Kryształowi. Tom 3. Polowanie - Joanna Opiat-Bojarska - ebook

101 osób właśnie czyta

Opis

Z policyjnej broni padają strzały. Ginie mężczyzna podejrzany o porwanie. Sprawę prowadzi Driver  outsider z konieczności, rozwodnik z wyboru, glina z krwi i kości. Czwórka obecnych przy zdarzeniu stróżów prawa trafia pod lupę Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Ich zeznania są wyjątkowo spójne, ale tylko do czasu, gdy jedno z nich ginie pod kołami pociągu.

Gdy pojawiają się anonimy i wzajemne oskarżenia, funkcjonariusze tracą poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do swoich partnerów. Ich ofiarą pada Driver, który decyduje się wyznać prawdę dziennikarce. W kawiarni, gdzie są umówieni, czeka na niego płatny zabójca…

Mogłoby się wydawać, że w brutalnym świecie poradzą sobie tylko mężczyźni, tymczasem zastępcą naczelnika BSWP zostaje Zośka. Mundurowi myślą, że władza uderzyła jej do głowy, nie wiedzą jednak, że Zośka także może pociągnąć za spust.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Dawid Wiktorski

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Lario Tus/Shutterstock

© Denis Belitsky/Shutterstock

© Nik Keevil/Arcangel Images

Ta książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

© by Joanna Opiat-Bojarska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1269-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

WYSTĘPUJĄ

ANDRZEJ „ENDRIU” ŚMIECHOWSKI – dobry mąż, przyjaciel i człowiek, funkcjonariusz wydziału kryminalnego.

HONORATA „HONIA” MARCHWIŃSKA – samotna matka i przede wszystkim policjantka wydziału kryminalnego, zwykle pomocna i optymistyczna, czasem miewająca problemy z alkoholem.

MICHAŁ IWAŃSKI i MACIEJ BARCZAK – młodzi policjanci z nowego, gorszego pokolenia. Mają ten sam kolor włosów, to samo miejsce służby w wydziale kryminalnym i ten sam problem po spotkaniu w lesie z Honoratą i Endriu.

PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Uzależniony od bólu i szybkiej jazdy. Posiadacz sporej listy kobiet chętnych na seks, ojciec Wiktora i były mąż Elki.

PAULINA „PAULA” STOPAREK – kiedyś fuck friend Drivera, dziś przyjaciółka dziennikarki Kingi Pomorskiej.

ZOFIA MAZUR – właściwa kobieta na właściwym miejscu, a przynajmniej tak lubi o sobie myśleć. Jako zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji trzęsie nie tylko biurem, ale właściwie całą poznańską psiarnią. Nie potrafi gotować, dlatego przyjaźni się z dziennikarzem lokalnej gazety, Dawidem Sarnowskim. A może nie tylko dlatego?

KAROL ŚLEDŹ – w genach odziedziczył miłość do rybek. Nie ma szczęścia do kobiet, ale dzięki temu całą pierwotną energię może skupić na obronie swojego fotela naczelnika BSWP.

TOMASZ KARDASZ – sensem jego życia jest czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec. Nałogowo ogląda głupie filmiki, także na służbie. Ma przyjrzeć się sprawie Podolskiego i Mańczaka, którzy mogli przyczynić się do śmierci zatrzymanego na komisariacie.

HUBERT „HUBI” TOBISZOWSKI – w Narkotykach robi od zawsze, czyli zbyt długo. Właśnie próbuje się wypisać z firmy. Wierny jak pies swojej kochance o imieniu Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.

GRZEGORZ KRUK – przedsiębiorca o wyglądzie cherubinka. Zdystansowany i umiarkowanie zrozpaczony po zniknięciu swojej ciężarnej żony Barbary. Wyznawca teorii, że im głośniej mówisz o swojej nowej miłości, tym będzie ona prawdziwsza.

IGOR „NOWY” KRAJEWSKI – wielki nieobecny, numer jeden na rynku narkotykowym, wysługujący się między innymi Czarnym i Cyganem. Pierwszy odpowiada za kontakt z ćpunami, drugi – z psami.

♦ ♦ ♦

Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.

Zdziwiło ją to, ponieważ o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste.

Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół. Kawiarnia z dala od centrum. Wygodne krzesła. Niezbyt duże stoliki. Dobra kawa i smaczne desery.

Jej rozmówca chciał spotkać się na neutralnym gruncie. Zapewniła mu taki. Chciał, żeby pozostał między nimi dystans? Nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że osiągnie swój cel tylko wtedy, gdy wszystko zaplanuje w taki sposób, żeby dać mu złudne wrażenie, że to on kontroluje sytuację.

Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale przyszedł, uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać.

Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia złapała ochoczo za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka. Wycofał się.

Pierwszy kawałek ciasta został oderwany. Podobnie jak jej rozmówca, na co dzień stanowiący sprawnie działające ogniwo pewnego łańcucha.

– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.

– Spotkanie?

– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.

– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.

Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż wszyscy jej dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.

– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.

– Nie trać czasu. To najcenniejsza wartość w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.

– Wiemy?

– Wy, ludzie mediów.

Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.

– Jak to się stało, że…

Drzwi znowu się otworzyły. Tym razem mężczyzna wszedł. Czapka z daszkiem zasłaniała mu większość twarzy, ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał tu być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu miejsca, ruszył przed siebie.

Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.

Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.

– Jak to się stało, że trafiłeś do Biura Spraw Wewnętrznych Policji?

Powinien ze skupieniem czekać na pytania i dawać cięte riposty, a nie rozglądać się na boki. Widziała jego profil i mogłaby przysiąc, że już zaczął się obracać w jej stronę, ale wtedy to usłyszała.

Głuchy i niski dźwięk. Jakby coś pękło. Pękło i leciało przed siebie, rozcinając powietrze.

Zidentyfikowała odgłos błyskawicznie. Strzał. To był strzał.

Poczuła coś ciepłego na twarzy. Rzuciła się pod stół. Nie było to najbezpieczniejsze schronienie, ale dobrze wiedziała, że w takich sytuacjach liczy się czas reakcji.

Nasłuchiwała.

Trzasnęły drzwi. Wzięła trzy głębokie wdechy i otworzyła oczy. Jej rozmówca leżał na podłodze.

– Hej? – Szarpnęła go za nogę.

Nie zareagował. Doczołgała się do jego głowy.

– Paweł!!! Paweł, kurwa mać, odezwij się! Odezwij się do mnie!!!

Starała się nie zauważać płynącej krwi. Wyjęła komórkę, wybrała numer, włączyła tryb głośnomówiący i odłożyła ją na bok.

Nie mogła biernie czekać. Musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat pierwszej pomocy.

– Halo, Państwowe Ratownictwo Medyczne, dyspozytor…

– Kinga Pomorska, potrzebna karetka, postrzał. Mężczyzna. Nieprzytomny. Kawiarnia Ptasie Radio!

ROZDZIAŁ 1

Skręcali ze Starołęckiej w lewo. Endriu zredukował bieg. Gdzieś po prawej stronie miał znajdować się budynek, który stanowił cel ich podróży. Z radioodbiornika płynęła radosna muzyka, a Honorata podśpiewywała pod nosem.

Nowy dzień, nowe zatrzymanie, nowe wyzwania zawodowe – tak do tego podchodziła. Ostatnio się zmieniła. Zostawiła za sobą smutek, który zwykle jej towarzyszył. Zupełnie jakby odnajdywała nadzieję i radość w nadchodzącej wielkimi krokami jesieni.

– Nie wiem, co bierzesz, Honia, ale chcę brać to samo – zażartował.

Odpowiedziała mu perlistym śmiechem.

Endriu zwolnił. Zbliżali się do celu. Minęli posesję numer osiem. Rozglądał się za dwunastką i miejscem do parkowania, ale zanim je zauważył, jego spojrzenie przykuł niebieski seat. Powoli wyłonił się z posesji, ostrożnie włączył do ruchu i w ślimaczym tempie minął radiowóz.

Za kierownicą seata siedział mężczyzna. Oba auta jechały tak wolno, że Endriu zdążył spojrzeć mu w oczy i założyłby się, że zauważył w nich niepokój. Kiedy się minęli, silnik seata zawył.

– Widziałeś?

Endriu spojrzał najpierw na Honoratę, a potem w lusterko wsteczne, po czym podjął błyskawiczną decyzję. Wrzucił wsteczny i docisnął gaz.

– To był on!

Podskoczyli, gdy auto wjechało w wysoki krawężnik. Zahamował. Wrzucił jedynkę, maksymalnie skręcił kierownicę i wcisnął gaz do dechy. Auto ruszyło z impetem. Zbliżali się do głównej ulicy.

– Wleciał w Starołęcką! W lewo! Szybciej, bo go stracimy! – Honorata błyskawicznie przeszła w tryb pościgowy. – Szybciej!

– Kurwa, z choinki się wszyscy urwali?!

Endriu otworzył okno i postawił na dachu policyjnego koguta. Hałas jak zwykle okazał się skuteczny. Wszyscy zwolnili, a radiowóz bez żadnych przeszkód skręcił w Starołęcką.

– Tu zero zero dwa, potrzebne wsparcie. Prowadzimy pościg za niebieskim seatem toledo. Za kierownicą podejrzany. Lecimy za nim Starołęcką. Niech Kórnik zajedzie od strony Czapur.

