Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Krystyna Kofta. Kobieta zbuntowana. Autobiografia ebook

Krystyna Kofta

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 762 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krystyna Kofta. Kobieta zbuntowana. Autobiografia - Krystyna Kofta

 

 

Po „dzienniku choroby” przyszedł czas na jej własny. Krystyna Kofta, po raz kolejny, szczerze o sobie.

Autorka przenosi się pamięcią do swojego dzieciństwa, bez skrępowania opisuje okres dojrzewania, pierwszych prób pisarskich, miłości czy nawet inicjacji seksualnej. Dla Kofty nie ma tematów tabu - nie unika dywagacji na temat Boga, śmierci (również własnej), feminizmu, polityki, używek. Otwiera się na Czytelnika – pozwala poznać nie tylko jako pisarka, ale i kobieta, żona, kochanka, matka - ze swoim specyficznym humorem i, jeśli sytuacja tego wymaga, ciętym językiem.

Opinie o ebooku Krystyna Kofta. Kobieta zbuntowana. Autobiografia - Krystyna Kofta

Fragment ebooka Krystyna Kofta. Kobieta zbuntowana. Autobiografia - Krystyna Kofta

Kry­sty­na Ko­fta

Ko­bie­ta zbun­to­wa­na

Au­to­bio­gra­fia

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Z bun­tu ro­dzi się świa­do­mość, jak­kol­wiek mgli­sta: na­głe i olśnie­wa­ją­ce spo­strze­że­nie, że w czło­wie­ku jest coś, z czym może się utoż­sa­mić, choć­by na pe­wien czas.

Al­bert Ca­mus, Czło­wiek zbun­to­wa­ny

Początek początku

Wszyst­ko, co waż­ne, jest po­cząt­kiem. W moim po­cząt­ku prze­szłość po­ja­wi­ła się za wcze­śnie.

– Jesz­cze nie było cię wte­dy na świe­cie – ma­wia­li czę­sto ro­dzi­ce, a moja dzie­cię­ca cie­ka­wość roz­grze­wa­ła się wów­czas do bia­ło­ści. Chcia­łam wie­dzieć o wszyst­kim, co się wte­dy dzia­ło, choć dzi­wi­łam się, że świat ist­niał wcze­śniej beze mnie. Nie­ste­ty, oni zby­wa­li mnie, mó­wiąc, że je­stem za mała, albo, gdy cho­dzi­ło o po­li­ty­kę, że nie zro­zu­miem, że to są spra­wy nie dla dzie­ci. Prze­czu­wa­łam, że skry­wa­ją przede mną strasz­ne ta­jem­ni­ce, ich pół­słów­ka, po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, a przede wszyst­kim ję­zyk nie­miec­ki, obcy i nie­zro­zu­mia­ły dla mnie, a prze­cież w domu co­dzien­ny, to wszyst­ko da­wa­ło mi po­ję­cie, ile rze­czy mają do ukry­cia. Było też gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią przy­pusz­cze­nie, że daw­no temu, w prze­szło­ści, oj­ciec i mat­ka byli kimś in­nym, niż są te­raz. Wy­da­wa­ło mi się, że miesz­ka­li w in­nym kra­ju, w ba­śnio­wym pa­ła­cu, nie­przy­sta­ją­cym ni­jak do jed­ne­go po­ko­ju oraz piw­nicz­nej kuch­ni, prze­ro­bio­nej ze służ­bów­ki w miesz­ka­niu ciot­ki Perzo­wej, gdzie za­miesz­ka­li­śmy po woj­nie. Oj­ciec opo­wia­dał o fa­bry­ce kon­fek­cji i ol­brzy­mim sa­lo­nie w Ber­li­nie. Wła­ści­cie­lem tych bo­gactw był nie­zna­ny mi oso­bi­ście dzia­dek Fran­ci­szek i oj­ciec jako mło­dy wspól­nik. Ro­dzi­na Gał­dyń­skich po­cho­dzi­ła z Wiel­ko­pol­ski, z Kro­to­szy­na. Pra­dzia­do­wie albo na­wet pra­pra­dzia­do­wie wy­je­cha­li „za chle­bem” z nie­ist­nie­ją­cej, po­roz­bie­ra­nej Pol­ski do Ber­li­na i tam się cał­kiem nie­źle do­ro­bi­li. Dzia­dek Fran­ci­szek po­jął za żonę Ma­rian­nę We­ber. Czy nie było wów­czas in­nych imion niż Ma­rian­na? Bab­ka We­ber była wła­ści­ciel­ką ka­mie­ni­cy w Ber­li­nie. Po woj­nie jej na­zwi­sko prze­tłu­ma­czo­no na Tkacz. We­ber to tkacz wła­śnie. Gdy ro­dzi­na chcia­ła od­zy­skać wła­sność w by­łym NRD, oka­za­ło się to nie­moż­li­we, bo Tkacz to Tkacz i szlus, jak mó­wił tata. Trud­no, nie to jed­no prze­pa­dło. Nie mo­że­my do­wie­dzieć się ni­cze­go o księ­dzu Ta­de­uszu Gał­dyń­skim, któ­ry zgi­nął w Da­chau, jego na­zwi­sko jest wy­ry­te na mar­mu­ro­wej ta­bli­cy, tak ją przy­najm­niej pa­mię­tam, wi­szą­cej na mu­rze na­sze­go ko­ścio­ła pa­ra­fial­ne­go św. Flo­ria­na przy ul. Ko­ściel­nej. Gdy mój brat py­tał ojca, jak się ma ksiądz do na­szej ro­dzi­ny, tata zby­wał go, mó­wił: „O tym jesz­cze nie roz­ma­wia­my”. Trwa­ło to aż do jego śmier­ci. Ta­jem­ni­ca po­zo­sta­nie więc ta­jem­ni­cą. Obie ro­dzi­ny, ojca i mat­ki, swo­je ta­jem­ni­ce za­bra­ły do gro­bu. Wiel­ka szko­da!

Mat­ka się w tam­tych, ber­liń­skich opo­wie­ściach ojca nie po­ja­wia­ła, co ka­za­ło mi przy­pusz­czać, że ist­nie­je wie­le róż­nych świa­tów. Gdy to wszyst­ko się dzia­ło, mnie nie było jesz­cze na tym świe­cie, a więc ja­sne, że nie mo­głam się tam zna­leźć. Mat­ki też nie było w Ber­li­nie, choć na świe­cie już była, uro­dzi­ła się rok po ojcu. Te świa­ty, w któ­rych się by­wa­ło lub nie, wpro­wa­dza­ły za­mie­sza­nie, a jed­no­cze­śnie uspo­ka­ja­ły, bo do­wie­dzia­łam się, że moż­na ist­nieć lub nie w któ­rymś ze świa­tów. Naj­waż­niej­szym świa­tem było jed­nak miej­sce, w któ­rym prze­by­wa­łam, czas i miej­sce, w któ­rym się żyje i miesz­ka. Waż­ne były tak­że i te, w któ­rych kie­dyś ro­dzi­ce ist­nie­li nie­za­leż­nie od sie­bie. Oj­ciec był we wszyst­kich świa­tach, o któ­rych opo­wia­dał. O świe­cie, z któ­re­go przy­wę­dro­wa­ła moja mat­ka Ma­rian­na Scho­ener, by po­ślu­bić ojca, mó­wi­ło się nie­wie­le.

