Książka dla Tadzia i Zosi - Maria Konopnicka - ebook

Książka dla Tadzia i Zosi ebook

Maria Konopnicka

3,5

Opis

Książka dla Tadzia i Zosi” to zbiór opowiadań Marii Konopnickiej, poetki i nowelistki okresu realizmu. Jest ona uznawana za jedną z najwybitniejszych polskich pisarek.

W skład tego zbioru wchodzi 20 opowiadań dla dzieci, które przybliżają najmłodszym zjawiska związane z przyrodą, geografią i historią.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 121

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0

Popularność




Maria Konopnicka

Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-333-6
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Jaskółeczka

 Ledwie zadnieje ten dzionek, ten biały, zaraz nasza jaskółeczka pod oknem szczebioce:

Wstańcie dzieci! wstańcie dzieci,

Bo już słonko złote świeci. Kto nie widzi rankiem słońca, Temu smutny dzień do końca. A kto ładnie wstaje rano,Ten zje piwo ze śmietaną.

 Jak tylko to usłyszy Tadzio, wnet się z łóżeczka zrywa i zaraz Rozalię o wodę prosi, zaraz się myje, czesze, ubiera aż miło, a jaskółeczka wciąż mu przyśpiewuje:

Śpiesz się chłopcze, śpiesz mój mały,

Bo już wróble dawno wstały, Wody z rzeki nanosiłyBeczkę piwa nawarzyły.

 Słucha mój Tadzio, słucha, ale się tylko uśmiecha. Gdzieżby tam zaś wróble piwo miały warzyć! Ubrał się ładnie, czyściutko, idzie ojcu i mamie dzień dobry powiedzieć.

 Ale mały Janek to wcale co innego, ten aż na głowę kołderkę ściąga, żeby jaskółeczki nie słyszeć i słonka nie widzieć, a ocząt nie otwiera nawet, a buzię tak krzywi, że aż się Rozalia z niego śmieje. Taki śpioch!  Nasza jaskółeczka śpiochów nie lubi, sama raniutko wstaje, z gniazdka wylatuje, muszki dla dziatek swoich chwyta, czarne piórka w stawie macza! Tu jest, tu jej niema; tylko się miga w oczach, taka zwinna! Kot z folwarku, stary Matus, siedzi pod ścianą, zmrużył zielone ślepki i mruczy a patrzy na jaskółeczkę. Radby się z nią bliżej zapoznać, ale nim Matus głowę obróci, już jaskółeczka trzy razy w kółko obleci staw cały i na ramie okna siędzie, główką kręci i tak Jankowi przyśpiewuje:

A ty Janku, mały panku,

Stało mleczko w białym dzbanku, Jak się muszki dowiedziały,Wszystko mleczko wylizały.

 Słucha Janek, słucha, strasznie mu markotno. Otworzył jedno oczko, otworzył drugie, radby wiedzieć, czy jaskółeczka prawdę mówi, czy też tak sobie z niego żartuje. A ptaszyna wciąż główką kręci i szczebioce:

A ty, Janku, mały śpiochu,

Wysiał czyżyk garniec grochu. Garniec grochu, garniec maku,A z śniadania ani znaku.

 Już też Janek dłużej wytrzymać nie może, jak nie zaciśnie ocząt piąstkami, jak nie zacznie beczeć: Au... au... zupełnie jak ten wilczek w boru. Przybiega Rozalia do Janka, myśli, że mu się tam Bóg wie co zrobiło, ale z Jankiem ani gadania... beczy a beczy, aż się po domu rozlega. Jaskółeczka zawsze żwawa i wesoła, strasznie mazgajów nie lubi; jak tylko więc Janek mazać się zaczął, ta mu zaraz przyśpiewuje:

A mój Janek dudki stroi,

Kto usłyszy, to się boi! A mój Janek śpiewa pięknie,Kto usłyszy, to się zlęknie!

