Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki - Michał Potocki, Zbigniew Parafianowicz - ebook

Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki ebook

Michał Potocki, Zbigniew Parafianowicz

5,0

Opis

Petro Poroszenko obejmował urząd prezydenta, gdy Ukrainę uznawano za państwo upadające: stracony Krym, dojrzewająca rebelia w Zagłębiu Donieckim, zniszczone finanse publiczne, zdemoralizowana armia, słabnąca w oczach hrywna, zakręcony przez Rosję kurek z gazem, biedniejący obywatele – to tylko niektóre z wyzwań, którym musiał sprostać.

Biegle władający angielskim i doskonale radzący sobie na zagranicznych salonach Poroszenko jedną nogą dalej tkwił w starych układach. Chciał być jak Święty Jerzy, który przestaje współpracować ze złem i ucina głowę smoka. Ale jak dawniej jednego dnia poklepywał w Davos po ramieniu najważniejszych polityków, a drugiego robił awanturę szefowi telewizji, który zapomniał sfilmować jego bohaterski wyjazd do Doniecka.

Jego sukcesem było powstrzymanie staczania się Ukrainy w chaos. Historyczną porażką – lęk przed podjęciem radykalnych reform.

To książka o tym, jak system trawi i niszczy dobre intencje. I o polityku, który zamiast zostać wielkim reformatorem, zamieszkał w pałacu otoczonym murem, a w środku postawił symbol swoich przywar i awansu społecznego – kryształowy fortepian.

„Nie, to nie jest kolejna książka o Ukrainie. To rzecz zupełnie wyjątkowa, bo na podstawie reportażu Zbigniewa Parafianowicza i Michała Potockiego można by nakręcić ukraińską wersję House of Cards. W tej książce są: bandyckie porachunki, kryminalne zagadki, olbrzymie pieniądze i brudna polityka, która splata się z biznesem, tę biografię czyta się jak thriller polityczny. Obserwujemy – krok po kroku – jak Petro Poroszenko buduje swoje finansowe imperium i wchodzi w świat polityki. To książka na jeden wieczór, bo czytelnik się od niej nie oderwie.” Małgorzata Nocuń

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 581

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




W serii ukazały się ostatnio:

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

W serii ukażą się m.in.:

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki

Kryształowy fortepian

Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by NurPhoto / Getty Images

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © Zbigniew Parafianowicz i Michał Potocki, 2016

Copyright © for the maps by Elżbieta Totoń / d2d.pl

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Monika Ples / d2d.pl, Paulina Orłowska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-396-4

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie I

Bliskim – Z.P.

Rodzinie – M.P.

Prolog

Ważący dwa kilogramy chleb ze złota nie był najdziwniejszym gadżetem znalezionym w zajętej 22 lutego 2014 roku przez rewolucjonistów meżyhirskiej willi Wiktora Janukowycza. Jednak to właśnie absurdalny bochenek zawładnął wyobraźnią Ukraińców. Po ucieczce obalonej głowy państwa do Rosji jego mniej lub bardziej tandetne atrapy można było kupić za kilka hrywien niemal na każdym kroku. Złoty chleb stał się symbolem rozpustnej i zdemoralizowanej władzy. Oderwania od klepiącego biedę ludu. Złodziejstwa i korupcji. Niczym gilotyna podczas rewolucji francuskiej miał szansę stać się ponadczasowym symbolem. Gdyby nie pewien incydent. W marcu 2015 roku okazało się, że ktoś te dwa kilogramy złota najzwyczajniej w świecie ukradł.

Gdy dziennikarze rozpoczęli śledztwo, prokuratura wyłgała się od roboty. Nikt chleba ze złota nigdy oficjalnie nie zarejestrował. Niby były jakieś zdjęcia robione w Meżyhirji. Mówiło się, że miała go w rękach dziennikarka śledcza Tetiana Czornowoł, bohaterka Majdanu, a po rewolucji twarz wojny z korupcją. Brakowało jednak oficjalnego papieru, który by to wszystko potwierdzał. Śledczy mieli dobrą podkładkę, by się za bardzo nie przemęczać w poszukiwaniach. W końcu w grudniu 2015 roku prokuratura umorzyła śledztwo. Był chleb, nie ma chleba.

– Pokroili go i zjedli – szydziła w rozmowie z kanałem Hromadśke Julija Łytwyneć, kustosz Narodowego Muzeum Sztuki, do którego po rewolucji godności, jak ostatecznie Ukraińcy ochrzcili Euromajdan, trafiła część skarbów Janukowycza.

Tak naprawdę nie było jej do śmiechu. Ukraińcy są przesądni. Całe wydarzenie, niezależnie od tego, jak zmitologizowane, uznali za złą wróżbę. Do dziś krąży milion wersji zniknięcia bochenka. Jedna mówi, że tak naprawdę nie był ze złota, a złodzieja wyśmiano w lombardzie. Potraktowano jak Cygana handlującego po wsiach tombakiem. Według innej próba była najwyższa, a bochenek sprzedał patriota, który za pieniądze z transakcji wyremontował drogę w prowincjonalnym mieście na zachodniej Ukrainie. O losy symbolu rewolucji dziennikarze agencji AP zapytali samego Wiktora Janukowycza.

– Może gdzieś coś takiego jest, ale na pewno nie było go u mnie w domu – przekonywał.

Z notatek szefa jego ochrony Kostiantyna Kobzara wynika jednak co innego. W swoim kajecie zapisał, że był to prezent urodzinowy od Wołodymyra Łukjanenki, byłego ministra chemiczno-naftowego przemysłu maszynowego ZSRR (tak, były wtedy takie ministerstwa), a w czasach Janukowycza prezesa sumskich zakładów mechanicznych.

Latem 2016 roku, dwa lata po zaprzysiężeniu piątego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, odsetek jego przeciwników przekroczył procent tych, którzy wciąż mają do niego zaufanie. Zbliżał się półmetek kadencji. Poroszenko zaczął obmyślać, jak te negatywne emocje skanalizować. Dobrych pomysłów nie było. Szef państwa po krótkim okresie porewolucyjnego entuzjazmu zaczął się kąpać w swojej prezydenturze. Celebrować ją. Napawać się swoim geniuszem. W tym czasie oligarchowie oczekiwali, że dostaną zielone światło do uwłaszczenia się na tym, czego nie zdążył zagrabić Janukowycz.

Naród z kolei oczekiwał sprawiedliwości. Rozliczenia ekipy Janukowycza, wojny z korupcją, rozmontowania układów i otwarcia drzwi do Europy. Zamiast tego dostawał w wieczornych programach informacyjnych kolejne wiadomości o zaprzestaniu ścigania przez Interpol przedstawicieli starego reżimu z powodu niedociągnięć formalnych i bylejakości wniosków prokuratury. Zamiast rozliczeń ludzie widzieli, jak Janukowycz i jego dawni współpracownicy za ukradzione pieniądze nakręcają w podmoskiewskiej Rublowce rynek luksusowych nieruchomości.

Ukraińcy obserwowali chaotyczną politykę z coraz większym zniecierpliwieniem, ciężko doświadczeni nie tylko recesją, ale także strachem – a nierzadko paniką – przed rosyjską agresją. Wszystko to wywołało rodzaj choroby dwubiegunowej. Miejscowy internet każdą informację potrafił ocenić jednym z dwóch określeń: zrada albo peremoha. Zdrada albo zwycięstwo. Ale świat nie jest taki prosty. Na historię postmajdanowej Ukrainy składało się wiele małych zrad i małych peremoh.

Upadek Janukowycza pozostaje dla Petra Poroszenki ważnym memento – przypomina, co się dzieje z prezydentami, jeśli wyprowadzą naród z równowagi. Jeśli liczba zrad – rzeczywistych albo domniemanych – przeważy liczbę peremoh, ludzie odgrzebią z piwnicy zakurzone kaski i mapy Kijowa.

Według dziennikarza Dmytra Hnapa w Poroszence jest 30 procent Janukowycza. 70 procent nowego to zawsze coś, ale stare nawyki nie dają o sobie zapomnieć. Niby bardzo chciał przejść do historii jako mąż stanu. Snuł plany wielkich reform, które zamierzał wprowadzić. „Stopiło się w nim dwu ludzi: romantyk sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedmdziesiątego” – pisał Bolesław Prus w Lalce o Stanisławie Wokulskim. Poroszenko bardzo go przypominał.

Im dłużej jednak rządził, tym częściej, by osiągać peremohy, musiał sobie pozwalać na zrady. Iść na kompromisy z oligarchami, starymi politykami, rzeczywistością. I z kalendarzem, który przypominał o zbliżających się wyborach. Na Ukrainie pojawiały się wysepki zmian, ale pytanie, na ile prezydent wspierał ich powstawanie, a na ile tworzyły się one dzięki determinacji ludzi, którzy nie chcieli dłużej żyć w poniżających warunkach, jest otwarte. Ukraina pozostaje najbardziej skorumpowanym państwem w Europie. Reformy, które przeprowadziła, robiły wrażenie, ale nie były to zmiany na miarę pakietu Balcerowicza. Więcej było gadania niż realnej pracy.

– W latach dziewięćdziesiątych rządzili nami byli komuniści. Przez kolejną dekadę byli komsomolcy. Teraz rządzą nami byli pionierzy. Przetrwamy jeszcze rządy byłych żowteniat [jeśli pionierów uznamy za czerwonych harcerzy, żowteniata będą czerwonymi zuchami] i po czterdziestu latach na pustyni dotrzemy do ziemi obiecanej. Dopóki do władzy nie dojdą ludzie urodzeni w niepodległym państwie, ładu nie będzie – wskazywał Josyf Zisels, były dysydent, lider społeczności żydowskiej na Ukrainie.

Przez niemal trzy lata pracy szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, z jakich mechanizmów korzystają ci byli pionierzy, by rządzić nową Ukrainą, i czy problemem państwa jest nadmiar władzy, czy jej deficyt. Czasy naszych poszukiwań nie były tak medialne jak rewolucja godności. Z czołówek gazet zszedł temat Krymu i Zagłębia Donieckiego. Wydarzenia nad Dnieprem nabrały jednak rangi znacznie większej niż sama rewolucja. Można było odnieść wrażenie, że tak naprawdę ona się dopiero na dobre zaczynała. Ukraina po upadku Janukowycza testowała transformację ustrojową, która może być atrakcyjna dla całego byłego ZSRR z Rosją włącznie.

