Kryształowi. Tom 2. Łatwy hajs - Joanna Opiat-Bojarska - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

"Zły pies wtrącił mnie do więzienia tylko dlatego, że nie chciałem zapłacić mu haraczu". Na portalu społecznościowym pojawia się post znanego judoki wzywający do bojkotu policjanta. Podane zostają dane osobowe funkcjonariusza. Sprawa trafia na biurko Drivera, fusza BSWP. Odwiedza on judokę i dowiaduje się, że fusz o pseudonimie Łysy wymusza od właścicieli klubów go-go kasę za ochronę. Tym, którzy nie chcą płac, daje gorzką lekcję pokory: zamyka ich kluby, a właścicieli zgarnia do paki. Driver musi sprawdzić, czy oskarżenia mają w sobie ziarno prawdy, czy są jedynie zemstą rozgoryczonego cwaniaka. Zwłaszcza, że Łysy jest członkiem zespołu Życie i Zdrowie, i zajmuje się monitorowaniem nocnych klubów i agencji towarzyskich. Ktoś go ewidentnie wodzi za nos, pytanie tylko kto?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Dawid Wiktorski

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Mariola Hajnus

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Nik Keevil/ Arcangel Images

© iStockphoto.com/AlexVolot

Ta książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

© by Joanna Opiat-Bojarska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-0903-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

WYSTĘPUJĄ

ADRIAN PIASECKI – fusz z ogniwa kryminalnego. Dostał właśnie do rozpracowania pierwszą sprawę zabójstwa i czuje się jak główny bohater CSI. Zagadki kryminalne Tarnowa Podgórnego. Szczególnie że jego partner, Roman Izdebski, dał mu całkowitą swobodę działania, bo sam ma poważne problemy zdrowotne.

KOŁODZIEJCZYKOWIE – małżonkowie: Monika i Maciej. Ona nigdy nie była czyścioszkiem, a on dostaje napadów szału, gdy widzi kurz na meblach, zwłaszcza w ich prywatnym raju w Suchym Lesie.

KAROL ŚLEDŹ – zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji, w genach odziedziczył miłość do rybek i ostrych kobiet. Ta pierwsza, w przeciwieństwie do drugiej, jest długotrwała.

ZOFIA MAZUR – od ponad trzech lat funkcjonariusz BSWP, samotna matka, która potrafi nieźle nawrzeszczeć, jeśli ktoś powie „motor” zamiast „motocykl”.

TOMASZ KARDASZ – jego śmiech słychać w całym BSWP. Żartami zabija nudę. Sensem jego życia jest czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec. Nałogowo ogląda głupie filmiki w internecie.

PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – modowy abnegat, który musiał zrezygnować z noszenia sportowej bluzy po tym, jak przyjęto go do BSWP. Uzależniony od bólu. Lubi szybkie samochody i przyjemności bez zobowiązań.

ELKA DOBROGOWSKA – kiedyś wielka miłość Drivera. Dziś już tylko była żona, skupiona na tym, by utrudnić mu kontakty z ich synem. Po latach przerwy odnawia znajomość z tancerką Izą i zaprzyjaźnia się z Magdaleną „Królową” Król, której motto życiowe brzmi: „Nie ten chuj, to inny! Ważne, żeby miał gruby… portfel”.

PAULINA „PAULA” STOPAREK – trzydziestotrzyletnia księgowa na co dzień skupiona na liczbach, a od święta fuck friend Drivera.

HUBERT „HUBI” TOBISZOWSKI – w Narkotykach robi od zawsze, to jest od 1.02.2011 r. Wierny jak pies swojej kochance o imieniu Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.

IGOR „NOWY” KRAJEWSKI – wielki nieobecny, numer jeden na rynku narkotykowym, wysługujący się między innymi Czarnym i Cyganem. Pierwszy odpowiada za kontakt z ćpunami, drugi – z psami.

ROGAL – uchol Hubiego, ćpun. Kiedyś miał melinę na Smochowicach, a teraz próbuje szczęścia w handlu. Wygląda jak najbliższy kuzyn kostuchy. Być może ma jakieś nazwisko, ale Hubi ma to gdzieś.

ROBERT DUDEK – znany judoka. Świetnie radzi sobie nie tylko w parterze, ale i w biznesie. Seksbiznesie.

PIOTR „ŁYSY” ŚWIĄTEK – najjaśniej świecąca gwiazda w Zespole do Walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu oraz niesforny małżonek Marty, która, jak na idealną matkę przystało, w małym paluszku ma wiedzę z książki Instrukcja obsługi małych Świątków.

WIKTOR „LEMUR” LEMAŃSKI – tłusty cwaniaczek o dużych potrzebach seksualnych. Mimo że nie ma aureoli, większość czasu spędza w Niebie.

* * *

Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.

Zdziwiło ją to, ponieważ o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste.

Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół. Kawiarnia z dala od centrum. Wygodne krzesła. Niezbyt duże stoliki. Dobra kawa i smaczne desery.

Jej rozmówca chciał się spotkać na neutralnym gruncie. Zapewniła mu taki. Chciał, żeby pozostał między nimi dystans? Nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że osiągnie swój cel tylko wtedy, gdy wszystko zaplanuje w taki sposób, żeby dać mu złudne wrażenie, że to on kontroluje sytuację.

Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale przyszedł, uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać.

Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia złapała ochoczo za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka. Wycofał się.

Pierwszy kawałek ciasta został oderwany. Podobnie jak jej rozmówca, na co dzień stanowiący sprawnie działające ogniwo pewnego łańcucha.

– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.

– Spotkanie?

– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.

– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.

Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż wszyscy dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.

– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.

– Nie trać czasu. To najcenniejsza wartość w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.

– Wiemy?

– Wy, ludzie mediów.

Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.

– Jak to się stało, że…

Drzwi znowu się otworzyły. Do środka wszedł mężczyzna. Czapka z daszkiem zasłaniała większość jego twarzy, ale ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu odpowiadającego mu miejsca, ruszył przed siebie.

Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.

Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.

– Jak to się stało, że trafiłeś do Biura Spraw Wewnętrznych Policji? – wróciła do pytania.

Powinien ze skupieniem wyczekiwać na pytania i dawać cięte riposty, a nie rozglądać się na boki. Widziała jego profil i mogłaby przysiąc, że już zaczął się obracać w jej stronę, ale wtedy to usłyszała.

Głuchy i niski dźwięk. Jakby coś pękło. Pękło i leciało przed siebie, rozcinając powietrze.

Zidentyfikowała odgłos błyskawicznie. Strzał. To był strzał.

Poczuła coś ciepłego na twarzy. Rzuciła się pod stół. Nie było to najbezpieczniejsze schronienie, ale dobrze wiedziała, że w takich sytuacjach liczy się czas reakcji.

Nasłuchiwała.

Trzasnęły drzwi. Wzięła trzy głębokie wdechy i otworzyła oczy. Jej rozmówca leżał na podłodze.

– Hej? – Szarpnęła go za nogę.

Nie zareagował. Doczołgała się do jego głowy.

– Paweł!!! Paweł, kurwa mać, odezwij się! Odezwij się do mnie!!!

Starała się nie zauważać płynącej krwi. Wyjęła komórkę, wybrała numer, włączyła tryb głośnomówiący i odłożyła ją na bok.

Nie mogła biernie czekać. Musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat pierwszej pomocy.

– Halo, Państwowe Ratownictwo Medyczne, dyspozytor…

– Kinga Pomorska, potrzebna karetka, postrzał. Mężczyzna. Nieprzytomny. Kawiarnia Ptasie Radio!

WIOSNA 2019

ROZDZIAŁ 1

Dawno go tu nie było. Zdecydowanie bardziej wolał naturystyczną agroturystykę w Bielsku-Białej, ale do chodzenia nago po dworze musiały panować odpowiednie warunki atmosferyczne. Zima w tym roku jakoś nie odpuszczała, a on czuł, że brak bodźców zbyt mocno go dołuje. Musiał się wspomóc. Zdrowo się podniecić. Podnieść w organizmie poziom endorfin.

Rajmund Piskorski należał do klubu Paradise, ale bywał tu sporadycznie. Klimat tego miejsca nie do końca mu odpowiadał. W powietrzu oprócz ciężkiego zapachu kadzideł wisiało coś jeszcze – woń zakazanego owocu. W porównaniu z nim Bielsko-Biała była żłobkiem. Tam po prostu normalni ludzie wykonywali normalne czynności nago. Opalali się, robili grilla, siedzieli, rozmawiali, pili.

W Paradise nie spotykali się normalni. To była elita elity, ludzie szukający silnych doznań. To tu przychodzili realizować swoje chore fantazje.

Chodzili nago, ale to nie była naturalna, nieskrępowana nagość, lecz golizna wystawiana z premedytacją na ocenę jej atrakcyjności. Mężczyźni z ozdobnymi bransoletkami na workach mosznowych. Kobiety w szpilkach. Wytatuowani. Najeżeni kolczykami. Za wszelką cenę chcący zwrócić na siebie uwagę.

– Zabawimy się? – Atrakcyjna kobieta położyła dłoń na ramieniu Rajmunda, napierając na niego swoimi nagimi piersiami.

Jej partner trzymał ją za drugą dłoń i mierzył Rajmunda spojrzeniem, uśmiechając się zachęcająco.

– Może później? – Chciał ich olać, ale jego organizm i tak zareagował na dotyk piersi.

Właściwie nie musiałby odpowiadać. Twarz kobiety znajdowała się tak blisko, że mógłby po prostu złapać jej usta swoimi.

– Jesteś pewien? – Roześmiała się.

– Kolega chyba jeszcze się zastanawia – dodał mężczyzna. – Może w takim razie byśmy się czegoś napili? Razem. Najpierw.

