Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł - ebook

Książka, której nigdy nie przeczytasz ebook

Wiktor Orzeł

3,1

Opis

To dramatyczna opowieść o niespełnionych ambicjach, grafomanii, usilnym parciu na szkło. Głównego bohatera, aspirującego pisarza – Zenona, pewnie nie polubicie, a może nawet… znienawidzicie? Jego kręte losy poznacie z różnych perspektyw; toksycznej matki, która miewa notoryczne napady melancholii i problemy z alkoholem, ogrodnika jarającego non stop trawę i podstarzałego szofera. Każdy z drugoplanowych bohaterów będzie inaczej rysować kontrasty, światłocień i kontury, coś dopełniać, zamazywać, uwypuklać i dopowiadać. Akcja dzieje się na obrzeżach Krakowa, choć pewnie mieszkańcy Bieżanowa się mogą na takie określenie pogniewać. Znajdzie się też miejsce na epizod paryski podlany sosem holenderskim. Na dodatek trochę popkultury, trochę ignorancji, trochę klasistowskiego przerysowania, może pojawi się w niej ktoś, kogo dobrze znacie z poprzedniej powieści. Nie zabraknie miejsca też – i przede wszystkim – na emocje, bo o to przecież w literaturze chodzi. Do skonsumowania są także smaczki typowo folklorystyczne; maczety, siekiery, Wisła, Cracovia i Biedronka. Będzie Kazimierz, Stare Miasto też. Będą alkohol, trawa i prochy. Turnaua nie będzie, ale swoje pięć minut znajdzie się dla Radiohead, Kasabian i Red Hot Chilli Peppers. Całość zamyka się w nawiasie trzech kompozycyjnych aktów, stylizowanych na formę dramatu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 160

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




AKT PIERWSZY

 

ZENON

Jestem na dachu Hotelu Poleski, w tle Wawel, siedziba królów, splendor i średniowiecze. Środkiem płynie zamulona Wisła, turystyczne łajby leniwie tną żałosne fale – aura imitująca Wenecję lub inne miejsce w klimacie zbliżonym do śródziemnomorskiego. Sielski krajobraz mąci odrobinę jedna z barek, której nad wyraz wierzący kapitan zatknął pokaźnych rozmiarów krzyż na dziobie, co najmniej jakby ta łajba płynęła odbić Ziemię Świętą z rąk niewiernych.

Na brzegu siedzą mieszczuchy i weekendowi przyjezdni, wszyscy ubrani odświętnie w najlepsze ciuszki, lśniące i rzadko noszone. Wpierdalają bułki, popijają browary, gapią się w smartfony, trzaskają zdjęcia, nagrywają filmiki – krótki metraż, jeden wielki przegląd kina niezależnego.

Wróćmy jednak na ten dach, jestem na nim ciałem i chyba duchem, stoję prosto, może lekko przygarbiony. Nawet się nie chwieję. Nie bardzo pamiętam, jak się tutaj znalazłem, może wystrzelili mnie z wawelskiej armaty, wiwat, festyn, rocznica założenia miasta… a może, po prostu, powód jest nieco bardziej trywialny – znajomi wystawili mnie do wiatru i tak chyboczę się, raz w lewo, raz w prawo. Może wrócę do domu, ale jeszcze jestem, jestem tutaj sam. Impreza nazywa się Imprezą na dachu, tylko jest bardziej światowo, po angielsku, The RoofTop Party. Ceny nie z tej ziemi, ludzie zbyt ładni, wymuskani, prosto spod pędzla makijażysty, jak podstawieni czy kupieni z jakiegoś katalogu z darmowymi twarzami i licencją na wieczny użytek. Patrzę na drogie buty wystylizowanych facetów i dziewczyn, tiszerty z napisami i bez napisów, setki tatuaży, od geometrycznych, minimalistycznych, po takie, które wchodzą na głowę, czoło, szyję i gałki oczne, wszystko elegancko odsłonięte, tak, aby każdy zobaczył, docenił, żeby żaden symbol się, broń boże, nie zawieruszył, a do tego biżuteria, skromna, ale jednak, zegarki stylizowane na te nowe i na te stare… pieniądze, pieniądze, tysiące PLN-ów. Bawi się tutaj młodzież i młodzi duchem, bawią się tutaj ci, którzy byle gdzie nie bywają.

