Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Krzywda. Historia moich blizn ebook

Eve Ainsworth  

3.90909090909091 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 224 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krzywda. Historia moich blizn - Eve Ainsworth

Czy zawsze czas leczy rany?

Gabi to popularna i lubiana w szkole dziewczyna. Ma wielu znajomych oraz ogromny talent do jazdy na deskorolce. Niestety nie wszystko jest tak piękne, jak się wydaje… Jedno niespodziewane wydarzenie sprawia, że dziewczyna zaczyna podejmować dramatyczne decyzje, które oddalają ją od rodziny i przyjaciół. Gabi nigdy dotąd nie czuła się tak samotna, ale wkrótce przekona się, że nie tylko ona cierpi…

 

Najnowsza powieść Eve Ainsworth to przejmująca historia bezsilności - cierpienia ciała i duszy. Autorka mierzy się z trudnymi problemami samookaleczenia i braku akceptacji wśród nastolatków.

Opinie o ebooku Krzywda. Historia moich blizn - Eve Ainsworth

Fragment ebooka Krzywda. Historia moich blizn - Eve Ainsworth

Tytuł oryginału: DAMAGE
Tłumaczenie: MARCIN MORTKA
Redaktor prowadzący: JUSTYNA JEDNORÓG
Redakcja: TERESA ZIELIŃSKA
Korekta: MONIKA PRUSKA, EMILIA GRZESZCZAK
Skład i łamanie: BERNARD PTASZYŃSKI
Text copyright © Eve Ainsworth, 2016 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2017 All rights reserved
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-618-4
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla mojej mamy za to, że obdarowuje mnie siłą i życzliwością. I za to, że zawsze każe mi dać z siebie wszystko. Będę próbować.

Wróciłam. Wróciłam i otworzyłam drzwi.

Za moimi plecami nasilała się burza. Rzęsisty deszcz smagał mnie po plecach, szarpał mną, próbował wciągnąć w swoje chłodne objęcia. Mój gruby płaszcz, przemoczony na wylot, przylegał do mnie jak mokra, nieprzydatna szmata. Puste pojemniki na śmieci łomotały o siebie z każdym podmuchem wiatru, a woda z rynsztoka – bezlitosny, ciemny nurt – omywała mi buty.

Ohydna, nieprzyjemna pogoda, która nie miała końca. Niby właśnie zaczęło się lato, ale równie dobrze mógł trwać środek zimy.

Uchyliłam drzwi i wślizgnęłam się do środka.

W pierwszej kolejności moje nozdrza zaatakował zapach. Głęboki, nieprzyjemny, źle się kojarzący, który wdarł się do moich płuc i przyprawił mnie o mdłości. W środku było ciemno. Zasłony były zaciągnięte, jakby dom sam się przed czymś chował. Wchodząc do pokoju, miałam wrażenie, że wpadam w środek nadgniłego owocu, którego soki zalewają mi nos oraz usta i utrudniają oddychanie.

Delikatnie otworzyłam drzwi do kolejnego pomieszczenia. Telewizor grał tak głośno, że dźwięk wydawał się zniekształcony. Od ściany odbijał się śmiech publiczności. Śmiech, dużo śmiechu.

Chciałam zasłonić uszy. Chciałam uciekać.

Ale zostałam.

Miałam bowiem ważne pytanie.

ROZDZIAŁPIERWSZY

Wszystko wydaje się teraz inne.

Stoję przy oknie mojego pokoju i oglądam to samo, co zawsze, ale moje odczucia są odmienne. Tak naprawdę przez piętnaście lat niewiele się zmieniło. Ciągle patrzę na ten sam ponury parking. Jak zwykle widzę jakieś samochody w rogach, zazwyczaj poobijane, popsute, porzucone. Tato stoi właśnie na środku asfaltowego parkingu i przyjmuje kolejną dostawę do pubu. Trzyma podkładkę z fakturami i śmieje się z czegoś razem z kierowcą, licząc beczki. Balansuje na lekko rozstawionych nogach, a jego brzuch wylewa się nad talię, ciasno opiętą paskiem. Dobrze widzę zaczątki łysiny, które gorliwie usiłuje zamaskować. Nadal uważa się za młodego chłopaka. Uwielbia to, odkąd pamiętam.

Nagle tracę go z oczu.

Kiedyś uczestniczyłabym w tym wszystkim. Dawna ja wybiegłaby z nim na parking, by się powygłupiać. Zbeształabym kierowcę, Terry’ego, za dziesięć minut spóźnienia. Śmiałabym się, żartowała i zachowywała się tak, jakbym nie musiała się niczym przejmować. Byłam wszak córeczką tatusia. Wszyscy to mówili, bo przecież tacy jesteśmy do siebie podobni.