W dzie­cię­cym za­uro­cze­niu i za­cie­ka­wie­niu świa­ta­mi prze­szło­ści, w któ­rych mnie jesz­cze nie było, upa­tru­ję przy­czy­nę swo­je­go pi­sa­nia.

Au­to­bio­gra­fist­ka, czy kró­cej au­to­bio­graf­ka – po­sia­dacz­ka trzech imion: Kry­sty­na Bo­gu­mi­ła Ka­zi­mie­ra, oraz dwoj­ga na­zwisk: Gał­dyń­ska Ko­fta, po­sta­no­wi­ła na­pi­sać au­to­bio­gra­fię. To ja je­stem tą trój­i­mien­ną pi­sar­ką, wła­ści­ciel­ką dwoj­ga na­zwisk. Sie­dzę przy wiel­kim biur­ku, zaj­mu­ją­cym pół po­ko­ju, ga­pię się w ja­sny ekran i wkle­pu­ję ty­tuł pierw­sze­go frag­men­tu: Po­czą­tek po­cząt­ku.

Czy bę­dzie pierw­szym po­cząt­kiem ca­łej au­to­bio­gra­fii, nie wiem. Cza­sa­mi, gdy za­czy­na­łam książ­kę, zna­łam już wcze­śniej jej pierw­sze zda­nie. W Wió­rach było to wo­ła­nie pod oknem: „Pani Do­niu!”, bo usły­sza­łam ten śpiew­ny, ko­bie­cy głos, my­śląc o po­dwór­ku przy ul. Asny­ka. Raz zda­rzy­ło się, że pro­wa­dził mnie ty­tuł. Tak było w przy­pad­ku po­wie­ści Pa­wi­lon ma­łych dra­pież­ców. Ty­tuł mia­łam na kil­ka lat przed po­wie­ścią. Do­brze za­pa­mię­ta­łam mo­ment: sto­ję w zoo, przed klat­ką, sta­ram się nie od­dy­chać głę­bo­ko, po­wie­trze, na­sy­co­ne ostrym, zwie­rzę­cym za­pa­chem, śmier­dzi amo­nia­kiem. Trzy­mam czte­ro­let­nie­go Waw­rzyn­ka za rękę i czy­ta­my na­pis na ta­bli­cy. On zna już po­szcze­gól­ne li­te­ry, za­czy­na je po­wo­li skła­dać. Li­te­ra po li­te­rze sy­la­bi­zu­je sło­wo pa­wi­lon, ma trud­no­ści z: ł, ż, ó. Po­ma­gam mu, czy­ta­my ra­zem: „Pa­wi­lon ma­łych dra­pież­ców”. Na­pis wrył mi się w pa­mięć. Uzna­łam, że to do­bry ty­tuł po­wie­ści.

Ro­dzi­ce z przy­ja­ciół­mi nad War­tą, mat­ka w bie­li, tato fo­to­gra­fu­je.

