uważa się za „podstawowe” albo „uniwersalne”, jak strach czy niesmak, różnią się w zależności od czasu i miejsca. Pogląd, że niektóre emocje są bardziej podstawowe od innych, zrodził się już dawno temu. Li Chi, konfucjański zbiór zasad i rytuałów, który powstał najpóźniej w I wieku przed naszą erą, wymienia siedem przyrodzonych człowiekowi uczuć (radość, gniew, smutek, strach, miłość, niechęć i zamiłowanie)10. René Descartes uważał, że istnieje sześć „uczuć pierwotnych” (podziw, miłość, nienawiść, pożądanie, radość i smutek)11. Współcześnie niektórzy psychologowie ewolucyjni przekonują, że wszyscy ludzie przejawiają w ten sam sposób sześć do ośmiu „podstawowych” emocjiI. Ich lista zawiera zazwyczaj wstręt, strach, zaskoczenie, gniew, radość i smutek – ale nie miłość, której przejawy są, jak się należy spodziewać, uwikłane w rytuały właściwe dla konkretnej kultury. Uważa się, że „podstawowe” przejawy emocji wyewoluowały ze wspólnych doświadczeń: krzywiąc się z obrzydzenia i wystawiając język, usuwamy truciznę z ust, przypływ energii towarzyszący wściekłości może pomagać nam w odparciu ataku przeciwnika. Czy jednak wynika z tego, że emocje te muszą być przeżywane w identyczny sposób przez wszystkich ludzi we wszystkich częściach świata? Wyobraźmy sobie nowojorskiego brokera, który stoi na parkiecie giełdy papierów wartościowych ze spoconymi dłońmi, łomoczącym sercem i ciarkami przechodzącymi po plecach. Zastanówmy się następnie, czego doświadczał trzynastowieczny chrześcijanin klęczący w chłodnej kaplicy i pogrążony w modlitwie albo australijski Pintupi maszerujący głęboką nocą z uciskiem w żołądku. Makler mógłby nazwać te odczucia „przypływem adrenaliny” albo „pozytywnym strachem” (a w kiepski dzień „stresem”). Drugi z naszych bohaterów mógłby postrzegać je jako „cudowny lęk”, stan pełnego respektu przerażenia w obliczu Boga. Trzeci mówiłby o ngulu, szczególnym rodzaju lęku, jakiego doświadczają Pintupi, kiedy podejrzewają, że ktoś pragnie się na nich zemścić. Znaczenia przypisywane przez nas poszczególnym emocjom zmieniają sposób, w jaki ich doświadczamy. Od tych znaczeń zależy, czy pojawienie się danego odczucia wzbudzi w nas radość, czy niepokój, czy będziemy się nim delektować, czy też przepełni nas wstydem. Gdybyśmy zignorowali te różnice, pozbawilibyśmy się dostępu do tego, co sprawia, że nasze doświadczenie emocjonalne jest takie, jakie jest.

Wszystko sprowadza się do tego, czym według nas jest emocja. W rozmowie o emocjach potrzebne nam będzie, moim zdaniem, to, co amerykański antropolog Clifford Geertz nazwał w latach siedemdziesiątych XX wieku „opisem gęstym”. Geertz stawia intrygujące pytanie: na czym polega różnica między mimowolnym mrugnięciem a puszczeniem oka12. Jeżeli odpowiemy w kategoriach czysto fizjologicznych – mówiąc o serii skurczów mięśni powieki – wtedy mrugnięcie i puszczenie oka stają się w zasadzie nieodróżnialne. Dopiero świadomość kontekstu kulturowego pozwala nam naprawdę zrozumieć sens puszczenia oka. Do tego trzeba rozumieć istotę zabawy i żartu, droczenia się i erotyki oraz wyuczonych konwencji w rodzaju ironii i afektacji. To samo można powiedzieć o miłości, nienawiści, pożądaniu, strachu, gniewie i innych emocjach. Bez odpowiedniego kontekstu dysponujemy jedynie „opisem rzadkim” zdarzenia, a nie całości – a przecież emocja jest właśnie taką całością.

A zatem ta książka opowiada właśnie o tych całościach – oraz o tym, jak się one zmieniają. Mówi o różnych sposobach postrzegania i odgrywania emocji – od zapłakanych sędziów w greckich sądach do odważnych, stanowczych kobiet renesansu; od „strun serca” osiemnastowiecznych lekarzy do doświadczenia na sobie samym wykonanego przez Darwina w londyńskim zoo; od nerwicy frontowej żołnierzy uczestniczących w pierwszej wojnie światowej do współczesnej neurologii i technik obrazowania mózgu. Opowiada o różnych sposobach funkcjonowania w świecie naszych smutnych, zdumionych, wzdrygających się, radosnych ciał. Oraz o tym, jak świat człowieka – z jego wartościami moralnymi, z politycznymi hierarchiami, z jego stereotypami na temat płci, seksualności, rasy i klasy, z poglądami filozoficznymi i teoriami naukowymi – zamieszkuje z kolei w nas.

Dostrzeganie emocji: poradnik użytkownika

Zdrowie emocjonalne oraz niezbędna do jego osiągnięcia umiejętność dostrzegania i rozumienia emocji są dziś oficjalnymi celami polityki społecznej w wielu państwach, od Bhutanu do Wielkiej Brytanii. Wystarczy włączyć telewizor albo otworzyć gazetę, a prędzej czy później natkniemy się na porady, jak osiągnąć trwałe szczęście, albo wyjaśnienie, że płacz może być dla nas dobry. Przekonanie, że powinniśmy zwracać uwagę na nasze emocje, nie jest bynajmniej nowe. Stoicy ze starożytnej Grecji sądzili, że dostrzeżenie pierwszego przypływu jakiejś namiętności pozwala nam nad nią zapanować. Jeżeli szybko uchwycimy moment, kiedy zjeżą nam się włoski na karku, twierdzili, będziemy mogli się napomnieć, że nie warto ulegać panice, która właśnie zaczyna nas ogarniać. W XVII wieku także Robert Burton, uczony i znakomity anatom melancholii, odkrył korzyści płynące z dostrzegania emocji – choć przyjął nieco inne podejście. Zainteresował się dręczącymi go uczuciami rozpaczy i niepokoju. Próbował je zrozumieć, konwersując z innymi pisarzami i filozofami, zwłaszcza tymi z przeszłości. Ostatecznie jego melancholia, która wcześniej wydawała się zupełnie bezsensowna, wypełniła się znaczeniem – a zarazem zaczęła słabnąć.