Trudno o większą pomyłkę. Wcale nie jestem do niego podobna. Od dawna.

Nie sądzę, by ktoś mógł dostrzec tę różnicę. Dla świata zewnętrznego nadal jestem tą samą dziewczyną, ale liczy się to, co jest w środku. A tam doszło do pewnych zmian.

Mur okalający parking jest pokryty plamami, a tynk kruszy się tu i ówdzie. Ogród rozrasta się i wylewa, jakby próbował uciec. Widzę ogromne chwasty i pnącza, które wyzierają przez dziury. Dostrzegam również górną część wielkiej trampoliny. Bliźniacy McKenzie skakali kiedyś po niej jak wariaci – widziałam ich powykrzywiane ciała na tle nieba – ale obaj są już na to za duzi. Przypuszczam, że trampolina całkiem przerdzewiała. Na pewno stoi krzywo – wydaje mi się, że tylko ten ceglany mur utrzymuje ją w pionie.

Po prawej stronie ciągną się garaże. Najbliższy z nich został uszkodzony i brama zwisa teraz jak zepsuty ząb. Cóż, nie wydaje mi się, by wielu ludzi trzymało tam jeszcze samochody.

Dalej stoją miejscowe sklepy i punkty usługowe – kiosk, sklep spożywczy Dela, fryzjer. Kiedyś układałam wzdłuż nich trasę i wyliczałam, ile czasu zabrałoby mi dotarcie do spożywczaka i kupienie tygodniowej porcji słodyczy. Zazwyczaj, jeśli nie było żadnych przeszkód, udawało mi się obrócić w dwie minuty, ale czasami trwało to dłużej, zwłaszcza kiedy Del miał ochotę na rozmowę. Na ogół interesowało go coś śmiertelnie nudnego, na przykład szkoła. Del ma już swoje lata i sklep przejęli jego synowie, a im nie chce się z nikim rozmawiać. Cud, jeśli się któryś uśmiechnie.

Za garażami ciągnie się ulica dobiegająca do Washington Road i skateparku. Kiedyś na samą myśl o nim serce zaczynało mi bić szybciej, a myśli krążyć z ożywieniem. Stałam i wpatrywałam się w niego, wymyślając, co zrobię podczas kolejnej wizyty. Ten park to dla mnie cały świat. Zawsze tak było i chyba dalej tak będzie.

Przyciskam nos do szyby i wyobrażam sobie drogę biegnącą za drzewami z tyłu garażów. Jeśli zmrużę oczy i wytężę wzrok, udaje mi się dostrzec zarys identycznych drobnych kominów, przypominających postacie niskich grubasów pośród zieleni. Szkoda, że nie mogę tam dotrzeć. Do jego domu. Chciałabym móc się teleportować, przeniknąć przez okno, poszybować po niebie i stanąć przed popękanym, podniszczonym frontem szeregowca, w którym mieszkał. Chciałabym położyć dłonie na szorstkim, wyschniętym drewnie i pchnąć furtkę, która zawsze się zacinała.

Z drugiej strony mam nadzieję, że nigdy tam już nie dotrę.

Wciąż za nim bardzo tęsknię.

Taka oto teraz jestem. Zdezorientowana. Ośmieszona. Skrzywdzona. Wszystko legło w gruzach. Ktoś przygasił światło, które we mnie płonęło, i jest źle. Okropnie. Jestem jak opuszczony budynek, po którym snują się duchy i odżywają wspomnienia.

Muszę uciec.

Ale nie mam pojęcia, jak się za to zabrać.

Minęło trochę czasu.

Mama stoi za barem i ściąga kurtkę, odsłaniając czarną spódniczkę. Palce jej szczupłej opalonej dłoni obejmują szklankę z sokiem pomarańczowym. Śmieje się głośno. Nigdy nie pije alkoholu, nawet w święta. Jeszcze nie widziałam, by wypiła więcej niż łyk. Tato, który stoi obok niej, rozmawia głośno z jednym ze stałych klientów, Craigiem, i śmieje się z dowcipu, który wcale nie jest zabawny. Ludzie przychodzą do pubu z długą listą kawałów, które na ogół bywają równie obrzydliwe jak kawałek chleba umaczany w błocie, ale musimy się z nich śmiać. To część naszej pracy – sprawić, by poczuli się ważni i szczególni, choć na chwilę. Zwłaszcza mama jest dobra w udawaniu rozbawionej. Przyklejony uśmiech jest niemal częścią jej stroju – rzadko ją widzę bez niego. Teraz tato coś opowiada, ale w przeciwieństwie do większości bywalców jest naprawdę zabawny. Mama śmieje się najgłośniej i otacza go ramionami, a on pochyla się i całuje ją w głowę.