Zamawiam drinka w tekturowym kubeczku, którego cena nie napawa optymizmem. Drink, jak to drink – czterdziestka łiskacza, trochę lodu i pięćdziesiąt cztery złote, a to wszystko pod patronatem miasta Kraków, żeby nie było, że się młodych nie widzi, nie docenia i tylko memoriały sportowe, blokujące pół miasta, urządza.

Wszyscy doskonale się bawią; mamy słońce, jest majówka, jesteśmy młodzi – co prawda ubieramy się niezbyt stosownie do wieku biologicznego i mieszkamy wciąż ze starymi, ale kto by się tam przejmował takimi mało istotnymi szczegółami. Ślizgamy się jak dzieci na lodzie, zaraz będzie bęc, ale potem zabawa zacznie się od nowa, karuzela, karuzela, niech nam życie aż tak nie doskwiera, barwy i doznania zakręcone, wymieszane, do przesady, aż do porzygu. W powietrzu unosi się przymus dobrej zabawy, uśmiech został przyspawany do twarzy, był w pakiecie z biletem, obowiązkowy.

Rozglądam się i rozglądam, ale tak naprawdę nie widzę nic ciekawego; wszyscy wyglądają tak samo – te same szmaty z jednej galerii, te same trampki, adidasy, podkoszulki, sukienki, okulary; każdy chce być inny, ale zlewa się to towarzystwo w jedną kolorową kupę i wszyscy są tacy sami. Szukam, szukam i w końcu, o dziwo, kogoś znajduję. Dostrzegam parę, która absolutnie do tej kolorowej kupy nie przystaje. Co prawda ubrani są również w dresy, ale nie są to dresy wystylizowane, piękne, modne, pachnące, prosto z Bangladeszu; tutaj mamy do czynienia z dresami klasycznymi, niepodrabianymi, znoszonymi, które przyszły w paczce dwie dekady temu prosto ze Stanów, używane, wiekowe i po przejściach, ale służą dalej. On i ona, para, która pamięta czasy łubudubu na dyskotekach i techno, które wtedy nie było upudrowane przez wielkomiejskie standardy.

Patrzę na nich i się rozczulam; bawią się szczerze, popijając wódeczkę z piersiówki, bije od nich autentyzm, tania wóda i jeszcze tańsze narkotyki, a ode mnie bije sztuczność, plastik, tandeta, jestem jak jednorazowy plastikowy widelec, wyrzucony do oceanu, w którym będę dryfował i przebijał żołądki wygłodniałych żółwi. Jestem tylko tymczasową dekoracją, zbędnym elementem, równie dobrze mógłbym robić za oparcie, mieszadełko do drinków, ktoś mógłby mnie nawet pomylić z siedzeniem.

Upijają kolejny łyk z piersiówki i dostrzegam, że partner jest w sumie sztywny, w jego głowie i krwi rozpuszczają się substancje, których aktywność nie tylko wpływa na psychę, ale też na somę. Kupuję kolejnego drinka. Jestem już zmęczony, ale jeszcze dam radę, jeszcze chwilę, dwie godzinki, góra pięć… może do rana, coś tam sobie rozpuszczam, głupota, głupota, po co to wszystko? No ale chcę dołączyć, nie wypaść z obiegu, z rytmu, z pierwszego planu, chcę być na widoku, czerpać tyle, ile się da. Co mi przyjdzie z bycia outsiderem? Chcę być taki, jak wszyscy, wejść w te codzienne ciała i przejąć ich proste myśli, ukraść wszystko, co jest do zabrania, i wzbić się wyżej, ponad. Jeden łyk, drugi, trzeci, w końcu się udaje; teraz słońce jest jeszcze bardziej słoneczne, wszyscy się do mnie ładnie uśmiechają i mówią szczerze, jednogłośnie: „tak, Zenon, będziesz sławny, wszyscy to wiemy, tylko nie zapomnij nas oznaczyć, że byliśmy przy tym, w trakcie twoich narodzin, nie zapomnij, wspomnij, my nie zapomnimy”.