Uzupełniali się. Honorata prosiła dyżurnego o wsparcie, a Endriu skupiał się na zmniejszaniu dystansu dzielącego ich od uciekającego samochodu. Droga była zbyt wąska i uczęszczana, by ciągle jechać środkiem. Przyspieszał więc i gwałtownie hamował, lawirując między autami.

Seat zniknął z pola widzenia i dopiero gdy udało im się wyprzedzić ciężarówkę, zauważyli go znowu. Nie mieli wiele czasu na reakcję. Przed nimi pojawiło się rondo. Musieli podjąć decyzję.

– Lewo! Lewo! Kręć w lewo! Drugi zjazd! – wrzasnęła Honorata.

Źle założyli. Nie jechał w stronę Czapur, tylko na Głuszynę. Endriu nie widział niebieskiej karoserii, ale miał pełne zaufanie do partnerki. Z całej siły wcisnął hamulec, a chwilę później skręcił gwałtownie w lewo. Nie zamierzał tracić czasu na objeżdżanie ronda. Pamiętał, że droga się rozwidlała. Prosto można było jechać na Czapury, a w lewo – na Głuszynę.

Radiowóz jechał pod prąd. Do zjazdu nie było daleko. Endriu ocenił odległość na jakieś cztery pięć sekund jazdy. I wtedy na horyzoncie pojawiło się bmw. Było blisko, za blisko.

– Kurwa! – Honorata odruchowo odsunęła się od drzwi, jakby tych kilkanaście centymetrów miało zapewnić jej bezpieczeństwo.

Endriu docisnął pedał gazu, jednocześnie odbijając w lewo. Koła radiowozu otarły się o krawężnik. Rozległo się trąbienie. Ogromna siła pchnęła tył radiowozu.

Skontrował kierownicą i spojrzał w lusterko. Bmw właśnie ich minęło. Nie słyszał charakterystycznego dźwięku zgrzytania metalu o metal. To był dobry znak. Udało mu się uciec.

– O jebaniec! – warknął, gdy uznał, że niebezpieczeństwo minęło.

Pościg trwał.

Silnik wył. Miał sto dwadzieścia na liczniku i trzeci bieg. Seat pokazał się na chwilę, po czym zniknął za zakrętem.

– Debil, całe życie przemknęło mi przed oczami! – Honorata roześmiała się nerwowo. – Pomyślałam o rachunku sumienia, ale na wszystkie grzechy było za mało czasu…

– Na szczęście prowadzę lepiej niż Kubica i Hołowczyc razem wzięci!

Wyjeżdżali z miasta. Po prawej stronie Głuszyny gęsty las zastąpił domy. Kilka chwil później po lewej stronie pojawił się płot i napisy.

– Zaraz będziemy go mieli!

Znowu docisnął gaz. Przed nimi był długi i prosty odcinek drogi. Widzieli seata. Zbliżali się do niego.

– Ale mieliśmy fuksa, że podjechaliśmy pod jego dom. Kilka minut później i byśmy się minęli. – Honorata dotknęła broni.

Byli już naprawdę blisko. Wystarczyło już tylko wyprzedzić podejrzanego, zajechać mu drogę, wyskoczyć i wyciągnąć go z auta.

– Kurwa mać!

Seat wyjechał na lewy pas, wyprzedził ciężarówkę i zniknął im z pola widzenia. Endriu spróbował zrobić to samo, ale z naprzeciwka jechały dwa samochody. Musiał odczekać.

– Fuck! – Wszystko się w nim gotowało. – Ucieknie nam! Dałaś znać dyżurnemu, żeby Kórnik jednak podjechał od strony Głuszyny?

Honorata nie odpowiedziała. Ciężarówka, od której dzieliło ich nie więcej niż kilkaset metrów, włączyła światła awaryjne.

Endriu wjechał na lewy pas.

– Fuck. Na lewym auto też stoi na awaryjnych. Coś się…

– Zatrzymaj się!

– Ale…

– Stój, Endriu!

Wrócił na prawy pas i z całej siły nadepnął hamulec. Radiowóz zatrzymał się zaraz za ciężarówką.

– Ucieka! Kurwa, ucieka!

– Honia, poczekaj!

Endriu nawet nie zdążył na nią spojrzeć. Zostawiła otwarte drzwi i biegła przed siebie.

– Czekaj! – wrzasnął, ale nie zareagowała. – Tu zero zero dwa. Podejrzany ucieka w las. Powtarzam, ucieka w las. Pieszo. Opuszczamy radiowóz. Głuszyna na wysokości Bazy Lotnictwa Taktycznego. Biegniemy za nim. Możemy być bez łączności. Mamy swoje komórki.

Najważniejsze było to, by nie dopuścić do zwiększenia odległości między nią a mężczyzną w bladoszarej dresowej bluzie. Lawirował między drzewami z taką zwinnością, jakby od miesięcy uczestniczył w morderczych treningach. Honorata musiała dotrzymać mu kroku.

Nie było łatwo, ale adrenalina robiła swoje. Musiała go dogonić, ale w tej chwili skupiała się przede wszystkim na biegu, oddychaniu i tym, żeby nie zgubić go z oczu. Seat rozbił się na drzewie, a kierowca zwiał do lasu. Nie widziała jego twarzy, nie wiedziała, czy ma jakieś obrażenia. Liczyła na to, że szybko osłabnie.

Coraz trudniej było jej złapać oddech.

– Stój! Policja! – krzyknęła, licząc na cud.

Przyspieszył.

Ona też. Wiedziała, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa. Walczyła ze swoim mózgiem i mięśniami. Całe życie z czymś walczyła. Dopiero kilka tygodni temu poczuła, że dotarła do bezpiecznej przystani.

No dobrze, jeszcze nie dotarła. Docierała. Miała świadomość, że to ostatnia prosta. Jeszcze tydzień, może dwa, i będzie mogła odpocząć.

– Policja! Zatrzymaj… się!

Nie miała siły krzyczeć. Ale chyba ją usłyszał. Najpierw zwolnił, a potem zatrzymał się i pochylił plecy, opierając ręce o kolana. Dobiegła do niego, ale trzymała się w bezpiecznej odległości. Oboje dyszeli ciężko.

Przeładowała broń i wycelowała w jego głowę. Mężczyzna odwrócił się i spojrzał jej w oczy.

– Wstań! – Honorata wydobyła z siebie głęboko skrywane pokłady agresji. – Wyprostuj się!

– Spokojnie. – Mężczyzna uniósł ręce.

– Myślałeś, że cię nie dopadnę?! Że uciekniesz sprawiedliwości?!

– Proszę, odłóż broń. Ja… Ja nie zrobiłem przecież…

– Jasne, jesteś niewinny i wcale nie uciekałeś, tylko biegłeś akurat w tę stronę?!

– Przestraszyłem się radiowozu.

– Masz broń?

Kiwnął głową.

– Jeden niepotrzebny ruch i strzelę! – Honorata czuła, że dłonie drżą jej coraz mocniej. – Wyjmij ją i wyrzuć na bok! Powoli!

– Spokojnie, to tylko atrapa. Straszak…

Powoli sięgnął za pasek. Wyjął pistolet i momentalnie złapał za kabłąk dwoma palcami, pozwalając broni zawisnąć lufą do dołu.

Honorata spojrzała mu w oczy, a potem bez wahania pociągnęła za spust.

Muzyka zagnieździła się w prawej półkuli mózgu Drivera tak mocno, że nie usunął jej nawet wiatr towarzyszący mu podczas spaceru od auta do budynku Komendy Wojewódzkiej Policji.

Jechał windą, poruszając cały czas głową. Wyglądał jak samochodowa zabawka, pies, który kiwa łbem.

Był psem. Kryształowym psem. Tak niewiele brakowało, żeby to wszystko stracił. Anonim, który przyszedł na niego wiosną, spowodował niezłe zamieszanie.

Karol Śledź, zastępca naczelnika BSWP, zareagował ostro i natychmiastowo. Posprawdzał to, co mógł posprawdzać. Wezwał Drivera na rozmowę, a na koniec dał mu do wypełnienia jakieś dodatkowe oświadczenie dotyczące posiadanego majątku. Driver wpisał w odpowiedniej rubryce evo i postawił kropkę. Nie miał mieszkania, obligacji ani oszczędności, a inne cenne dla niego rzeczy – czyli praca i syn Wiktor – nie mieściły się w definicji majątku. Śledź przestudiował uważnie wszystkie rubryki i odetchnął z ulgą, jakby liczba posiadanych przez policjanta aut miała być wprost proporcjonalna do stopnia zaangażowania w działalność przestępczą.

Driver domyślał się, kto strzelał na oślep, oskarżając go o udział w bliżej nieokreślonej grupie przestępczej, ale nie zdradził się z tym. Nie musiał. Wszystko dość szybko rozeszło się po kościach. Odzyskał zaufanie przełożonych i mógł wrócić do służby. Wiedzę zachował dla siebie.

– Gdzie jest, kurwa, moje mleko?!

Głos wkurzonej Zochy uświadomił Driverowi, że właśnie wkroczył do Biura Spraw Wewnętrznych Policji.

Odruchowo zwrócił głowę w kierunku hałasu – i to był jego błąd. Przy otwartej lodówce stała najostrzejsza kobieta jaką znał. Nie zaglądała jednak do środka, tylko rozglądała się, najwyraźniej szukając ofiary.

– Driver! To na pewno ty! – powiedziała z wściekłością i wskazała go palcem.