To prawie słodki widok. Prawie.

Nie cierpię tu siedzieć, ale mam do wyboru pub albo mieszkanie na górze, w którym bez przerwy słychać hałas. Nie da się przed tym uciec. Pub przywiera do ciebie i towarzyszy ci wszędzie.

Siedzę w kącie pubu. Szorstki aksamit krzesła ociera moje gołe nogi. Blat stołu jest lepki i wszystko dookoła śmierdzi piwem. Przybieram minę, którą w myślach nazywam: „Nawet się do mnie nie zbliżaj”, a która na ogół trzyma ludzi na dystans. Amira, siedząca obok mnie, pisze SMS-a, pewnie do Freddiego, ale nie mam nic przeciwko. I tak długo wytrzymała. Cieszę się, że tu jest, i tyle. Wygląda na to, że jest dobrą kumpelą, skoro przyszła do naszego cuchnącego, starego pubu, by dotrzymać mi towarzystwa. Ja mam karę i nie wolno mi wychodzić. Znowu.

– Freddie cię pozdrawia – mówi Amira z lekkim uśmiechem i kładzie telefon na stole. – Ma nadzieję, że dołączysz do niego jutro w parku.

– Pewnie, że tak. Jeśli mi pozwolą... – mówię i krzywię się. – Czasem mam wrażenie, że posiadanie własnej opinii to najgorsza zbrodnia świata.

Amira marszczy lekko czoło, co na moment zakłóca doskonałość jej twarzy. Jesteśmy całkowitymi przeciwieństwami – ona drobna i ładna, ja wielka, głośna i krzykliwa.

– Trochę przesadziłaś – mówi, a jej nieduże dłonie gładzą nerwowo drewniany blat. – Nie sądzę, by twoja mama zasługiwała na to, co z siebie wyrzuciłaś.

Spoglądam na Amirę gniewnie, ale po chwili odwracam wzrok. Gdybym usłyszała to od kogokolwiek innego, chyba trafiłby mnie szlag, ale Amira wie, że wiele uchodzi jej na sucho. Zna mnie nie od dziś.

– Ale ja tylko nazwałam ją suką! Mogłam sięgnąć po coś gorszego – mamroczę w odpowiedzi. Wiem, że zachowuję się jak obrażona małolata – i wkurza mnie to.

– Ile czasu upłynęło? Wciąż jest tak dziwnie od...?

– Od śmierci dziadka? – parskam. Nie chciałam, by moje słowa zabrzmiały ostro, i mój głos natychmiast łagodnieje. – Fakt, jest dziwnie. Już nie ma...

Słyszę czyjeś kroki. Unoszę głowę i widzę, że tato stoi przy nas. Stawia szklankę na stole z głośnym stuknięciem. Nieco lemoniady wylewa się na wysłużoną podstawkę do piwa, a tato odruchowo wciera krople kciukiem w lepki blat stołu.

– Wszystko w porządku, Gabs? – pyta. – Przyszło mi do głowy, że masz może ochotę na coś do picia. Głodna?

– Nie, dzięki.

– Musisz jeść. Przyniosę ci coś z kuchni – mówi i zerka na Amirę. – A ty, skarbie? Też ci coś przynieść? Mamy dziś pyszne ciasto!

– Nie, dziękuję, panie Matthews – odpowiada uprzejmie Amira. – Zjem obiad później, z mamą.

Tato dalej tam stoi. Czuję, jak przestępuje z nogi na nogę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. Wiem, że raczej niczego z siebie nie wykrztusi. Przemówienia nie są jego mocną stroną. Wyrażanie uczuć również nie. Ale go za to kocham. Tato przypomina wielkiego niezgrabnego niedźwiedzia.

– Nie masz czegoś do zrobienia za barem? – pytam.

– Chciałem się tylko upewnić, czy wszystko u ciebie gra...

– A czemu miałoby być inaczej?

Wzdycha.

– No tak. Czemu miałoby być inaczej – powtarza i mierzwi mi włosy. Odsuwam się odruchowo. Nie cierpię, gdy tak robi.

– To o twoją mamę się martwię – dodaje ciszej. – Nie jest wcale taka twarda, za jaką chce uchodzić. Naprawdę ją wkurzyłaś, wiesz? Nie sądzisz, że już czas na rozmowę? Na przeprosiny?

Zerkam na mamę, która właśnie pochyla się nad barem i chichocze z jakimś klientem. Moim zdaniem nic nie wskazuje na to, by coś jej dolegało.

– Ona nas potrzebuje, Gabs – dodaje ojciec cicho.