***

Budzę się rano i pierwsze, o czym myślę, to moja nadchodząca pisarska sława. Jej zapach z dnia na dzień staje się coraz bardziej intensywny, niemalże fizycznie namacalny. Czuję ją, jest tutaj, na wyciągnięcie ręki, a wraz z nadchodzącym kacem staje się jeszcze bardziej intensywna. Wizualizuję sobie mój przyszły fejm – to codzienna praktyka, pozytywne myślenie, tak gdzieś przeczytałem. Najpierw rano wizualizacja, później w południe, podczas obiadu też sobie wizualizuję, nie zapominam o tym także podczas lunchu i podczas picia kawy, a przed snem zamiast paciorka, owszem, wizualizacja. Mam więc już całkiem dokładnie wszystko zwizualizowane.

Nad książką pracuję od dłuższego czasu, mam pierwsze i ostatnie zdanie dopracowane, może tam jeszcze coś zmienię, a może cała książka będzie miała tylko jedno zdanie, a resztę wykreślę? Nieważne, jestem skazany na sukces, dobrze o tym wiem, tak po prostu będzie, to się wszystko wydarzy, innego scenariusza nie przewidziano.

Słońce nie daje mi już dłużej spać, głowę w okolicach skroni atakują ostre jak brzytwa impulsy. Łykam tabletkę, popijam ją cierpkim sokiem i wychodzę na balkon zapalić. Wrzucam zdjęcie na Instagrama, jak sobie palę i jaki jestem fajny i skacowany.

Docierają do mnie nieprzyjemne wspomnienia z zeszłego dnia – znowu bawiłem się w jakieś akcje-recytacje w mojej głowie, znowu wrzuciłem to gdzieś do Internetu i pozbyłem się tym samym materiału, który mogłem wykorzystać w książce. Jest mi głupio, jest mi wstyd, ale zaraz się uspokoję. Potrzebuję tylko odrobiny nikotyny, a potem skręta i wszystko będzie w porządku.

W oddali widzę ogrodnika, który strzyże elektrycznymi nożycami żywopłot. Ciekawe, czy on też sobie coś wizualizuje podczas tych wszystkich machinalnych operacji? Na przykład to, że kiedyś ten pierdolony żywopłot zje, dajmy na to, szarańcza. Ta myśl wydaje mi się jednak niezbyt lotna, coraz bardziej mnie całe to moje myślenie irytuje, staram się więc za wiele nie kombinować, tylko po prostu palić tego pieprzonego papierosa.

Słońce od rana praży jak szalone, możliwe, że jest już bliżej południa niż poranka. Jakoś muszę sobie dać radę, nasuwam więc czarne okulary, tylko to przychodzi mi do głowy. Za każdym razem kończę tak samo, każde kolejne po weekendowe wybudzenie wygląda identycznie. Jestem bezbronny, ogołocony z jakiegokolwiek parasola ochronnego, wystawiony na pastwę słońca, rodziców i samego siebie. Zostały mi tylko okulary – filtr, co prawda pozorny, ale całkiem skuteczny.

Okulary dają radę, kontrasty odrobinę łagodnieją, a ja staram się wymusić na twarzy uśmiech, który odegram, schodząc na dół w okolice terytorium mojej matki, ale kąciki ust za cholerę nie chcą się poruszyć, szczęka jest sztywna, jakby się zablokowała w z góry ustalonej i jedynej słusznej pozycji.

Nagle zakręciło mi się w głowie i poczułem, jak rozszczepiam się na milion kawałków; byłem jednocześnie chropowatą podłogą, gorącym powietrzem, aromatyzowanym dymem tytoniowym, potem skraplającym się na skroniach przetrawionym alkoholem, którego woń wydobywała się z dna mojego żołądka, a potem czymś, czego nawet nie jestem w stanie nazwać – byłem wszystkim i niczym, moja forma zdawała się ciągle ulegać diametralnym przekształceniom. Na szczęście to tylko irracjonalne wrażenie, atak paniki, zjazd, kac – jak zwał, tak zwał – minęło tak szybko, jak się pojawiło.

Dopaliłem papierosa i pofatygowałem się w końcu do salonu.

– Jak się spało, kochanie? – zapytała matka.

– Spałem może jakieś dwie godziny, mamuś.

– Dlaczego? Znowu męczą cię koszmary?

W jej głosie była zaczepna, lekceważąca i infantylna troska, jakbym nadal miał osiem lat i moczył łóżko.

– Nie, mamo, byłem wczoraj na imprezie. Trochę za dużo wypiłem i za dużo sobie poćpałem.

