Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 495 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krytyczny moment - David Baldacci

Początek znajomości najbardziej rozpoznawalnych bohaterów Davida Baldacciego. Michelle Maxwell, agentka Secret Service, zaprzepaściła swoją karierę – chwila jej nieuwagi wystarczyła, by kandydat na prezydenta został porwany. Michelle nie daje jednak za wygraną. Udaje jej się skontaktować z byłym agentem, który osiem lat temu znalazł się w podobnej sytuacji. Kandydat, którym opiekował się Sean King, został zastrzelony. Co łączy obydwa wydarzenia? Skompromitowani agenci muszą połączyć siły, żeby odzyskać reputację i rozwiązać tajemniczą sprawę.

Opinie o ebooku Krytyczny moment - David Baldacci

Fragment ebooka Krytyczny moment - David Baldacci

KRY­TYCZ­NY MO­MENT

DA­VID BAL­DAC­CI

prze­ło­żył

Piotr Jan­kow­ski

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Split se­cond

Prze­kład Piotr Jan­kow­ski

Pro­jekt okład­ki Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Ad­iu­sta­cja Bar­tło­miej Na­wroc­ki

Ko­rek­ta Kry­sty­na Ki­sze­lew­ska

Ko­or­dy­na­cja

Co­py­ri­ght © Co­lum­bus Rose Ltd. 2003

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Piotr Jan­kow­ski

ISBN 978-83-7881-201-2

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

Tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Nikt tak nie in­spi­ru­je syna jak oj­ciec.

Ta książ­ka jest dla Nie­go.

PrologWRZESIEŃ 1996

Trwa­ło to tyl­ko uła­mek se­kun­dy. Naj­dłuż­szy uła­mek se­kun­dy, jaki agent Se­cret Se­rvi­ce Sean King kie­dy­kol­wiek prze­żył.

Ko­lej­ne spo­tka­nie kan­dy­da­ta z wy­bor­ca­mi od­by­wa­ło się w ni­ja­kim ho­te­lu na tak głę­bo­kiej pro­win­cji, że z po­bli­ski­mi za­pa­dły­mi dziu­ra­mi moż­na się było po­łą­czyć tyl­ko przez mię­dzy­mia­sto­wą. King stał za swym pod­opiecz­nym i lu­stro­wał wzro­kiem tłum, a słu­chaw­ka w jego uchu roz­brzmie­wa­ła od cza­su do cza­su nie­istot­ny­mi in­for­ma­cja­mi. W sali pa­no­wał za­duch. Wy­peł­nia­li ją pod­eks­cy­to­wa­ni lu­dzie, wy­ma­chu­ją­cy pro­por­czy­ka­mi z na­pi­sem: „Cly­de Rit­ter na pre­zy­den­ta”. Ro­dzi­ce pod­su­wa­li uśmiech­nię­te­mu kan­dy­da­to­wi małe dzie­ci do po­ca­ło­wa­nia. Było to okrop­ne, bo taki ma­luch mógł za­sło­nić pi­sto­let i po­tem mo­gło już być za póź­no. Ale dzie­cia­ków cią­gle przy­by­wa­ło i Cly­de pil­nie wszyst­kie ca­ło­wał, a King mógł tyl­ko ob­ser­wo­wać ten po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­ny spek­takl, czu­jąc, jak w żo­łąd­ku for­mu­ją mu się wrzo­dy.

Tłum na­pie­rał, gro­ma­dząc się przy roz­pię­tym na sto­ja­kach sznu­rze z ak­sa­mi­tu, gra­ni­cy, któ­rej nie wol­no było prze­kra­czać. King za­re­ago­wał na to, przy­su­wa­jąc się bli­żej do Rit­te­ra. Dłoń wy­pro­sto­wa­nej ręki po­ło­żył lek­ko na spo­co­nych ple­cach wy­stę­pu­ją­ce­go bez ma­ry­nar­ki kan­dy­da­ta, żeby móc go na­tych­miast pchnąć na zie­mię, gdy­by coś się dzia­ło. Nie mógł oczy­wi­ście sta­nąć przed Rit­te­rem, bo kan­dy­dat na pre­zy­den­ta sta­no­wił wła­sność na­ro­du. Jego ka­te­chizm był jak wy­ry­ty w ka­mie­niu: uści­snąć dło­nie, po­ma­chać, uśmiech­nąć się, po­wie­dzieć coś na uży­tek wia­do­mo­ści o szó­stej, a po­tem zro­bić dzió­bek i po­ca­ło­wać tłu­ste­go nie­mow­la­ka. King przez cały ten czas w mil­cze­niu ob­ser­wo­wał tłum, trzy­ma­jąc rękę na wil­got­nej ko­szu­li Rit­te­ra i wy­pa­tru­jąc za­gro­żeń we wszyst­kich od­po­wied­nich, miał na­dzie­ję, miej­scach.

Ktoś coś za­wo­łał z tyłu sali. Rit­ter od­po­wie­dział z wła­ści­wym so­bie hu­mo­rem i tłum za­śmiał się szcze­rze, w każ­dym ra­zie więk­szość tłu­mu. Byli tu rów­nież lu­dzie, któ­rzy nie­na­wi­dzi­li Rit­te­ra i wszyst­kie­go, co re­pre­zen­to­wał. Twa­rze nie kła­ma­ły, je­że­li ktoś szko­lił się w ich od­czy­ty­wa­niu, a King po­tra­fił to ro­bić rów­nie do­brze jak strze­lać. Przez całe swo­je za­wo­do­we ży­cie czy­tał z serc i dusz ko­biet i męż­czyzn, ob­ser­wu­jąc ich oczy i miny.

Upa­trzył so­bie szcze­gól­nie dwóch męż­czyzn, sto­ją­cych ja­kieś trzy me­try od nich po pra­wej. Wy­glą­da­li na ta­kich, któ­rzy mogą na­ro­bić pro­ble­mów, choć obaj mie­li ko­szu­le z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi i ob­ci­słe spodnie, nie mo­gli więc ukry­wać bro­ni i dzię­ki temu na licz­ni­ku za­gro­że­nia spa­dli o kil­ka kre­sek w dół. Za­ma­chow­cy wo­le­li ra­czej ob­szer­ne ubra­nia i małe pi­sto­le­ty. King po­wie­dział jed­nak kil­ka słów do mi­kro­fo­nu, by po­wia­do­mić po­zo­sta­łych ochro­nia­rzy o swo­ich oba­wach. Po­tem spoj­rzał na ścien­ny ze­gar. Była 10.32 rano. Jesz­cze pięć mi­nut i znów znaj­dą się w dro­dze do na­stęp­ne­go mia­stecz­ka, gdzie na­stą­pi dal­szy ciąg uści­sków dło­ni, krót­kich prze­mó­wień, ca­ło­wa­nia dzie­ci i od­czy­ty­wa­nia twa­rzy.

Jego spoj­rze­nie prze­sko­czy­ło ku no­we­mu dźwię­ko­wi, a po­tem no­we­mu wi­do­ko­wi, któ­ry kom­plet­nie go za­sko­czył. Tyl­ko on mógł to zo­ba­czyć, stał bo­wiem przo­dem do tłu­mu, za ple­ca­mi prze­ma­wia­ją­ce­go Rit­te­ra. Sku­pił się na tym przez jed­no ude­rze­nie ser­ca, może przez dwa lub trzy. O wie­le za dłu­go. Któż jed­nak mógł­by go wi­nić za to, że nie mógł ode­rwać wzro­ku od cze­goś ta­kie­go? Ale jak się póź­niej oka­za­ło, ob­wi­nia­li go wszy­scy, łącz­nie z nim sa­mym.

Usły­szał trzask, przy­po­mi­na­ją­cy od­głos upa­da­ją­cej na pod­ło­gę książ­ki. Po­czuł wil­goć na dło­ni, spo­czy­wa­ją­cej na ple­cach Rit­te­ra. Nie był to już jed­nak tyl­ko pot. Prze­szył go ból w miej­scu, gdzie kula wy­szła z cia­ła kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta i ode­rwa­ła ka­wa­łe­czek jego wła­sne­go środ­ko­we­go pal­ca, za­nim ude­rzy­ła w ścia­nę. Gdy Rit­ter pa­dał, uła­mek se­kun­dy roz­cią­gnął się w nie­skoń­czo­ność, jak­by cho­dzi­ło o lot ko­me­ty, któ­ra ob­ra­ła już kie­ru­nek, lecz wciąż ma mi­liard lat świetl­nych do celu.

Roz­le­gły się krzy­ki tłu­mu, któ­re złą­czy­ły się w je­den nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny jęk. Twa­rze zmie­ni­ły się w wi­ze­run­ki, ja­kie wi­dy­wa­ło się tyl­ko w ga­bi­ne­tach krzy­wych lu­ster. Ten roz­ma­za­ny ob­raz ude­rzył Kin­ga z siłą eks­plo­du­ją­ce­go gra­na­tu. Nogi się po­ru­sza­ły, cia­ła wi­ro­wa­ły, a krzyk do­cho­dził do nie­go ze wszyst­kich stron. Lu­dzie po­py­cha­li się, cią­gnę­li i rzu­ca­li na zie­mię, żeby unik­nąć tra­fie­nia. Po­my­ślał wte­dy, że nie ma więk­sze­go cha­osu jak ten, któ­ry po­wsta­je, gdy tłum po­czu­je się za­gro­żo­ny.

Cly­de Rit­ter, te­raz już były kan­dy­dat na pre­zy­den­ta, le­żał na pod­ło­dze przy jego no­gach z dziu­rą po kuli w ser­cu. King ode­rwał wzrok od nie­bosz­czy­ka i spoj­rzał na strzel­ca, wy­so­kie­go przy­stoj­ne­go męż­czy­znę w twe­edo­wej ma­ry­nar­ce i oku­la­rach na no­sie. Smith & We­sson ka­li­bru .44 wciąż wy­ce­lo­wa­ny był w miej­sce, gdzie przed chwi­lą stał Rit­ter, jak­by w ocze­ki­wa­niu, że cel wsta­nie z zie­mi i trze­ba bę­dzie strze­lić do nie­go po­wtór­nie. Ochro­nia­rze nie byli w sta­nie prze­drzeć się przez spa­ni­ko­wa­ny tłum. W tym mo­men­cie tyl­ko on i za­bój­ca mo­gli jesz­cze co­kol­wiek zro­bić.

Wy­ce­lo­wał pi­sto­let w pierś za­ma­chow­ca. Bez ostrze­że­nia, nie wy­krzy­czaw­szy ani jed­ne­go z kon­sty­tu­cyj­nych praw przy­słu­gu­ją­cych w Ame­ry­ce mor­der­com, pe­wien już, co musi zro­bić, strze­lił raz, a po­tem dru­gi, cho­ciaż wy­star­czył już ten pierw­szy. Męż­czy­zna padł tam, gdzie stał. Nie po­wie­dział przed śmier­cią ani sło­wa, jak­by spo­dzie­wał się umrzeć za swój czyn i ak­cep­to­wał to ze sto­icy­zmem mę­czen­ni­ka. Ale każ­dy mę­czen­nik po­zo­sta­wiał po so­bie ta­kich lu­dzi jak King, któ­rych oskar­ża­no po­tem, że w ogó­le do­pu­ści­li do tego, co się wy­da­rzy­ło. Tego dnia umar­ło tak na­praw­dę trzech lu­dzi, a on był jed­nym z nich.

Sean Igna­tius King, uro­dzo­ny 1 sierp­nia 1960 roku, zmarł 21 wrze­śnia 1996, w miej­scu, o któ­rym nie sły­szał nig­dy aż do ostat­nie­go dnia swe­go ży­cia. Było z nim jed­nak go­rzej niż z dwo­ma po­zo­sta­ły­mi nie­bosz­czy­ka­mi. Tam­ci po pro­stu spo­czę­li rów­no w trum­nach, opła­ki­wa­ni przez tych, któ­rzy ich ko­cha­li, albo przy­najm­niej ko­cha­li ich wła­sne wy­obra­że­nie. King, wkrót­ce już były agent Se­cret Se­rvi­ce, nie miał tyle szczę­ścia. Na­wet po śmier­ci miał nieść to strasz­li­wie cięż­kie brze­mię przez całe swo­je ży­cie.

1OSIEM LAT PÓŹNIEJ

Kawal­ka­da sa­mo­cho­dów zje­cha­ła na ocie­nio­ny drze­wa­mi par­king, gdzie wy­rzu­ci­ła z sie­bie za­stę­py lu­dzi, zgrza­nych, zmę­czo­nych i au­ten­tycz­nie nie­szczę­śli­wych. Mi­nia­tu­ro­wa ar­mia od­ma­sze­ro­wa­ła ku brzyd­kie­mu bu­dyn­ko­wi z bia­łej ce­gły. Bu­dow­la w swo­im cza­sie słu­ży­ła róż­nym ce­lom, obec­nie zaś mie­ścił się w niej pod­upa­da­ją­cy za­kład po­grze­bo­wy, któ­ry funk­cjo­no­wał tyl­ko dla­te­go, że w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów nie było in­ne­go po­dob­ne­go przy­byt­ku, a ktoś prze­cież mu­siał cho­wać zmar­łych. Od­po­wied­nio po­sęp­ni dżen­tel­me­ni w czar­nych gar­ni­tu­rach sta­li przy tego sa­me­go ko­lo­ru ka­ra­wa­nach. Z bu­dyn­ku wy­szła garst­ka osób po­grą­żo­nych w ża­ło­bie, pła­czą­cych ci­cho w chu­s­tecz­ki. Na ław­ce przed wej­ściem sie­dział star­szy męż­czy­zna w pod­nisz­czo­nym, za du­żym gar­ni­tu­rze i za­tłusz­czo­nym stet­so­nie na gło­wie i stru­gał coś no­żem. Była to taka wła­śnie miej­sco­wość, ty­po­wa wio­cha z nie­śmier­tel­ny­mi wy­ści­ga­mi pół­cię­ża­ró­wek i bal­la­da­mi co­un­try.

Sta­ry czło­wiek spoj­rzał za­cie­ka­wio­ny na mi­ja­ją­cą go pro­ce­sję z wy­so­kim dys­tyn­go­wa­nym męż­czy­zną, kro­czą­cym ce­re­mo­nial­nie w środ­ku. Po­krę­cił gło­wą i uśmiech­nął się na wi­dok tego spek­ta­klu, uka­zu­jąc reszt­ki sczer­nia­łe­go od ni­ko­ty­ny uzę­bie­nia. Po­tem po­cią­gnął łyk cze­goś od­żyw­cze­go z pier­siów­ki, któ­rą wy­jął z kie­sze­ni, i po­wró­cił do swe­go rzeź­bie­nia w drew­nie.

