Książę Karol. Serce króla - Catherine Mayer - ebook

Książę Karol. Serce króla ebook

Catherine Mayer

0,0

Opis

W skrócie, książkę Książę Karol. Serce króla można nazwać odpowiedzią księcia Walii na „Diana. Moja Historia” Andrew Mortona.

Ta niezwykła biografia powstawała nie tylko w oparciu o rozmowy z przyjaciółmi następcy tronu, jego przeciwnikami, dworzanami, pracownikami pałacu, ale również dzięki współpracy z samym Karolem.

Sporo w niej o pierwszym małżeństwie, które zdefiniowało jego samego i ocenę związku z kobietą, którą nazywa „najdroższą żoną” – Camillą.
Odkrywamy Karola jako ojca, przyjaciela, męża stanu i... żartownisia.

Wzruszający, zabawny i bardzo często zaskakujący – oto prawdziwa historia księcia Walii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 661

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Charles. The Heart of a King by Catherine Mayer

Copyright © 2015 by Catherine Mayer

The cover photo (front) © Ben A. Pruchnie/Getty Images

The cover photo (back) © Tim Graham/Getty Images

Copyright © for this Polish edition by Dream Books

(A division of Dream Music Ltd.), Warsaw, Poland 2015

Cover designed by Radosław Kulig (Dream Books)

Tłumaczenie: Elżbieta Królikowska-Avis

Copyright © for the Polish translation by Dream Books, 2015

Redakcja: Małgorzata Ablewska (UKKLW)

Korekta: Firma Korektorska UKKLW – Katarzyna Szol, Aleksandra Tykarska

Skład i łamanie: Ewa Majewska

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN: 978-83-64460-34-0 (e-book)

Dream Books

Dream Music Sp. z o.o.

ul. Wspólna 50 lok. 9, 00-687 Warszawa, Polska

Tel. +48-22-4035713

Fax +48-22-4035713

E-mail: [email protected]

Website: www.dreambooks.com.pl, www.dreammusic.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Nota odautorska

W   październiku 2013 roku krótka zapowiedź tej książki na stronie internetowej „Time’a” spowodowała w światowych mediach wielką wrzawę. Niedługo potem tytuły tych komentarzy stały się same w sobie przedmiotem zainteresowania, począwszy od: „Książę Karol wcale się nie spieszy, aby zostać królem”[1], aż do pikantnych: „Książę Karol obawia się, że tron królewski stanie się dla niego więzieniem”[2] czy „Książę Karol zaprzecza, że status króla byłby dla niego więzieniem”[3]. A ja wysłałam ten zwiastun, by zwrócić uwagę na nowy numer magazynu „Time”, który publikował fragment mojej książki o księciu[4]. W tekście zapowiedzi zostały wypunktowane główne wnioski tego przydługiego fragmentu: że książę Karol jest pełnym zaangażowania filantropem, jednym z najbardziej aktywnych i oddanych działalności charytatywnej przedsiębiorców na świecie. Że nie siedzi cicho i spokojnie, czekając na koronę, lecz spieszy się, by zrobić najwięcej, jak to możliwe, przed objęciem tronu. Napisałam więc: „Wiele z tego, co myślisz, że wiesz o księciu, nie jest prawdą... Spotkałam człowieka, który – wbrew karykaturom w prasie – nie przestępujesz niecierpliwością z nogi na nogę, by zasiąść na tronie, ale intensywnie pracuje, by zrobić najwięcej, ile można, zanim stanie, jak nazwał to jeden z jego dworzan, »w cieniu więzienia«. Królowa, mając już 87 lat, redukuje swoje obowiązki, a książę je podejmuje, ze szkodą dla własnej działalności charytatywnej, zadań i inicjatyw”[5].

Poprzedzony zwiastunem bądź nie, artykuł z okładki zawsze przyciąga uwagę, a w tym wypadku było tak też dlatego, że pokazał księcia Karola jako człowieka uroczego, który inspiruje swoich przyjaciół. Aktorka Emma Thompson np. mówi, że „taniec z nim jest lepszy niż seks”. Cytat zawarty w moim tekście w magazynie „Time”, który spowodował serię szokujących artykułów, w istocie wypadł z braku miejsca. Kto wie, jak zareagowałyby tabloidy na takie zdania: „On jest świetnym, znakomitym tancerzem. Najlepszym, jakiego znam. Oczywiście, to nie tancerz dyskotekowy. To prawdziwy tancerz. Nigdy nie tańczyłam z mężczyzną, który by mnie naprawdę prowadził, a ja mogłabym po prostu wirować, odprężona i zrelaksowana. To jest wspaniałe, to lepsze niż seks! Jest bardzo energicznym, charyzmatycznym tancerzem”[6].

Otrzymałam niezwykły – jak na standardy królewskiego działu prasowego – dostęp do księcia, co jest podobnym wyróżnieniem jak otwarcie przed dziennikarzem „Time’a” drzwi do gabinetu prezydenta czy premiera – na tyle swobodny, że mogłam być zadowolona z dokumentacji, a książę miał możliwość zorientować się, kim jestem. Zanim dostałam zielone światło, spotkał się ze mną i rozmawialiśmy nieoficjalnie. Potem przez sześć miesięcy chodziłam za nim, za każdym razem, kiedy się spotkaliśmy, uczyłam się na pamięć zasad protokołu. Słuchałam też jego wystąpień – a także dowcipów – bywałam w jego domach i, próbując dotrzymać mu kroku, przemierzałam za nim błotniste pola, uczestniczyłam w prywatnym koncercie w jego walijskim domu i w wielu imprezach promujących projekty księcia oraz inicjatywy charytatywne. A raz, w 2013 roku, podczas jednego z prywatnych spotkań księcia jadłam z nim kolację w jego szkockim dworze Dumfries House. Zrobiłam też wywiady z wieloma prominentnymi ludźmi z jego otoczenia, wynegocjowałam fotosesję z księciem, której autorem jest fotograf Nadav Kander (jeden z niezwykłych portretów księcia jest na okładce książki), i na koniec znalazłam się w salonie w Birkhall, aby nagrać z księciem Karolem rozmowę.

Jego doradcy w Clarence House (rezydencji księcia w Londynie) wyrazili zgodę na rozmowę z księciem, pod warunkiem że nie zostanie nazwana wywiadem i że będzie on miał prawo do autoryzacji. W wyniku czego kilka najbardziej szczerych wypowiedzi wylądowało w koszu, tak też się stało z paroma zupełnie niewinnymi uwagami. Cóż, monarchia ma swoje tajemnice. Nigdy nie przekręciłam istniejących cytatów, co mogłoby zmienić sens oryginału. Prawie połowa ludzi, z którymi robiłam wywiady – zwłaszcza ci zatrudnieni w zarządach różnych organizacji charytatywnych Karola – upierała się, bym ich wszystkie słowa dotyczące Jaśnie Królewskiej Mości lub „szefa” przesyłała im do autoryzacji, i dotyczyło to zarówno fragmentów kontrowersyjnych, jak i zupełnie niewinnych. Niektóre źródła informacji wolały pozostać anonimowe.

Podobne warunki stawiały inne osoby, z którymi rozmawiałam na użytek tej książki. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, nie dotyczyło to drugiej rozmowy z księciem Karolem. W styczniu 2014 roku raz jeszcze pojechałam do Dumfries House, żeby udokumentować drugi wybrany fragment dla „Time’a”, i towarzyszyłam Karolowi w długiej, trwającej około pięciu godzin wycieczce po jego posiadłości. Dostałam także kilka dodatkowych szans, aby poobserwować go z bliska. Na przykład w maju tego samego roku towarzyszyłam księciu i księżnej Kornwalii w ich oficjalnej wizycie w Kanadzie, kręcąc się, pogadując z nimi i obserwując ich relacje z innymi ludźmi.

Jest taki zwyczaj, że prywatne rozmowy z członkami rodziny królewskiej nie mogą być dokładnie cytowane. Ale już definicja tych „prywatnych rozmów” nie jest taka oczywista. Na przykład jedna z takich konwersacji, między księciem i przewodniczką wolontariuszką w kanadyjskim Muzeum Imigracji w Halifaksie w Nowej Szkocji, jakimś cudem znalazła się w „Daily Mailu”, powodując niemiłe spięcie dyplomatyczne z Rosją. „Mail” wyjaśniał swoją decyzję tym, że wolontariuszka była jednym z oficjalnych pracowników muzeum, więc wszystko mieściło się w obowiązującej konwencji[7]. Ja sama zdecydowałam się na umieszczenie w książce cytatów z kilku rozmów, które Clarence House zakwalifikował jako prywatne – np. między Karolem a zespołem walijskich rzeźników – po to, żeby pokazać, jak mówi i jak mocno angażuje się w rozmowy z ludźmi. Ale bardzo dbałam o to, by żadna z wypowiedzi nie wywołała burzy w mediach – bądź przez łatwość jej przekłamania, bądź wyrwanie z kontekstu.

W zwykłych okolicznościach biograf, aby wypełnić jakieś luki, może oprzeć się na uprzednio publikowanych rozmowach. Ale z księciem Karolem, z przyczyn, które na tych stronach wyjaśniam, taka praktyka byłaby niemożliwa. Wiele informacji z drugiej ręki jest po prostu niewiarygodnych. Tak więc wzbogaciłam tę książkę wieloma wywiadami z ludźmi, którzy dobrze znają Karola. Jedna z tych bliskich mu osób przesłała mi po naszej rozmowie ciepły e-mail, chwaląc, że dobrze zrozumiałam istotę osobowości księcia. I mam nadzieję, że tak rzeczywiście jest. Udokumentowałam też materiały dotyczące skandali w rodzinie królewskiej na przestrzeni trzydziestu lat – ostatnio jako autorka czterech prestiżowych materiałów w „Timie”, współautorka książki „Time’a”, a także jako redaktorka i konsultantka „Time’a” w sprawie tematu okładkowego dotyczącego królowej Elżbiety II w numerze z 2006 roku, do którego zrobiłam wywiad z księciem Andrzejem. A dwa lata wcześniej pojechałam z księciem Andrzejem na jego misję handlową do Chin i zrobiłam z nim wywiad w Pekinie. W istocie zajmowałam się problematyką królewską od czasów księżnej Diany. I każde spotkanie z księciem Karolem, jego rodziną, pracownikami i przyjaciółmi, do zacytowania czy też nie, pogłębiało moją wiedzę i zrozumienie tematu. Kontrolowany dostęp jest mimo wszystko lepszy niż druga droga biografa, czyli jego brak.