 Głaszcze Rozalia Janka po główce, głaszcze po buzi, a mój Janeczku, moje złotko! A co ci to? czegóż to mi tak płaczesz? I dopytała się jakoś, że muszki mleczko wylizały ze dzbanka. Jak się też dopytała, tak w śmiech.  — Któż ci to powiedział?  — A jaskółka powiedziała! — mówi Janek.  — E, bo ci się, widzisz Janeczku, tak tylko śniło, boś za długo spał.  — Ale! śniło! — maże się dalej Janek — nie śniło mi się, tylko naprawdę jaskółeczka powiadała!  — No — powiada Rozalia — to wstańże pręciuchno, pójdziemy zobaczyć, czy to prawda, że muszki mleczko wylizały.  Dopieroż mój Janek z łóżeczka wstał, pozwolił się umyć, ubrać i poszedł do stołowego pokoju, gdzie stało jego mleczko. Rozweselił się zaraz i przyrzekł Rozalii, że już będzie raniej wstawał. Właśnie wtedy, kiedy Tadzio zaczął się uczyć, nasza jaskółeczka siadła sobie na gałązce wprost okna i znów kręci główką a przygląda się mu i tak przyśpiewuje:

Zielona wiosna, śliczny maj,

Uczą się dzieci, pójdziem w gaj, Pójdziemy w gaj i na łany,Jest tam koniczek bułany!

 Janek niezmiernie koniki lubi. Jak tylko usłyszał, że jaskółeczka o bułanku śpiewa, zaraz wziął elementarz, siadł przy Tadziu na małym stołeczku i wodząc paluszkiem po literkach, bąka:  A... B... C... D...  Bąka i bąka; nieraz mu się już i ziewać zachciewa, ale się nie rusza, bo wciąż czeka na tego bułanka. Dopieroż gdy Tadzio lekcye skończy, wtedy mój Janek elementarz w kąt, a sam do zabawy.  Ale jaskółeczka nie lubi takich dzieci nieporządnych, co książeczek nie szanują i byle gdzie je ciskają. Zaraz też zaczyna główką kręcić i tak szczebioce:

Jechał czyżyk od Krakowa,

Zakręciła mu się głowa. A ten nie wart torby sieczki,Kto w porządku nic nie chowa.

 Jak też to nasz Janek usłyszał, zawstydził się ogromnie; bo cóż to, czy to nie żarty, żeby taki duży chłopiec nawet torby sieczki nie był wart? Więc tylko z pod oczka spojrzy, czy Tadzio przypadkiem nie słyszał, co jaskółeczka śpiewała i zaraz elementarz podnosi, z kurzu go pięknie otrzepuje i do szufladki od stolika chowa. A potem to już śmiało patrzy do okoła i idzie z Tadziem się bawić w konie, zwyczajnie jak każdy grzeczny chłopczyk.  Ale czasem tak wypadnie, że się chłopcy przy zabawie zgodzić nie mogą. Czasem Jankowi naprzykrzy się brykać, chciałby też lejce wziąć i bacikiem śmigać, ale Tadzio też woli być furmanem niż koniem; to tak nieraz obadwaj się zapérzą, jak te kogutki.  Przygląda się im wtedy nasza jaskółka, przygląda, główką po swojemu to w prawo to w lewo kręci, a widząc, że się chłopcy mało nie poczubią, tak im przyśpiewuje:

Derkacz w polu proso młóci,

Ten jest kozioł, kto się kłóci. Derkaczowa je pierogi,Kto się kłóci, ten ma rogi.

 Jak tylko to chłopcy usłyszeli, zaraz cicho. Bo i nie dziw! Ktoby też chciał, żeby mu jak kozłu rogi wyrosły?  Zaraz też Tadzio idzie za konika, puszcza się to kłusa, to w cwał, to stępa, a i co raz to sobie zarży: „Hii... ha, ha, ha! Hii... ha, ha, ha!“ A Janek biczykiem nad nim śmiga i pokrzykuje: „wio koniku, wio!...“ albo też Janek ściąga lejce i woła: Aprr... Aprr... I tak się bawią aż miło.  Kiedy chłopcy idą na obiad, to im jaskółeczka znowu przyśpiewuje:

Chodźcie tu goście

Po lipowym moście; Kiedy sami jecie,To mnie z sobą proście.