Rajmund spojrzał na swojego fiuta. On już podjął decyzję. Bodźce dotykowe dotarły do mózgu, bombardowanego od kilkunastu minut z każdej strony zmysłowymi jękami, stękaniem i orgastycznymi krzykami. Gdyby był ubrany, mógłby udać brak zainteresowania.

Jednak bez gaci, z fiutem, który dochodził właśnie do pełnej erekcji… i kobiecą ręką, która powoli wędrowała po jego ciele – nie miał wiele do gadania.

– Nie, przed chwilą piłem. – Starał się udawać macho. – A ty? – Spojrzał na mężczyznę stojącego obok swojej kobiety i najwyraźniej niemającego nic przeciwko temu, że obie jej ręce zajmują się ciałem Rajmunda.

– Co ja? Czy potrzebuję drinka?

– Nie. Czy ty też się z nami bawisz, czy tylko patrzysz?

Monika Kołodziejczyk wyłączyła odkurzacz. Musiała go przepiąć do innego gniazdka, bo z tego znajdującego się w korytarzu nie sięgała do dalszych pokoi.

Schyliła się i coś strzyknęło jej w plecach. W takich chwilach żałowała, że podczas budowy domu nie zdecydowali się na zamontowanie odkurzacza centralnego. No ale inwestycja była duża, a budżet – ograniczony. Wtedy myślała, że zatrudni jakąś Ukrainkę do sprzątania, ale jak to zwykle w życiu bywa, myślenie do przodu okazało się bez sensu.

Rozmasowała bolące miejsce, zagryzła wargi i wyprostowała się. Nie była jeszcze nawet w połowie. Musiała przyspieszyć. Pchnęła odkurzacz, wcisnęła wtyczkę do następnego gniazdka i wróciła do odkurzania korytarza.

Pięć minut później dotarła do przestrzeni, którą najchętniej by ominęła. Wróć. Właściwie ją omijała. Nie zawsze. Zazwyczaj. Odkurzała ją tylko wtedy, gdy jej mąż w tym samym czasie czyścił jacuzzi i istniało prawdopodobieństwo, że zauważy jej zachowanie.

Monika nigdy nie była czyścioszkiem. Maciej – wręcz przeciwnie. Musiał urodzić się ze ścierką w dłoni. Jak każda astrologiczna Panna dostawał napadu szału, gdy zauważał kurz na meblach czy podłodze.

W pokoju, którego Monika dziś nie mogła ominąć, zawsze panowały egipskie ciemności. Według niej logiczne było, że nawet jeśli na podłodze leżeć będą koty z kurzu, nikt ich nie zauważy. Do Macieja te argumenty jednak nie trafiały.

Westchnęła ciężko, założyła na głowę latarkę czołówkę i weszła do środka.

Widok, jaki ukazał się jej oczom, sprawił, że zrozumiała, że to był jej ostatni raz.

Aspirant Adrian Piasecki wyszedł z radiowozu i pomyślał o tym, że praca w policji przynosiła bardzo dużo przywilejów. Sam miałby problem z dotarciem pod wskazany adres. Pół roku temu sprzedał samochód, autobusów nie uznawał, a tramwaje nie dochodziły do Suchego Lasu. Na szczęście mógł przyjechać służbową bryką i głośno trzasnąć drzwiami, informując otoczenie, że oto pojawił się on, funkcjonariusz ogniwa kryminalnego z Tarnowa Podgórnego.

Tyle że otoczenie nie zareagowało w oczekiwany sposób.

– Wydział kryminalny – zaanonsował się stojącemu przy furtce funkcjonariuszowi prewencji. Trochę się zagalopował. Bajeczkę o wydziale puszczał cywilom, bo oni nie widzieli różnicy pomiędzy ogniwem kryminalnym a wydziałem. „Wydział” brzmiał dumniej, ale komisariat w Tarnowie Podgórnym był zbyt mały na wydziały. – Co mamy?

– Gomora.

– Gomorra? – Ucieszyła go myśl, że jego pierwszą samodzielną sprawą będą mafijne porachunki.

Jak się bawić, to bez gaci. Jak skakać, to tylko na główkę. Jak zaszpanować kolegom, to tylko rozwiązując głośną i dużą sprawę. Oczywiście, że oglądał serial Gomorra i w myślach rozprawiał się z potężną mafią sprawującą władzę w Neapolu. Teraz miał okazję przełożyć myśli na czyny.

– Nie – burknął policjant. – Raczej Sodoma i Gomora.

– Że co, kurwa?

– Kobieta. Wiek na oko… rozrodczy. Szczyt formy i… A zresztą, co ja jestem? Informacja? Sam zobaczysz.

Piasecki przewrócił oczami i pomaszerował w stronę wejścia do domu. W okolicy znajdowały się same domy jednorodzinne, a budynek z numerem osiemnaście stał na końcu ulicy, skryty za wysokim płotem.

– Wydział kryminalny – powtórzył, gdy wszedł do środka.

Nie spodziewał się delegacji z kwiatami, ale oburzyło go, że nie czekał na niego nikt, kto mógłby go wprowadzić na miejsce zbrodni z należnymi honorami. Musiał radzić sobie sam. Ze środka dobiegały odgłosy rozmowy. Skierował się tam, rozglądając na boki.

Coś mu nie pasowało. Z zewnątrz budynek wyglądał jak zwyczajny, ale bardzo duży dom, spodziewał się więc wiszących w przedpokoju kurtek, dochodzących z kuchni zapachów i bałaganu w salonie.

Zamiast tego minął bar, hokery, a potem wszedł do głównego pomieszczenia, w którym znajdowało się kilka łóżek. Małe i prostokątne stały pod ścianami, a jedno, ogromne i okrągłe, na samym środku.

– Pan z kryminalnego? – usłyszał za sobą męski głos.

Odwrócił się i kiwnął głową.

– Gdzie trup?

– Pan pójdzie ze mną. Robi… wrażenie. – Umundurowany funkcjonariusz uśmiechał się znacząco.

Zeszli po schodach do piwnicy. Korytarz był pomalowany na bordowo, a oświetlenie nie znajdowało się na suficie, a na ścianach, mniej więcej na wysokości trzydziestu centymetrów od ziemi. Nie rozświetlało wnętrza. Dawało raczej intymny klimat.

– Tutaj. – Funkcjonariusz zatrzymał się i wskazał pomieszczenie znajdujące się na końcu korytarza. – Nie ma pan lampy?

– A co? Żarówka się przepaliła?

– Nie, tam po prostu nie ma oświetlenia. Jest jak w czarnej dupie.

– Technicy są w drodze, przywiozą swój sprzęt. – Piasecki wyjął komórkę i włączył latarkę.

Omiatał puste ściany nikłym strumieniem światła, aż dotarł do łóżka. Nie było ono tak ogromne, jak to, które widział na parterze, ale i tak robiło wrażenie. Stało na środku pomieszczenia. Na jego krawędzi leżała kobieta.

Piaseckiemu przypomniała się uwaga pierwszego napotkanego policjanta. Kobieta rzeczywiście wyglądała bardzo dobrze, oczywiście pomijając fakt, że nie żyła. Miała piękne, młode piersi i czerwone szpilki na stopach. Leżała na plecach, z rozłożonymi na boki nogami i zaciśniętymi pięściami.

– Kto ją znalazł?

– Właścicielka domu. Rozmawiałem z nią i z jej mężem. Mieli tu wczoraj gości. Chyba jakaś gruba imprezka. Właścicielka rano przyszła sprzątać i ją tu znalazła.

– Kim jest ofiara?

– Nie wiemy.

– Nie pytałeś właścicielki?

– Pytałem. I jej męża też. Nie znają tej kobiety.

– Dzień dobry, jestem Maciej Kołodziejczyk, a to moja żona, Monika.

Piasecki zignorował wyciągniętą rękę mężczyzny. Nie miał w zwyczaju ściskania dłoni. Zwłaszcza cywili.

Skinął głową i zlustrował parę od góry do dołu. Oboje byli w dresach ze znanym logo. Kobieta miała sztucznie długie rzęsy i paznokcie, a mężczyzna złoty łańcuch na szyi. Nowobogaccy, chcący pokazać, jak bardzo są bogaci, podsumował ich w myślach.

– To pani znalazła ofiarę?

– Tak, miałam właśnie odkurzać. Weszłam tam. To… To było okropne.

– Kim jest ta kobieta?

– Nie wiemy – odpowiedzieli oboje, nawet na siebie nie patrząc.

Ciało denatki nie miało otwartych ran, a w pokoju nie znaleziono narzędzia zbrodni. Trudno było tak na pierwszy rzut oka powiedzieć, jak zginęła, ale Piasecki i tak wstępnie obstawiał, jakie stosunki łączyły denatkę z gospodarzami.

– Nie rozumiem.

– Nie znamy jej – powtórzył mężczyzna.

– Nie sądzi pan, że to takie banalne, mówić o swojej kochance, że jej się nie znało?

– Nie była moją kochanką.

– Ani moją – dodała kobieta, co wywołało u Piaseckiego zdziwienie.

Odkąd wysiadł z radiowozu, wszystko było nie tak, jak się spodziewał. Zdecydowana i pozbawiona emocji deklaracja Kołodziejczyka popsuła Piaseckiemu wizję przebiegu zdarzeń: Kołodziejczyk weszła do piwnicy i zastała męża posuwającego kochankę. Zabiła ją i zostawiła, a kiedy uzgodniła z mężem wspólną wersję zeznań, zadzwoniła po policję.

– Jak znalazła się u państwa w domu?

– Musiała z kimś przyjść. Mieliśmy wczoraj taką małą okazję do świętowania. Zaprosiliśmy paru znajomych.

– Z kim przyszła?