Tuż za wy­so­kim męż­czy­zną szła li­czą­ca so­bie oko­ło trzy­dzie­stu lat ko­bie­ta, ubra­na w czar­ny ko­stium ze spodnia­mi. Ka­bu­ra z cięż­kim pi­sto­le­tem obi­ja­ła jej się nie­przy­jem­nie o bio­dro. Aby za­po­biec otar­ciom, pod­szy­ła so­bie wszyst­kie bluz­ki do­dat­ko­wą war­stwą tka­ni­ny w tym miej­scu i na­uczy­ła się żyć z lek­kim po­draż­nie­niem skó­ry. Usły­sza­ła kie­dyś, jak jej lu­dzie żar­tu­ją, że agent­ki po­win­ny ra­czej no­sić po dwie ka­bu­ry pod pa­cha­mi, po­nie­waż wy­glą­da­ły­by wte­dy na bar­dziej pier­sia­ste i nie mu­sia­ły­by so­bie wsz­cze­piać dro­gich im­plan­tów. O tak, te­sto­ste­ron w jej świe­cie miał się do­sko­na­le.

Agent­ka Se­cret Se­rvi­ce Mi­chel­le Ma­xwell pię­ła się w górę bar­dzo szyb­ko. Nie na­le­ża­ła jesz­cze do ochro­ny pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, lecz wkrót­ce mia­ło to na­stą­pić. Po za­le­d­wie dzie­wię­ciu la­tach służ­by była już do­wód­cą od­dzia­łu ochro­ny. Więk­szość agen­tów mu­sia­ła naj­pierw przez dzie­sięć lat pro­wa­dzić do­cho­dze­nia w te­re­nie i do­pie­ro wów­czas mo­gła wstą­pić do tego od­dzia­łu, ale Mi­chel­le Ma­xwell za­zwy­czaj tra­fia­ła tam, gdzie trze­ba, przed in­ny­mi.

Była to wiel­ka pró­ba przed nie­mal pew­nym przy­dzie­le­niem jej do Bia­łe­go Domu i Mi­chel­le bar­dzo się nie­po­ko­iła. Po­stój był nie­prze­wi­dzia­ny, a ona bar­dzo nie lu­bi­ła nie­prze­wi­dzia­nych po­sto­jów, któ­re ozna­cza­ły brak roz­po­zna­nia te­re­nu i ogra­ni­czo­ną moż­li­wość wspar­cia. Na szczę­ście zmia­na pla­nów na­stą­pi­ła w ostat­niej chwi­li i in­for­ma­cja o ich wi­zy­cie w tym miej­scu nie zdą­ży­ła się roz­nieść.

Do­tar­li do wej­ścia i Mi­chel­le po­ło­ży­ła dłoń na ra­mie­niu wy­so­kie­go męż­czy­zny, pro­sząc go, żeby za­cze­kał, do­pó­ki wszyst­kie­go nie spraw­dzą.

Miej­sce było ci­che, pach­nia­ło śmier­cią i roz­pa­czą, skon­den­so­wa­ną w ci­chych ni­szach nie­do­li przy trum­nach, sto­ją­cych w po­ko­jach po­że­gnań. Mi­chel­le roz­mie­ści­ła agen­tów w róż­nych punk­tach na dro­dze swo­je­go pod­opiecz­ne­go. W żar­go­nie Służ­by na­zy­wa­ło się to „ście­ra­niem po­de­szwy”. Je­że­li wy­ko­na­ło się je na­le­ży­cie, po­tem wy­star­czy­ło już samo po­sta­wie­nie w wej­ściu za­wo­dow­ca z bro­nią i ra­dio­te­le­fo­nem.

Mi­chel­le po­wie­dzia­ła kil­ka słów do mi­kro­fo­nu i agen­ci wpro­wa­dzi­li do bu­dyn­ku wy­so­kie­go męż­czy­znę, Joh­na Bru­no. Po­wio­dła go ko­ry­ta­rzem, czu­jąc na so­bie spoj­rze­nia lu­dzi z in­nych po­ko­jów. Po­li­tyk wraz ze swo­ją świ­tą był na tra­sie kam­pa­nij­nej ni­czym sta­do sło­ni, nie po­tra­fił prze­miesz­czać się nie­po­strze­że­nie. Zie­mia aż drża­ła pod cię­ża­rem wszyst­kich jego ochro­nia­rzy, sze­fów per­so­ne­lu, rzecz­ni­ków pra­so­wych, se­kre­ta­rzy, goń­ców i ca­łej resz­ty. Było to przed­sta­wie­nie, któ­re albo skła­nia­ło czło­wie­ka do śmie­chu, albo przy­najm­niej zmu­sza­ło do za­sta­no­wie­nia się z tro­ską nad przy­szło­ścią kra­ju.

John Bru­no ubie­gał się o urząd pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, nie ma­jąc ab­so­lut­nie żad­nych szans na zwy­cię­stwo. Nie wy­glą­dał na swo­je pięć­dzie­siąt sześć lat i był nie­za­leż­nym kan­dy­da­tem, wspie­ra­nym przez nie­wiel­ką, lecz gło­śną część elek­to­ra­tu, głę­bo­ko roz­cza­ro­wa­ną wszyst­kim, co wią­za­ło się z głów­nym nur­tem po­li­ty­ki. Dla­te­go otrzy­mał ochro­nę Se­cret Se­rvi­ce, cho­ciaż nie na ta­kim po­zio­mie jak inni, na­praw­dę li­czą­cy się kan­dy­da­ci. Za­da­niem Mi­chel­le Ma­xwell było utrzy­ma­nie go przy ży­ciu do dnia gło­so­wa­nia. Li­czy­ła już go­dzi­ny.

Bru­no był nie­gdyś ostrym pro­ku­ra­to­rem i na­ro­bił so­bie spo­ro wro­gów, z któ­rych część znaj­do­wa­ła się za krat­ka­mi, a część nie. Jego pro­gram wy­bor­czy był cał­kiem pro­sty. Gło­sił, że po­li­ty­cy mu­szą zejść z grzbie­tów cięż­ko pra­cu­ją­cych męż­czyzn i ko­biet, a rzą­dzić po­win­na wol­na przed­się­bior­czość. Co do sła­bych i bied­nych zaś, nie­po­tra­fią­cych spro­stać współ­za­wod­nic­twu, no cóż, rów­nież wśród wszyst­kich in­nych ga­tun­ków za­wsze było tak, że sła­by umie­ra, a sil­ny prze­ży­wa, dla­cze­go więc nie mia­ło­by tak być i z nami, stwier­dzał dziel­nie. Ale szan­sę na zwy­cię­stwo miał ze­ro­we. Choć Ame­ry­ka ko­cha­ła swo­ich twar­dzie­li, nie była jesz­cze go­to­wa za­gło­so­wać na przy­wód­cę po­zba­wio­ne­go współ­czu­cia dla zgnę­bio­nych i nie­szczę­śli­wych, bo pew­ne­go dnia to wła­śnie oni mo­gli sta­no­wić więk­szość.

Kło­po­ty za­czę­ły się w mo­men­cie, gdy Bru­no wszedł do po­ko­ju w to­wa­rzy­stwie swo­je­go sze­fa per­so­ne­lu, dwóch do­rad­ców, Mi­chel­le i trzech jej lu­dzi. Sie­dzą­ca przy trum­nie męża wdo­wa ob­rzu­ci­ła ich ostrym spoj­rze­niem. Mi­chel­le nie wi­dzia­ła jej twa­rzy pod wo­al­ką, przy­pusz­cza­ła jed­nak, że ma­lu­je się na niej zdu­mie­nie, wy­wo­ła­ne tym naj­ściem sta­da in­tru­zów na uświę­co­ne miej­sce. Star­sza pani wsta­ła i umknę­ła do kąta, wy­raź­nie drżąc.

Kan­dy­dat od­wró­cił się do Mi­chel­le.

– To był mój bli­ski przy­ja­ciel – wark­nął. – Inie za­mie­rzam pa­ra­do­wać tu­taj z całą ar­mią. Pro­szę wyjść.

– Ja zo­sta­nę – od­par­ła. – Tyl­ko ja.

Bru­no po­krę­cił gło­wą. Mie­li już za sobą wie­le ta­kich po­ty­czek. Wie­dział, że urząd pre­zy­denc­ki jest ab­so­lut­nie poza jego za­się­giem, ale to spra­wia­ło, że sta­rał się jesz­cze usil­niej. Tem­po było bru­tal­ne, a or­ga­ni­za­cja ochro­ny sta­ła się kosz­ma­rem.

– Nie, to spra­wa oso­bi­sta – od­parł po­nu­ro. Spoj­rzał na drżą­cą ko­bie­tę w ką­cie. – Boże, prze­ra­zi­li­ście ją śmier­tel­nie. To wstręt­ne.

Mi­chel­le spró­bo­wa­ła jesz­cze raz, lecz Bru­no znów od­mó­wił. Wy­pro­wa­dził ich z po­miesz­cze­nia, krzy­cząc do niej, że co, u dia­bła, mo­gło­by mu się stać w domu po­grze­bo­wym?! Może za­ata­ku­je go osiem­dzie­się­ciocz­te­ro­let­nia wdo­wa? A może nie­bosz­czyk po­wsta­nie z mar­twych? W do­dat­ku Mi­chel­le mar­no­wa­ła jego cen­ny czas, tak po­trzeb­ny na kam­pa­nię.

Nie było szans na prze­ko­na­nie go, fa­cet za­cho­wy­wał się jak król pusz­czy. Oczy­wi­ście w dniu gło­so­wa­nia wy­bor­cy, łącz­nie z nią samą, i tak mie­li go wy­ko­pać za drzwi.

W ra­mach kom­pro­mi­su po­pro­si­ła o dwie mi­nu­ty na prze­szu­ka­nie po­miesz­cze­nia i po­sła­ła do środ­ka lu­dzi, roz­my­śla­jąc jed­no­cze­śnie nad prze­gra­ną bi­twą. Wie­dzia­ła jed­nak, że musi oszczę­dzać amu­ni­cję na po­waż­niej­sze oka­zje.

Agen­ci opu­ści­li po­miesz­cze­nie po stu dwu­dzie­stu se­kun­dach i za­mel­do­wa­li, że wszyst­ko w po­rząd­ku. Tyl­ko jed­no wej­ście oraz wyj­ście. Brak okien. Obec­ni tyl­ko star­sza pani i nie­bosz­czyk. A więc w po­rząd­ku. Nie do­sko­na­łym, ale do przy­ję­cia. Mi­chel­le ski­nę­ła kan­dy­da­to­wi gło­wą. Niech sko­rzy­sta ze swo­jej pry­wat­no­ści, a po­tem wresz­cie się stąd wy­nio­są.

Po wej­ściu do po­ko­ju po­że­gnań Bru­no za­mknął za sobą drzwi i sta­nął przy otwar­tej trum­nie. Pod ścia­ną w głę­bi sta­ła jesz­cze jed­na trum­na, też otwar­ta, lecz pu­sta. Ta z nie­bosz­czy­kiem znaj­do­wa­ła się na po­de­ście przy­kry­tym bia­łą tka­ni­ną i ob­sta­wio­nym pięk­ny­mi, się­ga­ją­cy­mi do pasa bu­kie­ta­mi kwia­tów. Bru­no od­dał sza­cu­nek zmar­łe­mu, mruk­nął: „Że­gnaj Bill”, i spoj­rzał na wdo­wę, któ­ra wró­ci­ła tym­cza­sem na swo­je krze­sło. Przy­klęk­nął przy niej i ła­god­nie ujął jej dłoń.

– Tak mi przy­kro, Mil­dred – po­wie­dział. – Bili był do­brym czło­wie­kiem.

Po­grą­żo­na w żalu ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go zza wo­al­ki, uśmiech­nę­ła się sła­bo i znów wbi­ła wzrok w zie­mię. Wy­raz twa­rzy Bru­no się zmie­nił. Ro­zej­rzał się, choć dru­ga z obec­nych w po­miesz­cze­niu osób nie mo­gła już ni­cze­go pod­słu­chać.

– Wspo­mi­na­łaś przez te­le­fon, że chcesz ze mną po­roz­ma­wiać – zwró­cił się do wdo­wy. – Na osob­no­ści.

– Tak – od­par­ła ci­chym gło­sem.

– Mam bar­dzo mało cza­su, Mil­dred. Co to za spra­wa?

Ko­bie­ta w od­po­wie­dzi przy­ło­ży­ła mu dłoń do po­licz­ka, a po­tem jej pal­ce do­tknę­ły jego szyi. Bru­no się skrzy­wił, czu­jąc na skó­rze ostre ukłu­cie, i po chwi­li osu­nął się nie­przy­tom­ny na zie­mię.

2

Michel­le spa­ce­ro­wa­ła w tę i z po­wro­tem po ko­ry­ta­rzu, pa­trząc na ze­ga­rek i słu­cha­jąc smęt­nej mu­zy­ki z gło­śni­ków. Uzna­ła, że je­śli na­wet czło­wiek nie był przy­gnę­bio­ny i nie miał de­pre­sji ani my­śli sa­mo­bój­czych przed przyj­ściem tu­taj, mu­siał się tego wszyst­kie­go na­ba­wić po wy­słu­cha­niu tylu otę­pia­ją­cych i ki­czo­wa­tych me­lo­dii. Była zła, że Bru­no za­mknął drzwi, po­sta­no­wi­ła jed­nak od­pu­ścić. W za­sa­dzie nie po­win­no się tra­cić pod­opiecz­ne­go z oka ani na chwi­lę, ale pod­ręcz­ni­ko­we in­struk­cje prze­gry­wa­ły cza­sem z re­alia­mi ży­cia. Spoj­rzaw­szy na jed­ne­go ze swych lu­dzi, za­py­ta­ła po raz pią­ty:

– Je­steś ab­so­lut­nie pe­wien, że było czy­sto?

Męż­czy­zna ski­nął gło­wą.

Po od­cze­ka­niu jesz­cze kil­ku mi­nut po­de­szła do drzwi i za­pu­ka­ła.

– Pa­nie Bru­no! Mu­si­my już je­chać.

Nie było od­po­wie­dzi i Mi­chel­le wes­tchnę­ła bez­gło­śnie. Wie­dzia­ła, że agen­ci z jej gru­py, wszy­scy prze­wyż­sza­ją­cy ją sta­żem w Służ­bie, ob­ser­wu­ją uważ­nie, jak so­bie ra­dzi. Ko­bie­ty sta­no­wi­ły za­le­d­wie sie­dem pro­cent z dwóch i pół ty­sią­ca agen­tów, a tyl­ko nie­licz­ne z nich do­wo­dzi­ły. Nie była to lek­ka pra­ca.

– Pa­nie Bru­no? – Za­pu­ka­ła po­now­nie. Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la i Mi­chel­le po­czu­ła ro­sną­cą w brzu­chu kulę. Na­ci­snę­ła klam­kę. – Za­mknię­te na klucz! – stwier­dzi­ła za­sko­czo­na.

Je­den z agen­tów spoj­rzał na nią, rów­nie skon­fun­do­wa­ny.

– To chy­ba on za­mknął.

– Pa­nie Bru­no, czy wszyst­ko w po­rząd­ku?! – za­wo­ła­ła Mi­chel­le. – Pro­szę od­po­wie­dzieć albo wcho­dzi­my!