Miesz­ka­li­śmy już wów­czas od roku w War­sza­wie, ale na po­cząt­ku przy­jeż­dża­li­śmy do Po­zna­nia co mie­siąc, cho­dzi­łam z Waw­rzyn­kiem na spa­ce­ry, do pal­miar­ni w par­ku Ka­sprza­ka, do bo­ta­ni­ku przy ul. Dą­brow­skie­go i do zoo. Trud­no było nam się przy­zwy­cza­ić do cia­sno­ty w War­sza­wie na Mo­ko­tow­skiej, do cią­głej obec­no­ści bab­ci Ma­ru­si. Mi­rek szedł na uni­wer­sy­tet, dość czę­sto wy­jeż­dżał też na róż­ne kon­fe­ren­cje, jed­nak ja mu­sia­łam sie­dzieć na tył­ku i pi­sać, co przy na­do­bec­no­ści jego mat­ki było bar­dzo trud­ne. Stąd te uciecz­ki. Już wów­czas nie lu­bi­łam po­dró­ży, jed­nak bar­dziej nie zno­si­łam ma­łe­go po­ko­ju, do któ­re­go Ma­ru­sia wcho­dzi­ła, kie­dy tyl­ko chcia­ła, i za­czy­na­ła ga­dać, nie przej­mu­jąc się, że pra­cu­ję, my­ślę, sie­dząc nad ma­szy­ną do pi­sa­nia, wkra­cza­ła w pół my­śli, po­ło­wie zda­nia wbi­ja­ne­go okrą­gły­mi czcion­ka­mi. Była to jesz­cze epo­ka con­ti­nen­ta­la, a może in­nej mar­ki? Eri­ca? Tę ma­szy­nę po­da­ro­wał mi Oleś La­bu­da, na­le­ża­ła wcze­śniej do jego ojca Ge­rar­da, pi­sał na niej swo­je dzie­ła hi­sto­rycz­ne. Słu­ży­ła mi wie­le lat. Wie­dzia­łam, że na­pi­szę na niej po­wieść pod ty­tu­łem Pa­wi­lon ma­łych dra­pież­ców. Wcze­śniej mia­łam chy­ba re­ming­to­na, nie pa­mię­tam, od kogo go do­sta­łam. Pre­zent od Tom­ka Sza­pi­ro to była ma­lut­ka, bar­dzo sta­ra ma­szy­na, z dzi­wacz­nie umiesz­czo­ną, pię­tro­wą kla­wia­tu­rą, wy­glą­da­ła jak eks­po­nat z mu­zeum tech­ni­ki. Pi­sa­łam w tam­tym cza­sie swo­ją pierw­szą książ­kę o schi­zo­fre­nicz­ce czu­ją­cej przy­mus mor­do­wa­nia męż­czyzn, wy­sy­sa­ją­cej z nich krew. Wpro­wa­dzi­łam szcze­gó­ło­we opi­sy na­rzę­dzi uży­wa­nych przez tę dziew­czy­nę oraz spo­so­bu zwa­bia­nia ofiar. Po­rzu­ci­łam po­wieść w po­ło­wie i nig­dy nie mia­łam ocho­ty do niej wró­cić. Dużo póź­niej po­słu­ży­ła mi za kan­wę do sce­na­riu­sza gro­te­sko­we­go hor­ro­ru o wam­pi­rzy­cy, pi­sa­ne­go ra­zem z Grze­go­rzem War­cho­łem, re­ży­se­rem tej per­ły pt. Lu­bię nie­to­pe­rze. Cho­dzi od cza­su do cza­su na róż­nych ka­na­łach. Kry­ty­cy nie wy­czu­li, że to pa­ro­dia ga­tun­ku i ana­li­zo­wa­li go śmier­tel­nie po­waż­nie. Każ­dy z nich mógł­by stać się ofia­rą mo­jej wam­pi­rzy­cy. W tym fil­mie za­grał mój szwa­gier Jo­nasz. Wcie­lił się w wa­ria­ta, nad­wraż­li­we­go na świat, był jak­by z in­nej baj­ki, wy­glą­dał „jak śmierć na urlo­pie”, jak ma­wia­ło się w Po­zna­niu. Od­sta­je od śmiesz­no­ści, jest wy­nisz­czo­ny cho­ro­bą, to robi dość upior­ne wra­że­nie. Zwłasz­cza gdy oglą­da­łam kie­dyś ten film już po śmier­ci Jo­na­sza. Było w tej gro­te­sko­wej roli coś wię­cej niż pa­ro­dia. Po­nie­waż on tam grał, więc pew­na fil­mo­znaw­czy­ni, po­le­ca­jąc ten hor­ror, uzna­ła, że to Jo­nasz na­pi­sał sce­na­riusz. Śmie­chu było z tego tro­chę. Jo­nasz był bar­dzo prze­ję­ty tą rolą. Pra­wie tak samo, jak wów­czas, gdy zo­stał oj­cem chrzest­nym Waw­rzyń­ca i na­bra­łam go, że ksiądz bę­dzie od­py­ty­wał go z mo­dlitw. Ćwi­czył mo­no­log z hor­ro­ru, bo mo­no­lo­go­wał, sie­dząc na drze­wie, jak ba­ron drze­wo­łaz, w par­ku obok kli­ni­ki psy­chia­trycz­nej, w któ­rej głów­nie to­czy się ak­cja. Py­tał, czy może so­bie coś do­pi­sać do roli i to za­grać, ja nie mia­łam nic prze­ciw temu. Grześ War­choł też nie. Głów­ną rolę gra­ła uro­dzi­wa Ka­sia Wal­ter, a Ma­rek Bar­ba­sie­wicz był psy­chia­trą. Aman­tem. Mar­ka zna­łam z po­znań­skie­go li­ceum pla­stycz­ne­go, po­dob­no czuł do mnie mię­tę. Był młod­szym ko­le­gą, więc mimo że go bar­dzo lu­bi­łam, gdy ucie­kłam z domu i wy­je­cha­łam z Lotą do Lwów­ka, nie po­wie­dzia­łam mu o tym, zo­sta­wia­jąc go nie­po­cie­szo­ne­go. Za­po­mnia­łam wszyst­ko. On pa­mię­tał. Mó­wił o tym kie­dyś dzien­ni­kar­ce „Two­je­go STY­LU”. Póź­niej po­zna­łam jego to­wa­rzy­sza ży­cia. By­łam tak­że na pla­nie we Wro­cła­wiu, to było dla mnie prze­ży­cie! Eki­pa fil­mo­wa jest jak ro­dzi­na. Za­wią­zu­ją się tam związ­ki trwa­łe i mniej trwa­łe. Co­dzien­nie przez wie­le ty­go­dni lu­dzie są ze sobą bli­sko, a gdy film się koń­czy, od­da­la­ją się od sie­bie, roz­jeż­dża­ją w róż­ne stro­ny, po­wo­li o so­bie za­po­mi­na­ją. Zu­peł­nie jak w praw­dzi­wej fa­mi­lii. Tak ja, wy­je­chaw­szy z Po­zna­nia, po skoń­cze­niu fil­mu z cza­sów dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści, za­po­mnia­łam o ak­to­rach dru­gie­go pla­nu, dal­szych krew­nych i zna­jo­mych. Zna­la­złam nową eki­pę, ze sta­rej osta­ło się nie­wie­le, ro­dzi­ce, brat, sio­strze­niec, Ja­chu Ko­mol­ka i wspo­mnie­nie daw­ne­go fil­mu. Nie­do­kład­ne.

Było jed­nak też wie­le ra­do­ści, wspól­nych chwil, gdy cie­szy­li­śmy się dziec­kiem. Mi­rek i ja z trzy­mie­sięcz­nym Waw­rzyn­kiem w miesz­ka­niu na Kan­ta­ka.

