Księga lata - Tove Jansson - ebook + książka

Księga lata ebook

Jansson Tove

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Z posłowiem Sophii Jansson

Nastrojowa powieść łącząca pokolenia czytelników Tove Jansson

Melancholijny portret lata na północnej wyspie

Lato, maleńka wyspa na fińskim archipelagu. Miejsce, gdzie„zawsze wiało, to z jednej, to z drugiej strony. Rezerwat dla kogoś, kto pracuje, dziki ogród dla kogoś, kto rośnie, a poza tym tylko dni, które łączą się z dniami wraz z upływającym czasem”. Tam, pośród dzikiego i dziewiczego krajobrazu, umościł się dom, w którym każde wakacje spędzają mała, rezolutna Sophia, jej nietuzinkowa babcia oraz nieco wycofany ojciec. Codzienne życie toczy się w rytmie beztroski: sporadyczne wizyty gości, kapryśna pogoda, dziecięce przygody, potajemne wyprawy na pobliskie wyspy. Melancholia letnich dni i nocy miesza się z siłą wyobraźni dziewczynki, a starość zderza z młodością, nadając ton tej ciepłej, rodzinnej historii.

Tove Jansson, wybitna prozaiczka i autorka świetnie znanych Muminków, zaczerpnęła inspiracje z życia swojego i swoich bliskich, by opowiedzieć o wakacyjnych radościach, snując jednocześnie refleksje nad upływającym czasem. Jansson pisze bez patosu, za to z ironią i cierpkim poczuciem humoru. „Gdyby nie szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie zaczęłabym pisać” – mówiła niejednokrotnie. I właśnie to szczęście emanuje z Księgi lata, która ukazuje się w nowym przekładzie czterdzieści dwa lata po pierwszym polskim wydaniu.

„Talent Jansson polega na tworzeniu narracji, która wydaje się – przynajmniej na pierwszy rzut oka – statyczna, skupiona na pojedynczych momentach, błyskających w ciemności niczym lampki na sznurku [...]. Zdania są proste, a zarazem pełne znaczeń. Lektura przypomina patrzenie w czystą wodę i odkrywanie znienacka jej głębi. Jansson potrafiła dostrzec prawdziwą wielkość naszych małych światów.” Ali Smith, „The Guardian”

„Niewiele książek od czasów „Robinsona Crusoe” tak sugestywnie oddaje uroki życia na wyspie jak ta niewielka powieść. Historia chwyta za serce niczym ufna rączka dziecka lub uścisk dłoni starszej kobiety.” Jonathan Heawood, „The Observer”

„Cudownie podnosząca na duchu lektura, przepełniona subtelnym humorem i mądrością. Zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na wyjątkowo piękny styl, ale także przesłanie: życie, podobnie jak lato, to rzecz drogocenna.” Justine Picardie, „The Daily Telegraph”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 163

Data ważności licencji: 12/31/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału szwedzkiego Sommarboken

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Ilustracja na okładce: Sommarön © Tove Jansson Estate, Foto: Finlands Nationalgalleri / Hannu Aaltonen

Copyright © by Tove Jansson, 1972 Moomin Characters™

Published in Polish by arrangement with Rights & Brands

Copyright © for the Posłowie by Sophia Jansson, 2022

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Halina Thylwe, 2026

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Dorota Koman

Korekta Krystyna Pawlikowska / d2d.pl, Ewa Ostafin / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

This work has been published with the financial assistance of FILI – Finnish Literature Exchange

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-352-5

Poranna kąpiel

Był wczesny ciepły lipcowy poranek, w nocy spadł deszcz. Naga skała parowała, mech i rozpadliny były przesączone wilgocią i wszystkie kolory nabrały głębi. Poniżej werandy roślinność, jeszcze w porannym cieniu, przypominała las deszczowy, gąszcz złośliwych liści i kwiatów. Szukając, musiała uważać, żeby ich nie połamać, z ręką na ustach, cały czas w strachu, że straci równowagę.

– Co robisz? – spytała Sophia.

– Nic – odpowiedziała babcia. – To znaczy – dodała gniewnie – szukam sztucznej szczęki.

Dziewczynka zeszła z werandy i zapytała rzeczowo:

– A gdzie ją zgubiłaś?

– Tutaj. Stałam w tym miejscu i wpadła mi gdzieś między peonie.

Szukały razem.

– Pozwól – powiedziała Sophia. – Ledwo stoisz na nogach. Przesuń się.