Pracowaliśmy podobnie jak nad książką Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę. Wiedzę czerpaliśmy z rozmów z uczestnikami i świadkami wydarzeń. Politykami, ekspertami, dyplomatami, dziennikarzami, zwykłymi ludźmi. Staraliśmy się dotrzeć do jak największej liczby miejsc związanych z biografią Petra Poroszenki. Byliśmy w Safjanach i Matrośkiej, skąd pochodzą jego rodzice. W Benderach, Bołgradzie i Svetlîm, gdzie się uczył. Odwiedziliśmy Izmaił i Żowtnewe (które potem przemianowano na Karakurt), by lepiej zrozumieć multikulturowy Budziak, który go ukształtował. W Winnicy szukaliśmy prahistorii jego kariery politycznej. Byliśmy w podkijowskim Kozynie, gdzie ostatecznie osiadł on i jego rodzina, a także w jego ulubionej cerkwi w stolicy kraju. Obserwowaliśmy z bliska Odessę, Użhorod i Mukaczewo, dokąd prezydent wysyłał swoich fighterów do walki z lokalnymi książętami. Część spotkań odbyliśmy w Brukseli, Dołbyszu, Kiszyniowie, Łodzi, Mińsku, Warszawie i Wilnie. Najwięcej czasu spędziliśmy w Kijowie.

Chcieliśmy poznać jego najbliższych współpracowników. Ocenić, na ile realna była wojna wypowiedziana korupcji. Na ile szczere były zapowiedzi oczyszczenia państwa z dawnych kagebistów, zauszników Janukowycza i separatystów. Na ile skuteczna – walka z radzieckością. Pytaliśmy o jego pomysł na historię Ukrainy, która będzie akceptowalna dla Wasyla z Charkowa, Serhija ze Lwowa, Mychajła z Kijowa i Ołeny z Kramatorska. Osobny rozdział poświęciliśmy jego wizji relacji z Polską, która – przynajmniej w deklaracjach – miała się stać strategicznym partnerem Poroszenki.

Wszystkie cytaty, o ile nie zaznaczyliśmy inaczej, pochodzą ze spotkań, które odbyliśmy między 2013 a 2016 rokiem. Niektórzy rozmówcy poświęcili nam wiele godzin, inni mogli odpowiedzieć na jedno czy dwa pytania. Część naszych świadków zastrzegła sobie anonimowość. Wszystkim jesteśmy wdzięczni za czas i pomoc w zrozumieniu Ukrainy Petra Poroszenki.

Rozmawialiśmy z ukraińskimi politykami i urzędnikami: byłym prezydentem Wiktorem Juszczenką, premierem Wołodymyrem Hrojsmanem, byłym premierem Jurijem Jechanurowem, wicepremier Iwanną Kłympusz-Cyncadze, byłym ministrem oświaty i nauki Serhijem Kwitem, dawnymi szefami dyplomacji Borysem Tarasiukiem i Andrijem Deszczycią, wiceministrem obrony Ihorem Dołhowem, wiceszefami administracji prezydenta Poroszenki Kostiantynem Jelisiejewem i Dmytrem Szymkiwem, Serhijem Paszynskim, który kierował administracją pełniącego obowiązki prezydenta Ołeksandra Turczynowa, byłym sekretarzem państwowym Ołehem Rybaczukiem, wiceprzewodniczącą parlamentu Oksaną Syrojid i jego byłym wiceprzewodniczącym Rusłanem Koszułynskim, prokuratorem generalnym Jurijem Łucenką, prawą ręką prezydenta i jego najbliższym przyjacielem Ihorem Kononenką, dyrektorem Narodowego Biura Antykorupcyjnego Artemem Sytnykiem i dawnym dysydentem Josyfem Ziselsem, który jako członek komisji konkursowej wybierał Sytnyka na ten urząd, deputowanymi Iryną Friz, Serhijem Łeszczenką, Mustafą Najjemem, Jehorem Sobolewem, Wiktoriją Wojcicką i Switłaną Zaliszczuk, byłą posłanką Inną Bohosłowską, gubernatorem Odessy Micheilem Saakaszwilim oraz jego byłym zastępcą Saszą Borowykiem, gubernatorem Zakarpacia Hennadijem Moskalem i jego bliskim współpracownikiem Jarosławem Hałasem, eksgubernatorem Doniecka Serhijem Tarutą, byłym merem Użhorodu Wiktorem Pohoriełowem, wreszcie z lokalnymi politykami z Winnicy Wiktorem Małynowskim i Wołodymyrem Skomarowskim, Ihorem Skorobrechą z Izmaiłu i Wasylem Hnatkiwem z Użhorodu.

Swoją wiedzą i opiniami podzielili się z nami również: prezydent Gruzji Giorgi Margwelaszwili, byli prezydenci Rzeczypospolitej Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski, były minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna, były wiceszef MSZ Paweł Kowal, minister w kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski, koordynator grupy doradców strategicznych Petra Poroszenki Leszek Balcerowicz, były szef unijnej misji doradczej w Kijowie Kálmán Mizsei, dawny przewodniczący Parlamentu Europejskiego Pat Cox, europoseł Jacek Saryusz-Wolski, dawny szef sekretariatu rady gospodarczej przy premierze Mołdawii Dumitru Alaiba, były mołdawski deputowany Oazu Nantoi, dyrektor Fundacji Vlada Plahotniuca Lara Moraru oraz Emma Udwin z Komisji Europejskiej.

Wśród ekspertów powinniśmy wymienić politologów Tarasa Berezowcia, Kamila Całusa, Iulię Cozacenco, Wołodymyra Fesenkę, Ołeksija Harania, Siarhieja Kizimę, Ołeha Łewczenkę, Hennadija Maksaka, Dzianisa Mieljancoua i Ołeksandra Nykonorowa, socjolog Mariję Zołkinę, historyków Ołeksandra Fedoryszena, Jurija Łehuna, Grzegorza Motykę, Andrija Portnowa i Wołodymyra Wjatrowycza, prawnika Markijana Hałabałę, specjalistę w dziedzinie wojskowości Jurija Karina oraz Ołeksandrę Iwaniuk, która zajmuje się ukraińskimi elitami, a także Ludmyłę Kozłowską z Fundacji Otwarty Dialog i obywatelskiej rady przy resorcie sprawiedliwości w Kijowie.

Swój czas poświęcili nam też dziennikarze: Wołodymyr Bojko, Serhij Bratczuk, Andrij Bułharow, Dmytro Hnap, Sonia Koszkina, Natalia Morari, Julija Mostowa, Aleś Pilecki, Ion Preașca, Jurij Tkaczow, Dmytro Tużanski i Vladimir Soloviov.

Olha Akułowa i Francesca Leonardi opowiedziały nam tragiczną historię doniecczanina Jurija Matuszczaka. Ałła Czernysz w Dołbyszu podzieliła się z nami trudną historią miasteczka i swojej rodziny. Fedora i Rodion Pandarowie z Karakurtu pomogli nam zrozumieć złożoną strukturę etniczną Budziaku.

Skorzystaliśmy też z archiwalnych rozmów z byłym prezydentem Wiktorem Juszczenką, dawnym dyrektorem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wałentynem Naływajczenką oraz historykiem Jarosławem Hrycakiem, opublikowanych na łamach „Dziennika” i „Dziennika Gazety Prawnej”, a także niepublikowanego wcześniej wywiadu z historykiem Serhijem Kokinem z 2009 roku. W „DGP” pojawiały się też fragmenty niektórych innych wywiadów.

Dziękujemy Lejli Čamdžić z Programu Śledztw w sprawie Korupcji i Przestępczości Zorganizowanej (Organized Crime and Corruption Reporting Project) za pomoc w weryfikacji informacji korporacyjnych. Chcieliśmy wreszcie szczególnie podziękować wszystkim tym, którzy pomogli nam dotrzeć do naszych rozmówców, służąc nam radą i bezcennymi kontaktami, wreszcie wspierając w organizacji części spotkań: Kristinie Berdynśkych, Tarasowi Berezowciowi, Andrijowi Bułharowowi, Maksymowi Butczence, Tomaszowi Czuwarze, Ołeksandrowi Fedoryszenowi, Dmytrowi Hnapowi, Ołeksandrze Iwaniuk, Jurijowi Jechanurowowi, Soni Koszkinie, Romanowi Kowalskiemu, Ludmyle Kozłowskiej, Jewhenowi Mahdzie, Hennadijowi Maksakowi, Grzegorzowi Osieckiemu, Agnieszce Piaseckiej, Tomaszowi Piechalowi, Piotrowi Pogorzelskiemu, Marii Przełomiec, Natalii Żytariuk i wszystkim tym, o których zapomnieliśmy, choć bardzo chcieliśmy tego uniknąć.

Szczególne podziękowania należą się Marcinowi.

Nasza książka byłaby uboższa, gdyby nie wydany na początku 2016 roku manifest byłej już głowy administracji Petra Poroszenki Borysa Łożkina Czetwerta respublika. Czomu Jewropi potribna Ukrajina, a Ukrajini – Jewropa [Czwarta republika. Dlaczego Ukraina jest potrzebna Europie, a Europa Ukrainie] oraz wspomnienia byłego prezydenta Wiktora Juszczenki Nederżawni tajemnyci: notatky na berehach pamjati [Tajemnice niepaństwowe: notatki na brzegach pamięci].

W przypomnieniu sobie wydarzeń z czasów rządów Łeonida Kuczmy i pomarańczowej rewolucji przydatne okazały się zwłaszcza dzieła Andersa Åslunda How Ukraine Became a Market Economy and Democracy [Jak Ukraina stała się gospodarką rynkową i demokracją], Kosta Bondarenki Leonid Kuczma. Portriet na fonie epochi [Łeonid Kuczma. Portret na tle epoki], Heorhija Kasjanowa Ukrajina 1991–2007. Narysy nowitnioji istoriji [Ukraina 1991–2007. Zarys historii najnowszej], Andrieja Kolesnikowa Pierwyj ukrainskij. Zapiski z pieriedowoj [Pierwszy ukraiński. Notatki z frontu], Stanisława Kulczyckiego Pomaranczewa rewolucija [Pomarańczowa rewolucja], Dmitrija Popowa i Ilji Milsztiejna Pomarańczowa księżniczka. Zagadka Julii Tymoszenko oraz Marii Przełomiec Tymoszenko. Historia niedokończona.