Ogólnie wiadomo, że Elżbieta II nigdy nie udzieliła żadnego wywiadu, jej dzieci i wnukowie robią to bardzo rzadko. The Freedom of Information Act (Ustawa o wolności dostępu do informacji) zwalnia królową, księcia Karola i drugiego w kolejce do tronu księcia Williama z obowiązku publicznych przesłuchań (choć w Sądzie Najwyższym toczy się aktualnie sprawa o ujawnienie zawartości prywatnej korespondencji księcia Karola). Pracownicy pałacu Buckingham podpisują zobowiązanie do utrzymywania swojej wiedzy na temat rodziny królewskiej w tajemnicy. Sekretariat prasowy dworu królewskiego nigdy nie komentuje historii, które wymknęły się z coraz węższej sfery uznawanej za osobistą. Taka polityka dworu powoduje, że niektórzy dziennikarze popełniają czasem błędy i opierają się na nieprawdziwych informacjach z tzw. wiarygodnych źródeł, po prostu by dopełnić mizerne informacje podawane przez dyskretne źródła królewskie. Zaś reporterzy bardziej pozbawieni skrupułów widzą w tej sytuacji szansę na wyhaftowanie lub sfabrykowanie historii, które wydają się pałacowi zbyt błahe lub za mało szkodliwe, aby je prostować. Panuje także przekonanie, że rodzina królewska w takich sytuacjach nie zdecyduje się na sąd. Tak więc świat jest po prostu zalewany głupstwami na temat rodziny królewskiej. Niedokładności i zmyślenia pozostają nieskorygowane, a potem wiele razy powtarzane. A powtarzanie dodaje im wiarygodności. Kiedy różne media powtórzą zmyślony news wiele razy, staje się on faktem, pochodzącym w dodatku z wielu źródeł. Tak więc zbieranie informacji w epoce mediów masowych zamieniło się w gigantyczną zabawę w chińskie szepty, gdzie za każdym kolejnym opowiedzeniem, np. historii o liczbie jajek serwowanych na śniadanie księciu, news staje się coraz mniej wiarygodny.

W 2012 roku Clarence House zdecydował się na niecodzienny krok i opublikował na swojej stronie internetowej listę „często zadawanych pytań na temat księcia Karola”, która obnażyła głupotę odpowiedzi, hojnie dostarczanych przez prasę. „Czy książę Walii każe gotować na śniadanie siedem jaj, a zjada tylko jedno – jak utrzymuje Jeremy Paxman w swojej książce On Royalty”? – zastanawiano się stronie internetowej Clarence House. „Nie, i nigdy tak nie robił, na śniadanie czy o innej porze” – pada odpowiedź. Paxman, prominentny dziennikarz BBC, przytoczył taką historię, którą zasłyszał od jednego z przyjaciół księcia Karola. Gdy książę wraca po całodniowym polowaniu „służba wyjmuje z wody i układa w rzędzie kilka gotowanych jajek. I jeśli książę uważa, że jajko numer pięć jest niedogotowane, rozbija skorupkę jaja numer sześć albo siedem”. Historia – dodaje Paxman – „jest tak niedorzecznie ekstrawagancka, że aż trudno w nią uwierzyć”[8].

Choć wydaje się, że ta anegdota równie dobrze mogła mieć jakiś związek z prawdą. Wendy Berry, była ochmistrzyni w Highgrove, opublikowała wspomnienia z czasów swojej służby u Karola. Z dumą m.in. opisywała, jak podawała księciu, który właśnie wrócił z polowania, idealnie ugotowane jajka na miękko. Kiedy wrócił do domu, włożyła pierwszą partię jaj do wrzątku, ale gdy się zorientowała, że nie ma jeszcze wszystkich gości, wyjęła je z wody i zaczęła gotować następną partię. Nie ma żadnej sugestii, że to Karol ją o to prosił czy w ogóle wiedział o tym marnotrawstwie – bo mógł ją za to równie dobrze pochwalić, jak i zganić. Jego styl życia i pewne przyzwyczajenia pełne są sprzeczności. Żyje w luksusie potrzebnym królewskiej reprezentacji – bankiety, dziesiątki waz pełnych najpiękniejszych ciętych kwiatów, dwór liczniejszy niż u większości członków rodziny – to jednak z oszczędnością, którą przejął od swoich rodziców, oraz skromnością potrzeb, jakiej uczono go w szkockiej szkole prywatnej Gordonstoun. A do tego świadomość ochrony środowiska naturalnego – w jego rezydencjach panuje niska temperatura, a on sam czasem nosi ubrania, w których jest więcej łat niż materiału, z którego zostały uszyte, a przez kilka miesięcy słonecznego lata woda, w której kąpie się w St. James’s Palace, spływa niebieską plastikową rurą w dół, aby nawodnić ogród znajdujący się poniżej. „To jest człowiek, który przyjmując gościa na herbacie, każe zabrać resztki i podać podczas następnego posiłku, i następnego” – powiedział Clive Alderton, były prywatny sekretarz księcia, oddelegowany do Clarence House z ministerstwa spraw wewnętrznych, dziś ambasador Jej Królewskiej Mości w Maroku. „Sama myśl, że pięć lub sześć jajek mogłoby się zmarnować, byłaby nie do przyjęcia. Jeśli kiedykolwiek znalazło się tam sześć gotowanych niezjedzonych jaj, pięć zostałoby potem użytych do jakichś potraw, nawet niedojedzona połówka zostałaby zużyta, uratowana! Rzadko spotyka się kogoś, kto byłby tak oszczędny – nie z powodu skąpstwa, ale jakiejś alergii na marnotrawstwo, a dotyczy to zwłaszcza żywności”[9].

Niemniej te notorycznie wyrzucane niedogotowane lub przegotowane jajka, dowód jego rozrzutności, zrobiły już furorę na całym świecie – razem z innymi mitami o Karolu, księciu rozpieszczonym i zdemoralizowanym. A to, że lokaj wyciska mu na szczoteczkę pastę do zębów, a to znów, że kazał służącemu trzymać pojemnik, kiedy musiał oddać do analizy próbkę swojego książęcego moczu... Otóż w żadnej z tych historii nie ma krzty prawdy. Michael Fawcett, jeden z najbardziej kontrowersyjnych członków najbliższego kręgu księcia, przez wiele lat pracował jako jego kamerdyner. I kiedy przez jakiś czas, na skutek wypadku, Karol miał ramię unieruchomione na temblaku, lokaj musiał mu pomagać w wykonywaniu tych czynności, których nie mógł wykonać jedną ręką. Jednak i przed tym, i po tym wydarzeniu Karol był w stanie wykonywać wszystkie czynności samodzielnie. „Bardzo trudno odpowiadać na podobne zaczepki – mówi Elizabeth Buchanan, była prywatna sekretarka księcia. – Oczywiście można, ale jak tu odpowiedzieć na taki zarzut, że lokaj wyciska księciu pastę do zębów. Niniejszym oświadczamy, że nie wyciska. No i wiadomo, że jeśli ma się złamane ramię, są jednak takie czynności, których nie można wykonać samodzielnie”[10].

Podobne plotki same w sobie wydają się nieszkodliwe, ale w sumie tworzą wizerunek rozpuszczonego hulaki, z którym trudno walczyć. A większość ludzi wierzy w przynajmniej część z tych opowieści o rodzinie królewskiej, i to nie tylko dlatego, że niektóre z nich stały się „faktami”. Przez dziewiętnaście miesięcy po ślubie Kate i Williama tydzień w tydzień w mediach pisano, że księżna Cambridge jest w ciąży. I dopiero długo potem fikcja zmieniła się w rzeczywistość (a news o bliźniakach zapowiadanych przynajmniej przez trzy magazyny wcale się nie potwierdził). Urodziła syna, jednego, dopiero w czerwcu 2013 roku, a już wiosną 2014 roku znowu słyszeliśmy plotki o ciąży, i znów o bliźniaczej, które zostały rozwiane podczas jej oficjalnej wizyty w Nowej Zelandii. Testowanie win w probierni i wycieczka kajakiem po burzliwej, pełnej kaskad rzece pozwoliły Kate skończyć z tą histerią, przynajmniej na jakiś czas. A o jej drugiej ciąży poinformowano nie wcześniej niż we wrześniu 2014 roku, i choć w oświadczeniu mówiło się o „dziecku”, niektóre „źródła” informowały, że w królewskim brzuchu rosną jak na drożdżach dwie dziewczynki.

Kiedy brakuje konkretów, redaktorzy naczelni pism próbują w taki sposób skonstruować narrację, żeby wzbudzić zainteresowanie czytelników. W przypadku Kate bywa to najczęściej atak na jej image słodkiej madonny, symbol macierzyństwa. Tak stało się podczas jej wycieczki z Williamem na Malediwy w marcu 2014 roku, kiedy para zdecydowała się zostawić siedmiomiesięcznego wtedy George’a w domu. A to dało „Daily Mailowi” szansę na snucie takiej oto historii: „Wycieczce królewskiej pary na Malediwy towarzyszyła fala protestów” – i w wydaniu papierowym, i online – oraz że „decyzja królewskiej pary spowodowała burzę w świecie mediów społecznościowych na stronach Mumsnet, Netmums i na Twitterze”[11].

Ale była to burza medialna nie w szklance wody, lecz – biorąc pod uwagę witryny internetowe – w dziecięcym kubeczku. Netmums poprosił o komentarze na temat królewskiej beztroski, oczywiście na prośbę „Daily Maila”. Żadnej dyskusji przedtem nie było, a potem raczej reakcja niewielu osób spośród 1,2 miliona użytkowników tej strony. W sumie czterdzieści dwa komentarze, z których tylko dwa mogły być uważane za negatywne. Kiedy protesty Netmums okazały się niewystarczające, „Mail” przetransferował komentarze spod swojego artykułu zamieszczonego w wydaniu internetowym. Czy taka praktyka wywołała protest użytkowników Mumsnetu? Nie. Katie O’Donovan, szefowa działu komunikacji Mumsnetu, poinformowała, że otrzymano nieco ponad trzysta komentarzy, co, jak na standardy Mumsnetu, nie jest raczej burzą protestów. Podpisane imieniem bądź nazwiskiem, a, co warto też odnotować – pisała dalej – około jednej trzeciej z nich nadeszło po (a więc i w odpowiedzi) artykule zamieszczonym w „Daily Mailu”[12]. Żywa reakcja na Twitterze także wydaje się spowodowana materiałem w „Mailu”, który zapoczątkował całą aferę.

Ten przypadek jest nie tylko przejawem cynizmu dziennikarzy. Problem z monarchią polega na tym, że jeśli wszystko idzie jak z płatka, ma niewielką wartość jako news. Jednak królewska rodzina musi informować o tym, co robi, bo inaczej zostanie oskarżona o lenistwo i lekceważenie poddanych, a także o to, że wiele jej działań promuje tzw. szlachetne cele i skupia uwagę świata na kraju, który monarchia reprezentuje. W rezultacie mamy ciągłą walkę między departamentem prasy pałacu, który próbuje trzymać reporterów na marnej dietce nieczęstych spotkań, wystąpień i fotosesji, a mediami, które chcą znaleźć w cienkiej zupce jakiś kawałek porządnego newsa.

Wśród całej poważnej prasy brytyjskiej jest tylko jeden dziennik, „Financial Times”, który zdecydował się nie relacjonować podobnych zdarzeń. Ostatni naczelny „Independenta”, Amol Rajan, wrócił do zasad z okresu założycielskiego, które, tak się złożyło, że mają wiele wspólnego z kiepskim stanem finansów tej gazety, i zajmuje się problematyką królewską tylko wtedy, kiedy „ma ona znaczenie konstytucyjne”, a newsy mają być „zredagowane zgodnie z dobrymi dziennikarskimi standardami”[13]. Na przykład informacja o chrzcie małego Jerzego – w wielu gazetach wyeksponowana na okładce – w „Independencie” znalazła się na kolumnie z krótkimi newsami.