Zanurkowała pod kwitnący dach ogrodu i wślizgnęła się między zielone łodygi wbrew zakazowi wchodzenia, było tu pięknie, czarna miękka ziemia i… tam leżały zęby, biało-różowa szczęka starych zębów.

– Mam! – krzyknęła Sophia i wstała. – Załóż.

– Tylko nie patrz. To prywatna sprawa.

Sophia trzymała szczękę za plecami.

– Chcę popatrzeć.

Babcia założyła sztuczną szczękę jednym kliknięciem, poszło całkiem gładko i właściwie nie było o czym mówić.

– Kiedy umrzesz? – spytała Sophia.

– Niedługo. Ale nic ci do tego.

– Czemu?

Babcia nie odpowiedziała, weszła na skałę i ruszyła do wąwozu.

– Tam nie wolno! – krzyknęła Sophia.

– Wiem. Ani tobie, ani mnie nie wolno chodzić do wąwozu, ale teraz pójdziemy, bo tata śpi i nic o tym nie wie – pogardliwie odpowiedziała babcia.

Przeszły po skale, mech był śliski, słońce zdążyło się wznieść znacznie wyżej i teraz parowało wszystko, całą wyspę spowijała słoneczna mgła i było bardzo pięknie.

– Robią dół? – uprzejmie spytała Sophia.

– Tak. Duży dół. Taki duży – dodała zgryźliwie – że wszyscy się w nim zmieścimy.

– Po co?

Szły dalej w stronę cypla.

– Tak daleko nigdy nie byłam – powiedziała Sophia. – A ty?

– Też nie.

Doszły do końca, gdzie skała opadała coraz ciemniejszymi tarasami, każdy stopień w dół i w ciemność okalały jasnozielone frędzle wodorostów, które kołysały się wraz z ruchem wody.

– Chcę się kąpać – powiedziała Sophia.

Czekała na sprzeciw, ale się nie doczekała. Wtedy się rozebrała, powoli i z lękiem. Nie można ufać komuś, kto na wszystko pozwala.

Zamoczyła nogi w wodzie.

– Zimna.

– Naturalnie, że zimna – odparła babcia, myśląc o czymś innym. – A czego się spodziewałaś?

Dziewczynka zsunęła się do wody po pas i czekała w napięciu.

– Płyń – powiedziała babcia. – Przecież umiesz pływać.

Jest głęboko, pomyślała Sophia. Ona zapomniała, że nigdy nie pływałam sama na głębokiej wodzie.

Dlatego wyszła i usiadła na skale.

– Zapowiada się ładny dzień.

Słońce wzniosło się wyżej. Cała wyspa lśniła, morze też, a powietrze było bardzo lekkie.

– Umiem nurkować – powiedziała Sophia. – Wiesz, jak to jest, kiedy się nurkuje?

– Pewnie, że wiem. Zostawia się wszystko za sobą, bierze rozbieg i po prostu nurkuje. Czuje się gałązki wodorostów na nogach, są brązowe, woda jest przejrzysta, jaśniejsza na górze, i są bąbelki. I szybuje się w dół. Wstrzymuje oddech i szybuje, potem się odwraca i wznosi, pozwala się wznieść w górę i robi wydech. A potem unosi się na wodzie. Tylko się unosi.

– I przez cały czas ma się otwarte oczy.

– Naturalnie. Nikt nie nurkuje z zamkniętymi oczami.

– Myślisz, że ja też tak umiem, chociaż ci nie pokażę?

– Tak, tak. A teraz się ubieraj, żebyśmy zdążyły wrócić do domu, zanim tata się obudzi.

Pierwsze zmęczenie było coraz bliżej. Kiedy będziemy w domu, pomyślała babcia, kiedy znów będziemy w domu, chyba się zdrzemnę. I żebym nie zapomniała mu powiedzieć, że to dziecko ciągle się boi głębokiej wody.

Blask księżyca

Któregoś razu w kwietniu była pełnia księżyca i całe morze skuł lód. Sophia zbudziła się i przypomniała sobie, że wrócili na wyspę i że ona ma własne łóżko, bo mama umarła. W piecu ciągle się paliło i ogień migotał na suficie, pod którym suszyły się buty. Stanęła na zimnej podłodze i wyjrzała przez okno.