Cenimy sobie też książki Tarasa Berezowcia Aneksija: Ostriw Krym. Chroniky „hibrydnoji wijny” [Aneksja: Wyspa Krym. Kroniki „wojny hybrydowej”], Michała Kacewicza Sotnie wolności. Ukraina od Majdanu do Donbasu, Soni Koszkiny Majdan. Nierasskazannaja istorija [Majdan. Historia nieopowiedziana], Jewhena Położija Iłowajśk. Rozpowidi pro sprawżnich ludej [Iłowajśk. Opowieści o prawdziwych ludziach] i Romana Zinenki Iłowajskij dniewnik [Dziennik iłowajski]. Powieść Łesia Bełeja Lichije dewjanosti: lubow i nenawyst w Użhorodi [Liche dziewięćdziesiąte: miłość i nienawiść w Użhorodzie] pomogła nam zrozumieć Zakarpacie, a książka Grzegorza Motyki Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947 – wydarzenia na Wołyniu.

Polityczną biografię Wiktora Janukowycza, jego prezydenturę, rewolucję godności oraz aneksję Krymu i wojnę w Zagłębiu Donieckim opisaliśmy w książce Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę. Niniejsza książka jest jej kontynuacją.

Ponadto korzystaliśmy z dokumentów opublikowanych przez WikiLeaks, stenogramów posiedzeń Rady Najwyższej Ukrainy i przemówień prezydenta Poroszenki oraz licznych tekstów z prasy amerykańskiej, austriackiej, białoruskiej, brytyjskiej, bułgarskiej, mołdawskiej, niemieckiej, polskiej, rosyjskiej, rumuńskiej, szwajcarskiej, ukraińskiej i włoskiej. Wszystkie wykorzystane książki i artykuły zostały uwzględnione w bibliografii.

Nazwy geograficzne podajemy w brzmieniu ustalonym przez Komisję Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej przy Głównym Geodecie Kraju za Urzędowym wykazem polskich nazw geograficznych świata z późniejszymi zmianami. Zgodnie z zaleceniami komisji dla nazw, które nie mają polskiego odpowiednika, zastosowaliśmy transkrypcję z języka ukraińskiego, jedynego na Ukrainie języka państwowego.

Z ukraińskiego transkrybowaliśmy też wszystkie nazwiska obywateli Ukrainy, niezależnie od mowy używanej przez nich na co dzień, w tym mieszkających na Krymie i w samozwańczych republikach na wschodzie kraju. Nazwiska arabskie, białoruskie, greckie, gruzińskie, kazachskie i rosyjskie również zostały spolonizowane zgodnie z zasadami transkrypcji dla poszczególnych języków. Nazwiska mieszkańców Naddniestrza podajemy w transkrypcji z rosyjskiego. Nie ukrainizowaliśmy nazwisk zagranicznych ministrów ściągniętych do Kijowa, nawet jeśli przyjęli oni obywatelstwo Ukrainy. Wyjątkiem jest Natalija Jareśko, która wywodzi się z ukraińskiej diaspory żyjącej w Stanach Zjednoczonych, więc w jej przypadku ukrainizacja nazwiska przywróciła po prostu stan historyczny.

Umieszczone w bibliografii tytuły książek i artykułów oraz nazwiska ich autorów transkrybowaliśmy z języka oryginału. Terminy pochodzące z żargonu kryminalnego – fieni – podawaliśmy w transkrypcji z języka rosyjskiego. Kwoty podane w hrywnach ze względu na niestabilność kursu ukraińskiej waluty przeliczaliśmy na złote po kursie NBP z dnia, którego dotyczyła dana kwota. Podobna reguła dotyczy również innych walut.

1 Droga do władzy

Pietia

Na Majdanie dojrzał nowy Ukrainiec. Urodzony w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wymagający, bo znudziło mu się życie w matriksie kłamstw, serwowanych przez wszystkich – zaczynając od milicjanta drogówki, a na posłach, ministrach i prezydentach kończąc. Sięgający wysoko. Pragnący normalnej pracy, kredytu, samochodu średniej klasy z fotelikami dla dzieci, mieszkania, tygodnia greckiego w supermarkecie i wakacji w Turcji. Nowy Ukrainiec zagłosował na Petra Poroszenkę, który mu to wszystko obiecał. O ile Zagłębie Donieckie było esencją Janukowycza, kluczem do poznania Poroszenki jest Budziak. To jego korzenie. Pojechaliśmy mu się przyjrzeć, by lepiej zrozumieć nowego Ukraińca i jego prezydenta.

Kurortne nie jest ani wsią, ani miastem. Blisko stąd na czarnomorską plażę, więc od biedy można je faktycznie nazwać kurortem. Licząca 756 mieszkańców miejscowość, położona kawałek za Odessą, jest początkiem tego, co w języku rumuńskim – a po raz ostatni Rumuni rządzili Kurortnem w latach II wojny światowej – określa się mianem bătut de Dumnezeu. Ziemie zapomniane lub bardziej dosłownie – bite przez Pana Boga. Za granicami Kurortnego wielu rozumie ten termin literalnie.

Mieszkańcy Budziaku od początku XIX wieku osiem razy zmieniali przynależność państwową. Żadnemu z nowych panów nie chciało się na poważnie dbać o to miejsce. Przecież każdy miał Budziak tylko na chwilę. Dotyczyło to zresztą i czasów Jagiellonów, gdy ziemie te trafiły pod zwierzchność Rzeczypospolitej. Ich panowanie w 1845 roku – po wyprawie do Besarabii – podsumował Józef Ignacy Kraszewski:

Polska też zaprzątniona innemi sprawy; wiecznie w boju z sąsiadami, nie mogła nigdy zwrócić baczności na ważność posiadanéj ziemi i silnie się wzrostem jéj zaprzątnąć. Prywatni роsiadający tu ziemie, mniéj jeszcze uczynić mogli, sami tu nie mieszkając. Tak posiadanie polsko-litewskie, nie wydało tu prawie owoców, nie odznaczyło się postępami i siłą organizującą.

Najwyższym wyrazem pogardy ze strony rządzących dla mieszkających tu ludzi są drogi. Z Kurortnego jechaliśmy do dwóch stolic Budziaku – Izmaiłu i Bołgradu – mijając nieliczne osobówki. Dominowały produkowane w byłym Związku Radzieckim ciężarówki i traktory. Przez kilka pierwszych kilometrów właściwie nie zwracaliśmy na to uwagi. Pojawiające się kratery i odcinki, na których asfalt stanowił mniejszość, uznawaliśmy za postsowiecką normę i dowód na brak „postępów i siły organizującej”. Aż do Jasnohorodki.

Za przysiółkiem resztki asfaltu się skończyły. Mimo że na mapie zaznaczona jest normalna powiatowa droga, auto wjechało w głębokie błotne koleiny. Pół biedy, że nie padało. Ziemia była dzięki temu twarda. Kiedyś musiał istnieć plan wylania tu asfaltu. Potwierdza to sterczący pośrodku stepu most nad wyschniętym zalewem. Z racji tego, że asfaltowanie rozpoczęto od środka, powstał tylko on. Absurdalny most, do którego nie prowadzi żadna trwała droga. Idealna metafora siły państwa w Budziaku, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w sprawie swojej lojalności wobec rządu w Kijowie.

Tutaj miejscowy lud miał swój własny Majdan. Wynikający z desperacji cichy bunt. Polegał on na tworzeniu czegoś, co określa się mianem narodnych tras. Trasy ludowe to system równoległy do sieci państwowej, tak jak Samoobrona Majdanu w Kijowie stanowiła system równoległy do oddziałów Berkutu i wojsk wewnętrznych. Na poboczach wyjeżdżono alternatywne szlaki, które co jakiś czas i na krótko łączyły się z odcinkami oficjalnymi. Tylko w ten sposób można pojechać do powiatu na większe zakupy. Bez tej społecznej inicjatywy trzeba by godzinami lawirować między głębokimi dziurami w poszukiwaniu asfaltu.

Droga z Kurortnego do Izmaiłu miała się zmienić za Tatarbunarami. W końcu w porównaniu z Jasnohorodką to licząca dziesięć tysięcy mieszkańców metropolia, w której nasza szosa powiatowa wlewa się w drogę międzynarodową. Miejsce dostrzeżone przez kronikarzy w drugiej połowie XVII wieku. Tak pisał Miron Costin, jeden z pierwszych historiografów literatury rumuńskiej:

Są tu i przez Greków zbudowane twierdze, jak Wieża Neoptolemosa. Twierdza złowróżbna, wydaje się być na brzegu Cogîlnica w Budziaku: Tatarzy i nasi mówią na to miejsce Tatar-Bunar. A Neoptolemosem nazywany jest z greki.

To tutaj w 1821 roku Aleksandr Puszkin napisał pierwszą wersję znakomitego listu poetyckiego Do Owidiusza. Ostatnią próbą przejścia miasta Tatarbunary do historii była rebelia z 1924 roku. Miejscowi komuniści zorganizowali powstanie przeciw rumuńskiemu zwierzchnictwu. Buntownicze nastroje wzmagał głód spowodowany suszą i niezadowolenie z reformy rolnej. Komitet rewolucyjny tworzony przez biedotę ukraińską, rosyjską, bułgarską i gagauską ogłosił podporządkowanie Besarabii Sowietom. Powstała czerwona gwardia i rebelianckie milicje. Wojsko rumuńskie stłumiło powstanie.

Wśród aresztowanych znalazło się kilku mieszkańców Safjan, rodzinnej wsi Poroszenków. Jak twierdziła radziecka historiografia, gdy wieść o tym dotarła do wioski, mieszkańcy skrzyknęli się i odbili ich z rąk rumuńskich żandarmów. Komunizm na dobre dotarł tutaj po II wojnie światowej. Odzyskana w 1991 roku przez Ukrainę niepodległość tylko utrwaliła i zakonserwowała sowiecką marność. Żywiołowo rozwijały się jedynie bazary z chińskimi produktami. I szynomontaż, czyli wymiana opon unicestwianych na lokalnych kraterach.

Do Izmaiłu zostało 95 kilometrów. Droga stała się szersza. Miała pobocze i narodną trasę tuż za nim. Prowadzenie auta pozostało jednak wyzwaniem. W zasadzie trudno powiedzieć, jakie reguły obowiązywały. Były odcinki, na których ruch nagle zmieniał się w lewostronny, jak na indyjskiej prowincji. To, co łączy tutejszy styl jazdy z Trzecim Światem, to również niepisana zgoda między kierowcami na pełną improwizację. Można wykonywać najbardziej absurdalne manewry. Liczy się tylko ratowanie zawieszenia.