– Żałuję, ale muszę cię rozczarować. Od tygodnia jestem na detoksie.

– W dupie mam twój detoks! Odkupujesz mi mleko, ty obślizgła formo życia!

– Nie pijam kawy. Ale jak podpatrzę, kto to robi, to bezzwłocznie cię zawiadomię. Albo napiszę anonim – dodał złośliwie, po czym, nie czekając na reakcję Zochy, udał się do swojego pokoju.

Podczas wiosennej akcji zrozumiał, że podstawowym narzędziem pracy każdego kryształowego były, są i będą anonimy. Nie tylko jako forma wprowadzania w obieg informacji niejawnych, ale również jako broń przeciwko innym kryształowymi. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że elita walcząca przeciw skorumpowanym gliniarzom walczy również ze sobą.

Wezwanie wsparcia i zaparkowanie nie zajęło mu dużo czasu, ale kiedy ruszył w las, nie miał pewności, czy biegnie w dobrą stronę, bo nie widział już ani poszukiwanego, ani Honoraty. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Dopiero gdy padł strzał, ustalił odpowiedni kierunek.

Po kilku minutach biegu dostrzegł partnerkę w oddali. Zaniepokoił się.

Siedziała skulona na ziemi. Wzmógł czujność i zaczął się do niej zbliżać.

Powinien robić to bezszelestnie, by nie zdradzić swojej obecności, ale leśne poszycie mu to uniemożliwiało. Trzeszczały łamane gałązki. Zatrzymał się na chwilę i wytężył słuch. Jeśli uciekinier gdzieś się czaił, to musiał stać nieruchomo.

Endriu musnął palcem język spustowy swojego glocka.

Coraz mniej drzew dzieliło go od Honoraty. Widział już jej profil. Twarz miała ukrytą w dłoniach. Oddychała rytmicznie, głośno dysząc.

– Gdzie jest? – zapytał ściszonym głosem.

Nie spojrzała na niego, tylko wyciągnęła rękę, wskazując kierunek. Kilka metrów dalej leżał mężczyzna. Nie ruszał się. Endriu podszedł do niego i sprawdził puls. Nic nie wyczuł. Nachylił się, by sprawdzić oddech. Spojrzał na klatkę piersiową. Kula weszła w okolicach serca.

– Trup – oświadczył, ale na wszelki wypadek kopnął broń, która leżała blisko ręki mężczyzny. – Honia, nic ci nie jest?

Westchnęła głośno. Endriu ukucnął przy niej i złapał ją za dłonie. Drżały. Nigdy wcześniej nie widział jej takiej przerażonej, a przecież niejedno przeżyli przez te wszystkie lata.

– Honia. Mów do mnie. Mów!

Spojrzała na niego. Oczy zaszły jej łzami.

– Goniłam go. Zatrzymał się. Dobiegłam. Nie chciał się położyć na glebę. Nie współpracował. Zrobiłam krok w jego stronę, żeby go obezwładnić, a wtedy się na mnie rzucił.

Endriu dopiero teraz zauważył, że miała na twarzy czerwone ślady po zadrapaniach.

– Walczyliśmy. Był silny. Cholera, Endriu!

Na usta cisnęło mu się pytanie: „Po chuj rzuciłaś się za nim sama?”, ale to nie był dobry moment na takie ustalenia.

– Walczyliście. I co dalej?

– Udało mi się go odepchnąć… Upadł. Sięgałam po broń, którą mi wcześniej wytrącił… Wycelował we mnie. Miał swoją. Nie było wyjścia. Musiałam strzelić. Musiałam się bronić, Endriu. Przecież nie jestem sama, mam Magdę! Nie mogłam ryzykować.

Słyszał trzask łamanych gałęzi. Ktoś biegł w ich stronę.

– Przestań. – Puścił jej dłonie. – Weź się w garść. Nic takiego się nie stało. Musiałaś. Musiałaś i to zrobiłaś. Tak wygląda nasza służba. Czasem robimy to, co trzeba, nie to, co chcemy. – Poklepał ją po ramieniu.

– Endriu… – Spojrzała na niego błagalnie. – Wyjebią mnie z firmy!

– Wytłumaczysz się, a ja wszystko potwierdzę.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– Piłam. Wczoraj. Długo. Właściwie do rana. Godzinę temu miałam jeszcze promil. Zaraz przyjedzie wydział kontroli, prokurator. Każą mi dmuchać. Wylecę na zbity pysk. Zostaniemy z Magdą na lodzie. Cholera, mogłam dać się zastrzelić, przynajmniej zostałaby po mnie emerytura!

Wszyscy zaczęli się zbierać na korytarzu. Dochodziła ósma. Zośka wychyliła się ze swojego pokoju i postanowiła wykorzystać okazję. Podeszła do lodówki, mijając dwóch dochodzeniowców, zajrzała do niej, po czym głośno trzasnęła jej drzwiami i zaczęła wyrzucać z siebie poranną złość:

– Złodziejstwo się szerzy. Nie kielcz się, Bolo. To mało śmieszne jest. Złodziejstwo dotarło do struktur tak elitarnych jak nasze biuro i na dodatek zbiera coraz większe żniwo! Na serio żal wam tych pięciu zyli na własny kartonik mleka? Musicie korzystać z mojego? Ktoś kradnie już nie tylko mleko, ale i jedzenie. Włożyłam tu wczoraj kawałek ciasta. To jest, kurwa, nie do pomyślenia! Zamontuję kamery i złapię chuja za rękę, a potem mu ją urżnę!

– Raczej odgryziesz…

Usłyszała zgryźliwy komentarz. Nie wiedziała jednak, z czyich ust padł. Udała więc, że do niej nie dotarł.

– Kto zjadł ciasto? – Po kolei mierzyła ich wzrokiem.

– Jakie ciasto?

– Co?

– Na mnie nie patrz.

Sytuacja jej nie sprzyjała. Była sama przeciwko grupie. Jedna kobieta kontra dziesięciu facetów. Mieli z niej ubaw. Na korytarzu nadal była dla nich tylko blondynką, kumpelą z firmy. Zapominali o szacunku, jaki się jej należał. Musiała im o tym przypomnieć, dlatego błyskawicznie zmieniła plan. Zamiast wykładu postanowiła dać im nauczkę.

– Kto zjadł pleśniak, który był wczoraj lodówce? – spytała ponownie.

– Zośka, spleśniałych rzeczy nie chowamy do lodówki, tylko wywalamy do kosza – rzucił ktoś, a reszta zachichotała.

– Cieszę się, że jest wam do śmiechu. Ciasto, które również zginęło, było niespodzianką dla złodzieja. Mam nadzieję, że mu smakowało. Specjalny przepis z polewą ze spermy.

Przebiegła oczami po twarzach kolegów. Miny im zrzedły. Tylko Kardasz nadal się wydurniał.

– Skąd ty miałaś spermę? Z banku?

Spojrzała na zegarek. Ósma trzy.

– Ruszać dupy, zaczynamy odprawę – oznajmiła władczo i ruszyła, głośno stukając obcasami.

Minęła Drivera. Wychylił się z pokoju, który do niedawna był także jej, i pomaszerowała do siebie.

– Pani Sabino! – wrzasnęła na sekretarkę Śledzia. Uznała, że skoro naczelnika nie ma dziś w biurze, tłusta Sabinka musi się nudzić. A skoro się nudzi, to z radością spełni jej zachcianki. – Pani skoczy do piekarni, tej na Dąbrowskiego. Mam ochotę na torcik węgierski. Pani kupi, migusiem!

Nie czekała na odpowiedź. Po prostu rozkoszowała się swoją pozycją. Kilka miesięcy temu, kiedy wchodziła do gabinetu zastępcy naczelnika, była zmuszona patrzeć na te jego beznadziejne rybki.

Teraz wchodziła do siebie. Zamiast obleśnego akwarium z bezmyślnymi stworami miała ogromny plakat z wymarzonym modelem harleya. Zamiast smrodu spoconego wieprza czuła subtelny zapach swoich kobiecych perfum.

Niezależnie od tego, co ginęło z lodówki, mogła być z siebie dumna. Dokonała niemożliwego: zajęła fotel zastępcy naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Ona, skromna Zofia Mazur z małego miasteczka pod Poznaniem, najmłodsza z czwórki rodzeństwa.

Trzęsła teraz nie tylko całym BSWP, ale właściwie całą poznańską psiarnią.

– A wy, kurwa, co? Piknik sobie zrobiliście w środku lasu?

Zza drzew wyłonili się Michał Iwański i Maciej Barczak, dwaj fusze z wydziału Endriu i Honoraty. Obaj byli w cywilnych ciuchach i jak zwykle uśmiechali się głupkowato. Kiedy pojawili się w wydziale dwa lata wcześniej, Honorata wzięła ich pod swoje skrzydła. Zawsze matkowała nowym. Mówiła, co i jak robić, żeby było im łatwiej, z kim nie zadzierać, a dla kogo mieć serce na dłoni.

– No cześć. – Endriu machnął do nich ręką. – Piknik, kurwa. Jednemu się nudziło, więc wyciągnął nogi. Ale macie wyczucie, przyjechaliście już po imprezie.

– Kórnik był zajęty, a my akurat byliśmy w okolicy. – Maciej zauważył zwłoki. – Co się stało?