– Nie mam ochoty słuchać tych bredni – Kora udawała, że zasłania uszy, ale dobrze wiedziałem, że świetnie się bawi, wyprowadzając mnie po raz kolejny z równowagi. Lubiłem do niej mówić po imieniu, tak jakby nie była moją matką, tylko kimś zupełnie obcym.

– To weź Valium i daj mi spokój, jestem już tym naprawdę zmęczony i jestem też dorosły, mam prawie trzydzieści lat, zapomniałaś?

– Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem, Zenonku, a te prawie trzydzieści lat to masz, odkąd skończyłeś dwadzieścia jeden.

– Ja pierdolę – mruknąłem cicho, cichuteńko, ledwo słyszalnie, pod nosem.

– Dobrze, już dobrze – Kora wymusiła swój katalogowy uśmiech, który nadawał się na okładkę Bonprixu. – Zrób sobie tę kawę, zapal sobie tego papierosa i udawaj dorosłego za pieniądze ojca.

Nie miałem ochoty kontynuować tej jałowej dyskusji ani zaczynać kolejnej bezsensownej kłótni. Zaparzyłem sobie kawę i postanowiłem się przespacerować.

Z jakiegoś powodu moi starzy zdecydowali się wybudować sporych rozmiarów dom, którego styl w dużym uproszczeniu można określić jako pomieszany z poplątanym. Tynk obito bielonym drewnem, że niby tak po amerykańsku, dach pokryto kompletnie niepraktyczną i drogą ceglaną dachówką, a sporych rozmiarów weranda porośnięta bluszczem kojarzyła się ze stylem kolonialnym, co najmniej jakbyśmy tu mieli przyprowadzać dzikusów i bawić się w pierwszych antropologów.

Na parterze znajdował się duży, przestronny salon, w którym dumnie prezentowały się zabytkowy Steinway, gitara z autografem założyciela Talking Heads, Davida Byrne, i pałeczki do perkusji, które ponoć na jednym z koncertów The Police w Warszawie rzucił w tłum sam Stewart Copeland. Z salonu płynnie przechodziło się do nowocześnie urządzonej kuchni, w której dominowały błyszczące czarno-białe płytki, ułożone naprzemiennie na wzór szachownicy. Za kuchnią, idąc w prawo, mieściło się niewielkie pomieszczenie z biblioteczką, zabytkową komodą z lat sześćdziesiątych i czterema krzesłami w stylu skandynawskim. Nie brakowało tutaj klasyków literatury, które moja matka konsekwentnie gromadziła przez całe swoje życie – było to, zaraz po ogrodzie zimowym, drugie z jej ulubionych miejsc, gdzie przesiadywała całymi popołudniami, zawzięcie próbując wskrzesić swojego pogrzebanego ducha młodości.

Jako że mój ojciec stanowi szablonowy przykład rekina biznesu z lat dziewięćdziesiątych, to nasza i tak dość pokaźna posiadłość z upływem lat rozrastała się w sposób hybrydowy. Był to proces nieunikniony, jak nieunikniony był rozrost fortuny mojego starego, który wszystko, czego dotknął, zamieniał w złoto. Od wschodu dobudowano więc sporych rozmiarów ogród zimowy. Znalazło się też miejsce dla krytego, nowobogackiego basenu, podświetlanego od spodu żarówkami, mieniącymi się w dziesiątkach kolorów. Nie mogło zabraknąć także ogrodu z niezliczoną liczbą krętych alejek i ślepych zaułków, który sprawiał wrażenie kiczowatej imitacji mitycznego labiryntu. Gdzieniegdzie wystawały z trawy posągi i figurki, rozrzucone bez większego ładu i składu, które moja matka regularnie przywoziła z całego świata; spacerowicza już od wejścia mierzył wzrokiem Budda, nieco dalej stali Konfucjusz, Sokrates, Platon i Arystoteles. Smaczku tej eklektycznej finezji dodawała kolekcja ogrodowych krasnali podróżników, które z niewiadomej przyczyny były oczkiem w głowie mojego ojca (przynajmniej raz do roku zlecał ich konserwację). Na tyłach, niemal idealnie wtapiając się w otoczenie, stał mały, samowystarczalny, ocieplony domek, w którym nocował ogrodnik – Pan Jan.