Każdy taki gest łatwiej wytłumaczyć niż kilkudziesięciocentymetrowe koleiny czy nagły brak nawierzchni. Na dobrą sprawę międzynarodowa trasa M15, prowadząca do granicy z Unią Europejską, nie powinna mieć statusu drogi. Jej zamknięcie byłoby uczciwsze niż oszukiwanie, że można tędy dokądkolwiek dojechać bez poniżenia. Na Ukrainie istnieje specjalny portal, którego użytkownicy mogą ocenić stan poszczególnych dróg w skali od jednego do pięciu i dodać krótki komentarz. Średnia ocen trasy Odessa–Reni to 1,8. Wśród dwudziestu dziewięciu szos o klasie międzynarodowej daje jej to czwarte miejsce od końca. Komentarz z serwisu Autostrada.info:

Przyjaciele, wróciliśmy! Jechaliśmy lanosem. Można jechać, ale powoli i ostrożnie. Do Tatarbunarów można trzymać prędkość 100 km, potem 0–40. Cała droga zajęła nam pięć godzin. Parę razy zaryliśmy podwoziem o koleiny i nawierzchnię. Parę razy rozpędziłem się i nie zdążyłem wyhamować, pogiąłem felgi :). Może i jeszcze coś uszkodziłem, póki co nie byłem w warsztacie. Powiem tak, drugi raz nie pojadę :).

Jeśli przejazd z Odessy przez Tatarbunary do położonego po unijnej stronie rumuńskiego Gałacza ma być metaforą ukraińskiej drogi do Europy, naród może tego nie wytrzymać.

– Aby zbudować prawdziwą autostradę, potrzebne są pieniądze z budżetu centralnego. W budżecie na 2016 rok pieniędzy na drogi nie ma. Nie ma ich również na drogę Odessa–Reni, choć jest ona absolutnie kluczowa. W rejonie Budziaku dziewięćdziesiąt procent mieszkańców odbiera rosyjską telewizję. Jeśli wyremontujemy im tę drogę, przestaną wierzyć w propagandę, którą widzą w telewizorze – mówił nam pod koniec 2015 roku gubernator obwodu odeskiego Micheil Saakaszwili.

Szwedzki myśliciel Rudolf Kjellén, twórca terminu „geopolityka”, oznaczającego – wbrew medialnej modzie – nie ogół stosunków międzynarodowych, ale odłam nauki badający wpływ czynników geograficznych na procesy polityczne, porównał państwo do żywego organizmu. Zgodnie z jego koncepcją, przedstawioną zwłaszcza w książce Staten som livsform [Państwo jako forma życia] z 1916 roku, granice odpowiadają narządom, regiony silnie uprzemysłowione – kończynom, stolica zaś – systemowi nerwowemu. Drogi i koleje natomiast to odpowiednik układu krążenia.

Koncepcje Kjelléna nie należą obecnie do najpoprawniejszych. Analogia z państwem jako formą życia doprowadziła go do przekonania, że jak każdy organizm, kraje muszą walczyć o przetrwanie. Czysty darwinizm, w którym silne państwo musi dokonywać podbojów, bo w przeciwnym razie podzieli los słabych i upadnie. Tak jak przytaczane przykłady Królestwa Obojga Sycylii czy Rzeczypospolitej Krakowskiej. Osią książki jest dodatkowo wywód, dlaczego na taką ekspansję są skazane Niemcy. Stąd geopolityczne koncepcje po latach zostały zaanektowane przez narodowosocjalistyczną myśl polityczną. Z kluczowego pojęcia przestrzeni, które w niemieckim wydaniu z 1917 roku przetłumaczono jako Raum, uczniowie Kjelléna ukuli Lebensraum, przestrzeń życiową. Wiadomo, z jakim skutkiem.

Niemniej, wjechawszy do Budziaku, przypomnieliśmy sobie koncepcje Kjelléna. W stwierdzeniu, że ukraińska Besarabia żyje bez dróg, nie ma wiele przesady. Złymi drogami podróżował już Adam Mickiewicz. I mamy na to dowód – fragment punktu „Wschodnia (rossyjska) część wyżyny Podolskiej” hasła „Polska” z wydanego w 1887 roku tomu Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich:

Kraina ta nie posiada dogodnych dróg (szczególniej nie posiadała przed rozwojem kolei żelaznych), albowiem rzeki, płynąc po granitach, tworzą porogi, a drogi lądowe za lada deszczem zamieniają się w morze błota („łyżka wody, ceber błota”); toteż powstał tu stan furmanów „czumaków”, którzy na wozach ciągnionych (jak Boerowie w stepach Afryki) wożą pszenicę do portów morza Czarnego, a przywożą napowrót sól z limanów; wóz czumaka był „okrętem” tego „suchego oceanu”.

To, że dawniej nie było asfaltu, mogło grać na korzyść wędrowca. Narodni trasy to przecież klasyczne, rozjeżdżone gruntówki, a mimo to jeździ się nimi bardziej komfortowo niż prawdziwą jezdnią. Mickiewicz pisze w Stepach akermańskich, że jego wóz „jak łódka brodzi”, choć „nigdzie drogi ni kurhanu”, a nie, że trafia go szlag na każdej ustrzelonej kołem dziurze.

– Mam ciotkę w Kilii, ale rzadko ją odwiedzam, zazwyczaj na święta. Wolę, kiedy ona przyjeżdża do mnie. Tam się w ogóle nie da dojechać! Jeśli chcecie się dostać do Kilii, na takim ostrym zakręcie za wioską Kysłycia zjedźcie w pole. Po kilkuset metrach wjedziecie na wał przeciwpowodziowy wzdłuż Dunaju. Gruntówka, ale dużo lepsza niż szosa – radził Ihor Skorobrecha z Izmaiłu.

Z Kilii do Izmaiłu jest czterdzieści kilometrów. Tyle, co z Warszawy do Grodziska Mazowieckiego albo z Poznania do Środy Wielkopolskiej. W normalnych warunkach rzut beretem. W warunkach besarabskich – wielka wyprawa, której opłaca się unikać. Trudno przecenić, jak bardzo ogranicza to mobilność. Kto, poza żądnymi wrażeń plecakowcami, przyjedzie na wakacje w ukraińską deltę Dunaju? Kto po utracie pracy w Reni zdecyduje się jej poszukać w Izmaile? Za Sowieta, w czasach gospodarki księżycowej, z Izmaiłu do Bołgradu, choć to raptem pięćdziesiąt kilometrów, latał przynajmniej samolot. Teraz i tego nie ma.

Zdarza się, że mieszkańcy biorą sprawy w swoje ręce, a okoliczne firmy i zwykli ludzie zrzucają się na asfalt i ekipę, by zapchać dziury na swoim terenie. Tuż przed naszą wizytą we wsi Krynyczne w czynie społecznym zorganizowano prowizoryczne łatanie wybojów na głównej drodze. Kto miał samochód, płacił 50 hrywien (9 złotych), właściciele traktorów – stówę, a kwotę uzupełnili przedsiębiorcy. Łopata, tani asfalt i gotowe. Wytrzyma może do zimy, ale lepsze to niż nic.

– Każdy Ukrainiec ma w sercu obawę, że niepodległość jest na chwilę. Że to tylko przypadkowe okno możliwości, które za chwilę się zamknie. Stąd nasza tymczasowość. Nikomu się nie chce niczego robić na stałe – powiedział historyk Jurij Łehun.

W Izmaile, osiemdziesięciotysięcznym mieście, które przejściowo miało nawet status obwodowego, mógłby rozkwitać handel jak na każdym pograniczu. Niczym w zakarpackim Użhorodzie, po knajpach mogliby się rozbijać klienci z pobliskiej Rumunii, dla których zakrapiany tanim alkoholem wieczór byłby atrakcyjną opcją spędzenia weekendu ze znajomymi. Nic z tego. Choć Izmaił dysponuje portem morskim, promu przez Dunaj nie ma. Chociaż wystarczyłoby przepłynąć rzekę, by dotrzeć do szosy pod rumuńską wioskę Plauru, lub pokonać kilkanaście kilometrów w górę rzeki i wylądować w Tulczy, mieście o zaludnieniu porównywalnym do Izmaiłu.

Można najwyżej popatrzeć na dziki, rumuński brzeg Dunaju i podumać nad przepływającą przez palce szansą na normalność. Albo Heglowską koncepcją wolności jako uświadomionej konieczności. W warunkach ukraińskich byłaby to uświadomiona konieczność pozbycia się korupcji i kraterów na szosach. Mimo to na ulicach można usłyszeć, że jest źle, ale w sumie nie beznadziejnie. Dojechać wszędzie się da. Ostrożnie, raczej nie po nocy, no i warto mieć w kieszeni 60 hrywien (10 złotych) na szynomontaż. Andrij Bułharow był szefem administracji w Reni. Tak mówił o odbudowie drogi z Odessy do swojego rodzinnego miasta:

– Inwestycja, którą obiecuje Saakaszwili, nie ma sensu. Za kilka lat znów będzie do kapitalnego remontu. Ta droga jest budowana na wodzie. Na podziemnych strumieniach i ruchomej ziemi. Trzeba by ją zbudować na palach wprost przez limany [płytkie zatoki morskie w zalanym ujściu rzeki, charakterystyczne dla Morza Czarnego], a na to nikt nie ma pieniędzy. Kiedyś droga z Reni do Odessy faktycznie miała znaczenie strategiczne, ale wiodła przez mołdawskie Vulcănești. Co innego linia kolejowa. Pracowaliśmy nad projektem połączenia miasta z Odessą pociągiem. W przypadku Reni kluczowy jest rozwój portu. Rozwiń port, a nie będzie mowy o separatystycznych nastrojach.

Bułharowa trudno posądzać o nostalgię za Związkiem Radzieckim. On sam dziś jest wziętym dziennikarzem w pełnym blichtru Kijowie. Jego ojciec, Gagauz z wioski Kotłowyna (po gagausku Bolboka), przeżył sztucznie wywołany głód w 1946 i 1947 roku. Bułharow mówi, że w sąsiedniej, mołdawskiej wsi Barta (dziś Pławni) ludzie nie głodowali. A wokół Kotłowyny stały oddziały MGB, następcy NKWD, i blokowały dostawy żywności, bo Moskwa uznała Gagauzów za zdrajców. Z głodu zmarła wówczas połowa wsi. A jednak na przykładzie Reni Bułharow doskonale rozumie, skąd ta tęsknota się bierze. Za Sojuza naddunajski port działał w najlepsze, a żeby do niego wpłynąć, trzeba było i trzy tygodnie stać na redzie. Był saallık, jak Gagauzi nazywają sytuację, w której dzięki Bogu (Allaa) nie ma powodów do narzekań.