Dlatego media, które zatrudniają kosztowne zespoły zajmujące się problematyką królewskiej rodziny, muszą sięgać po jakieś sztuczki. Na przykład w 1985 roku „The Guardian” wysłał młodego reportera do Australii, aby zrelacjonował oficjalną wizytę księcia i księżnej Walii. Alan Rusbridger, dziś naczelny „Guardiana”, tak wspomina tę wyprawę: „Najokropniejsza robota, jaką kiedykolwiek robiłem... Hańba i upokorzenie dla zawodu dziennikarskiego. Byliśmy wożeni autokarem z miejsca na miejsce, a potem stawiano nas za stołem albo było jakieś przecinanie wstęgi, a potem byliśmy zabierani z powrotem, a było nas w autokarze około trzydziestki. I cała nasza praca polegała na wypichceniu pod koniec dnia czegoś, co nie byłoby tak banalne, jak w istocie było. Mieliśmy tuż pod nosem wszystko, za co ich nienawidziliśmy, i wszystko, co nas w nich fascynowało, a dla mnie skończyło się napisaniem czterech marnych relacji, jak to nudziarstwo wyglądało”[14].

Przed pojawieniem się na scenie Diany podobna hańba była większości dziennikarzom oszczędzona – ich naczelni pozostawiali relacje z dworu królewskiego tabloidom, które w tamtych czasach nie były jeszcze tak inwazyjne i brutalne jak dziś. „Czy już sfotografował pan moje lewe ucho?” – krzyczał na przykład książę Filip podczas żeglugi po wodach Szkocji w 1962 roku do włóczącego się za nim dziennikarza[15]. Kilka popularnych gazet zdecydowało się nawet na opublikowanie zdjęcia lewego ucha księcia Filipa z jego komentarzem!

Nationals, czyli poważne dzienniki krajowe, gardziły takimi głupstwami. Kiedy Anthony Holden, dziennikarz „Sunday Timesa”, zdecydował, że z wycieczki księcia Karola do Kanady w 1977 roku napisze jakiś przyzwoity kawałek materiału, wystraszony obiekt jego zainteresowań zapytał: „Co pan, do licha, tu robi?”[16]. Podążając wtedy za Karolem jako jedyny dziennikarz piszący, Holden miał prawie nielimitowany dostęp do księcia. To samo zdarzyło się zaraz potem, tego samego roku, podczas podróży po Ameryce Południowej. Wyprawa zaowocowała trzema biografiami Karola, ukazującymi się co dziesięć lat. Były to jednak kroniki coraz większego rozczarowania dziennikarza i samym księciem, i jego sztabem do spraw mediów. A po drugiej biografii, w której Holden ujawnił napięcia w królewskim małżeństwie ukrywane aż do 1992 roku, to uczucie niechęci było już odwzajemnione. Książki Holdena były obrazem zmieniających się relacji między królewskim zespołem do spraw mediów a dziennikarzami. Już nie było mowy o aranżowanych dla nich kolacjach czy bezpośredniej rozmowie z Karolem, którym to przywilejem Holden cieszył się podczas podróży w 1977 roku. Zamiast tego po ślubie Karola z Dianą, który okazał się dla większości mediów wielkim sukcesem komercyjnym, Holden znalazł się „w Australii na uroczystościach 200-lecia tego kraju w 1988 roku... jako jeden z 200 dziennikarzy i fotoreporterów, wśród których było 70 Brytyjczyków, którym pozwolono przyglądać się parze z bezpiecznego, oddzielonego barierkami miejsca”[17]. A podczas oficjalnej wizyty Williama i Kate na Antypodach w 2014 roku akredytowanych było aż 450 dziennikarzy.

A dystans rodzi dystans, w dodatku nieprzyjazny, toksyczny. Monarchia się liczy, lecz, co paradoksalne, jedynie prasa republikańska konsekwentnie uznaje ten fakt. Większość artykułów na temat rodziny królewskiej to dyrdymały pisane po lobotomii, które traktują rodzinę Windsorów jak obsadę tasiemcowego reality show. Robią to z ledwo ukrywaną niechęcią, typową dla wszystkich relacji o celebrytach. Historyjki te są szyte z bardzo mizernego materiału.

Choć, trzeba przyznać, że relacje między rodziną królewską a dziennikarzami nie zawsze były tak beznadziejne. W pewnym momencie w latach dziewięćdziesiątych książę otworzył się na swojego biografa Jonathana Dimbleby’ego, którego książka i film dokumentalny do dziś są kluczowymi źródłami informacji dla dokumentujących temat, choć nigdy potem nie zostały zaktualizowane. Teraz Karol znów przypomina nowo narodzone dziecię – stąd jego niepokój związany z udzielaniem wywiadów. Ja sama przeprowadziłam całą kampanię, aby przekonać Clarence House i samego księcia do spotkania, dzięki któremu nakreślę jego sylwetkę dla „Time’a”, zapewniając jednocześnie, że wyniknie z tego więcej dobrego niż złego. Przyrzekłam, że nie będzie to tylko hagiografia, ale także sens i równowaga. I że – co nieuniknione – znajdą się tam fragmenty, które niekoniecznie będą im się podobały. Moim argumentem było to, że materiały pochwalne nie przyciągają uwagi opinii publicznej.

Ta opinia stała się popularna dzięki Dianie. Ona znała potęgę społecznej wyobraźni oraz rany, jakie może zadać dobrze przeprowadzony przeciek kontrolowany. Pielęgnowała także specjalne relacje z prestiżowymi pracownikami mediów. Jej przyjaciele, i starzy, i nowi, chętnie kolportowali informacje o zaniedbywaniu jej przez męża. Zwolennicy zręcznie oddawali razy, jednak bez doświadczenia i siły sympatyków księcia, którzy z kolei nie mieli ani wdzięku, ani też żądzy krwi Diany. Pewna liczba Brytyjczyków wciąż wspiera pomysł, który Diana podjęła w swoim wspaniałym dysydenckim wywiadzie dla Panoramy BBC, że sukcesja tronu powinna ominąć Karola i zatrzymać się przy Williamie. Jej mąż, być może, wcale nie chce zostać królem, zasugerowała. „Status królewski wiąże się z ogromną liczbą obowiązków – mówiła dalej – natomiast status księcia Walii daje znacznie więcej wolności”. „Czy JKM życzyłaby sobie, aby to raczej książę William, kiedy dorośnie, a nie książę Walii, przejął obowiązki królowej?” – zapytał ją w Panoramie dziennikarz Martin Bashir. „Życzyłabym sobie, aby mój mąż odnalazł spokój ducha i dopiero potem dokonał wyboru” – odpowiedziała księżna. I kiedy wypowiadała tę kwestię, która odtąd zawsze będzie ścigać jej męża, pozwoliła sobie na mały uśmiech.

Osiemnaście lat później, kiedy próbowałam zmierzyć się z kolejnym mitem, nie pamiętałam już o tamtym uśmiechu Diany. Otóż często mówi się, że Karol jest sfrustrowany tym, że matka albo umrze, albo abdykuje i wówczas pozwoli synowi, jak to określała Diana, „dostać najwyższe stanowisko w państwie”. Rozmowy z przedstawicielami najbliższego kręgu – przyjaciółmi, pracownikami jego dworu, ludźmi działającymi w jego organizacjach charytatywnych – dowodzą czegoś zupełnie innego. Po pierwsze, książę źle znosi śmierć bliskich. Mimo wsparcia, jakie przynoszą mu religia oraz bliskie idee filozoficzne, wciąż bardzo przeżywa odejścia bliskich osób. Tak było w przypadku jego babki, stryjecznego pradziadka Louisa Mountbattena, mentora Laurensa van der Posta, człowieka wielu talentów, odkrywcy i antropologa, czy poetki Kathleen Raine. Karola przeraża myśl o śmierci jego rodziców.

Podeszły wiek królowej to dla księcia niejedyne źródło niepokojów. Zanim rozpoczęłam zbieranie dokumentacji do artykułu dla „Time’a”, w kulisach Clarence House zapoczątkowano proces narzucania Karolowi wielu nowych dla niego, tradycyjnych obowiązków, związanych z przyszłym statusem króla. Zaczęto wywierać nacisk, by zracjonalizował dotychczasowe działania i trzymał na wodzy swój temperament, dzięki któremu był skłonny do publicznych interwencji w rozmaitych sprawach. Zamiast rozwijać swój patronat nad nowymi projektami, naciskano, by ograniczał zobowiązania w stosunku do poddanych. Nie lubił także, kiedy jego dworzanie zaczynali walczyć jeden przeciw drugiemu – intrygi, walka na kły i pazury są zdecydowanie przeciwne jego naturze. I to także powodowało sprzeciwy. We wszystkich tych zadaniach Karol przedkładał obowiązek nad emocje. To właśnie dlatego jeden z jego dworzan porównał księcia do dorastającego chłopca z wiersza Williama Wordswortha Intimation of Immortality, dla którego wraz z nadchodzącą dorosłością „zbliża się cień więzienia”, przy czym „cień więzienia” oznacza, dojrzałość, odpowiedzialność.

Było to zręczne określenie ukazujące istotę problemu. Ale wtedy zdałam sobie sprawę, że duch Diany wciąż snuje się po pokojach Clarence House. Bo dwór natychmiast wyprodukował sprostowanie czegoś, czego w moim artykule nie było, choćby dlatego, że to nieprawda. Mianowicie, że to Karol był moim anonimowym informatorem. „To nie jest punkt widzenia księcia Karola i nie powinien być mu przypisywany, bo podobnych słów nie użył” – napisano w oświadczeniu. „Książę, świadom swoich powinności, przez całe życie wspierał królową, poświęcając się także swoim oficjalnym obowiązkom oraz pracy charytatywnej”.

To zaprzeczenie w oczywisty sposób dodało informacji, że Karol nie ma ochoty na przejęcie tronu, nowej siły i wigoru. I przestrzeń medialna zaroiła się od artykułów na temat „cienia więzienia, który zbliża się do Karola”, szybko skojarzonego z niegdysiejszymi słowami Diany, że „Karol nie chce zostać królem”.

Książę Karol chce zostać królem. Ale – co przy okazji odkryłam – to nie koniec jego aspiracji.

Catherine Mayer

Londyn, styczeń 2015 roku

Wprowadzenie

Jeżeli waść udajesz księcia jak ja,

Nie oskarżaj faktu, który powinien być twoim wzorcem.

Widziałem nieszczęsnych, i myślałem, to sprawa króla,

By naprawić szkodę:

Przyniosłem pomoc, z którą to waść winien pospieszyć,

I w taki sposób stałem się królem poddanych.

John Dryden, Almanzor and Almahide

Książę Karol jest bardzo uprzejmym gospodarzem. Wiele lat doświadczeń i praktyki w przyjmowaniu często nieznanych mu ludzi umożliwiło mu korzystanie z szerokiego repertuaru pożytecznych trików. Jego bystre oczy nigdy nie wydają się nieobecne. Słucha z uwagą i zachowuje te informacje, które mogą przydać się w dalszym ciągu rozmowy. Zręcznie dostosowuje temat i styl rozmowy do każdego z rozmówców i zyskuje zaufanie, przytaczając zdarzenia z własnego życia – nic intymnego, po prostu zabawne anegdoty czy opowiastki o kłopotach rodzicielstwa czy ostatnio spontaniczne peany na temat „jak dobrze być dziadkiem”. Po prostu, by zbudować kontakt z rozmówcą na płaszczyźnie wspólnoty doświadczeń.