– Jesz­cze chwi­lę! – Głos bez wąt­pie­nia na­le­żał do Bru­no.

– Zgo­da, ale pro­szę się po­spie­szyć.

Mi­nę­ły ko­lej­ne dwie mi­nu­ty i nic się nie wy­da­rzy­ło. Mi­chel­le po­krę­ci­ła gło­wą i za­pu­ka­ła po raz trze­ci. Nie było od­ze­wu.

– Je­ste­śmy już spóź­nie­ni, pa­nie Bru­no! – Spoj­rza­ła na sze­fa per­so­ne­lu, Fre­da Dic­ker­sa. – Fred, może ty spró­bu­jesz?

Już ja­kiś czas temu osią­gnę­li z Dic­ker­sem pe­wien po­ziom wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia. Aby wszyst­ko funk­cjo­no­wa­ło, do­wód­ca od­dzia­łu ochro­ny i szef per­so­ne­lu mu­sie­li się do­ga­dy­wać, przy­najm­niej w więk­szo­ści przy­pad­ków. Wciąż mie­li róż­ne spoj­rze­nie na wie­le rze­czy i tak już mia­ło po­zo­stać, lecz w tych oko­licz­no­ściach zgo­da była oczy­wi­sta. Dic­kers ski­nął gło­wą, pod­szedł do drzwi i za­pu­kał.

– John, tu Fred! Słu­chaj, na­praw­dę już czas na nas. Plan nam się wali! John, ode­zwij się!

Mi­chel­le znów po­czu­ła ucisk w brzu­chu. Coś było nie tak. Od­su­nę­ła Dic­ker­sa na bok i sama za­pu­ka­ła, moc­niej i gło­śniej.

– Pa­nie Bru­no, pro­szę otwo­rzyć! – Bez od­ze­wu. Na czo­ło Mi­chel­le wy­stą­pi­ły kro­pel­ki potu. Wa­ha­ła się przez chwi­lę, my­śląc go­rącz­ko­wo, i na­gle krzyk­nę­ła przez drzwi: – Dzwo­ni pań­ska żona, jed­no z wa­szych dzie­ci mia­ło po­waż­ny wy­pa­dek!

Od­po­wiedź prze­ję­ła ją zim­nym dresz­czem:

– Jesz­cze chwi­lę!

– Wy­waż­cie drzwi! – wark­nę­ła do swo­ich lu­dzi.

Ude­rzy­li w drzwi bar­kiem, raz, po­tem dru­gi i w koń­cu ustą­pi­ły. Wpa­dli do po­miesz­cze­nia.

W środ­ku był tyl­ko nie­bosz­czyk.

3

Pro­ce­sja po­grze­bo­wa aku­rat ru­szy­ła. Z ocie­nio­ne­go drze­wa­mi pod­jaz­du wy­jeż­dża­ło dzie­sięć sa­mo­cho­dów. Za­nim ostat­ni skrę­cił na dro­gę do­jaz­do­wą do cmen­ta­rza, Mi­chel­le i jej gru­pa wy­bie­gli z domu po­grze­bo­we­go i roz­pierz­chli się we wszyst­kich kie­run­kach.

– Oto­czyć cały te­ren! – krzyk­nę­ła do agen­tów cze­ka­ją­cych przy kon­wo­ju Bru­no. Po­pę­dzi­li wy­ko­nać roz­kaz. – Po­trze­bu­ję wspar­cia – rzu­ci­ła przez ra­dio. – Nie ob­cho­dzi mnie skąd, za­ła­tw­cie coś. I to za­raz! I po­łącz­cie mnie z FBI. – Jej spoj­rze­nie spo­czę­ło na ba­gaż­ni­ku ostat­nie­go z wo­zów pro­ce­sji. Po­to­czą się za to gło­wy, po­my­śla­ła. Jej gło­wa też się po­to­czy. Na ra­zie jed­nak ob­cho­dzi­ło ją tyl­ko jed­no: zna­leźć Joh­na Bru­no, naj­le­piej ży­we­go.

Zo­ba­czy­ła dzien­ni­ka­rzy i fo­to­gra­fów, wy­le­wa­ją­cych się z sa­mo­cho­dów re­dak­cyj­nych. Cho­ciaż zdję­cie przy trum­nie przy­ja­cie­la mo­gło być efek­tow­ne i Fred Dic­kers na­le­gał na Bru­no, żeby się na nie zgo­dził, ten tym ra­zem oka­zał tro­chę cha­rak­te­ru i nie wpu­ścił re­por­te­rów do domu po­grze­bo­we­go. Nie przy­ję­li tego zbyt do­brze, a te­raz mo­bi­li­zo­wa­li wszyst­kie swe siły, czu­jąc ma­te­riał o wie­le bar­dziej prze­bo­jo­wy od re­la­cji z po­że­gna­nia kan­dy­da­ta ze zmar­łym.

Za­nim jed­nak zdą­ży­li ją do­paść, Mi­chel­le chwy­ci­ła za ra­mię mun­du­ro­we­go, któ­ry zja­wił się przy niej, naj­wy­raź­niej ocze­ku­jąc po­le­ceń.

– Je­steś z ochro­ny bu­dyn­ku? – za­py­ta­ła. Mło­dy męż­czy­zna ski­nął gło­wą. Bla­dy, z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, wy­glą­dał, jak­by miał za­raz ze­mdleć albo zsi­kać się w spodnie. – Czyj to po­grzeb?

– Ha­rveya Kil­l­bre­wa – od­parł. – Wio­zą go do Me­mo­rial Gar­dens.

– Mu­sisz za­trzy­mać kon­dukt.

Chło­pak spoj­rzał na nią osłu­pia­ły.

– Za­trzy­mać?

– Ktoś zo­stał po­rwa­ny. A to – wska­za­ła na ka­wal­ka­dę sa­mo­cho­dów – jest zna­ko­mi­tym spo­so­bem, żeby go stąd wy­wieźć, nie są­dzisz?

– No tak – od­parł po­wo­li. – No tak.

– Trze­ba prze­szu­kać wszyst­kie auta, szcze­gól­nie ka­ra­wan, ro­zu­miesz?

– Ka­ra­wan? Ale, pro­szę pani, prze­cież tam jest Ha­rvey.

Mi­chel­le przyj­rza­ła się mun­du­ro­wi chło­pa­ka. Był wy­na­ję­tym ochro­nia­rzem z ja­kiejś agen­cji, nie mo­gła so­bie jed­nak po­zwo­lić na wy­brzy­dza­nie. Zer­k­nę­ła na ta­blicz­kę z na­zwi­skiem i za­py­ta­ła bar­dzo spo­koj­nym to­nem:

– Od jak daw­na pra­cu­jesz jako… ehm… agent ochro­ny, Sim­mons?

– Od mie­sią­ca, pro­szę pani. Ale mam cer­ty­fi­kat strze­lec­ki. Po­lu­ję od ósme­go roku ży­cia, tra­fił­bym ko­ma­ra w skrzy­dło.

– Do­sko­na­le. – Mie­siąc to nie­źle; wy­glą­dał na więk­sze­go żół­to­dzio­ba. – Po­słu­chaj mnie, Sim­mons. Moim zda­niem ta oso­ba jest nie­przy­tom­na. A nie­przy­tom­ne­go czło­wie­ka moż­na świet­nie prze­wieźć wła­śnie ta­kim ka­ra­wa­nem, nie są­dzisz? – Ski­nął gło­wą, chy­ba na­resz­cie zro­zu­miał, o co jej cho­dzi. Mi­chel­le zmarsz­czy­ła groź­nie brwi, a jej głos za­brzmiał na­gle jak wy­strzał z pi­sto­le­tu: – No to rusz ty­łek, za­trzy­maj wresz­cie ten kon­dukt i prze­szu­kaj sa­mo­cho­dy!

Sim­mons pu­ścił się bie­giem. Mi­chel­le po­le­ci­ła kil­ku swo­im lu­dziom przy­łą­czyć się do nie­go, a po­zo­sta­łym ka­za­ła sta­ran­nie prze­szu­kać bu­dy­nek. Było moż­li­we, że Bru­no zo­stał ukry­ty gdzieś w środ­ku. Na­stęp­nie prze­pcha­ła się przez tłum dzien­ni­ka­rzy i zna­la­zła w domu po­grze­bo­wym miej­sce na swo­je sta­no­wi­sko do­wo­dze­nia. Stąd znów na­wią­za­ła łącz­ność, prze­stu­dio­wa­ła mapy oko­li­cy i sko­or­dy­no­wa­ła inne dzia­ła­nia, wy­zna­cza­jąc ob­szar o pro­mie­niu pół­to­ra ki­lo­me­tra z do­mem po­grze­bo­wym jako cen­trum. Na ko­niec wy­ko­na­ła te­le­fon, któ­re­go bar­dzo nie chcia­ła wy­ko­ny­wać, ale mu­sia­ła. Za­dzwo­ni­ła do swo­ich sze­fów i wy­po­wie­dzia­ła sło­wa, któ­re na za­wsze już mia­ły po­zo­stać zwią­za­ne z jej na­zwi­skiem i zmar­no­wa­ną ka­rie­rą w Se­cret Se­rvi­ce:

– Mówi agent­ka Mi­chel­le Ma­xwell z od­dzia­łu ochro­ny Joh­na Bru­no. Mel­du­ję, że… zgu­bi­li­śmy pod­opiecz­ne­go. Wy­glą­da na to, że John Bru­no zo­stał upro­wa­dzo­ny. Po­szu­ki­wa­nia są w toku, zo­stał na­wią­za­ny kon­takt z miej­sco­wy­mi or­ga­na­mi ści­ga­nia i FBI. – Po­czu­ła, jak ka­tow­ski to­pór opa­da na jej kark.

Nie ma­jąc ni­cze­go wię­cej do zro­bie­nia, przy­łą­czy­ła się do swo­ich lu­dzi, któ­rzy prze­trzą­sa­li dom po­grze­bo­wy od stry­chu po piw­ni­ce, szu­ka­jąc Bru­no. Utrzy­ma­nie miej­sca prze­stęp­stwa w sta­nie nie­na­ru­szo­nym sta­wa­ło się przy tym pro­ble­ma­tycz­ne. Nie po­win­ni utrud­niać przy­szłe­go śledz­twa, ale mu­sie­li prze­cież szu­kać za­gi­nio­ne­go kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta.

W po­ko­ju po­że­gnań, z któ­re­go znik­nął Bru­no, Mi­chel­le za­sta­ła jed­ne­go z agen­tów, któ­ry prze­szu­ki­wał po­miesz­cze­nie, za­nim wpu­ści­li tam Bru­no.

– Jak to się, do cięż­kiej cho­le­ry, mo­gło stać? – za­py­ta­ła go.

Był to we­te­ran Służ­by, do­bry agent. Po­krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Miej­sce było czy­ste, Mick. Cał­ko­wi­cie czy­ste.

W pra­cy na­zy­wa­li ją czę­sto Mick. Dzię­ki temu bar­dziej upodob­nia­ła się do chło­pa­ków, co, jak nie­chęt­nie mu­sia­ła przy­znać, mia­ło swo­je do­bre stro­ny.

– Czy spraw­dzi­li­ście wdo­wę, prze­py­ta­li­ście ją?

Rzu­cił jej scep­tycz­ne spoj­rze­nie.

– Co, mie­li­śmy zro­bić sta­rusz­ce oso­bi­stą, kie­dy jej mąż le­żał pół­to­ra me­tra da­lej w trum­nie? Zaj­rze­li­śmy do to­reb­ki, ale prze­szu­ka­nie otwo­rów cia­ła nie wy­da­wa­ło mi się ko­niecz­ne. Mie­li­śmy na wszyst­ko dwie mi­nu­ty – do­dał. – Znasz ko­goś, kto po­tra­fi do­brze wy­ko­nać taką ro­bo­tę w cią­gu dwóch mi­nut?

Mi­chel­le ze­sztyw­nia­ła, gdyż do­tar­ło do niej praw­dzi­we zna­cze­nie jego słów. W tej spra­wie każ­dy bę­dzie się sta­rał ra­to­wać wła­sny ty­łek i pań­stwo­wą pen­sję. Te­raz zro­zu­mia­ła, że było głu­po­tą dać lu­dziom tyl­ko dwie mi­nu­ty. Obej­rza­ła gał­kę u drzwi. Kie­dy były za­mknię­te, moż­na ją było prze­krę­cić i za­blo­ko­wać.

Pół­to­ra me­tra da­lej w trum­nie? Spoj­rza­ła na drew­nia­ną skrzy­nię o bar­wie mie­dzi. We­zwa­no dy­rek­to­ra domu po­grze­bo­we­go. Był bla­dy jak ścia­na. Mi­chel­le za­py­ta­ła go, czy nie­bosz­czy­kiem fak­tycz­nie jest Bill Mar­tin. Męż­czy­zna po­twier­dził.

– I jest pan pe­wien, że ko­bie­ta, któ­ra tu sie­dzia­ła, to była wdo­wa, pani Mar­tin?

– A co to była za ko­bie­ta? – za­py­tał dy­rek­tor.

– Ubra­na na czar­no, z twa­rzą osło­nię­tą wo­al­ką. Sie­dzia­ła tu­taj, kie­dy przy­szli­śmy.

– Nie wiem, czy to była pani Mar­tin, czy nie. Nie wi­dzia­łem, jak wcho­dzi­ła.

– Po­trzeb­ny mi nu­mer do­mo­wy do Mar­ti­nów – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le. – I niech nikt z pra­cow­ni­ków nie opusz­cza bu­dyn­ku, do­pó­ki nie przy­je­dzie FBI i nie za­koń­czy prze­słu­chań. Ro­zu­mie pan?

– FBI? – Męż­czy­zna, o ile to było w ogó­le moż­li­we, zbladł jesz­cze bar­dziej.

Mi­chel­le od­pra­wi­ła go i jej spoj­rze­nie znów spo­czę­ło na trum­nie i pod­ło­dze przed nią. Po­chy­li­ła się i po­zbie­ra­ła le­żą­ce tam płat­ki róż. W tej po­zy­cji jej wzrok zna­lazł się na po­zio­mie bia­łej tka­ni­ny, któ­rą okry­to po­dest. Się­gnę­ła po­nad kwia­ta­mi i ostroż­nie od­su­nę­ła ma­te­riał. Pod spodem była drew­nia­na ścian­ka. Mi­chel­le za­stu­ka­ła w drew­no, któ­re wy­da­ło pu­sty od­głos. Za­ło­ży­ła rę­ka­wicz­ki i z po­mo­cą agen­ta wy­ję­ła kil­ka de­se­czek ze ścian­ki. W środ­ku było dość miej­sca, żeby zmie­ści­ła się tam do­ro­sła oso­ba. Mi­chel­le mo­gła tyl­ko po­krę­cić gło­wą. Za­wa­li­ła spra­wę na ca­łe­go.

Je­den z lu­dzi pod­szedł do niej z ja­kimś ma­łym urzą­dze­niem w to­reb­ce na do­wo­dy rze­czo­we.

– Od­twa­rzacz cy­fro­wy – za­mel­do­wał.