Przez chwilę zaczęły wracać do mnie wydarzenia zeszłej nocy, ale próbowałem je odgonić, bo było mi po prostu wstyd, że nadal zachowuje się jak rozwydrzony gówniarz. Chyba miałem lekkiego moralniaka, co nie zdarza się zbyt często, dlatego – żeby nie wpędzać się w poczucie winy – czym prędzej znów pomyślałem o domu, którego nie znoszę.

Na pierwszym piętrze znajdowały się sypialnie – rodziców i moja – oraz pokoje gościnne. Na niewielkim, ale, co trzeba przyznać, całkiem pomysłowo zaaranżowanym strychu miejsce znalazła imponująca kolekcja winyli mojego ojca. Wśród starannie posegregowanych tematycznie krążków znaleźć można było między innymi Jefferson Airplane, The Smiths, Beatlesów, Maanam, Led Zeppelin i masę innych kapeli, których nazwy nic mi nie mówiły. Z jakiegoś powodu to właśnie londyńczyków ojciec przesadnie katował w niedzielne wieczory. Pił wtedy swoje drogie whisky, palił jeszcze droższe kubańskie cygara i do znudzenia puszczał na cały regulator Since I’ve been loving you. Wiedziałem wtedy, że nadchodzi moment mojej rychłej ewakuacji – ojciec męczył tych szarpidrutów przynajmniej do trzeciej w nocy, zapętlając bezsensownie jeden i ten sam kawałek, jakby Led Zeppelin nigdy nie stworzyli niczego lepszego. Tym samym znienawidziłem ten zespół i reagowałem na niego alergicznie, a momentami nawet impulsywnie (pewnego razu prawie udało mi się zniszczyć jeden z winyli, ale w ostatniej chwili powstrzymała mnie matka). Nie raz i nie dwa narobiłem sobie sporo kłopotów, tylko dlatego, że w głośnikach leciało Stairway To Heaven. Raz dostało się barberowi, innym razem kelnerce, a jeszcze innym – barmanowi, który wyrzucił mnie za drzwi, ponieważ Zeppelinów uważał za najlepszy zespół na świecie. On dostał piany, ja białej gorączki, no i doszło do rękoczynów, jak między kibicami Wisły i Cracovii.

Tak się tym myśleniem o domu i muzyce zafrasowałem, że kawa się skończyła (albo ją po drodze przez przypadek wylałem), do tego papieros się dopalił, a przede mną, jak spod ziemi, wyrosła poczciwa postać Pana Jana. Nie wiem, ile miał lat. Dla mnie zawsze był Panem Ogrodnikiem, przez duże P i O, z którym można było fajkę zapalić, pogadać o rzeczach ważnych i o tych bez większego znaczenia również. Jego zmarszczki, nadające mu dobrotliwego charakteru, przerzedzone siwawe włosy, codziennie zaczesywane na lewy bok, i pozytywne podejście do życia, działały na mnie lepiej niż aspiryna.

Pan Jan to taka złota rączka. Przez dobrych kilka, a może nawet kilkanaście lat swojego życia przycina żywopłoty, pozbywa się śniegu z podwórza i wymienia żarówki, gdy któraś się przepali. Co najdziwniejsze – sprawia przy tym wrażenie szczęśliwego. Kiedy to zauważam, myślę wtedy, że i ja mogę być równie szczęśliwy, kiedy już mi się w tym literackim świecie powiedzie i będę pisał książkę za książką, udzielał wywiadów, chodził na bankiety i do telewizji śniadaniowych, prowadził warsztaty kreatywnego pisania, psuł młodzież i romansował ze studentkami. Potem jednak nachodzi smutna refleksja, że za tym pozornym szczęściem Pana Jana kryje się jakaś bardzo smutna historia, tajemnica, której do tej pory mi nie wyjawił. Ma swoje momenty, kiedy zachowuje się dziwnie, jego oczy, mimo że obecne, przyglądają się przeszłości, a zasilanie dostarczają wspomnienia, ciężko się wtedy z Panem Janem skontaktować. Mimo moich usilnych nacisków Pan Jan za wiele o sobie nie mówi, matka i ojciec też mi o nim za wiele nie powiedzieli. Chciałbym wierzyć, że traktują go jak zwykłego najemnego pracownika, ale nigdy nie kupiłem tej bajki.

– Może zrobi sobie przerwę? – zagadałem.