Ale tego szczególnego wieczoru, we wrześniu 2013 roku, goście nie mieli z sobą wiele wspólnego. Te dwadzieścia cztery osoby, które przybyły z Francji, Polski, Rosji, Hiszpanii, Afryki Południowej, Tajwanu, USA, Uzbekistanu i różnych krańców Wielkiej Brytanii, łączyła jedynie przynależność do gatunku ludzkiego i to, że do połowy spośród tych gości sączących aperitif w Tapestry Room w Dumfries House należała ogromna część bogactw tego świata. Niegrzeczni dworzanie Karola ukuli na osoby biorące udział w takich spotkaniach, które przynoszą mnóstwo pieniędzy za sam honor uczestniczenia w kolacji z księciem, określenie „czarne charaktery Jamesa Bonda”.

Pracownicy księcia skrupulatnie sprawdzają życiorysy wszystkich potencjalnych donatorów, więc każda taka grupa plasuje się jednak bliżej działalności filantropijnej niż przestępczej, jest chętna, by raczej pomóc światu, niż go zdominować. Goście bywają zwykle sponsorami projektów dobrej woli, patronami różnych fundacji oraz mecenasami muzyki i sztuk wizualnych. Na przykład jeden z nich określił siebie jako kolekcjonera sztuki. „Jakiegoś szczególnego rodzaju sztuki?” – zapytano go. „Tak – odpowiedział – takiej sztuki, która mi się podoba”.

A w Dumfries House obrazy starych mistrzów wiszą tuż obok akwareli namalowanych przez spadkobierców brytyjskiego tronu z bardzo odległej przeszłości. W 2007 roku książę Karol znalazł chętnych do inwestycji i założył konsorcjum, dzięki czemu nabył ten szkocki dwór w stylu palladiańskim, ratując przyszłość budynku przed zamianą go na komercyjny hotel spa, i odroczył aukcję, która wyprowadziłaby niezwykłą kolekcję mebli Thomasa Chippendale’a. Pod patronatem księcia dwór stał się muzealną atrakcją oraz siedzibą jego kilku organizacji charytatywnych, zbierających pieniądze na różne szlachetne cele.

Więc w przypadku księcia Karola nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch, a tym bardziej kolacja za friko. Dumfries House, z całym szacunkiem dla przeszłości, otwiera gościnne wrota na kolacje oraz aperitify przed kolacją, ale nie za darmo. Oryginalne flamandzkie gobeliny, utkane na początku XVIII wieku w pracowni Leyniera i Reydama w Brukseli, zostały właśnie oddane do renowacji, a na ich miejscu wiszą prawie idealne kopie. Na jednym z nich Bachus, jego służące i faworyty baraszkują w podobnie beztroski sposób, jak książę Harry, który w 2014 roku znalazł się na okładkach tabloidów („Oto spadkobierca tronu w całej krasie” – komunikował tytuł „Suna” tuż nad zdjęciem nagiego Harry’ego, zakrywającego swoje „klejnoty koronne” podczas rozbieranego pokera w hotelu w Las Vegas).

Kilku gości podczas dzisiejszej kolacji już otworzyło swoje portfele, chcąc wesprzeć organizacje charytatywne Karola. Zostali zaproszeni właśnie po to, aby zapoznać się z nimi. A Karol ma nadzieję, że zdoła podczas tej wizyty, na którą składają się kolacja, zwiedzanie budynku, nocleg i następnego dnia rześki marsz po terenach posiadłości, namówić resztę, aby poszła ich śladem.

Tak więc podczas aperitifu zabawiał swoje „czarne charaktery” opowiadaniami o spokojniejszych epizodach z młodych lat Harry’ego. Mówił o nim z dumą i uczuciem, ale także odrobiną zdumienia. Bo mimo jego wszystkich żartów i zachwycania się absurdalnymi sytuacjami, na przykład kiedy podczas trzynastych urodzin Harry bawił się z Emmą Thompson, łapiąc piłki tenisowe w kapelusz pokryty velcro (tkaniną, z której robione są rzepy), zasadniczo Karol jest bardzo poważnym człowiekiem. Zaś jego młodszy syn żyje chwilą. Niełatwo to osiągnąć, mając życie ułożone wedle dawno ustalonego planu, a jeszcze trudniejsze jest to dla kogoś z temperamentem i doświadczeniami Karola.

Znam pewien żart, który Karol opowiada tak często, że dowcipowi urosła już spora broda, jest jak dwie pary jego ulubionych dziennych butów, w których – czyszczonych i polerowanych – chodzi od kilkudziesięciu lat. Zawsze dobrze opowiadał dowcipy, a jego pełna skrępowania dykcja pomaga mu zarówno w chwilach zabawnych, jak i bardzo poważnych. (Przyjaciele i pracownicy nie mogą się powstrzymać od naśladowania jego głosu i grymasu twarzy, kiedy podczas akcentowania jakiegoś fragmentu ściąga w dół lewy kącik ust). W świecie alternatywnym książę mógłby być całkiem niezłym aktorem komediowym, śmiesznie wyglądającym nastolatkiem. Ta zbyt wąska twarz, w której osadzony jest nos-dziób i duże jak skrzydła bociana uszy, wszystko jakby tylko czekało na wykorzystanie w występach satyrycznych. Zamiast tego człowiek, który pewnego dnia zostanie królem Zjednoczonego Królestwa i piętnastu innych państw Wspólnoty Narodów, używa swojego poczucia humoru podczas ważnych przemówień lub by zabawiać gości na prywatnych przyjęciach i wyciągnąć od nich pieniądze na dobroczynne cele. Dziś jest już pewnym siebie aktorem, który dobrze czuje się we własnej skórze. Ta swoboda przyszła z wiekiem – w listopadzie 2014 roku skończył 66 lat. Zręczny w słowach i szybki w ripostach potrafi zapewnić dobrą zabawę. Lecz, co ciekawe, wciąż powraca do tych samych starych anegdot.

„Być może lecisz nad Pacyfikiem. I jeśli boisz się, że zostaniesz odcięty od świata na bezludnej wyspie, upewnij się, czy masz przy sobie szejker do koktajli, jeden z tych składanych kieliszków, kiedyś używanych przez armię, mały słoiczek oliwek, jakieś wykałaczki, trochę wermutu i piersiówkę z ginem lub wódką” – poucza swoją publiczność. „Ale jeżeli jakimś fatalnym zrządzeniem losu znajdziesz się, jak Robinson, na bezludnej wyspie zupełnie sam, nie bój się. Wszystko, co musisz zrobić, to odpakować twoje akcesoria do martini i zacząć przygotowywać drinka”. Tu zawiesza głos, sygnalizując nadejście puenty: „I gwarantuję ci, że wtedy ktoś nagle zeskoczy z drzewa i krzyknie: »Na Boga, przecież tak się nie robi martini!«”.

Po tym dowcipie słuchacze wybuchają zwykle gromkim śmiechem, większym niż dowcip oczywiście na to zasługuje. Ale – rzecz zabawna, która wiąże się z rodziną królewską – jej członkowie mało znają nasz zwykły, przyziemny świat, a ich obecność zmienia ludzi nie do poznania. Książę zna rodzaj ludzki i z tej najlepszej strony, i z tej najgorszej – osoby płytkie, na każdym kroku mu schlebiające i brutalnie rozpychające się łokciami. Jest przyzwyczajony do ludzi, którzy chwalą każde jego słowo i reagują na jego dowcipy gromkim śmiechem.

Ale jest i druga strona monety, na której widać zresztą profil jego matki. Zawsze znajdzie się, dla równowagi, jakiś Filip, który wyskoczy z konopi i powie, że przecież książę nie wie, jak się miesza martini. Takie krytyczne komentarze towarzyszyły mu także przez całe życie, niemal jak obrażony kamerdyner. Książę nigdy nie miał tego komfortu, żeby popełniać błędy prywatnie, na boku, bez towarzystwa mediów. Od chwili, gdy zaczął publicznie wypowiadać swoje opinie, odkrył, że mówi przez megafon. Od kiedy jego pierwsze małżeństwo zaczęło się sypać, czuł się jak źle obsadzony aktor. A właściwie od słynnej wypowiedzi po oficjalnych zaręczynach sygnalizującej pewne zagubienie, gdy go zapytano, czy on i lady Diana Spencer są zakochani. Diana odpowiedziała wtedy „oczywiście”, a on dodał: „cokolwiek to słowo znaczy”.

Potem, kiedy było już jasne, że nie kocha „królowej ludzkich serc”, jak Diana lubiła określać swoją publiczną rolę, Karol zasłynął i jako niegodziwiec, i jako żartowniś[1]. Kiedy podczas długiego, bo liczącego ponad pół wieku panowania matki, praktykował, jak zostać królem, aby uniknąć robienia za mało, wpadł w pułapkę robienia za dużo. Jest amatorem, któremu zdarza się zabłądzić w terenach, których nie zna. Trochę wścibski i za nic ma paragraf konstytucji, który mówi, że rodzina królewska nie ingeruje w sprawy polityczne kraju. I jeżeli zasiądzie na tronie, na co z niecierpliwością oczekuje, Karol III już obiecuje, że pozostanie, jak Karol I, w dobrej pamięci narodu.

Ten ostatni punkt być może się ziści, choć z innych powodów, niż nam się wydaje. Związany na nowo z kobietą, którą kocha, obserwując, jak jego synowie idą samodzielnie przez życie, i widząc jako projektodawca wielu kampanii i inicjatyw, jak świetnie funkcjonuje imperium instytucji charytatywnych, książę wydaje się bardziej zadowolony z życia niż kiedykolwiek przedtem. A od czasu do czasu na całego cieszy się życiem. Potrafi być wspaniałym kompanem dzięki swoim dowcipom, do których opowiadania ma prawdziwy talent. Często sam naśladowany, jest także mistrzem w naśladowaniu innych. „Jest jak Rory Bremner” – powiedział jego syn chrzestny i kuzyn Tim Knatchbull. „Robi ze swoją twarzą różne dziwne rzeczy. Ma talent do udawania innych ludzi. A z tym talentem jest tak, że albo go masz, albo nie. Królowa ma taki talent i on najwyraźniej go po niej odziedziczył”[2].

Książę mówi kilkoma językami, jest utalentowanym matematykiem, przyzwoitym malarzem akwareli i ekspertem w dziedzinie ogrodnictwa. Powszechnie uznaje się, że rodzina królewska jest zwariowana na punkcie koni. Ale Karol ma pasję do owiec. Emma Sparham, której organizacja charytatywna Prince’s Trust pomogła założyć firmę, spotkała go podczas przyjęcia w pałacu św. Jakuba, gdzie wspomniała o rzadkiej odmianie owiec, które hoduje. „Kiedy powiesz słowo »soay« w towarzystwie stu osób, może pięcioro będzie wiedziało, o co chodzi” – mówiła potem. „A on dokładnie wiedział, co to jest, z której wyspy owce pochodzą i znał naturę tych zwierząt. Zapytał, czy trudno je schwytać, bo mają opinię trudnych do złapania”[3]. Książę ma w kilku posiadłościach stada owiec, wymyślił kilka kampanii promujących wełnę i baraninę, a w 2012 roku wygrał Memoriał George’a Hedleya, nagrodę za wkład na rzecz sektora owiec przyznaną mu przez brytyjski National Sheep Association.