– W czasach radzieckich Reni było miastem zamkniętym. Żeby się tu dostać, trzeba było uzyskać wizę wewnętrzną. Dolar był legalny, sklepy zaopatrzone. Były dolarowe restauracje i dolarowe dziwki. Zyski z portu i z kontrabandy. Już za cara przez ten port Lenin wwoził redagowaną przez siebie „Iskrę”. Reni zaopatrywało w zachodnie dżinsy cały Związek Radziecki. Żyliśmy jak na Zachodzie. Nawet mieszkania były budowane nie jak w ZSRR, tylko na wzór bułgarski. Przestronne, potrafiły mieć nawet sto dwadzieścia metrów. Gdy Ukraina uzyskała niepodległość, Reni przestało być potrzebne. Rzekoma prorosyjskość budziackich mniejszości nie ma nic wspólnego z Rosją. To po prostu tęsknota za sowieckością – tłumaczył nam Bułharow.

Nie wiemy, jak w Reni, ale mieszkańcy Izmaiłu lubią i szanują swojego mera. W wyborach lokalnych z października 2015 roku Andrij Abramczenko, kandydat Bloku Petra Poroszenki, głosami aż 95 procent wyborców zdobył reelekcję. Abramczenko to doświadczony polityk, który wie, skąd wieje wiatr. Przed wstąpieniem do ugrupowania prezydenta był w… Partii Regionów, a jeszcze wcześniej – w Silnej Ukrainie późniejszego Janukowyczowskiego wicepremiera Serhija Tihipki.

– Jak zlikwidowali Silną Ukrainę, mera zmuszono do wstąpienia do Regionów. Inaczej obcięliby mu budżet miasta. Ale swoim współpracownikom zabronił składania podań o przyjęcie do partii. To po prostu dobry gospodarz, którego wielka polityka niespecjalnie interesuje. Zobaczylibyście, jak zawalony śmieciami był Izmaił za jego poprzedników. Jeden z nich, jak zapił, trzy dni do roboty nie przychodził. Nie było komu papierów podpisywać. A nasz zawsze trzeźwy, każdego przyjmie, w łapę nie weźmie, a i z ochroną po ulicach nie chodzi – przekonywał nas jeden ze współpracowników Abramczenki.

Gubernator Micheil Saakaszwili dowodził w rozmowie z nami, że Ukraina jest na dnie i teraz może się jedynie od niego odbić. Gdy zajrzeliśmy za kulisy polityki w Budziaku, nieśmiało stawiamy tezę, że jest jeszcze jeden scenariusz. Ukraina może latami być państwem na dnie, z którego się nie odbija. Państwem niebezpiecznie blisko granicy, za którą zaczyna się Trzeci Świat. Jak Pijak u Saint-Exupéry’ego, który przez chwilę nawet budził w Małym Księciu współczucie, by na końcu okazać się śmiesznym. O ile dla pijaka nie ma to wielkiego znaczenia, dla państwa bycie śmiesznym jest więcej niż niebezpieczne.

Safjany, skąd wywodzi się męska linia rodziny Poroszenków, są przytulone do Izmaiłu. Tworzy je ledwie kilka ulic. Z jezdni krytych betonowymi płytami bezceremonialnie wystają pręty zbrojenia. Centrum to sklep, studnia, tablica ogłoszeń, niedokończony szkielet piętrowego budynku i pomalowany na złoto pomnik żołnierza Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Do stycznia 2015 roku był tu jeszcze Lenin, ale upadł wraz z Wiktorem Janukowyczem. Miejscowi nie zrobili na nim takiego biznesu jak mer Mohylowa Podolskiego, który według legendy miał sprzedać lokalnego Lenina Mołdawianom za wagon koniaku.

Przysiółek ma dwóch bohaterów: jedną z najlepszych dojarek w obwodzie W. N. Minową, która rocznie potrafiła wydoić z każdej krowy pięć tysięcy litrów mleka. I obecnego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę. Ucieczka stąd jest selekcją. Po wyrwaniu się z Safjan nie ma już żadnych barier. Kręciliśmy się tu późnym popołudniem, choć właściwie nie było czego szukać. Domy na modłę besarabską odgrodzone od świata bramami bez prześwitu, pomalowanymi w większości na zielono. Gdy fotografowaliśmy pomnik złotego żołnierza, z obejścia podszedł do nas czterdziestoletni mężczyzna w gumowych klapkach.

– Znów nasz pomnik komuś przeszkadza? Już nam tu złodzieje Lenina po nocy zabrali! Nie damy! U mnie dwoje bliskich z frontu nie wróciło! – zaczął bez zbędnych ceregieli.

Jego słowa zabrzmiały jak ultimatum. Żołnierza przypominającego droida z Gwiezdnych wojen nie dałoby się zapakować do naszej škody fabii. Obrońcy pomnika to jednak nie przekonało. Byliśmy obcy.

Z Safjan pochodzi ojciec prezydenta. Ołeksij Iwanowycz urodził się w 1936 roku. Wówczas wieś nazywała się Sofian-Trubaiovca i powiewała nad nią rumuńska flaga. Dziś to jedna z ledwie pięciu etnicznie ukraińskich wsi w rejonie izmailskim. Inną jest Matrośka, położona bliżej Dunaju, patrząc od Safjan – po drugiej stronie miasta Izmaił. Tam w 1937 roku urodziła się matka Poroszenki Jewhenija Serhijiwna Hryhorczuk. Wówczas miejscowość nazywała się Matroasca-Cuhurlui. Para pobrała się w 1956 roku, gdy Ołeksij studiował we lwowskim instytucie rolniczym. Rok później urodził się pierworodny Mychajło.

„Wiesti. Rieportior” piszą, że gdy Jewhenija była w ciąży z Petrem, bardzo chciała urodzić córeczkę. Nic z tego. Ich drugi syn przyszedł na świat 26 września 1965 roku kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ, w Bołgradzie, gdzie Poroszenkowie przenieśli się pięć lat wcześniej. Główna ulica Lenina, którą miejscowi nazywają Broadwayem, jest wyłożona betonowymi płytami. Dużo zieleni, piętrowe domki w centrum. Kiście winogron zwisające z furtek. Poroszenkowie mieszkali w trzypokojowym mieszkaniu na parterze piętrowego, zaniedbanego dziś domku przy ulicy Lenina 146. Latem mama prowadziła chłopców nad jezioro Jałpuh. Sama szła do pracy w urzędzie. Była księgową.

Liderem podwórkowej bandy był Misza, starszy brat Pieti. Uważał, że skoro się dobrze uczy, może się bić z chłopakami. „Wiesti. Rieportior” dodają, że matka często skarżyła się na niego sąsiadkom. Równocześnie ukrywała wybryki syna przed mężem, żeby nie urządzał awantur. Rodzina utrzymywała dobre relacje z sąsiadami. Ołeksij lubił wychodzić na podwórko, pić z nimi wino przy radzieckich piosenkach estradowych puszczanych z magnetofonu. Żony przygotowywały szaszłyki albo bułgarską kawyrmę z baraniny – przysmak Poroszenki seniora.

Bołgrad w pierwszej połowie XIX wieku założyli Bułgarzy, którzy zasiedlali Budziak, by stawiać czoła napierającemu Imperium Osmańskiemu. Ich kuratorem był rosyjski generał Iwan Inzow, opiekun ówczesnej, nomen omen, Noworosji. Ukraińcy są tu w mniejszości. Większość stanowią Rosjanie i Bułgarzy. Sporo tu również Mołdawian i Gagauzów, przedstawicieli prawosławnego narodu mówiącego językiem podobnym do tureckiego. Takie małe Bałkany albo Kaukaz, gdzie nikt nie powinien się specjalnie przywiązywać do aktualnej flagi. Dziś jest taka, jutro inna. I w sumie jakoś można z tym żyć.

W wymiarze budziackim przysiółkiem przysiółka jest częściowo albańska wieś Karakurt pod Bołgradem. Nazwa oznacza jadowitego pająka, podobnego do czarnej wdowy. Ponoć nazwano ją tak dla upamiętnienia chodzących w żałobie wdów po poległych w wojnie z Turcją Albańczykach. Miejscowi zawsze ją tak nazywali, choć przez lata nosiła nazwę Żowtnewe, czyli dosłownie Październikowo. Stare miano przywrócono już po naszej wizycie, w ramach dekomunizacji.

Umówiliśmy się tu z Rodionem Pandarem, który znał rodzinę Poroszenków. Rodion to Albańczyk. W dniu naszego spotkania miał zacząć zbierać młode winogrona. Padał jednak deszcz. To była dobra wymówka, by z nami porozmawiać. Jego historia to Budziak w pigułce, w którym nie ma ludzi stąd. Trzy wieki temu żyli tu głównie Tatarzy, po których nie został ślad. Przodkowie Rodiona przyjechali dwieście lat temu z okolic Korczy. Rodion zna albański, ale w dawnej ojczyźnie muszą się dobrze wsłuchać, żeby go zrozumieć. W Karakurcie jest Albańczykiem. W Albanii – osobą, która twierdzi, że jest Albańczykiem. W Rosji, gdzie przez osiemnaście lat mieszkał i pracował w kozackiej stanicy Zielenczukskiej u podnóży Kaukazu jako wicedyrektor sześciusetmetrowego radioteleskopu, był przybyszem z Ukrainy. Po pobycie w Karaczajo-Czerkiesji Rodionowi pozostały przyjaźnie z Rosjanami, które jednak popsuły się w chwili agresji na Ukrainę.

– U nas we wsi też był taki jeden, co z rosyjską flagą jeździł. Pogoniliśmy go – opowiadał, wspominając wygraną bitwę z russkim mirem.

Pandar z nami rozmawiał po rosyjsku, a z żoną Fedorą – po albańsku. Jednego z mających parcie na szkło polityków określił mianem unde priosz, gdzie pierwsze słowo jest rumuńskie, drugie – rosyjskie, a całość można przetłumaczyć jako „gdzie się pchasz”. Fedora, gdy pójdzie na plotki do sąsiadów, przechodzi na mołdawski (czyli rumuński) albo bułgarski. Ze słownikiem czyta po francusku, bo tego języka uczyła się w szkole. Jej ciotka Anheła znała wszystkie wymienione języki, a do tego gagauski, włoski i angielski. Język państwowy jest w tej wieży Babel gdzieś na marginesie.

– Tutaj narody zachowują swoje języki. Ukraiński? A tak, też. Był taki czas, kiedy próbowano narzucać ukraiński, ale potem jakoś się rozeszło po kościach. Do dziś pamiętam wiersze, których mnie uczono. Rewe ta stohne Dnipr szyrokyj, serdytyj witer zawywa… [Stękają, ryczą dnieprowe fale, wicher w gwałtownym uderza szale] – Fedora Pandar zaczęła recytować Tarasa Szewczenkę.

