Wydawca: Wydawnictwo BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Książęta wolą blondynki - Loretta Chase

Lady Clara Fairfax ma już serdecznie dość zalotników. Z uporem odrzuca oświadczyny dżentelmenów, którzy nie widzą w niej niczego poza urodą, w istocie zapierającą dech. Przekonana, że potrafi być kimś więcej niż jedynie ozdobą salonu, poświęca się pracy charytatywnej. Chcąc pomóc jednemu z podopiecznych, zwraca się o pomoc do ponurego, przystojnego i niezmiernie irytującego prawnika, Olivera Radforda.

W życiu Radforda nie wszystko biegnie według założonego planu. Niespodziewanie został następcą do tytułu księcia. Jasnowłosa, modnie ubrana piękność, mimo iż niepozbawiona rozumu, również do tego planu nie należy, jednak bez trudu udaje jej się opętać na wskroś logiczny umysł Olivera. A gdy w oddali zaczną bić weselne dzwony, nie pozostanie mu nic innego, jak próbować nie stracić resztek zdrowego rozsądku. Czy najmodniejsza, najbardziej pożądana panna i najbystrzejszy, najbardziej znienawidzony londyński prawnik odnajdą drogę do siebie?

Opinie o ebooku Książęta wolą blondynki - Loretta Chase

Fragment ebooka Książęta wolą blondynki - Loretta Chase

Tytuł ‌oryginału: Dukes ‌Prefer ‌Blondes

Projekt okładki: Dorothea ‌Bylica

Copyright © 2016 ‌by Loretta Chekani

All rights ‌reserved.

Copyright © for ‌the ‌Polish translation Wydawnictwo BIS ‌2018

ISBN ‌978-83-7551-568-8

Wydawnictwo ‌BIS

ul. Lędzka ‌44a

01-446 ‌Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 ‌877-40-33; ‌fax ‌22 837-10-84

e-mail: ‌bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład ‌wersji ‌elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Muzo, wysławiaj ‌męża wielce przebiegłego,

wszechstronnego w geniuszu.

Homer, ‌OdysejaEton College, ‌jesień 1817 roku

Oliver Radford ‌był nieznośny. ‌

Wystarczyły zaledwie dwa ‌dni od jego ‌przyjazdu, by ‌wszyscy ‌uczniowie doświadczyli tego na ‌własnej skórze. ‌Niewiele więcej czasu zabrało ‌im ‌obdarowanie nowego ‌przezwiskiem Kruk, choć ‌motywy ‌tego wyboru pozostawały ‌niejasne. Może ‌przyczyną ‌były czarne jak ‌noc ‌włosy Olivera i świdrujące szare ‌oczy? Może głęboki, ‌mroczny głos, pasujący ‌raczej ‌do dorosłego ‌mężczyzny ‌niż dziesięcioletniego chłopca? ‌Może zainspirował ich nos, ‌spiczasty i kojarzący ‌się z dziobem ‌drapieżnego ptaka?

Zwykle zresztą ‌trzymał ten nos ‌w książce i jeden z jego ‌kuzynów stwierdził ‌któregoś dnia, ‌że młody ‌Radford przypomina mu kruka ‌dziobiącego ‌padlinę. Kuzyn ów nie ‌wiedział zapewne, że kruki ‌są niebywale ‌inteligentnymi ptakami. Oliver ‌był zaś niebywale inteligentnym ‌chłopcem. Między ‌innymi dlatego ‌znacznie wyżej cenił ‌towarzystwo książek niż ‌kolegów ‌ze szkoły – a zwłaszcza swych niewiarygodnie głupich kuzynów.

W tej chwili opierał się niedbale o ogrodzenie, z dala od pozostałych graczy, kłócących się o stronę boiska w pierwszej połowie meczu. Wiedział, że raczej go nie wybiorą, i nie chciał grać, utkwił więc nos w Odysei Homera.

Książkę przesłonił cień i na pierwszej stronie greckiego tekstu spoczęła tłusta dłoń z brudnymi paznokciami. Oliver nie podniósł głowy. Był, podobnie jak jego ojciec, doskonałym obserwatorem. Rozpoznał tę dłoń. Widywał ją już kilka razy.

– Ach, tu go mamy, moi panowie – oznajmił kuzyn Bernard. – Zgniłe jabłuszko ze skażonej ciężką robotą gałęzi rodziny. Otóż i nasz Kruk.

Oliver przyzwyczaił się już, że kuzyni wciąż próbują uwłaczać jego ojcu. Jako że najstarszy syn dziedziczył zarówno tytuły, jak i bogactwa, reszta rodzeństwa musiała znaleźć sobie majętne żony albo zajęcie w stosownych dla dżentelmenów zawodach, to jest zrobić karierę wojskową, duchowną lub w ostateczności zająć się prawem. George Radford, syn młodszego syna księcia, został znakomitym prawnikiem. Szczęśliwie wżenił się także w dość bogatą rodzinę.

Oliver zauważył, że inni Radfordowie byli tępi i ociężali, a ich żony – tłuste i rozkapryszone. Fakt, że chłopiec dostrzegał takie rzeczy, przysparzał mu jedynie wrogów.

On sam nigdy nie próbował łagodzić sporów.

– Nie dziwi mnie, iż znajdujesz prawo tak trudnym – oświadczył. – Po pierwsze, wymaga ono doskonałej znajomości łaciny, a ty nie radzisz sobie nawet z angielskim, a po drugie…

Bernard szturchnął go lekko.

– Jakbym ja był tobą, tobym trzymał języka za zębami, Kruku. Chyba, że chcesz se go odgryźć.

– Język – poprawił go Oliver. – Biernik, a nie dopełniacz. A prawidłowa forma zaimka brzmi „sobie”, a nie „se”.

Bernard szturchnął go trochę mocniej.

– Najlepiej za dużo z nim nie gadać – wyjaśnił otaczającym go kolegom i kuzynom. – Nie zna umiaru. Ma matkę z gminu, biedaczyna. Ale u nas się o tym nie gada.

Krewni George’a Radforda ogromnie się wzburzyli, gdy ten, skończywszy pięćdziesiąt lat, ożenił się z rozwódką. Oliver jednak nie dbał o ich zdanie. Ojciec przygotował go na okrutne zachowania uczniów Eton i plotki, które będą rozsiewali jego wstrętni kuzyni.

– Zaprzeczasz sam sobie – prychnął Oliver. – Znowu.

– Wcale że nie, gówniarzu.

– Stwierdziłeś, że o tym się nie gada, właśnie o tym gadając.

– Masz coś przeciwko, Kruku?

– Ależ skąd. – Oliver wzruszył ramionami. – Mojej matce udało się przynajmniej nie zmiażdżyć mi mózgu, gdy wydawała mnie na świat. Widzę, że w twoim przypadku nie poszło tak gładko.

Bernard chwycił go za sweter i rzucił na trawę. Książka wypadła Krukowi z rąk. Czuł, jak serce bije mu nieprzytomnie, a w trzewiach narasta panika. Stłamsił ją z całej mocy, udając, że to nie przytrafia się jemu, lecz komuś zupełnie obcemu, komu może się przyglądać z boku, nic nie czując.

Panika zniknęła, świat wrócił do równowagi i Oliver był w stanie zebrać myśli.

Podniósł się na łokciach.

– Przykro mi – powiedział.

– Powinno ci być cholernie przykro – warknął Bernard. – I mam nadzieję, że ta lekcja…

– Powinienem był to przełożyć jako: „gdyż chciał się wywiązać”, a nie: „gdyż pragnął przetrwać”.

Bernard popatrzył na niego tępo. Jak zwykle.