– Nie wiemy.

– Paru znajomych… Czyli?

– Ze trzydziestu?

– Pięćdziesięciu?

Kołodziejczykowie znowu odpowiedzieli równocześnie. Tym razem jednak spojrzeli na siebie.

– To w końcu ilu? – drążył Piasecki.

– Nie liczyliśmy. Impreza miała być na trzydzieści osób, ale trochę się rozrosła. Nie panowaliśmy nad tym.

– Tak, tak. Było dużo ludzi. Nie miałam możliwości, by zapamiętać imiona, a ja mam naprawdę bardzo dobrą pamięć do imion. Maciej może zaświadczyć.

Mężczyzna ochoczo pokiwał głową, ale Piaseckiego nie interesowały wady i zalety Kołodziejczykowej. Zaszczycał ich rozmową tylko dlatego, że chciał dowiedzieć się czegoś istotnego na temat denatki.

– Dlaczego ofiara jest naga?

– Proszę nie napastować mojej żony głupimi pytaniami!

– Państwo tu nie mieszkacie, prawda?

– Mieszkamy.

– Ach, mieszkacie! A gdzie jest kuchnia?

– Dopiero się tu organizujemy. Nie lubię gotować. Jemy na mieście.

– Ale lubicie państwo pić. – Wskazał na bar.

– A pan nie?

Zignorował pytanie. Ta rozmowa była absurdalna. Musiał zebrać informacje w innych miejscach i wezwać małżonków do siebie, na komendę. Pojedynczo.

– Oryginalny wystrój salonu. – Powiódł oczami po stojących łóżkach.

– Wystroju jeszcze też nie ma.

– Ale za to jest dużo łóżek.

– Niech się pan nie obawia, nie prowadzimy nielegalnej noclegowni. Mąż miał możliwość kupienia ich za bezcen. Obiecał, że sprzeda je szybko w internecie, a ja będę mogła urządzić salon.

– Dlaczego w pokoju, w którym znaleziono ofiarę, jest tak ciemno?

– To piwnica. Maciej uznał, że nie będzie doprowadzał tam prądu.

– Ale do korytarza doprowadził. Dość ciekawy korytarz jak na piwnicę. Zadbany. Klimatyczny wręcz.

– Podoba się panu? – Kobieta się uśmiechnęła i spojrzała na niego w taki sposób, że wytrąciła go ze służbowego skupienia.

Miarka powoli się przebierała. Bodźce, które do tej pory starał się ignorować, kumulowały się i sprawiały, że myśli uciekały w jedną stronę. Łóżka. Klimatyczne oświetlenie. Nagie ciało denatki w pozie jakby wyjętej z porno. I to spojrzenie pani domu.

– Zofia?

– W ostatnim czasie wszystkie akcje wymierzone w gang pseudokibiców kończyły się fiaskiem. Wniosek jest prosty: ktoś wynosi info. Sprawdzam wszystkich z wydziału. Czterech już wykreśliłam z listy. Obecnie przyglądam się dwóm kolejnym. Jeden z nich… wygląda na kreta. Chodzi na mecze.

– No to dowaliłaś! – Kardasz się zaśmiał. – Serio, kurwa?! Ja też chodzę. I co z tego? Jeśli kierujesz się tym kryterium, to musisz połowę firmy wsadzić.

– Przestań się, kurwa, kielczyć. Mam przeciek na styku wydział patrolowo-interwencyjny i pseudokibice. Tak się nieszczęśliwie, kuźwa, składa, że pseudokibice związani są z piłką nożną.

– Nie uważacie, że to dyskryminacja? – Rozbawiony Driver udawał filozofa. – Dlaczego na meczach siatki czy kosza nie pojawiają się kibole?

– Właśnie, dlaczego nie ma zamieszek na turniejach badmintona? Wyobrażacie to sobie? Laseczki w krótkich spódniczkach odbijają lotkę, a na trybunach odpalane są race. To by…

Zofia spojrzała na Kardasza w taki sposób, że urwał zdanie w połowie.

– Ja pierdolę, z kim ja muszę pracować?! – Wzięła głęboki wdech i spojrzała na przełożonego z pretensją.

Poranne odprawy zawsze wyglądały tak samo. Karol Śledź, zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji, siedział za biurkiem. Wpatrywał się w akwarium, w którym pływały egzotyczne rybki, z taką intensywnością, jakby zdążył się za nimi stęsknić przez noc.

Przed biurkiem, na niewygodnych krzesłach, tkwili członkowie jego elitarnego zespołu. Psy na psy. Kryształowi. Ludzie o czystych rękach, przejrzystych myślach i specyficznych umiejętnościach. Mistrzowie pozoracji i wytwarzania zasłon dymnych, które pozwalają ryć pod łamiącym przepisy funkcjonariuszem tak, by ten nie domyślił się, że wpadł jak śliwka w kompot.

Zofia oczywiście była kryształowa. Twarda, piękna, czysta i ostra. Co do swoich kolegów miała wątpliwości. Szczególnie gdy prowadzili bezsensowne dyskusje – jak dziś.

Ręce Drivera zazwyczaj były brudne. Nie wiedziała, co on robi z długopisami, ale zawsze pod koniec dnia miał na dłoniach kropki i kreski z niebieskiego tuszu. Kardasz nie miewał przejrzystych myśli. W głowie miał cycki, dupy i morze alkoholu. Wszystko w kolorze smolistym. A Śledź, chociaż był ich przełożonym, nie dysponował żadnymi specyficznymi umiejętnościami. Umiał się gapić na rybki w akwarium.

– Wracając do sedna. Sprawa w toku, myślę, że to jeszcze kwestia tygodnia, góra dwóch. Ci z patrolowo-interwencyjnego nigdy nie grzeszyli bystrością ani inteligencją, nie spodziewam się więc wysublimowanych podchodów czy dokładnie ukrytych kontaktów.

– Chciałem porozmawiać. Mogę wejść?

Adrian Piasecki stał przed wejściem do domu jednorodzinnego sąsiadującego z tym, w którym odnaleziono denatkę. Mężczyzna, który otworzył mu drzwi, miał na czubku głowy coś, co przypominało niedbały kok. Wyglądało to absurdalnie w połączeniu z zarośniętą brodą i męskim, ale bardzo luźnym podkoszulkiem na ramiączkach, który odsłaniał większość nagiego torsu.

Piasecki aż się otrząsnął, bo zrobiło mu się jeszcze zimniej niż przed chwilą. W połowie marca ludzie raczej nie chodzili roznegliżowani. Nawet w swoich domach.

– I tak niczego nie kupię – odpowiedział mężczyzna.

Piasecki tylko na to czekał. Rozchylił mocniej kurtkę i pokazał policyjną legitymację.

– O czym chce pan gadać? – Twarz rozmówcy stężała, a gałki oczne wykonały kolisty ruch.

– O sąsiadach.

– Nie interesuję się otoczeniem. Nie mam czasu. Pracuję.

– Mimo wszystko wejdę – oznajmił i ruszył przed siebie.

Zrezygnowany mężczyzna ustąpił mu miejsca. Piasecki wszedł więc do mikroskopijnego przedpokoju i ruszył w głąb domu, poszukując lepszego miejsca do rozmowy. Takiego, w którym domownik ma poczuć się swobodniej i bezpieczniej.

Rozmowa w drzwiach z psychologicznego punktu widzenia była najgorszym wariantem postępowania. Stojąc na progu, zawsze musiał walczyć z łatką intruza, a jego rozmówca czuł siłę sprawczą, wiedząc, że w każdej chwili może trzasnąć drzwiami.

– Gdzie mogę usiąść? – Piasecki rozejrzał się po salonie.

Mężczyzna wskazał kanapę.

Udając, że nie zauważa niechęci gospodarza, Adrian Piasecki zajął miejsce i odczekał, aż pan domu zrobi to samo. Dopiero wtedy się odezwał. Nie zapytał jednak o Kołodziejczyków, a o otoczenie.

Mieszanka uśmiechu, pochwał dotyczących okolicy i udawanej zazdrości dotyczącej widoku z okna wywołała zamierzony skutek. Mężczyzna opuścił skrzyżowane wcześniej ręce, oparł łokcie o kolana i przechylił się do przodu.

Piasecki westchnął. Siedzieli w salonie, rozmawiali o głupotach na tyle sympatycznie, że z „wroga” awansował na „gościa”. Niestety nie na tyle mile widzianego, by zaproponować mu kawę.

– U pana sąsiadów była wczoraj impreza. – Piasecki bardziej stwierdził, niż spytał.

– Nie wiem. – Mężczyzna wzruszył ramionami. Nadal był spięty, ale zdecydowanie mniej niż przy drzwiach.

– Nie zaprosili pana?

– Nawet gdyby zaprosili, nie miałbym czasu. Ani ochoty.

– Dlaczego?

– Bo mam dużo pracy. Projektuję strony internetowe.

– Pracuje pan w domu? – Piasecki wskazał na biurko zawalone komputerami.

– Tak, kiedyś miałem biuro w centrum Poznania. Ale wie pan, ile czasu zajmuje dojazd z Suchego Lasu do centrum? Uznałem więc, że nie będę go tracić.

– Zazdroszczę. Też chciałbym pracować w domu.

– U pana w branży to jednak trochę inaczej.

Roześmiali się.

– Jednak – podkreślił rozbawiony Piasecki.

– Trudno internetowo wpaść na interwencję i pouczyć na temat ciszy nocnej. Ale mógłby pan wysłać maila dyscyplinującego z żądaniem potwierdzenia odbioru, żeby wiedzieć, kiedy został odebrany i czy po odczytaniu nadawca zastosował się do instrukcji.