Jest bardzo uprzejmy. Interesuje się sprawami ludzi ze swojego otoczenia, pyta o ich bliskich, dba o to, by uczestniczyć w ważnych dla nich wydarzeniach. W maju 2014 roku na spotkaniu rodzinnym z okazji pogrzebu swojego szwagra Marka Shanda to właśnie Karol parzył herbatę oraz ciepło i z niezwykłą serdecznością pocieszał strapionych – wspominał Ben Elliot, współtwórca Quintessentially Group i kuzyn księcia ze strony żony[4]. Karol organizuje uczty i niespodzianki dla przyjaciół oraz ludzi, których lubi i szanuje. Urządził na przykład połączone obchody osiemdziesięciolecia urodzin dramatopisarza Ronalda Harwooda i aktorki Maggie Smith w Clarence House. Inspiruje hobby i pasje swoich najbliższych i współpracowników, czasem bardziej, niż to dla niego korzystne. Jest niezwykle lojalny, a czasem zbyt lojalny. „Jest człowiekiem niezwykle ludzkim i bardzo wrażliwym. Jego radar chwyta wszystkie emocje dookoła” – powiedział Ian Skelly, dziennikarz BBC, który często pomaga księciu pisać wystąpienia i pracował z nim nad jego zaskakującą książką. „Z powodu swojego pochodzenia całe życie próbuje się zorientować, kto jest wobec niego autentyczny, a kto mu kadzi”[5]. W przeciwieństwie do swojej rodziny, kiedy Karol pyta: „A czym pan/pani się zajmuje?”, naprawdę jest zainteresowany odpowiedzią.

Nałogowy filantrop, założył ponad dwadzieścia pięć organizacji charytatywnych. „Każda z nich jest pionierskim projektem, rodzajem światła w ciemności” – mówi lord Sacks, były rabin Wielkiej Brytanii. Sacks tak opowiadał o wielkości księcia: „Naprawdę nie biegam dookoła ze słowem »wielki« na ustach – dodał. – A wiecie dlaczego świat nie widzi go takim, jakim jest? Bo nie dostrzegamy prawdziwej wielkości. Jesteśmy zainteresowani wyłącznie celebrytami”[6].

Książę rzadko docenia własne osiągnięcia. Jest człowiekiem, dla którego szklanka jest zawsze do połowy pusta, a jeden z przyjaciół nazywa go „księciem wiecznych lamentów”. Inna osobistość z tego samego kręgu powiedziała, że często go ponosi: „Ja to nazywam »królewską furią«. I oto nadchodzi królewski gniew”. W najbardziej dramatycznych momentach swojego życia zwykle wpada w głębokie przygnębienie. Nawet teraz, w dojrzałym i najlepszym okresie, potrafi odmawiać długą litanię niesprawiedliwości, jakie go spotkały – i rzadko w rozmowach publicznych może się pohamować, żeby nie powiedzieć: „Za każdym razem, kiedy coś zrobiłem, spotykało się grupy ludzi, którzy oceniali mnie w różny sposób, zanim jeszcze coś się w ogóle zdarzyło. Takie różne uprzedzenia” – zwierza się wtedy[7].

Ta biografia próbuje przebić się przez dotychczasowe uprzedzenia, aby wydobyć spod nich znacznie bardziej interesującą prawdę. Dobrym początkiem będzie nazwanie po imieniu tych mechanizmów, które ją skrywają. Książę często oskarża o manipulację faktami niechętną mu prasę i trudno nie przyznać mu racji. Ale jest jeszcze więcej powodów takiego stanu – to przemiany społeczne, globalny kryzys, republikanizm, celebrity culture czy zderzenie nowej tożsamości Wielkiej Brytanii ze starą walką klas. Wszystkie te zjawiska doprowadziły do kryzysu zaufania do publicznych instytucji i ich reprezentantów. Pałac wciąż próbuje zarządzać mediami mainstreamowymi, które same są w okresie wielkich przemian i ostatnio z trudem walczą o przetrwanie. Nakłady gazet i tygodników wciąż spadają i wyczuwa się rosnącą presję, by produkować artykuły ostre, sensacyjne. Dziennikarstwo śledcze, to w granicach prawa, musi żeglować przez archipelagi półprawd i fikcji, często bez kompetentnego przewodnika, zderzając się z „kulturą milczenia” dworu królewskiego. Internet obiecywał nową epokę transparentności, a w istocie produkuje nowe półprawdy i fikcję.

A w centrum tego zamieszania, z ręką w kieszeni, stoi Karol, człowiek, który w każdych warunkach byłby trudny do zdemaskowania. Jest osobowością fascynującą, ze skazami jak my wszyscy, a jednak inny od nas wszystkich. Produkt innego wychowania, predestynowany do tego, aby był inny, aby te różnice podtrzymywać – mieszkaniec planety Windsor. „On dzieli niepewności i lęki innych ludzi. Mam odczucie, że nawet w tym swoim dziwnym świecie jest postacią dziwną, choćby dlatego, że dzieli z innymi ludźmi ich pasje i niepokoje” – powiedziała Lucia Santa Cruz, jego przyjaciółka od czasów uniwersyteckich. „Myślę, że jest jedną z najbardziej niedocenianych postaci w nowoczesnej historii”[8]. I ona może mieć rację. Trudno Karola zrozumieć, bo nie możemy go osądzać wedle znanych nam doświadczeń i oczekiwań. Z tych samych powodów on sam czasem nie jest w stanie zrozumieć nas, i to jeszcze bardziej komplikuje wzajemne zrozumienie.

Oczekuje bliskości, ale kontynuuje zwyczaje, które nakazują wielu przyjaciołom i pracownikom zwracanie się do niego per „sir” (czasem podpisuje swoje osobiste notatki „Carrick”, imieniem pochodzącym od jednego z jego hrabstw). „W Clarence House panuje także stały konkurs – ukłonić się jak najgłębiej, ale się nie przewrócić” – powiedział jeden z pracowników jego dworu. Spadkobierca tronu na straży wielowiekowych nierówności społecznych, a zarazem ciężko pracujący w swoich organizacjach charytatywnych człowiek, który próbuje zrekompensować tę niesprawiedliwość. Krąży jak fryga między swoimi rezydencjami, ale zdołał zainstalować w Highgrove i innych swoich domach urządzenia przyjazne ekologicznie oraz oszczędzające energię. Poszukuje mądrości, ale czasem po wysłuchaniu złych porad potrafi zrobić rzeczy niemądre. Słowem: łatwiej go skrytykować, niż zrozumieć. „Bardzo możliwe, że jest najbardziej kreatywnym autorem projektów w dziedzinie działalności filantropijnej na świecie – opisuje go lord Sacks – choć częściej niż inni traktowany jest jako ktoś bez wyższych motywacji i celów”[9]. To jeden z liderów w dziedzinie ochrony środowiska, uwieczniony w karykaturze jako ktoś, kto rozmawia z roślinami. Pracuje od rana do nocy, łącząc coraz więcej obowiązków królewskich z zobowiązaniami organizacji, które sam powołał do życia. Jednak uznawany jest za kogoś, kto się za bardzo nie przemęcza.

Prawda jest taka: urodzony, aby zostać królem, w istocie mierzy wyżej. Dla siebie poszukuje ważnych celów, możliwości rozwoju, szczęścia. Ale innym chce dać jeszcze więcej. Jego oczy wzniosły się i spoczęły na tak ambitnych celach jak polepszenie warunków życia ludzi i „zreperowanie” zniszczonego świata. „Wybieram jedynie najbardziej trudne zadania. Ponieważ chcę przywrócić nadzieję tam, gdzie panuje beznadzieja, i zdrowie tam, gdzie panuje ubóstwo” – powiedział mi, kiedy siedzieliśmy w jego wygodnym gabinecie w Birkhall w posiadłości Balmoral[10]. „Wiele rozmawialiśmy na temat jego poczucia winy z powodu uprzywilejowanego życia. Czasem myślę, że jego największą motywacją jest właśnie poczucie winy” – snuje refleksje Emma Thompson[11].

Nietrudno zgadnąć, skąd się to bierze. Birkhall jest jedną z czterech oficjalnych rezydencji księcia wymienionych na jego stronie internetowej, a przecież korzysta jeszcze z innych domów, w Szkocji i Rumunii, ma także akces do pałaców swojej rodziny. Jego publicznie zadeklarowany dochód wynosił w roku podatkowym 2013–2014 około 19,5 miliona funtów z Księstwa Kornwalii, posiadłości ufundowanej w 1337 roku, która miała utrzymywać następców tronu, plus 2,2 miliona z Sovereign Grant, przekazywane przez brytyjski rząd na utrzymanie m.in. królowej wykonującej obowiązki głowy państwa, a także niektórych członków jej rodziny. W „The Prince’s Annual Review”, roczniku wydawanym przez jego sztab prasowy, oraz informacjach o Księstwie Kornwalii nie ma wprawdzie finansowych detali, ale w tym samym roku ujawniono, że oficjalne wydatki na jego dwór wyniosły 12,1 miliona funtów, pewne kwoty wydano na utrzymanie synów i synowej, koszty większych projektów i podatki wyniosły 4,2 miliona funtów, więc pozostało 2,5 miliona jako dodatek do dochodów z jego prywatnych inwestycji.

Tak więc książę jest bogaty – może nie tak bogaty jak „czarne charaktery Bonda” – ale jest w stanie żyć lepiej niż komfortowo. Niektórzy jego krytycy twierdzą, że powinien finansować swoje organizacje charytatywne. „Wszystkie instytucje są zarządzane i prowadzone niezależnie. Podczas kiedy JKW pozostaje patronem, nie ma jednak tyle pieniędzy, aby je finansować, i nie byłoby to dobre – powiedział jeden z jego pracowników. – Wiadomo, że podstawą każdej działalności filantropijnej jest zbieranie funduszy, równie ważne są kontakty z biznesmenami, rządem oraz społeczeństwem. I jeżeli JKW finansowałby te wszystkie instytucje, nie miałyby tak wysokiej wiarygodności i niezbędnej pomocy z innych sektorów”.

Clarence House nie publikuje informacji o prywatnych dochodach Karola ani wysokości podatków, jakie od nich płaci. Podczas konferencji prasowej na temat nowego wydania (2013–2014) jego „Annual Review” szef zespołu prywatnych sekretarzy William Nye zręcznie odbił pytanie o to: „Powiedzmy sobie jasno – mówił dziennikarzom Nye. – Jeśli [książę] ma jakieś inne prywatne dochody, one pozostają prywatne, więc raczej was o tym nie poinformuje. Ale chciałbym, żeby to było jasne: bez względu na to, ile zarabia, płaci od tego podatki. Nie ma takich wpływów, od których nie płaciłby podatków”[12].