Lód był czarny, a pośrodku zobaczyła otwarte drzwiczki pieca, dwoje drzwiczek tuż obok siebie, i płonący ogień. W drugim oknie ognie płonęły w głębi ziemi, a przez trzecie okno widziała podwójne odbicie całego pokoju: walizki i skrzynki, i pootwierane kartony, wypełnione mchem, śniegiem i suchą trawą, wszystko było otwarte i miało dno z cienia czarnego jak smoła. Na skale zobaczyła dwoje dzieci, a poprzez nie rosnącą jarzębinę. Niebo za nimi było ciemnoniebieskie.

Kiedy położyła się na łóżku i patrzyła na ogień tańczący na suficie, wyspa zbliżała się do domu. Podchodziła coraz bliżej. Spały na nadbrzeżnej łące, z plamami śniegu na kołdrze, a pod nimi ciemniał lód, który zaczął się rozsuwać, powoli odsłaniając w podłodze tor wodny, i wszystkie manatki odpłynęły księżycową ulicą, wszystkie były otwarte, pełne ciemności i mchu i już nigdy nie wróciły.

Sophia wyciągnęła rękę i delikatnie pociągnęła babcię za warkocz. Babcia natychmiast się zbudziła.

– Posłuchaj – szepnęła Sophia. – Widziałam w oknie dwa ognie. Dlaczego są dwa, a nie jeden?

– Dlatego, że mamy podwójne okna – po namyśle odpowiedziała babcia.

– Jesteś pewna, że drzwi są zamknięte? – zapytała po chwili Sophia.

– Są otwarte. Zawsze są otwarte, możesz spać spokojnie.

Sophia owinęła się kołdrą. Pozwoliła całej wyspie wypłynąć na lód i dalej, aż po horyzont. Zanim zasnęła, tata wstał i dołożył drew do pieca.

Las duchów

Po drugiej stronie wyspy, za skałą, był pas martwego lasu. To tutaj dął silny wiatr i las przez wieki próbował rosnąć wbrew sztormom, dzięki czemu zyskał osobliwy wygląd. Kiedy przepływało się obok łodzią, było oczywiste, że wszystkie drzewa uchylały się przed wiatrem i supłały, a wiele z nich się płożyło. Z czasem pnie pękały albo murszały i padały, martwe wspierały albo miażdżyły te, które miały jeszcze zielone wierzchołki, a wszystkie razem tworzyły jedno wielkie kłębowisko niesfornej uległości. Ziemia błyszczała od brązowych igieł, ale nie tam, gdzie świerki postanowiły się płożyć, zamiast stać, ich zieleń rosła w czymś w rodzaju rozbuchanej wściekłości, wilgotna i lśniąca jak w dżungli. Las nazywano lasem duchów. Uformował się sam, powoli i z mozołem, równowaga między przetrwaniem a samounicestwieniem była tak krucha, że każda najmniejsza zmiana była nie do pomyślenia. Wycinka albo usunięcie powalonych pni mogły doprowadzić do zagłady lasu duchów. Za tym gęstym murem ochronnym nie wolno było osuszać mokradeł ani niczego nasadzać. W głębi, pod gąszczem, w wiecznie ciemnych dziuplach i norach mieszkały ptaki i małe zwierzęta, przy spokojnej pogodzie można było usłyszeć szelest skrzydeł albo szybki ślizg łapek. Te zwierzęta nigdy się nie pokazywały.

Na samym początku rodzina próbowała spotwornić las duchów. Z okolicznych wysp zwieźli kłody i suche krzaki jałowca, wielkie okazy zwietrzałego i wyblakłego piękna, i przeciągnęli je przez wyspę. Połamały się i popękały, zostawiając za sobą puste szerokie drogi do miejsca ich przeznaczenia. Babcia widziała, że nie jest dobrze, ale się nie odzywała. Uprzątnęła łódź i czekała, aż rodzinie znudzi się las duchów, i potem weszła tam sama. Powoli przelazła obok oczka wodnego i paproci, a kiedy się zmęczyła, położyła się na ziemi i patrzyła w niebo przez sieć szarych porostów i gałęzi. Na pytanie, gdzie była, odpowiedziała, że chyba na chwilę się zdrzemnęła.