– Odyseusz – wyjaśnił cierpliwie Oliver. Wstał, podniósł książkę i otrzepał ją z ziemi. – Nadaremno walczył za tych, którzy bezmyślnie go zniszczyli. Głupcy niszczą wszystko, czego nie potrafią zrozumieć.

Twarz Bernarda oblała się szkarłatem.

– Głupcy? Nauczę cię ja rozumu, bezczelny gnojku!

Skoczył na Olivera, obalił go na ziemię i zaczął okładać pięściami.

Bójka zakończyła się podbitymi oczami młodego Radforda i krwią cieknącą do wieczora z rozbitego nosa.

Nie był to pierwszy raz. Nie był także ostatni.

Oliver najwyraźniej nie uczył się na błędach.

* * *

Królewskie Ogrody Vauxhall, czerwiec 1822 roku

Oliver był zmieszany, co nie zdarzało się często.

Nie miał doświadczenia w kontaktach z dziewczynami. Matka się nie liczyła. Przyrodnie siostry same były już matkami.

Siostra hrabiego Longmore’a, lady Clara, oznajmiła mu właśnie, że ma lat osiem i jedenaście dwunastych.

Choć w domu roiło się od nianiek pilnujących młodych Fairfaksów, Clarze zwykle pozwalano włóczyć się za chłopcami. Bracia traktowali ją jak maskotkę. Przede wszystkim dlatego, że była pierwszą dziewczynką w domu, nie mówiąc już o tym, że szalał za nią młody książę Clevedon, pozostający pod opieką lorda Warforda.

Jednak zaplanowane na ten dzień rozrywki nie były przeznaczone dla panienek. Clevedon już się oddalał, przywołując gestem Longmore’a, który zwrócił się do siostry:

– Nie wsiądziesz do łódki.

Kopnęła go w kostkę, ale Longmore tylko się roześmiał. Wargi Clary zaczęły drżeć. Ku własnemu zdumieniu Oliver odezwał się nagle:

– Czy widziałaś już heptaplasiesoptron, lady Claro?

Dostrzegł zdumiony wzrok Longmore’a, lecz skupił się na błękitnym, czystym spojrzeniu jego siostry.

– Cóż to takiego?

– To coś w rodzaju sali z kalejdoskopami. Jest w niej wiele szkieł powiększających, labirynt, fontanna, palmy i różnokolorowe lampy. O, tam – rzekł, wskazując na Rotundę. – Zechciałabyś mi towarzyszyć?

Longmore ulotnił się niepostrzeżenie.

– Chcę na łódkę. – Lady Clara wydęła usteczka.

– Ja przeciwnie – wyznał Oliver.

Rozejrzała się, lecz dostrzegła jedynie plecy oddalającego się biegiem brata. Spojrzała na Olivera podejrzliwie.

– Lord Longmore nie chce narażać twego zdrowia i życia. Mogłabyś się rozchorować albo utonąć.

– Mowy nie ma. Nigdy nie choruję.

– Longmore okropnie buja łódkami. – Oliver się uśmiechnął. – Sam bym na pewno skończył z mdłościami.

– Mówisz do rymu – wytknęła lady Clara.

– Mam wiele talentów – odparł. – Pokazać ci heptaplasiesoptron? Założę się, o co tylko chcesz, że nie dasz rady wymówić tej nazwy. Jesteś przecież dziewczynką, a dziewczynki nie są szczególnie bystre.

W błękitnych oczach zalśnił płomień.

– Oczywiście, że wymówię!

– Słucham zatem.

Zacisnęła powieki i ściągnęła wargi w skupieniu. Miała tak komiczną minę, że Oliver z trudem powstrzymywał serdeczny śmiech.

Clevedon i Longmore przyjechali do Eton rok po Oliverze. Ku jego zdumieniu postanowili się z nim zaprzyjaźnić. Nie różniło się to wiele od ich postępowania wobec lady Clary. Nazywali go Profesorem Krukiem, co niebawem skrócili do samego Profesora.

Gdy lord Longmore wystosował do niego oficjalne zaproszenie na rodzinną wycieczkę do Vauxhall, ojciec Olivera uznał, że nie wypada odmówić. Oliver obawiał się, że umrze z nudów, jednak pobyt w Vauxhall okazał się pod wieloma względami pasjonujący. Pływali łódkami, oglądali tancerzy ulicznych i akrobatów, tresowane małpy i psy, rozmaite iluzje, iluminacje i sztuczne ognie.

Nie miał wcześniej zamiaru zostać niańką niedorosłej panienki, jednak lady Clara była równie zdumiewająca jak inne cuda Vauxhall. Nie była wcale tak głupia, jak można się było spodziewać, biorąc pod uwagę, że była dziewczynką, w dodatku spokrewnioną z Longmore’em. Szanowny hrabia nie grzeszył bystrością.

Zanim doszli do Rotundy, płynnie wymawiała słowo heptaplasiesoptron. Wyrażała także szczere zainteresowanie sztuczkami optycznymi i skomplikowanymi urządzeniami ze zwierciadeł. Zwiedziwszy gruntownie wystawę w Sali Kolumnowej, udali się do Podwodnej Groty. Gdy lady Clara uzyskała odpowiedzi na wszystkie pytania, łaskawie pozwoliła się poprowadzić do Pustelni. Tam właśnie do uszu Olivera dobiegł znany, odrażający głos:

– To wszystko, na co cię stać, patałachu? Przecież ona nie ma jeszcze cycków!

Czerwona mgła przesłoniła Oliverowi wzrok.

– Zostań – powiedział do lady Clary.

Zaszarżował na kuzyna Bernarda i wymierzył rozpaczliwy cios w wielki brzuch. Tłuszcz najwyraźniej jednak izolował lepiej, niż można się było spodziewać, gdyż Bernard tylko stęknął i natychmiast zaatakował.

Oliver nie spodziewał się tak szybkiej reakcji, nie zdążył się uchylić i potężny cios niemal zwalił go z nóg. Bernard rzucił się na niego całym ciężarem, obalając go na podłogę.

Oliver słyszał krzyki lady Clary jak przez mgłę. W uszach mu dzwoniło i nie mógł złapać tchu.

Bernard się roześmiał.

Młody Radford usiłował go strząsnąć, wtem lady Clara rzuciła się na Bernarda, kopiąc go i młócąc drobnymi piąstkami. Widok był tak zabawny, że Oliver na chwilę zapomniał, że ma problemy z oddychaniem.

Bernard podniósł rękę, by ochronić się przed gradem ciosów. Oliver nie był pewny, co się potem stało, ale wywnioskował, że lady Clara wpadła z impetem wprost na łokieć jego kuzyna, gdyż znienacka padła do tyłu, zasłaniając dłonią usta.

Bernard poderwał się na nogi.

– To nie moja wina! – ryknął. – Nic nie zrobiłem!

I zwiał.

Oliver dostrzegł krew na jej dłoni. Rozejrzał się i stwierdził, że Bernard zniknął. Jak zwykle zaatakował go, gdy w pobliżu nie było żadnych dorosłych.

– Sukinsyn – warknął. – Tchórz. Mógł się chociaż przekonać, czy nic ci się nie stało. Jak się czujesz?

Dotknęła zęba kciukiem.

– Mam wszystkie zęby? – zapytała, wyszczerzając się. Nie zobaczył czerwonych śladów. Widocznie na jej dłoni była krew Bernarda.

Zęby miała niewiarygodnie równe i białe. Z wyjątkiem lewej górnej dwójki.

– Dwójka była wcześniej wyszczerbiona? – zapytał.

Pokręciła głową.

– Niestety, teraz jest.

Wzruszyła ramionami.

– Mam nadzieję, że to utknie w jego łokciu już na zawsze! – parsknęła i dodała szeptem: – Sukinsynowi. – A potem zachichotała.