W podobnej mgle toną finanse monarchii. Kiedyś pałac Buckingham opowiadał, że roczny rachunek, jaki płaci na królową każdy Brytyjczyk, nie jest wyższy niż cena filiżanki kawy. Ale to było dawno, zanim mieszkańcy miast przyzwyczaili się płacić za filiżankę cappuccino 2,85 funta, czyli znacznie więcej niż wyliczone przez pałac 56 pensów na głowę obywatela. Jeśli weźmiemy pod uwagę kalkulacje pałacu dotyczące pieniędzy, jakie królowa dostała od rządu (Sovereign Grant) w roku podatkowym 2013–2014, czyli 36,1 miliona funtów, i podzielimy je przez liczbę obywateli Wielkiej Brytanii, a nie liczbę płatników podatków, to wtedy roczny wydatek na utrzymanie monarchii wyniesie blisko 1,19 funta na głowę, czyli wciąż nie tak wiele. Ale w rzeczywistości monarchię utrzymują jedynie podatnicy, a nie wszyscy mieszkańcy Wielkiej Brytanii – grant od rządu rozkłada się tylko na podatników, a wtedy składka jest już o wiele wyższa, niż to podaje pałac. A będzie jeszcze wyższa, jeśli do tego dołączymy rachunek za zapewnienie bezpieczeństwa VIP-om, w tym rodzinie królewskiej, który wynosi około 128 milionów rocznie.

Królowa nie kosztuje mało, ale nie jest najdroższą głową państwa. Pewne analizy uniwersyteckie wykazały, że różnica między utrzymaniem niemieckiego prezydenta a brytyjskiej monarchii jest minimalna[13]! Tak więc potencjalny brytyjski prezydent i jego cały aparat wcale nie musiałyby okazać się bardziej ekonomiczne. No, ale prezydent rządzi obywatelami, a nie poddanymi. Przyczyną, dla której pewni ludzie nigdy nie zaakceptują monarchii i związanych z nią społecznych niesprawiedliwości, jest to, że głowy państwa nie wybiera się w wolnej elekcji. Koncept monarchii, podobnie jak „czajniczka Bertranda Russella”, polega na masowej akceptacji pewnej szalonej idei. Russell porównał dogmaty religijne do porcelanowego czajniczka do herbaty krążącego w przestrzeni kosmicznej. „Nikt nie byłby w stanie obalić mojej tezy, gdybym nie zapomniał dodać, że ten czajniczek jest zbyt mały, by mógł zostać dostrzeżony nawet przez najpotężniejsze teleskopy – mówił. – Ale gdybym poszedł dalej i powiedział, że ten kosmiczny czajniczek istnieje, a skoro nie da się udowodnić, że jest inaczej, to odrzucanie mojego twierdzenia jest przejawem nieracjonalnych uprzedzeń, zostałbym uznany za człowieka, który mówi głupstwa. Lecz jeśli obecność takiego czajniczka zostałaby potwierdzona przez starożytne księgi, przekazywano by tę wiedzę w kościołach jako prawdę objawioną i wtłaczano dzieciom do głowy w szkole, brak wiary w istnienie tego czajniczka uznano by za nieracjonalne uprzedzenia”[14]. Dziś w Wielkiej Brytanii oraz krajach Commonwealthu (Wspólnoty Narodów) posłuszeństwo wobec monarchy i systemu, który prawa i obowiązki – oraz bogactwo – rozdziela nierówno, raczej mając na uwadze kryterium urodzenia niż z demokratycznego mandatu, jest głoszone z ambon oraz uczy się o nim w szkołach.

Ale wbrew ogólnej opinii monarcha jest nie tylko władcą tytularnym. Królowa odgrywa w Wielkiej Brytanii bardzo poważną konstytucyjną rolę. Jest źródłem praw, najwyższym dowódcą sił zbrojnych i głową Kościoła anglikańskiego, podpisuje różne akty prawne i może przerwać sesję parlamentu. Doradza premierowi na co dzień i dwukrotnie dokonała wyboru nowego premiera, gdy partia rządząca nie była w stanie zrobić tego sama. Bez słowa akceptuje umowę, że monarcha nie powinien angażować się w sprawy polityczne. Ale jej najstarszy syn postępuje inaczej.

Karol chciałby mieć swój udział w nagłaśnianiu problemów, które są ważne dla niego i innych i wymagają publicznej debaty, między innymi „dotyczących zdrowia narodu, choć unika wtrącania się w sprawy czysto polityczne”[15]. Jego pozycja daje mu szansę wypowiadania się na takie tematy, a jego publiczności dowiadywania się o nich z innych źródeł niż oficjalne. Z idealizmem, który dobrze zna większość prowadzących jego kampanie, z wizjami, które nie muszą być korygowane przez kolejne wybory parlamentarne, stał się świetnym organizatorem z ogromnymi możliwościami. I już wywarł na kilka dziedzin życia większy wpływ niż wielu jego zwolenników czy też krytyków. Jego sposób myślenia, wolny i nieskrępowany, kieruje go w stronę terytoriów mniej znanych, niż ludzie mogliby przypuszczać.

Książka, którą Karol napisał z Ianem Skellym i brytyjskim aktywistą ochrony środowiska Tonym Juniperem, opublikowana w 2011 roku, rozpoczyna się takim oto zdaniem: „To jest nawoływanie do rewolucji!”[16]. Harmonia: nowy sposób patrzenia na nasz świat to manifest programowy księcia. Jego przerażeni pracownicy ze względu na kontrowersyjne treści zrobili wszystko, żeby promować ten tekst tak dyskretnie, jak to możliwe. Już w 1994 roku książę wywołał w Kościele anglikańskim prawdziwy popłoch, sugerując, że zamierza zmienić tytuł królewski „obrońca wiary” na inny, „obrońca wiar”, nietrafnie zinterpretowany jako próba nadania równego statusu wszystkim religiom obecnym w Wielkiej Brytanii[17]. Harmonia jest osobistym wyznaniem wiary, które łączy jego różne zainteresowania, takie jak architektura, medycyna holistyczna, ekologia, edukacja, porozumienie między religiami, i... determinacja, by skłonić Brytyjczyków do powrotu do jedzenia baraniny. Jego filozofia łączy wieczność z wiarą w starożytną mądrość, z holizmem, który namawia do łączenia wszystkich naturalnych systemów i innych idei pochodzenia mistycznego z wąskimi dogmatami Kościoła anglikańskiego, który pewnego dnia będzie reprezentował. Istnieje też wersja tej książki dla dzieci opublikowana tylko w Stanach Zjednoczonych, którą kończy taki oto apel: „Mam zamiar być Obrońcą Przyrody. Czy chciałbyś mi w tym pomóc?”[18].

Bliższe spojrzenie odkrywa fundamentalną i niepozostawiającą pola dla domysłów informację: Jego Królewska Wysokość książę Karol Filip Artur Jerzy, książę Walii, odznaczony Knight of the Garter (KG), Knight of the Thistle (KT), Knight Grand Cross of the Order of the Bath (GCB), Order of Merit (OM), Knight of the Order of Australia (AK), Companion of the Queen’s Service Order (QSO), Privy Counsellor (PC), Aide-de-Camp (ACD), hrabia Chester, książę Kornwalii, książę Rothesay, hrabia Carrick, baron Renfrew, lord Wysp i książę i wielki steward Szkocji – przyszły monarcha, symbol prawa, awatar Firmy (już król Jerzy VI mówił o monarchii: „Nie jesteśmy rodziną, tylko Firmą), widzi siebie jako renegata.

Od lat zabiera głos w publicznych debatach i patrzy, jak jego opinie zaczynają żyć. „Z uwagi na swoją pozycję jest w stanie nagłaśniać wszystkie sprawy” – mówi jego przyjaciel Patrick Holden, właściciel farmy organicznej, fundator i dyrektor Sustainable Food Trust (nie ma on żadnych związków z Anthonym Holdenem, dziennikarzem z „Sunday Timesa” i biografem Karola). „To poczucie służby pokazuje, że jest on człowiekiem z klasą”[19]. W wielu wypadkach to nagłośnienie pomaga istotnym problemom przedrzeć się do publicznej świadomości, w innych jest niestety zgubne. Zarówno monarchiści, jak i republikanie twierdzą zgodnie, że książę powinien postępować podobnie jak jego matka, z dystansem i w milczeniu, oraz być symbolem idei jedności narodu i służby publicznej. Ale Karol w tym aspekcie nigdy nie będzie taki jak jego matka. Jest bardziej podobny do swojego chętnego do wyrażania opinii ojca, co czasem prowadzi do spięć. I, paradoksalnie, ma pewne wspólne cechy z Dianą, księżną Walii, której życie i śmierć w 1997 roku w Paryżu w wypadku samochodowym mocno zmieniły stosunek społeczeństwa do Karola, jednak nie na lepsze.

„Pewnego razu Diana wyjaśniła mi, że to jej własne cierpienie zbliżyło ją do ludzi odrzuconych” – powiedział jej brat hrabia Spencer podczas słynnego wystąpienia na pogrzebie siostry. Kierujący się intuicją i współczuciem, zmienny w nastrojach książę, podobnie jak jego była żona, zamienił swoje cierpienie na współczucie innym, aby przez pomoc im wzbogacić siebie. Takie koło życia. Tak jak ona, potrafi budować, ale także burzyć. Karol jest także królem serc, wrażliwy introwertyk, któremu współczucie każe wyjść na zewnątrz, by zmieniać świat na lepsze. Niedawno uwierzył, że w ten sposób wcale nie mija się ze swoją życiową rolą, więcej – proponuje wzbogacić monarchię o nowe znaczenia.

No i, przejmując od matki kolejne obowiązki, próbuje zracjonalizować swoje pasje, aby chronić monarchię i nie wchodzić, rozmyślnie czy przypadkiem, w sprawy, które mogłyby zaszkodzić jego królewskim powinnościom związanym z urodzeniem. Ta biografia została napisana przeze mnie z wiarą, że ukrywanie wpadek nie posłuży ani instytucji, którą w przyszłości poprowadzi, ani demokracji, której jest konstytucyjną podporą. A jeśli czasem czyta się ją jak humoreskę, to dlatego, że życie Karola bywa zabawne, gdy przyjrzymy się ludziom z najbliższego otoczenia czy też jego niekiedy dziwacznym zachowaniom. Opowiada dowcipy, a zdarza się, że są o nim samym. Jak mówi Emma Thompson: „Jest w tym wszystkim coś głęboko absurdalnego, a on jest inteligentnym człowiekiem i potrafi to dostrzec”[20].

Ale ta książka ma także poważniejsze intencje. Debata wokół przyszłości monarchii jest niezwykle ważna dla zdrowej demokracji, w której jest osadzona. Argumenty wspierające monarchię wydają się oczywiste – w przeciwieństwie do „czajniczka Russella” – jeśli wie się, gdzie patrzeć. Ale trzeba rozumieć rolę głowy państwa w Wielkiej Brytanii, znać ciężar grawitacyjny planety Windsor i wiedzieć, jaki wpływ rozpad tego ciała niebieskiego mógłby mieć na Ziemię. Ta książka próbuje przedstawić argumenty obu stron sporu.

A jeśli chodzi o księcia, naprawdę zasługuje na zrozumienie.

Czwartego marca 2014 roku mieszkańcy pałacu Kensington (KT) zostali zmuszeni do działania niezgodnego z ich zasadami. Zorganizowali dla dziennikarzy wieczorek, jednak nie dla wszystkich, a jedynie dla królewskich korespondentów – zagubionych dusz skazanych na dobijanie się całymi dniami o materiały dotyczące domu Windsorów. Książęta William i Harry, których niechęć do naszego zawodu jest szeroko znana, najwyraźniej nie czuli się w tej sytuacji dobrze. William udawał, że pogaduje z nami, i uciekł natychmiast, kiedy to było możliwe. Jego młodszy brat, cały w pąsach, przyjął z kolei wojowniczą postawę i przesłuchiwał ludzi z „Daily Maila” na temat sposobów organizowania newsów do internetowego wydania gazety, a zwłaszcza dostarczanych przez paparazzich krótkich newsów do tzw. kolumny niesławy. Kate z George’em na rękach chętnie wmieszała się w tłum.