– Jechaliśmy pogadać z podejrzanym, ale spierdolił, gdy tylko zobaczył radiowóz. Na pełnej kurwie przeleciał przez Starołęcką, wleciał w Głuszynę i rozpierdolił się na drzewie, ale widać nie do końca, bo przeżył. Zwiał w las. My za nim. W pewnej chwili się zatrzymał i rzucił na Honię. Chuj jebany. Musiałem zareagować. Zwłaszcza że zaczął machać pukawką.

– Zgłosiłeś już? – zapytał Michał.

– Właśnie zgłaszam. – Endriu zaczął grzebać w kieszeni.

Komórka utknęła gdzieś głęboko. Sceneria była karykaturalna, chociaż jemu nie było do śmiechu. Nad nim sielanka – bezchmurne niebo, wierzchołki drzew i trele ptaków. Przed nim – gęby kumpli, które znał na pamięć. Oglądał je w wielu różnych okolicznościach przyrody: w pijackich melinach, policyjnych pokojach, zaułkach blokowiska i otwartych przestrzeniach przy Warcie, ale w lesie nigdy razem nie byli.

Endriu spojrzał na ziemię. Do sielanki i codzienności mógł dołożyć scenę rodem z Kołysanki, czarnej komedii Machulskiego. Trzy pary nóg, ich właściciele dyskutujący o głupotach i zwłoki leżące na leśnym runie.

Trzy pary – Honorata trzymała się z boku. Endriu wiedział, że jego partnerka potrzebuje kilku chwil, by wziąć się w garść.

– Impreza bez, kurwa, pawulomenów? – Michał splunął na bok.

– Po chuj zmarłemu ratownicy? – Endriu się roześmiał. – Miał gościu niefart, co nie? Był w ruchu, przyjął kulkę nie tam, gdzie trzeba. A krzyczeliśmy z Honią, żeby stał. Zatrzymałby się, to co najwyżej ramię by mu krwawiło.

Michał zrozumiał humor sytuacyjny. Uśmiechnął się i pokiwał głową. Maciej wyglądał na szczerze zmartwionego. Marszczył czoło i wykrzywiał usta.

– No to cię przetrzepią – sapnął w końcu. – Miałem tak samo na rok przed przyjściem do was. Kurwa, stary! Karetkę wezwij i udawaj reanimację. Ostrzegawczy był?

– Gdyby chuj rzucił się do twarzy twojego partnera, zacząłbyś od gry wstępnej? – Endriu denerwowała ta sztuczna wesołkowatość.

Nie wiedział, co było i czego nie było. Wziął to na siebie, żeby zaoszczędzić przyjaciółce problemów. Ona też niejeden raz mu pomogła. A skoro powiedział „A”, musiał teraz recytować kolejne litery alfabetu. Bez zastanawiania się. Bez wahania.

– Na mnie by się nie rzucił. Zbyt groźnie wyglądam – żartował dalej Michał. – Bez urazy, Honoratka. Ja od zawsze mówię, że w policji kobiety powinny za biurkiem siedzieć i co najwyżej telefony odbierać.

Honorata się ocknęła. Spojrzała na Michała tak, że najpierw opadły jego uniesione kąciki ust. Radosne iskierki z jego oczu zniknęły, gdy zaczęła iść w jego stronę.

– Żartowałem przecież! – próbował się bronić.

Nie odpowiedziała. Zatrzymała się.

– Pokaż mi swoją broń – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Honorata, ale…

– Pokaż! – warknęła.

Michał posłusznie sięgnął do kabury, a wtedy Honorata złapała jego prawą dłoń, w której znalazł się glock, odbezpieczyła go, wycelowała w ziemię i jego palcami nacisnęła spust.

– Był. Ostrzegawczy był. Oddałeś go od razu, jak tu dobiegłeś. Siedzimy w tym razem. – Spojrzała najpierw na Michała, potem na Macieja, a ostatnie spojrzenie posłała Endriu.

ROZDZIAŁ 2

– Tak. Ma się rozumieć.

Zofia stała przy oknie, ale nie patrzyła na to, co działo się przed budynkiem Komendy Wojewódzkiej Policji. Cieszyła oczy widokiem gabinetu. Jej kubek stojący na biurku. Harley na ścianie. Oryginalny stojak biurkowy z kolorowymi długopisami. Świeczka o zapachu zbliżonym do jej perfum.

To było jej miejsce. Niezaprzeczalnie kobiece, nieszablonowe, mocne i niejednoznaczne. Przebywanie w im dodawało jej siły i pozwalało z cierpliwością znosić sytuacje takie jak ta. Ze smartfona, którego trzymała przy uchu, płynął uniesiony głos zastępcy dyrektora BSWP z Warszawy.

– Nie no, oczywiście. Rozumiem – przytakiwała posłusznie. – Zaraz się za to zabieramy.

Dzięki awansowi zyskała więcej władzy i przywilejów, ale nadal musiała słuchać poleceń przełożonych. To był według niej największy minus tkwienia w policyjnej strukturze. Minus, ale również motywacja, by piąć się na szczyt, by ograniczyć do minimum liczbę osób, które miały prawo mówić jej, co ma robić.

– Źle się zrozumieliśmy. Nie zaraz, już. Już się tym zajmuję.

Zofia odłożyła telefon, zamknęła oczy i wzięła trzy głębokie oddechy. Agresja, która wlała się do jej wnętrza przez ucho, wzbierała na sile. Nawet nie zamierzała jej wyciszać. Powoli wyciągnęła dłoń w stronę telefonu stacjonarnego. Najpierw pogładziła słuchawkę, jakby chciała ją popieścić, a później złapała i zdecydowanym ruchem wybrała odpowiedni numer.

– Driver? Widzę cię u mnie. MASZ PIĘĆ SEKUND! – wydarła się i zakończyła połączenie.

Zwichrzyła grzywkę. Wstała i ponownie usiadła na fotelu, tym razem w pozycji bardzo niewygodnej, ale bardzo dobrze wyglądającej.

– Co jest? – Driver wpadł do gabinetu.

Kilka miesięcy służby w jednym pokoju sprawiło, że znała nie tylko jego zwyczaje, ale i wszystkie miny. Przymrużone oczy i mięsień drgający na prawym policzku świadczyły o tym, że oderwała go od czegoś ważnego.

– Drzwi! – warknęła.

Westchnął ciężko, cofnął się, by zamknąć drzwi, po czym podszedł do jej biurka. Usiadł.

– Nie rozsiadaj się! – Pokazała mu gestem, że ma wstać. Nie zareagował, więc zamilkła, wpatrując się w niego z wyrzutem. Odezwała się, dopiero kiedy wykonał polecenie. – Góra ma sraczkę. Media szaleją. Jakiś krymek chyba zbyt dużo grał na konsoli i pomylił podejrzanego z zombie, kurwa mać. Dlaczego takie akcje dzieją się u nas, w Poznaniu?

– Poznań, miasto doznań. – Twarz Drivera wykrzywił sztuczny uśmiech.

– Ciekawe, czy będziesz się tak, kurwa, kielczyć, jak media cię obskoczą. Masz nową sprawę. Krymki mieli zrobić przesłuchanie, a zrobili noc, kurwa, trupów.

– Trupów? To ilu jest zastrzelonych?

– Jeden, ale wystarczy. Cywil. Wydział kontroli oczywiście się tym zajął, ale podobno wersja fuszy nie zgadza się z wersją świadka. Góra ma sraczkę, bo media robią nam czarny pijar. Że jesteśmy jak ZOMO. Zabijamy niewinnych. To sprawa na wczoraj.

– Dobra, zajmę się tym.

– Nie pytam, czy się zajmiesz. Zajmiesz się, bo ja ci…

– Zajmę się – wtrącił, bezczelnie wchodząc jej w słowo – jak tylko skończę raport.

– Gówno skończysz. Jedziesz! Teraz! Już cię nie widzę!

– Mogę? – Hubi wychylił się zza drzwi i spojrzał na siedzącego przy biurku przełożonego.

– Czego? – Naczelnik wydziału narkotykowego odwrócił głowę od komputera.

Hubi uznał to za pozytywną odpowiedź. Pewnie wszedł do środka, chociaż wiedział, że ciąg dalszy nie będzie tak pozytywny. Nadrabiał miną. Nie odzywał się. Zmierzał w kierunku biurka z ręką wyciągniętą przed siebie. Musiał wyglądać jak młodziak, któremu matka kazała wyrzucić do śmieci pełną pieluchę.

– Czy to jest to, o czym myślę? – Przełożony się skrzywił.

Niemalże równocześnie spojrzeli najpierw na zadrukowaną kartkę, którą Hubi trzymał przed sobą, a później sobie w oczy. Hubi starał się zachować spokój. Nie chciał się zatrzymywać. Nie chciał niczego tłumaczyć. Nie chciał udzielać odpowiedzi, którą znali, zanim padło pytanie.

Bał się. Najzwyczajniej w świecie trząsł portkami, z niesmakiem zauważając, że z całej palety dostępnych emocji strach był jedyną, którą Hubi mógł jeszcze odczuwać. Lubił nazywać się twardzielem, ale tylko wtedy, gdy sporadycznie zbierał się na odwagę, by spojrzeć prawdzie w oczy. To nie był pancerz ochronny – tylko depresja.

Kartka trafiła na biurko.

– Raport o zwolnienie ze służby? Kurwa, Hubi. Spierdalaj i weź to ze sobą.

– Nie ma mowy. Podjąłem decyzję. Proszę o pokwitowanie na kopii z dzisiejszą datą.