Tutejsze podejście do narodowości zadziwia. Dla Polaków, przyzwyczajonych do względnej monoetniczności, taka rozmowa z mieszkanką Karakurtu, odnotowana w etnograficznej pracy Bałkany na Ukrainie, jest czymś trudnym do zrozumienia:

– Jestem Gagauzką, moja siostra jest Gagauzką. Starszy brat – Gagauz, a młodszy brat – Albańczyk.

– Jak to Albańczyk?

– Tak, nauczyli go po albańsku. My z nim tylko po albańsku. A kiedy spotykaliśmy się z mamą, tatą, starszym bratem (on już zmarł), z nimi mówiło się po gagausku.

– A jak to się stało, że on mówił po albańsku?

– Tata i mama mówili po gagausku. A tata – Gagauz, a mama – Albanka. Oni cały czas, zawsze mówili po gagausku. Po albańsku nie. Kiedy urodził się najmłodszy brat, taki piękny był! Okrągły i rudy. My tak się z niego cieszyliśmy. Mówimy: „Dawaj, nauczymy go po albańsku”. I nauczyliśmy.

Karakurt wyróżnia się jeszcze tym, że jest wioską wielonarodową, podzieloną na trzy części – albańską, gagauską i bułgarską. Większość wsi w Budziaku jest monoetniczna. W rejonie bołgradzkim poza Bołgradem jest w sumie dwadzieścia miejscowości. Trzynaście bułgarskich, trzy gagauskie, trzy rosyjskie, Karakurt i żadnej ukraińskiej.

Rodzina Pandarów mieszka w tradycyjnym, albańskim domu rzędowym. Taki budynek wygląda jak pociąg – z jednej izby przechodzi się do drugiej, z drugiej do trzeciej i tak dalej. Cegły z gliny są grube na siedemdziesiąt centymetrów, dzięki czemu w środku latem jest chłodno, a zimą – ciepło. Drzwi wychodzą na południe, okna też. Nad płotem winorośl. Kiedyś każdy gospodarz robił tu po pięćset litrów wina. Teraz to się powoli zmienia. Największy problem jest z wodą pitną. Świniom zamiast niej czasem daje się arbuzy.

Petro Poroszenko dorastał wśród takich ludzi jak Rodion Pandar. Wiecznie żyjących w drodze, wiecznie na chwilę. Jego ojciec najpierw był głównym inżynierem w rejonowym zarządzie techniki rolniczej w Bołgradzie, potem awansował na dyrektora. Jak większość dyrektorów był członkiem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego.

– Miał pozycję i dzięki temu dał synowi dobre wykształcenie. Cieszył się szacunkiem. Niemal każdy wspomina go jako dobrego gospodarza – opowiadał nam Rodion.

Dawny kolega z pracy Poroszenki seniora Iwan Makedonski w rozmowie z „Wiestiami. Rieportiorem” wspominał:

– Byłem wtedy naczelnikiem jednego z trzech podlegających mu oddziałów – we wsi Krynyczne. Ołeksij Iwanowycz o siódmej rano był u siebie w biurze, a do domu zawsze wracał koło dziesiątej wieczorem. Zasada była jedna: pracować, pracować, pracować. Tego samego oczekiwał od pracowników. Zawsze wszystko kontrolował sam. Jak nie objedzie wszystkich oddziałów, to się nie uspokoi.

Młody Poroszenko poszedł do bułgarskiego gimnazjum numer dwa imienia Georgiego Rakowskiego. Rodzice wybrali je, bo dyrekcja eksperymentalnie włączyła już od pierwszej klasy naukę francuskiego. Dziś poza rosyjskim, którym rozmawia w domu, i ukraińskim, którym posługuje się publicznie, zna też rumuński, angielski i wciąż pamięta trochę francuskiego. Poza językami jednak był lepszy z przedmiotów ścisłych niż humanistycznych.

Bołgrad okazał się dla niego tylko epizodem. Jak pisze „Ukrajinśka prawda”, brat Petra Mychajło, będąc w dziesiątej klasie sąsiedniego gimnazjum numer jeden, pobił się z kolegą tak, że tamten trafił do szpitala, a Misza – do aresztu. Do tego ojcu rodziny Ołeksijowi w księgowości węszyła kontrola. Ponoć miał wykorzystać swoje stanowisko przy budowie domu w Safjanach. Petro miał wtedy dziewięć lat. „Wiesti. Rieportior” cytują Stepana Fazłego, sąsiada Poroszenków z czasów bołgradzkich:

– Żona siedziała akurat na ławeczce z Jewheniją Serhijiwną. I nagle podbiegł do nich nasz syn, który rozmawiał z miejscowymi chłopakami, i zapytał: „Mamo, dlaczego mnie okłamujesz? Powiedziałaś, że Misza pojechał się uczyć, a Misza w więzieniu!”. Jewhenija Serhijiwna westchnęła z zaskoczenia. Tajemnica wyszła na jaw.

Rodzina Poroszenków w 1974 roku powędrowała dalej na północ. Żeby ludzie nie gadali. Najpierw do oddalonej o czterdzieści kilometrów mołdawskiej wioski Svetlîi. Ołeksij popracował tam krótko jako wicedyrektor eksperymentalnego technikum sowchozowego (sowchoz to taki kołchoz, tyle że należący formalnie do państwa, a nie do spółdzielni rolników). Jego żona uczyła ekonomii. Po kilku miesiącach, jak twierdził ówczesny pracownik Poroszenki Grigori Chiroglo, został odwołany za kombinowanie. Miał regularnie kazać ubijać i przygotowywać sobie na obiad należące do państwa świnie. Dziś Svetlîi to postsowchozowa wieś przy wyremontowanej za unijne pieniądze drodze z Kiszyniowa do Vulcanești pod ukraińską granicą. W dawnym technikum jest koledż rolniczy. Byliśmy tam w niedzielę; po ulicach hulał wiatr i poza grupką młodzieży okupującej przystanek i miejscowym wariatem nie spotkaliśmy na nich nikogo.

Poroszenko tymczasem na krótko poszedł na dyrektora do zjednoczenia Żywprom w gagauskim miasteczku Ceadîr-Lunga. Dojeżdżał do pracy kilkanaście kilometrów łazikiem, bo rodzina wciąż mieszkała w Svetlîm. W 1976 roku Poroszenkowie osiedli na dłużej w Benderach. Safjany i Bołgrad są tylko trochę bardziej prowincjonalne. Do dziś miasto pozostaje na marginesie Europy, będąc częścią separatystycznego Naddniestrza. Bendery mają jednak jedną cechę, która wyróżnia je na tle innych pipidówek. Dorastało w nich dwóch przyszłych, porewolucyjnych prezydentów: Ukrainy Petro Poroszenko i Rumunii Emil Constantinescu.

„Od sierpnia nie oczekuję niczego” – słowa z Dziennika rumuńskiego pisarza Mircei Cărtărescu w Benderach stają się czymś namacalnym, zrozumiałym i oczywistym. To miejsce, w którym skończył się komunizm i ZSRR, ale tak naprawdę nie zaczęło się nic nowego. Byliśmy tu właśnie w sierpniu. Nie oczekiwaliśmy niczego. Do drugiego co do ważności miasta naddniestrzańskiej Nibylandii jechaliśmy od strony Tyraspola. W wyeksploatowanej do maksimum marszrutce numer 20 mieliśmy okazję poczuć klimat i obyczajowość russkiego miru, który rozsiadł się tutaj na długo przed powstaniem Republik Ludowych Donieckiej i Ługańskiej.

Gdy wchodząc do busa, spytaliśmy kierowcę, ile płacimy za dziesięć kilometrów podróży, nie odpowiedział. Zignorował nas, tak jakby nie zależało mu na nieuznawanych przez świat rublach, z których spogląda Aleksandr Suworow. Osiemnastowieczny strateg dla obywateli Nibylandii jest bohaterem, który wygonił stąd Turków. Nam kojarzył się raczej z rzezią warszawskiej Pragi. Żeby było jasne: nie tylko kierowca miał gdzieś nasze ruble. Próbowaliśmy dowiedzieć się od pasażerów, jakie są zasady płatności – komu, ile i za co. Wszyscy patrzyli w szyby. Dopiero przy wysiadaniu udało nam się ustalić, ile się należy.

W centrum Benderów, przy zjeździe z mostu na Dniestrze, dziś stoi wypucowany BTR przykryty siatką maskującą. Strzeże go spocony żołnierz, który wygląda, jakby za chwilę miał zemdleć. Lufa wozu pancernego wycelowana jest w stronę Mołdawii. A konkretnie w wielki billboard, który wita przyjezdnych od strony Tyraspola. Widnieje na nim goła baba obłożona owocami. Najnowszy trend: klub nocny, w którym tancerka jest zarazem stołem.

Wóz bojowy i jego kontekst nie są jedynym obrazkiem wyjętym z filmów Tarantino. Tu nawet Lenin ma potencjał absurdu. Stoi na skwerku vis-à-vis podupadłej restauracji Făt Frumos [Książę z bajki], która reklamuje się neonem w języku rumuńskim, tutaj zapisywanym cyrylicą. Miejscowi pomalowali pomnik na zielono, co zdejmuje z niego cały patos i nie pozwala poważnie traktować. Lenin z Benderów bardziej przypomina lamperię z farby olejnej niż wodza rewolucji.

– Kiedyś to było ładne miasto. Gdy oprowadzałam po nim znajomego z Irlandii, zwrócił mi uwagę, że zbudowano je na wyrafinowanym planie urbanistycznym. Każdy z kwartałów ma swój park, swoją szkołę. Przemyślana robota – mówiła nam Iulia Cozacenco, która wychowała się w Benderach, a dziś współpracuje z brytyjską ambasadą w Kiszyniowie.

Bendery to połączenie postkomunistycznej Słowiańszczyzny, która znajduje swój wyraz w podupadłych blokowiskach, i rumuńskości, która zaczyna się, gdy zejdzie się z głównej ulicy nieco w bok. Wystarczy chwila, by znaleźć się w miejscu, gdzie rządzą małe domy, za którymi ukryte są zielone ogrody z winoroślą niezbędną do wyrobu własnej roboty wina.

Tu dorastał Petro Poroszenko. Tutaj też trenował dżudo i sambo, czyli radziecką sztukę walki. Istniejąca do dziś wyspecjalizowana szkoła zapasów dla dzieci i młodzieży imienia Giennadija Badanowa przy zadrzewionej ulicy Sowietskiej 58 należała do najlepszych w ZSRR. Jeden z jej wychowanków, zapaśnik Octavian Cuciuc, dotarł nawet na igrzyska olimpijskie w Sydney. Ponoć w młodości w składzie kadry Leningradu na spartakiadzie był tu sam Władimir Putin. Czy Poroszenko dobrze się bił? Iosif Gieris, były dyrektor szkoły, do której chodził Petro, mógłby w tej kwestii polemizować sam ze sobą.