Dzisiejsze zainteresowanie poważnym traktowaniem naszych emocji można wyprowadzić z badań psychologicznych spopularyzowanych w połowie lat dziewięćdziesiątych pod chwytliwym hasłem inteligencji emocjonalnej, inaczej mówiąc: ilorazu emocjonalnego albo EQ13. Zwolennicy tej koncepcji twierdzą, że zdolność do rozpoznawania własnych i cudzych emocji oraz do wykorzystywania ich jako wskazówek przy podejmowaniu decyzji w równym stopniu przyczynia się do powodzenia jednostki co tradycyjna miara, jaką jest iloraz inteligencji. Wykazano, że świadomość emocji jest silnie skorelowana z większą odpornością w sytuacjach stresowych, z osiąganiem lepszych wyników w pracy, z większymi umiejętnościami zarządzania i negocjowania, z budowaniem trwalszych relacji w rodzinie. EQ, a przynajmniej jakaś jego odmiana, jest dziś pojęciem dobrze znanym nauczycielom, liderom w biznesie i politykom.

Niezależnie od tego, czy ta ekscytacja emocjami budzi u ciebie uśmiech, czy wątpliwości, zgodzisz się, mam nadzieję, że zależności między naszymi uczuciami a słowami, których używamy do ich opisania, są doprawdy intrygujące. Niektóre emocje mogą co najwyżej wywołać życzliwy uśmiech, kiedy poznamy ich nazwy, na przykład umpty (poczucie, że pod każdym względem jest „bardzo źle”) albo matutolypea(smutek, jaki ogarnia nas tylko o poranku). Inne okazują się odgrywać większą rolę w naszym życiu, kiedy poznamy ich nazwy, na przykład basoreksja (nagłe pragnienie pocałowania innej osoby) albo gezelligheid (błogość, jaka nas ogarnia, kiedy zimną nocą znajdujemy się pod dachem w towarzystwie przyjaciół). Czasem czytanie o emocjach innych ludzi może sprawić, że kiedy sami ich później doświadczymy, nie będą wydawały się aż tak dziwaczne, że nie będziemy czuli się z nimi osamotnieni. Wiele historii, które poznałam w trakcie pracy nad tą książką, przyniosło mi pocieszenie i okazało się mieć sporo wspólnego z moimi doświadczeniami. Inne poruszyły mnie z odmiennych powodów, pomogły mi spojrzeć z nowej perspektywy na silniejsze z targających mną emocji. Większość z nas unika rozmyślania nad niektórymi emocjami. Być może wstydzisz się swojej skłonności do żywienia urazy, boisz się apatii czy zmagasz się z poczuciem wstydu. Wystarczy jednak krótki namysł nad źródłami tego nastawienia do naszych uczuć, a przypuszczalnie odkryjemy, że nie zawsze taki diabeł straszny, jak go malują. Mam nadzieję, że niektóre z przytoczonych w tej książce opowieści poruszą również ciebie.

Ale książka ta nie ma pomóc ci w osiągnięciu szczęścia ani sukcesu życiowego (ani nawet bogactwa!). Niezależnie od wszystkich intrygujących ciekawostek, zrozumienie kulturowych kontekstów naszych emocji pomaga nam przede wszystkim w dostrzeżeniu ukrytych przekonań na temat tego, co uchodzi za „naturalną” (albo, co gorsza, „normalną”) reakcję emocjonalną. Jeżeli emocje są dla nas dzisiaj tak ważne, jeżeli pomiarem ich poziomu zajmują się rządy, jeżeli coraz częściej stają się przedmiotem farmakologicznych interwencji lekarzy, jeżeli uczymy się o nich w szkołach i jeżeli monitorują je nasi pracodawcy, powinniśmy lepiej rozumieć, skąd biorą się nasze przekonania na ich temat – i czy rzeczywiście nadal chcemy je żywić.

Jak korzystać z tej książki

W obszernej literaturze na temat emocji można znaleźć wiele list uczuć. Moje zestawienie nie rości sobie tytułu do miana wyczerpującego ani nie jest jego celem przeniknięcie złożoności naszego życia wewnętrznego, dotarcie do jego istoty. Książka ma postać zbioru króciutkich esejów na temat emocji ułożonych, zgodnie z konwencją, w porządku alfabetycznym. Wynika z tego, że z pozoru pomniejsze i specyficzne uczucia – nabzdyczenie lub ilinx(pełne ekscytacji zdezorientowanie, które można wzbudzić w sobie, przewracając kosz na śmieci w biurze) – zajmują równie ważne miejsce w krajobrazie naszego życia emocjonalnego, co strach czy zaskoczenie. Również poszczególne hasła nie roszczą sobie tytułu do bycia wyczerpującymi. Przedstawiają jedynie migawki z dawnych czasów i z obecnej kulturowej polityki emocji w nadziei, że pomoże nam to lepiej zrozumieć, dlaczego przeżywamy je w taki, a nie inny sposób. Mam nadzieję, że zainteresują i zaciekawią, że staną się bodźcem do dyskusji i stawiania pytań.