Gdyby miał dobry humor, uśmiałby się sam z siebie. Owszem, decyzję o odejściu z policji podjął kilka miesięcy temu. Bezzwłocznie poinformował o niej przełożonego.

– Tylko ja mam pieprzone déjà vu? Kurwa, Hubi! Serio jest na to czas? Przecież wiemy, jak to się skończy.

– Zamknąłem wszystkie sprawy, tak jak się umawialiśmy. Mówiłeś, że jak posprzątam ten bałagan, to mogę złożyć raport.

– Znam cię, Hubi, i wiem, że kochasz tę robotę.

Westchnął ciężko. Oczywiście, że ją kochał. Był jednak jak filmowy Karol, w którego mieszkaniu zjawiają się nagle wszystkie jego kobiety. Sam na siebie ukręcił bat i jeśli chciał żyć, musiał się ewakuować.

– Jestem stary, wypalony. Od lat cierpię na depresję. Czas, kurwa, pomyśleć o zdrowiu – wyrecytował.

Sam nie wierzył w to, co mówił. Nie wyobrażał sobie życia bez depresji. Miałby się cieszyć, że świeci słońce? Zachwycać się, że udało mu się wjechać na skrzyżowanie na żółtym świetle? Nie! Nie myślał o zdrowiu. Ani o życiu. Chciał spokoju.

– Dam ci urlop. Od dziś? Ile chcesz? Miesiąc? Dwa?

– To jest raport. Nie, kurwa, prośba o urlop.

– Zabieraj! Nie pokwituję tego.

– Gówno mnie to obchodzi. Aaa, no i dziś muszę wyjść wcześniej. Pogrzeb mam.

Sierżant Michał Iwański w dwóch zdaniach opowiedział o strzelaninie w środku lasu. Driver nie prosił jednak o streszczenie. Tylko pełna wersja mogła stanowić dobry punkt zaczepienia w sprawie, którą wcisnęła mu Zocha.

– Tak właśnie było.

– Czyli jak?

– Tak jak mówią koledzy i koleżanka. – Iwański posłał mu cwaniacki uśmiech.

Driver odpowiedział tym samym. Mieli sprzeczne interesy. W takich sytuacjach przesłuchiwani policjanci zawsze trzymali się jednej wersji, co było o tyle śmieszne, że przecież nigdy nie jest tak, że cztery osoby uczestniczące w zdarzeniu zapamiętują je tak samo. Mają przecież różną perspektywę – a to z racji miejsca, w którym się znajdowali, a to z racji życiowych doświadczeń.

– Rozumiem. Nie rozmawiałem jeszcze z nikim z waszej ekipy. Będę wdzięczny za pełne informacje. Chyba że ma pan coś do ukrycia?

– Co też pan?! – oburzył się policjant. – Od początku?

– Będę zobowiązany.

Iwański był niższy od Drivera o głowę i miał brzuch wielkości sporej piłki lekarskiej. Nie nosił obrączki, a jego przydługie i niezadbane włosy mogły świadczyć o tym, że albo jest starym kawalerem, albo kobieta, z którą mieszka, dawno przestała go zauważać.

– To chwilę zajmie – mruknął niezadowolony i rozejrzał się.

Stali na korytarzu Komisariatu Policji Poznań Nowe Miasto. Rzeczywiście nie było to dobre miejsce na prowadzenie tego typu rozmowy, ale Driver najpierw chciał podpytać uczestników zdarzenia z zaskoczenia, a dopiero później zaprosić ich na oficjalne przesłuchanie.

– Może gdzieś usiądziemy? – zapytał.

Policjant zajrzał do najbliższego pokoju. Był pusty, więc weszli do środka. Nawet nie usiedli.

– Wracaliśmy z czynności na Głuszynie, gdy dyżurny powiedział, że jest potrzebna pomoc w pościgu. Dotarliśmy na miejsce. Auto Endriu i Honoraty stało na poboczu. Seat toledo był wbity w drzewo. Wbiegliśmy do lasu.

– Gdzie dokładnie?

– Obok auta była dróżka. Uznałem, że kierowca auta pobiegł właśnie tamtędy. Nie miał dużego wyboru. Po drugiej stronie też był las, ale ogrodzony drutem kolczastym. Nie ładowałby się tam po kolizji.

– Wbiegliście. I co?

– I dołączyliśmy do pierwszej pary dokładnie w momencie, w którym dobiegli do poszukiwanego. Gość trzymał pukawkę. Endriu puścił regulaminową gadkę. Gość musiał być zdesperowany, bo rzucił się na Honoratę.

– Dlaczego na nią?

– Chuj wie… – Wzruszył ramionami. – Stała najbliżej. Może chciał się nią zasłonić albo co? Endriu wrzeszczał, „Policja, na ziemię, rzuć broń!”. Facet nie reagował. Wrzasnąłem regulaminowe „Policja! Stój, bo strzelam!”. Wezwanie okazało się nieskuteczne, więc oddałem strzał ostrzegawczy w bezpiecznym kierunku. Wykorzystanie środków przymusu bezpośredniego w tej sytuacji nie było możliwe. Strzał go przestraszył, puścił Honoratę. Upadła.

– Dlaczego pan go nie powalił na ziemię?

– Mówiłem, że nie mogłem. To był zamach na życie policjantki. Policjantów właściwie, bo po ostrzegawczym gość chciał wycelować we mnie. Wtedy strzelił Endriu. Gdyby nie on, moglibyśmy nie gadać. Notatkę sporządziłem. Przystąpiłem do reanimacji. Z psychologiem gadałem.

– Proszę bardzo. – Natalia Kuśmierczyk wróciła z tacą. – Dla pana z mleczkiem. – Postawiła przed nim filiżankę.

Driver przyglądał się kobiecie. Szczupła, jakiś metr siedemdziesiąt wzrostu. Ciemne włosy sięgające ramion kontrastowały z bladą twarzą. Naturalne, nieprzedłużane rzęsy, zmarszczki na czole i czerwone plamy na policzkach świadczyły o tym, że nie jest fanką makijażu. Szare ubranie – materiałowe luźne spodnie i rozpinany sweter – ukrywało jej kształty. Wyglądała jak tysiące innych kobiet zbliżających się do pięćdziesiątki. Zupełnie jakby sama już dawno zapomniała, że jest kobietą. Jedynie paznokcie pomalowane na neutralny beżowy kolor zdradzały, że mimo wszystko nadal o siebie dba.

– Pije pan z cukrem?

– Tak, poproszę.

Kobieta uśmiechnęła się przepraszająco i wybiegła do kuchni. Jeśli Driver miałby określić ją jednym słowem, to idealne byłoby niemieckie „Hausfrau”. Nie gospodyni domowa, ale kobieta domowa. Taka, której priorytetem są domownicy, ognisko domowe i sam dom. Dla której fakt, że zapomniała na tacy postawić cukierniczkę, jest niewybaczalnym błędem.

– Już jestem. Przepraszam.

– Nie szkodzi. Pani Natalio, proszę opowiedzieć mi o wtorkowym popołudniu.

– Wtorkowym? – Spojrzała na niego przerażona.

– Proszę usiąść – starał się mówić łagodnie. – Rozmawiała pani z dziennikarzem.

– Ach, to! – Przewróciła oczami. – Wie pan co? Gdybym wiedziała, że to tak będzie, to z nikim bym nie rozmawiała. Poza tym to nie był dziennikarz, tylko zwykły facet, który nagrywał wszystko komórką.

– Wywołała pani burzę medialną.

– O tym właśnie mówię. Opowiedziałam jednemu facetowi, co słyszałam, a z tego zrobiła się taka afera, że aż na przesłuchanie mnie wezwali, a teraz przysłali pana. Mam tego dość. To wstyd jest, proszę pana, sąsiedzi przecież mają oczy i uszy. Będą gadać. Jeśli chce mnie pan prosić, żebym wycofała zeznania, to chętnie to zrobię. Mój mąż jest dorosły i rozumie, ale dzieci…

Driver spojrzał na wiszące na ścianach zdjęcia. Wszystkie przedstawiały roześmianą rodzinę dwa plus dwa na przestrzeni kilkunastu lat. Dorośli się starzeli, a dzieci dorastały.

– Ile mają lat? – zapytał, bo na niektórych fotografiach chłopiec był prawie tak wysoki jak jego matka.

– Kamil siedemnaście, a Zuza piętnaście i pół.

– To nie są takie małe. Rozumieją. Bardzo pyszna kawa.

– Dziękuję. Sama parzę. Mam specjalny dzbanek.

– Jak wszystko dobrze pójdzie, to będzie jedna z ostatnich rozmów z policją. To znaczy ze mną. Proszę mi jeszcze raz opowiedzieć, tak na spokojnie, co pani wie.

– No właśnie nie wiem nic. Nie widziałam nikogo i niczego. Po prostu jechałam tamtędy i zatrzymałam się na papierosa. Nie palę w aucie, więc jak zobaczyłam zjazd do lasu, wjechałam, wyłączyłam silnik.

– Nałóg?

– Najwyraźniej.

– Sam nie palę, ale mam przyjaciela, który pali od dwudziestu lat. A pani od ilu? – zapytał, uważnie obserwując reakcję.

Gdyby była nałogową palaczką, miałaby charakterystyczne zmarszczki nad ustami.

– Od dziesięciu.

Nie uwierzył jej.