– Przyszedł do nas taki silny dziesięciolatek. Trafił do mocnej grupy, z której chłopcy potem stawali się mistrzami sportu o znaczeniu wszechzwiązkowym. A Pietia doszedł do tytułu kandydata na mistrza sportu, nieźle wypadał na zawodach szczebla republikańskiego [mołdawskiego] – przekonywał w 2014 roku w rozmowie z tygodnikiem „Wiesti. Rieportior”.

Rok później dementował „Ukrajinśkiej prawdzie”:

– Poroszenko jako sportowiec niczego sobą nie reprezentował. Występował na jakichś tam wiejskich konkursach i tyle. Czasem przychodził [na trening], czasem nie przychodził. Ja go nie pamiętam.

Trener Zachar Czakał wspominał zaś w rozmowie z „Wiestiami. Rieportiorem”:

– Pietię przyprowadził ojciec i poprosił, żebym się nim szczególnie zajął. Ołeksij Iwanowycz chciał, żeby syn zrzucił trochę kilogramów i nauczył się okazywać charakter. W zamian obiecał pomagać szkole. I pomagał różnymi drobiazgami z fabryki. Żeby chłopiec stracił na wadze, zadawałem mu podwójną normę, zmuszałem do biegania. Furczał, ale nigdy się nie kłócił. Były mistrzostwa Mołdawii. Bendery kontra Cimișlia. Aż do starcia Pieti było blisko remisu. Tamten chłopiec wydawał się silniejszy, ale Pietia się uparł. Tak go charakternie cisnął, taką miał wolę zwycięstwa, że wygrał z dużą przewagą. I to był przełom w meczu, po którym nasza drużyna wygrała.

Odkąd ukraiński prezydent został wyklęty przez rosyjską propagandę, szkoła nie ma się już kim chwalić. Z pamiątkowej tablicy zdjęto jego fotografię. Strona internetowa miasta Bendery nie wymienia go wśród czterdziestu dwóch znanych wychowanków. O Poroszence nie chcą też pamiętać w Gimnazjum numer 2 imienia Aleksandra Puszkina. Może dlatego, że prezydent nie pomógł swojej dawnej szkole, choć dyrektor Gieris zapewnia, że słał do niego listy, a pomógł sąsiedniemu ukraińskiemu gimnazjum, któremu dostarczył komputery i szkolny mikrobus, przywieziony osobiście przez szefa dyplomacji Borysa Tarasiuka.

Mołdawskiemu wydaniu „Komsomolskiej prawdy” udało się odnaleźć kierowcę Ołeksija Poroszenki.

– Był silnym kierownikiem, silną osobowością. Ale był też trochę gwałtowny. Może i tak było trzeba… Inteligencji mu nie starczało, chamowaty był. Ale jako dyrektor bezcenny. Robotny. Pietię czasem woziłem do szkoły dyrektorską wołgą. Normalny chłopak był, miał wtedy czternaście–piętnaście lat. Normalnie można było z nim porozmawiać, nie obnosił się, że oto mam tatę dyrektora – mówił „Komsomołce” Wasilij Bierił.

Poroszenkę pamiętają też koledzy ze szkoły. Siergieja, który siedział w jednej ławce z Petrem w siódmej klasie, odnalazła „Ukrajinśka prawda”.

– Pietia od tamtych czasów się nie zmienił. Zawsze dążył do celu. Dobrze go wychowali. Matka go bardzo kochała i zawsze broniła przed nauczycielami. Tatę miał srogiego, ale nigdy go nie kontrolował ani nie sprawdzał lekcji. A złotego medalu na zakończenie szkoły Pietia nie dostał, bo nasza wychowawczyni Ludmiła Siergiejewna nie lubiła dzieci – przekonywał.

Wiaczesław Kożełupienko, sąsiad Poroszenków, w rozmowie z „Wiestiami. Rieportiorem”:

– Był taki przypadek, w którym młody Poroszenko brał udział. Mojego syna Andrieja wsadzili we właz kanalizacyjny, położyli pokrywę, a sami uciekli. I nikt, ani Pietia, ani inne chłopaki, synowi nie pomogli. Dobrze, że dorośli zauważyli i go wyzwolili.

To była taka bardziej rozbudowana forma gry w syfa na śmietniku przy bloku z wielkiej płyty. Zasadniczo Poroszenko i jego koledzy nie gardzili taką rozrywką.

– Kiedyś dostał drogi kożuch. Tylko na drugi dzień w bójce oderwali mu rękaw. W konfliktach wolał starszych i silniejszych przeciwników; taki był. Ale innych ludzi Petro szanował i nikogo nie poniżał. Tylko proszę z nas nie robić pijaków i głupków. U nas w Mołdawii we wszystkich domach było wino, a wódki na oczy nie widzieliśmy. O tych ciężarkach do ćwiczeń zrzucanych z siódmego piętra też się proszę nie rozpisywać. No, zrzuciliśmy może parę razy. A tak naprawdę jak wariaci graliśmy w szachy i dużo czytaliśmy – zapewniał Siergiej.

Siergiej mówił „Ukrajinśkiej prawdzie”, że z książek Poroszenko szczególnie lubił 12 krzeseł Ilji Ilfa i Jewgienija Pietrowa, klasyczną powieść satyryczną o Ostapie Benderze. „Wielkim kombinatorze”, który szuka z kolegą brylantów zaszytych w obawie przed bolszewikami w odziedziczonych przez kolegę krzesłach.

Rodzina z biegiem lat bogaciła się, o ile tego czasownika można użyć do opisywania warunków panujących w ZSRR. Ołeksij Poroszenko był na tyle dobrze sytuowany, że mógł sobie pozwolić na trzypokojowe mieszkanie przy ulicy uznawanej za jedną z lepszych w mieście. Przy tej samej ulicy w czasach sowieckich mieszkał też późniejszy prezydent Mołdawii Vladimir Voronin. Z siódmego piętra bloku przy ulicy Tkaczenko 14 roztacza się widok na Dniestr i pomnik Sławnych Bojowników o Władzę Rad.

Na parterze sąsiedniego budynku swój oddział ma dziś Urząd Stanu Cywilnego. Gdy odwiedziliśmy miasto, jakaś para szykowała się do ślubu. Wokół kręciła się grupa dzieciaków nie starszych niż dwanaście lat. Wszystkie paliły papierosy. Jedno miało w ręku kwiaty. Chłopacy budowali bramę, licząc, że dostaną flaszkę, dokładnie jak na polskich weselach. Para stała na betonowych stopniach prowadzących do USC, a kierownik młodzieżówki szykował się do złożenia życzeń. Miał jednak pilną sprawę do załatwienia. Z papierosem w ustach sikał sobie pod drzewem, nieopodal oddalonych może o trzy metry narzeczonych.

Ludmiła Aleksandrowna, koleżanka Jewhenii Poroszenko z pracy, mówiła, że ich mieszkanie niczym się nie wyróżniało, poza zagraniczną meblościanką i wielkim barkiem z koniakiem, którego ze względów zdrowotnych i tak nie pito. Gotowali proste ukraińskie jedzenie – barszcz, smażone ziemniaki, kotlety. „Ukrajinśka prawda” odnalazła sąsiada Poroszenków Pawła Cymaja, byłego wiceministra w administracji prezydenta Naddniestrza Igora Smirnowa.

Jego zdaniem Ołeksij Poroszenko umiał wypracowywać sobie kontakty. Dzięki nim wkrótce po przyjeździe do Benderów został dyrektorem eksperymentalnych samochodowych zakładów remontowych BOERZ. Znał ludzi w samym Kiszyniowie. I pracowałby tam dłużej, gdyby nie pewien incydent. Był najpewniej 1983 rok. Ołeksij i Jewhenija pojechali na zakładową wycieczkę zagraniczną.

– Wszyscy wozili wtedy wódkę do Finlandii. I ja też brałem tam parę butelek, przecież praktycznie nie dostawaliśmy pieniędzy na wyjazd. Ale Ołeksij Iwanowycz uparł się i zaczął wykłócać z policją. Oczywiście doniesiono o tym do organów, rozpatrywali sprawę na komitecie miejskim partii, o mało go z niej nie wykluczyli – opowiadał Cymaj „Ukrajinśkiej prawdzie”.

Ołeksij Poroszenko był dobrym dyrektorem. Dostawał nawet nagrody dla zwycięzcy socjalistycznego współzawodnictwa. Pod jego rządami zakład się rozbudował, postawiono trzy bloki dla rodzin robotników, zaczęto handlować z Rosją. W zamian za rosyjskie drewno sprzedawano samochody. Kombinował, jak wszyscy w tamtym systemie. Po aferze wódczanej zwolnił się i przeniósł na stanowisko naczelnika budowlano-montażowego zespołu SPMK-7 w treście Mołdsielchozmontaż (trest to zjednoczenie przedsiębiorstw, które w sowieckiej gospodarce planowej odgrywało rolę średniego szczebla między ministerstwem a przedsiębiorstwami danej branży) w Tyraspolu. Dziś to stolica separatystycznego Naddniestrza, położona raptem kilka kilometrów od Benderów. Poroszenkowie tym razem nie musieli się przeprowadzać.

Ojciec prezydenta miał jednak pecha. Po deportacji z Finlandii zaczęto mu patrzeć na ręce. Przez Sojuz przetaczała się akurat kampania antykorupcyjna. 2 grudnia 1985 roku Ołeksij Poroszenko został zatrzymany przez benderską milicję. Razem z pięcioma współpracownikami oskarżono go o kradzieże, fałszowanie dokumentów, nielegalne posiadanie broni. Przyznał się do większości zarzutów. Tym razem nie uniknął wykluczenia z partii komunistycznej.

W lipcu 1986 roku Ołeksij został skazany na pięć lat pozbawienia wolności z jednoczesnym zakazem pełnienia funkcji kierowniczych i konfiskatą części majątku. Najpierw siedział w więzieniu numer 2 w Benderach, potem przeniesiono go do kolonii karnej numer 9 w Pruncul pod Kiszyniowem. Odbywając karę, pracował jako bibliotekarz i przy zbijaniu drewnianych skrzynek na warzywa. Jewhenija Poroszenko została sama. Mąż za kratkami, Misza na emigracji w Holandii, Pietia w akademiku w Kijowie. Z uwzględnieniem aresztu głowa rodziny powinna była wyjść na wolność w grudniu 1990 roku.