– Pusz­cza­li z nie­go głos Bru­no? – do­my­śli­ła się.

– Mu­sie­li gdzieś wy­ciąć ka­wa­łek z jego na­gra­nia i pusz­cza­li to, żeby nas uspo­ko­ić, do­pó­ki nie uciek­ną. Zda­nie „Jesz­cze chwi­lę” uzna­li za uni­wer­sal­ną od­po­wiedź na więk­szość z na­szych na­ga­by­wań. To nie za­dzia­ła­ło, kie­dy po­wie­dzia­łaś o wy­pad­ku jego dziec­ka. Gdzieś tu po­win­no być też urzą­dze­nie pod­słu­cho­we…

– …bo mu­sie­li nas sły­szeć, żeby w od­po­wied­niej chwi­li uru­cho­mić na­gra­ne­go Bru­no – do­koń­czy­ła za nie­go.

– Wła­śnie. – Agent po­ka­zał na ścia­nę, z któ­rej zdję­to część wy­tłu­mia­ją­cych dźwięk pa­ne­li. – Tam są drzwi. Za tą ścia­ną bie­gnie ko­ry­tarz.

– Tam­tę­dy zwia­li. – Od­da­ła mu to­reb­kę. – Odłóż to tam, gdzie było. Nie chcę wy­słu­chi­wać od FBI po­uczeń o nie­na­ru­szal­no­ści miej­sca prze­stęp­stwa.

– Mu­sie­li go wziąć siłą. Dziw­ne, że ni­cze­go nie sły­sze­li­śmy – po­wie­dział agent.

– Jak mo­gli­śmy coś sły­szeć przy tej tru­piej mu­zy­ce z gło­śni­ków? – burk­nę­ła.

Po­szli ra­zem do koń­ca ko­ry­ta­rza. Przy wy­cho­dzą­cych na tył bu­dyn­ku drzwiach sta­ły no­sze na kół­kach i pu­sta trum­na. Wyj­ście pro­wa­dzi­ło do miej­sca od­dzie­lo­ne­go od in­nych drzwi na za­ple­czu domu po­grze­bo­we­go dwu­me­tro­wą ce­gla­ną ścia­ną. Wró­ci­li do po­ko­ju po­że­gnań, po­now­nie we­zwa­li dy­rek­to­ra i po­ka­za­li mu przej­ście.

– Na­wet nie wie­dzia­łem, że coś ta­kie­go tu jest. – Był au­ten­tycz­nie za­szo­ko­wa­ny.

– Nie wie­dział pan? – za­py­ta­ła Mi­chel­le nie­do­wie­rza­ją­cym to­nem.

– Dzia­ła­my w tym miej­scu do­pie­ro od kil­ku lat, kie­dy je­dy­ny dom po­grze­bo­wy w oko­li­cy zo­stał zli­kwi­do­wa­ny. Nie mo­gli­śmy się wpro­wa­dzić do tam­te­go bu­dyn­ku, bo już się do ni­cze­go nie nada­wał. Tu­taj były przed­tem róż­ne rze­czy, a wła­ści­cie­le na­wet nie zro­bi­li re­mon­tu. Te po­ko­je po­że­gnań pra­wie nie zo­sta­ły zmie­nio­ne. Nie mia­łem po­ję­cia, że tu może być ja­kieś przej­ście.

– Ktoś jed­nak miał – za­uwa­ży­ła z prze­ką­sem. – Tam na koń­cu są drzwi, któ­re wy­cho­dzą na tyły. Tego też pan nie wie­dział?

– Ta część obiek­tu słu­ży jako ma­ga­zyn i wcho­dzi się tam ze środ­ka bu­dyn­ku – od­parł dy­rek­tor.

– Czy wi­dział pan tam może ja­kiś za­par­ko­wa­ny sa­mo­chód?

– Nie wi­dzia­łem, ale ja tam w ogó­le nie cho­dzę.

– Może ktoś inny coś wi­dział.

– Mu­siał­bym spraw­dzić.

– Nie, nie, już ja sama to spraw­dzę.

– Za­pew­niam pa­nią, że je­ste­śmy po­rząd­ną fir­mą.

– Ma­cie tu taj­ne przej­ścia i drzwi, o któ­rych ist­nie­niu nie wie­dzie­li­ście. Nie boi się pan o bez­pie­czeń­stwo?

Spoj­rzał na nią tępo i po­krę­cił gło­wą.

– To nie jest wiel­kie mia­sto, pro­szę pani. Tu nie ma żad­nych po­waż­nych prze­stępstw.

– Te cza­sy wła­śnie się skoń­czy­ły. Ma pan nu­mer do pani Mar­tin?

Wrę­czył jej kart­kę z nu­me­rem i za­dzwo­ni­ła. Nikt nie ode­brał.

Mi­chel­le zo­sta­ła sama. Sta­ła na środ­ku po­ko­ju po­że­gnań, my­śląc o tym, że wszyst­kie lata jej pra­cy, cią­głe­go udo­wad­nia­nia, że się do niej na­da­je, wła­śnie ule­cia­ły z dy­mem. Żeby cho­ciaż na po­cie­sze­nie mo­gła za­sło­nić ofia­rę wła­snym cia­łem przed kulą za­bój­cy. Ale nic z tych rze­czy. Mi­chel­le Ma­xwell prze­szła już do hi­sto­rii Se­cret Se­rvi­ce. Jej ka­rie­ra le­gła w gru­zach.

4

Kon­dukt po­grze­bo­wy zo­stał za­trzy­ma­ny, a wszyst­kie sa­mo­cho­dy, łącz­nie z ka­ra­wa­nem, do­kład­nie prze­szu­ka­ne. W trum­nie, kie­dy ją otwo­rzy­li, rze­czy­wi­ście le­żał Ha­rvey Kil­l­brew, uko­cha­ny oj­ciec, dzia­dek i mąż. Nie­mal wszy­scy ża­łob­ni­cy byli sta­ry­mi ludź­mi, wy­raź­nie wy­stra­szo­ny­mi wi­do­kiem tylu uzbro­jo­nych męż­czyzn, i ra­czej nie mo­gło być wśród nich po­ry­wa­czy. Po­mi­mo to ka­za­no kon­duk­to­wi za­wró­cić do domu po­grze­bo­we­go.

Do agen­ta, któ­ry wła­śnie wsia­dał do swe­go sa­mo­cho­du, żeby pi­lo­to­wać ka­ra­wan z po­wro­tem, pod­szedł ochro­niarz, Sim­mons.

– Co mam te­raz ro­bić, pro­szę pana? – za­py­tał.

– Trze­ba pil­no­wać dro­gi. Gdy­by ktoś pró­bo­wał wy­je­chać, za­trzy­maj. A je­śli­by ktoś chciał wje­chać, sprawdź, o co mu cho­dzi. Nie­dłu­go przy­ślą ci za­stęp­cę, ale na ra­zie się stąd nie ru­szaj, zro­zu­mia­no?

– To duża spra­wa, co? – Sim­mons wy­glą­dał na bar­dzo zde­ner­wo­wa­ne­go.

– Synu, więk­sza już ci się nie tra­fi do koń­ca ży­cia. Miej­my tyl­ko na­dzie­ję, że się do­brze skoń­czy, choć ra­czej w to wąt­pię.

Pod­biegł do nich inny agent, Neal Ri­chards.

– Ja z nim zo­sta­nę, Char­lie – po­wie­dział. – To nie jest do­bry po­mysł, żeby on był tu sam.

Char­lie po­pa­trzył na ko­le­gę.

– Je­steś pe­wien, że nie chcesz wró­cić na im­pre­zę, Neal? – za­py­tał.

Ri­chards uśmiech­nął się kwa­śno.

– Je­stem pe­wien, że wolę się te­raz nie zbli­żać na ki­lo­metr do Mi­chel­le Ma­xwell. Zo­sta­nę z chło­pa­kiem.

Ri­chards wsiadł szyb­ko do fur­go­net­ki, a Sim­mons usta­wił ją w po­przek dro­gi. Pa­trzy­li, jak ka­ra­wa­na agen­tów i ża­łob­ni­ków zni­ka za za­krę­tem, po czym ro­zej­rze­li się po oko­li­cy. Cho­ciaż nic się nie dzia­ło, Sim­mons wciąż trzy­mał dłoń na kol­bie swe­go pi­sto­le­tu, ści­ska­jąc ją tak moc­no, że aż skrzy­pia­ła skó­ra jego czar­nej rę­ka­wicz­ki.

– Wiem, że pew­nie nie może mi pan tego po­wie­dzieć, ale co się tam wła­ści­wie sta­ło? – za­py­tał, spo­glą­da­jąc ner­wo­wo na we­te­ra­na Se­cret Se­rvi­ce.

– Masz ra­cję. Nie mogę ci tego po­wie­dzieć – od­parł Ri­chards, na­wet na nie­go nie pa­trząc.

– Ja się tu wy­cho­wa­łem, znam te te­re­ny jak wła­sną kie­szeń – po­wie­dział chło­pak. – Gdy­bym chciał ko­goś stąd wy­wieźć, to nie­ca­ły ki­lo­metr od tego miej­sca jest po­lna dro­ga. Jak po­je­chać tym skró­tem, wy­jeż­dża się na szo­sę osiem ki­lo­me­trów da­lej.

Ri­chards wresz­cie spoj­rzał na nie­go.

– Na­praw­dę? – za­py­tał po­wo­li, się­ga­jąc do kie­sze­ni kurt­ki.

W na­stęp­nej se­kun­dzie le­żał twa­rzą w dół na swo­im fo­te­lu, z małą czer­wo­ną dziur­ką w ple­cach, wciąż ści­ska­jąc w pal­cach li­stek gumy do żu­cia. Sim­mons spoj­rzał na tył fur­go­net­ki, gdzie spod płach­ty bre­zen­tu wy­nu­rzy­ła się ko­bie­ta. Zdej­mo­wa­ła tłu­mik z lufy swo­jej bro­ni.

– Dum-dum, mały ka­li­ber – po­wie­dzia­ła. – Zo­sta­je w cie­le i nie trze­ba sprzą­tać.

– Duża spra­wa – uśmiech­nął się Sim­mons. – Do­kład­nie tak, jak po­wie­dział tam­ten fa­cet.

Od­piął bez­prze­wo­do­wy mi­kro­fon agen­ta i wy­rzu­cił go w las ra­zem z za­si­la­czem. Prze­je­chał pięć­set me­trów od domu po­grze­bo­we­go i skrę­cił w za­ro­śnię­tą chwa­sta­mi po­lną dro­gę. Wrzu­ci­li cia­ło Ri­chard­sa do za­sło­nię­tej przez gę­ste krza­ki roz­pa­dli­ny, rów­no­le­głej do dro­gi. Rze­czy­wi­ście była to świet­na tra­sa uciecz­ki. Jesz­cze sto me­trów i dwa za­krę­ty i zna­leź­li się przy opusz­czo­nej sto­do­le. Jej dach się za­pa­dał, wro­ta były otwar­te. Sim­mons wje­chał od razu do środ­ka, wy­siadł i za­mknął wro­ta. W sto­do­le sta­ła bia­ła pół­cię­ża­rów­ka.

Z tyłu fur­go­net­ki wy­sko­czy­ła ko­bie­ta. Nie przy­po­mi­na­ła już w ni­czym sta­rej wdo­wy. Była mło­dą blon­dyn­ką, szczu­płą, lecz mu­sku­lar­ną i zwin­ną, ubra­ną w dżin­sy i bia­łą bluz­kę. W cią­gu swo­je­go krót­kie­go ży­cia po­słu­gi­wa­ła się już wie­lo­ma na­zwi­ska­mi; obec­nie zna­na była jako Ta­sha. Była bar­dziej nie­bez­piecz­na od Sim­mon­sa, po­sia­da­ła bo­wiem ce­chę do­sko­na­łe­go za­bój­cy: brak su­mie­nia.

Sim­mons zdjął mun­dur ochro­nia­rza; pod spodem miał dżin­sy i ko­szul­kę. Wy­cią­gnął ze schow­ka przy­bo­ry do ma­ki­ja­żu, zdjął pe­ru­kę i usu­nął pa­su­ją­ce do niej bacz­ki, brwi oraz inne ele­men­ty cha­rak­te­ry­za­cji. Po chwi­li zmie­nił się w star­sze­go niż przed­tem męż­czy­znę o ciem­nych wło­sach.

Na­stęp­nie wy­cią­gnę­li z fur­go­net­ki dużą skrzy­nię, w któ­rej ukry­li wcze­śniej Joh­na Bru­no. Na wszel­ki wy­pa­dek skrzy­nia ozna­ko­wa­na była jako po­jem­nik ze sprzę­tem łącz­no­ścio­wym. Przy tyl­nym okien­ku pół­cię­ża­rów­ki sta­ła po­dob­nej wiel­ko­ści skrzy­nia na na­rzę­dzia. Wsa­dzi­li do niej Joh­na Bru­no i za­mknę­li ją na zam­ki. Z bo­ków i w po­kry­wie mia­ła otwo­ry wen­ty­la­cyj­ne, a wnę­trze było na­wet wy­ście­ła­ne.

Na­rzu­ci­li na pakę pół­cię­ża­rów­ki le­żą­ce w ką­cie sto­do­ły bele sia­na, któ­re za­kry­ły skrzy­nię nie­mal cał­ko­wi­cie. Pra­co­wa­li szyb­ko i cała ro­bo­ta za­ję­ła im dwa­dzie­ścia mi­nut. Wsko­czy­li do szo­fer­ki pi­ka­pa, za­ło­ży­li na gło­wy far­mer­skie cza­pecz­ki z dasz­kiem i wy­je­cha­li ze sto­do­ły, kie­ru­jąc się inną po­lną dro­gą do głów­nej szo­sy, trzy ki­lo­me­try da­lej.

Jak na iro­nię, mi­nę­ła ich ka­wal­ka­da wo­zów po­li­cyj­nych, zdą­ża­ją­cych nie­wąt­pli­wie na miej­sce prze­stęp­stwa. Je­den z mło­dych po­li­cjan­tów uśmiech­nął się na wi­dok ład­nej dziew­czy­ny w szo­fer­ce pół­cię­ża­rów­ki. Ta­sha rzu­ci­ła mu za­lot­ne spoj­rze­nie i po­ma­cha­ła. Para po­ry­wa­czy po­je­cha­ła da­lej, z nie­przy­tom­nym kan­dy­da­tem na pre­zy­den­ta le­żą­cym bez­piecz­nie w skrzy­ni na pace.

Trzy ki­lo­me­try przed nimi znaj­do­wał się star­szy męż­czy­zna, ten, któ­ry sie­dział na ław­ce przed do­mem po­grze­bo­wym, gdy przy­był tam John Bru­no ze swo­ją świ­tą. Po­rzu­ciw­szy stru­ga­nie, wy­mknął się w ostat­niej chwi­li z blo­ka­dy za­rzą­dzo­nej przez Ma­xwell. Je­chał sam swo­im roz­kle­ko­ta­nym bu­ic­kiem im­pa­la. Wła­śnie otrzy­mał in­for­ma­cje od ko­le­gów. Bru­no był bez­piecz­ny, a je­dy­ną ofia­rę śmier­tel­ną sta­no­wił agent Se­cret Se­rvi­ce; miał pe­cha, że zo­stał sam na sam z czło­wie­kiem, któ­re­go uznał za kom­plet­nie nie­szko­dli­we­go.