Nie miał wątpliwości. Mężczyzna nie zdawał sobie sprawy z powodu wizyty. Postanowił go poinformować, trzymając się rozpoczętej przez nich żartobliwej konwencji, i obserwować jego reakcję.

– Jeszcze trudniej mailowo przyjechać na trupa – bąknął od niechcenia.

– Trupa?

– Interwencjami porządkowymi zajmują się inne wydziały. Ja jestem z kryminalnego. Pan widuje sąsiadów, tych z lewej strony? Mieszkają tu?

Mężczyzna wyprostował się i przestał śmiać.

– Widuję. I to regularnie. Piątek, sobota, niedziela. Ktoś z nich umarł?

– A wczoraj? Robili jakąś imprezę? Nie przeszkadzała panu głośna muzyka, krzyki?

– Nie wiem, pracuję z słuchawkami na uszach. A co, zamordowali kogoś?

– Próbuję zebrać informacje, które pozwolą mi ustalić, co się stało. A pan nie chce pomóc.

– Jak to nie? Przecież…

– Co to za ludzie? Nie zauważył pan nic dziwnego?

– Dziwnego? Dla mnie te wszystkie towarzyskie aktywności są dziwne. Przecież to tylko strata czasu. Po co spotykać się i gadać? Co mogą powiedzieć nam inni ludzie, czego nie wiemy? W sieci znajdzie pan odpowiedzi na wszystkie pytania.

– Sugeruje pan, że jeśli wpiszę w wyszukiwarkę „kto zabił kobietę w Suchym Lesie”, to wyskoczy mi prawidłowy wynik?

Odpowiedział mu uśmiechem i kiwaniem głowy, jakby chciał pokazać, że jeszcze tego nie próbował, ale taka funkcjonalność wyszukiwarki byłaby pożądana.

– Sąsiedzi byli towarzyscy?

– Do wyrzygania. Mnie to drażniły już te wszystkie taksówki zajeżdżające pod ich dom. A jak sobie pomyślałem, ile ludzi z nich wychodzi…

– Tak było wczoraj?

– I wczoraj, i w sobotę, i w piątek. I w poprzednim tygodniu. I jeszcze w poprzednim.

– Czyli słyszał pan gwar, rozmowy, krzyki, muzykę.

– Pytał pan o to, a ja zaprzeczyłem. Nie wiem, co oni robili. W sensie z tymi ludźmi. Książki, kurde, grupowo czytali czy co? Pracuję przy otwartym oknie i czasem zdejmuję słuchawki. I słyszę. To znaczy nic nie słyszę, bo od nich cisza. Z drugiej strony sąsiedzi mają dzieciaki, i tam jakoś większy harmider. Tak sobie teraz pomyślałem, że może grali w gry sieciowe, ale chyba nie. W gry, pan rozumie, gra się w swobodnych ciuchach. W dresie na przykład. A nie w szpilkach… Ci ich goście jacyś tacy odpierdoleni byli. To znaczy ci, którzy przypadkowo rzucili mi się w oczy.

Podążali korytarzem w stronę kącika kawowego. Kardasz – jak zwykle w czarnym golfie i równie czarnych materiałowych spodniach – wyglądał niczym asystent Jamesa Bonda.

Driver niechętnie zrezygnował z ukochanej bluzy z kapturem. Próbował zaprzyjaźnić się z regulaminowymi koszulami, ale utrzymanie tej relacji było ponad jego siły. Koszule szybko się brudziły, gniotły podczas prania i nie chciały się same prasować. Dlatego Driver rzucił je po pierwszym miesiącu i zdecydował się na kompromis: białe i czarne koszulki polo. W końcu Kardasz też nie nosił koszul. A polówki Drivera miały kołnierzyki, więc imitowały koszule, jednak większość z nich wystarczyło dobrze rozwiesić po praniu, by żelazko nie było im potrzebne.

– I jak, Driver?

– Pytasz o…?

– O to, jak się u nas czujesz.

– Jak u siebie, w końcu to już ponad cztery miesiące.

– Minęło jak z bicza strzelił. À propos, widziałeś ten ostatni filmik, który ci podesłałem? Facet strzela z bicza, a laska…

– Widziałem. Dobre. – Driver zarechotał, kątem oka obserwując Zofię.

Stała przy ekspresie do kawy i wrzeszczała na trzech mężczyzn.

– Jak to nie? Jak to nie?! Przecież tu stało. Ha! – krzyknęła, pochylając się nad koszem i wyciągając z niego opakowanie po mleku. – I jest! Kto to wyrzucił?!

– Zośka, na mnie nie patrz, przecież wiesz, że piję czarną. – Krzysiek, dochodzeniowiec, wyciągnął przed siebie kubek. – Czarna jak smoła, widzisz?

– Kto ma z mlekiem? Pokazywać mi tu! – grzmiała.

– Uwielbiam cię taką rozjuszoną, ale niestety też piję bez mleka! – chichrał się Grzesiek.

– Czyli to ty! – Zośka osaczyła trzeciego dochodzeniowca dokładnie w chwili, w której Driver i Kardasz dołączyli do zbiorowiska.

– Co jest, panowie? – zagadnął Kardasz.

– A nic, Zośka poszukuje złodzieja mleka, wytypowała podejrzanego i zaraz zrobi okładeczki sprawy.

Driver przypomniał sobie pierwsze dni w Biurze, kiedy to on był zorientowany na szybkie efekty i pracę ponad normę, a każdy powtarzał mu: „easy, easy”. Potrzebował dwóch tygodni, by zrozumieć, że w Komendzie Głównej Policji wszyscy mają spokój, a coś takiego jak ciśnienie na robotę nie istnieje. Teraz tak wsiąkł w klimat BSWP, że już nawet nie zauważał spacerowego tempa, w jakim oddalili się dochodzeniowcy.

– Driver? – Kardasz podał mu kubek kawy, a pod ekspres podstawił swój. – Wracając do naszej rozmowy… Koledzy uciekli?

– Jacy koledzy?

Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.

– To było pytanie testowe. Gdybyś pytał, dlaczego mieliby uciekać, świadczyłoby o tym, że jesteś świeżak, ale skoro wszyscy już cię olali, to… witaj w klubie.

– Szczerze przyznam, że tego akurat nie brałem pod rozwagę. Liczyłem się, że ktoś tam coś, ale nie na taką skalę. Ci mający coś na sumieniu, gdy mnie widzą, uciekają na drugą stronę ulicy, jakby się bali, że sobie o nich przypomnę. Reszta udaje, że mnie nie zna, bo po chuj gadać z kryształowym.

– Tak, bo jeśli ktoś zobaczy, że z tobą gadają, to pomyśli, że ich podjebuje. Pole kumpli oczyszczone do zera to standard. Kurwa, chociaż nie. Nie do zera. Zostaje niewielka garstka dupowłazów, którzy chętnie podkablują komendanta lub kumpla, oczywiście nie za darmo. Każdy chce awansu do BSWP.

Driver pokiwał głową. Ostatnie cztery miesiące pozwoliły mu poczuć, że bycie w elicie oznacza samotność. Kumple z poddziału antyterrorystycznego mieli powód, by się od niego odwrócić. Okazał się kretem i udupił jednego z nich, więc pogarda, jaką mu okazywali przy okazji przypadkowych spotkań, była całkowicie zrozumiała.

Ale reszta dawnych znajomych… Zawiodła go. Telefon nagle przestał dzwonić. Nie miał już z kim pić. Z kim się resetować, wygłupiać, zwiedzać lokali i robić sobie jaja. Unikali go. Jakby przestał być jednym z nich. A przecież został w firmie.

– Ale wiesz, co mnie zdziwiło? Nie, właściwie nadal mnie dziwi. Spotkałem się kiedyś z tekstem, chyba w jakiejś gazecie, że fusze z BSWP są jak zakon. Tak spięci ze sobą jak żadna inna grupa w policji. Ale szczerze, jakoś tego tu nie widzę. Zośka zawsze taka jest?

– Co Zośka, co Zośka? – Kobieta stanęła za jego plecami.

– To rozmowa na kiedy indziej – Kardasz mrugnął porozumiewawczo – i nie przy kawie, a przy piwie. – Odwrócił się do blondynki. – Zośka jest najatrakcyjniejszym fuszem w naszym biurze i o tym właśnie mówiłem Driverowi.

– Kolega Driver chyba nie przepada za kobietami – wypaliła. – No co się tak na mnie gapisz?! Myślisz, że zapomnę ci to, że chciałeś się mnie pozbyć ze sprawy?

Piasecki wrócił do firmy. Usiadł za biurkiem i spojrzał na zegarek. Miał przed sobą jeszcze godzinę służby.

– Piasecki, jak wasza sprawa? – Przechodzący korytarzem przełożony zatrzymał się przy drzwiach.

– W toku.

– A Romek gdzie?

Roman Izdebski był bardzo doświadczonym fuszem, z którym Adrian miał służyć w parze. „Miał” i służył, ale już na początku współpracy uzgodnili, że nie będą wszędzie łazić razem. Adrian marzył o samodzielności, a Romek miał problemy ze zdrowiem i często wyrywał się z firmy, by odwiedzać kolejnych lekarzy.

– W kiblu – skłamał.

– Pół dnia?

– Zeżarł coś.

– Gdybyś sobie nie radził, masz do dyspozycji doświadczonych kolegów. Pytaj!

– Ma się rozumieć! – krzyknął na odczepne.

Siedzący w pokoju dochodzeniowcy się ożywili. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i Piasecki już wiedział, że będą sobie z niego robić jaja. Był nowy w wydziale. Musiał swoje wycierpieć.

– No pytaj, Adrianek, pytaj – zarechotał napakowany Maciej.

– Albo mnie spytaj, mnie! Chętnie poprowadzę cię za rękę, bo o niczym innym nie marzyłem! – Bolo odłożył kanapkę.