Być może Oliver zakochał się w niej już wtedy.

Być może później.

Od tego dnia nie spotkał lady Clary Fairfax.

Do czasu.

Rozdział 1

U wylotu Whitehall Street znajduje się plac Charing

Cross, a tuż za nim otwiera się przestronny Trafalgar

Square, gdzie niebawem powstanie monumentalny

pomnik zwany Kolumną Nelsona. U szczytu placu stanie

Narodowa Galeria Sztuki.

Calvin Colton, Cztery lata w Wielkiej Brytanii

Covent Garden, Londyn

środa, 19 sierpnia 1835 roku

– Przestań! – krzyknęła dziewczyna. – Puść mnie!

Lady Clara Fairfax, wyskakując w biegu z kabrioletu, nie dosłyszała, co powiedział chłopak. Dotarł do niej jedynie jego rubaszny śmiech i ujrzała, jak chwycił Bridget Coppy za ramię i zaczął odciągać ją od budynku, do którego zmierzała. W kamienicy mieściło się Stowarzyszenie na rzecz Edukacji Pokrzywdzonych Kobiet.

Zacisnęła dłoń na szpicrucie, zebrała fałdy sukni i pobiegła ku nim. Nie zwalniając kroku, smagnęła rękę chłopaka szpicrutą. Zaklął szpetnie.

Wystarczył rzut oka, by rozpoznać w nim wyjątkowo podłego ulicznika. Miał rude włosy i twarz usianą piegami. Wystroił się w tani, pretensjonalny płaszcz, jakimi szczyciła się okoliczna łobuzerka.

– Zostaw ją natychmiast albo znów ci przyłożę – warknęła lady Clara. – Znikaj stąd. Nie masz tu nic do roboty. Zejdź mi z oczu, zanim wezwę policję.

Chłopak zmierzył ją bezczelnym wzrokiem, choć efekt został nieco zrujnowany przez fakt, że musiał przy tym zadrzeć głowę. Clara nie należała do drobnych kobietek, on zaś był mizernego wzrostu. Spojrzał na szpicrutę i śliczny kabriolet, z którego wysiadała pokojówka, panna Davis, uzbrojona w parasolkę.

Z odrażającym uśmiechem rzekł:

– Lepiej rąb mocniej, jeśli chcesz, żebym w ogóle coś poczuł.

Nie czekał jednak na kolejne ciosy. Nasadził kapelusz na bakier i odszedł, pogwizdując.

Lady Clara spojrzała na Bridget.

– Wszystko w porządku?

– Tak, proszę pani. Dziękuję pani bardzo. – Dziewczyna rozmasowała rękę. – Nie wiem, doprawdy, co sobie myślał, przychodząc tutaj. Wie, że łobuzy jego pokroju nie są tu mile widziane.

Stowarzyszenie na rzecz Edukacji Pokrzywdzonych Kobiet opiekowało się dziewczętami, które na przekór wszelkim przeciwnościom losu chciały wyrosnąć na szanowane kobiety.

Zazwyczaj panny chcące uczyć się zawodu starały się o miejsce praktykantki. Jednak londyńskie krawcowe mogły dosłownie przebierać w pomocnicach, a podopieczne Stowarzyszenia były z reguły odrzucane w pierwszej kolejności. W większości było już dla nich za późno na rozpoczynanie zwykłej drogi. Kobiety upadłe. Po przejściach. Ze skazą. Stowarzyszenie odławiało je z rynsztoków, jeśli tylko szczerze pragnęły zmiany, i robiło wszystko, co w ludzkiej mocy, by przyuczyć je do zawodu. Przy odrobinie dobrej woli i dzięki ciężkiej pracy większość dziewcząt uczyła się szyć prędko i drobnym ściegiem. Wtedy znajdowano im zatrudnienie. Niektóre odkrywały w sobie rzadszy talent, na przykład do haftu na muślinie czy jedwabiu. Być może parę z nich zostanie w przyszłości sławnymi krawcowymi lub nawet stylistkami.

Bridget miała piętnaście lat. Mimo starań nie zdołała się utrzymać ze sprzedaży kwiatów i stanęła u drzwi Stowarzyszenia, gdy uznała, że nie przeżyje kolejnej napaści i kradzieży, których dopuszczał się jej uliczny „opiekun”. Nie potrafiła czytać ani pisać, odznaczała się za to wielkim hartem ducha, pracowitością i wreszcie ogromnym talentem hafciarskim. Jej dzieła zawsze wyróżniały się na wystawach butików.

Podobnie jak jej uroda na ulicy.

– Powiem ci, co sobie myślał – parsknęła Clara. – Niezbyt wiele, w istocie. Widział tylko, jaka jesteś śliczna, i miał w głowie jedynie to, co mają w głowach mężczyźni na widok ślicznych dziewcząt.

Lady Clara Fairfax wiedziała, co mówi. Dzień wcześniej skończyła dwadzieścia dwa lata i uznawano ją za najpiękniejszą pannę w Londynie, jeśli nie w całej Anglii.

* * *

Mała Pracownia, Warford House

poniedziałek, 31 sierpnia 1835 roku

Clara nie wybiegła z krzykiem z pokoju. Dama nie biega, krzycząc, jeśli jej życie nie jest zagrożone.

A to były po prostu kolejne oświadczyny.

Sezon się skończył. Ostatni bal w Almacku odbył się pod koniec lipca i większość znajomych wyjechała na wieś. Rodzina Warfordów tkwiła w Londynie, gdyż lord Warford nigdy nie opuszczał miasta, dopóki parlament nie zakończył debat.

Zostali także wszyscy zalotnicy Clary. Najwyraźniej zawiązali spisek albo założyli się w zadymionej, mrocznej otchłani swego klubu, gdyż oświadczali się regularnie w ścisłym tygodniowym rytmie. Clara traciła już cierpliwość.

Tego dnia przypadała kolej lorda Herringstone’a. Oświadczył, że ją kocha. Wszyscy jej to mówili, z różnym natężeniem emocji. Będąc jednak nad wyraz inteligentną dziewczyną, która przeczytała aż za wiele, wiedziała doskonale, że każdy z nich chce po prostu posiąść na własność najładniejszą pannę w Londynie.

Po matce odziedziczyła klasyczną urodę: jasne włosy, błękitne oczy, cerę o odcieniu słodkiej śmietanki lśniącą perłowo na delikatnych rysach. Świat zgadzał się, że uroda lady Fairfax była ucieleśnieniem ideału. Podobnie jak jej figura, przypominająca doskonałe w każdym calu rzeźby greckich bogiń.

Jedyna skaza – lekko wyszczerbiony ząb – sprawiała, że była bardziej ludzka, a dzięki temu zdawała się jeszcze bardziej idealna.

W związku z tym każdy chciał ją mieć.

Jak rasowego konia. Albo najnowszy model powozu.

Uroda otaczała ją szczelnym, wysokim murem. Mężczyźni nie byli w stanie dojrzeć niczego poza nią, ponad nią, oprócz niej. Nie byli w stanie zrozumieć, że Clara posiada także inne zalety.

A to dlatego, że mężczyźni tylko patrzyli na kobiety. Nie mieli w zwyczaju ich słuchać. A zwłaszcza tych ładnych. Uprzejmi zadawali sobie trud udawania, że słuchają. Gorzej wychowani całkowicie je ignorowali. Wszak nie jest tajemnicą, że kobiety w zasadzie nie posiadają mózgów.

Clara zastanawiała się czasami, co zdaniem mężczyzn kobiety miałyby mieć zatem w czaszkach w miejscu mózgu. Czymże miałyby dokonywać tych żałosnych prób myślenia…

– …gdybyś wyświadczyła mi ten niewysłowiony honor i została moją żoną.