Nie jest łatwo poupychać emocje do konkretnych kategorii. W czasie opracowywania haseł czułam się często jak kolekcjoner chmur z epoki wiktoriańskiej, kiedy rozważałam, czy taki a taki dreszcz bierze się z przyjemności, czy z obrzydzenia (a może z obu jednocześnie) albo gdzie kończy się poczucie winy, a zaczynają wyrzuty sumienia. Dążenie do precyzji prowadzi czasami do lepszego zrozumienia jakiegoś zagadnienia (choć zob. DWUZNACZNOFOBIA), niemniej rozmyślania nad emocjami wiodą nas do labiryntu przecinających się ścieżek i obrotowych drzwi, a w takich chwilach konkretne nazwy nabierają raczej charakteru konwencji, niż są faktycznym opisem. Z tego właśnie powodu książka ta ma taki, a nie inny układ. Hasła można czytać w porządku alfabetycznym, można również przerzucać strony, aż natkniemy się na coś, co nas szczególnie zainteresuje, a następnie podążać za odnośnikami – ta forma lektury jest prawdopodobnie odrobinę bliższa temu, w jaki sposób emocje zmieniają postać, przechodząc jedne w drugie.

W książce omówiono około stu pięćdziesięciu emocji. (Istnieje oczywiście wiele, wiele innych, o jakich można byłoby wspomnieć…). Przedsięwzięcie, którego się podjęłam, jest bez wątpienia niemożliwe do ukończenia, niemniej przedstawiam ten zbiór – z towarzyszącym mu zapewnieniem, że mógłby być większy – jako wyraz protestu przeciwko próbom zredukowania cudownej złożoności naszego życia wewnętrznego do garstki podstawowych emocji.

Jeżeli czegokolwiek się nauczyłam jako jeden z licznych badaczy naszego nowego wspaniałego świata emocji, to tego, że do opisu naszych uczuć nie potrzebujemy mniejszej liczby słów.

Potrzebujemy większej.

Abhiman

Sanskryckie Wedy, powstałe około 1500 roku przed naszą erą, należą do najstarszych znanych tekstów religijnych. Zawarte w nich hymny, inkantacje i opisy rytuałów tworzą duchową podstawę hinduizmu. Stanowią również migawkę z życia codziennego Indii sprzed 3500 lat.

Wspomniana w Wedach emocja abhiman jest nadal łatwo rozpoznawalna na subkontynencie indyjskim. Nie istnieje dla niej prosty odpowiednik w innych językach. Abhi-man znaczy dosłownie „duma z samego siebie”, ale klucz do głębszego znaczenia tego terminu leży w innym, pobrzmiewającym w nim słowie z sanskrytu: balam (siła).

Abhiman opisuje ból i gniew, jaki odczuwamy w sytuacji, kiedy zostajemy skrzywdzeni przez osobę, którą kochamy albo od której spodziewamy się życzliwego traktowania. U podłoża tego uczucia leżą smutek i szok, ale szybko przeradzają się one w dziką, zranioną DUMĘ. Słowo to jest często tłumaczone jako „zraniona godność” albo „mściwy odwet”, niemniej wyrażenia te mają w podtekście małostkowość. Tymczasem w Indiach abhiman jest reakcją dopuszczalną, a nawet oczekiwaną. Aby uznać abhiman za nieodłączny element naszego życia emocjonalnego, musimy zrozumieć, że zerwanie niepisanych kontraktów miłości i szacunku między członkami rodziny i sojusznikami oznacza zdradę ogromnego kalibru.

Jak wiele emocji kojarzonych z dumą abhiman potrafi się wiązać z uporem. Osoba odczuwająca abhiman często cierpi najbardziej – w dwójnasób. Chandra, bohaterka opowiadania Rabindranatha Tagorego zatytułowanego Shasti, żyje w straszliwej nędzy z ukochanym mężem, jego bratem oraz żałosną, nieustannie narzekającą bratową męża. Kiedy szwagier Chandry przypadkowo zabija swoją żonę, mąż Chandry wpada na widok policji w panikę. Aby ratować brata, oskarża o morderstwo Chandrę. Tym samym zdradza nie tylko ich miłość, ale też pozycję Chandry jako żony, głęboko ją tym samym raniąc.

Chandra unosi się dumą. Urażona do żywego przyznaje się do morderstwa i w milczeniu pozwala się odprowadzić do więzienia. Tagore pisze, że motywem jej postępowania jest abhiman, co tłumacze na język angielski starali się oddać w najróżniejszy sposób: „Cóż to była za nieustępliwa uraza!”, „Jakaż to dzika, namiętna duma”, „Jakże straszliwie reagowała na zranione uczucia” i tak dalej14. W miarę zbliżania się dnia egzekucji mąż Chandry zaczyna żałować swojego postępowania i próbuje naprawić sytuację, ale rana pozostaje niezagojona. Chandra nie chce spojrzeć mu w oczy, nawet kiedy wstępuje na szubienicę.

3Zob. też: UPOKORZENIE; LITOST; URAZA.

Acedia

Wyobraź sobie, że jesteś chrześcijańskim pustelnikiem żyjącym w zachodnim Egipcie w IV wieku. Słońce praży dach twojej celi z cegły mułowej. Przebywasz akurat w jej wnętrzu, gdzie pogrążony w modlitwie klęczysz na kamiennym dywanie, kiedy zaczyna ogarniać cię lekkie znudzenie. Drażniące, narastające uczucie przypominające łaskotanie komara łażącego ci po ramieniu. Musisz to wytrzymać, w przeciwnym razie grozi ci, że ulegniesz najgroźniejszej ze wszystkich grzesznych namiętności: acedii.

Acedia, czasami zwana accidie, to emocja, która nie ma dziś faktycznego odpowiednika. Był to krótkotrwały, ale zgubny w skutkach kryzys emocjonalny, zazwyczaj ogarniający swoją ofiarę między jedenastą rano a czwartą po południu. Do pierwszych oznak należały apatia i drażliwość, które szybko przeradzały się w przygnębienie i rozpacz.