– Dobrze pani wygląda jak na taki staż w truciu się – zażartował.

– Bo nie palę w domu. Mąż nie lubi. Nie palę też w aucie.

– Zatrzymała się pani na papierosa. I co dalej?

– Usłyszałam strzał. Nie było to bardzo blisko, ale słyszałam wyraźnie. Rozglądałam się dłuższą chwilę. Wie pan, bałam się trochę, bo jednak byłam sama w lesie. Jeśli jakiś, pożal się Boże, pijany myśliwy albo młodzież po narkotykach… No, nie czułam się bezpiecznie. Ale nie było słychać żadnych kroków, nic takiego. Więc dopaliłam papierosa. Dopiero wtedy usłyszałam drugi strzał. Tak jak zeznałam, minęło pewnie z dziesięć minut. Na pewno nie mniej niż osiem.

– Skąd ta pewność?

– Bo spoglądałam na zegarek. Po pierwszym strzale była piętnasta dwadzieścia dwa. Chwilę przed drugim było już wpół do trzeciej.

– Co pani zrobiła?

– Kiedy?

– Po drugim strzale.

– Wsiadłam do auta. Posiedziałam chwilę, żeby się uspokoić. Bo wie pan, ja naprawdę się zdenerwowałam. Nie lubię przemocy, a dwa strzały to już ewidentnie myśliwy. Tak sobie pomyślałam. A potem odjechałam. To znaczy chciałam odjechać, ale przy głównej drodze stał człowiek. Pytał, czy wiem, co się stało, bo kawałek dalej widział auto wbite w drzewo, ale nie znalazł w nim kierowcy.

Z policyjnych akt Driver wiedział, że mężczyzna, który rozmawiał z Natalią, wcześniej nakręcił filmik, na którym widać było rozwalonego seata. Swoje dzieło przesłał na mailową skrzynkę kontaktową pewnej telewizji. Dziennikarze połączyli fakty i szybko wypuścili w eter wiadomość, że wersja policji nie zgadza się z wersją świadka.

– Jaki jest pani stosunek do policji? – Nagle zmienił temat, co Natalia Kuśmierczyk przyjęła z wyraźną ulgą.

– Do policji? Taki sam jak jej stosunek do mnie. – Uśmiechnęła się.

– To znaczy?

– Jest pan dla mnie miły, więc poczęstowałam pana kawą. A właśnie, mam jeszcze ciasto, mój sernik, domowej roboty. Że też go nie podałam! Bardzo pana przepraszam, zaraz przyniosę. Musi pan koniecznie spróbować!

W głowie Hubiego pojawiła się myśl, że za kilkanaście lat pogrzeby będą odbywały się online, bo ludzie nie będą mieli ani czasu, ani ochoty, żeby uczestniczyć w tak nudnych i długich ceremoniach. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, że instagramowe narcyzy, egoistyczne korpoludki i ekoświry skupione jedynie na własnym rozwoju będą w stanie poświęcić półtorej godziny, by towarzyszyć komuś w ostatniej drodze. Świat schodził na psy.

Rozejrzał się. Garstka osób żegnająca żonę Mikiego należała do pokolenia, które potrafiło w ciszy znosić niedogodności i rozumiało, że pewne rzeczy robi się tak po prostu. Bo wypada. Bo trzeba. Bo inaczej nie można.

– Zobacz, jak on wygląda. Załamał się chłop. A ta baba, co idzie obok niego, to kto? – Kobieta za jego plecami ewidentnie przyszła pooglądać i pokomentować. – Biodro mnie już boli! Stefan! Nie tak szybko!

Nie znał ani tej kobiety, ani Stefana. Nie znał nikogo z rodziny oprócz córki Mikiego, która przyleciała z Londynu specjalnie po to, by stanąć z ojcem w pierwszym rzędzie. Chociaż właściwie jej też nie znał. Pamiętał ją jeszcze jako pryszczatą szesnastolatkę. Dziś obok smutnego i zmęczonego Mikiego szła kobieta zadbana i elegancka.

Karawan lawirował między alejkami, jakby liczył, że uda mu się zgubić wszystkich żałobników. Z głośnika ustawionego obok trumny wydostawała się zapętlona muzyka stosowna do okoliczności: Marsz żałobny Chopina. Im dłużej Hubi się w nią wsłuchiwał, tym więcej radosnych nut zauważał.

Cmentarz na Junikowie miał ponad dziewięćdziesiąt hektarów, a przebyty już dystans pozwolił Hubiemu domyślać się, że Irena zostanie pochowana na samym końcu nekropolii.

Irena, zanim umarła, przeczołgała Mikiego. A teraz przeczołga wszystkich, którzy odważyli się jej towarzyszyć w ostatniej drodze.

Bolało.

Świeży tatuaż na łydce nadal był zaczerwieniony i wrażliwy na dotyk. Driver delikatnie posmarował go maścią i spojrzał w lustro. Twarz dziewczyny z rozwianymi włosami została stworzona wyrazistą kreską. Uwagę przykuwały usta. Duże, mięsiste, seksowne. Dokładnie takie same jak usta, które jeszcze czasami wracały do niego w snach.

Trzy dni wcześniej, gdy leżał w gabinecie u tatuażysty, puścił śpiewkę, że ten rysunek po prostu mu się podoba. Prawda była jednak taka, że od dawna jego ciało służyło mu za album, w którym kolekcjonował różne chwile. I dobre, i złe.

Akurat ta była zła.

Znajomość z Paulą Stoparek przyniosła mu wiele niespodzianek i zaskoczeń. Wcześniej nie wiedział, że kobiety mogą być takie same jak mężczyźni. Konkretne, zdecydowane i bez pruderii pokazujące, czego pragną.

Nigdy nie stali się parą. Funkcjonowali w układzie dwóch indywidualności, które lubią się ze sobą zabawić i robią to zawsze, gdy mają na to ochotę. Bez zobowiązań. Bez odpowiedzialności. Bez miłości. Po prostu fuck friends.

Telefon zawibrował, a Driver oderwał spojrzenie od lustra.

– Co jest? – Włączył tryb głośnomówiący.

– Driver, kurwa, spóźnię się! – Przepraszający głos Kardasza wypełnił mikroskopijną łazienkę. – Miałem hopki małe, opowiem ci później. Dopiero wskakuję pod prysznic.

– Spoko. Ja właśnie wyszedłem.

– Ile będziesz jechał? Ja wezmę taksę, ale…

– Wyluzuj. Spod prysznica dopiero wyszedłem, więc nie masz dużego opóźnienia.

– Aaa, to znaczy, że będę musiał na ciebie czekać, pięknisiu. Ruchy! Dupy czekają! – Kardasz się roześmiał i rozłączył.

Driver wrócił do swojego lustrzanego odbicia i na przekór kumplowi postanowił przez dłuższą chwilę napawać się swoim wyglądem. Umięśniona klatka piersiowa i ręce, płaski brzuch z zarysowanym sześciopakiem i nogi, nad którymi ostatnio pracował.

Uniósł jedną i oparł o muszlę klozetową. Musiał założyć opatrunek na świeży tatuaż, zanim przykryje go spodniami. Jeszcze raz spojrzał na usta. To były usta Pauli. Chciał pamiętać. O nich i o niej.

– To było coś zajebistego – powiedział do siebie. – Tak zajebistego, że nie ma szans, by się powtórzyło. Kiedykolwiek. Z kimkolwiek.

Jednocześnie chciał zapomnieć. Paula zakończyła ich znajomość bez słowa wyjaśnienia. Po prostu zamilkła. Sprawiła, że poczuł się jak śmieć.

Dziewczyna z jego łydki nie miała oczu. Miał zawsze pamiętać, że ta kobieta idealna nie miała dość odwagi, by powiedzieć mu prosto w oczy słowo „koniec”.

– Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. – Miki powtórzył słowa, które utkwiły mu dziś w głowie, i odstawił butelkę na podłogę.

Pierwsze trzy czwarte opróżnili w imponującym czasie trzydziestu minut. Miki był spragniony po tych wszystkich uściskach dłoni i żałosnych spojrzeniach towarzyszących kondolencjom. Hubi zmęczył się chodzeniem i czekaniem, aż niektórzy zrozumieją, że żadnej stypy nie będzie.

– I chuj mnie to. – Wzruszył ramionami.

O wiele bardziej interesowało go, co będzie dalej. Nie w sensie życia pozagrobowego, ale bardziej krótkookresowo – co będą dalej pili. Zerknął na stojącą między nimi ławę i z zadowoleniem odnotował, że znajduje się na niej jeszcze druga butelka.

– Ale ile się Hubi w tym prochowym międzyczasie nadegustujesz, to twoje!

– Twoje zdrowie, Miki!

– Nie! Zdrowie mojej… mału… mau… – Miki walczył z niesfornym językiem. Marszczył czoło i skupiał się, by wypowiedzieć słowo, które jakoś nie mogło przejść mu przez gardło. – Mojej mał… mał-żon-ki Ireny!

– Niech żyje nieboszczyk! – Hubi zarechotał. – Masz jakieś mięcho?

– Weź zajrzyj do lodówki. Siostra Ireny przywiozła kiełbę ze świniobicia. Czujesz to, kurwa? Zabili świnię z okazji śmierci członka rodziny. Dobrze, że świnie nie mogą się zrewanżować.