Wróciła do rzeczywistości i odmówiła z wyszukaną grzecznością i wdziękiem, gdyż była jednak prawdziwą damą. Poza tym naprawdę lubiła lorda Herringstone’a, który pisał na jej cześć całkiem zgrabne i dowcipne ody. Potrafił być zabawny i nieźle tańczył. Był nawet umiarkowanie inteligentny.

Jak nieprzebrane rzesze innych dżentelmenów.

Lubiła ich. No, przynajmniej większość z nich.

Jednak nie mieli oni pojęcia, kim jest Clara, i nawet nie starali się dowiedzieć.

Być może było to naiwne, ale oczekiwała czegoś więcej.

Lord Herringstone zrobił zbolałą minę. Clara uznała, że nic mu nie będzie. Znajdzie inną śliczną pannę, na którą będzie mógł do woli patrzeć i nie będzie musiał jej słuchać. Pannę, która nie będzie miała idealistycznych oczekiwań. Pobiorą się i będą się jakoś razem toczyć, jak wszyscy inni.

A Clara za parę lat zrezygnuje z marzeń i powie „tak”.

– Albo zostanę zdziwaczałą starą panną i ucieknę do Egiptu – mruknęła.

– Słucham?

Clara podniosła głowę. Pokojówka, panna Davis, tkwiła przy wejściu do pracowni. Drzwi zawsze były szeroko otwarte, a po korytarzach kręcili się wiecznie zabiegani lokaje. Choć żaden z zalotników Clary nie odważyłby się powiedzieć jej złego słowa, a tym bardziej skrzywdzić, panna Davis zawsze była gotowa do ataku. Ludzie powiadali, że przypomina ona wściekłego buldoga, lecz Clara wiedziała, że wygląd to nie wszystko. Panna Davis została zatrudniona, gdy tylko Clara wyrosła z dziecięcych guwernantek, i chroniła ją przed złamaniami, zwichnięciami i utonięciem. Jej głównym zadaniem było jednak dbanie o to, by Clara nie stała się zwariowaną chłopczycą.

– Gdzie mama?

Lady Warford zwykle mijała się w drzwiach pracowni z odrzuconym zalotnikiem, by przez godzinę zastanawiać się na głos, gdzie popełniła błąd wychowawczy.

– Lady Warford cierpi na migrenę. Udała się do swojej sypialni.

Clara była przekonana, że migrenę wywołała wizyta wrednej przyjaciółki, lady Bartham.

– Chodźmy stąd – rzuciła do panny Davis.

– Oczywiście, panno Fairfax.

– Do dziewcząt – zdecydowała Clara. Wizyta w Stowarzyszeniu dawała jej szansę zrobienia czegoś pożytecznego w przeciwieństwie do odganiania się od upartych zalotników. – Proszę, zamów mój kabriolet.

Gdy tylko mogła, Clara powoziła samodzielnie. Częściowo po to, by ograniczyć plotkowanie i szpiegowanie przez służących, przede wszystkim zaś, by mieć wrażenie, że jest wolna i może o czymś decydować. Nawet jeśli było to tylko powożenie maleńkim pojazdem. Nie był to okazały powóz, za to prześliczny. Dostała go od najstarszego brata, lorda Longmore’a.

– Kupimy im po drodze trochę błyskotek. – Zerknęła w lustro. – Nie mogę w tym jechać. Muszę wyglądać jak bóstwo.

Kiedy nie była w stanie uniknąć oświadczyn, ubierała się skromnie i bezbarwnie, by odmowa mniej bolała. Jednak z dziewczętami sprawa miała się inaczej. Stowarzyszenie należało do stylistek z najlepszego londyńskiego butiku – Maison Noirot. To one szyły suknie lady Clary i nauczyły ją, że stroje są dziełem sztuki, formą manipulacji i językiem bez słów. Dwa razy ocaliły ją przed poślubieniem niewłaściwego mężczyzny.

Dla ich dziewcząt ubierała się więc jak żywa inspiracja stylu i smaku.

* * *

Charing Cross, godzinę później

– Uwaga! Patrz, gdzie idziesz! Zejdź z drogi!

Clara nie zdążyła zobaczyć, dlaczego miałaby zejść z drogi. Silne ramię chwyciło ją w pasie i pociągnęło z powrotem na chodnik. Dopiero wtedy dostrzegła pędzący w jej stronę czarno-żółty kabriolet.

Pojazd w ostatniej chwili skręcił ostro w kierunku straganiarzy i uliczników zbitych w grupkę przed posągiem króla Karola I. Po chwili znów ostro skręcił, szturchnął przejeżdżający obok omnibus, potrącił kulejącego psa i pognał w St. Martins Lane, pozostawiwszy za sobą istne pobojowisko.

Głęboki, wibrujący głos ponad jej głową wymruczał przekleństwo. Słyszała je wyraźnie mimo jazgotu przerażonych przechodniów, stukotu pojazdów, rżenia koni i ujadania psów. Umięśnione ramię puściło jej talię, a jego właściciel cofnął się o dwa kroki. Spojrzała na niego, zadzierając głowę znacznie wyżej, niż była przyzwyczajona.

Jego przystojna twarz wydawała się znajoma, choć nie mogła w tej chwili dopasować do niej nazwiska. Objęła spojrzeniem silną szczękę, długi nos i surowe usta. Szare oczy patrzyły na nią uważnie spod czarnych brwi wygiętych w perfekcyjne łuki. Czarny lok opadał mu na skroń.

– Przyjmuję, że nie zapamiętała pani żadnych szczegółów? – zapytał rozdrażnionym tonem. – Ach, po cóż zadaję takie bezsensowne pytania. Wszyscy od razu wpadają w panikę i nikt nie patrzy, co się dzieje. Właściwe pytanie brzmi: czy ma to jakiekolwiek znaczenie? – Wzruszył ramionami. – Pewnie tylko dla psa. I można by przypuszczać, że woźnica jedynie zlitował się nad biednym kulejącym zwierzęciem. Wyświadczył mu przysługę. No, to by było na tyle. Czy dobrze się pani czuje? Nie zranił pani? Nie zamierza pani mdleć? Płakać też nie? Doskonale. Życzę miłego dnia.

Dotknął ronda i ruszył w swoją stronę.

– Mężczyzna i chłopiec w czarnym faetonie z żółtymi zdobieniami – powiedziała. Zatrzymał się, ale Clara była skupiona na obrazie, który powoli zaczynał się rozwiewać w jej wyobraźni. – Faeton był świeżo pomalowany. Kasztanowata klacz z białą strzałką i białą skarpetą na tylnej lewej nodze. Nie mieli lokaja. Chłopak… widziałam go już wcześniej niedaleko Covent Garden. Rudy, piegowaty, w wymiętym żółtym płaszczu i lichym kapeluszu. Woźnica o twarzy charta w okryciu… lepszej jakości, ale ciągle kiepskim. Zdecydowanie nie dżentelmen.

Rycerz w czarnym płaszczu odwrócił się do niej powoli. Uniósł jedną brew.

– Twarz charta?

– Wąska, długa twarz – potwierdziła Clara. Drżącą dłonią wykonała gest wzdłuż własnych policzków. – Ostre rysy. Kieruje jak szatan. Mógł oszczędzić tego psa.

Mężczyzna objął ją spojrzeniem tak prędkim, że Clara nie miała pewności, czy rzeczywiście to zrobił. Jednak jego spojrzenie nagle zrobiło się jakby rozmazane. Clara westchnęła w duchu, uniosła brodę i czekała, aż urośnie między nimi znany jej mur.

– Jest pani pewna – oświadczył raczej, niż zapytał.