Według ojca pustyni Jana Kasjana osoba dotknięta acedią ma poczucie, jakby jej umysł ogarniał „cuchnący mrok”15. Skutkami dotknięte jest również ciało. Jak wyjaśniała amma Teodora, mniszka żyjąca w tym samym okresie, acedii towarzyszyło poczucie „przygwożdżenia”, miękkich kolan, bezwładu kończyn i rozpalonej głowy16. Pustelnicy żyli w nieformalnych wspólnotach, dokonując skrajnych wyrzeczeń i modląc się w jaskiniach oraz chatach rozsianych na bezkresie pustyni. Ulegając acedii, niektórzy z mnichów wdawali się w bójki z mieszkającymi nieopodal braćmi, uskarżali się na wybraną przez siebie drogę życiową, próbowali wracać do ziemskich rozkoszy Aleksandrii lub Konstantynopola, namawiali przyjaciół, aby się do nich przyłączyli. Niektórych widywano łkających na podłodze swoich cel; inni usiłowali popełnić samobójstwo, wystawiając się na niebezpieczeństwa pustyni. Acedia stanowiła na tyle poważne zagrożenie dla pustelniczego trybu życia – i samego życia – pierwszych mnichów, że uważano ją za najniebezpieczniejszą z ośmiu zgubnych myśli, prekursorów siedmiu grzechów śmiertelnych.

Skąd się brała? Matki i ojcowie pustyni uważali, że jest zsyłana przez sługusów diabła zwanych „południowymi demonami”, które kręcą się po koloniach pustelników, zarażając ich mieszkańców niemocą. Dziś powiedzielibyśmy pewnie, że acedia była po prostu inną nazwą choroby, obecnie nazywaną przez nas depresją, niemniej fakt, że acedia atakowała tylko na krótki czas i tylko w najgorętsze godziny dnia oraz że jej ofiary były już wcześniej udręczone izolacją od świata i skrajnymi aktami skruchy, wskazuje na bardziej swoiste źródła tej emocji. Mogła się raczej rodzić pod wpływem morderczego upału na pustyni i obawy przed czającym się w pobliżu „południowym demonem” niż z „nierównowagi chemicznej” mózgu.

W VI wieku acedię usunięto z listy grzechów śmiertelnych. Niektóre z jej symptomów zostały przejęte przez chorobę melancholii, poprzedniczkę naszych stanów depresyjnych i lękowych (zob. MELANCHOLIA). Reszta stała się moralną gnuśnością. Ludzie nadal mówili, że odczuwają acedię, ale mieli raczej na myśli stan inercji – odpowiednik ospałości, która ogarnia nas czasem w deszczowy niedzielny poranek (zob. APATIA). Zapewne nie było przypadkiem, że niebezpieczeństwa acedii ustąpiły, kiedy centra myśli religijnej przeniosły się z pustyń do znacznie przyjaźniejszych winnic Italii. Dręczący kac zastąpił zapewne udary słoneczne w roli głównego zagrożenia klasztornego życia.

Więcej na temat wpływu pogody na emocje w: DOTKNIĘTYM, być.

Zob. też: NUDA.

Agresja na drodze

Nieczekanie na zmianę świateł. Zajmowanie cudzego miejsca parkingowego. Myśl, że inni użytkownicy dróg nie szanują reguł, skłoniła kierowców do okazywania OBURZENIA i brania odwetu. Pojawiły się opowieści o ludziach, którzy zajeżdżają sobie drogę, taranują jadące przed nimi samochody, a nawet wyskakują z pojazdów uzbrojeni w łomy.

O agresji na drodze zaczęli mówić w mediach pod koniec lat osiemdziesiątych komentatorzy zatrwożeni nagłym nasileniem przemocy na amerykańskich autostradach. Dziś tego rodzaju akty szaleństwa uznano powszechnie po obu stronach Atlantyku za jedno z naturalnych zagrożeń na drodze.

Poruszanie się po zakorkowanych drogach jest niewątpliwie stresujące, ale czy to jedyny powód agresji? Istotniejszym czynnikiem może być fakt, że po zajęciu miejsca za kierownicą tracimy na jakiś czas zahamowania. We wnętrzu naszych samochodów ogarnia nas poczucie, że jesteśmy ukryci i chronieni, zupełnie jakbyśmy założyli maskę lub zbroję. To samo dzieje się, kiedy surfujemy po internecie, wchodzimy na fora i piszemy komentarze pod artykułami: pozbawieni bezpośredniego kontaktu wzrokowego mamy mniejsze szanse na wychwycenie sygnałów emocjonalnych przekazywanych przez rozmówców. Staje się mniej prawdopodobne, że będziemy postrzegać innych kierowców jako ludzi, a powstałą w ten sposób pustkę zaczynają wypełniać paranoidalne i wrogie uczucia. Grymas zawstydzenia, przepraszający uśmiech i – co najważniejsze – przynajmniej chwilowy kontakt wzrokowy w ogromnym stopniu przyczyniają się do zaniku uczucia oburzenia. Zamknięci we wnętrzach własnych samochodów rzadko mamy okazję do nawiązania tego rodzaju kontaktu.

W klasycznym już badaniu nad zachowaniami prospołecznymi (czyli postępowaniem w sposób, który sprzyja spójności społecznej i przyjaźni), którego wyniki opublikowano w 2005 roku, psychologowie Kevin Haley i Daniel Fessler odkryli, że prezentowanie uczestnikom eksperymentu subtelnych wizerunków oczu sprawiło, iż wykazywali się oni większą wspaniałomyślnością i odpowiedzialnością17. Kolejne badania potwierdziły, że kiedy na puszce na opłaty w kantynie, obok pojemników na odpady segregowane, a nawet na stronie internetowej poświęconej jakiemuś charytatywnemu celowi umieszczono wizerunek oczu, ludzie zachowywali się bardziej odpowiedzialnie. Czy tak proste rozwiązanie jak ozdobienie samochodów zdjęciami oczu mogłoby zmniejszyć również agresję na drogach?

Zob. też: OBRAŻONYM, czuć się; PARANOJA; WŚCIEKŁOŚĆ.

Amae

Większość z nas odczuwa od czasu do czasu pragnienie utonięcia w ramionach ukochanej osoby w poszukiwaniu utulenia i pocieszenia. Poczucie, że znaleźliśmy się w całkowicie bezpiecznym miejscu, działa na nas niezwykle ożywczo. W języku angielskim nie ma określenia na takie doznanie, ale Japończycy znają je pod nazwą amae.