– Spierdalajcie.

– Słyszałeś, Maciej? Kolega chce się z nami pokłócić czy jak?

– Po chuj mnie zaczepiasz?

– Po chuj jesteś taki nieuprzejmy?

– Panowie! – Maciej spojrzał karcąco najpierw na Bola, potem na Piaseckiego. – Spokój, koniec czułości. Adrianek, jak ten twój trup?

– Dobrze.

– Jak zszedł?

– Zeszła. Laska. Atrakcyjna. Młoda. Naga. Nie mam skanera w oczach. Brak widocznych śladów.

– Kurwa, co za niesprawiedliwość. Mnie dali rozkładające się zwłoki, a Adriankowi piękną nagą dupę.

– Nie powiedziałem, że była piękna.

– Powiedziałeś – wtrącił Bolo, chwytając za kanapkę.

– Weź się, kurwa, jebnij w łeb. Może będziesz lepiej słyszeć.

– Naga? W łóżku? – drążył Maciej.

– Skąd wiesz, że w łóżku?

– Ja zwykle nagie widuję w łóżku lub pod prysznicem. Chociaż moje są żywe. I aktywne.

– Ta była naga i bierna.

– Pokaż fotę.

Piasecki sięgnął po telefon. Nie wyobrażał sobie pracy kryminalnego lata temu, kiedy nie było telefonów i na zdjęcia z miejsca zbrodni trzeba było poczekać.

– Kurwa mać, czemu tam tak ciemno? – Maciej wziął komórkę do ręki i zaczął ruszać nią na prawo i lewo, jakby szukał miejsca, w którym na ekran nie będzie padało zbyt dużo światła.

– Zero okien. Piwnica.

– Piwnica z łóżkiem? Takim wielkim? Kurwa, przecież to jakiś sex room jest. No co się patrzysz, Adrianek? Ja kumam, że ty młody i grzeczny jesteś, więc zaliczasz po bożemu, pod kołdrą i po ciemku, ale zobacz. Piwnica, łóżko i takie szpile?

Piasecki odebrał swoją komórkę i przyjrzał się po raz kolejny zdjęciu. Rzeczywiście. Ujęcie nie było zbyt profesjonalnie wykadrowane, ale to, co przedstawiało, po podkręceniu w Photoshopie mogłoby trafić na jakąś stronę z pornosami.

Powiększył dół zdjęcia i przyjrzał się szpilkom. Nie znał się na damskim obuwiu, ale rzeczywiście to nie były jakieś tam szpilki. Wysokość obcasa. Koturn. Ozdoby.

– Seksowne – podsumował jednym słowem i nagle go oświeciło.

Od kiedy wszedł do domu, czuł, że coś tam się nie zgadza. Oczekiwał zupełnie czegoś innego. Wtedy nie wiedział czego. Godnego przyjęcia, rodzinnego ciepła? Zamiast nich otaczał go chłód. Nie była to tymczasowość, jak deklarowali właściciele domu, ale coś, co kojarzyło mu się z napięciem seksualnym. Ten dom pachniał seksem.

Usiadł do komputera i wpisał w wyszukiwarkę adres domu.

Na jednej z pierwszych pozycji wyskoczyło hasło Paradise club. Kliknął link. Napis na stronie głównej przykuł jego uwagę: „Paradise club jest klubem tylko dla członków i zaproszonych gości. Jeśli chcesz otrzymać zaproszenie, zacznij od bardzo uważnego przeczytania regulaminu”.

Odnalazł regulamin i przeleciał go spojrzeniem. Zatrzymał się na punkcie mówiącym o tym, że po klubie chodzi się wyłącznie nago, w erotycznej bieliźnie lub seksownych strojach czy przebraniach, zaś „cywilne ubrania” zostają w szatni.

Że też wcześniej na to nie wpadł. Naga kobieta – zanim pojawiła się w piwnicy – musiała mieć ze sobą ubranie i torebkę, a w niej być może dowód tożsamości. Odnalezienie go oznaczałoby, że w imponującym tempie ruszyłby z rozwiązaniem swojej pierwszej sprawy zabójstwa.

ROZDZIAŁ 2

– Nieźle musiałeś po niej pojechać. Ona ci tego nigdy nie zapomni.

– Kurwa, Kardasz, przecież ja jej nic nie zrobiłem! Owszem, ominąłem ją w komunikacji, bo była ogniwem łączącym mnie i Śledzia. Ale sama na to zasłużyła. Przestała wierzyć w sprawę, a ja chciałem doprowadzić ją do końca. I doprowadziłem.

– O tym antyterroryście mówisz?

– No. Momoa został zwolniony w trybie natychmiastowym. Akt oskarżenia już się pisze. Prokurator zadowolony, Śledź zadowolony, media zadowolone. Czego chcieć więcej?

– Zadowolenia Zofii?

– No kurwa! Wybacz, ale to chyba wychodzi poza zakres moich obowiązków.

Driver obserwował Zofię od początku. Była bardzo atrakcyjną i jednocześnie niesamowicie silną kobietą. Świetnie radziła sobie w męskim świecie, zmieniając odgrywane role. Raz twarda jak facet, innym razem flirtująca jak kokietka – zawsze potrafiła znaleźć dla siebie wygodne miejsce.

Nawet nie próbował jej podrywać. Miał jedną, ale paraliżującą obawę – co będzie, jeśli wspólny seks ich znudzi? Skoro tak negatywnie zareagowała na odstawienie jej na boczny tor w sprawie zawodowej, to do czego będzie zdolna, jeśli nie będzie chciał dłużej jej posuwać?

– A gdyby na to też był dodatek specjalny?

– Pensja z dodatkiem za brak kolegów wygląda dobrze. Kurwa, za zadowolenie Zochy też maks trzydzieści procent?

– A co? Zastanawiasz się?

Na wszelki wypadek Driver się otrząsnął, pokazując, że nie wyobraża sobie jej ciała przylegającego do niego. Na szczęście Kardasz nie kontynuował tematu. Stanął przy biurku Drivera i sięgnął po coś, co rzuciło mu się w oczy.

– Kurwa, widzisz to co ja? – Obaj spojrzeli na kopertę, którą trzymał rechoczący Kardasz. – Kiełbasa na znaczku pocztowym? Kurwa, nie wierzę.

– Kiełbasa w chuj. To moja świeżynka z dziś. Pewnie anonim.

– Adresowany do ciebie?

– No, też się zdziwiłem.

Driver rano odebrał kopertę z sekretariatu i przez natłok obowiązków o niej zapomniał. Położył na biurku i po odprawie przykrył innymi dokumentami. Gdyby Kardasz nie wypatrzył znaczka z kiełbasą, pewnie przeleżałaby tak kilka dni.

Sięgnął po nią teraz i obejrzał dokładnie. Założył rękawiczki, wyjął z szuflady nożyk i ostrożnie otworzył kopertę. Nie chciał niszczyć czegoś, co ewentualnie nadawałoby się do zabezpieczenia.

W środku znajdowały się kartki. Wyjął je ostrożnie i od razu każdą z nich wpakował w foliową koszulkę. Nie wiedział, czy dojdzie do badań znaczka, wnętrza koperty i jej zawartości, ale wolał dmuchać na zimne.

Kiedy już dopełnił należytej staranności, zerknął na przesłane dwie kartki formatu A4. Pierwsza wypełniona była drukowanym tekstem.

Szanowny Pan

Paweł Dobrogowski

Biuro Spraw Wewnętrznych Policji

Dotyczy: Łamania prawa przez policjanta

Chciałbym poinformować, że policjant Piotr Świątek bierze łapówki w zamian za brak zainteresowania prowadzoną przez danego delikwenta działalnością. Z propozycją zapłaty kosmicznej kwoty przyszedł także do mnie. Odmówiłem, a on postraszył mnie, że skończę tak jak Dudek. Na dowód załączam wydruk z profilu społecznościowego rzeczonego Dudka. Boję się, że tak jak jego, wtrąci mnie do więzienia. Mam głęboką nadzieję, że policja nie będzie chciała w swoich szeregach trzymać takiej czarnej owcy, która zamiast strzec prawa, łamie je. Piotr Świątek powinien w trybie natychmiastowym stracić robotę, wszelkie przywileje i prawo do noszenia przy sobie broni.

Łącząc wyrazy szacunku za to wszystko, co Pan robi dla utrzymania czystości Policji,

z poważaniem

A.

Driver przeczytał tekst dwukrotnie, a następnie sięgnął po drugą kartkę. Z lewej strony znajdowało się zdjęcie mężczyzny, który miał pod okiem dorodnego fioletowo-zielonego siniaka, a z prawej obszerny post.

– Znasz Dudka? – zagadnął Driver.

– Jakiego Dudka?

Driver przebiegł wzrokiem tekst. Przywołany w anonimie Dudek skarżył się w poście swoim fanom, że zły policjant wtrącił go do więzienia tylko za odmówienie zapłaty haraczu. I że jako osoba publiczna wzywa do bojkotu policjanta. Podał oczywiście jego pełne imię i nazwisko oraz stopień służbowy. Podkreślił też fakt, że jeżeli cokolwiek stanie mu się za kratami, to będzie to na zlecenie Świątka, który zrobi wszystko, by prawda o jego działalności nie ujrzała światła dziennego.

– Roberta Dudka? – odczytał dane znajdujące się bezpośrednio przy okrągłym zdjęciu obok postu.

– Masz na myśli tego Dudka? Tego judokę?

Nowy dzień był dla Hubiego kolejnym wyzwaniem, którego nie zamierzał podejmować. Leżał w łóżku, wpatrywał się w sufit i czuł, że między nim a Syzyfem istnieje coś więcej niż tylko podobieństwo.