Wzruszam ramionami. Na wiele więcej nie ma co liczyć.

– Ty też jej potrzebujesz – odzywa się nieco bardziej stanowczo.

Znów spoglądam na mamę, która nadal się śmieje. Nasze spojrzenia na moment się spotykają i mam wrażenie, że czas się zatrzymuje, aż mama odwraca głowę i odchodzi. Moim zdaniem sytuacja wydaje się klarowna – jestem ostatnią osobą na świecie, której by potrzebowała.

Moje stosunki z mamą są dość skomplikowane i nie jestem w stanie inaczej tego nazwać. Niektórym ludziom dopisało szczęście i żyją blisko ze swoimi matkami. Ja zaś nie i koniec. Nie dogadywałyśmy się, odkąd sięgam pamięcią. Tato jest okej, nie narzekam. Potrafimy znaleźć nić porozumienia. Śmiejemy się razem, wiemy, kiedy trzeba dać drugiej osobie nieco przestrzeni, potrafimy się nawzajem rozbawić, ale mama... Serio, poddaję się. Czasem myślę, że z nią dosłownie nic się nie da zrobić.

Amira nie umie tego zrozumieć, co jest jedną z niewielu rzeczy, które mnie w niej irytują. Patrzy na staranny makijaż mamy oraz na jej ciuchy od projektantów i myśli, że jest odjazdową, zabawną babką. Cóż, może dałoby się miło spędzać z nią czas – gdyby nie była ze mną spokrewniona.

Wiem, że ktoś może odnieść wrażenie, że jestem surowa, ale tak nie jest. To nieprawda. Ta niechęć nie jest jednostronna, nie jestem wredną córką-suką. Po prostu... Po prostu między nami stoi ściana. Dzieli nas jakieś pole siłowe, które nie pozwala nam się do siebie zbliżyć. Tato mówi, że jesteśmy jak dwa odpychające się magnesy. Cała ta sytuacja pewnie mocno daje mu się we znaki, bo albo tkwi między nami i próbuje rozwiązać problem, albo – co przytrafia się częściej – całkiem go ignoruje i ma nadzieję, że sam zniknie.

Myślę, że już od dawna nawet nie próbujemy go rozwiązać, co w sumie jest smutne, ale nic na to nie poradzę. Niektórzy ludzie po prostu się nie dogadują i tyle. Nie można sprawić, by coś zaiskrzyło na siłę. Gdybyśmy się siliły na uprzejmość wobec siebie, którąś z nas prędzej czy później trafiłby szlag.

Wieczór mija jak we mgle. Amira siedzi jeszcze chwilę ze mną. Miałyśmy układać plany na wakacje, ale jej nie interesuje nic poza opowiadaniem o Freddiem. W końcu wychodzi, by zjeść obiad z mamą, a w pubie powoli robi się pusto. Patrzę, jak rodzice się krzątają, jak żegnają się z ostatnimi klientami i podliczają kasę, i czuję, jak narasta we mnie znajomy niepokój, a po plecach przebiega dreszcz. Znów mam przeczucie, że zanosi się na awanturę. Zawsze wiem, kiedy ma do niej dojść. Zdaje się, że w powietrzu następuje jakaś zmiana, że między nami przemyka prąd elektryczny. Jesteśmy obie naładowane i wystarczy iskra, by nagromadzony ładunek się uwolnił. Błaha rzecz, największy możliwy drobiazg i bam!

W tej chwili mama odstawia swój popisowy numer i mówi do mnie przez ojca. Dobrze wie, że mnie to drażni. Mam wrażenie, że celowo próbuje mnie zirytować.

– Jeśli sobie myśli, że tym razem machnę ręką i znów jej wybaczę, niech się dobrze zastanowi – mówi łagodnym, celowo przesłodzonym głosem. Wyciera szmatką bar, jej długie paznokcie przesuwają się po lakierze, przypuszczalnie pozostawiając na nim rysy. Wysoki pisk, jaki temu towarzyszy, wdziera mi się do uszu, ale powstrzymuję wzdrygnięcie. Na mojej twarzy nie ma żadnych emocji. Wpatruję się w matkę, jakby nie obchodziło mnie to, co sobie myśli.

– Po co przeciągacie te wasze sprzeczki? – pyta łagodnie ojciec. Spogląda na mnie, uśmiecha się lekko i kiwa głową, jakby chciał mnie zachęcić do odezwania się.

– Ona musi się nauczyć szacunku – mówi mama bardziej stanowczym głosem. – Mam już dość tych zniewag. Nie zasługuję na to. Tak nie może być!

– Jestem przekonany... – zaczyna ojciec, który nadal stara się mówić spokojnym, kojącym głosem.