Jakże mogłabym być pewna, pomyślała Clara. Jestem tylko kobietą, więc nie mam mózgu.

Odparła nieco niecierpliwie:

– Owszem, pies i tak ledwo się wlókł. Pewnie niebawem wpadłby w łapy tamtych łobuzów, którzy zaczęliby się nad nim znęcać, albo kopnąłby go koń. Albo przejechał inny wóz. Jednak jestem pewna, że tamten woźnica wiedział, co robi. Celowo przejechał psa.

Dżentelmen rozejrzał się po placu.

– Idiota – burknął. – Urządza sceny kosztem biednego zwierzaka. Zabicie psa miało być dla mnie rodzajem ostrzeżenia. Nie jest jednak mistrzem subtelnych aluzji. – Spojrzał na nią raz jeszcze. – Twarz charta?

Pokiwała głową.

– Doskonała robota – pochwalił.

Przez chwilę Clara obawiała się, że poklepie ją po głowie, jak pieska, któremu udała się zabawna sztuczka, lecz on tylko stał i spoglądał na nią ze spokojem. Wargi zadrżały mu lekko, jakby zamierzał się uśmiechnąć, lecz ostatecznie się rozmyślił.

– Ten człowiek stanowi zagrożenie dla społeczeństwa – oświadczyła. – Szkoda, że jestem umówiona, w przeciwnym wypadku zgłosiłabym to na policję. – Clara, rzecz jasna, nie była umówiona. Jej wizyta w Stowarzyszeniu była kaprysem. Jednak dama nie mogła mieć nic wspólnego z policją. Nawet gdyby ją mordowali, musiałaby zachować dyskrecję. – Muszę to pozostawić na pana głowie.

– Nikt nie doznał uszczerbku, nie licząc wałęsającego się psa – zauważył dżentelmen. – Zwierzak wyglądał na bezdomnego. Nikt nie zgłasza na policję potrącenia psa, o ile nie był to królewski wyżeł. Poza tym woźnica celował we mnie, ale weszła mu pani pod koła. Nie widziałem go spoza… – Wykonał bezradny gest wokół jej okazałego kapelusza. – …spoza tej konstrukcji, którą ma pani na głowie. A łajdak o twarzy charta, cóż… – Uśmiechnął się przelotnie. Choć uśmiech znikł w mgnieniu oka, serce Clary nagle załomotało. – Próbuje mnie ostatnio zabić. Zresztą nie on jeden. Nie warto zawracać głowy policjantom.

Ukłonił się nonszalancko i znów ruszył w swoją stronę.

Clara patrzyła za nim przez chwilę.

Wysoki, szczupły i pewny siebie, sunął bez trudu przez gęstą ciżbę tłoczącą się na Trafalgar Square. Nawet kiedy skręcił w Strand, nie straciła go z oczu. Jego elegancki kapelusz i szerokie ramiona wyrastały ponad ludzką masę, póki nie dotarł do Clevedon House i nie zasłonił go jakiś powóz.

Nie obejrzał się.

Nie obejrzał się ani razu.

Chwilę później, gdy zdołała już uspokoić pokojówkę i szarpnęła lejcami, zachęcając konia do truchtu, twarz nieznajomego pojawiła się nagle w jej pamięci, a jego głos, niski i głęboki, wypłynął z jakiejś zapomnianej chwili z przeszłości. Wspomnienie drgało chwilkę w jej sercu, jak cień rzucany przez gasnącą świecę, i zniknęło, zanim zdołała je uchwycić. Wzruszyła ramionami i starała się zająć myśli czym innym, jednak raz po raz zastanawiała się, dlaczego się nie odwrócił.

* * *

Oliver Radford nie musiał się odwracać. W normalnej sytuacji rozpoznałby wysoką blondynkę na pierwszy rzut oka. Fairfaksów można było rozpoznać z daleka. Wszyscy byli do siebie podobni, a rysy mieli tak szlachetne, że nawet pospólstwo bez trudu odróżniało członków tej rodziny.

A jednak przyjrzał się jej i drugi, i trzeci raz.

Przede wszystkim nie potrafił uwierzyć własnym oczom. Bystrość i przenikliwość jego umysłu – jak twierdzono – nie przystała szlachetnie urodzonemu dżentelmenowi i była wręcz gorsząca. A jednak drugi i trzeci rzut oka potwierdziły, że milady istotnie jest tak inteligentna i bystra, jak się zdaje.

Przyglądając się jej ponownie, poczuł pewność, że już ją kiedyś widział. Jednak nie umiał wydobyć jej z mroków pamięci.

Ponadto udało jej się go zaskoczyć. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś go zaskoczył.

– Twarz charta – mruknął i roześmiał się, wprawiając w osłupienie mijających go przechodniów. – Niechże mu to powiem! Będzie chciał mnie zabić dwa razy.

* * *

– Nie odwracaj się, półgłówku! – warknął mężczyzna o twarzy charta.

Henry Brockstopp, znany jako Szczypior, zacisnął pięści.

– To ona! Ta cholerna olbrzymka, która zdzieliła mnie szpicrutą! Szkoda, że jej nie przejechałeś.

– Ot, dureń – prychnął woźnica i zdzielił chłopaka wierzchem dłoni. – Żeby cała londyńska szlachta rzuciła się na mnie? Razem z królewską armią? Ile razy mam ci to tłumaczyć? Nie tykaj włosa na szlachetnej głowie, jeśli nie masz w planach zawisnąć na stryczku, a po śmierci trafić na stół sekcyjny w Akademii. Lekarze i studenci mieliby ubaw, wyciągając twoją wątrobę i bezcenne małe jajeczka. – Wybuchnął rubasznym śmiechem. – Kruk to ma oko. Schował się za największą spódnicą w mieście.

Jacob Freame słynął w londyńskim półświatku z poczucia humoru. Śmiał się, wymuszając haracz na sklepikarzach. Szczerzył zęby, gdy jeden z jego podwładnych prowadził pijanego dżentelmena do burdelu, z którego dżentelmen ów miał już nie wyjść żywy. Chichotał, kiedy jego chłopcy kopali swych wrogów. Zawsze był skory do śmiechu.

– Miał się za czym chować – burknął Szczypior, rozcierając głowę.

– Może sobie być tak wielka, jak chce, bo jest damą – oznajmił Jacob. – Kiedy widzisz wielką damę, zdejmujesz kapelusz, kłaniasz się nisko, mówisz tylko: „Tak, proszę pani” i „Nie, proszę pani”. Całujesz ich po rękach, kapujesz? Nikogo nie obchodzi, co robimy w naszym towarzystwie. Ale spróbuj obrazić damę lub dżentelmena. Zaraz dostaniesz po uszach. Rozumiesz czy mam ci to wtłuc do pustego łba?

– Rozumiem – odburknął chłopak. Ale w duchu postanowił, że Bridget Coppy dostanie od niego nauczkę. Długa Tyczka też pożałuje.

Jacob Freame obejrzał się, choć jego cel został daleko w tyle.

– Następnym razem, Kruku – obiecał.

I roześmiał się.

* * *

Covent Garden

chwilę później

Tego dnia Bridget Coppy zarządzała sklepem Stowarzyszenia. Właśnie tutaj klienci mogli składać zamówienia na bieliznę i wyprawy, zasilając wpłatami konto zakładu założonego przez siostry Noirot. Rzecz jasna, przedmioty wykonywane przez dziewczęta o zróżnicowanych talentach prezentowały odmienne walory.

– To musi być twoje – odgadła Clara, wyjmując z pudełka ślicznie haftowaną torebkę.

– Tak, proszę pani. Niestety, ma skazę. Ten ścieg. On nie powinien… – Bridget urwała i wybuchnęła płaczem.