Wkrót­ce za­bra­łam się doWi­zje­ra. W tym cza­sie zwra­ca­łam wiel­ką uwa­gę na ję­zyk. Na któ­rymś spo­tka­niu au­tor­skim, gdy od­czy­ta­łam frag­ment z po­wie­ści czy z dzien­ni­ka, już nie pa­mię­tam, Piotr Lach­mann się nim za­chwy­cił. Po­wie­dział, że szko­da, że nikt tak już nie pi­sze. Od­po­wie­dzia­łam mu, że to kwe­stia po­py­tu i po­da­ży. Nikt już tak nie pi­sze, bo nikt tak nie czy­ta pro­zy. Ta książ­ka była prze­my­śla­na w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Pi­sa­łam ją dość dłu­go. Za­czę­łam, sie­dząc – nie, nie tak – opie­ku­jąc się ma­łym Waw­rzyn­kiem przez te dłu­gie czte­ry lata. Rzu­ci­łam opo­wieść o wam­pi­rzy­cy, w któ­rej wy­rów­ny­wa­łam ra­chun­ki z męż­czy­zna­mi i roz­po­czę­łam po­waż­ną ro­bo­tę. Ja­chu Ko­mol­ka pra­co­wał wów­czas w domu po­praw­czym jako wy­cho­waw­ca. Czę­sto do nas przy­cho­dził, gdy sie­dzia­łam sama, Mi­rek był na za­ję­ciach albo miał kon­fe­ren­cję, albo sie­dział w bi­blio­te­ce. Ja­chu po­ma­gał mi w cięż­szych ro­bo­tach. To on przy­niósł na wła­snych ple­cach sta­ry jun­kers, któ­ry jego ro­dzi­ce zdję­li i ku­pi­li nowy, choć tam­ten dzia­łał, że­by­śmy mie­li cie­płą wodę do pra­nia pie­luch. A jak­że, sny o pam­per­sach nie speł­ni­ły mi się w PRL-u. Niósł ten cię­żar jak wiedź­mę z baj­ki na ple­cach. Z Dęb­ca na Kan­ta­ka był ka­wał dro­gi. Sam go za­mon­to­wał! To nie­sa­mo­wi­te, ile my­śmy wte­dy umie­li. Dłu­go nie stać nas było na pral­kę. Wresz­cie moi ro­dzi­ce ku­pi­li nam małą fra­nię. To była wiel­ka ulga! Co za wy­go­da! Jaki kom­fort! Nic dziw­ne­go, że to nas bar­dzo zbli­ży­ło. Ko­mol­ka miał swo­je ży­cie ero­tycz­ne, ja swo­je, ale bli­skość mię­dzy nami przy­po­mi­na­ła mi­łość, może na­wet był to jej szcze­gól­ny ro­dzaj, są­dzę, że praw­dzi­wa przy­jaźń jest ro­dza­jem mi­ło­ści. Ro­zu­mie­li­śmy się, nig­dy nie kłó­ci­li­śmy. Tak­że gdy przy­jeż­dżał do na­sze­go no­we­go dom­ku w sty­lu ba­ra­ko­wym, o któ­rym Jo­nasz mó­wił, że to po­ło­żo­ne pię­tro, cze­ka­li­śmy, aż Mi­rek wyj­dzie na Staw­ki na za­ję­cia, żeby roz­po­cząć dzia­łal­ność rze­mieśl­ni­czą. To było ko­niecz­ne, bo Mi­rek teo­re­ty­zo­wał, oma­wiał, ana­li­zo­wał. My sia­da­li­śmy z kart­ką pa­pie­ru. Ja ry­so­wa­łam, Ja­chu po­pra­wiał tech­nicz­nie, uzgad­nia­li­śmy co i jak, gdzie ma być li­stwa, gdzie pół­ka, jak za­mo­co­wać wie­szak i bra­li­śmy się do ro­bo­ty. W taki spo­sób po­wsta­ły dwie wiel­kie sza­fy wnę­ko­we, ława w kuch­ni przy sto­le prze­ro­bio­nym z kre­ślar­skie­go. Na sa­mym po­cząt­ku, za­nim po­ło­ży­li­śmy mar­mur, bla­tem były drzwi od bie­liź­niar­ki, z wiel­kiej sy­pial­ni mo­ich ro­dzi­ców. Gdzie ona sta­ła na Sien­kie­wi­cza? Może w piw­ni­cy ciot­ki Perzo­wej i tata nie zdo­łał jej po­rą­bać. Było to gru­be lite drew­no. Ro­bi­li­śmy mniej wię­cej co go­dzi­nę, pół­to­rej prze­rwę na her­ba­tę. Ja­chu pił tak­że bar­dzo moc­ną. Moc­niej­szą niż ja. A więc ja pi­łam za­pa­rza­ną, tak jak dziś, za­wsze tra­dy­cyj­nie w czaj­nicz­ku, pięć mi­nut, on za­le­wał wrząt­kiem her­ba­cia­ne li­ście, chy­ba dwie sto­ło­we łyż­ki na ku­bek, pił taki wię­zien­ny czaj. Sia­da­li­śmy w kuch­ni albo na ta­ra­sie, je­śli była po­go­da. On pa­lił pa­pie­ro­sy, trzy pacz­ki dzien­nie. Ja nig­dy nie pa­li­łam. Jed­nak nie prze­szka­dza­ło mi to. Roz­ma­wia­li­śmy le­ni­wie, po­tem znów wra­ca­li­śmy do ro­bo­ty. Dużo było śmie­chu. To były szczę­śli­we dni, szczę­śliw­sze niż mia­ła za­ko­pa­na w pia­sku Bec­ket­tow­ska Win­nie z Wil­lem. To był zwią­zek po­za­mał­żeń­ski, bez łóż­ka, a więc wol­ny od de­mon­stro­wa­nia wła­dzy. Wie­le osób uwa­ża­ło, że Ko­mol­ka jest dziw­ny, że pi­sze i nie pu­bli­ku­je, że dzi­cze­je. O mnie też mó­wio­no, że dzi­wacz­ka, choć ma­sko­wa­łam się le­piej niż Ja­chu, bo za­le­ża­ło mi wte­dy na utrzy­my­wa­niu po­zo­rów nor­mal­no­ści. Nig­dy tak o nim nie my­śla­łam. Prze­ciw­nie, uwa­żam go za naj­bar­dziej nor­mal­ne­go, naj­lep­sze­go czło­wie­ka. Mimo że te­raz jeź­dzi je­dy­nie na Bia­ło­ruś z Wy­drą, tym sa­mym, któ­ry spraw­dzał po­praw­ność li­stu, jaki pi­sa­łam do Cia­ła ni­czy­je­go, i nie wy­jeż­dża da­lej niż do swo­je­go domu w Or­łow­cach, gdzie ma kon­takt je­dy­nie ze star­szą są­siad­ką i jej ko­tem, któ­re­go cza­sa­mi wozi do we­te­ry­na­rza, że cią­gle pi­sze, a nic nie pu­bli­ku­je. Ża­łu­ję, że nie przy­jeż­dża do nas do War­sza­wy, ale ro­zu­miem go. Je­stem pod tym wzglę­dem po­dob­na, nie lu­bię po­dró­ży. Spo­ty­ka­my się w Po­zna­niu, gdy mam tam pro­mo­cję. Sie­dzi­my wte­dy na Kan­ta­ka, w na­szym daw­nym miesz­ka­niu, któ­re mu przy­zna­no po na­szym wy­jeź­dzie, dzię­ki pew­ne­mu for­te­lo­wi. Gra­ni­czy­ło to z cu­dem, wy­ma­ga­ło od nas, szcze­gól­nie od Mir­ka, de­cy­zji w de­li­kat­nej spra­wie. Otóż do­wie­dział się od ko­mi­sa­rza, tak, tak, stan wo­jen­ny robi głę­bo­ki ukłon, że mógł­by je otrzy­mać, gdy­by do­stał „kwit”, któ­ry ja bym pod­pi­sa­ła, że po­zo­sta­wa­li­śmy we wspól­nym go­spo­dar­stwie, jed­nym sło­wem kon­ku­bi­nat. Ko­mol­ka po­wie­dział, że to nie­moż­li­we, że cze­goś ta­kie­go nie może zdo­być, wy­ma­gać, zwłasz­cza od Mir­ka. Sie­dli­śmy w kuch­ni, po­pi­ja­jąc i je­dząc. On pa­lił. A Mi­rek po­wie­dział, że po­win­nam coś ta­kie­go na­pi­sać. Uwa­ża­łam, że to praw­da, prze­cież tyle mi po­ma­gał, przy dziec­ku, gdy było małe, no­sił Waw­rzyn­ka „na ba­ra­na”, przy­niósł jun­kers, na­pra­wiał wszyst­ko, co ze­psu­te. Żar­tu­ję, a jed­nak jest w tym wię­cej niż jed­no ziar­no praw­dy. Po­zo­sta­wa­li­śmy we wspól­nym go­spo­dar­stwie. O łóż­ku nic tam nie było! Ani o współ­ży­ciu, czy­li nie skła­ma­łam. Wła­śnie ten „kwit” do­stał ode mnie w pre­zen­cie Ry­szard Kry­nic­ki, nie­stru­dzo­ny zbie­racz dziw­no­ści. Pew­nie gdzieś go me­li­nu­je do tej pory. Dla­te­go też, gdy przy­jeż­dża­my do Po­zna­nia, czu­je­my się w kuch­ni Ja­cha jak w domu. Sie­dzi­my przy sto­le ku­chen­nym, on po­da­je zupę z so­cze­wi­cy, któ­rą ugo­to­wał, z chle­bem z ma­słem, po­tem pi­je­my her­ba­tę, kie­dyś czę­ściej wód­kę, te­raz wino albo piwo. Wy­da­je mi się, że za­cho­wa­ła się na­wet po­ma­lo­wa­na na ja­skra­wą zie­leń pod­ło­ga, któ­rą ra­zem z Mir­kiem ma­lo­wa­li­śmy. Nie chcia­ło nam się od­na­wiać sta­rych de­sek. Nie mie­li­śmy na to cza­su, więc przy­da­ły się moje umie­jęt­no­ści z Mię­dzy­na­ro­do­wych Tar­gów Po­znań­skich. Ma­lo­wa­li­śmy zgod­nie z lo­gi­ką, od ścia­ny na wprost drzwi aż do sa­mych drzwi. W cią­gu jed­ne­go dnia. Waw­rzyń­ca nie było jesz­cze na świe­cie. Ja by­łam w cią­ży. Zo­sta­wi­li­śmy na noc otwar­te okna, skoń­czy­li­śmy, za­mknę­li­śmy drzwi i po­szli­śmy spać do mo­ich ro­dzi­ców na Sien­kie­wi­cza.