Któregoś wieczoru nawet zszedł do piwnicy i przekopał się przez wszystkie pudła z rzeczami po matce, by dotrzeć do książek. Odszukał mitologię grecką, usiadł na brudnej podłodze i przyświecając sobie latarką, ponownie przeczytał historię Syzyfa. Chociaż nie. Wróć. Nie historię Syzyfa.

Czytał i czuł, że z przejęcia płoną mu policzki. To nie była opowieść o jakimś tam greckim człowieczku, lecz alegoryczna opowieść o nim samym, o Hubercie Tobiszowskim.

Mit głosił, że bogowie lubili Syzyfa i zapraszali go na swoje uczty, a on wiedział, jak się ustawić. Podkradał boski pokarm, nadstawiał ucha, by zasłyszane historie wykorzystywać w swoim świecie. W końcu zdradził sekret, którego nie powinien był zdradzać. Wydano na niego wyrok, ale przebiegły Syzyf migał się od śmierci… aż do czasu, kiedy bogowie uznali, że ukarzą go wieczną i bezużyteczną pracą.

Hubi nie bał się śmierci i często myślał o tym, żeby zamienić na nią bezużyteczną pracę, którą wykonywał. Czekał jednak na odpowiedni moment. Nie był jak Syzyf królem, tylko psem. Nie mógł umrzeć byle jak.

Wystawił stopy z łóżka i usiadł. Chciało mu się rzygać. Organizm jak zwykle protestował przed przejściem w tryb życia. Hubi puścił pod nosem wiązankę przekleństw, którą z jego depresyjnego języka można by przetłumaczyć na: „Witaj, piękny dniu! Niezmiernie ciekaw jestem, jakie kłody rzucisz mi pod nogi”.

Ubrał się. Zajrzał do lodówki, upewniając się, że nie ma w niej nic, co mógłby zjeść na śniadanie. Właściwie to nie był głodny. I nie miałby sił, żeby cokolwiek sobie przygotować. Narzucił na siebie kurtkę i wyszedł z domu.

Lubił marcowy wiatr. Nie patyczkował się z nim, nie stopniował napięcia. Atakował i jakby przypominał, że to nie będzie łatwy dzień. Chłód był tak przenikliwy, że przedzierał się przez spodnie i kalesony.

– I jak, Hubi? – Gdzieś z tyłu rozległ się głos.

Rozpoznawał go, ale nie zamierzał się odwracać.

– Dokąd się tak spieszysz?

Być może nieświadomie przyspieszył. Chciał uniknąć konwersacji, na którą nie miał ochoty. Domyślał się jednak, że skończy się jak poprzednio. I poprzednio. I jeszcze dwa tygodnie wcześniej.

– Co masz? – Mężczyzna go doganiał.

Hubi się nie zatrzymywał. Syzyf pchał wielki głaz, ignorując stromą górę, a Hubi ignorował chłoptasia z grupy przestępczej.

Po jesiennej akcji w magazynie, kiedy to wystawił Nowemu Mirasa, zmienił się układ sił na rynku narkotykowym. Miras wyzionął ducha, jego żona nawet nie próbowała przejąć interesu.

Nowy miał łeb do interesów. Wycisnął z sytuacji wszystko, co tylko było można, a nawet trochę więcej. Rynek nie lubi pustki, a Nowy straconych okazji – tego Hubi był pewien. Podobnie jak tego, że Nowy nigdy nie zapomni, że to przy jego pomocy dokonał tak imponującej ekspansji na wielkopolski rynek.

– Co masz dla Nowego? Pytam, kurwa, po raz ostatni! – Typ zastąpił mu drogę.

– Spierdalaj. – Hubi chciał go ominąć.

Przerabiali to już ostatnio. Typ złapał go za kurtkę i ostro szarpnął.

– Mam to przekazać szefowi?

– A jeszcze, kurwa, tego nie zrobiłeś?

– Myślisz, chuju pierdolony, że jak raz pomogłeś Nowemu, to ten będzie ci codziennie podsyłał jebane dary dziękczynne?!

Hubiemu nie chciało się wyrywać z uścisku.

– Nowy chce wiedzieć, co planujecie.

– Nowy chce, kurwa, wiedzieć? Zajebiście. Lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Ale co ja jestem? Pierdolona informacja narkotykowa?

– Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.

– Ja pierdolę. Mówiłem już. Będę gadać tylko z Nowym.

– Zapomnij, kurwa. Muszę ci wystarczyć.

– Ja pierdolę, kim ty jesteś?

– Gadałeś z Nowym, ale teraz już nie pogadasz! Jestem jego prawą ręką. Cygan, zapamiętaj to sobie.

– Cygan… – Hubi udał wahanie. – Dzięki, teraz będę wiedział, kogo wsadzić.

Przydupas Nowego zarechotał bezczelnie, puścił Hubiego, a na odchodne rzucił:

– Uważaj, psie, żeby tobie nikt niczego nie wsadził.

– To kogo dziś porobimy? – Kardasz siedział za biurkiem i z radością zacierał ręce.

Nie dało się nie zauważyć, że kocha to, co robi. Czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec nadawało jego życiu sens.

– Dobra wiadomość jest taka, że fuszy, którzy łamią prawo, by dorobić, i myślą, że są na tyle sprytni, że nikt ich nie złapie, jest całe mnóstwo. Więc roboty nigdy nie zabraknie.

– Ale my jesteśmy sprytniejsi!

– Bo my nie myślimy o tym, jacy jesteśmy. Po prostu, kurwa, jesteśmy. Tacy, nie inni. I chuj. A że bardziej inteligentni i bardziej cwani niż te wszystkie cwaniaki razem wzięte?

– I przystojniejsi.

– Ooo, Kardasz… Ty to jak dopierdolisz… – Driver westchnął i złapał się za głowę.

– No co? Zocha lata dziś po mieście, nie ma kto nam truć dupy. Staram się zapełnić lukę.

Pech chciał, że po przyjęciu Drivera do BSWP wskazano mu biurko znajdujące się w pokoju, w którym pracowali Zośka i Kardasz. Fusz, który je do tej pory zajmował, był na ciągnącym się w nieskończoność L4. Driver nie miał nic przeciwko obecności Tomka Kardasza. Polubili się od pierwszego dnia, ale wolałby przebywać w pokoju jednorodnym płciowo.

– To serio, kogo zamierzasz dziś porobić?

– U mnie dziś na tapecie anonim, ten z koperty z kiełbasą, a u ciebie?

– Przyjrzę się chyba Narkotykom. Mam parę informacji do sprawdzenia.

– A właśnie, słuchaj. Tam w Narkotykach jest ten gość, Hubi czy jak mu tam. On był wtedy przed halą, gdy Momoa i ja wyszliśmy… No wiesz, moja pierwsza akcja dla BSWP. Nie znam Hubiego, ale przy nim uruchamia mi się psia ostrożność. Rzuciłem okiem na jego wyjaśnienia, jak znalazł się na miejscu. Kurwa, coś mi tam nie styka czasowo.

Kardasz pokiwał głową i schował się za komputerem. Driver wrócił do swojej roboty. Od rana udało mu się ustalić, że wywołany w anonimie fusz to trzydziestosześcioletni aspirant sztabowy Piotr Świątek. Kiedyś był kryminalnym na Jeżycach, a dwa lata temu ściągnięto go do Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji i umieszczono w Zespole do Walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu.

– Dzień dobry, podkomisarz Paweł Dobrogowski, BSWP. Panie prokuratorze, potrzebna jest mi zgoda na widzenie się z Dudkiem, tym judoką. Dudek obsmarowuje zza krat naszego. Muszę z nim pogadać.

Lasek Marceliński o tej porze dnia był dobrym miejscem na spotkanie się z informatorem. Słupek rtęci pokazywał niewiele powyżej pięciu stopni, co odstraszało ciekawskich spacerowiczów. Co jakiś czas na horyzoncie pojawiał się nawiedzony biegacz, ale Hubi i Rogal stali za drzewami. Nikt nie miał prawa ich rozpoznać.

– Unikasz mnie, Rogal.

– Nie.

– Nie odbierasz telefonu.

– Zepsuł mi się ostatnio.

– Weź, kurwa, nie ściemniaj.

– Chciałeś się, kurwa, spotkać, to jestem.

– Kiepsko wyglądasz.

– A ty pięknie. No zakochać się można.

Rogal chwiał się i faktycznie wyglądał dużo gorzej niż zwykle. A już zwykle prezentował się jak najbliższy kuzyn kostuchy.

– Co słychać na rynku?

– A co mnie, kurwa, rynek interesuje?

– Ja pierdolę, Rogal, skup się! Wiesz dobrze, o co pytam.

– Ciągle o to samo.

– Po śmierci Mirasa zapanował jakiś dziwny spokój.

Od kilku miesięcy Hubi nie mógł wykazać się żadną udaną akcją. Robił w Narkotykach od lat i nigdy wcześniej nie trafił mu się tak smętny czas. Zawsze wiedział, gdzie coś się szykuje, gdzie idą transporty, gdzie znajdzie dilera, który jest do odstrzału.

Wystawiając Mirasa, być może uwolnił się od ewentualnych problemów związanych z porwaniem dzieciaka i kasą z okupu, której znaczna część oficjalnie się rozpłynęła, ale jednocześnie strzelił sobie w stopę. Stracił dostęp do informacji. Uchole biegający do tej pory dla Mirasa wypadli z obiegu albo, podobnie jak Rogal, chcieli, by Hubi w to uwierzył.

A przecież nie był głupi. Niewiele mu się chciało, ale dobrze wiedział, że to wszystko to cisza przed burzą. A on musiał wiedzieć, kiedy i gdzie uderzy pierwszy piorun.

– Pustka zawsze szybko się zapełnia.