Jej śliczna twarz oblała się rumieńcem. Prędko wyszarpnęła z kieszeni chusteczkę.

– Och, przepraszam! Niech mi pani wybaczy.

Clara potrafiła się odnaleźć w każdej sytuacji. Litowała się nad wszystkimi, których los nie obdarzył tak hojnie jak jej. Nawet jeśli odwiedziny u nich traktowała jak lek na własne niepokoje.

– Moja droga, nawet nie widzę, który to ścieg – stwierdziła. – Jesteś dla siebie zbyt surowa.

– Haft musi być idealny. Nie może… Gdyby miała pani suknię wyhaftowaną w lelije i z jednej wystawałaby nitka? Albo… albo jakiś płatek byłby purpurowy, a miał być różowy. Albo… – Łzy potoczyły się po jej policzkach. Odwróciła się, głośno wydmuchała nos i energicznie otarła twarz chusteczką. – Przepraszam najmocniej. Gdyby mnie teraz szefowa widziała, od razu by mnie wyrzuciła.

– Szefowej tu nie ma – uspokoiła ją Clara. – Jednak skoro jesteś tak przygnębiona, że nie radzisz sobie z uczuciami, to oznacza, że coś cię dręczy. Dlaczego? Przecież jesteś najbardziej odpowiedzialną i rozsądną dziewczyną w Stowarzyszeniu.

– Odpowiedzialną? – jęknęła dziewczyna. – Gdybym była odpowiedzialna, czy wpadłabym w takie tarapaty?

* * *

Dwa dni później

Clara po raz pierwszy przestąpiła próg londyńskiej kancelarii prawniczej. Gdy dama potrzebowała porady prawnika, zapraszała go do siebie. Wszelako prawdziwa dama nigdy nie powinna dopuścić do sytuacji, w której potrzebowałaby takiej pomocy. A gdyby upadła już tak nisko, by jednak jej potrzebować, powinna oddać sprawę w kompetentne ręce ojca, męża, brata czy syna.

Dlatego Clara miała na sobie dopasowaną z grubsza suknię panny Davis. Dlatego też przyjechała wraz z pokojówką i chłopcem na posyłki Fenwickiem fiakrem powożonym przez anonimowego i dość ponurego woźnicę. Dorożka odebrała ich spod Maison Noirot, gdzie na stałe pracował Fenwick, i powiozła na Fleet Street. Wysiedli przy Inner Temple Gate i ruszyli wąską Inner Temple Lane.

Okopcone sadzą budynki z wielu różnych stuleci tłoczyły się wokół świątyni Temple jak niewiarygodnie brudny grecki chór przyglądający się tragedii. Clara wiedziała jedynie, że musi odnaleźć kancelarię na drugim piętrze domu Woodleyów. Ale który to był dom? Fenwick wahał się pomiędzy dwiema najbrudniejszymi kamienicami wznoszącymi się nad kościelnym dziedzińcem, gdy z cmentarza wyłonił się jakiś chłopak. Fenwick podszedł do niego.

Chłopak oświadczył, że wie doskonale, gdzie znajduje się wskazane biuro. Czyż sam nie udawał się właśnie na bardzo ważne spotkanie z tym samym dżentelmenem? I czyż niektórzy doprawdy nie są ślepi, szukając budynku, którego nazwa jest wyraźnie wypisana na tabliczce tuż przed ich nosami? Wskazał palcem rząd tabliczek, na których prawdopodobnie, pod warstwą sadzy i ptasich odchodów, widniały nazwy budynków.

Fenwick zwrócił chłopakowi uwagę na ton i treść robionych im uwag.

Chłopak odciął się niegrzecznie.

Fenwick wymierzył celny cios.

Chłopak nie pozostał mu dłużny.

* * *

Tymczasem na drugim piętrze domu Woodleyów

– Nie żyje – upierał się Westcott. – Martwy. Martwy. Martwy – powtarzał w kółko, machając listem przed nosem Radforda. – Nie rozumiesz po angielsku?

Radford poczuł ciężar w piersi. Instynktownie odsunął od siebie część osobowości doświadczającą uczuć. Uczucia były tak nieracjonalne! Nauczył się traktować emocjonalną część swej natury, jakby była osobnym bytem, i rozważać wszelkie sprawy w kompletnym oddzieleniu od niej. Metaforycznie rzecz ujmując, odepchnął łokciem emocjonalną część samego siebie i na chłodno rozważył słowa Westcotta, przeanalizował charakter pisma i użytą papeterię.

Tylko nie ojciec.

Jeszcze nie.

Zachowanie zwykłego chłodu kosztowało go tym razem znacznie więcej wysiłku.

– Po angielsku rozumiem doskonale – odparł. – Zapominasz jednak, że ten list pisał prawnik.

Radca prawny Thomas Westcott był, jak się zdawało, jedynym przyjacielem Radforda. Panowie dzielili wspólną kancelarię i młodego kancelistę Tilsleya, do którego zadań należało sortowanie poczty.

Radford rzadko podejmował się czytania listów, które przynosił mu Tilsley. Robił wyjątek dla korespondencji od rodziców i przyrodnich sióstr, pozostawiając Westcottowi przedzieranie się przez resztę papierzysk.

– Nie czytałeś! – wyrzucił mu przyjaciel.

Radford nie musiał czytać. Znajomy charakter pisma, pieczęć i oficjalny ton nagłówka wystarczyły mu za wskazówki. Pisał radca księcia Malverna, donosząc o śmierci członka rodziny, prawdopodobnie księcia we własnej osobie, biorąc pod uwagę wyjątkowo zdobną papeterię i zaawansowany wiek Malverna.

– Jestem prawnikiem – odpowiedział Radford. – Rozpoznaję prawne bełkoty na dwadzieścia kroków. Odległość odpowiednia podczas pojedynku. Szkoda, że nie wystarczy zastrzelić tej koperty. Prawdziwi dżentelmeni tak rozwiązują sprawy. Jednak my, jako prawnicy wciąż brudzący sobie ręce zbrodnią i fałszem, nie jesteśmy prawdziwymi dżentelmenami, nieprawdaż?

Radford z radością kontynuował rodzinną tradycję. Był świetnym prawnikiem. Nigdy nie wątpił, że będzie nim przez całe życie, cierpliwie prostując ludzkie ścieżki, walcząc ze złem i głupotą.

Nie mógł jednak naprawić innych Radfordów.

Dziadek Bernarda strawił życie na nastawianiu swych synów i synowych przeciwko sobie. Był samolubnym i mściwym manipulatorem, a jego potomkowie wyrośli na jego obraz i podobieństwo. Jednak dziadek Radforda był inteligentnym, bystrym dżentelmenem i dostrzegł, że rodzina zmierza ku zagładzie. Postanowił ograniczyć do minimum wszelkie kontakty z jej członkami. Podobną decyzję podjął ojciec Radforda. Wiele lat wcześniej powiedział mu: „Jeśli nie chcesz, by skaziła cię ich głupota, trzymaj się od nich z daleka. Żyj innym życiem, synu. Żyj własnym życiem”.

Kruk Radford z pasją posłuchał rady ojca. Nie miał zamiaru gonić z kuzynami za tytułem książęcym, na pewno nie teraz.

Trzy miesiące wcześniej w przytułku Grumleya, dokąd biedacy odsyłali dzieci, na które nie mogli już sobie pozwolić, zmarło pięcioro z nich – oficjalnie na krup. Jednak zabiło je zatrważające połączenie zaniedbania, głodu i brudu. Wszczęto śledztwo i oskarżono Grumleya o morderstwo. Radford był oskarżycielem w tej sprawie.