To był dziwny event, najwyraźniej nieprzyjazny dziennikarzom, czego dowodami były miejsce spotkania – korytarz łączący biura administracji zajmującej się sprawami młodzieży królewskiej – i śladowa ilość wina z butelek z zakrętkami. Niektórzy z gości potraktowali to jako zniewagę, inni jako pozytywny znak, że książę i księżna Cambridge, znani do czasu ich małżeństwa w 2011 roku jako William i Kate, oraz książę Harry, który jak w historii z sitcomu mieszka obok nich w KT, próbują skończyć z formalnościami dworów ich babki i ojca. Wniosek był taki: lepiej współbrzmią z czasami, w których żyją, dlatego są bliżej ludzi.

Oficjele wyjaśnili nam to wszystko jeszcze przed pojawieniem się królewskiego tria. Młodzi książęta osiągnęli już wiek dojrzały, kariera wojskowa Williama już się zakończyła, Harry zamienił latanie helikopterem na pracę przy biurku i razem z Kate rozpoczynają właśnie życie pracujących członków rodziny królewskiej. Ich doradcy nie są jeszcze pewni, jak to będzie wyglądało i jakimi sprawami rodzina Cambridge i Harry mają się zajmować. Celem spotkania było usytuowanie ich jako części Firmy królewskiej odrębnej od postaci głównych – królowej Elżbiety II oraz księcia Walii. Harry przygotowywał się właśnie do zainaugurowania jednego ze swoich pierwszych projektów, Invictus Day, zawodów sportowych dla żołnierzy rannych w walce. I gdy rozmawiał z nami jak prawdziwy żołnierz, kilka razy podkreślał, że w przeciwieństwie do ojca nie będzie budował imperium charytatywnego czy zatrudniał w swoim biurze wielu pracowników. Zamierza ułożyć swoją przyszłość we własny sposób.

Problem, z jakim będzie musiał się zmierzyć Harry, jest taki sam jak ten, z którym musiał się uporać Karol – jak „przypadkowy fakt” narodzin w rodzinie królewskiej zamienić w życie społecznie użyteczne. Dziś już trzy pokolenia brytyjskiej rodziny królewskiej pracują na rzecz szlachetnych celów, w sumie osiemnaścioro ludzi: królowa, książę Filip, Camilla, Karol, jego synowie i synowa. Plus książęta Andrzej i Edward z żona Zofią, hrabina Wesseksu. Potem księżniczka Anna i wielu innych krewnych, których nawet entuzjaści rodziny królewskiej nie są w stanie zidentyfikować: książę Gloucester, księżna Gloucester, książę Kentu, księżna Kentu, księżniczka Aleksandra, książę i księżna Michael z Kentu – wszyscy sprawujący różne, nie do końca określone formy służby publicznej. Nie ma tu żadnego podręcznika i, stojąc w coraz dłuższej kolejce do tronu, nie mają wiele do roboty. Ale „następca tronu to nie jest funkcja, to kłopotliwe położenie” – zaobserwował Alan Bennett, brytyjski aktor i pisarz, i jest to cytat, do którego Karol często sięga w swoich wystąpieniach[21]. Jego produktywność nie powinna być mierzona liczbą oficjalnych spotkań. Królowa wciąż zalicza po kilka krótkich spotkań z publicznością dziennie, ale jej pierworodny woli poświęcać każdemu z wydarzeń więcej czasu. Jego zalety są trudniejsze do oceny, bo choć podobnie jak jego matka stanowi symbol wspólnoty tożsamości oraz dumy narodowej, nie ma funkcji, która to wszystko określa: nie jest głową państwa. Jednak sukces czy klęskę rodziny królewskiej, indywidualne i zbiorowe, najlepiej wyrażają zestawienia ośrodków badań opinii publicznej.

Biorąc pod uwagę właśnie te oceny, monarchia sprawuje się całkiem dobrze. Królowa pełni także funkcję szefa Commonwealthu, dobrowolnego stowarzyszenia 53 państw, większość, choć nie wszystkie, to byłe brytyjskie kolonie, a pozostaje monarchinią w 16 krajach: w Królestwie Antigui i Barbudy, Australii, na Wyspach Bahama, Barbadosie, w Belize, Kanadzie, Grenadzie, na Jamajce, w Nowej Zelandii, Papui-Nowej Gwinei, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadynach, na Wyspach Salomona, w Tuvalu i Zjednoczonym Królestwie. Jest także głową Podległych Terenów Korony: wysp Jersey, Guernsey i Man, które nie są częścią Zjednoczonego Królestwa, oraz 12 terytoriów zamorskich, pozostałości imperium, takich jak: Anguilla, Bermudy, Brytyjskie Terytorium Arktyczne, Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego, Wyspy Dziewicze, Kajmany, Falklandy, Gibraltar, Montserrat, grupa wysp Pitcairn, Święta Helena, Wyspa Wniebowstąpienia i Tristan da Cunha, Georgia Południowa i Sandwich Południowy, suwerenne terytorium, na którym znajdują się bazy wojskowe w Akrotiri i Dhekelii na Cyprze oraz Turks i Caicos na Oceanie Atlantyckim.

Premier Jamajki Portia Simpson-Miller powróciła do władzy w styczniu 2012 roku i obiecała zmianę ustroju na republikę. A badania opinii publicznej z tego samego roku wykazały, że jej rodacy opowiedzieli się przeciwko tym pomysłom[22]. W odpowiedzi na pytanie, czy są jakieś konkretne plany realizacji obietnicy Simpson-Miller, Diedre Mills, zastępczyni przedstawiciela rządu Jamajki w Londynie, napisała: „Ten problem wciąż jest na Jamajce tematem do dyskusji społecznych i żadna decyzja w tej materii nie została jeszcze podjęta”.

Australijczycy dostali szansę na oddzielenie się od Korony w 1999 roku. Wówczas w referendum 54,87 procent z nich zagłosowało za status quo, a 45,13 procent za usamodzielnieniem się i zastąpieniem królowej prezydentem wybieranym w wyborach powszechnych. Monarchiści wciąż wygrywają ten mecz. A podczas oficjalnej wizyty Williama i Kate w Australii w kwietniu 2014 roku badania opinii publicznej ośrodka Nielsen pokazały, że odsetek zwolenników republiki obniżył się do 35 procent. Premier Tony Abbott, były dyrektor grupy Australijczycy za Monarchią Konstytucyjną, przywrócił brytyjski zwyczaj honorowania zasłużonych tytułami szlacheckimi.

Premier Nowej Zelandii John Key zainicjował debatę nad zmianą flagi narodowej, co miało stanowić część szerszej dyskusji nad odrzuceniem monarchii, i uważa, że jej wynik nie będzie zgodny z marzeniami republikanów. Nowozelandzka flaga narodowa od XIX wieku i czasów kolonialnych zawiera brytyjską flagę. W 2014 roku nastąpiła kolejna inwazja Brytyjczyków. Kiedy jednak William i Kate przybyli do brzegów Nowej Zelandii, a ulice zaroiły się podekscytowanym tłumem z flagami nowozelandzkimi i brytyjskimi, Key zmienił zdanie. „W głębi serca czuję, że czas wprowadzenia republiki nieuchronnie nadejdzie, ale ten moment znacznie się chyba oddalił”[23].

W Wielkiej Brytanii ta perspektywa wydaje się jeszcze odleglejsza. W 1969 roku, kiedy ośrodki badań opinii publicznej po raz pierwszy postawiły pytanie, czy kraj lepiej sobie poradzi bez Windsorów, około 20 procent respondentów odpowiedziało „tak”. Przez bardzo długi okres ta cyfra pozostawała bez zmian, mimo kilku niewielkich wzrostów popularności republikanizmu spowodowanych błędami królewskimi oraz konfliktami między Karolem i Dianą. W szoku po śmierci Diany nastroje antymonarchistyczne, zamiast się wzmocnić, znacznie opadły. Potem monarchia traciła wsparcie, ale republikanizm wcale nie nabierał wiatru w żagle. Badania przeprowadzone przez Brytyjski Ośrodek Badań Postaw Społecznych (BSA) od 1983 roku, kiedy 86 procent Brytyjczyków opowiadało się za utrzymaniem monarchii, mówiły, że w roku 2006 ta cyfra spadła do 59 procent. Jednak od roku 2012 ten obraz znowu się zmienia, i to drastycznie. Badania Ipsos MORI tuż przed uroczystościami obchodów diamentowego jubileuszu Elżbiety II znów zarejestrowały spadek nastrojów prorepublikańskich, tym razem za sprawą odrodzenia się popularności rodziny królewskiej[24]. I w 2013 roku już 75 procent respondentów w odpowiedzi na pytania BSA odpowiedziało, że ich zdaniem monarchia jest Wielkiej Brytanii potrzebna[25].

Jeśli spojrzeć na okoliczności, ten powrót stabilnej formy monarchii wydaje się wprost niezwykły! W polityce zamieszanie, w systemie bankowym i mediach sytuacja jeszcze gorsza. Zaufanie dla policji, a także dla BBC, mocno nadwyrężone. A kościoły, uwikłane w skandale, walczą o przystosowanie się do nowych społecznych oczekiwań. Wszędzie to samo – jak świat długi i szeroki spada zaufanie społeczeństw do najważniejszych instytucji państwowych. Silne rządy stają się zaprzeczeniem demokratycznych oczekiwań społeczeństwa. W tym pełnym zamieszania okresie dodatkowo widać skutki arabskiej wiosny, swoją obecność zaznaczają ruchy globalizacyjne i antyglobalizacyjne – raczej gniew niż duma wypycha ludzi na ulice.

W Hiszpanii ten gniew skierował się przeciw monarsze, który znowu został oskarżony o wycofanie się z demokratycznych reform po śmierci generała Franco. Królowi Juanowi Carlosowi wybaczono wprawdzie wakacje w Botswanie w towarzystwie kobiety, która nie była jego żoną, i strzelanie na safari do słonia, mimo że jest honorowym prezesem hiszpańskiego oddziału organizacji chroniącej zwierzęta. Ale wydarzenia te miały miejsce podczas kryzysu ekonomicznego w Hiszpanii, który odebrał pracę jednej czwartej pracowników, a połowa młodych ludzi znalazła się na bruku. „Z powodu tej sytuacji nie mogę spać” – skarżył się król i domagał się współczucia. W czerwcu 2014 roku jego córka Cristina zeznawała jako świadek w sprawie korupcyjnej męża i wówczas poparcie dla hiszpańskiej monarchii, po raz pierwszy od jej restauracji, spadło poniżej 50 procent. Juan Carlos abdykował na rzecz syna Filipa (Cristina niedługo potem została skazana za oszustwa podatkowe, chociaż adwokaci jej i jej męża Iñakiego Urdangarina wciąż twierdzili, że oboje są niewinni). Instytucja monarchii nie jest już żadnym gwarantem, który uchroni przed złą nowoczesnością i nieznaną przyszłością.