Ja­chu Ko­mol­ka.

Po­tem, gdy od­da­łam Wi­zjer, w cią­gu jed­ne­go roku, na jed­nym od­de­chu, na­pi­sa­łam Wió­ry; taki spo­sób pi­sa­nia nig­dy się nie po­wtó­rzył, to zda­rzy­ło się tyl­ko raz w kli­ma­cie po­dwór­ko­wym. Są­dzę, że ob­ja­wi­ła się tę­sk­no­ta za daw­nym ży­ciem w Po­zna­niu, po prze­pro­wadz­ce do War­sza­wy, bo przez pierw­szych kil­ka lat nie mo­głam się przy­zwy­cza­ić do no­we­go miej­sca, za­leż­no­ści od Ma­ru­si, bra­ku wol­no­ści, przy­ja­ciół, mo­ich ro­dzi­ców. Jeź­dzi­li­śmy do domu co mie­siąc. Cią­gle miesz­ka­nie na Kan­ta­ka było na­sze. Dla mnie to była uciecz­ka. Uciecz­ką było pi­sa­nie o po­znań­skim po­dwór­ku. Dzia­ła­ły zmy­sły, słuch, węch, wzrok, gdy za­my­ka­łam oczy, za­czy­na­łam wi­dzieć mo­kre po desz­czu po­dwór­ko, i nas sie­dzą­cych na scho­dach pod dzie­wiąt­ką.

Wresz­cie przy­szedł czas na le­ża­ku­ją­cy spo­koj­nie w piw­ni­cy po­my­słów Pa­wi­lon ma­łych dra­pież­ców.

Au­to­bio­gra­fia nie jest po­wie­ścią i dla­te­go tak trud­no zde­cy­do­wać się na pierw­sze zda­nie. Na po­czą­tek po­cząt­ku. Wiem, że będę jed­no­cze­śnie au­tor­ką, nar­ra­tor­ką i bo­ha­ter­ką tej książ­ki, po­śród wie­lu in­nych, rów­nie waż­nych, a na­wet waż­niej­szych bo­ha­te­rów. Czę­sto zda­rza się, że au­tor po­wie­ści jest nar­ra­to­rem, bywa rów­nież w pew­nym stop­niu bo­ha­te­rem, uży­cza bo­wiem wie­lu swo­ich cech wy­kom­bi­no­wa­nym po­sta­ciom. Zwy­kle jed­nak uda­je, że wy­my­śla cały ten świat, a wia­do­mo, że ścią­ga ile się da. W mo­jej au­to­bio­gra­fii jed­ność imien­nej trój­cy nie­świę­tej jest ja­sna, uza­sad­nio­na i uspra­wie­dli­wio­na. Kry­sty­na Ko­fta jest au­tor­ką, bo pod tym, na­by­tym przez mał­żeń­stwo na­zwi­skiem, za­de­biu­to­wa­łam. Bo­gu­mi­ła We­gner to bo­ha­ter­ka, któ­ra wy­stę­pu­je pod tym na­zwi­skiem w kil­ku po­wie­ściach. Ka­zi­mie­ra jest głę­bo­ko skry­wa­nym, ta­jem­ni­czym ego. Tej rzeź­by na ra­zie nie będę od­sła­niać, choć dra­pe­ria zo­sta­ła uszy­ta z lek­kie­go mu­śli­nu, a więc spo­ro moż­na od­czy­tać. Skąd wzię­ły się moje trzy imio­na oraz dwa na­zwi­ska, opo­wiem już wkrót­ce. W au­to­bio­gra­fii moż­na grać w otwar­te kar­ty, nie trze­ba cho­wać się za ple­ca­mi bo­ha­te­rów, by wło­żyć im w usta swo­je prze­ko­na­nia.

Trzy moje byty ni­cze­go więc nie mu­szą uda­wać – każ­de ogni­wo trój­cy zna swo­je miej­sce. Trój­ca to zgod­nie z de­fi­ni­cją trzy róż­no­ra­kie isto­ty, nie­spro­wa­dza­ją­ce się do jed­nej re­al­no­ści. Sa­mo­trzeć będą prze­bi­jać się przez Po­cząt­ki, bo uwa­ża­my, że wszyst­ko, co waż­ne, jest po­cząt­kiem. Uży­ta w tym przy­pad­ku licz­ba mno­ga, plu­ra­lis ma­ie­sta­tis, nie ozna­cza uzur­pa­cji czy rze­czy­wi­ste­go ma­je­sta­tu wła­dzy, a je­dy­nie ab­so­lut­ną wła­dzę pi­sar­ki nad pi­sa­nym tek­stem.