– Nie będzie zachwycona. Pani Kora nie będzie zachwycona – powtórzył, wskazał palcem na dom i otarł spocone czoło. – Tym bardziej że patrzy na nas w tej chwili.

– Pani Kora wysłała mnie, żebym ci przekazał, że powinieneś trochę odpocząć – skłamałem.

– No dobra, jest gorąco, przyda się przerwa – odparł i odstawił nożyce.

Usiedliśmy na ławce w niewielkim zagajniku, który o tej porze dawał zbawienne schronienie przed słońcem. W jego centralnej części stała drewniana figurka Świętego Franciszka z Asyżu, któremu na wyciągniętej dłoni siedział wystrugany szpak. Posąg miał nienaturalnie wielkie, hipnotyzujące oczy, czym prędzej więc odwróciłem wzrok, bo zdawało mi się, że jego mesmeryzujące źrenice zaczynają się gwałtownie rozszerzać. Ogrodnik wyciągnął z papierośnicy niewielkiego skręta.

– Pańskiej matce się już trochę polepszyło? – przerwał milczenie i poczęstował mnie skrętem.

– Raz się polepsza, raz się pogarsza. Na zachodzie bez zmian.

– Terapeuta nie pomaga?

– O kant dupy rozbić te pseudoterapie. Trzy i pół stówy za godzinę, pięć lat leczenia i nic. To znaczy – zaciągnąłem się głęboko – bywają lepsze chwile. Bywają nawet tygodnie, miesiące, kiedy wszystko jest okej. Wystarczy jednak jeden impuls, piosenka w radiu, kadr z filmu i wszystko się rozpada, cała ta iluzja poukładanego życia. No a terapeutka ma kolejny temat do przepracowania. I tak w kółko.

– To może ja zostanę terapeutą? – Pan Jan się rozweselił. – Mam spore zapasy sprawdzonych środków leczniczych. Mnie pomagają!

– Moim terapeutą jesteś od dawna, czuję się coraz lepiej!

Chciałem coś dopowiedzieć, ale poczułem, jak grunt powoli osuwa mi się pod nogami. Ogarnęła mnie błoga euforia, której ciepło zaczęło się rozlewać po całym ciele. Zamknąłem oczy i wsłuchiwałem się w radosne śpiewy ptaków. Ich głos odbijał się od drzew, a ja miałem wrażenie, że podążam za falami dźwiękowymi; wpadam z wizytą do sąsiadów, do przejeżdżającego obok samochodu, odbijam się od znaku drogowego, ale potem… usłyszałem charakterystyczne, głośne tykanie. To początek utworu Playground Love w wykonaniu zespołu Air, który moja matka zawsze odpalała, gdy miała napady melancholii.

– Muszę iść – powiedziałem, po czym lekko się zatoczyłem i koślawym sprintem pobiegłem prosto do domu.

Kora przybrała groteskową pozę; leżała na skórzanej sofie z nogami przewieszonymi przez wezgłowie, głaskała przy tym Dianę, paliła papierosa i co jakiś czas popijała czerwone wino prosto z butelki. Piosenka była zapętlona (czemu moi rodzice wszystko, kurwa, zapętlają?), z popielniczki wysypywały się pety, a dym przysłonił sufit. Zblazowana postać mojej matki w dość zabawny sposób korespondowała z reprodukcją obrazu Richarda Hamiltona, o tytule Co właściwie sprawia, że dzisiejsze mieszkania są tak odmienne, tak pociągające? Była tak bardzo zapadnięta w sobie, że nawet mnie nie zauważyła. Korzystając z jej nieuwagi, otworzyłem wszystkie okna, zabrałem papierosy, opróżniłem popielniczkę i zmieniłem płytę – z głośników popłynęło wesołe Let’s Twist Again.