Po drugiej stronie wyspa zmieniła się w park ładu i piękna. Kiedy ziemia była przesiąknięta wiosennym deszczem, wysprzątano ją do ostatniej gałązki, a od cypla do cypla i w dół na plażę prowadziły jedynie wąskie ścieżki. Tylko chłopi i letnicy chodzą po mchu. Nie wiedzą, co można im powtarzać w nieskończoność, że mech jest czymś najdelikatniejszym, co istnieje. Wejdzie się tam raz i mech podniesie się na deszczu, ale za drugim razem się nie podniesie, a za trzecim umrze. Podobnie jest z edredonami. Kiedy trzeci raz zostaną wypłoszone z gniazda, nigdy więcej nie wrócą. Tak jakoś w lipcu mech zwykł się przyozdabiać długimi, delikatnymi łodyżkami trawy. Kłoski otwierały się w identycznej odległości od ziemi i razem kołysały się na wietrze jak łąki na lądzie, i wtedy całą wyspę spowijał ledwie widoczny cieplny welon, który po tygodniu znikał. Nic nie sprawiało równie silnego wrażenia niewinności i dziewiczości.

A w lesie duchów siedziała babcia i strugała dziwne zwierzęta. Wycinała je z gałęzi i kawałków drewna, robiła im łapy i twarze, ale ich wygląd był tylko sugerowany, nigdy zbyt dosłowny. Zachowywały swoją drewnianą duszę, krzywizny pleców i nóg miały własną niedocieczoną formę, stanowiącą część tego zbutwiałego lasu. Czasami babcia wycinała je bezpośrednio w pniaku albo w pniu. Jej drewnianych zwierząt przybywało. Były przyczepione do drzew albo siedziały na nich okrakiem, opierały się o pnie albo zapadały się w ziemię, z wyciągniętymi ramionami grzęzły w mokradle albo leżały zwinięte obok korzenia i spały. Czasami były tylko profilem w cieniu, a czasami – dwa albo trzy razem – były pochłonięte bójką albo miłością. Babcia strugała tylko w starym drzewie, które miało już swój kształt, to znaczy szukała i wybierała takie, które wyrażało to, co chciała.

Raz znalazła w piasku duży biały kręg kręgosłupa. Był za twardy do obróbki, ale trudno byłoby o piękniejszy, więc położyła go w lesie duchów w niezmienionej postaci.

Znalazła więcej kości, białych i szarawych, wszystkie przyniesione przez morze.

– Co robisz? – spytała Sophia.

– Bawię się.

Sophia wślizgnęła się do lasu duchów i oglądała wszystko, co zrobiła babcia.

– Czy to wernisaż?

Ale babcia powiedziała, że to nie ma nic wspólnego z rzeźbą, że rzeźba to zupełnie coś innego.

I razem zaczęły zbierać kości na brzegu.

Szukać i zbierać to nie to samo, dlatego że trzeba wypatrywać tylko tego, czego się szuka. Jeśli zbiera się borówki, widzi się tylko to, co czerwone, a kiedy się szuka kości, widzi się tylko to, co białe. Gdziekolwiek się pójdzie, nie widzi się nic prócz kości. Czasami są cienkie jak igła, niesamowicie delikatne i kruche i trzeba je nieść z największą ostrożnością. Czasami są to duże, grube kości udowe albo klatka piersiowa, przysypane piaskiem, podobne do wręgów wraku. Istnieją tysiące kształtów i każda kość ma własną strukturę.

Sophia i babcia znosiły wszystko, co znalazły, do lasu duchów, dokąd zazwyczaj chodziły o zmierzchu. Ziemia pod drzewami została udekorowana białymi arabeskami jak językiem migowym i kiedy wzór był gotowy, siedziały i trochę rozmawiały, i słuchały ruchu ptaków w gęstwinie. Raz wyfrunął cietrzew, innym razem widziały malutką sowę. Siedziała na gałęzi, sylwetka na tle wieczornego nieba. Nigdy wcześniej sowa nie odwiedziła wyspy.

Któregoś ranka Sophia znalazła nieuszkodzoną czaszkę dużego zwierzęcia, sama ją znalazła. Babcia sądziła, że to czaszka foki. Schowały ją w koszu i czekały do wieczora. Słońce zachodziło na czerwono, zewsząd na wyspę spływało światło, nawet ziemia poczerwieniała. Położyły czaszkę w lesie duchów, leżała tam i świeciła wszystkimi zębami.

Nagle Sophia zaczęła krzyczeć.

– Zabierz ją! Zabierz!