Wło­ży­li w to mnó­stwo cza­su i pra­cy, lecz wresz­cie się za­czę­ło. Sta­ry czło­wiek mógł się tyl­ko uśmiech­nąć.

5

Pół­cię­ża­rów­ka za­trzy­ma­ła się przed du­żym bu­dyn­kiem z ce­dro­wych bali, ukry­tym głę­bo­ko w la­sach. Dom miał wy­myśl­ną kon­struk­cję i bar­dziej przy­po­mi­nał pen­sjo­nat niż jed­no­ro­dzin­ną chat­kę, cho­ciaż miesz­kał tu tyl­ko je­den czło­wiek. Z auta wy­siadł męż­czy­zna i prze­cią­gnął się. Było jesz­cze wcze­śnie; słoń­ce do­pie­ro za­czę­ło wscho­dzić.

Sean King wszedł po ręcz­nie wy­ko­na­nych schod­kach i otwo­rzył drzwi swo­je­go domu. Zro­bił so­bie przy­sta­nek w prze­stron­nej kuch­ni, żeby za­pa­rzyć kawę. Pod­czas gdy eks­pres per­ko­tał, King ro­zej­rzał się po wnę­trzu, z sa­tys­fak­cją spo­glą­da­jąc na wy­cy­ze­lo­wa­ne na­roż­ni­ki i do­pa­so­wa­ne bel­ki, oce­nia­jąc pro­por­cje okien w sto­sun­ku do ścian. Zbu­do­wał ten dom wła­ści­wie sam w cią­gu czte­rech lat, miesz­ka­jąc w przy­cze­pie na tym pięt­na­sto­akro­wym ka­wał­ku grun­tu w gó­rach Blue Rid­ge, ja­kieś sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Char­lot­te­svil­le.

Wnę­trze ume­blo­wał obi­ty­mi skó­rą krze­sła­mi i pu­fia­sty­mi ka­na­pa­mi, drew­nia­ny­mi sto­ła­mi, wschod­ni­mi dy­wa­na­mi, lam­pa­mi z mie­dzi, pro­sty­mi pół­ka­mi wy­peł­nio­ny­mi eklek­tycz­nym księ­go­zbio­rem, ob­ra­za­mi olej­ny­mi i pa­ste­la­mi, wy­ko­na­ny­mi w więk­szo­ści przez miej­sco­wych ar­ty­stów, oraz in­ny­mi dro­bia­zga­mi, któ­re się zwy­kle gro­ma­dzi lub dzie­dzi­czy w cią­gu ży­cia. W wie­ku czter­dzie­stu czte­rech lat King prze­żył już co naj­mniej dwa ży­wo­ty i nie miał za­mia­ru wy­my­ślać sie­bie jesz­cze raz od nowa.

Ru­szył na górę i ga­le­ryj­ką bie­gną­cą przez całą dłu­gość domu prze­szedł do sy­pial­ni. Po­dob­nie jak w in­nych po­miesz­cze­niach, wszyst­ko tu było na swo­im miej­scu, pa­no­wał ład, a prze­strzeń była do­brze wy­ko­rzy­sta­na.

Zdjął mun­dur za­stęp­cy sze­ry­fa i wszedł pod prysz­nic, by zmyć z sie­bie pot noc­nej pra­cy. Ogo­lił się, umył wło­sy i po­trzy­mał pod go­rą­cą wodą bli­znę na środ­ko­wym pal­cu, żeby ją tro­chę zmięk­czyć. Na­uczył się już żyć z tą drob­ną pa­miąt­ką z cza­sów, kie­dy był agen­tem Se­cret Se­rvi­ce.

Gdy­by nie od­szedł ze Służ­by, to za­miast miesz­kać w tym pięk­nym drew­nia­nym domu w uro­czym za­kąt­ku Wir­gi­nii praw­do­po­dob­nie wciąż tkwił­by w ja­kimś kre­tyń­skim se­ryj­nym dom­ku z ka­ta­lo­gu w któ­rejś z dziel­nic sy­pial­ni wo­kół Wa­shing­ton Bel­tway i wciąż był­by żo­na­ty ze swo­ją byłą żoną. Z pew­no­ścią nie pro­wa­dził­by też do­brze pro­spe­ru­ją­cej kan­ce­la­rii praw­ni­czej i nie pra­co­wał ochot­ni­czo raz w ty­go­dniu na rzecz swej wiej­skiej gmi­ny jako za­stęp­ca sze­ry­fa. Cze­kał­by na ko­lej­ny lot ko­lej­nym sa­mo­lo­tem, pa­trząc, jak uśmiech­nię­ty po­li­tyk ca­łu­je nie­mow­la­ki, i słu­cha­jąc, jak kła­mie. I wy­pa­try­wał­by cier­pli­wie w tłu­mie ko­goś, kto mógł­by chcieć za­strze­lić jego pod­opiecz­ne­go. Cóż to była za fu­cha, za sto ty­się­cy do­la­rów rocz­nie i z ca­łym mnó­stwem prze­la­ta­nych ki­lo­me­trów ulgo­wej ta­ry­fy!

Prze­brał się w gar­ni­tur, ko­szu­lę i kra­wat, ucze­sał się i wy­pił kawę na we­ran­dzie przy kuch­ni, czy­ta­jąc ga­ze­tę. Pierw­szą stro­nę wy­peł­nia­ły ma­te­ria­ły o po­rwa­niu Joh­na Bru­no i pro­wa­dzo­nym przez FBI do­cho­dze­niu. King prze­czy­tał głów­ny ar­ty­kuł i uzu­peł­nia­ją­ce tek­sty, sta­ran­nie od­no­to­wu­jąc w my­śli wszyst­kie waż­ne szcze­gó­ły. Włą­czył te­le­wi­zor i wy­brał ka­nał in­for­ma­cyj­ny. Mó­wio­no wła­śnie o śmier­ci agen­ta Ne­ala Ri­chard­sa, we­te­ra­na Służ­by. Zo­sta­wił żonę i czwo­ro dzie­ci. Było to bar­dzo przy­gnę­bia­ją­ce, przy­najm­niej jed­nak wia­do­mo było, że Se­cret Se­rvi­ce za­dba o ro­dzi­nę zmar­łe­go. Ży­cia mu nie przy­wró­cą, ale to za­wsze coś.

Re­por­ter oznaj­mił, że FBI na ra­zie nie ma nic do po­wie­dze­nia. Oczy­wi­ście, po­my­ślał King, oni nig­dy nie mają nic do po­wie­dze­nia, do­pó­ki ktoś cze­goś nie chlap­nie ko­muś in­ne­mu, a ten nie po­le­ci do kum­pla w „Post” albo „Ti­me­sie” i wte­dy wie­dzą już wszy­scy. Za­zwy­czaj wie­dzie­li źle, ale ape­tyt be­stii me­dial­nej był nie­po­ha­mo­wa­ny i żad­na z rzą­do­wych in­sty­tu­cji, na­wet FBI, nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na gło­dze­nie jej w nie­skoń­czo­ność.

Usiadł wy­god­niej i przyj­rzał się ko­bie­cie na ekra­nie, sto­ją­cej obok grup­ki na po­dium. Na­tych­miast wy­czuł, że jest w tej ca­łej hi­sto­rii ele­men­tem zwią­za­nym z Se­cret Se­rvi­ce. Roz­po­zna­wał do­sko­na­le to ple­mię. Ko­bie­ta wy­glą­da­ła jak pro­fe­sjo­na­list­ka, ema­no­wa­ły z niej spo­kój i pe­wien ro­dzaj roz­luź­nio­nej czuj­no­ści, tak do­brze mu zna­nej. Było w niej jesz­cze coś, cze­go nie mógł od­czy­tać. Ogień w trze­wiach, to na pew­no, bo każ­de z nich to mia­ło. Ale jesz­cze coś wię­cej; być może ja­kaś sub­tel­na aura bun­tu?

Je­den z męż­czyzn na po­dium oświad­czył, że Służ­ba współ­pra­cu­je z FBI we wszyst­kich aspek­tach spra­wy, a tak­że oczy­wi­ście pro­wa­dzi wła­sne śledz­two. King wie­dział, że po­pro­wa­dzi je wy­dział in­spek­cji, bo jemu tak­że do­bie­ra­li się do tył­ka po za­bój­stwie Rit­te­ra. Czy­ta­jąc mię­dzy wier­sza­mi biu­ro­kra­tycz­nej dwój­mo­wy, do­szedł do wnio­sku, że winę już przy­pi­sa­no i zo­sta­nie to ogło­szo­ne pu­blicz­nie, gdy tyl­ko za­in­te­re­so­wa­ne in­sty­tu­cje oko­pią się na po­zy­cjach i będą mo­gły ujaw­nić tę strasz­ną in­for­ma­cję. Kon­fe­ren­cja pra­so­wa do­bie­gła koń­ca. Ko­bie­ta wy­szła i wsia­dła do czar­ne­go se­da­na. Głos spo­za ka­dru po­wie­dział, że nie udzie­la od­po­wie­dzi na żad­ne py­ta­nia z po­le­ce­nia Se­cret Se­rvi­ce, po czym ten sam głos usłuż­nie zi­den­ty­fi­ko­wał ją jako Mi­chel­le Ma­xwell, do­wo­dzą­cą od­dzia­łem, któ­ry stra­cił Joh­na Bru­no.

To po co ją w ogó­le po­ka­zu­ją, po­my­ślał King. Jak­by wy­ma­chi­wa­li su­ro­wym mię­sem przed klat­ką z dra­pież­ni­ka­mi. I sam od razu od­po­wie­dział so­bie na to py­ta­nie: żeby winę moż­na było sko­ja­rzyć z kon­kret­ną twa­rzą. Służ­ba cał­kiem nie­źle chro­ni­ła swo­ich lu­dzi. Agen­tom już nie­raz w prze­szło­ści zda­rza­ły się wpad­ki i po­sy­ła­no ich wte­dy na urlop, a po­tem zmie­nia­no przy­dział. Ale w tym przy­pad­ku ja­kieś nie­ja­sne ukła­dy po­li­tycz­ne wy­ma­ga­ły być może, żeby po­le­cia­ła czy­jaś gło­wa. Mo­gli­by rów­nie do­brze po­wie­dzieć: „Pro­szę bar­dzo, bierz­cie ją, jest wa­sza. My oczy­wi­ście mu­si­my kon­ty­nu­ować ofi­cjal­ne do­cho­dze­nie, nie­chaj was to jed­nak nie po­wstrzy­mu­je”. King zro­zu­miał te­raz ten cień bun­tu na twa­rzy agent­ki. Wie­dział do­kład­nie, co się dzie­je. Ta ko­bie­ta bra­ła udział we wła­snej eg­ze­ku­cji i wca­le jej się to nie po­do­ba­ło.

Upił łyk kawy, za­ką­sił grzan­ką i po­wie­dział do te­le­wi­zo­ra:

– No cóż, Mi­chel­le, mo­żesz się wku­rzać, ile wle­zie, ale je­dy­ne, co ci po­zo­sta­ło, to ład­nie się po­że­gnać.

Na ekra­nie po­ja­wi­ło się por­tre­to­we zdję­cie agent­ki i po­pły­nę­ły in­for­ma­cje do­ty­czą­ce jej ży­cio­ry­su. W szko­le śred­niej re­pre­zen­ta­cja kra­ju w ko­szy­ków­ce oraz w bie­gach. Jed­no­cze­śnie umysł na­ukow­ca, w trzy lata ukoń­czy­ła uni­wer­sy­tet Duke z ty­tu­łem ma­gi­stra pra­wa kar­ne­go. Jak­by tego jesz­cze było za mało, pod­czas stu­diów zmie­ni­ła dys­cy­pli­nę i zdo­by­ła srebr­ny me­dal olim­pij­ski w wio­ślar­stwie. Spor­to­wiec z ty­tu­łem na­uko­wym, nie ma nic bar­dziej in­spi­ru­ją­ce­go, po­my­ślał King. Po roku prze­pra­co­wa­nym w po­li­cji ro­dzin­ne­go Ten­nes­see wstą­pi­ła do Służ­by, gdzie z za­pa­łem pię­ła się w górę po dwa szcze­ble na­raz, a obec­nie mo­gła się cie­szyć cu­dow­nym sta­tu­sem ko­zła ofiar­ne­go.

I to cał­kiem przy­stoj­ne­go ko­zła ofiar­ne­go, uznał King i za­raz się zre­flek­to­wał. Przy­stoj­ne­go? A jed­nak było w niej tak­że coś mę­skie­go: zde­cy­do­wa­ny, nie­mal ju­nac­ki krok, im­po­nu­ją­co sze­ro­kie ra­mio­na – bez wąt­pie­nia efekt wio­sło­wa­nia – i li­nia szczę­ki za­po­wia­da­ją­ca skraj­ny upór w każ­dej sy­tu­acji. Ale mia­ła też spo­ro ko­bie­ce­go wdzię­ku. Po­mi­mo sze­ro­kich ra­mion, przy wzro­ście nie­mal metr osiem­dzie­siąt była szczu­pła, choć nie bra­ko­wa­ło jej rów­nież mi­łych za­okrą­gleń. Wło­sy czar­ne, pro­ste, do ra­mion, jak wy­ma­ga­ły prze­pi­sy Służ­by, lecz o sty­lo­wym wy­glą­dzie. Ko­ści po­licz­ko­we wy­so­kie i moc­ne, oczy zie­lo­ne, świe­tli­ste i in­te­li­gent­ne; z pew­no­ścią mało co ucho­dzi­ło ich uwa­gi. W Se­cret Se­rvi­ce ta­kie oczy były nie­zbęd­ne.

Mi­chel­le ra­czej nie przy­po­mi­na­ła kla­sycz­nej pięk­no­ści, ale w szko­le była nie­wąt­pli­wie dziew­czy­ną szyb­szą i spryt­niej­szą od wszyst­kich chło­pa­ków. W li­ceum każ­dy sa­miec mu­siał za­bie­gać o jej przy­jaźń, je­że­li już o nic wię­cej. Są­dząc po jej wy­glą­dzie, King wąt­pił, żeby któ­re­muś uda­ło się uzy­skać coś wię­cej niż układ na jej wa­run­kach.