Miki śmiał się w głos, gadając do siebie, a Hubi udał się do kuchni, gdzie przeprowadził metodyczne przeszukanie lodówki. Znalazł smalec, jajko, słoik z dwoma ogórkami i siatkę pełną mięsa.

Najpierw włożył palce do słoika i przez krótką chwilę walczył z ogórkiem konserwowym, który – niczym przestępca – nie chciał dać się złapać. W końcu wsadził go sobie do ust i zajrzał do siatki. Błyskawicznie ustalił miejsce, w którym ukryła się kiełbasa. Oderwał pęto, zamknął lodówkę i ugryzł – najpierw ogórka, potem kiełbasę. Smakowała wybornie.

– Weź, co to za jebane zwyczaje? Jedni z pogrzebu wracają z urną, no wiesz, z prochami, a ja z siatkami pełnymi mięcha! – wydzierał się Miki.

– Bo Ireny nie wykremowali – odpowiedział mu głośno, opuszczając kuchnię.

– Nie skremowali, baranie.

– Chcesz?

Kawałek kiełbasy w ręce Hubiego zbliżył się do twarzy Mikiego. Mężczyzna łapczywie odłamał kawałek i wgryzł się w niego, jakby nie jadł przez ostatnie dni.

– Siadaj, kurwa, na dupie, bo łazisz i łazisz, a wódka stygnie. O zmarłych źle się nie mówi, ale, no kurwa, dobrze się stało. Ostatni rok był dla mnie wykurwiście trudny.

– Wiem, stary, wiem. Miałeś przejebane.

Niemalże jednocześnie wyciągnęli ręce po kieliszki, po czym wlali ich zawartość do gardeł. Hubi sięgnął po szklankę z colą, a Miki od razu zaczął polewać.

– Widziałem, że uciekasz z domu.

– Życie jest, kurwa, do dupy. Kochałem ją kiedyś, wiesz? – Głos Mikiego się załamał. – Była najza… najzabi… najbardziej zajebistą laską, jaką znałem.

– Nadal ją przecież kochasz. Po swojemu.

– Jasne, kurwa, tylko że jest ogromna różnica pomiędzy tą miłością na początku, gdy byłem w stanie wszystko dla niej zrobić. Gdy jej spojrzenie, uśmiech czy całus były najlepszą nagrodą za wszystko. No i tą potem… Ja pierdolę. Pamiętasz, że do niej strzeliłem?

– Wkurwiła cię wtedy.

– Wkurwiała. – Miki otrząsnął się z obrzydzeniem. – Nie raz. Ciągle, kurwa! Nie pamiętam, od ilu lat. Jej każde spojrzenie powodowało frustrację, bo wiedziałem, że zaraz będzie darła ryja. Że coś jej się znowu nie podoba. Jej każdy uśmiech budził czujność, bo wiedziałem, że coś chce nim ugrać, a całus… Uderzenie ustami w policzek od wielkiego dzwonu to nie całus. Kurwa, Hubi, dlaczego?!

Minęła dwudziesta trzecia, a w mieszkaniu panowała cisza. Kiedyś to było nie do pomyślenia. Żeby napić się w spokoju, jak ludzie, musieli uciekać z domu, bo Irena miała w oczach alkomat. Wartości powyżej pół promila nie były dla niej akceptowalne. Zawsze gdy zabawa rozkręcała się w najlepsze, wpadała do kuchni i rozpędzała towarzystwo, wyzywając wszystkich od pijaków.

– Widzisz, kurwa, te obrazy?! – Miki nagle zerwał się z fotela i zataczając się, podszedł do przeciwległej ściany. – Bohomazy pierdolone! Nigdy mi się nie podobały. Nigdy, kurwa! Jebane łączki, kurwa mać. I motylki. Ja pierdolę! Żyłem z nimi przez piętnaście lat. Piętnaście zasranych lat! Jak to możliwe?!

– Nie jestem specjalistą od jebanych związków, ale wiem, kurwa, że jest taki moment, w którym ludzie powinni się rozstać. Jeśli tego nie zrobią, to potem już tylko równia pochyła. Na tysiąc procent nie będzie lepiej. Chujnia z grzybnią. Ani się oglądasz i masz swoje małe patologiczne bagienko zamknięte w czterech ścianach.

– U mnie ten moment był w osiemdziesiątym dziewiątym.

– Ale nie skorzystałeś.

– Ale teraz skorzystam. Jebane łączki! – Miki złapał za pierwszy obraz, zdjął go ze ściany i z całej siły uderzył nim o stojący obok regał. Płótno rozdarło się, a rama rozpadła na kawałki. – Luz, kurwa, blues! Zobacz! Mam całą chatę dla siebie, bez jebanej łączki! – Zniszczył drugi obraz. – Mogę degustować alko przez tydzień bez przerwy, mogę robić slalom między butelkami stojącymi na podłodze. Mogę szczać na klapę. Nikt mi o to głowy, kurwa, nie będzie, kurwa, suszył!

– Pierdolisz, Miki. Rżniesz twardziela, ale na moje za kilka miesięcy będzie się tu kręciła jakaś nowa pani Mikołajowa. Zdrowie! – Hubi złapał za kieliszek i opróżnił go jednym haustem.

– Ochujałeś?!

– Nie oszukujmy się, Miki. Jesteś zwierzęciem stadnym. Zaraz sobie kogoś przygruchasz.

– Nie pierdol – warknął przyjaciel. Wrócił do ławy i zanim usiadł, zorientował się, że jest jedną kolejkę do tyłu. Wlał w siebie alkohol i od razu zabrał się do polewania następnej kolejki.

– A co? A nie? – Hubi nie odpuszczał.

– Mam już ponad cztery dychy na karku i całe mnóstwo dziwactw. Kto chciałby ze mną być? Tak serio, to, kurwa, nawet nie wyobrażam sobie nowej babki. Pomyśl, kurwa! Miałbym wracać z roboty i uśmiechać się do niej?

– I to jest to, co mówiłem. Bagienko. Jebane bagienko w czterech ścianach. Czułbyś się bezpiecznie jedynie wtedy, gdybyś miał jakąś heterę, co ci suszy głowę i po której wiesz, że nie możesz spodziewać się niczego dobrego.

– Znawca się, kurwa, znalazł. Skoro tyle wiesz, to czemu jesteś sam?

– Bo nie mam instynktu stadnego. To po pierwsze primo. A po drugie primo, to mam wystarczająco dużo problemów. Kolejnego bym już nie ogarnął. A po trzecie i ostatnie primo, nie widzę ani jednej korzyści płynącej z posiadania kobiety.

Już przy pierwszym piwie ochrzczonym dwiema setkami Driver przełączył się w tryb imprezowy. Teraz był przy trzecim, a Kardasz zdążył się ulotnić z poderwaną dziewczyną. Dookoła alkohol lał się strumieniem, ludzie pokrzykiwali, tańczyli i zawierali znajomości.

Filtr imprezowy sprawiał, że nie zauważał dziewczyn przyklejonych do innych facetów. Widział tylko te, które przyszły się zabawić. Blondynki, brunetki, rude. Nieśmiałe, wulgarne i te pomiędzy. Szukał właśnie takiej. Niezbyt sztucznej, koniecznie z idealnymi proporcjami piersi i pośladków.

– Kolega cię zostawił?

Blondynka, która go zagadnęła, miała nienaturalnie długie rzęsy i napompowaną górną wargę. Wyglądała jak klientka gabinetu medycyny estetycznej. Kopia kopii. No ale była młoda, znacznie młodsza niż Driver.

– Kazałem mu odejść, żebyś poczuła się pewniej – odpowiedział zaczepnie.

– Żeby co? – Przysunęła się bliżej.

– Nie podeszłabyś, gdyby stał obok mnie.

To miał być żart, ale dziewczyna chyba nie załapała. Stała, kiwając się w rytm muzyki.

– Mam na imię Pamela. – Wyciągnęła do niego rękę. – A ty?

– Paweł.

– Paweł. Pablo. Fajnie. Miło mi cię poznać, Pablo. Co robisz?

– Relaksuję się. A ty?

– Studiuję.

Zaskoczony uniósł brwi. Jeśli rzeczywiście studiowała, to dzieliło ich jakieś piętnaście lat.

– Nie spytasz, co studiuję? – Liczyła, że odpowiedź, którą ma przygotowaną, zrobi wrażenie na Driverze.

– Co studiujesz? – powtórzył pokornie, zastanawiając się, czy jędrne piersi pod obcisłą bluzką to efekt pracy chirurga plastycznego.

– Stosunki międzynarodowe – odpowiedziała niemal z dumą.

Poczuł jej pierś na swoim ramieniu. Przybliżył twarz do jej ucha, przypadkiem muskając włosy. Gdzieś z tyłu mignął mu Kardasz pokazujący, że wychodzi z klubu. Skinął mu i wrócił do podrywu.

– Stosunki?

– Nooo.

– Czyli jesteś biegła? – zaśmiał się.

– W czym?

– No… w stosunkach… – Zaczynał wątpić, czy będą w stanie się dogadać.

– Aaa! – Po dłuższej chwili złapała żart.

Obok Drivera zwolnił się stołek. Pamela zajęła go błyskawicznie, nie dając nikomu szans, by ją ubiegł. Driver zlustrował ją od góry do dołu. Obcisła bluzka, spodnie opinające niezbyt długie nogi i czerwone buty na obcasie. Nie wyglądała najgorzej.

– A ty co robisz, Pablo?

– Ale co? Teraz czy w życiu?