 Tadzio i Janek uśmiechają się tylko. Ba! oniby chętnie jaskółeczkę z sobą prosili, ale wiedzą, że to tylko żarty. Czasem wszakże przy obiedzie Janek bywa niegrzeczny, serwetkę zrzuca, rosołu jeść nie chce, obrus plami, legominy się napiera, chlebek niepotrzebnie kruszy, wodę rozlewa. Rady sobie z nim dać trudno. Nasza jaskółeczka znów główką na to kręci, czarnemi oczkami na Janka spogląda, aż tak mu zaszczebioce:

A ty Janku, taki panku,

Będziesz jadał obiad w ganku, Będziesz jadał obiad w sieni, Nie dostaniesz nic pieczeni. Będziesz jadał same kościU Filusia jegomości!

 Filuś, to był piesek taki czarny, nie duży, co go do pokoju nie puszczali, bo był nieporządny i niegrzeczny.  Janek aż w ogniach cały stawał, jak takie śpiewanie jaskółeczki usłyszał. Zaraz łokcie ze stołu zdejmował, nóżkami przestawał machać, łyżkę i widelec kładł uważnie, ażeby obrusa nie splamić, a Rozalii prosił, żeby mu serwetkę zawiązała pod bródkę; tak się bał z Filusiem w sieni jadać!  Po obiedzie szli chłopcy w pole albo też do lasu, na jagody, na grzyby. Jaskółeczka także wylatywała daleko, żeby dziateczkom swoim pożywienie przynieść. Leciała w zwyż, leciała w dół, czarne jej piórka, tylko się w cichem powietrzu migały. Co przyleci do gniazdeczka, to żółte dzióbki sterczą do okoła otwarte, a każde z pisklątek woła: jeść! jeść! Oj napracowała się nie mało, napracowała, nim się jej dziecinki najadły i spać poszły.  Już też i słonko się zniżyło nad pola, nad łąki i chłopcy wracali do domu, niosąc to kwiatki śliczne, to borówki, to rydze w koszyczku. Tadzio, jako chłopczyk starszy, to tylko na kijek sobie wierzchem siądzie i jedzie, aż się za nim kurzy; ale Janek ledwo idzie, tak go nóżki bolą. Płakałby nawet i już mu się buzia sama krzywi, ale się boi, żeby mu jaskółeczka znów o tych dudkach nie zaśpiewała.  A jaskółeczka do samej bramy naprzeciw chłopców wylatuje i tak im szczebioce:

Siwe gołębie leciały,

O mego Janka pytały: A gdzie ten Janek nieboże,Co zajść do domu nie może?

 Nie może? — mówił sobie Janek. — Oho! poczekajno moja pani! Zaraz ja ci pokażę, jakim to ja mocny! I zbierał się, co tylko siły miał w nóżkach i biegł za Tadziem wesoło, nibyto udając małego źrebaczka.  A tam już przed domem był stół ustawiony, a na nim mleko, chlebek, bułeczki. Jedli tedy chłopcy grzecznie, a potem biegali sobie dokoła trawnika przed domem, póki Rozalia nie zawołała na Janka, że już czas iść spać. Już i jaskółeczka zabierała się do snu w gniazdku swojem małem, gdzie na nią czekały dziatki, ale nim usnęła, tak jeszcze na dobranoc Jankowi zaśpiewała:

Zaszło słoneczko w morze już,

O mój Janeczku oczki zmróż. Zaszło słoneczko, przyszła noc,O mój Janeczku! dobranoc.

Kajecik Pawełka

Pawełek dostał od ojca na gwiazdkę śliczny niebieski kajecik. Długo myślał, coby tu z nim zrobić? Czyby rysować żołnierzy? Czy może konie? Czy domki i drzewa? Aż się nareszcie namyślił i postanowił zapisywać w tym kajeciku to wszystko, co tylko ciekawego usłyszy, albo rozmaite zabawy.