– No cóż – po­wie­dział do zdję­cia na ekra­nie – ist­nie­je tak­że ży­cie po Służ­bie. Mo­żesz stwo­rzyć sie­bie na nowo. Po­mi­mo wszel­kich prze­ciw­no­ści mo­żesz być cał­kiem szczę­śli­wa. Za­po­mnieć jed­nak nie zdo­łasz. Przy­kro mi, Mi­chel­le Ma­xwell, ale mó­wię to z wła­sne­go do­świad­cze­nia.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Czas iść do biu­ra, spo­rzą­dzać te­sta­men­ty i umo­wy i zgar­niać spo­rą kasę za go­dzi­nę. Było to nie­zbyt eks­cy­tu­ją­ce w po­rów­na­niu z jego po­przed­nią pra­cą, lecz na tym eta­pie swe­go ży­cia Sean King ce­nił so­bie wła­śnie nudę i ru­ty­nę. Eks­cy­tu­ją­cych sy­tu­acji do­świad­czył już na kil­ka ży­wo­tów na­przód.

6

Wyco­fał z ga­ra­żu swe­go le­xu­sa ka­brio­let, od­su­nął dach i po­je­chał do pra­cy po raz dru­gi w cią­gu ostat­nich ośmiu go­dzin. Tra­sa pro­wa­dzi­ła krę­ty­mi dro­ga­mi, mi­jał pięk­ne za­kąt­ki, cza­sa­mi wi­dy­wał dzi­kie zwie­rzę­ta, a ruch był nie­mal ża­den, do­pó­ki nie wje­chał na szo­sę pro­wa­dzą­cą do mia­sta. Jego kan­ce­la­ria znaj­do­wa­ła się przy głów­nej uli­cy, na­zwa­nej – a jak­że! – Main Stre­et. Była to je­dy­na znacz­niej­sza uli­ca w cen­trum Wri­ghts­bur­ga, nie­du­że­go i sto­sun­ko­wo no­we­go mia­stecz­ka w po­ło­wie dro­gi po­mię­dzy Char­lot­te­svil­le i Lynch­bur­giem w sta­nie Wir­gi­nia.

Wje­chał na par­king za pię­tro­wym bu­dyn­kiem z bia­łej ce­gły, w któ­rym mie­ści­ła się „Kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka King i Ba­xter”, jak gło­si­ła dum­nie ta­bli­ca przy wej­ściu. Pra­wo stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­cie Wir­gi­nia, pół go­dzi­ny jaz­dy stąd. Po­rzu­cił stu­dia po dwóch la­tach, wy­bie­ra­jąc pra­cę w Se­cret Se­rvi­ce, po­nie­waż chciał prze­żyć coś wię­cej, niż mo­gły mu za­pew­nić sto­sy ksią­żek praw­ni­czych i me­to­da so­kra­tycz­na. Bez wąt­pie­nia za­li­czył swo­ją por­cję przy­go­dy.

Gdy opadł pył po za­bój­stwie Cly­de’a Rit­te­ra, od­szedł z Se­cret Se­rvi­ce, do­koń­czył stu­dia i roz­po­czął prak­ty­kę w Wri­ghts­bur­gu. Fir­ma roz­ro­sła się z cza­sem do dwu­oso­bo­wej i jego ży­cie na­bra­ło bla­sku. Był sza­no­wa­nym praw­ni­kiem i przy­jaź­nił się z wie­lo­ma pro­mi­nent­ny­mi oso­ba­mi z oko­li­cy. Pra­co­wał spo­łecz­nie na rzecz swo­jej gmi­ny, mię­dzy in­ny­mi jako za­stęp­ca sze­ry­fa. Uwa­ża­ny za jed­ną z naj­lep­szych par­tii w mia­stecz­ku, spo­ty­kał się z ko­bie­ta­mi, kie­dy chciał, a kie­dy nie chciał, to się nie spo­ty­kał. Miał spo­ry krąg przy­ja­ciół, lecz nie­wie­lu ser­decz­nych. Lu­bił swo­ją pra­cę, spę­dzał przy­jem­nie wol­ny czas i nie po­zwa­lał, żeby co­kol­wiek zbyt­nio go kło­po­ta­ło. Jego ży­cie to­czy­ło się w sta­ran­nie do­bra­nym i nie­spiesz­nym ryt­mie. I bar­dzo mu to od­po­wia­da­ło.

Przy wy­sia­da­niu spo­strzegł ko­bie­tę, któ­ra naj­wy­raź­niej na ko­goś cze­ka­ła. Naj­chęt­niej scho­wał­by się z po­wro­tem do sa­mo­cho­du, lecz ona oczy­wi­ście już go za­uwa­ży­ła.

– Cześć, Su­san – po­wie­dział, bio­rąc tecz­kę z sie­dze­nia pa­sa­że­ra.

– Wy­glą­dasz na zmę­czo­ne­go – stwier­dzi­ła. – Nie wiem, jak ty to ro­bisz.

– Co ro­bię?

– W dzień pro­wa­dzisz kan­ce­la­rię, a w nocy je­steś po­li­cjan­tem.

– Spo­łecz­nym za­stęp­cą sze­ry­fa, Su­san, i tyl­ko jed­ną noc w ty­go­dniu. Wczo­raj pod­czas pa­tro­lu mu­sia­łem zje­chać na po­bo­cze, żeby nie po­trą­cić opo­sa, i to już było wiel­kie wy­da­rze­nie.

– Kie­dy pra­co­wa­łeś w Se­cret Se­rvi­ce, pew­nie nie sy­pia­łeś ca­ły­mi dnia­mi? To mu­sia­ła być eks­cy­tu­ją­ca pra­ca, cho­ciaż na pew­no bar­dzo wy­czer­pu­ją­ca.

– Nie do koń­ca – od­parł i ru­szył do bu­dyn­ku, a Su­san za nim.

Su­san Whi­te­he­ad była tuż po czter­dzie­st­ce, atrak­cyj­na, roz­wie­dzio­na, bo­ga­ta i zde­cy­do­wa­na zro­bić wszyst­ko, żeby King zo­stał jej czwar­tym mę­żem. Pro­wa­dził jej spra­wę roz­wo­do­wą i znał z wła­sne­go do­świad­cze­nia sze­reg nie­zwy­kle iry­tu­ją­cych cech jej cha­rak­te­ru, łącz­nie z wy­jąt­ko­wą mści­wo­ścią. Jego sym­pa­tie lo­ko­wa­ły się w ca­ło­ści po stro­nie nie­szczę­sne­go męża nu­mer trzy. Był to nie­śmia­ły, sa­mot­ni­cze­go uspo­so­bie­nia chło­pi­na, tak stłam­szo­ny przez żonę, że w koń­cu wy­brał się na czte­ro­dnio­we pi­jań­stwo, ha­zard i dziw­ki do Las Ve­gas, no i to był po­czą­tek koń­ca. Były mąż Su­san był te­raz nie­co zu­bo­ża­łym, lecz bez wąt­pie­nia szczę­śliw­szym czło­wie­kiem, a King nie miał naj­mniej­szej ocho­ty zaj­mo­wać jego miej­sca.

– Urzą­dzam małą ko­la­cyj­kę w so­bo­tę – oświad­czy­ła Su­san. – Mam na­dzie­ję, że się zja­wisz.

Zaj­rzał w my­śli do ka­len­da­rza, stwier­dził, że so­bo­tę ma wol­ną, po czym od­parł bez za­jąk­nie­nia:

– Przy­kro mi, Su­san, ale za­pla­no­wa­łem już ten dzień. Może in­nym ra­zem.

– Za­wsze masz mnó­stwo pla­nów, Sean – stwier­dzi­ła z nie­chę­cią. – Może i mnie kie­dyś one obej­mą, po­waż­nie na to li­czę.

– Ad­wo­ka­ta i klient­ki ra­czej nie po­win­ny łą­czyć zbyt bli­skie sto­sun­ki, Su­san.

– Już nie je­stem two­ją klient­ką, Sean.

– Ale by­łaś, więc to i tak nie jest do­bry po­mysł. Wierz mi, wiem, co mó­wię. – Się­gnął do klam­ki. – I ży­czę ci mi­łe­go dnia – do­dał, za­nim otwo­rzył drzwi.

Wszedł do środ­ka z na­dzie­ją, że tu nie bę­dzie go już na­ga­by­wa­ła. Od­cze­kał chwi­lę w holu bu­dyn­ku, ode­tchnął z ulgą, wi­dząc, że Su­san już go nie ści­ga, i wszedł na pię­tro do biu­ra. Pra­wie za­wsze przy­cho­dził pierw­szy. Jego wspól­nik, Phil Ba­xter, był pro­ce­so­wą ga­łę­zią ich dzia­łal­no­ści, a King zaj­mo­wał się te­sta­men­ta­mi, da­ro­wi­zna­mi, nie­ru­cho­mo­ścia­mi, róż­ny­mi spra­wa­mi biz­ne­so­wy­mi – tym, co za­pew­nia­ło re­gu­lar­ny przy­pływ go­tów­ki. W oko­li­cy Wri­ghts­bur­ga kry­ło się spo­ro bo­gac­twa. Miesz­ka­li tu po­waż­ni przed­się­bior­cy, gwiaz­dy fil­mo­we, pi­sa­rze i inni ma­jęt­ni lu­dzie, któ­rzy upodo­ba­li so­bie te te­re­ny dla ich pięk­na i uro­ków miej­sco­we­go ży­cia, od­po­wia­da­ją­cych za­war­to­ści ich port­fe­li: do­brych re­stau­ra­cji, skle­pów, oży­wio­ne­go ży­cia kul­tu­ral­ne­go i re­no­mo­wa­ne­go uni­wer­sy­te­tu tuż pod no­sem, w Char­lot­te­svil­le.

Phil lu­bił po­spać, a sądy za­czy­na­ły pra­cę o dzie­sią­tej, lecz w prze­ci­wień­stwie do swo­je­go wspól­ni­ka pra­co­wał do póź­na. King o pią­tej był już prze­waż­nie w domu i maj­stro­wał coś w warsz­ta­cie albo pły­wał ło­dzią i ło­wił ryby w je­zio­rze, pod­czas gdy Ba­xter wciąż sie­dział w biu­rze. Dla­te­go świet­nie im się współ­pra­co­wa­ło.

King prze­krę­cił klucz i wszedł do środ­ka. Se­kre­tar­ki też jesz­cze nie było, do­pie­ro do­cho­dzi­ła ósma. Su­san Whi­te­he­ad chy­ba spe­cjal­nie cza­to­wa­ła przed biu­rem, żeby go do­paść.

Naj­pierw zo­ba­czył prze­wró­co­ne krze­sło, a za­raz po­tem przed­mio­ty, któ­re po­win­ny le­żeć na biur­ku se­kre­tar­ki – te­raz były roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze. Jego ręka sko­czy­ła in­stynk­tow­nie do ka­bu­ry na bio­drze, nie miał jed­nak ani ka­bu­ry, ani pi­sto­le­tu. Miał przy so­bie tyl­ko bar­dzo wred­ny ko­dy­cyl do te­sta­men­tu, któ­ry wła­śnie na­pi­sał i któ­rym mógł po­stra­szyć naj­wy­żej nie­do­szłych spad­ko­bier­ców. Pod­niósł z pod­ło­gi cięż­ki przy­cisk do pa­pie­rów i ro­zej­rzał się. To, co uj­rzał, zmro­zi­ło go.

Pod­ło­ga przy drzwiach ga­bi­ne­tu Ba­xte­ra za­pla­mio­na była krwią. Pod­szedł bli­żej, trzy­ma­jąc przy­cisk w po­go­to­wiu, a dru­gą ręką wy­do­był ko­mór­kę, wy­brał 911 i ci­cho, lecz wy­raź­nie po­in­for­mo­wał dys­po­zy­to­ra o tym, co zo­ba­czył. Się­gnął do gał­ki w drzwiach, zre­flek­to­wał się i wy­cią­gnął z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę, żeby nie za­trzeć od­ci­sków. Po­wo­li uchy­lił drzwi, go­to­wy do ata­ku, choć in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że po­kój jest pu­sty. Zaj­rzał w pół­mrok po­miesz­cze­nia i łok­ciem pstryk­nął świa­tło.

Zwło­ki le­ża­ły na boku do­kład­nie na wprost nie­go, z po­je­dyn­czą dziu­rą po kuli na środ­ku klat­ki pier­sio­wej i wy­lo­tem na ple­cach. Nie był to Phil Ba­xter, lecz inny do­brze zna­ny mu czło­wiek. Gwał­tow­na śmierć tej oso­by mia­ła nie­mal do­szczęt­nie roz­bić spo­koj­ną eg­zy­sten­cję Se­ana Kin­ga.

Wy­pu­ścił wstrzy­my­wa­ny do­tąd od­dech.

– Znów się za­czę­ło – mruk­nął.

7

Męż­czy­zna sie­dział w swo­im bu­ic­ku i pa­trzył na za­trzy­mu­ją­ce się pod biu­rem Kin­ga po­li­cyj­ne auta i wbie­ga­ją­cych do środ­ka funk­cjo­na­riu­szy. Od cza­su kie­dy grał rolę stru­ga­ją­ce­go dre­wien­ko sta­rusz­ka, sie­dzą­ce­go przed do­mem po­grze­bo­wym, z któ­re­go wy­nie­sio­no Joh­na Bru­no, jego wy­gląd uległ znacz­nej od­mia­nie. Wte­dy miał na so­bie o dwa nu­me­ry za duży gar­ni­tur, żeby wy­glą­dać na drob­niej­sze­go i chud­sze­go. Sczer­nia­łe zęby, su­mia­sty wąs, flasz­ka go­rzał­ki, no­żyk do stru­ga­nia i prym­ka ty­to­niu do żu­cia w ką­ci­ku ust mia­ły przy­cią­gać uwa­gę. Po­stron­ny ob­ser­wa­tor od­no­sił wra­że­nie, że wie do­kład­nie, kogo ma przed sobą. Było to wra­że­nie cał­ko­wi­cie myl­ne, i o to wła­śnie cho­dzi­ło.

Te­raz był młod­szy o ja­kieś trzy­dzie­ści lat. On tak­że, po­dob­nie jak King, stwo­rzył sie­bie na nowo. Po­gry­zał droż­dżów­kę i po­pi­ja­jąc ją czar­ną kawą, za­sta­na­wiał się nad re­ak­cją Kin­ga po zna­le­zie­niu tru­pa we wła­snym biu­rze. W pierw­szej chwi­li za­pew­ne szok, po­tem gniew, ale nie za­sko­cze­nie; ra­czej nie za­sko­cze­nie, je­śli się nad tym do­brze za­sta­no­wić.

Roz­my­śla­jąc tak, włą­czył ra­dio, usta­wio­ne za­wsze na miej­sco­wy ka­nał in­for­ma­cyj­ny. Zdą­żył na wia­do­mo­ści o ósmej. Jak chy­ba wszyst­kie dzien­ni­ki ra­dio­we tego dnia na świe­cie, roz­po­czę­ły się in­for­ma­cją o po­rwa­niu Joh­na Bru­no. Wy­par­ła ona z umy­słów więk­szo­ści Ame­ry­ka­nów, przy­najm­niej na ja­kiś czas, wie­ści z Bli­skie­go Wscho­du i wy­ni­ki me­czów fut­bo­lo­wych.