Na początku było słowo

Na po­cząt­ku było sło­wo. Ja­kie? Po pro­stu sło­wo. Na po­cząt­ku pi­sa­nia za­wsze jest pierw­sze sło­wo. Trze­ba do­brze się za­sta­no­wić ja­kie. Cza­sa­mi ma się ocho­tę roz­po­cząć od prze­kleń­stwa. Od tego sło­wa za­le­ży pierw­sze zda­nie, a z pierw­sze­go zda­nia po­win­ny wy­ni­kać na­stęp­ne. W taki spo­sób po­wie­ścio­wy szkie­let przy­oble­ka się cia­łem. Z tego ro­dzi się po­wie­ścio­wy świat.

W au­to­bio­gra­fii ten świat już ist­nie­je, wła­sna i cu­dza prze­ży­ta prze­szłość, jak idea pla­toń­ska wisi gdzieś w astra­lu, na­le­ży ją tyl­ko umie­jęt­nie ścią­gnąć. Się­gnąć po nią, jak po doj­rza­łą grusz­kę w ogro­dzie bab­ki Scho­ener, tak zdej­mo­wa­ło się je tak­że w ogro­dzie Be­re­zow­skich, z małą Ma­ryl­ką i Oleń­ką. My nie dys­po­nu­je­my ta­kim na­rzę­dziem na dłu­gim kiju, za­koń­czo­nym ha­kiem i ku­beł­kiem. Zry­wa­my je z dra­bi­ny. Jak de­li­kat­nie ukła­da­ło się te grusz­ki w sze­ro­kim ko­szu! Żyje zmar­ła daw­no temu bab­ka, żyją umar­li ro­dzi­ce. Trze­ba ich tyl­ko ostroż­nie wy­do­być z pa­mię­ci, ro­dzi­ce nie są po­kry­ci py­łem, co­dzien­nie dmu­cham czu­le na te fi­gur­ki. In­nych krew­nych po­kry­wa gru­ba war­stwa, tych mu­szę te­raz od­ku­rzyć. Nie­któ­rzy na­wet żyją jesz­cze, a zo­sta­li za­po­mnia­ni, inni ode­szli daw­no, daw­no temu, a cią­gle się po­ja­wia­ją. Au­to­bio­gra­fia to stwa­rza­nie, albo przy­wra­ca­nie świa­ta prze­szło­ści, już raz stwo­rzo­ne­go. Czas te­raź­niej­szy i prze­szły sza­le­ją we wspól­nym tań­cu. W jed­nej pa­rze.

Za­sta­na­wiam się, czy ist­nie­je punkt wyj­ścia, z któ­re­go moż­na wia­ry­god­nie roz­po­cząć hi­sto­rię ro­dzi­ny Gał­dyń­skich i Scho­ene­rów, a tak­że Ko­ftów, do któ­rych do­łą­czy­łam po­przez za­mąż­pój­ście.

Pi­sar­ka Kry­sty­na Ko­fta, mę­żat­ka od wie­lu, wie­lu lat, przy­zwy­cza­jo­na do swo­je­go-nie swo­je­go, bo mę­żow­skie­go na­zwi­ska, opo­wia­da o Bo­gu­mi­le Ka­zi­mie­rze Kry­sty­nie Gał­dyń­skiej, dziew­czyn­ce, dziew­czy­nie oraz nie­za­męż­nej ko­bie­cie, jaką była wcze­śniej. Opo­wia­da o lu­dziach, któ­rych spo­tka­ła, o tym, co jej się przy­tra­fi­ło w po­cząt­kach wszyst­kie­go.

Po­dob­ny chwyt za­sto­so­wał w swej au­to­bio­gra­fii Sal­man Ru­sh­die. Gdy usły­szał sło­wo „fa­twa”, któ­re tym ra­zem od­no­si­ło się do nie­go, po­my­ślał: „Już nie żyję!”. Za­te­le­fo­no­wa­ła do nie­go dzien­ni­kar­ka BBC, któ­ra prze­ka­za­ła mu tę wieść. Zo­stał za­ocz­nie ska­za­ny na śmierć przez Cho­me­inie­go, a wier­ni mie­li obo­wią­zek na nie­go za­po­lo­wać. Na­tych­miast przy­dzie­lo­no mu ob­sta­wę, a bry­tyj­ska po­li­cja za­le­ci­ła mu przy­bra­nie in­ne­go na­zwi­ska. Tym „po­li­cyj­nym na­zwi­skiem” mie­li się po­słu­gi­wać funk­cjo­na­riu­sze w kon­tak­tach mię­dzy sobą. Mu­sie­li wie­dzieć, gdzie się ak­tu­al­nie znaj­du­je, do­kąd go prze­wo­żą. Na okład­ce au­to­bio­gra­fii na­zwi­sko au­to­ra, czy­li Sal­ma­na Ru­sh­die­go, wid­nie­je u góry, ra­zem z umiesz­czo­nym u dołu przy­bra­nym imie­niem i na­zwi­skiem Jo­seph An­ton. Mu­siał się szyb­ko zde­cy­do­wać, ja­kie imię i na­zwi­sko chce przy­brać. A więc, jak to pi­sarz, po­my­ślał o swo­ich dwóch ulu­bio­nych au­to­rach – ido­lach, Con­ra­dzie i Cze­cho­wie. Po­łą­czył ich imio­na. Ukry­wał się i chy­ba do­tąd się ukry­wa, bo wy­rok wciąż obo­wią­zu­je, choć to mu nie prze­szka­dza w by­ciu świa­to­wym ce­le­bry­tą.

Ja też je­stem ska­za­na na śmierć, co praw­da nie­pra­wo­moc­nym wy­ro­kiem, wiem jed­nak, że nie po­mo­że mi żad­na po­li­cja, żad­na ochro­na, wy­rok zo­sta­nie bez­dusz­nie wy­ko­na­ny. Tak jak w Pro­ce­sie Fran­za Kaf­ki, pi­sa­rza, któ­ry wy­wie­rał na mnie kie­dyś zbyt wiel­ki wpływ. Zwłasz­cza jego dzien­nik. Gdy­bym ja mia­ła z cu­dzych imion zro­bić so­bie na­zwi­sko, by­ły­by to Franz i Sa­mu­el, czy­li imię Kaf­ki i mo­je­go póź­niej­sze­go ido­la Bec­ket­ta. A więc Fran­cisz­ka Sa­mu­el albo Sa­mu­ela Franz, brzmi nie­źle. Jed­nak moje roz­dzie­le­nie na Kry­sty­nę Bo­gu­mi­łę Gał­dyń­ską i Kry­sty­nę Ko­ftę ma moc­niej­sze, bar­dziej na­tu­ral­ne, choć nie tak dra­ma­tycz­ne pod­sta­wy. Ru­sh­die zna­lazł się w sy­tu­acji Jó­ze­fa K. z Pro­ce­su. Po­wie­dzia­no mu o tym, że jest win­ny. Nie bez po­wo­du uży­łam for­my „Po­wie­dzia­no mu” – to zwrot iście Kaf­kow­ski, ofi­cjal­ny, urzę­do­wo brzmią­cy, bez­oso­bo­wy. Za­koń­cze­nie Pro­ce­su prze­ra­zi­ło mnie. Dwóch męż­czyzn przy­szło do Jó­ze­fa K., by wy­ko­nać wy­rok, mimo że ska­za­ny nie wi­dział sę­dzie­go, nie było pro­ce­su. Mie­li ze sobą nóż rzeź­nic­ki, któ­re­go ostrze bły­ska­ło w słoń­cu, po­da­wa­li go so­bie. Ukła­da­li bied­ne­go Jó­ze­fa K. na róż­ne spo­so­by, a on się nie bro­nił, my­ślał na­wet, że po­wi­nien wy­rwać im ten nóż i prze­bić się nim, ale tego nie zro­bił, roz­glą­dał się, cze­kał. Może na ra­tu­nek. Wi­dział na­wet ko­goś w oknie, jed­nak ra­tu­nek nie nad­szedł. W koń­cu je­den z tych fa­ce­tów we­pchnął mu nóż w ser­ce i dwa razy ob­ró­cił.