Z kamienną twarzą wziął od przyjaciela list i przebiegł pismo wzrokiem.

– Został tylko Bernard – powiedział. – Jak, do diabła, im się to udało?

Ojciec Bernarda miał trzech braci oraz trzech synów z drugiego małżeństwa. W niedługim czasie wszyscy mężczyźni, starzy i młodzi, zginęli w wypadkach bądź powaleni przez choroby.

– A wydawało się, że płodność zapewni im powodzenie – prychnął. – Owce też potrafią się mnożyć.

– Rodzina królewska ma ten sam problem – zauważył Westcott. – Król Jerzy III miał przecież dziewięciu synów. A teraz co nam zostało? Niedorosła panienka.

– Szkoda, że tytuł księcia nie może przypaść dziewczynie – westchnął Radford. – Tych mają aż nadmiar. Ale dziewczęta nie dziedziczą. No, trudno. To nie mój problem.

Rzucił list na biurko Westcotta.

– Radford, jeśli obecny książę umrze…

– Bernard nie ma nawet trzydziestu lat, jego żona skończyła dwadzieścia pięć. Jeszcze będzie miał synów.

Oby Bernard żył jeszcze co najmniej pięćdziesiąt lat! Radford nie potrzebował listu, by wiedzieć, że jego ojciec jest następny w kolejce do tytułu księcia Malverna.

George Radford miał już osiemdziesiąt lat i był słabego zdrowia. Chorował przez całą zimę i nie wiadomo było, czy zdoła przeżyć kolejną. Powinni zostawić go w spokoju, u boku ukochanej żony, w zaciszu willi Itaka w Richmond, którą nazwał na cześć domu Odyseusza. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował, był przymus zarządzania rozległymi posiadłościami, które marniały przez długie lata.

– Z listu wynika, że młoda księżna jest delikatnego zdrowia – wtrącił Westcott.

– Domyślam się. – Radford wzruszył ramionami. – Ryzyko jej śmierci przy porodzie jest bardzo wysokie. Jak zresztą każdej kobiety, która rodzi co roku. Zapewniam cię jednak, że jeśli umrze, Bernard natychmiast ożeni się znowu, nieważne, ile będzie miał lat. Jego ojciec założył drugą rodzinę, kiedy skończył pięćdziesiąt.

Ojciec Radforda również ożenił się jako pięćdziesięciolatek. Wcześniej nie było go na to stać. I tak Kruk znalazł się w szkole z Bernardem.

Westcott podniósł list z biurka i przeczytał go jeszcze raz.

– Coś tu nie gra – zdecydował. – Nie wiem co, ale jestem pewien, że jest w tym jakieś drugie dno. Nie potrafię czytać między wersami, a ty odmawiasz współpracy.

– Powiem ci, co nie gra – westchnął Radford. – Ten list tylko udaje dokument. Z prawnego bełkotu przebija jedynie aroganckie wezwanie Bernarda. Świeżo upieczony książę oczekuje mych odwiedzin i pokłonów. Jak ci się zdaje, czy może z tego wyniknąć cokolwiek dobrego?

– Mógłbyś się przynajmniej dowiedzieć, czego chce.

– Teraz? Kiedy mam na głowie sprawę Grumleya?

– Mogę pojechać za ciebie. Jako twój radca.

– Nie przyjmie cię. Nie znasz Bernarda.

Ojciec dałby sobie radę z tym bezmózgim osiłkiem, gdyby chciał, ale Radford nie widział takiej konieczności. Nie potrzebował teraz dodatkowych kłopotów. Musi jedynie napisać do matki i ostrzec ją.

– Zmarnuje tylko nasz czas – uciął Radford. – Mamy ważniejsze sprawy. Chcę wysłać tego łajdaka Grumleya do… – Spojrzał podejrzliwie na drzwi. – Kto tam? Gdzie, u diabła, jest Tilsley?!

– Jeśli ma pan na myśli kancelistę, to okłada mojego chłopca pod kościołem.

Głos, choć stłumiony przez drzwi, należał do kobiety. I to arystokratki.

Westcott, choć nie tak przenikliwy jak jego przyjaciel (któż zresztą mógł się z nim równać?), rozpoznał elegancki akcent i wymowę godną najprzedniejszego towarzystwa. Miewał już takich klientów. Rzucił się ku drzwiom i otworzył je z ukłonem.

Do kancelarii weszła wysoka blondynka.

Rozdział 2

Młodocianych przestępców można napotkać w każdej

dzielnicy Londynu. Wielu z nich terminuje u starszych

złodziei, inni samodzielnie trudnią się żebraniną,

bójkami, sprzedażą biletów i gazet, drobnymi

kradzieżami z kieszeni przechodniów, straganów i sklepów.

John Wade, Rozprawa o policji i zbrodniach w metropolii (1829)

Wspiąwszy się po wąskich i pogrążonych w mroku schodach, Clara i panna Davis znalazły się w długim korytarzu. Jedne z wielu czarnych drzwi oznaczono plakietką z nazwiskiem, którego szukały.

Davis stukała trzy razy, zanim znajdujący się w środku mężczyźni usłyszeli cokolwiek. Clara odniosła wrażenie, że się kłócą.

Jeden z głosów, niski i głęboki, brzmiał znajomo.

Clarze nie udało się go jednak rozpoznać, dopóki drzwi się nie otworzyły i nie weszła do środka. Kiedy spoczęło na niej spojrzenie jasnych, stalowych oczu, zatrzymała się ze zdumieniem. Gwałtowna fala żaru rozlała się w jej brzuchu, podnosząc się do szyi i twarzy, i zaczęła krążyć w zakamarkach, o których damy nie zwykły pamiętać na co dzień.

Poczuła się odrobinę zaniepokojona, lecz prawdziwa dama nigdy nie traci rezonu. Nawet gdy ma wrażenie, że wpadła z impetem na latarnię.

– Lady Claro – przemówił do niej. – Czy to ma być pani zdaniem sprytne przebranie?

– Radford! – wykrzyknął drugi dżentelmen. – Co, do…

Clara uniosła dłoń, uciszając go. Gdyby natychmiast nie przejęła kontroli nad sytuacją, już by jej nie odzyskała. Potraktowaliby ją jak rozkapryszone dziecko. Mężczyźni zawsze traktują kobiety w ten sposób. Zwłaszcza młode. Pogłaskaliby ją po głowie, obsypali uspokajającymi bzdurami i odesłali do domu. I naskarżyli na nią radcy ojca. Wątpiła, by słynne zasady dyskrecji prawników dotyczyły kobiet.

Nie okazuj niepokoju ani niepewności! – nakazała sobie w duchu. Choć raz w życiu możesz zrobić coś bardziej pożytecznego niż odrzucanie zalotników.

Odchrząknęła i przyjęła władczą postawę wzorem swej babki.

– Dzięki panu wiem nareszcie, kim on jest – zwróciła się do niższego dżentelmena. – Nie dbam w tej chwili o to, skąd mnie zna. Pan to zapewne radca Thomas Westcott. Nie mam zbyt wiele czasu i nie chciałabym marnować go na formalności. Jak bystro zauważył pański kolega, nazywam się lady Clara Fairfax. To moja pokojówka, panna Davis. Chłopiec, który usiłuje właśnie zabić pańskiego kancelistę, Fenwick, doradził mi, bym się z panem skonsultowała.

Objęła spokojnym spojrzeniem wysokiego dżentelmena w czerni, jeszcze silniej odnosząc wrażenie, że już się kiedyś spotkali.

– Fenwick zdaje się wierzyć, iż pan Radford posiada osobliwe umiejętności, które mogą nam pomóc w sprawie.

– Cały jest osobliwy, muszę to przyznać – odparł Westcott.