– Nie pierdol mi tu farmazonów, Rogal. Konkrety! Kto! Gdzie! Kiedy!

– Nie mam, Hubi. Serio, kurwa, nie mam! I nie ćpałem od czterech dni, więc, kurwa, nie wrzeszcz, bo mi odjebie.

Hubi wciągnął do płuc solidną dawkę mroźnego powietrza i postanowił zacząć z innej strony. Rogal zawsze sprzedawał mu ciekawe informacje. Prowadził dom pełen narkomanów i miał wrodzoną chęć do zbierania informacji, plotek i pogłosek.

– Posucha od czterech dni? Co, imprezki się nie kleją?

– Jakbyś, kurwa, zgadł.

– Ale jak? Nie ma dragów na rynku?

– Żeby mieć dragi, trzeba mieć kasę.

– No ale przecież ty masz coś dużo bardziej wartościowego niż kasa… Zajebistą miejscówkę na zbiorowe branie. Każdy do ciebie walił drzwiami i oknami.

– Miałem, kurwa!

– Ale co się stało?

– Już nie mam. Staję, kurwa, na rzęsach, żeby dowiedzieć się czegoś dla ciebie. I co? I chuj. Przy krótkich spotkaniach na mieście, przelotem to tu, to tam, nikogo nie da się pociągnąć za język.

– Nie gadają o Nowym? Nie spotykają się z nim? Jak wygląda struktura, którą buduje?

– Wiem, że parę osób, które po śmierci Mirasa zostało na lodzie, poszło do Nowego.

– Skontaktuj mnie z nim. Wykorzystaj jakiegoś kumpla. Przecież wiem, że jesteś tak cwany, że potrafisz…

– Zesram się, nie załatwię. Nowy z nikim nie gada. Ma swojego człowieka, podobno jakiegoś, kurwa, magistra, w białym kołnierzyku, po pierdolonym zarządzaniu. On podejmuje decyzje i spotyka się tylko z najważniejszymi. Od rozmów z ćpunami jest Czarny.

Do Hubiego wróciła myśl, która prześladowała go rankiem. Był jak Syzyf. Bogowie się na niego wkurzyli. Konkretniej to Nowy. Gdyby nadal uważał go za cenny kontakt w policji, kontaktowałby się z nim sam, ewentualnie przez tego swojego chuja w kołnierzyku. Ale nie, on wysyłał do niego Cygana. To musiało się zmienić.

– Ale jak, kurwa, nie masz chaty? Spłonęła? – wrócił do wątku miejscówki.

Nie zamierzał oferować informatorowi pomocy czy noclegu. Sytuacja mieszkaniowa Rogala interesowała go jedynie w aspekcie niezbędnym do ustalenia jego miejsca pobytu, na wypadek gdyby stał się całkowicie niedostępny telefonicznie.

– Gorzej, kurwa, gorzej. Moja stara wróciła do Poznania i wyjebała mnie z chaty.

Driver znał lepsze miejsca na spotkania niż zakład karny, ale tym razem nie miał wyboru. Robert Dudek siedział we Wronkach za czerpanie korzyści z nierządu i nie zapowiadało się, żeby zbyt szybko wyszedł na wolność.

Chociaż w tej chwili właściwie nie siedział, a szedł korytarzem, prowadzony przez strażnika. Miał krępą sylwetkę, nos niczym kartofel i odstające uszy. Gdy dotarł do drzwi i zobaczył Drivera, zatrzymał się przed wejściem.

– Co to ma być?

– Gościa masz.

– Mówili, że policja.

– Policja.

– Nie znam go.

– Wchodzisz, kurwa, nie filozofujesz. – Strażnik pchnął Dudka i zanim zamknął za nim drzwi, przypomniał: – Macie kwadrans.

– Witam. – Driver kiwnął głową, nie ruszając się z krzesła.

– Czego?

– Siadaj.

– Czego znowu, przecież…

– Przecież zamiast mnie powinien tu siedzieć aspirant sztabowy Świątek?

– To Łysy mnie wsadził, kurwa!

– I z jego powodu tu jestem. Dobrogowski, Biuro Spraw Wewnętrznych Policji.

Driver nie zamierzał nawet wyciągać legitymacji. Sprawa wyglądała na oczywistą. Piotr Świątek, pseudonim Łysy, uchodził za ambitnego i skutecznego fusza. Przełożeni byli z niego zadowoleni, koledzy go lubili, a papiery wyglądały bardzo dobrze.

Oskarżający go Robert Dudek nigdy nie był aniołkiem. Przez życie kroczył ścieżką wytyczoną przez cwaniaków. Na koncie miał kradzieże, bójki, a na portalu społecznościowym ponad dwadzieścia tysięcy fanów i zdjęcia zarówno z maty treningowej, jak i z zawodów.

Z lektury komentarzy pod zdjęciami i kilku wywiadów Driver dowiedział się, że Dudek potrafi dać wycisk nie tylko na macie i że jego status finansowy od jakiegoś czasu rośnie w tempie zupełnie nieproporcjonalnym do nagród, które zdobywa za oficjalne walki.

– Pies na psy? Kurwa! – Dudek wyprostował się dumnie. – Czyli jednak mój post odbił się szerokim echem.

– Jak to zrobiłeś?

– Co?

– Zajrzałeś sobie na fejsbuczka w więzieniu.

– A chuj cię to.

– Czekaj, kurwa, niech zgadnę. Któryś ze strażników zna cię z walk, użyczył komórkę, ty napisałeś, co chciałeś. Myślisz, że ile zajmie mi ustalenie, który to strażnik? A wiesz, jaki zrobi się tu klimat, jak wparuję z kumplami z biura? Jak zaczniemy poniżać strażników, pokazywać, gdzie ich miejsce? Jak myślisz, na kim się to odbije?

Przez dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniami.

– Czego, kurwa, chcesz? – Dudek w końcu ustąpił.

– Mamy jeszcze dziesięć minut. Nawijasz o Łysym. Oskarżyłeś go. Daj konkrety. Ile mu zapłaciłeś, kiedy, kto był świadkiem, kiedy przestałeś mu płacić.

– Wpierdolisz go za kratki?

– Zależy, co mi dasz.

– On jest, kurwa, pojebany. Pan i władca Poznania, kurwa. Dziwki. Zabawa. Za darmo. Wpierdolił mnie tu, bo chujowi nie pasiło, że mam kasiorę! – Dudek rozkręcał się, uważnie obserwując, czy jego wersja robi na Driverze wrażenie. – Wyciągnął do mnie łapę po jakiejś walce. Ja judoka, on policjant. Dlaczego miałem mu jej nie uścisnąć? Kurwa, jaki ja byłem głupi… – Zamilkł teatralnie, by po chwili dodać łamiącym się głosem: – Przychodził potem… do mnie… po kasiorę…

Osadzony snuł swoją przemyślaną i odpowiednio przyprawioną opowieść, a Driver słuchał. Ostatnie zdanie zabrzmiało jednak jak wyznanie kobiety porwanej, gwałconej i przetrzymywanej w ciemnej piwnicy.

Policjant westchnął głośno i oparł łokieć o blat stołu, a dłonią rozmasował zmarszczki na czole. Musiał ukryć uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, gdy napakowany i znający skuteczne chwyty mężczyzna skarżył się na innego drżącym głosem.

– Kasiorę? – spytał spokojnie. – Za co?

– Za, kurwa, jajco! – Dudek wyszedł z roli uciemiężonego przedsiębiorcy.

– Szantażował cię?

– Miałem… No, ten… Bar taki, a on dał mi ochronę. Komuś, kurwa, musiałem płacić, wolałem policji niż miastu.

– Kurwa mać, Dudek. – Driver nie podnosił głosu. – Za pięć minut wyjdę z tego pokoju i już nie wrócę. Chciałeś go udupić, masz jedyną szansę. Tylko, kurwa, nie obrażaj mojej inteligencji. Myślisz, że przychodzę tu czysty, bez wiedzy, za co siedzisz?

– Niczego, kurwa, nie zrobiłem! – Dudek zaczął wymachiwać rękoma. – Wjebał mnie! We wszystko! Oszukał!

– Czerpanie korzyści z nierządu. Prowadzisz klub dla panów.

– Nierząd, kurwa! I to jest to, o czym mówię. Słuchasz mnie, kurwa?! Wrobił mnie w to! Ja tylko prowadziłem go-go. Laski kręciły dupami, faceci chlali i zostawiali kasę przy barze.

– Ile mu zapłaciłeś?

– Przez trzy miesiące po pięć koła. Czwartego powiedziałem, żeby przyszedł za miesiąc. Tłumaczyłem, że jak poczeka, to dostanie. Może nawet z nawiązką. Ale, kurwa, nie chciał czekać.

– Wiesz, jak to wygląda, Dudek?

– No jak? – Mężczyzna wyprostował się, zupełnie jakby chciał zaprezentować, że jest gotowy do walki.

– Mścisz się na nim. – Driver zamierzał znokautować przeciwnika stoickim spokojem. – Zniszczył ci dobrze funkcjonujący interes.

– Nieprawda. Nienawidzę go!

– To, kurwa, normalne. Nie znałem nikogo, kto by się cieszył, że trafił do mamra. I kto szanuje psa, który go tam wepchnął.

– Wyciągnął ze mnie trzy dychy! – Dudek uderzył pięścią w stół.

– I ochraniał?

– Tak. I, kurwa, spokój był.

– Kiedy mu płaciłeś? Jak przekazywałeś kasę? Jak się kontaktowaliście?

ROZDZIAŁ 3

Rozkładany stolik wyglądał na taki, który znalazł się tu celowo. Na chwilę. By zrobić wrażenie. Kołodziejczykowie też wyglądali na przejętych… na chwilę. Zupełnie inaczej niż ostatnio.