– Poroszenko wyszedł jednak już w sierpniu 1987 roku, bo prezydium Sądu Najwyższego w Kiszyniowie w wyniku protestu zastępcy prezesa Sądu Najwyższego ZSRR dokonałо rewizji wyroku, oczyszczając go między innymi z bardzo poważnego wówczas zarzutu fałszowania sprawozdań. W ten sposób pięcioletnia kara zamieniła się w trzyletnią, którą dodatkowo, na mocy amnestii, mu darowano. Podtrzymano jedynie konfiskatę i zakaz pełnienia funkcji kierowniczych – mówił nam dziennikarz Wołodymyr Bojko.

Bojko w 2005 roku dzięki własnym kontaktom zdobył w Mołdawii kopię wyroku. Udostępnił nam jego treść, wcześniej niepublikowaną (którą jednak upublicznił tuż przed oddaniem do druku naszej książki). Dzięki temu wiemy dokładnie, czego dotyczyły zarzuty, i możemy zacytować najciekawsze fragmenty wyroku. W gruncie rzeczy chodzi o powszechne w socjalistycznej gospodarce kombinacje, które z powodzeniem mogłyby się znaleźć w scenariuszach filmów Stanisława Barei. Albo w książkach o Ostapie Benderze, w których Petro się zaczytywał.

Poroszenko, pracując jako dyrektor Benderskich Doświadczalno-Eksperymentalnych Zakładów Remontowych Goskomsielchoztiechniki [Państwowego Komitetu do spraw Produktowo-Technicznego Zabezpieczenia Gospodarki Wiejskiej] M[ołdawskiej] S[ocjalistycznej] R[epubliki] R[adzieckiej], w zmowie z naczelnik oddziału planowo-gospodarczego [Lubow] Sało i mistrzem sekcji stolarskiej [Anatolijem] Połozem, nie uwzględnił w sprawozdaniu za 1981 rok 227 nadwozi samochodowych, wyprodukowanych w grudniu 1981 roku przez sekcję stolarską. Produkcja ta została potem podzielona między sprawozdania od stycznia po lipiec 1982 roku jako produkcja bieżąca. Za I kwartał 1982 roku zawyżono wskaźniki w sprawozdaniach o 52 nadwozia, za II kwartał 1982 roku o 94 nadwozia i w lipcu 1982 roku o 70 nadwozi.

W rezultacie zafałszowania sprawozdawczości przy faktycznym niewypełnieniu planu wytwarzania produkcji towarowej i produktywności pracy naliczono i wypłacono premię inżyniersko-technicznym pracownikom sekcji stolarskiej za I kwartał 1982 roku na kwotę 253 rub. 51 kop. Wypłacenie tej premii w przypadku Poroszenki zostało zakwalifikowane jako przywłaszczenie, a w przypadku Sało i Połoza jako współudział w przywłaszczeniu […].

W efekcie zafałszowania sprawozdań z wykonania planu realizacji produkcji w maju, czerwcu 1982 r. i w marcu 1983 r. Poroszenko, [pełniąca obowiązki głównej księgowej Lilija] Cycugina i Sało dokonali przywłaszczenia premii wypłaconych robotnikom zajmującym kierownicze stanowiska w Benderskim OERZ za II kwartał 1982 roku na kwotę 81 rub. 79 kop, w tym osobiście Poroszenko otrzymał 16 rub. 04 kop. […].

Poroszenko w porozumieniu z [przewodniczącym Goskomsielchoztiechniki MSRR Michaiłem] Bondarienką, którego sprawę umorzono, i Cycuginą w maju 1981 roku zamówił na prośbę Bondarienki w Kiszyniowskim Zjednoczeniu Produkcyjnym Nierudstrom przygotowanie dwóch nagrobków wartych 1585 rub. 52 kop. Za przywiezione do zakładu pomniki Benderski OERZ zapłacił 792 rub. 76 kop. czekiem rozliczeniowym nr 571655. Pomniki nie zostały wpisane na stan zakładu, a Cycugina na polecenie Poroszenki zaksięgowała wydatki na rachunku nr 87 „fundusz przedsięwzięć społeczno-kulturalnych”, punkt „utrzymanie stołówki”. Pomniki zostały przekazane Bondarience i ustawione przez niego na mogiłach krewnych.

Poroszenko pracował jako naczelnik SPMK-7 trestu Mołdsielchozmontaż m. Tyraspol. Latem 1984 roku otrzymał od dyrektora zakładu Mołdsielchozmontaż 2 zwoje kabla emaliowanego warte 204 rub. 16 kop. Wykorzystując stanowisko służbowe, Poroszenko przywłaszczył zwoje i przechowywał u siebie w garażu, gdzie zostały znalezione przy przeszukaniu.

W 1984 roku Poroszenko [w rejonie Ciucur-Mingir na południu Mołdawii] kupił od nieustalonego w trakcie śledztwa kierowcy 64 l spirytusu, zdobytego w oczywisty sposób niezgodnie z prawem, wartego 1629 rub. 48 kop., który w rozrobionej postaci został znaleziony u niego podczas przeszukania.

W 1968 roku Poroszenko [w Bołgradzie] nabył nóż od nieustalonej osoby, a w 1979 roku [w Benderach] kupił nóż od [N.] Bogomołowa. Oba noże, uznane za broń białą, Poroszenko przechowywał w domu […].

W apelacji stawia się wniosek […] o uchylenie wyroku na Poroszenkę O. I. i Cycuginę L. G. za przywłaszczenie premii ze względu na brak znamion przestępstwa, a także z tego samego względu o uchylenie wyroku na Poroszenkę O. I. za przywłaszczenie kabla emaliowanego […]. Po przeanalizowaniu materiałów sprawy i dowodów apelacji Prezydium uważa, że apelacja powinna zostać uznana […].

Wbrew temu, co pisała prasa, Poroszence nie zarzucano defraudacji drewna, które miało być wysyłane na urzędnicze dacze. Tego typu zarzuty stawiano jego pracownikom. Jeden z nich w pierwszej instancji został też skazany za przekazanie czterech kompletów odzieży roboczej w zamian za łapówkę w postaci dwóch butelek koniaku i dwunastu butelek wina Pinot, przy czym śledczy ustalili, że zamiast koniaku dostał rozrobiony, barwiony spirytus, a zamiast wina Pinot – domowe wino stołowe. Sąd Najwyższy uchylił również ten wyrok.

Gdy ojciec na mocy amnestii „z okazji 70-lecia Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej” wychodził na wolność w sierpniu 1987 roku, Petro od dawna był już w Kijowie. Początkowo myślał co prawda o wyższej szkole morskiej w Odessie i nie wykluczał wyjazdu do Moskwy, ale ostatecznie w 1982 roku – dzięki rekomendacji, którą Ołeksij wychodził mu w komitecie obwodowym partii – trafił na prestiżowy Instytut Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu imienia Tarasa Szewczenki w Kijowie. To tu poznał przyszłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego, który wybrał Ukrainę, by nie studiować w Rosji. Później obaj panowie spotykali się regularnie. Także wtedy, gdy Micho był głową państwa, a Pietia – szeregowym deputowanym.

Jewhenija tymczasem opuściła Bendery i wyprowadziła się do wynajmowanego mieszkania w podkijowskim Wyszogrodzie. Tak samo po cichu, jak dekadę wcześniej opuszczała Bołgrad. Ucieczka od problemów, gruba kreska, nowy start. Można założyć, że organy odpowiedzialne za konfiskatę mienia skazanego nie były przesadnie skrupulatne. Niektóre źródła mówią, że Poroszenkowie zdołali zawczasu przekazać część majątku krewnym. Ołeksij Poroszenko po wyjściu z więzienia odzyskał wołgę, a niebawem kupił dwa mieszkania w stolicy, w eleganckim, położonym na skarpie dnieprzańskiej domu przy Hruszewśkoho 9. Połączył je w jedno, pięciopokojowe o powierzchni 130 metrów kwadratowych. W 1992 roku, gdy wybuchła wojna w Naddniestrzu, Poroszenkowie ostatecznie sprzedali mieszkanie w Benderach. Ich nowym domem został Kijów.

Petro był już wtedy żonaty z rodowitą kijowianką Maryną Perewedencewą, trzy lata starszą od niego córką byłego wiceministra zdrowia radzieckiej Ukrainy, kardiolog po Kijowskim Instytucie Medycznym. Poznali się na dyskotece w akademiku przy Łomonosowa podczas zimowej sesji egzaminacyjnej, gdy Poroszenko był na drugim roku. Romans zaczął się latem. Maryna w rozmowie z „Obozriewatielem” opowiadała:

– Latem praktycznie wszyscy przyjaciele rozjechali się po domach, a z tymi, którzy zostali, wybraliśmy się na piknik z okazji zakończenia roku akademickiego. Po pikniku Petro Ołeksijowycz – a wtedy po prostu Pietia – odprowadził mnie do domu. Tak zaczęliśmy się spotykać.

Na pierwszym spacerze zahaczyli o Bankową. Wówczas przy tej ulicy, w wielkim gmachu zbudowanym w latach trzydziestych dla kijowskiego okręgu wojskowego, urzędował pierwszy sekretarz Wołodymyr Szczerbycki. Dziś w tym miejscu, w gabinecie z dużym portretem Bohdana Chmielnickiego, urzęduje prezydent. Latem Petro i Maryna byli już parą. Zdążyli zarezerwować datę ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego, ale za pierwszym razem nic z tego nie wyszło. Tydzień później Petro dostał wezwanie do wojska. Wówczas służyło się dwa lata.

– Mama była przeciwko. Teraz się tłumaczy, że po prostu uważała, że jesteśmy za młodzi, że to niepoważne, że odbije się na nauce. My rzeczywiście ciągle się spotykaliśmy i spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę – wspominała Maryna Poroszenko.

Żeby wziąć ślub, Petro musiał przyjechać na przepustkę, a służył w rosyjskim Achtubinsku na granicy z Kazachstanem, w jednostce wojsk obrony przeciwlotniczej numer 23523. Wysłano go tak daleko, bo w punkcie zbiórki pobił czterech pijanych chorążych. Jak opowiadał „Forbesowi”, nie spodobało mu się ich zachowanie. Gdy młodzi się pobrali, Poroszenko miał raptem osiemnaście lat. Był 1984 rok. Wesele odbyło się w domu Perewedencewów przy prowułku Ajistowa (obecnie, po dekomunizacji, Ipsyłantijewśkyj prowułok). Suknię ślubną panna młoda pożyczyła w USC, buty już miała. Wystarczyło kupić enerdowski welon.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.