Wy­da­wa­ło mi się, że wszyst­ko do­brze pa­mię­tam, jed­nak spraw­dzi­łam w tek­ście, pa­mięć mnie za­wio­dła. Je­den z tych pa­nów pod­niósł nóż i „ba­dał go w świe­tle księ­ży­ca”. Może za­pa­mię­ta­łam słoń­ce, bo w ja­sny dzień ob­raz tej kaź­ni był­by jesz­cze gor­szy? Jest ktoś, kto wbi­ja nam nóż w ser­ce. Kim jest? To za­le­ży od tego, w co się wie­rzy. Do­bry Bóg, na­tu­ra, nie do koń­ca uda­na ewo­lu­cja da­ją­ca świa­do­mość, ale nie­eli­mi­nu­ją­ca śmier­ci. Wy­rwa­nie noża i za­da­nie so­bie cio­su jest ak­tem sa­mo­bój­czej, de­spe­rac­kiej od­wa­gi, albo też czy­ste­go wy­ra­cho­wa­nia, pró­bą za­cho­wa­nia god­no­ści i twa­rzy.

Mnie do tej pory „nie po­wie­dzia­no” wprost ni­cze­go ta­kie­go, choć po­ja­wi­li się lu­dzie z no­ża­mi, po­wiedz­my, że i z la­se­ra­mi. Chi­rur­dzy. Ura­to­wa­li mi ży­cie. Uda­ło się od­wlec mo­ment ob­ró­ce­nia noża w ser­cu, co de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czy­ło­by spra­wę. Tak więc je­dy­nie „dano mi do zro­zu­mie­nia”, przy­po­mnia­no o kon­dy­cji ludz­kiej. Raz było to w maju 2002 roku w Cen­trum On­ko­lo­gii.

– Ma pani raka – po­wie­dzia­ła pani dok­tor po biop­sji prze­pro­wa­dzo­nej gru­bą igłą.

– Czy on jest zło­śli­wy? – spy­ta­łam sła­bym gło­sem.

– Każ­dy rak jest zło­śli­wy – od­po­wie­dzia­ła pani dok­tor.

Dru­gi raz, w maju 2010 roku, do­wie­dzia­łam się, że „jest tam coś, co bar­dzo nie­do­brze wy­glą­da”.

– Czy to prze­rzut? – za­py­ta­łam przy­tom­nie.

– Na szczę­ście nie, a dzie­ci już i tak pani nie bę­dzie mia­ła, to się na nic nie przy­da, trze­ba wy­ciąć.

– No to tnij­my! – po­wie­dzia­łam zre­zy­gno­wa­na.

Po po­kro­je­niu, wy­cię­ciu, po­zszy­wa­niu, dwa razy uda­ło mi się uciec. Co praw­da by­łam nie­kom­plet­na, lecz żywa. Zbie­głam spod noża i bar­dzo so­bie to chwa­lę.

Te­raz sta­ję twa­rzą w twarz z ze­ga­rem. A za chwi­lę twa­rzą w twarz z lu­strem. Sta­ram się do­ciec, kie­dy to nie­śmier­tel­ne dziec­ko uro­dzo­ne przy ul. Wiel­kiej w Po­zna­niu zmie­ni­ło się w śmier­tel­ną ko­bie­tę, tak jak w jed­nej z tych po­nu­rych gier kom­pu­te­ro­wych albo w fil­mie SF. Trans­for­ma­cja bywa punk­tem zwrot­nym ak­cji pod wa­run­kiem, że się ją za­uwa­ża. Gdy co­dzien­nie się prze­glą­dam, nie wi­dzę zmian. Cią­głość toż­sa­mo­ści po­zo­sta­je nie­na­ru­szo­na. Tyl­ko fo­to­gra­fie są do­wo­dem zmian, po któ­rych toż­sa­mość może zo­stać po­kie­re­szo­wa­na. Tak się szczę­śli­wie skła­da, że ją­dro mo­jej toż­sa­mo­ści jest twar­de, sil­niej­sze niż czas. Nie bia­do­lę nad utra­tą mło­do­ści, bo waż­niej­sze są dla mnie świa­do­mość, pa­mięć i pi­sa­nie, zmarszcz­ki nie prze­szka­dza­ją.

Wsta­ję od biur­ka, idę do du­że­go po­ko­ju, otwie­ram szu­fla­dę wie­deń­skiej se­kre­te­ry; to ten sam my­śliw­ski se­kre­ta­rzyk, z pła­sko­rzeź­bą sar­ny i je­le­nia w gór­nych szaf­kach, któ­ry opi­sy­wa­łam już w Wió­rach. Otwie­ram środ­ko­wą, naj­szer­szą szu­fla­dę, krót­szą od dwóch bocz­nych, bo z tyłu jest scho­wek. Nig­dy tam nic nie cho­wa­łam, nie mia­łam nic aż tak war­to­ścio­we­go. Tref­ne ma­te­ria­ły z cza­sów So­li­dar­no­ści za­ko­pa­łam w ogród­ku. W szu­fla­dzie są set­ki fo­to­gra­fii. Wy­rzu­cam wszyst­kie na stół. Więk­szość jest póź­nych, tych z domu, sta­rych jest nie­wie­le. Nie ma al­bu­mu, tyl­ko to, co z nie­go wy­pa­dło, albo co za­bra­łam bez py­ta­nia o zgo­dę. Na drew­nia­nym dnie opróż­nio­nej szu­fla­dy po­ka­zu­je się wiel­ka atra­men­to­wa pla­ma. Po­cho­dzi chy­ba z koń­ca XIX wie­ku i przy­po­mi­na ja­kiś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny do­tąd kon­ty­nent. Ten me­bel to po­zo­sta­łość po pani Kaź­mier­cza­ko­wej z Sien­kie­wi­cza, spod dzie­wiąt­ki. A może po jej mężu, bo to mę­ska, my­śliw­ska se­kre­te­ra. Może roz­tar­gnio­ny mąż za­po­mniał za­kor­ko­wać ka­ła­marz albo nie­do­kład­nie za­krę­cił bu­te­lecz­kę atra­men­tu. Nie wiem na­wet, czy Sta­ra Pani Czło­wie­ku mia­ła męża, czy uro­dzi­ła dzie­ci. Miesz­ka­ły we dwie z sio­strą, wy­glą­da­ły na rów­no­lat­ki. Sa­mot­ne. Za­si­la­ły sze­re­gi osa­mot­nio­nych ko­biet, ży­ją­cych po dwie, po trzy, sióstr, krew­nych, ma­tek i có­rek osie­ro­co­nych przez woj­nę. Gra­na­to­wy atra­ment wsiąkł głę­bo­ko w wy­su­szo­ne drew­no. Jest w nim pa­mięć, go­to­wa, by oży­wić wła­ści­ciel­kę se­kre­te­ry i jej sio­strę.