Oczy mojej matki, które wydawały się – delikatnie to ujmując – trochę nieobecne, nagle się ożywiły. Podałem jej dłoń, po dżentelmeńsku zapraszając do tańca. Zaczęliśmy ostrożnie ślizgać się po parkiecie. Jej ruchy, mimo że mechaniczne i zachowawcze, były lekkie i zgrabne; kwiecista, rozkloszowana spódnica z sekundy na sekundę wymiatała gryzący dym i nostalgiczne troski. Kora uśmiechnęła się do mnie niemalże zalotnie, co wywołało u mnie odruch wymiotny, który z trudem zamaskowałem. Taniec zaczął wymykać się spod kontroli; moja matka zaczęła się kręcić i kręcić, i kręcić, nieco za szybko, stanowczo za szybko. Próbowałem ją chwycić, powstrzymać, ale było już za późno. Straciła równowagę i z całym impetem wpadła na minibarek. Kilka tysięcy rozleciało się na kawałki. Kora miała pocięte dłonie, kawałki szkła wbiły jej się w przedramię, a na dodatek zaczęła się histerycznie śmiać, bo czemu by kurwa nie? Krew z otwartych ran zaczęła miarowo kapać na podłogę, Kora umoczyła palec w tej nakapanej krwi jak frytkę w keczupie, włożyła go do ust, oblizała z teatralną rozkoszą wargi i zaczęła się śmiać jeszcze głośniej. Przez dłuższą chwilę stałem zbaraniały na środku pokoju, nie mając za bardzo pojęcia, co powinienem w tej sytuacji zrobić; ręce drżały mi, jakbym przechodził ostre delirium, głos ugrzązł w gardle. Dzwonić do lekarza czy do psychiatryka? W końcu jednak się otrząsnąłem i jedyne, co mi przyszło do głowy, to zawołanie naszej prawdziwej pani domu.

– Magdo, kurwa mać! Gdzie jesteś!?

Darłem się tak i darłem, ale Magda chyba akurat odkurzała.

Zacząłem kląć jak opętany, biegać i szukać ręczników.

– Gdzie są, kurwa, ręczniki? Nie wiem! Gdzie jest łazienka? Tam jest! A apteczka? Gdzie jest apteczka, nie wiem, gdzie jest apteczka. Mieszkam tu tyle lat i nie wiem, nie wiem… to ręcznik chociaż wezmę, dobrze, dobrze, jest! – mówię to wszystko na głos, Kora się ze mnie śmieje, ten jej chichot doprowadza mnie do szału, mam ochotę się rozpłakać albo zrobić coś, czego będę potem żałował. Mimo wszystko nie uderzę jej przecież, to moja matka.

– Masz, mamo – podaję Korze różowy ręcznik z białymi serduszkami. Kora demonstracyjnie wyciera sobie twarz i pyta mnie, czy ukazało się jej boskie oblicze. Śmieje się przy tym jeszcze głośniej, zaraz tego nie wytrzymam.

– Magdo!!! Jak tu zaraz nie przyjdziesz, to jutro nie będziesz miała gdzie przyjść, słyszysz, rozumiesz mnie? Słyszysz?!

Wyłączyła odkurzacz, przybiegła po upływie kilkudziesięciu sekund, niemalże w podskokach! Spojrzała na mnie ze szczerą nienawiścią, potem przeniosła wzrok na śmiejącą się i zakrwawioną Korę, której twarz przybrała blady kolor, po czym bez zastanowienia otworzyła szafkę nad zlewem. Ostrożnie wyjęliśmy kawałki szkła z wiotkiego ciała Kory i przepłukaliśmy rany wódką, bo akurat była pod ręką. Matka powoli wracała do żywych; skrzywiła się z bólu, przygryzła wargę, a gdy Magda zacisnęła mocniej opatrunek, jej oczy zaszły łzami.

– Przepraszam – wybełkotała jak dziecko, które stłukło porcelanę.

– Już dobrze, mamo – pogłaskałem ją po policzku. – Pani Magda zaraz zadzwoni po lekarza.

– Nie chcę żadnych lekarzy!

– Znowu zaczynasz? Zostanie ci blizna… i to niejedna – odparłem zrezygnowany.

– Jedna w tę, czy w tamtą, pierdolić to – zachichotała. – Nalej mi lepiej wina, Zenonku.

– Zapomniałaś, że nie pijesz?

– Piję, żeby przypomnieć sobie, dlaczego już nie piję, to taki stary dowcip. Uśmiechnij się, rozchmurz się, mój skarbie, mój Zenonku!

– Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi, jak to twoje pieprzone Zenonku, dobrze o tym wiesz!

– Jakie atrakcje masz zaplanowane na dzisiejszy wieczór, Zenonku?

– Jadę na imprezę, będę szukał weny i tanich narkotyków, które będę wciągał razem z brudem w krakowskich piwnicach, mamusiu.