W Japonii amae uważa się powszechnie za element wszelkiego rodzaju relacji międzyludzkich, nie tylko między członkami rodziny, lecz także przyjaciółmi i kolegami z pracy. Odczucie to ma pewne odcienie szarości. Dzieci bywają oskarżane o zachowywanie się w sposób amaeru – łaszenie się z szeroko otwartymi oczami w nadziei, że druga osoba zgodzi się wykonać za nich jakąś czynność. Nastolatek może usłyszeć ostrzeżenie przed byciem amai, czyli przed rezygnacją z przygotowania się do egzaminu w związku z przekonaniem, że i tak uda mu się go jakoś zdać. Przymiotnik ten można przetłumaczyć jako „zachowywanie się jak rozpuszczone dziecko” albo „poleganie na dobrej woli drugiej osoby”.

Ale wyrażenia te nie oddają poważania, jakim cieszy się amae. Według japońskiego psychoanalityka Takeo Doi amae to „emocja, która uważa czyjąś miłość za pewnik”18, pojawia się w sytuacjach, kiedy jesteśmy uzależnieni od pomocy drugiej osoby i nie mamy obowiązku okazywać jej wdzięczności. Nieraz zaleca się okazanie pewnej amae samemu sobie, kiedy człowiek nadmiernie się przepracowuje. Według Doi poddanie się amae jest ważne, ponieważ oznacza powrót do poczucia zadowolenia i bezwarunkowości opieki rodziców z okresu niemowlęcego. Jest to spoiwo pozwalające rozkwitać stabilnym relacjom; symbol najgłębszego zaufania.

Sam fakt, że połączenie bezbronności i poczucia przynależności w ogóle ma jakąkolwiek nazwę w Japonii, wzbudził zaciekawienie wielu emocjonologów. W latach siedemdziesiątych XX wieku zachodni antropologowie z wielkim entuzjazmem zaczęli pisać o amae, przytaczając tę emocję jako dowód na to, że nawet najbardziej intymne emocje są kształtowane przez polityczny i ekonomiczny porządek społeczeństw, w których żyjemy. Twierdzili, że amae rozkwitła w tradycyjnie wspólnotowej kulturze Japonii i wskazuje, że tamtejsze społeczeństwo nadal stawia zależność od grupy ponad indywidualizmem. Niektórzy poszli jeszcze dalej, twierdząc, że amae „wyraża japoński charakter narodowy”, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się uproszczeniem.

Mimo to zastanawiająca jest swoboda, z jaką Japończycy opowiadają o przyjemnościach związanych z amae. Dlaczego ci z nas, którzy dorastali w świecie zachodnim, nie potrafią znaleźć odpowiednich słów na wyrażenie podobnych doświadczeń? Być może ta luka w naszych językach mówi wiele o tym, jak trudne bywa przyjmowanie pomocy od innych. Istnieje także obawa, że zostaniemy uznani za „potrzebujących” albo dziecinnych. Strach, że wplączemy się w niekończący się łańcuch zobowiązań (zob. WDZIĘCZNOŚĆ). A co być może najważniejsze, ogarnia nas wstyd na myśl, że nie zawsze jesteśmy samowystarczalnymi dorosłymi, za jakich chcielibyśmy uchodzić.

Zob. też: POCIECHA; BEZBRONNOŚĆ.

Apatia

Książka wysuwa ci się z rąk. Wpatrujesz się w sufit. Pies wyjada resztki pizzy z pudełka na podłodze; telefon – twój? nieważne – dzwoni uporczywie w sąsiednim pokoju. W odróżnieniu od NUDY, która pobudza nas do znalezienia sobie jakiegoś zajęcia, apatia oznacza cudowną gnuśność. Powiedzmy sobie szczerze, dla niektórych z nas jest to jedyna sensowna reakcja na zniechęcenie i stres (zob. też: DOLCE FAR NIENTE). Tymczasem nieco ponad dwa tysiące lat temu filozofowie przypisywali jej jeszcze wznioślejsze znaczenie.

Stoicyzm, szkoła filozofii stworzona w III wieku przed naszą erą, która przeżywała rozkwit przez następnych czterysta lat, uczyła, że apatheia jest niezbędna dla harmonijnego i sprawiedliwego społeczeństwa. Słowo to – od a- (bez) i pathos (namiętność) – znaczyło trochę co innego niż ospały bezwład, z którym wszyscy jesteśmy (skrycie) aż nadto dobrze obeznani. Stoicy uważali, że ludzie tylko wtedy będą postępować w sposób sprawiedliwy i racjonalny, kiedy zapanują nad takimi emocjami jak gniew i zazdrość. Według nich emocja rozwija się w dwóch etapach: najpierw następuje „wstrząs mentalny”: włosy stające na karku ze strachu albo dreszcz pożądania przeszywający ciało w chwili, kiedy nasze spojrzenie spotyka się ze spojrzeniem drugiej osoby. Dopiero w dalszej kolejności następuje właściwa, silniejsza emocja. Celem praktykowania stoicyzmu było opanowanie umiejętności powstrzymywania emocji na etapie wczesnych, bezwiednych oznak i świadome decydowanie, że nie pozwalamy im się rozwinąć. Stoicy nie uważali emocji za coś złego – Marek Aureliusz opisał idealny charakter stoicki jako: „powagę niewymuszoną”19 – chodziło im jedynie o to, aby dla dobra ogółu ograniczyć co bardziej destrukcyjne uczucia (zob. GNIEW).

Dla wielu z nas próba osiągnięcia stanu dobroczynnej równowagi może się wydawać daremna, wręcz nierozsądna. Możemy nawet uważać, że życie bez takich emocji jak zazdrość czy pragnienie byłoby pozbawione głębi i nieciekawe. Tak się jednak składa, że nasza podejrzliwość wobec apatii wiąże się w znacznej mierze ze sprawą morderstwa niejakiej Kitty Genovese.