Kobieta biegała z cukiernicą, kubkami i ciastem niczym gościnna pani domu, a mężczyzna siedział z Piaseckim i opowiadał o sąsiadach. Na łóżku obok leżała sterta gazet. Wczoraj jej tu nie było. Podobnie jak obrazów na ścianach. To znaczy były – ale inne. Zamiast kwiatów wisiały akty.

Tym razem Kołodziejczykowie przygotowali się do wizyty Piaseckiego i ewidentnie chcieli zrobić na nim wrażenie. Obserwował ich uważnie i czekał, aż kobieta usiądzie przy stoliku. Wiedział, że nawet jeśli Kołodziejczykowie staną dziś na rzęsach, nie osiągną swojego celu.

– Proszę się częstować. Żona upiekła dziś rano. – Kołodziejczyk podał Piaseckiemu talerz z babką oblaną czekoladą.

Piasecki zachował dla siebie zgryźliwą uwagę, że na pewno nie upiekła jej tu, w tym podobno mieszkalnym domu. Bo po pierwsze, nie było tu piekarnika, a po drugie, wnętrze nadal pachniało raczej kadzidłami niż świeżo pieczonym ciastem.

– Nie, dziękuję.

– Mleczko do kawy? – Monika Kołodziejczyk nachyliła się naprzeciwko policjanta, a jego oczom ukazała się znaczna część jej biustu.

– Proszę.

– Nasz najbliższy sąsiad jest psycholem. Siedzi całymi dniami w domu. Pan wie, że nawet na zakupy nie wychodzi? Podobno zamawia przez internet, chociaż Monika śmieje się, że pewnie nakupował kiedyś puszek i teraz jak ci preppersi siedzi i czeka na koniec świata. Ja nie wiem, co on panu naopowiadał… – Kołodziejczyk wyciągnął rękę i przyciągnął do siebie żonę. Monika usiadła mu na kolanach i uśmiechała się niewinnie. – Ale my jesteśmy normalnymi ludźmi. Dużo bardziej normalnymi niż on.

– Ooo? – Piasecki uznał, że to idealny moment. Nie przyszedł tu pić kawy i jeść ciasta, lecz konfrontować informacje znalezione w internecie z reakcjami Kołodziejczyków. – Normalnymi ludźmi prowadzącymi prywatny klub dla dorosłych?

– Co w tym złego? Dorośli przecież też mogą się bawić – odpowiedzieli niemalże równocześnie.

Nie zaskoczył ich. Musieli przedyskutować również ten scenariusz. Piasecki nie zamierzał jednak im ułatwiać.

– Bawić się, chodząc nago lub w erotycznej bieliźnie.

– Chodząc w czym chcą i jak chcą – odpowiedziała zalotnie kobieta i zeszła mężowi z kolan.

– Poczekaj, Monisiu, pan chyba nie rozumie specyfiki. Trzeba mu wytłumaczyć.

– To tłumacz! – Roześmiała się.

– Wie pan… My, dorośli, jesteśmy zabiegani. Obowiązki, kredyty, praca, dzieci. Zazwyczaj nie wystarcza nam czasu dla siebie, a co dopiero dla partnera. Żyjemy szybko. Samoloty ułatwiają przemieszczanie się w ekspresowym tempie, telefony umożliwiają rozmowy z każdym i wszędzie. Chcemy wszystko już teraz, gdy o tym pomyślimy. Podobnie jest z seksem. No ale w sypialni okazuje się, że tak się nie da, że nie ma aplikacji, w której każdy z nas wystuka określoną liczbę minut dziennie i zaliczy etap „gra wstępna”, by w łóżku od razu przejść do konkretów.

– Za długo tłumaczysz, pan aspirant się pogubi. Chodzi o to, że my prowadzimy taki klub dla naturystów. Przychodzą do nas dorośli. Zwyczajne spotkania towarzyskie, z tą różnicą, że wszyscy jesteśmy nadzy. Cali nadzy – powtórzyła, przesuwając dłońmi po ciele, od biustu, przez biodra aż po uda. – Rozmawiamy, śmiejemy się i obserwujemy. Potem każda para wraca do swojego domu i ma, że tak powiem, naładowane akumulatory.

– Wraca do domu? – Piasecki się roześmiał. – A te łóżka stoją tu tak po prostu?

– Mówiłam już, Maciej kupił je na sprzedaż. Może pan znaleźć jego aukcje na portalu.

– Pani Moniko, pięknie państwo opowiadacie, ale proszę nie przesadzać z ilością wciskanych mi kitów. Wszyscy chodzą nadzy, a łóżka stoją puste? Naprawdę tak nisko ocenia pani moje zdolności poznawcze?

– Ale co z tymi łóżkami? – Kołodziejczyk stanął obok żony. – Co pan insynuuje?

– Nagość. Łóżka. Seks.

– Czy seks to coś złego?

– Czerpanie korzyści z…

– Chwileczkę! – zaprotestował mężczyzna. – Pan nie rozumie. To nie burdel. Naturyści kochają nagość. Przychodzą tu ze swoimi partnerami. Z ludźmi, których kochają. Nie po to, by ich zdradzać. Po to, by razem popatrzeć na innych. Podnieść poziom podniecenia. Zobaczyć, jak inni patrzą na niego czy jego partnera. Oczywiście, jeśli którejś z par zachce się miłości, to pewnie skorzysta z łóżek, ale czy jest pan na tyle naiwny, żeby myśleć, że jeśli nie ma łóżek, to dorośli sobie nie poradzą? Na ilu imprezach towarzyskich kochał pan się ze swoją kobietą w toalecie, w ogrodzie, w samochodzie?

Piasecki nie chciał odpowiadać na to pytanie. Przeszukiwanie w myślach archiwum wszystkich imprez prowadziłoby do frustrującego wniosku, że zdecydowanie łatwiej przychodzi mu obalenie butelki wódki niż poderwanie kobiety, którą da się zabierać na kolejne imprezy. Na szczęście z pomocą przyszła mu Monika Kołodziejczyk.

– Nie no, burdel? – Zaśmiała się nerwowo. – Maciej, chyba oszalałeś. Ja i burdel? Pan aspirant nie miał chyba tego na myśli? My i… – Spojrzała pytająco na Piaseckiego, ale chyba dość szybko odczytała z jego twarzy odpowiedź, bo, nie ukrywając zgorszenia, jęknęła: – Miał?

Piasecki zostawił Kołodziejczyków w niepewności. Wiedział, że wezwie ich na komendę, by złożyli wyjaśnienia osobno, ale uznał, że jeszcze zdąży ich o tym poinformować. Później.

Zamiast skierować się do służbowego auta, podszedł na sąsiednią posesję, zastanawiając się, czy różnica pomiędzy „naturysta” a „zboczeniec” jest taka sama jak pomiędzy „podniecony” a „napalony”.

– To znowu pan? – Drzwi, do których zapukał, otworzyły się. – Jednak postanowił mi pan coś sprzedać? – Mężczyzna z kokiem się zaśmiał.

– Przemyślę to, zanim przyjdę po raz trzeci. Mogę?

Tym razem odklejony od rzeczywistości projektant stron internetowych nie protestował. Otworzył drzwi szerzej i nawet nie czekał, aż gość wytrze buty. Po prostu chwiejnym krokiem pomaszerował do salonu. Piasecki wszedł za nim i poczuł specyficzny zapach. Mężczyzna miał na sobie ten sam podkoszulek co wczoraj, ale to było coś więcej niż tylko pot.

– Zapomniałem spytać pana, panie… Yyy. – Piasecki przypomniał sobie, że notes, w którym zanotował nazwisko sąsiada, zostawił w firmie.

– Molendowski, Przemysław Molendowski.

– Panie Przemku. Coś mi się nie zgadza. Mówił pan wczoraj, że u sąsiadów cisza… A ja mam sprawdzone informacje wykluczające ciszę.

– Zaraz, zaraz, zaraz. Pan pytał… o ile dobrze sobie przypominam, bo wie pan, trochę jestem, ten tego… – Wskazał na ławę, na której stała butelka wódki i kieliszek. – Nieskupiony. No, pytał pan o gwar i muzykę.

– A pan zaprzeczył.

– Bo muzyki tam nie ma. Napije się pan?

– Nie, dziękuję, w pracy jestem.

– Ja też. Ciągle, dwadzieścia cztery ha. Dlatego czasem piję. W pracy. – Zaśmiał się głośno.

– Nie słyszał pan muzyki?

– Muzykę to ja słyszę, jak ją sobie zapodam w słuchawkach. Ale w weekendowe wieczory, gdy je zdejmę, to…

– No?

– Aaaa, eeee, ooooo, taaaak! – Mężczyzna zaczął jęczeć, obmacując swoje ciało.

Alkohol zrobił swoje. Molendowski był rozluźniony i o wiele bardziej komunikatywny niż poprzedniego dnia. Być może nawet zbyt mocno rozluźniony.

– Gramy w kalambury? – Piasecki nie ukrywał zdziwienia.

– A jak brzmi odpowiedź?

– Hm. Gdy zdejmuje pan słuchawki, to robi pan sobie dobrze.

Mężczyzna się zaśmiał.

– Nie pytał pan o mnie, ale o to, co słyszę. To, co u nich się działo. Kurwa, lubię weekendy. Te odgłosy dochodzące od sąsiadów. Musiałem ściągać mikrofonem i podgłaśniać, ale warto było. Miałem porno. Stereofoniczne. Co prawda bez wizji, ale ma się, kurwa, wyobraźnię. Jakie tam orgie odchodziły…

– W wyobraźni?

– To też, ale gadałem z kelnerem.

– Sąsiedzi zatrudniają kelnera?