 Zaraz nazajutrz usiadł Pawełek przy stoliku, rozłożył przed sobą swój niebieski kajecik, umaczał ostrożnie pióro i tak pisać zaczął:  „Widziałem dziś piękny rysunek. Przedstawiał on izbę w prostej chłopskiej chacie we wsi Sokołówce, a w tej izbie, na łożu zasłanem skórą niedźwiedzią, leży Stefan Czarniecki, wielki rycerz i hetman, który bił Szwedów tęgo, aż musieli uciekać z pod Częstochowy, którą nam zabrać chcieli. Ale potem na inną wojnę poszedł i był ranny, i w tej chacie go złożyli towarzysze jego, a teraz się z nim żegnają. Wielki jest smutek w tej izbie i wszyscy płaczą, że takiego wodza i rycerza utracić muszą. Pospuszczali głowy, załamali ręce, któż ich teraz na wojnę prowadzić będzie? A przy łóżku Czarnieckiego stoi koń jego siwy, towarzysz wierny, co w różnych bitwach razem z nim bywał i nic się nie bał. Stoi ten koń przy nim i także się smuci, a rży żałośnie, bo czuje, że już swego pana i rycerza nosić na wojnę nie będzie. A Czarniecki rękę wyciągnął i głaska jego grzywę i patrzy tak, jakby mówił: „Bądź zdrów, mój towarzyszu! Już ja na ciebie nie wsiędę i Szwedów bić nie będę. Już odchodzę z tej ziemi, com jej wiernie bronił“.  Długo patrzyłem na ten rysunek i myślałem sobie, że jak Szwedy jeszcze kiedy przyjdą, to ja od stryjka z Lipowej też siwego konika dostanę i tak Szwedów pobijemy, że tylko się za nimi kurzyć będzie — tak będą zmykali!  W tydzień znów potem Pawełek przy stoliku usiadł, kajecik niebieski przed sobą rozłożył, pióro umoczył i tak pisał:  „Dowiedziałem się dzisiaj o drugim rycerzu, który się nazywał Karol Chodkiewicz, a bił się z Turkiem. Ten Turek nazywał się Osman. Zebrał on wielkie wojska, wyszykował różne bronie, przyprowadził z sobą wielbłądy i ogromne skarby i chciał dojść aż do Wisły, żeby tam konie swoje poić i żeby to się nazywała jego rzeka i jego ziemia. Ale mu się to wcale nie udało, bo Karol Chodkiewicz, który był wodzem i hetmanem jakich mało, zwołał swoich rycerzy, i zaraz wszyscy u jego boku stanęli. A choć ich było niewielu, a Turków nieprzeliczone mnóstwo, jednak się im rycerze Chodkiewicza nie dali, tylko się bronili przez czterdzieści dni w takim zamku, co się nazywał Chocim. No, i ci Turcy ze swoim Osmanem, co podejdą pod ten Chocim, to jak ich Chodkiewicz po swojemu przywita żelazem, to oni w nogi. I tak ten zamek Turcy zdobywali i zdobyć go nie mogli. Aż widząc, że garstka rycerzy Chodkiewicza mocniejsza i dzielniejsza niż całe ich wojsko, poszli sobie tam, zkąd przyszli, do swojego kraju, a tu do Wisły żaden się nie dostał, chyba ten, co się w niewolę dostał. Takto Chodkiewicz swojej rzeki bronił. A cóżto? nie moglito Turcy w swoim kraju siedzieć, kiedy im go Pan Bóg dał, nie cudzego pragnąć? Dobrze im tak! Ja ich tam wcale nie żałuję. Teraz sobie myślę, kto był większy wojownik, czy Chodkiewicz Karol, czy też Stefan Czarniecki?  Jak będę duży, to do tego Chocima pojadę, żeby choć to miasto zobaczyć, gdzie taki wielki rycerz bił się i Turka przemógł. A o to, kto większy z tych dwóch hetmanów, to się muszę ojca spytać“.  Kiedy to Pawełek zapisał, zrobiło się już ciemno, więc zamknął swój niebieski kajecik i poszedł do ojca.  Jeżeli znów kiedy co napisze, to wam opowiem.