W marcu 1964 roku dwudziestoośmioletnia Genovese została zamordowana na dziedzińcu nowojorskiego apartamentowca. Morderstwo to, choć tragiczne, nie było niczym wyjątkowym. Zaskakujące były opublikowane następnego dnia przez prasę relacje, z których wynikało, że trzydziestu ośmiu mieszkańców tego domu słyszało krzyki kobiety, podeszło do okien i przyglądało się atakowi – mimo to nikt nie zadzwonił po pomoc. W tamtym czasie wielu psychologów społecznych sądziło, że przynależność do tłumu wprawia człowieka w gorączkowy nastrój. Teorie zachowań tłumu i „zbiorowego umysłu” opierano na idei, że przynależność do tłumu wyzwala w człowieku prymitywne emocje i irracjonalne, impulsywne zachowania (zob. PANIKA). Przypadek morderstwa Kitty Genovese wskazywał na co innego. Albo u obserwujących tragiczne zajście mieszkańców doszło do stłumienia odruchu wszczęcia alarmu i okazania współczucia, albo wszyscy uznali, że ktoś inny udzieli kobiecie pomocy.

Morderstwo Genovese stało się sztandarowym przykładem nowej choroby, która rozlewała się po metropoliach. Psychologowie Bibb Latané i John Darley nazwali ją „apatią przechodnia” albo „efektem obojętnego przechodnia”20. W późniejszych analizach apatię zdefiniowano jako coś wykraczającego poza lenistwo albo brak energii. Chodziło raczej o utratę motywacji lub celu, bezmyślną obojętność, która może nas ogarnąć, kiedy czujemy się PRZYTŁOCZENI. Apatia została utożsamiona z poczuciem porażki – oraz paraliżem i ospałością, które ogarniają nas w następstwie przekonania, że za rozwiązanie jakiegoś problemu odpowiadają inni. Psychologowie już wcześniej obawiali się ospałości. Wiktoriańskich neurologów niepokoiła abulia, czyli utrata woli lub motywacji. Jeszcze wcześniej chrześcijanie obawiali się stanu, który później utożsamiono ze śmiertelnym grzechem lenistwa (zob. ACEDIA). Niemniej pod wpływem eksperymentów Latanégo i Darleya studenci psychologii i socjologii w XX i XXI wieku uczą się, że apatia to nie tylko grzech śmiertelny albo wynik schorowanej psychiki samej jednostki, ale też coś jeszcze bardziej podstępnego: stan wywołujący antyspołeczne zachowania, mimo że sam powstaje pod wpływem funkcjonowania w grupie.

Tak się składa, że pierwsze doniesienia o sprawie Genovese nie były całkowicie prawdziwe21. Komisarz policji wspomniał w rozmowie z redaktorem „New York Timesa” o szokującej liczbie trzydziestu ośmiu świadków morderstwa. Dziennikarz nie sprawdził tej informacji, ale podał w artykule, że trzydzieści osiem osób widziało morderstwo na własne oczy, a mimo to żadna z nich nie pośpieszyła kobiecie na pomoc. Przeprowadzone niedawno śledztwo wykazało, że tylko trzech mieszkańców zdawało sobie sprawę z prawdziwego charakteru napaści i nie podjęło żadnych działań. Tylko trzech i – oczywiście – aż trzech. Zastanowienie powinien jednak budzić fakt, że liczba trzydziestu ośmiu brzmiała wiarygodnie. Dlaczego opinia publiczna i sami psychologowie dali się nabrać?

Nasze rozumienie apatii pochodzi z dwóch źródeł. Z jednej strony za stoikami możemy się cieszyć, że przynosi nam ona ulgę od trudów szalejących namiętności, albo wierzyć, że jeśli uwolnimy się od wpływów różnorodnych emocji, staniemy się zdolni do sprawiedliwszego postępowania. Z drugiej strony nauczyliśmy się uznawać emocje za pozytywny bodziec do wszelkiego rodzaju działań, dlatego towarzyszący apatii spadek uczuć wydaje nam się groźny. Sprawa Genovese dobrze wyraża nerwowość, z jaką podchodzimy do apatii – stanu odbierającego nam motywację do udziału w wyborach, podniesienia papierka upuszczonego na ulicy albo zgłoszenia przestępstwa. Pozostaje nam zatem bić się z myślami, czy apatia jest dla nas korzystna, czy może bardzo zła – aż w końcu, przytłoczeni tym dylematem, opadniemy bez sił na sofę.

Zob. też: KONSTERNACJA; SPOKÓJ.

L’appel du vide

Podczas spaceru ścieżką biegnącą wzdłuż krawędzi urwiska ogarnia cię przerażające pragnienie skoczenia w przepaść. Kiedy zbliża się do ciebie pędzący pociąg, korci cię, żeby rzucić się pod jego koła. Ludzie opowiadają o lęku wysokości, ale często chodzi im nie tyle o strach przed spadnięciem w przepaść, ile o przerażające pragnienie skoczenia w nią… W Zawrocie głowy Alfreda Hitchcocka (1958) tym, co paraliżuje Jamesa Stewarta podczas pościgu po chwiejących się schodach dzwonnicy za owładniętą samobójczymi myślami Kim Novak, bynajmniej nie jest tytułowy zawrót głowy. Hitchcock ustawia kamerę w taki sposób, że dolna część schodów rozmazuje się i staje się kusząca. Stewart boi się, że ulegnie pokusie.

Francuzi dysponują specjalną nazwą na ten niepokojący impuls: l’appel du vide, „wołanie pustki”. Wygląda ona na coś w rodzaju okrutnego figla, jaki płata nam mózg, na test mający nam przypomnieć, jak blisko zagrożenia się znaleźliśmy. Ale jak zauważył Jean-Paul Sartre, l’appel du vide wywołuje w nas przede wszystkim budzące niepokój zwątpienie, czy możemy ufać własnym instynktom22. Oraz strach, że emocje, wraz z płatającymi nam figle irracjonalnymi impulsami, doprowadzą nas do obłędu.

Zob. też: PRZEKORA; ILINX; PRZERAŻENIE.