– Mam nadzieję, że nie chodzi pani o tamtego psa – wtrącił się Radford. – Policja ma ważniejsze sprawy niż…

– Chodzi o chłopca z nizin – ucięła Clara.

Radford wyjrzał przez okno.

– I w tej sprawie nas pani potrzebuje? Na pewno nie chodzi o tego tam, na dole. On sobie sam doskonale radzi. A nawet lepiej. Założył Tilsleyowi nelsona. Wygląda mi jakoś znajomo.

Clara spędziła dzieciństwo w towarzystwie trzech starszych braci. Wiedziała, że w ulicznej bójce nelson nie kończy się na chwycie za szyję, ale zakłada również tłuczenie przeciwnika wolną ręką po głowie.

– Jest pana znajomym, dlatego właśnie tu jesteśmy – zgodziła się Clara.

– Jak się obecnie przedstawia ten łapserdak?

– Nie przedstawia się. W ogóle niewiele się odzywa. Pracodawcy mówią na niego Fenwick. Jest przekonany, że pomoże nam pan znaleźć chłopca, który nazywa się Toby Coppy.

Radford odwrócił się od okna.

– To przyjaciel naszego… hm… Fenwicka? – zapytał.

Clara strawiła dwa ostatnie dni na poszukiwaniu informacji o sławnym Kruku Radfordzie. Nie było to łatwe, gdyż w domu nie mogła pisnąć o tym ani słówkiem.

Jego nazwisko nie pojawiało się w artykułach o obradach parlamentu czy wydarzeniach kulturalnych. Figurował za to często w materiałach kryminalnych. Wynikało z nich, że jest niebywale bystry, inteligentny i gburowaty ponad wszelką miarę. Choć nie zdołała przeczytać wszystkiego, zdumiewało ją, że wygrał tak wiele spraw, a mimo to większość sędziów, świadków, przysięgłych, a nawet jego własnych klientów miała ochotę go zamordować.

Sama czuła jednak narastającą irytację.

– Wolałabym zacząć opowieść od początku – wycedziła – a nie odpowiadać na pańskie chaotyczne pytania.

Uniósł brew.

– Chaotyczne – powtórzył.

– To była ironia, gdybyś się nie zorientował – podsunął mu Westcott.

– Zorientowałem się – mruknął Radford.

– Afronty nie robią na nim wrażenia, panno Fairfax – powiedział Westcott. – Nawet jeśli je rozpoznaje. Ma inne zalety. Na przykład niedościgniony intelekt.

– Tak słyszałam – odrzekła Clara. – Inaczej nie przyszłabym tutaj.

– Bez wątpienia, panno Fairfax. – Westcott się uśmiechnął. – Skoro zaś zadała sobie pani trud odnalezienia nas, zajmijmy się sprawą, z którą pani przyszła. Dziwi mnie doprawdy, że dżentelmen słynący z zamiłowania do logiki i porządku wdaje się z panią w tak dziwne dyskusje. Proszę zająć krzesło, tu, przy ogniu, to znaczy tu, gdzie zimą pali się ogień, rzecz jasna. Jest czystsze niż…

Urwał, gdy panna Davis obrzuciła go miażdżącym spojrzeniem i ostentacyjnie wytarła siedzisko chusteczką.

– Tak… cóż… dziękuję – zawahał się Westcott. – Proszę usiąść. Zaraz zrobię notatki. Radford, nie będziesz teraz potrzebny. Jeśli dojdzie do rozprawy, to wtedy naturalnie. Zresztą…

– Nie traćmy czasu. Lepiej, żebym także wysłuchał lady Clary – uznał Radford.

– To nie zaoszczędzi nam czasu, bo będziesz cały czas przerywał – zaoponował Westcott.

– Będę cichy i spokojny jak mieszkańcy kościelnego dziedzińca – obiecał Radford. – Mam na myśli tych pod ziemią.

Skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o parapet.

– Proszę opowiadać, lady Claro. Zamieniam się w słuch.

* * *

Miała nadkruszony ząb.

Kiedy weszła do biura i zobaczyła go w środku, ze zdziwienia otworzyła na chwilę usta i wyglądała jak zaskoczona dziewczynka.

Radford znał tę dziewczynkę.

Opanowała się niewiarygodnie prędko, lecz Kruk zdążył ją sobie przypomnieć.

Wytworne rysy Fairfaksów, widoczne na pierwszy rzut oka, strzępki informacji, na które natykał się w prasie, dręczące poczucie, że już ją poznał…

Wszystkie te bezładne elementy złożyły się w piękną układankę z nadkruszonym zębem. To nie była jedna z niezliczonych panien z rodziny Fairfaksów, które spotykał to tu, to tam. To dziewczynka, której pokazał heptaplasiesoptron. Ta sama, która próbowała go obronić przed kuzynem Bernardem.

Jakże wyrosła! I ubrała się w coś pożyczonego. Zapewne uważała, że to sprytne przebranie.

Kiedy zderzył się z nią na Charing Cross, miała na głowie niedorzecznie spiętrzony kapelusz. Skromny czepek, w którym przyszła do biura, nie miał żadnych ozdób, nie licząc jednej wstążki, którą obrębiono rondo. Nie wznosił się nad jej głową, by na tle splątanych w kłęby koronek i wstążek ukazać szlachetne rysy i misterną koafiurę. Rondo opuszczało się w dół, ocieniając twarz lady Clary. Musiał przyznać, że było to sprytne posunięcie. Gdy damy starały się wędrować incognito, zwykle osłaniały twarze woalkami, co tylko zwracało uwagę przechodniów i wzmagało ich ciekawość.

Mimo to w mgnieniu oka rozpoznałby w niej damę z Charing Cross. Nawet gdyby była w woalce. Niedopasowana suknia nie była w stanie przesłonić jej wzrostu i figury.

Niewiarygodnie pociągającej figury. Wzdrygnął się na tę myśl. Od lat usiłował się powstrzymać od tego rodzaju nieistotnych rozważań. Nieuchronnie prowadziły do wyobrażeń owych figur bez odzienia, co nie sprzyjało racjonalnym i logicznym wywodom.

Zepchnął mroczne instynkty w głąb świadomości i z uwagą przyglądał się, jak lady Clara odmawia spoczęcia na krześle, które wskazał Westcott i usłużnie wytarła pokojówka.

Stała na środku biura, wyprostowana i dumna…

Jeszcze piękniej wyglądałaby na leżąco – mruknął mroczny głos z głębi umysłu Radforda.

Zignorował go, wsłuchując się w opowieść. Jej zwięzłość rzucała się w oczy i znacznie odstawała od typowych wypowiedzi dam z wysokich sfer. W zaledwie kilku zdaniach lady Clara wyjaśniła, czym się zajmuje Stowarzyszenie i kim jest Bridget Coppy.

– Jej ojciec nie żyje – ciągnęła – a matka jest pijaczką. W nielicznych chwilach trzeźwości ceruje odzież. W Stowarzyszeniu Bridget nauczyła się czytać i trochę pisać. Namówiła brata, by chodził do szkółki. Wiem, że nie muszę panom tłumaczyć, co to oznacza.

Szkółki z mizernymi skutkami starały się nauczyć dzieci z rynsztoków przynajmniej podstaw czytania, liczenia i pisania. Nauczycielom nikt nie płacił, często umieli niewiele więcej niż ich podopieczni. Wciąż jednak było to lepsze niż wegetowanie na ulicy.

Wielu londyńskich arystokratów nigdy nawet nie słyszało o szkółkach. Radford, jako prawnuk księcia, był w zasadzie arystokratą, jednak jego życie różniło się znacznie od losów większości jego krewnych czy znajomych. Wiedział, o czym mówi lady Clara.