– Ona nigdy o mnie nie myśli! Ona...

Oczywiście nie muszę długo czekać na chwilę, gdy trafia mnie szlag.

– Tu jestem! Ja istnieję! – Pojawiam się w jej polu widzenia i macham rękami dla lepszego efektu. – Wiem, że chciałabyś, bym zniknęła z twojego życia, ale nadal tu jestem! Wciąż żyję!

– Gabi, to nie w porządku! – mówi ojciec.

Mama jednak tylko wzdycha i wpatruje się we mnie ze smutkiem, jakbym była największym rozczarowaniem jej życia.

– Wiem, że tu jesteś.

– No to przestań tak mówić. To nienormalne!

– Przeprosiłaś już mamę, Gabi? – pyta ojciec.

– Za co?

– Za to, że nazwałaś mnie... – wtrąca się matka, którą również ponoszą nerwy. – Zaraz, jak to było? Nadętą suką z chudym tyłkiem? – Uśmiecha się słodko. – Tak, chyba dobrze zapamiętałam.

Czuję pieczenie policzków.

– Byłam zdenerwowana.

Przypominam sobie tę noc, kiedy wszystko się zaczęło. Miałam dziesiątki pytań dotyczących dziadka. Zasługiwałam na to, by poznać prawdę, a ona nadal chciała taić przede mną niektóre sprawy. Kiedy powiedziała mi prosto w twarz, że nie będzie o nim rozmawiać, nie wytrzymałam.

– To było mocno nie na miejscu! – warczy mama.

Nie mam wyboru, muszę ją przeprosić. Przecież ona nigdy nie przyjmie do wiadomości, że może się mylić, a ja nie zniosę dłużej zmartwienia na twarzy taty. Nie zasłużył sobie na to.

– Przepraszam – mówię najspokojniej, jak umiem, usiłując ukryć wszelkie emocje. Próbuję powstrzymać kolejną tyradę. Czuję smak gorzkich słów na języku, ale połykam je, nienawidząc tego uczucia. Ich gorycz oblepia mi gardło. Chcę wyrzucić z siebie resztę, oczywiście że chcę, ale to nie ma sensu. Wiem o tym.

Matka kiwa głową. Po jej ustach błąka się słaby uśmieszek. Wygląda naprawdę doskonale, jak jedna z tych idealnie zrobionych modelek w telewizji. Widzę w takich chwilach to, co dostrzega w niej Amira i wszyscy inni. Wszyscy ci, którym nie chce się zajrzeć głębiej. Nikt nie ma pojęcia, co się dzieje w jej głowie.

Widzi, że się w nią wpatruję, i wzdryga się lekko. Unosi dłoń, by poprawić włosy.

– Dziękuję – mówi, odwraca się i odchodzi.

Jest wysoka. Spokojna. Opanowana. Nie przypominam jej w niczym.

Pamiętam doprawdy śmieszne rzeczy. Wspomnienia skaczą w moim umyśle jak barwne kulki i czasem trudno jest skupić się na jakimś konkretnym. Nawet gdy bardzo, bardzo tego chcę. Odtwarzam te chwile w swej głowie raz za razem, jak film, ale obrazy się zlewają, słowa gubią i w miarę upływu czasu przestaję wierzyć w to, że wszystko dobrze zapamiętałam. Nienawidzę tej świadomości. Nienawidzę jej najbardziej ze wszystkich rzeczy na świecie.

Wszystko się sypie.

A ja chcę pamiętać KAŻDĄ RZECZ, zwłaszcza te dawne chwile. Te dni, kiedy wszystko było lepsze. Kiedy on miał się lepiej. Dlaczego nie mogę przechować tych wspomnień nietkniętych, gdzieś w bezpiecznym miejscu? Dlaczego wciąż mi uciekają?

Kilka ostatnich wspomnień jest dla mnie naprawdę cennych. Wystarczy, że poczuję zapach ziemi, a znów jestem tuż przy nim. Znów mam około pięciu lat i wygrzebuję palcami robaki, a potem obrzucam nimi jego sfatygowane białe adidasy i patrzę, jak się skręcają i wiją przy gumowej podeszwie. Słyszę, jak gdzieś wysoko nade mną nuci pod nosem melodię, która wydaje mi się nieprawdopodobnie piękna. Pamiętam też nasze wycieczki do parku, gdzie sadzał mnie na huśtawce i huśtał tak wysoko, że aż żołądek mi się przewracał.

Ale było super.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz powrócił do naszego życia. Byłam malutką dziewczynką, mogłam mieć cztery lata. W każdym razie nie chodziłam jeszcze do szkoły. W naszym barze pojawił się jakiś nieznajomy, który siedział z mamą i tatą. Bawiłam się w kąciku, kiedy mama podeszła do mnie i chwyciła mnie za rękę. Wydawała się tego dnia inna, naprawdę zdenerwowana. Złapała mnie mocno, o wiele za mocno. Czułam, jak mnie szczypie.