Awumbuk

Po wyjeździe gości powstaje swoista pustka. Od ścian odbija się echo. Przestrzeń, która jeszcze chwilę wcześniej wydawała się tak zatłoczona, teraz sprawia wrażenie dziwnie przestronnej. A choć wyjazdowi gości często towarzyszy ulga, może nas również ogarnąć uczucie przygaszenia – zupełnie jakby opadła na nas mgła i sprawiła, że wszystko wydaje się trochę bezcelowe (zob. APATIA).

Doświadczenie to jest dobrze znane tubylczemu plemieniu Baining, które zamieszkuje góry w Papui-Nowej Gwinei23. Nazywa się ono awumbukII. Członkowie plemienia uważają, że goście zrzucają z siebie w chwili wyjazdu pewien ciężar, aby zapewnić sobie lekką podróż. Te przytłaczające opary unoszą się przez trzy dni, rozpraszając uwagę, powodując bezwład i zaburzając zdolność członków rodziny do zajmowania się domem i pracy na roli. Dlatego zaraz po odjeździe gości Baining napełniają miskę wodą i zostawiają ją na noc, aby wchłonęła niezdrowe powietrze. Następnego dnia rodzina wstaje bardzo wcześnie rano i odprawia ceremonię chluśnięcia wodą w las. Od tego momentu życie w domu powraca do normalnego trybu.

Zob. też: MELANCHOLIA; ŻAŁOBA.

Basoreksja

Nagłe pragnienie pocałowania kogoś24.

Zob. też: BEZBRONNOŚĆ.

Bezbronność

Krocz ostrożnie, stąpasz bowiem po moich marzeniach.

W.B. Yeats, He Wishes for the Cloths of Heaven25

Najbardziej bezbronni czujemy się wtedy, gdy pragniemy nawiązać więź z innymi. Chwile, kiedy wkraczamy niepewnie na niebezpiecznie rozświetloną scenę, wystawiając na widok publiczny wszystkie swoje ułomności, kiedy szepczą nam prawdę o sprawach, na których nam rzeczywiście zależy: seksie, przebaczeniu, dziecku. Bezbronność pojawia się, kiedy zdobywamy się na odwagę, aby poprosić o coś, czego potrzebujemy, kiedy mówimy: „Zależy mi na tym i chciałbym, żeby tobie również na tym zależało”. Pojawia się, kiedy się do czegoś zobowiązujemy – „Kocham cię”, „Ufam ci” – albo przyznajemy się do odczuwania czułości, uszczęśliwienia, przerażenia. Przypomina wiatr świszczący w klatce piersiowej. Może być nieprzyjemna. Obnażająca. Bezbronność to podzielenie się marzeniami z wiersza Yeatsa z nadzieją, że nikt ich nie podepcze.

W ciągu ostatnich dziecięciu lat psychologowie i socjologowie zaczęli się interesować bezbronnością. Ich badania pozwoliły ustalić, że chwile, kiedy mamy poczucie, jakbyśmy byli nadzy i bezbronni, odgrywają najważniejszą rolę w rozwoju intymności, budują w nas poczucie tożsamości i podtrzymują poczucie własnej wartości26. Nie jest to nowa idea. Średniowieczni uczeni twierdzili, że na odwagę potrafi zdobyć się tylko człowiek prawy i szczery. Uważali ją ponadto za jedną z cnót podstawowych (zob. ODWAGA).

Być może zainteresowanie bezbronnością w XXI wieku wynika z nieusatysfakcjonowania promowaniem poczucia własnej wartości i towarzyszącym mu powierzchownym, narcystycznym podejściem do osiągnięć. A może bezbronność wzbudziła zainteresowanie badaczy z powodu zasadniczej roli, jaką odgrywa w życiu mieszkańców XXI stulecia. Kiedy wprowadzamy w internecie dane swojego konta bankowego albo wysyłamy pocztą elektroniczną poufne informacje osobiste, w naszych głowach rozlega się głos pytający o bezpieczeństwo naszych tajemnic. A w miejscu pracy? Umiejętność poradzenia sobie z niepewnością własnej pozycji może odgrywać istotną rolę w funkcjonowaniu przedstawicieli „prekariatu”, skaczących między kolejnymi czasowymi umowami (co się dzieje, kiedy nam się to nie udaje, zob. SFRUSTROWANIE). Nawet prekariusze pracujący w branżach twórczych, przedstawiani jako wzorce ducha przedsiębiorczości, który pojawia się wraz z wprowadzeniem niepewności zatrudnienia, mogą mieć problem z radzeniem sobie z bezbronnością27. Muszą się nauczyć, jak być dostatecznie śmiałymi, aby zaprezentować klientom swoje dopiero wykluwające się pomysły, oraz odpowiednio odpornymi, aby poradzić sobie w sytuacji, kiedy usłyszą „nie”.

Nawet jeśli umiejętność przywyknięcia do niewygód bezbronności staje się szczególnego rodzaju zaletą emocjonalną, nie nazwalibyśmy jej czymś jednoznacznie pozytywnym. Za pomocą eufemizmu „osoby bezbronne” opisuje się często jako zmarginalizowanych i pozbawionych środków do życia członków społeczeństwa, narażonych na manipulacje i nadużycia. Na każdą defensywnie nastawioną osobę wchodzącą do gabinetu psychologa przypada inna, u której skrajna otwartość przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. W przypadku osób szczodrze dzielących się informacjami o sobie albo zdesperowanych kochanków, którzy przesadnie się odsłaniają, całkowita szczerość może zrazić ludzi, na których im zależy. Ich zachowanie można interpretować jako wyraz pragnienia większej intymności i autentyczności, ale wciąż jakoś dziwnie odstręczają oni od siebie ludzi. W obu przypadkach stawką staje się zaufanie. Dla tych, których społeczeństwo określa mianem „bezbronnych”, oraz dla tych, dla których bezbronność stała się mało przydatnym nawykiem, gotowość do odsłonięcia się wynika po części z nadmiernej ufności – a przez to czyni ich nadmiernie podatnymi na zranienie.