A tu, w Wielkiej Brytanii, okazuje się, że tłum wciąż oklaskuje Windsorów! Podczas uroczystości ślubnych Williama i Kate w 2011 roku Londyn wypełnił się tłumami. Dziesiątki tysięcy wcisnęły się na Civic Square w Wellington, a kolejne zebrały się przed gmachem Opery w Sydney, kiedy w 2014 roku para odwiedziła Nową Zelandię i Australię. „Jestem rojalistką od urodzenia – powiedziała jedna z entuzjastek stojących przed operą, Caroline Mumford. – Mam to we krwi. Kiedy widzę Kate, jej promienną urodę... Jest jak powiew świeżego powietrza. I William, musimy o nim pamiętać”[26].

Zdjęcia Kate z tej oficjalnej wizyty tak często zdobiły pierwsze strony „Time’a”, że kiedy któregoś dnia ich zabrakło, jakiś czytelnik napisał do redaktora naczelnego: „Szanowny panie, środowe wydanie dziennika nie ma zdjęcia księżnej Cambridge. Mam nadzieję, że wszystko z nią w porządku”[27]. Jak jej teściowa, której nigdy nie poznała, Kate wnosi do monarchii urodę i czar, których próżno szukać w genach Windsorów.

Jednocześnie królowa nawet na moment nie zostaje zepchnięta na boczny tor, ani przez promienną młodość, ani deszczowe chmury. Wystarczy spojrzeć na ludzi stłoczonych wzdłuż brzegów Tamizy podczas parady łodzi z okazji diamentowego jubileuszu, by zobaczyć 86-letnią wtedy monarchinię dzielnie stojącą w deszczu na paradnej barce i pozdrawiającą ludzi na brzegu. Sześcioro ludzi z flotylli łodzi znalazło się potem w szpitalu z powodu wyziębienia, ale nie ona! „Muszą mnie widzieć, aby mogli we mnie wierzyć” – powiedziała potem[28].

Kierując się tym mottem, Windsorowie odwiedzają fabryki i magazyny sklepowe, szkoły i szpitale, przecinają wstęgi i odsłaniają tablice, w terenie, oddzieleni barierkami, i w pokojach pełnych ludzi, oglądani i podsycający zaufanie. I kiedy królowa i jej małżonek, z uwagi na coraz bardziej zaawansowany wiek, podejmują się krótszych podróży i mniej forsownych obowiązków, dwie młodsze generacje przejmują pałeczkę w sztafecie pokoleń. W październiku 2011 roku, po instrukcji ojca, w tym udzieleniu informacji, jak posługiwać się mieczem specjalnie przywiezionym z Birkhall, William po raz pierwszy stał obok królowej podczas uroczystości nadawania szlachectwa. A miesiąc później Karol zadebiutował w roli prezydenta prowadzącego co dwa lata spotkanie przywódców państw Commonwealthu.

Była to szczególnie delikatna sprawa – po części z powodu skomplikowanego rytuału – by skłonić członków Wspólnoty Narodów do zaakceptowania księcia jako nowego szefa organizacji. I po śmierci jego matki odbędzie się na ten temat debata. Ale jeśli ten dobrowolny związek niezależnych państw ma przetrwać „drugą epokę elżbietańską”, czekają go nowe zadania. Traktując resztki imperium jako wehikuł umacniania się raczej niż osłabiania niezależności, liderzy państw Commonwealthu zostali zobowiązani do wprowadzania w swoich krajach demokracji, wolnych wyborów i rządów prawa. Choć tak się jakoś złożyło – pałacowi oficjele patrzyli na to przez palce – że książę otwierał sesję Wspólnoty Narodów na Sri Lance przy międzynarodowych protestach przeciw łamaniu przez władze praw człowieka w tym kraju. Było to, ironizował jeden z pracowników Clarence House, „jedno z najkrótszych spotkań Commonwealthu w ostatnich latach”.

Ta książka przynosi także nowe spojrzenie na zagraniczne misje Karola i używanie królewskiej soft power nie tylko w promowaniu brytyjskich interesów i utrzymaniu całości Commonwealthu, ale podejmowaniu spraw, których nie ma odwagi podejmować rząd. Książę jest ekspertem w problemach Dalajlamy i jego zwolenników. Leży mu na sercu sprawa Armenii. A Rumuni traktują go jak ziomka nie tylko dlatego, że Karol jest podobno potomkiem Włada Palownika, XV-wiecznego władcy, na którym Bram Stoker oparł swoją fikcyjną postać Drakuli. „Mam kilka palików w tym kraju” – żartuje często książę. Ma w Transylwanii dwie nieruchomości i lobbuje za ochroną tradycyjnych wiosek w tym regionie.

Królewscy szejkowie z Bliskiego Wschodu, zwykle niezbyt zachwyceni rangą brytyjskich dyplomatów, przyjmują Karola jak swojego. „Pojechał załatwiać tam sprawy, których nikt inny by nie załatwił” – usłyszałam podczas wizyty księcia w Arabii Saudyjskiej w lutym 2014 roku. Zdjęcia Karola tańczącego z mieczami okrążyły świat. „On kocha się przebierać i tańczyć” – powiedział jego przyjaciel. Ale to nie wszystko, co miał na myśli. Książę bardzo wspiera brytyjskie służby specjalne. Jest ich patronem, pierwszym z rodziny królewskiej, i fundatorem wewnętrznej nagrody dla najlepszych z tych, „którzy pracują anonimowo i w ukryciu, nie licząc na uznanie”. Brytyjskie służby pracujące w kraju i za granicą: MI5 (kontrwywiad), MI6 (wywiad) i GCHQ (wywiad elektroniczny), przekazały na użytek tej książki takie oto oświadczenie: „Wkład Jego Królewskiej Mości dla służb specjalnych jest przez pracowników tych trzech agencji przyjmowany z satysfakcją i wysoko ceniony”. „Jest niewiarygodny, to dla nas bardzo cenny nabytek” – powiedział wysoki rangą urzędnik z brytyjskiego Biura Spraw Zagranicznych. W dalszej części książki rozwinę ten wątek.

Wydawałoby się, że mając takie oceny i aplauz społeczeństwa, książę jest ogólnie kochany, a im więcej przejmie obowiązków królewskich, tym bardziej będzie akceptowany. Ale badania opinii publicznej mówią, że jest wciąż najsłabszym ogniwem wciśniętym między prestiż swojej matki i urok młodszej generacji. Nie jest znienawidzony, ale też nie jest kochany, a republikanie uważają go za świetny dowód na to, że powinno się go zastąpić prezydentem wybieranym w wolnej elekcji. Czy Karol jest naprawdę obciążeniem dla monarchii, dla demokracji i wreszcie dla siebie samego?

W dalszej części książki będę próbowała odpowiedzieć na te pytania, raczej stawiając na Karola jako przyszłego króla niż na jego detronizację czy jakąś inną kombinację zdarzeń. Aby to uczynić, chcę pokazać skomplikowaną naturę księcia – szlachetne motywacje humanitarne przeplatane kaprysami i obsesjami, które psują jego wizerunek. Pokażę jego niezwykłe osiągnięcia, ale i wcale nie mniejsze błędy, jego środowisko, które wyprodukowało kogoś zdolnego do tak ekstremalnych zachowań, i jego wielkie ambicje, co znaczy, że nigdy nie będzie zadowolony z roli figuranta. By na koniec odpowiedzieć na pytanie, które stanowi sedno sprawy, a które bywa pomijane: dlaczego on sam bywa, i to wcale nierzadko, swoim własnym wrogiem?

Karol wygląda jak urodzony książę, urodzony nie z jedną, ale z całą zastawą przysłowiowych srebrnych łyżeczek w ustach. I od śmierci swojego dziadka w 1952 roku był jedynym kandydatem na następcę tronu w królewskim establishmencie. Ten przywilej, ale i dożywotni wyrok, ścigał go przez całe życie, nie pozwalając czuć się jak zwykły śmiertelnik, miał zawsze dystans do innych, był obserwujący i obserwowany. Jego poczucie alienacji było oczywiste. „Próbowałem stawiać się w sytuacji innych ludzi, a ponieważ wciąż jeździłem po kraju, często rozmyślałem o ludziach mieszkających w miastach i na ulicach, które mijałem” – mówił mi[29]. Inni członkowie jego rodziny wydawali się łatwiej akceptować swoją sytuację. „Ludzie pytają mnie czasem: »Czy chciałby pan zamienić się ze mną na życia na 24 godziny? Pana dzień musi być raczej dziwny«” – powiedział kiedyś jego młodszy brat książę Andrzej. „Ale ja nie doświadczyłem nigdy innego życia, więc nie jest dla mnie dziwne. I to samo jest z królową. Przecież nigdy nie doświadczyła niczego innego”[30].

Gdyby mógł zamienić się z kimś na życie na 24 godziny, Karol chętnie skorzystałby z tej szansy. Ale zamiast tego szuka przewodnika po tej planecie, do której chyba nie całkiem należy. W 1985 roku przyjechał do redakcji „The Economist”, gdzie wtedy pracowałam, na „lunch ze swoimi rówieśnikami”. Jego prośba, czy rozkaz, wyłączyła mnie z tej grupy. Byłam zbyt młoda i podobnie jak on kompletnie wyalienowana. Nie czułabym się dobrze w kantynie dla dyrektorów na czternastym piętrze wielkiego biurowca. Amerykanka edukowana w Wielkiej Brytanii, wierząca w demokrację wartości nie tylko dlatego, że to dobry pomysł, ale dlatego, że w tej kulturze dorastałam. Przejrzałam na oczy, kiedy zaczęłam pisać dla „Economista”, gdzie pracowali głównie mężczyźni wychowani w elitarnych prywatnych szkołach i college’ach Oxbridge. Minęły trzy dekady, a system klasowy wciąż był obecny w życiu Brytyjczyków. Redakcje krajowej prasy z górnej półki, jak wiele innych ważnych instytucji, są wciąż zdominowane przez białych mężczyzn z uprzywilejowanych klas, a taka sytuacja z pewnością przeszkadza w przemianach społecznych i klasowych. Oto jeden z najważniejszych argumentów przeciw monarchii: jest gwarantem utrwalania dysfunkcyjnego status quo. Wystarczy spojrzeć na polityczne elity szukające koneksji ze zwykłymi wyborcami i próbujące znaleźć kontakt z redaktorami naczelnymi tabloidów, krążące wokół brytyjskiego wojska, aby zrozumieć, jak bardzo dysfunkcyjny jest ten system.

„Economist” zawsze był bardziej elitarny niż inne krajowe dzienniki. A wtedy całkiem spora liczba dziennikarzy miała szlacheckie pochodzenie, smokingi, reprezentowała dość stare pieniądze, żeby spoglądać na królewską rodzinę z góry, jak na niemieckich nuworyszów. Nasze pismo, wieża z kości słoniowej, od której to formy architektonicznej książę odwróciłby się ze wstrętem, trudno byłoby nazwać miejscem, które pozwalałoby zrozumieć współczesny świat. Ale było to środowisko szacowne, nieszkodliwe i cywilizowane. Moi koledzy byli świetni, byli kwintesencją brytyjskości – i Karol pilnie potrzebował ich mądrości i wiedzy.

Przed