– Chcemy, żebyś kogoś poznała – szepnęła, prowadząc mnie przez pub. – Kogoś niezwykłego.

Spojrzała na mężczyznę w przybrudzonej skórzanej kurtce i spłowiałych dżinsach, który siedział przy stole. Przypominał mi trochę stracha na wróble – jego ubranie było podniszczone i w ogóle do siebie nie pasowało – ale uśmiechał się promiennie. Mrugnął do mnie i zmarszczył nos. Przypominał mi jakąś postać z dziecięcych programów telewizyjnych, kogoś ciepłego i przyjaznego, ale całkiem mi nieznanego. Tak, był kimś obcym.

– To mój tato – powiedziała mama cicho. – Czyli twój dziadek.

Wpatrywałam się w przybysza z zaskoczeniem i konsternacją. Mama nigdy nie wspominała nic o swoim tacie. Nie wiedziałam nawet, że ktoś taki w ogóle istnieje.

Dziadek podniósł się uroczyście.

– Witaj, Gabi. Bardzo się cieszę, że mogę cię poznać.

Mimo jego przyjaznych oczu chyba byłam trochę wystraszona, bo pamiętam, jak wczepiłam się w nogawkę mamy i zacisnęłam rączki na materiale spodni. Mama delikatnie pogłaskała mnie po głowie.

– Wszystko w porządku, kochanie. Nie bój się. Wszystko w porządku.

Tato nie odzywał się wiele. Stał za barem, stukał palcem w podkładkę do piwa i wpatrywał się w dziadka podejrzliwie. Tym samym spojrzeniem obrzucał nielicznych klientów, którzy nie przypadli mu do gustu.

– Mam nadzieję, że tym razem będzie wszystko w porządku – odezwał się do dziadka, jakby nas tam nie było.

Ten, choć nadal się uśmiechał, usiadł szybko na krześle.

– Nie musisz mi wierzyć, ale to prawda. Nie jestem już tym samym człowiekiem co kiedyś. Wiem, że będę musiał wam wiele udowodnić, ale wróciłem, by wszystko naprawić.

Nie rozumiałam jego słów.

– Wróciłeś? – spytałam. – Skąd?

– Dziadek ma teraz dom przy naszej ulicy – powiedziała mama. – Będziemy go często widywać.

Jej głos wydawał się młodszy niż zwykle, pełen nadziei.

– A ja biorę sobie za punkt honoru, by być dla ciebie jak najlepszym dziadkiem – rzekł, spoglądając na mnie, a potem na mamę.

– Przynajmniej to jesteś mi winien – odpowiedziała cicho, z twarzą wtuloną w moje włosy. Jej oddech łaskotał mnie w ucho. Popatrzyłam na dziadka, który znów się uśmiechnął. Wydawał się sympatycznym człowiekiem z miłym uśmiechem i błyszczącymi oczami. Czułam w brzuchu radosne mrowienie. Mam dziadka!

ROZDZIAŁDRUGI

Budzę się przekonana, że ktoś właśnie walnął mnie pięścią w brzuch. W moim żołądku rozlewa się lodowato zimna świadomość, która przeradza się w dreszcze na plecach.

Dziadek nie żyje. To nie był sen.

Jego naprawdę nie ma już wśród nas.

Moje myśli szaleją jak rój pszczół. Najpierw bzyczą we wnętrzu mojej czaszki, a potem przebijają się do żołądka, gdzie spędzają resztę dnia. Niektórzy ludzie budzą się w świetnym nastroju, podekscytowani tym, co ich czeka. Mam wrażenie, że kiedyś sama do nich należałam. Leżę w łóżku, spoglądam na tańczące na suficie światło i zastanawiam się, ile czasu będę mogła tak spędzić. Jak długo uda mi się przeleżeć bez ruchu.

W naszym domu nigdy nie ma ciszy. Z dołu dobiega cichy pomruk odkurzacza i rumor przesuwanych krzeseł. Ojciec już włączył radio i zapewne czyta teraz gazetę, oparty o bar, podczas gdy matka krząta się wokół niego. Na pewno rozmawiają – być może planują nadchodzący dzień, plotkują o stałych bywalcach, może nawet rozmawiają o mnie? Mama, z kablem zarzuconym na ramię, narzeka na moje zachowanie, stukając końcówką odkurzacza o listwy podłogowe. Gdybym była pyłkiem kurzu, wciągnęłaby mnie i problem byłby rozwiązany raz na zawsze.