– No… na co dzień.

– Nuda, nie pytaj.

– No co? Powiedz.

– Pracuję. Zarabiam kasę.

– Dużo?

– Wystarczająco, by postawić ci piwo.

Siedzieli przy barze, ale barman obsługiwał właśnie grupkę młodziaków, która podeszła z drugiej strony.

– To może później. – Pamela najwyraźniej nie chciała czekać. – Zatańczymy?

Driver spojrzał na środek sali. Ludzie podrygiwali w rytm radosnej muzyki. To była jedyna forma tańca, którą tolerował. Na weselne układy typu dwa na jeden nigdy nie miał wystarczająco wiele odwagi.

Jego głowa poruszała się w rytmie wybijanym przez perkusję. Uznał, że ostatecznie może odejść od baru i udawać, że taniec sprawia mu przyjemność. Zwłaszcza że ciało Pameli wydawało się na tyle intrygujące, że chętnie poznałby je znacznie bliżej.

– Chodź. – Dopił piwo, zeskoczył z barowego stołka i wyciągnął dłoń.

Pamela podała mu swoją i ruszyli na parkiet. Kojarzył utwór, do którego zaczęli się kiwać. Przed kilkunastoma latami był przebojem – w zupełnie innej aranżacji. Bez tych technoprzeciągań i mocnych bitów. Piersi dziewczyny podskakiwały i opadały. Biodra kręciły się tak ponętnie, jakby już go dosiadła. Przyciągnął ją do siebie. Patrzyła na niego wyzywająco.

– Podobasz mi się.

– Co?

– Podobasz mi się, Pablo!

Potraktował to jako zaproszenie. Złapał jej usta swoimi. Zadziałało. Przyssała się do niego. Podobała mu się jej bezpośredniość. Potańczyli jeszcze chwilę, ale uznał, że to strata czasu. Chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.

Wyszli z klubu, ale nie zatrzymali się. Ciągnął ją za sobą, szukając dobrego miejsca na kontynuowanie znajomości.

– Fajne masz dziary.

– Lubisz?

– Lubię. Sama mam.

– Gdzie?

Zaśmiała się. On też się uśmiechnął – drzwi, które przed chwilą pchnął, ustąpiły. To była klatka schodowa.

– Wchodzimy – zadecydował.

– Mieszkasz tu?

– Nie, ale to moja kamienica.

– Cała? – Otworzyła oczy ze zdumienia.

Zamiast kłamać, przycisnął ją do ściany i zaczął całować, jednocześnie wpychając rękę pod bluzkę. Nie protestowała. Miała miękki stanik. Bez problemu dostał się do piersi i oswobodził je. Odsunął się, żeby sprawdzić, czy sterczą.

– To co z tym tatuażem? – spytał, ciesząc się z tego, co widzi. Dawno nie miał takiej młódki.

– Może kiedyś zobaczysz – odpowiedziała hardo.

Spodobało mu się to. Pociągnął ją za sobą. Na drugim piętrze zatrzymał się gwałtownie, tak, by na niego wpadła. Złapał ją za biodra i tym razem wsunął rękę w jej spodnie. Drugą po omacku znalazł guzik i rozpiął go.

– Chcę teraz.

– Teraz nie, Pablo. Kiedyś.

Coraz bardziej mu się podobała. Przesunął dłoń jeszcze niżej. Była mokra, więc bez oporu wsunął w nią swój palec.

– Czy już jest teraz?

– Mam coś ładnego na tyłku – mruknęła zadowolona.

– Zaraz będziesz miała w nim coś naprawdę ładnego.

Nie zrozumiała żartu. Po raz kolejny. Ale nie zamierzał jej tłumaczyć. W końcu nie planował z nią wspólnego życia. Musiał się wyżyć, zrelaksować, rozładować napięcie. Tu wciąż nie było wystarczająco bezpieczne.

– Idziemy! – Po raz kolejny pociągnął ją za rękę.

Dotarli na ostatnie piętro. Na klatce zgasło światło, ale to mu nie przeszkadzało. Nie tonęli w ciemnościach. Przez okno znajdujące się na półpiętrze wpadał słaby strumień światła z ulicznych latarni. Ściągnął z Pameli spodnie, a później opuścił swoje.

Był gotowy, chociaż nie miał ochoty oglądać twarzy nowo poznanej dziewczyny. Odwrócił ją tyłem i zauważył ciemną plamę – pewnie tatuaż, o którym wspominała. Nie skupił się jednak na nim. Założył prezerwatywę, wszedł w Pamelę i poczuł, że właśnie rozpoczyna się wyścig o rozkosz.

ROZDZIAŁ 3

– Tak jest.

– Nie słyszę.

– Tak jest!

– Nadal nie słyszę!

– TAK JEST!

Zocha uśmiechnęła się zadowolona, że dochodzeniowiec w końcu okazał większe zaangażowanie. Jej podejście do porannych odpraw zmieniło się po awansie. Tłumaczyła to sobie zmianą perspektywy. Kiedyś siedziała wśród innych i musiała patrzeć na Śledzia. Teraz podziwiała widok za oknami, minimalistyczny wystrój gabinetu oraz twarze wpatrzonych w nią kryształowych.

Jako zastępca naczelnika musiała nie tylko kontrolować fuszy, ale i motywować ich do działania. Gdyby tego nie robiła, żaden z tych facetów nie ruszyłby czterech liter. Każdy doktoryzował się ze snucia pasjonujących opowieści o tym, co będzie robić danego dnia, nawet jeśli tak naprawdę nie będzie robić absolutnie nic.

Potrzeba matką wynalazku, a poranna odprawa matką kreatywnego storytellingu. Od zawsze obowiązywały te same zasady. Ten, w którego opowieść nie uwierzy przełożony, zostanie ukarany przydzieleniem mu nowej sprawy. Stawka była więc wysoka. Dziś wytypowała Kardasza i wręczyła mu dokumenty.

– To dla ciebie, żebyś się nie nudził. Zrób kipisz na komisariacie, na którym zatłukli dzieciaka. Niech fusze trzęsą portkami. Kto następny?

Zapadła cisza, a policjanci wbili spojrzenia w podłogę. Zocha zerknęła kontrolnie na zniszczony parkiet, a potem uniosła wzrok i odszukała kolejną ofiarę.

– Driver!

– Tak?

– Jak u ciebie?

Blondyn wstał, a reszta fuszy wyraźnie się rozluźniła.

– Na tapecie zgon zamiast zatrzymania podejrzanego. Las, na miejscu obecne dwie pary fuszy. Ich zeznania wstępnie się kleją. Proceduralnie jest w porządku. Strzał ostrzegawczy był, co potwierdzili technicy, drugi poszedł w podejrzanego. Gdyby gostek nie był w ruchu, to pewnie zamiast życia straciłby jedynie trochę krwi.

– W porządku?! – Zocha nie kryła oburzenia. – To skąd ta medialna afera?!

– Bo hieny dotarły do baby, która słyszała dwa strzały.

– A ile padło?

– No dwa – Driver przewrócił oczami – ale jest, kurwa, problem z czasem. Baba mówi, że między strzałami minęło prawie dziesięć minut. Fusze mają oczywiście jedną wersję, w której sytuacja była dynamiczna i strzały zostały oddane jeden po drugim. Bez zwłoki.

– Chyba jednak ze zwłokami. – Do jej uszu najpierw dobiegł komentarz Kardasza, a potem rechot obecnych na sali.

– Może ta kobieta słyszała inne strzały? Przecież tam obok jest Baza Lotnictwa Taktycznego.

– To jest lotnisko, nie poligon. Nasi oddali dwa strzały. Liczba się zgadza, czas się rozjeżdża. Cywil kontra czterech naszych. Jak dla mnie sprawa jest prosta.

– To, że mają jedną wersję – przerwała mu – to norma. Kurwa, Driver, powinieneś to wiedzieć. Przyciśnij ich.

– Ale po co? Podejrzany uciekał, zaatakował uzbrojonego funkcjonariusza. Funkcjonariuszkę – poprawił się. – Bronili się.

– No i dlatego mówię, że dupy nie powinny służyć…

Szyderczy ton Kardasza rozpoznałaby wszędzie. Spojrzała na niego tak, że powinien paść martwy, gdyby wzrok mógł zabijać.

– Zamknij ryj, Kardasz! A ty, Driver, nie pierdol, tylko ich przyciśnij.

– Ta baba, cywil, jest dziwna. Pogrzebię jeszcze w systemie, może miała jakiś zatarg z policją. Ona lub ktoś z jej bliskich. Nie zdziwiłbym się, gdyby zwyczajnie chciała nam dokopać.

– Słyszysz mnie, kurwa mać?! Masz ich przycisnąć. Pogadaj z całą czwórką i poszukaj niedociągnięć w ich wersji. Na miejscu było czterech fuszy, powinieneś więc mieć cztery wersje z kilkoma zbieżnymi punktami. Jedna wersja oznacza, że ją uzgodnili. A skoro uzgodnili, to znaczy, że mają coś do ukrycia. Streszczaj się, Driver! Warszawka chce ofiar!

Kardasz nie musiał się przedstawiać. Wiadomość, że jest z Biura Spraw Wewnętrznych Policji, jak zwykle rozchodziła się po komisariacie, w którym się pojawiał, z prędkością światła. Wystarczyło, że mignął legitymacją przed posterunkowym w dyżurce, a fama szła dalej.