Męż­czy­zna słu­chał, ob­li­zu­jąc pal­ce z lu­kru i na­sio­nek maku. Mó­wio­no te­raz o Mi­chel­le Ma­xwell, do­wo­dzą­cej od­dzia­łem ochro­ny Se­cret Se­rvi­ce. Zo­sta­ła ode­sła­na na przy­mu­so­wy urlop, co ozna­cza­ło, że jest już jed­ną nogą w za­wo­do­wym gro­bie.

Ko­bie­ta wy­pa­dła więc z gry, w każ­dym ra­zie ofi­cjal­nie. A nie­ofi­cjal­nie? Dla­te­go wła­śnie sta­rał się za­pa­mię­tać twarz i wy­gląd Ma­xwell w każ­dym szcze­gó­le, gdy go mi­ja­ła pod do­mem po­grze­bo­wym. Nie­wy­klu­czo­ne, że w któ­rymś mo­men­cie zno­wu się spo­tka­ją. Znał już dość do­brze jej bio­gra­fię, lecz im wię­cej in­for­ma­cji, im wię­cej da­nych wy­wia­dow­czych, tym le­piej. Taka ko­bie­ta mo­gła albo sie­dzieć w domu i po­pa­dać w zgorzk­nie­nie, albo pod­jąć ry­zy­ko i za­ata­ko­wać. Na tyle, na ile ją po­znał, za bar­dziej praw­do­po­dob­ne uwa­żał to dru­gie.

Sku­pił znów uwa­gę na roz­gry­wa­ją­cej się przed nim sce­nie. Miesz­kań­cy mia­stecz­ka, któ­rzy zdą­ża­li wła­śnie do pra­cy lub otwie­ra­li swo­je skle­py, za­czę­li się gro­ma­dzić przed biu­rem Kin­ga, pod któ­re pod­jeż­dżał wła­śnie ko­lej­ny wóz po­li­cyj­ny, a za nim fur­go­net­ka eki­py tech­nicz­nej. Dla nie­wiel­kiej, lecz sza­cow­nej spo­łecz­no­ści Wri­ghts­bur­ga było to z pew­no­ścią nowe do­świad­cze­nie. Lu­dzie w mun­du­rach wy­glą­da­li, jak­by nie wie­dzie­li, co wła­ści­wie mają ro­bić. Po­gry­za­ją­ce­go droż­dżów­kę męż­czy­znę w sa­mo­cho­dzie bar­dzo to pod­nio­sło na du­chu. Tak dłu­go na to cze­kał i chciał czer­pać z tego ra­dość. A wszyst­ko do­pie­ro się za­czy­na­ło.

Spo­strzegł zno­wu ko­bie­tę, któ­ra po­de­szła przed­tem do Kin­ga, gdy wy­sia­dał z sa­mo­cho­du. Na­rze­czo­na? Ra­czej po­ten­cjal­na ko­chan­ka, uznał, ob­ser­wu­jąc ich spo­tka­nie. Wy­ce­lo­wał apa­rat i zro­bił jej kil­ka zdjęć. Cze­kał, aż King wyj­dzie za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza, czuł jed­nak, że tak się nie sta­nie. Pa­tro­lu­jąc oko­li­cę jako za­stęp­ca sze­ry­fa, Sean King ob­jeż­dżał spo­ry te­ren. Wie­le bocz­nych dróg. Nig­dy nie wia­do­mo, co może cze­kać czło­wie­ka w gę­stym le­sie. Zresz­tą gdzie dzi­siaj moż­na czuć się bez­piecz­nym?

W le­żą­cej w ba­gaż­ni­ku tor­bie był szcze­gól­ny przed­miot, któ­ry miał się zna­leźć w szcze­gól­nym miej­scu.

Wła­śnie te­raz była do­sko­na­ła oka­zja, żeby go tam umie­ścić. Męż­czy­zna uru­cho­mił sil­nik po­rdze­wia­łe­go bu­ic­ka i ru­szył z war­ko­tem, wrzu­ciw­szy naj­pierw reszt­ki śnia­da­nia do ko­sza przy kra­węż­ni­ku. Mi­ja­jąc Su­san Whi­te­he­ad, ga­pią­cą się w okna biu­ra Kin­ga, po­my­ślał: „Może za­cznę się z tobą spo­ty­kać? Ra­czej prę­dzej niż póź­niej”.

Bu­ick znik­nął za za­krę­tem szo­sy, po­zo­sta­wia­jąc za sobą za­szo­ko­wa­ny Wri­ghts­burg.

Pierw­sza run­da za­koń­czo­na, po­my­ślał męż­czy­zna. Z nie­cier­pli­wo­ścią wy­cze­ki­wał dru­giej.

8

Wal­ter Bi­shop cho­dził w tę i z po­wro­tem przed sie­dzą­cą przy ma­łym sto­li­ku Mi­chel­le Ma­xwell. Dziew­czy­na wo­dzi­ła za nim wzro­kiem. Znaj­do­wa­li się w nie­wiel­kim po­ko­ju kon­fe­ren­cyj­nym w głę­bi rzą­do­we­go bu­dyn­ku w Wa­szyng­to­nie. Bu­dy­nek był pe­łen lu­dzi, usi­łu­ją­cych ochło­nąć po ostat­nich wy­da­rze­niach.

– Po­win­naś się cie­szyć, że ode­sła­li cię tyl­ko na przy­mu­so­wy urlop – po­wie­dział Bi­shop.

– Oczy­wi­ście. Je­stem za­chwy­co­na, że za­bra­łeś mi pi­sto­let i od­zna­kę. Nie je­stem taka głu­pia, Wal­ter. Wy­rok już zo­stał wy­da­ny i mnie już tu nie ma.

– Śledz­two jest w toku, wła­ści­wie do­pie­ro się roz­po­czę­ło.

– Ja­sne. Tyle lat pra­cy na śmiet­nik.

– Kan­dy­dat na pre­zy­den­ta zo­stał po­rwa­ny tuż sprzed two­je­go nosa! – Bi­shop sta­nął przed nią i pod­niósł głos: – Po raz pierw­szy w hi­sto­rii Służ­by! Gra­tu­la­cje. Masz szczę­ście, że nie sto­isz przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym. W nie­któ­rych kra­jach byś sta­ła.

– A my­ślisz, że jak ja się czu­ję? To mnie do­bi­ja.

– Cie­ka­wy do­bór słów. Neal Ri­chards był świet­nym agen­tem.

– Wiem o tym le­piej od cie­bie – żach­nę­ła się. – Skąd mo­głam przy­pusz­czać, że ten ochro­niarz jest fał­szy­wy? Nikt w ca­łej Służ­bie nie prze­żył tej hi­sto­rii z Ne­alem go­rzej ode mnie.

– Nie wol­no ci było zo­sta­wiać Bru­no sa­me­go w tym po­ko­ju. Gdy­byś się tyl­ko trzy­ma­ła stan­dar­do­wych pro­ce­dur, to wszyst­ko w ogó­le by się nie wy­da­rzy­ło. Gdy­byś cho­ciaż zo­sta­wi­ła drzwi uchy­lo­ne na tyle, żeby go wi­dzieć! Nig­dy, prze­nig­dy nie wol­no spusz­czać pod­opiecz­ne­go z oka, prze­cież to wiesz. To pierw­sza za­sa­da ochro­ny.

Mi­chel­le po­krę­ci­ła gło­wą.

– Cza­sa­mi w tej ro­bo­cie trze­ba pójść na ja­kiś kom­pro­mis, żeby dać lu­dziom tro­chę luzu w tym ca­łym mły­nie.

– Da­wa­nie luzu lu­dziom to nie two­je za­ję­cie. Ty masz im dać bez­pie­czeń­stwo!

– Chcesz po­wie­dzieć, że to był pierw­szy raz w hi­sto­rii Służ­by, kie­dy pod­ję­to de­cy­zję o po­zo­sta­wie­niu pod­opiecz­ne­go w ja­kimś po­miesz­cze­niu bez obec­no­ści agen­ta?

– Nie, ale po raz pierw­szy pod­ję­to taką de­cy­zję i coś się sta­ło. Od­po­wie­dzial­ność jest jed­no­znacz­na, Mi­chel­le, i żad­ne tłu­ma­cze­nia nie mają sen­su. Stron­ni­cy Bru­no już się szy­ku­ją do woj­ny. Ja­kiś świr po­wie­dział, że Służ­ba zo­sta­ła pod­pła­co­na, żeby wy­eli­mi­no­wać go­ścia z kam­pa­nii.

– Co za bred­nie!

– My to wie­my, ale je­że­li będą po­wta­rzać ta­kie rze­czy, lu­dzie w koń­cu mogą za­cząć w nie wie­rzyć.

Mi­chel­le pod­czas tej wy­mia­ny zdań sie­dzia­ła na skra­ju krze­sła. Te­raz usia­dła wy­god­niej i spoj­rza­ła na nie­go ze spo­ko­jem w oczach.

– Tak dla ja­sno­ści, Wal­te­rze, przyj­mu­ję peł­ną od­po­wie­dzial­ność za to, co się sta­ło, i żad­ne­mu z mo­ich lu­dzi nie po­wi­nien spaść włos z gło­wy. Wy­ko­ny­wa­li tyl­ko moje roz­ka­zy. To ja pod­ję­łam de­cy­zję ito ja schrza­ni­łam spra­wę.

– Do­brze, że to mó­wisz. Zo­ba­czę, co da się jesz­cze zro­bić. – Bi­shop za­milkł na chwi­lę. – Do­my­ślam się, że nie roz­wa­ża­łaś odej­ścia na wła­sną proś­bę?

– Nie, Wal­te­rze, nie roz­wa­ża­łam. I dla two­jej wia­do­mo­ści, wy­na­ję­łam ad­wo­ka­ta.

– Oczy­wi­ście, w koń­cu to Ame­ry­ka. W tym kra­ju każ­dy, kto coś spie­przy, może wy­na­jąć ad­wo­ka­ta i jesz­cze do­stać pie­nią­dze za wła­sną nie­kom­pe­ten­cję. Pew­nie je­steś z sie­bie dum­na.

Sar­kazm Wal­te­ra ukłuł ją bo­le­śnie i mu­sia­ła prze­łknąć łzy, któ­re na­gle na­pły­nę­ły jej do oczu. Ale w głę­bi du­szy czu­ła, że za­słu­ży­ła na to.

– Ja tyl­ko pró­bu­ję się bro­nić, Wal­te­rze – od­par­ła. – Ty zro­bił­byś na moim miej­scu to samo.

– Ja­sne. Masz ra­cję. – Bi­shop wło­żył ręce w kie­sze­nie i spoj­rzał ku drzwiom, da­jąc tym sa­mym znak, że roz­mo­wa skoń­czo­na.

Mi­chel­le wsta­ła.

– Czy mogę cię o coś po­pro­sić? – za­py­ta­ła.

– Pew­nie, że mo­żesz… sko­ro masz tyle od­wa­gi, żeby pro­sić o co­kol­wiek w tej sy­tu­acji.

– Od­wa­gi mi nie bra­ku­je i nie ty pierw­szy to za­uwa­ży­łeś – od­par­ła chłod­no. Bi­shop nie za­re­ago­wał, cze­ka­jąc na dal­szy ciąg. – Chcia­ła­bym wie­dzieć, jak prze­bie­ga śledz­two.

– To dział­ka FBI.

– Wiem, ale prze­cież nas in­for­mu­ją.

– Te in­for­ma­cje są za­strze­żo­ne wy­łącz­nie dla pra­cow­ni­ków Służ­by.

– To zna­czy, że ja już do nich nie na­le­żę?

– Mi­chel­le, do­brze wiesz, że mia­łem za­strze­że­nia, kie­dy Służ­ba za­czę­ła re­kru­to­wać ko­bie­ty. Wy­da­je się kupę pie­nię­dzy na szko­le­nie agent­ki, a po­tem taka wy­cho­dzi za mąż, ro­dzi dziec­ko i do wi­dze­nia. Pie­nią­dze, czas, wy­si­łek, wszyst­ko zmar­no­wa­ne.

Mi­chel­le sama nie wie­rzy­ła, że tego wy­słu­chu­je, nie ode­zwa­ła się jed­nak.

– Ale kie­dy ty się po­ja­wi­łaś – cią­gnął Bi­shop – po­my­śla­łem so­bie: „No, ta to jest jak trze­ba”. Nada­wa­łaś się na pla­kat fir­mo­wy. Naj­lep­sza, naj­by­strzej­sza.

– A to ozna­cza­ło wy­gó­ro­wa­ne ocze­ki­wa­nia.

– My mamy wy­gó­ro­wa­ne ocze­ki­wa­nia wo­bec każ­de­go agen­ta. Ocze­ku­je­my ni mniej, ni wię­cej tyl­ko do­sko­na­ło­ści. – Bi­shop na­my­ślał się chwi­lę. – Wiem, że do tej pory mia­łaś czy­ste kon­to, Mi­chel­le, i szłaś szyb­ko do góry. I wiem, że je­steś do­brą agent­ką. Ale spie­przy­łaś to, stra­ci­li­śmy pod­opiecz­ne­go i zgi­nął nasz czło­wiek. Może to, co cię spo­tka­ło, jest nie­spra­wie­dli­we, sta­ło się jed­nak. Wo­bec nich to też nie było spra­wie­dli­we. – Znów prze­rwał i za­pa­trzył się gdzieś w prze­strzeń. – Być może przy do­brych ukła­dach zo­sta­niesz w Służ­bie. Ale już nig­dy nie za­po­mnisz tego, co się sta­ło. Bę­dzie ci to to­wa­rzy­szyć do koń­ca ży­cia, dzień po dniu, mi­nu­ta po mi­nu­cie. I bę­dzie bo­la­ło o wie­le moc­niej od tego, co mo­gła­by ci zro­bić Służ­ba. Wierz mi.

– Wy­glą­da na to, że wiesz, co mó­wisz.

– By­łem z Ro­ber­tem Ken­ne­dym w ho­te­lu Am­bas­sa­dor. Do­pie­ro za­czą­łem pra­cę w po­li­cji w Los An­ge­les. Przy­dzie­li­li nas do po­mo­cy Se­cret Se­rvi­ce pod­czas jego wi­zy­ty. Sta­łem tam i tyl­ko się ga­pi­łem, a czło­wiek, któ­ry po­wi­nien zo­stać pre­zy­den­tem, wy­krwa­wiał się na śmierć. Od tego dnia za­sta­na­wia­łem się co­dzien­nie od nowa, co mo­głem zro­bić in­a­czej, żeby temu za­po­biec. Głów­nie z tego po­wo­du wstą­pi­łem póź­niej do Służ­by. My­śla­łem chy­ba, że to bę­dzie ja­kieś za­dość­uczy­nie­nie. – Ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. – Ale nie było, Mi­chel­le. I nie da się ni­cze­go za­po­mnieć.