Co Kurta robił w podwórku?

Pan Kurta miał w podwórku niemało roboty; za dużo nawet jak na psa o trzech tylko nogach, bo czwartą już dawno postradał w jakiejś wojennej przeprawie.  Zaledwie zrana, pan Pietuch Pietusiński, czerwony kogut z drugiego podwórka krzyknął mu przez płot: „Dzień dobry sąsiedzie“ — zrywał się zaraz Kurta, biegł do sionki i łapą we drzwi skrobał, póki gospodyni po wodę z wiadrem nie wyszła. Skakał tedy koło niej pan Kurta wesoło, bo wiedział, że ta woda to na barszcz, na śniadanie i że jak się gospodarze najedzą, to mu też resztkę dadzą.  Ale do tego śniadania to jeszcze daleko. Gospodyni wodę do chaty wniosła, skopek wypłukała, wzięła stołek i poszła do obórki krowę doić. Pan Kurta wie, że tam niepotrzebny, mógłby jeszcze mleko wylać. Nie idzie więc do obórki, tylko się uwija koło gospodarza, który kosę na progu chaty klepie i wybiera się kosić łąkę. Słonko weszło pogodnie, rosa aż pachnie z pola, skowronki w powietrzu dzwonią jak te dzwoneczki Boże. Gospodarz rad z takiego złotego dzionka, tylko sobie pogwizduje, a pan Kurta ogonem macha i także się raduje, choć sam nie wie czego.  — Pamiętaj, Kurta — mówi gospodarz — żebyś mi tu domu pilnował, jak gospodyni poniesie w pole śniadanie albo i obiad. Niech cię Bóg broni, żebyś tu jakiej szkody dopuścił, miałbyś ze mną sprawę!“ — Pan Kurta wie, że sprawa z gospodarzem niebardzo bezpieczna dla jego grzbietu, podwinął tylko ogon i łasi się i naszczekuje zcicha, jakby mówił: „już tylko wy się nie bójcie, gospodarzu, już tu wszystko będzie dobrze“.  Wyleciały z gniazda jaskółki na świat Boży, a z izby wyszedł Maciuś i dalejże do Kurty.  — A mój Kurta! A moje psisko! a cóżeś ty w nocy robił?  Tu mój Kurta opowiada jak umie, a wtem już gospodyni od doju wraca. Zaraz też Maciuś krajką się podpasuje, bierze w rękę okropne biczysko i krówkę na pole wygania. Za krową pędzi cielak zadarłszy ogona. Pan Kurta w skok za nim. Wiadome rzeczy, cielę głupie, w szkodę wpaść może, a i krowa też rada skubnąć co nie dla niej: rozsadę albo co. Więc Maciuś biczem śmiga a Kurta zagania to od prawej, to od lewej strony, aż ich wszystko troje szczęśliwie za wrota wyprawił. Okrutnie się przytem naszczekał i zmęczył, więc wpadł do chaty i siadł sobie na dwóch łapach przed kominem, gdzie gospodyni właśnie gotowała śniadanie. Woda wre, kipi, mój Kurta tylko macha ogonem z uciechy; wtem mała Maryś odetchnęła i zapłakała w kołysce. Pan Kurta niezmiernie lubi małą Marysię, zrywa się tedy od komina i sztykut, sztykut, biegnie do kąta, gdzie kołyska stoi i łeb na nią zakłada i Marysinę buzię czerwonym językiem liźnie raz i drugi. Jak tylko Maryś Kurtę zobaczyła, zaraz się rozśmiała; a tu już gospodyni barszcz dymiący na miskę wylewa, dwojaki szykuje, jedne dla gospodarza, drugie dla Maciusia; sama też podjadła, do reszty trochę wody dolała i zawołała:  — Na tu, Kurta, na!