Babcia natychmiast przytuliła wnuczkę i uznała, że najlepiej nic nie mówić. Po chwili Sophia zasnęła, a ona zastanawiała się nad zrobieniem domku z pudełek po zapałkach na plaży i w krzewinkach jagód za domem. Można byłoby zrobić kładkę i okna ze srebrnego papieru.

I tak drewniane zwierzęta znikały w swoim lesie. W miarę upływu czasu arabeski zapadły się w ziemię i zzieleniały od mchu, a drzewa wpadały sobie w coraz mocniejsze objęcia. O zmierzchu babcia często chodziła sama do lasu duchów. A w środku dnia siadała na schodkach werandy i robiła łódeczki z kory.

Gagla

Któregoś ranka przed świtem w pokoju gościnnym zrobiło się zimno. Babcia narzuciła na siebie szmaciak i kilka deszczowców, które zdjęła z haków na ścianie, ale niewiele to dało. Przypuszczała, że powodem są mokradła. Przedziwna rzecz z tymi mokradłami. Człowiek zasypuje je kamieniami i piaskiem, wrzuca tam stare kłody i stawia na tym wszystkim drwalkę, a mimo to dalej zachowują się jak mokradła. Wczesną wiosną zioną lodem i mają swoją własną mgłę, jakby chciały uczcić pamięć tych czasów, kiedy władały czarnymi oczkami wodnymi i dziewiczymi kępami turzycy. Babcia popatrzyła na piecyk naftowy, który zgasł, i na zegarek, który wskazywał trzecią. Potem wstała, ubrała się, wzięła laskę i zeszła po kamiennych schodkach. Było bezwietrznie i nabrała ochoty, żeby posłuchać lodówek.

Nie tylko drwalkę, ale całą wyspę zasnuwała mgła i panowała szczególna cisza, która zalega nad morzem na początku maja. Z gałęzi spadały krople wody, wyraźnie słyszalne w tej ciszy, nic jeszcze nie rosło, a po północnej stronie nadal leżały płaty śniegu. Krajobraz przepełniało oczekiwanie. Usłyszała krzyk lodówek, nazywanych tutaj gaglami od wydawanych przez nie dźwięków, jak zawsze odległy, bo tych ptaków nigdy się nie widuje. Są równie skryte jak derkacz, ale on jest samotnikiem, który chowa się na łące pośród wysokich traw, a gagle zbierają się w olbrzymie weselne grupy za najdalszymi wyspami i przez całą wiosenną noc bez przerwy śpiewają.

Babcia szła po skale i rozmyślała o ptakach. Najprawdopodobniej żadne inne zwierzęta nie mają takich zdolności do nadawania dramaturgii jakiemuś wydarzeniu, zmianom pór roku i pogody, i tym, których sami doświadczamy. Pomyślała o ptakach wędrownych i o droździe w letni wieczór, i o kukułce, i o dużych zimnolubnych ptakach żeglujących po niebie i wypatrujących, i o tych malutkich, które późnym latem wpadają z krótką wizytą w nieokreślonym towarzystwie, okrąglutkie, głupiutkie i nieulękłe, i o jaskółkach, które zaszczycają tylko ten dom, w którym człowiek jest szczęśliwy. To przedziwne, że te bezosobowe ptaki mogły się stać tak mocnymi symbolami. Albo i nie. Dla babci lodówki symbolizowały nadzieję i odnowę. Ostrożnie przeszła po skale na zesztywniałych nogach, dotarła do domku Sophii i zastukała w okno.

Sophia natychmiast się obudziła i wyszła.

– Idę posłuchać lodówek – powiedziała babcia.

Sophia ubrała się i poszły razem.

Po wschodniej stronie kamienie miały wąskie lamówki z lodu. Nikt jeszcze nie zdążył zebrać drewna i całe wybrzeże było go pełne, wybrzuszona plątanina desek, wodorostów i trzciny, drewnianych słupków i łamliwych skrzynek, które się poprzekręcały w stalowych siatkach, a na tym wszystkim w poprzek leżał wielki, ciężki kloc, czarny od ropy. Lekkie kawałki kory i pozostałości po dawnych sztormach poruszały się w wodzie, wolno odpływały i przypływały, kołysane przez fale.

Było tuż przed wschodem słońca i przez mgłę spowijającą morze już przenikało światło. Cały czas z oddali melodyjnie krzyczały lodówki.

– Rozmnażają się – powiedziała Sophia.