9

Ponie­waż przed pod­miej­skim do­mem Mi­chel­le w Wir­gi­nii wciąż ko­czo­wa­li dzien­ni­ka­rze, wy­na­ję­ła po­kój w ho­te­lu w Wa­szyng­to­nie. Chwi­lę od­de­chu wy­ko­rzy­sta­ła na szyb­ki, in­for­ma­cyj­ny lunch z przy­ja­ciół­ką; tak się zło­ży­ło, że była ona agent­ką FBI. Lu­dzie z Se­cret Se­rvi­ce i z Biu­ra nie­czę­sto spo­ty­ka­li się sam na sam. W krę­gach rzą­do­wych or­ga­nów ści­ga­nia Biu­ro w po­rów­na­niu z in­ny­mi agen­da­mi było czymś w ro­dza­ju czte­ry­stu­ki­lo­we­go go­ry­la. Mi­chel­le lu­bi­ła jed­nak przy­po­mi­nać swo­im ko­le­gom z FBI, że ich fir­ma zo­sta­ła za­ło­żo­na przez sied­miu by­łych agen­tów Se­cret Se­rvi­ce.

Obie ko­bie­ty na­le­ża­ły tak­że do WI­FLE, Wo­men in Fe­de­ral Law En­for­ce­ment, or­ga­ni­za­cji zrze­sza­ją­cej ko­bie­ty z agend zwal­cza­ją­cych prze­stęp­czość. Była to sieć wspar­cia, ze spo­tka­nia­mi w gru­pach i co­rocz­ny­mi zjaz­da­mi. I cho­ciaż ko­le­dzy ze Służ­by lu­bi­li się z tego na­trzą­sać, Mi­chel­le od­kry­ła, że WI­FLE bar­dzo się przy­da­je ko­bie­tom w wie­lu sy­tu­acjach za­wo­do­wych. Spo­tka­nie wpra­wi­ło przy­ja­ciół­kę Mi­chel­le w lek­ki nie­po­kój. Ale poza tym, że obie na­le­ża­ły do WI­FLE, łą­czył je wspól­ny wy­stęp na olim­pia­dzie i zdo­by­ty wów­czas srebr­ny me­dal. Taka więź była pra­wie nie­ro­ze­rwal­na.

Tak więc przy sa­łat­ce ce­sar­skiej i mro­żo­nej her­ba­cie Mi­chel­le wy­słu­cha­ła re­la­cji o po­stę­pach to­czą­ce­go się do­cho­dze­nia. Sim­mons rze­czy­wi­ście pra­co­wał w agen­cji ochro­ny strze­gą­cej domu po­grze­bo­we­go, choć tego dnia nie miał służ­by.

W ogó­le pil­no­wa­no domu tyl­ko w nocy. Sim­mons – oczy­wi­ście było to fał­szy­we na­zwi­sko – ulot­nił się. Jego tecz­ka per­so­nal­na w fir­mie na nic się nie przy­da­ła. Żad­na z za­war­tych tam in­for­ma­cji nie była praw­dzi­wa. Nu­mer ubez­pie­cze­nia miał „po­ży­czo­ny”, pra­wo jaz­dy pod­ro­bio­ne, po­dob­nie jak świa­dec­twa pra­cy i całą resz­tę. Wszyst­ko wy­ko­na­ne bar­dzo fa­cho­wo. Pra­co­wał w agen­cji od nie­speł­na mie­sią­ca. Tak więc ten trop oka­zał się śle­pą ulicz­ką.

– Kie­dy go zo­ba­czy­łam, po­my­śla­łam, że to ja­kiś żół­to­dziób – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le. – Pa­no­wał to­tal­ny cha­os, wy­da­łam mu po­le­ce­nie i ru­szył do ak­cji. Sama mu stwo­rzy­łam moż­li­wość dzia­ła­nia. Po pro­stu do­stał ode mnie w pre­zen­cie do­sko­na­łą spo­sob­ność za­bi­cia jed­ne­go z mo­ich lu­dzi. – W od­ru­chu roz­pa­czy ukry­ła twarz w dło­niach. Z pew­nym wy­sił­kiem ze­bra­ła się w so­bie, we­pchnę­ła do ust po­tęż­ną por­cję sa­łat­ki i prze­żu­wa­ła ją tak moc­no, aż zgrzy­ta­ły zęby. – Za­nim od­sta­wi­li mnie na bocz­ny tor, do­wie­dzia­łam się, że z cia­ła Ri­chard­sa wy­do­by­to po­cisk. To była kula dum-dum. Praw­do­po­dob­nie nig­dy nie uda się jej do­pa­so­wać do bro­ni, je­śli w ogó­le na nią kie­dyś na­tra­fi­my.

Przy­ja­ciół­ka zgo­dzi­ła się z nią i po­wie­dzia­ła, że fur­go­net­kę zna­le­zio­no w opusz­czo­nej sto­do­le. Szu­ka­li w niej od­ci­sków i in­nych mi­kro­śla­dów, lecz jak na ra­zie ni­cze­go nie zna­leź­li.

Mil­dred Mar­tin, żonę zmar­łe­go, zna­le­zio­no w jej domu całą i zdro­wą. Pra­co­wa­ła spo­koj­nie w ogród­ku. Wie­czo­rem tego dnia za­mie­rza­ła udać się do domu po­grze­bo­we­go wraz z kil­ko­ma przy­ja­ciół­mi, żeby czu­wać przy nie­bosz­czy­ku. Nie dzwo­ni­ła do Joh­na Bru­no i nie pro­si­ła go, żeby przy­je­chał. Mąż pani Mar­tin był zwierzch­ni­kiem Bru­no w pro­ku­ra­tu­rze i łą­czy­ła ich przy­jaźń. Je­że­li chciał­by się po­że­gnać z jej mę­żem, mógł to zro­bić w każ­dej chwi­li bez spe­cjal­ne­go za­pro­sze­nia.

– Dla­cze­go w ta­kim ra­zie Bru­no na­gle zmie­nił plan dnia i w ostat­niej chwi­li po­sta­no­wił zo­ba­czyć Mar­ti­na w domu po­grze­bo­wym? – za­py­ta­ła Mi­chel­le. – To wy­sko­czy­ło zu­peł­nie znie­nac­ka.

– We­dług ze­znań lu­dzi z jego eki­py otrzy­mał rano te­le­fon od rze­ko­mej Mil­dred Mar­tin, z proś­bą, żeby się tam udał. Fred Dic­kers, szef per­so­ne­lu, po­wie­dział, że wy­glą­dał po tej roz­mo­wie na po­de­ner­wo­wa­ne­go.

– Nic dziw­ne­go, w koń­cu zmarł jego bli­ski przy­ja­ciel.

– Dic­kers twier­dzi, że Bru­no już wcze­śniej wie­dział o śmier­ci Mar­ti­na.

– Więc uwa­żasz, że coś się tu nie zga­dza?

– No cóż, ta ko­bie­ta wy­bra­ła aku­rat taką porę, kie­dy w domu po­grze­bo­wym pra­wie nie było lu­dzi. Zda­niem Dic­ker­sa kil­ka wy­po­wie­dzi Bru­no po tym te­le­fo­nie wska­zy­wa­ło na to, że cho­dzi­ło o coś wię­cej niż tyl­ko od­da­nie sza­cun­ku zmar­łe­mu przy­ja­cie­lo­wi.

– To może dla­te­go tak się upie­rał, że­bym zo­sta­wi­ła ich sa­mych w po­ko­ju?

Przy­ja­ciół­ka ski­nę­ła gło­wą.

– My­ślę, że mógł chcieć zo­stać z nią sam na sam, bo do­my­ślał się, co może od niej usły­szeć.

– Ale pani Mar­tin oświad­czy­ła, że nie dzwo­ni­ła do nie­go.

– Ktoś się pod nią pod­szył, Mi­chel­le.

– A gdy­by Bru­no się nie po­ja­wił? Wte­dy po pro­stu by od­je­cha­li – od­po­wie­dzia­ła sama na swo­je py­ta­nie. – A gdy­bym ja z nim zo­sta­ła, od­pu­ści­li­by so­bie całą ak­cję i Neal Ri­chards… – głos Mi­chel­le za­drżał. – Masz coś jesz­cze?

– Przy­pusz­cza­my, że ktoś pla­no­wał tę ak­cję od dłuż­sze­go cza­su. Mu­sie­li sko­or­dy­no­wać mnó­stwo rze­czy, a wy­ko­na­nie było per­fek­cyj­ne.

– Pew­nie mie­li ja­kieś prze­cie­ki od eki­py Bru­no, bo skąd by zna­li tak do­brze jego plan dnia?

– Na przy­kład ze stro­ny in­ter­ne­to­wej jego kam­pa­nii. Spo­tka­nie, w któ­rym miał uczest­ni­czyć po tym nie­pla­no­wa­nym przy­stan­ku w domu po­grze­bo­wym, było tam anon­so­wa­ne już od pew­ne­go cza­su.

– Cho­le­ra, a mó­wi­łam im tyle razy, żeby nie da­wa­li roz­kła­du jaz­dy na tę stro­nę. Czy masz po­ję­cie, kel­ner­ka w ho­te­lu wie­dzia­ła wię­cej o jego pla­nach niż my, bo pod­słu­cha­ła, jak Bru­no roz­ma­wia o tym ze swo­ją eki­pą. Nam prze­ka­zy­wa­li in­for­ma­cje do­pie­ro w ostat­niej chwi­li.

– Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, nie wiem, jak ty w ogó­le mo­żesz pra­co­wać w ta­kich wa­run­kach.

Mi­chel­le spoj­rza­ła na przy­ja­ciół­kę z uko­sa. 

– A to, że men­tor Bru­no umarł aku­rat w ta­kim do­god­nym mo­men­cie? – za­py­ta­ła. – Od tego wła­ści­wie za­le­ża­ła cała resz­ta.

– No cóż, Bill Mar­tin był w po­de­szłym wie­ku, miał póź­ne sta­dium raka i umarł nocą we wła­snym łóż­ku. W tej sy­tu­acji nie prze­pro­wa­dzo­no au­top­sji i me­dyk są­do­wy nie spo­rzą­dził ra­por­tu. Świa­dec­two zgo­nu wy­sta­wił le­karz Mar­ti­na. Ale po tej hi­sto­rii wy­ko­na­no te­sty tok­sy­ko­lo­gicz­ne na prób­kach cia­ła.

– I co zna­leź­li?

– Duże ilo­ści ro­xo­na­lu, płyn­ną mor­fi­nę, któ­rą do­sta­wał prze­ciw­bó­lo­wo, i po­nad litr pły­nu do bal­sa­mo­wa­nia. Tre­ści żo­łąd­ko­wej nie było, bo usu­nię­to ją pod­czas bal­sa­mo­wa­nia. Nic po­dej­rza­ne­go tu nie ma.

– A jed­nak nie wy­glą­dasz na prze­ko­na­ną. – Mi­chel­le spoj­rza­ła przy­ja­ciół­ce w oczy.

Dziew­czy­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Płyn do bal­sa­mo­wa­nia wni­ka do wszyst­kich więk­szych na­czyń, do jam cia­ła i or­ga­nów, więc trud­no tu o do­kład­ność. Ale od Bil­la Mar­ti­na me­dyk są­do­wy po­brał prób­kę mó­zgu, gdzie płyn nie po­wi­nien do­trzeć. I zna­lazł śla­dy me­ta­no­lu.

– Me­ta­no­lu! To prze­cież skład­nik pły­nu, więc może jed­nak płyn ja­koś się tam do­stał?

– W tym wła­śnie sęk. Może tego nie wiesz, ale są róż­ne pły­ny do bal­sa­mo­wa­nia. Te droż­sze za­wie­ra­ją mniej me­ta­no­lu, a wię­cej for­mal­de­hy­du. A te tań­sze, ta­kie jak u Mar­ti­na, mają o wie­le wyż­sze stę­że­nie czy­ste­go me­ta­no­lu. Poza tym me­ta­nol znaj­du­je się w wie­lu in­nych sub­stan­cjach, na przy­kład w wi­nie i wód­ce. Mar­tin dużo pił. Stąd może te śla­dy, ale me­dyk nie ma pew­no­ści. Pod­su­mo­wu­jąc, dla ko­goś tak cięż­ko cho­re­go jak Mar­tin na­wet nie­wiel­ka daw­ka me­ta­no­lu by­ła­by śmier­tel­na.

Wy­ję­ła tecz­kę z ak­ta­mi i prze­kart­ko­wa­ła je.

– Stwier­dzo­no tak­że uszko­dze­nia or­ga­nów we­wnętrz­nych, ob­kur­czo­ną ślu­zów­kę, uszko­dze­nie wy­ściół­ki żo­łąd­ka, ozna­ki za­tru­cia me­ta­no­lem. Ale z dru­giej stro­ny miał prze­cież za­awan­so­wa­ne­go raka, brał na­świe­tla­nia i był pod­da­wa­ny che­mio­te­ra­pii. Nasz me­dyk ma z tym spo­ro ro­bo­ty. Praw­do­po­dob­nie bez­po­śred­nią przy­czy­ną śmier­ci była nie­wy­dol­ność krą­że­nia, ale jej po­wo­dów może być u sta­re­go, nie­ule­czal­nie cho­re­go czło­wie­ka bar­dzo wie­le.

– To jed­nak by­ło­by bar­dzo po­my­sło­we, za­bić ko­goś za po­mo­cą me­ta­no­lu, wie­dząc, że bę­dzie naj­pew­niej za­bal­sa­mo­wa­ny bez au­top­sji.

– Ra­czej bar­dzo prze­ra­ża­ją­ce.

– Mu­sie­li go za­mor­do­wać – stwier­dzi­ła Mi­chel­le. – Prze­cież nie mo­gli li­czyć na to, że Mar­tin sam umrze, i to w ta­kim mo­men­cie, by jego cia­ło zna­la­zło się w domu po­grze­bo­wym, gdy Bru­no bę­dzie aku­rat w oko­li­cy. Ma­cie już ja­kąś li­stę po­dej­rza­nych? – za­py­ta­ła.

– Trud­no po­wie­dzieć – od­par­ła agent­ka FBI. – Śledz­two jest w toku, a ja i tak po­wie­dzia­łam ci już wię­cej, niż po­win­nam. Mogą mi zro­bić test na wy­kry­wa­czu, wiesz prze­cież.

Kie­dy kel­ner­ka przy­nio­sła im ra­chu­nek, Mi­chel­le chwy­ci­ła go pierw­sza. Wy­szły na uli­cę.

– I co za­mie­rzasz? – za­py­ta­ła przy­ja­ciół­ka. – Prze­cze­kać? Po­szu­kać in­nej ro­bo­ty?

– Prze­cze­kać tak. Szu­kać cze­goś in­ne­go, jesz­cze nie.

– I co po­tem?

– Nie za­mie­rzam re­zy­gno­wać z pra­cy w Służ­bie bez wal­ki – od­par­ła Mi­chel­le.

Przy­ja­ciół­ka rzu­ci­ła jej czuj­ne spoj­rze­nie.

– Aha, znam tę minę – po­wie­dzia­ła. – Co ty kom­bi­nu­jesz?

– Kom­bi­nu­ję, że je­steś z FBI i le­piej, że­byś nie wie­dzia­ła. Sama po­wie­dzia­łaś, że mogą cię spraw­dzić wy­kry­wa­czem.