Zamykam znów oczy. Powieki mam ciężkie, w mojej głowie też panuje ociężałość. Mogłabym powrócić do snu, ale wiem, że byłaby to tylko niespokojna, płytka drzemka. Przypuszczalnie obudziłabym się z jeszcze gorszym bólem głowy, a bzyczenie i szum dalej by trwały.

Nic nie jest w stanie ich powstrzymać.

Myśli przelatują mi przez głowę. Złe myśli. Trudno mi opisać mój stan. Jest mi ciężko, bardzo ciężko, jakbym dźwigała w sobie wszystkie moje łzy. Czuję w żołądku wodę, która ciąży mi, napiera. Obrzydliwe uczucie. Mam ochotę zwymiotować.

Powoli wstaję z łóżka. Upijam łyk starej wody ze szklanki i człapię pod prysznic. Na dworze jest już jasno i próbuję sobie wmówić, że to coś dobrego. Że przyda mi się długi, słoneczny dzień w parku. Że potrzebuję porządnie poszaleć na desce. Rozciągam ramiona, zmuszam je, by się przebudziły i zaczęły ruszać tak, jak należy.

W kabinie prysznicowej jak zwykle odkręcam ciepłą wodę i wchodzę do środka. Wylewam zimny żel na skórę. To jeden z tych drogich, należących do mamy. Od jego słodkiego zapachu robi mi się niedobrze. Rozprowadzam go po ciele, pozostawiając długie, lepkie ślady.

Cieszę się prysznicem. Woda budzi mnie do życia, siekąc moją skórę i wnikając w mięśnie. Wreszcie czuję coś, co nie jest przerażeniem. Wyciągam rękę i podkręcam bojler, który zaczyna pracować z sykiem. Robi się gorąco, naprawdę gorąco. Odwracam twarz ku strugom wody, mrugam pośród oparów. O tak. Cudownie. Czuję, że moje ciało stoi w ogniu. Spowija mnie gorąca mgła, tak gęsta, że ledwie mogę oddychać. Nadal wcieram żel w ciało, szoruję, aż skóra robi się czerwona. Aż moje ciało zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz przypomina wielką ranę.

Wyłączam bojler i patrzę na zaczerwienioną skórę. Na nogach widzę zadrapania. Na piersi i ramionach również.

Przebudziłam się ostatecznie. Bzyczenie myśli ucichło na tyle, że mogę je już ignorować, ale nadal czuję się ociężała. Dobra, to nie problem. Dam sobie radę.

Wycieram się pospiesznie i równie szybko zakładam te same spodnie i bluzkę co zwykle. Mam wrażenie, że ubranie mnie chroni, i lubię to uczucie. Ubrana zawsze czuję się nieco bezpieczniej. Mogę się trochę odprężyć.

Sięgam po telefon. Na ogół rano wrzucam jakieś swoje zdjęcie, podobnie jak wszyscy moi znajomi. Nieruchomieję na chwilę i uruchamiam aparat. Robię sześć zdjęć, na wszystkich wyglądam fatalnie. Pstrykam jeszcze jedno i przyglądam się mu uważnie. Widzę beznadziejne myszowate włosy, przez które moja twarz nie ma wyrazu. Grzywka spada mi na oczy, za duże i zbyt wyłupiaste. Wielkie jak szare kałuże.

Próbuję raz za razem.

Nienawidzę każdego z tych zdjęć. Moja twarz jest zbyt podłużna, włosy za trudne do ułożenia. Odrzucam je do tyłu i pochylam nieco głowę. Mam wyglądać poważnie. Tak jak należy. Lub przynajmniej jako tako. Ostatnie zdjęcie jest nieco lepsze. Okej, wystarczy.

Wrzucę je.

Zalewa mnie żal.

– To chcesz założyć? Naprawdę? – Filiżanka kawy w ręku mamy zamiera w połowie drogi do ust. Nie potrafi ukryć zniesmaczenia, które wykrzywia jej oblicze.

– A co w tym nie tak? – Idę przez kuchnię w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Jak zwykle nie jestem szczególnie głodna, ale muszę się czymś zająć. Poza tym, jeśli czegoś nie zjem, zaraz usłyszę tysiąc idiotycznych pytań, jakby wystarczyło przegapić jeden posiłek, by umrzeć śmiercią głodową.

– Przecież dziś mają być trzydzieści dwa stopnie. Ugotujesz się w tym! – Mama marszczy nos na samą myśl. – Powinnaś wyjść na dwór i korzystać ze słońca. Masz bladą karnację, nie zaszkodziłoby, gdybyś się trochę opaliła.