Jeżeli bezbronność zastępuje poczucie własnej wartości ‒ emocję, którą powinniśmy w sobie pielęgnować ‒ musimy zadbać o równowagę między nimi. Optymalny jest stan równowagi. Powiedzenie: „Kocham cię” to ryzyko, które warto podjąć. Ale żeby przez całe życie kroczyć nad przepaścią? Aby bezbronność miała jakąś wartość, nie musi być przerażająco transformatywna ani cały czas obecna w tle. Można ją praktykować świadomie, do tego – w bezpiecznych dawkach.

Więcej na temat emocji w miejscu pracy, zob.: POGODNOŚĆ.

O odwadze głoszenia własnych poglądów w: BASOREKSJA.

Beztroska

Nie sposób oglądać tańczących Ginger Rogers i Freda Astaire’a, nie odczuwając przypływu pozytywnej energii. W komedii pomyłek Zakochana paniIII Rogers gra śpiewaczkę występującą w radiu, która do tego stopnia polubiła niezależność, że wciąż odsuwa datę ślubu. W końcu narzeczony wysyła ją do psychologa, Astaire’a, który poddaje ją hipnozie oraz karmi bitą śmietaną i ogórkami, aby wywołać u niej odkrywcze sny. Jak się łatwo domyślić, po jakimś czasie kobieta zakochuje się w nim. Fabuła jest idiotyczna, ale oglądanie wirowania, stepowania, żartów i pogwizdywania pod wpływem miłości wzbudza uśmiech nawet w najbardziej ponury dzień.

Poczucie wolności ma w sobie coś cudownego i zuchwałego zarazem. Inni ludzie i ich wymagania przestają się nagle liczyć. Powinności gdzieś ulatują. Pojawia się uczucie lekkości, śmiałości. Szansa na przygodę! Czasami jest to buntownicze uczucie, pokazanie języka nudnemu światu ściśle określonych pór kładzenia się do łóżka i racjonalnego odżywiania się. Czasami towarzyszy mu delikatne ostrzeżenie, nawet groźba. Właśnie dlatego kibice Chelsea FC próbują zdenerwować przeciwników, wyśpiewując swoją nonszalancję (do melodii Lord of the Dance):

Beztroscyśmy, gdziekolwiek my

Jesteśmy słynni SI-EF-SI

I mamy gdzieś

Kim jesteście wy

Bośmy są słynni SI-EF-SI.

Dlatego zawsze tak mocno podcina nam skrzydła ten cichy głosik, który zaczyna zrzędzić nam w uchu: A jeśli ci się nie uda? A jeśli nie będziesz miał jak wrócić do domu? A jeśli swoją beztroską zrazisz innych?

Zdaniem pisarza D.H. Lawrence’a człowiek powinien rozwijać w sobie umiejętność nieprzejmowania się. W eseju On Insouciance (O beztrosce) wspomina upalne popołudnie, które spędził, siedząc na balkonie w Hiszpanii. Z przyjemnością obserwuje dwóch mężczyzn koszących trawnik: „ciach! ciach! brzmią machnięcia kosy”28. W pewnej chwili dwie kobiety wychodzą na sąsiedni balkon i zaczynają dyskutować o polityce międzynarodowej. „Przejmują się! – lamentuje. – Wprost zżera je troska. Tak są pochłonięte zamartwianiem się faszyzmem i Ligą Narodów […], że nie mają w ogóle świadomości, gdzie się znajdują”.

Dla Lawrence’a nonszalancja była gestem rewolucyjnym. Protestem przeciwko alienacji nowoczesnego, stechnicyzowanego świata, powrotem do naturalnych rytmów życia. Zachęcał czytelników, aby zwracali uwagę na drobiazgi, na sprawy ulotne – ciepło promieni słonecznych na twarzy, odcień niebieskości spodni przechodnia, odgłos kosy – aby nie przechodzili od razu do abstrakcyjnych myśli i dyskusji politycznych.

Pod tym względem Lawrence wyprzedził tak popularne obecnie techniki mindfulness, uważności, w których nie chodzi o ignorowanie błahych zdarzeń rozpraszających naszą uwagę, ale właśnie o większe wyczulenie na ich obecność. Kiedy szyby w oknach zaczynają drżeć pod wpływem przejeżdżającej ciężarówki albo słyszymy nastolatków kłócących się na piętrze, zwracanie uwagi na hałasy dobiegające z wewnątrz i z zewnątrz pomaga na jakiś czas oddalić od siebie napięcia. A potem, kiedy będziesz mieć wolną chwilę, żeby odetchnąć, wyjdź z domu, powymachuj nogami albo zatańcz jak Fred i Ginger.

Bo, przyjacielu, właśnie od czegoś takiego może się rozpocząć rewolucja.

Zob. też: DOLCE FAR NIENTE.

Brabant

Wiesz, że to nie jest dobry pomysł, że prawdopodobnie obróci się przeciwko tobie. Tyle że zwyczajnie nie potrafisz przestać myśleć, co by było, gdyby…

Douglas Adams i John Lloyd w książce The Deeper Meaning of Liff nadali temu przelotnemu uczuciu nazwę. Brabant: „wykazujący silną skłonność do sprawdzenia, jak bardzo można komuś nadepnąć na odcisk”29.

Zob. też: PRZEKORA; ILINX.

Chorobliwa ciekawość

Dlaczego nie potrafimy skupić się na drodze przed nami, kiedy mijamy miejsce wypadku na autostradzie? Albo kiedy natykamy się na martwe zwierzę na wycieczce za miasto; widok wylewających się wnętrzności jednocześnie fascynuje nas i brzydzi. Kiedy brytyjski inżynier Ken Bigley został zamordowany w Iraku w 2004 roku, następnego dnia nagranie wideo przedstawiające jego ścięcie należało do najczęściej wyszukiwanych w Google. Dlaczego sceny cierpienia, okaleczania, śmierci i rozkładu budzą w nas tak nieodparty pociąg?