Słońce wzeszło, mgła się na moment rozżarzyła i zniknęła. W wodzie na płycie skalnej leżała gagla, mokra i martwa, wyglądała jak wyżęta plastikowa torebka. Sophia obwieściła, że to stara wrona, ale babcia nie dała temu wiary.

– Ale przecież jest wiosna! – powiedziała Sophia. – One teraz nie umierają, są całkiem nowe i właśnie wzięły ślub, sama mówiłaś.

– No cóż. W każdym razie ta umarła.

– Jak umarła?! – ze złością zawołała Sophia.

– Z nieszczęśliwej miłości. Przez całą noc kaczor śpiewał i gaglał dla swojej gagli, aż pojawił się inny i mu ją zabrał, a wtedy ten włożył głowę do wody i się utopił.

– To nieprawda! – krzyknęła Sophia i rozpłakała się. – Lodówki się nie topią, mów, jak jest.

Wtedy babcia powiedziała, że po prostu uderzył głową o kamień, bo śpiewając i gaglając bez opamiętania, nie zauważył, co mu grozi, i doszło do tego akurat wtedy, kiedy był najszczęśliwszy.

– No, teraz już lepiej. Powinnyśmy go pochować?

– Nie ma potrzeby. Woda wzbierze i sam się pochowa. Ptaki morskie chowa się tak jak marynarzy.

Poszły dalej, rozmawiając o pochówkach marynarzy, lodówki śpiewały na dwa i na trzy głosy coraz ciszej i ciszej. Zimowe sztormy całkowicie odmieniły cypel przylądka. Tam, gdzie zawsze były tylko kamienie, teraz całe wybrzeże stało się piaszczystą plażą.

– To się powinno ratować – powiedziała babcia, dłubiąc laską w piasku. – Kiedy morze wzbierze i zawieje północny wiatr, wszystko znowu stąd odpłynie.

Wyciągnęła się na stercie pobielałych trzcin i patrzyła w niebo, Sophia położyła się obok. Było coraz cieplej i po dłuższej chwili usłyszały dziwnie chłodny, jakby stłumiony odgłos ptaków wędrownych, i zobaczyły ich klucz, lecący nad wyspą na północny wschód.

– Co teraz będziemy robić? – spytała Sophia.

Babcia zaproponowała jej, żeby obeszła cypel i rozejrzała się, co przypłynęło na ląd.

– Czy jesteś pewna, że nie będzie ci się nudzić? – zapytała Sophia.

– Całkowicie pewna.

Babcia obróciła się na bok i przykryła głowę ramieniem. Między rękawem swetra, kapeluszem i białawą trzciną mogła zobaczyć trójkąt nieba, morza i piasku, malutki trójkącik. W piasku, tuż obok, tkwiło suche źdźbło, które w ząbkowanych listkach trzymało piórko półpuchowe morskiego ptaka. Przyglądała się jego budowie: pośrodku sztywna biała stosina, wokół bladobrązowy puch lżejszy od powietrza, wyżej ciemniejszy i błyszczący, i czubek zakończony małym wesołym zakrętasem. Piórkiem poruszały niewyczuwalne powiewy. Zauważyła, że źdźbło i piórko są w dogodnej odległości dla oczu. Zastanawiała się, czy puch uwiązł w źdźble tej wiosny, może nocą, czy tkwił tutaj przez całą zimę. Spojrzała na okrągławe zagłębienie w piasku wokół źdźbła i na pasemko trawy morskiej okręcające łodyżkę. Tuż obok leżał kawałek kory. Im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej się rozrastał, aż przybrał rozmiar bardzo starej skały. Na górze były podobne do wirów kratery i wykopy. Kawałek kory był piękny i dramatyczny. Spoczywał na piasku na własnym cieniu, co stanowiło jego jedyną ostoję. Piasek był gruboziarnisty, czysty i niemal szary w świetle poranka, niebo całkowicie puste, morze też.

Sophia wróciła biegiem.

– Znalazłam wózek! – krzyknęła. – Jest duży, ze statku! I długi jak łódź!

– Naprawdę?

Nie mogła wstawać zbyt raptownie, dlatego dała sobie czas i spojrzała na źdźbło w piasku akurat w chwili, kiedy piórko opuszczało swój punkt oparcia i uniósł je poranny wietrzyk, i zniknęło z jej pola widzenia.

Stanęła na nogi i krajobraz zmalał.

– Widziałam piórko, puszek gagli.

– Jakiej gagli? – spytała Sophia, bo już zapomniała o ptaku, który umarł z miłości.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I