Wpatruję się w nią ze złością. Moja matka to naprawdę największa idiotka na świecie. Po co niby mam się przejmować rakiem skóry, skoro na razie wszystkie wyglądamy pięknie? Kiedyś miała swój własny leżak do opalania, ale się zepsuł. Teraz kupuje samoopalacz w sprayu u Jessiki, która prowadzi salon kosmetyczny. Jej zdaniem mandarynkowy odcień skóry jest o wiele lepszy niż, Boże uchowaj, naturalna bladość.

– Nie mam zamiaru wylegiwać się w słońcu – mruczę, nasypując sobie płatków do miski. Jem je na sucho. Tak smakują mi lepiej, nie cierpię, gdy rozmakają w mleku. – Idę do skateparku.

– Na pewno się zgrzejesz. – Mama odrzuca blond włosy. Bransoletki pobrzękują na jej smukłym ramieniu. – Nie żartuję, Gabi. Załóż przynajmniej krótki rękaw. W tych ciuchach się spocisz i jeszcze zemdlejesz.

Zajadam chrupiące płatki. Nie mam zamiaru się przebrać i matka dobrze o tym wie. Kolejna bezsensowna kłótnia. Ależ to nudne. Matka będzie się upierać, bym założyła jakąś ładną sukienkę, a ja i tak wyjdę na dwór w czarnej bluzce z długim rękawem i dżinsach. Jak zwykle. Nie mam pojęcia, dlaczego ciągle się tego czepia. Czy jej się to nie nudzi?

– Nie chcę, żeby dopadł cię udar i tyle – dodaje pod nosem. – Wolno mi chyba się troszczyć o ciebie?

Wzruszam ramionami. Przez krótką chwilę wydaje mi się, że widzę przebłysk bólu w jej oczach. A może to rozczarowanie? Któż może wiedzieć? Już dawno nie próbuję odgadnąć.

– Nie musisz się o mnie troszczyć. Wszystko jest pod kontrolą i sama o tym wiesz. Jestem już dużą dziewczyną.

– Ale martwię się i nic na to nie poradzę.

– W tych ciuchach lepiej się jeździ – silę się na spokojny, przekonujący ton. – Długie rękawy przydają się podczas upadku, to wszystko. Gdybym miała sukienkę, pozdzierałabym sobie skórę.

Widzę, jak się wzdryga na samą myśl o tym. Oczywiście mogłabym jej również powiedzieć, że w sukienkach czuję się brzydka i niezgrabna. Że nie znoszę odsłaniać moich długich, kościstych nóg. Że owinięta w ciasny, ciemny materiał czuję się bezpieczniejsza. Jednak milczę. Nie sądzę, by to zrozumiała.

– Ale szkoda ubierać się tak w taki piękny, słoneczny dzień. – Głos mamy nadal jest cichy i łagodny. Nie patrząc na mnie, popija kawę. – Doprawdy szkoda dnia. Mogłybyśmy zrobić coś razem. Może skoczymy na plażę? We dwie? Nie wiem, co cię bez przerwy ciągnie do tego parku.

O proszę. Mam wrażenie, że mówiąc te słowa, rzuca we mnie granatem. Kolejna pretensja. Przecież powinnam spędzać czas z nią, a nie z moimi znajomymi. Wzdycham ciężko i odsuwam włosy z twarzy.

– Idę do parku, mamo. Jak zwykle.

Rozmowa się urywa. Jak zwykle. Matka wpatruje się w dal, a ja chrupię płatki, które smakują teraz jałowo. Mamy impas numer 78.

Skatepark znajduje się pięć minut od domu. Dwie, jeśli biegnę. Nie pamiętam niczego z drogi, idę zgarbiona, z pochyloną głową. Nie chcę widzieć nikogo znajomego, nie chcę z nikim rozmawiać ani wyjaśniać, dokąd idę. Na osiedlu panuje małomiasteczkowa mentalność. Wszyscy muszą wiedzieć, co robisz, a to wkurza mnie jak diabli.

Moje ulubione miejsce leży za jałowym placykiem bez zieleni, którym zawładnęli przechodnie z psami i małe dzieci. Trzeba uważać na każdy krok, bo wszędzie są dziury i psie kupy. Kiedyś był tu basen na otwartym powietrzu, ale z czasem zmarniał, a kafelki zaczęły się kruszyć. Przez długie lata mieliśmy tu jedynie wielką wybetonowaną dziurę, aż miejscowe władze zrozumiały, że dzieciaki zjeżdżają do niej na rowerach i tylko pogarszają jej stan. Wydaje mi się, że nie mieli ochoty czekać, aż ktoś poharata sobie nogę i pozwie ich do sądu, więc wybrali bezpieczniejszą opcję.