– Chodź, dziec­ko, na­włó­czysz mi igłę! – woła mnie z bal­ko­nu, a ja bie­gnę, żeby prze­wlec nit­kę przez małe ucho igiel­ne. Mię­dzy in­ny­mi za to do­sta­łam biur­ko, za go­to­wość do po­mo­cy. Lu­bi­łam te star­sze pa­nie, choć po­moc nie była cał­kiem bez­in­te­re­sow­na, za­wsze do­sta­wa­ło się coś do­bre­go. Kon­fi­tu­rę ze smo­ro­di­ny, jak sio­stry na­zy­wa­ły czar­ną po­rzecz­kę, a my na po­dwór­ku mó­wi­li­śmy, że to smro­dy­le. Gę­ste krze­wy two­rzy­ły ży­wo­płot wo­kół warsz­ta­tu sa­mo­cho­do­we­go Wuja, od stro­ny Asny­ka. Na­sze okno wy­cho­dzi­ło na ten plac.

Mój oj­ciec do swo­je­go przed­wo­jen­ne­go pe­li­ka­na, pió­ra, któ­re leży te­raz na moim biur­ku, uży­wał zie­lo­ne­go atra­men­tu fir­my Pe­li­kan. Nie wiem, gdzie go ku­po­wał w PRL-u, pew­nie „pod ręką”, jak się wów­czas mó­wi­ło. Tak jak wę­giel, z któ­rym „pry­wat­na ini­cja­ty­wa” mia­ła za­wsze kło­po­ty. Mat­ka, naj­czyst­sza ko­bie­ta na świe­cie, pró­bo­wa­ła pla­mę w szu­fla­dzie wy­szo­ro­wać. Nie uda­ło się, atra­ment wżarł się w drew­no, zwią­zał się z nim na za­wsze. Wat­ką na pa­tycz­ku, słu­żą­cą zwy­kle do czysz­cze­nia uszu, po­bie­ram DNA in­kau­stu, tak w kry­mi­nal­nych se­ria­lach po­bie­ra się krew albo inne wy­dzie­li­ny do ba­dań. Mam zna­jo­me­go che­mi­ka, mo­gła­bym dać mu to do zba­da­nia, usta­lił­by, jaki to typ atra­men­tu, z ja­kiej po­cho­dzi epo­ki. Nie zro­bię tego. Gdy do­sta­łam ten me­bel od Sta­rej Pani Czło­wie­ku, jak na­zwa­łam ją w Wió­rach, pla­ma już tam była.

Pa­trzę na ekran, na któ­rym wi­dzę ty­tuł Po­czą­tek wszyst­kie­go. Pierw­sze dni, ty­go­dnie i mie­sią­ce miesz­ka­nia w no­wym miej­scu, czy­li w tym wła­śnie domu, w któ­rym te­raz je­stem. Na­szym pierw­szym wła­snym domu, na któ­ry cze­ka­li­śmy osiem i pół roku. Po­cząt­ki ogro­du, sa­dze­nie ro­ślin, rów­no­cze­sne ukła­da­nie pod­łóg. Część mo­zai­ki po­da­ro­wał nam Jo­nasz, bo zo­sta­ło mu tro­chę po wy­po­sa­że­niu dom­ku na Be­mo­wie, a nam nie star­czy­ło pie­nię­dzy na ca­łość pod­ło­gi. Jego klep­ka była lep­sza, moc­niej­sza, bo droż­sza, ku­pio­na wcze­śniej, przed sta­nem wo­jen­nym, bo też Jo­nasz, jako wzię­ty tek­ściarz, miał wię­cej pie­nię­dzy. Mój po­kój jest ostat­nim, w któ­rym nie wy­mie­nio­no sta­rej mo­zai­ki dę­bo­wej, tak jak we wszyst­kich in­nych po­miesz­cze­niach, na ład­ną, spo­koj­ną te­ra­ko­tę, mimo że drew­no po­ry­so­wał swo­imi zę­bi­ska­mi smok cza­su. Naj­bar­dziej po­do­ba mi się pod­nisz­czo­ne nie­tknię­te cy­kli­no­wa­niem i la­kie­rem drew­no. Gdy pod­ło­gę w moim po­ko­ju zmy­wa się wodą, za­pa­chem tro­chę przy­po­mi­na par­kiet, jaki moi ro­dzi­ce mie­li w miesz­ka­niu na ul. Sien­kie­wi­cza w Po­zna­niu. Tam­ten był bar­dzo gru­by, szo­ro­wa­ny i pa­sto­wa­ny, a może na­wet wo­sko­wa­ny. Cho­dzi o to, że z pa­skud­nej mo­zai­ki zszedł na­resz­cie obrzy­dli­wy la­kier, i wyj­rza­ła spod nie­go drew­nia­na praw­da. Zresz­tą przy­czy­na jest tak­że inna, znacz­nie prost­sza, nie wy­obra­żam so­bie usu­nię­cia przy­krę­co­nych do ścian re­ga­łów, zdej­mo­wa­nia z nich ty­się­cy ksią­żek, ukła­da­nia wszyst­kie­go na nowo.

Pew­nie moż­na by się po­zbyć ni­ko­mu nie­po­trzeb­nych to­mów, do któ­rych nig­dy nie za­glą­dam. Ro­bię prze­gląd przy­najm­niej dwa razy do roku, wio­sną i je­sie­nią, usu­wam spo­ro ksią­żek, żeby zro­bić miej­sce no­wym. Nig­dy ich nie wy­rzu­cam na ma­ku­la­tu­rę. Od­da­ję tym, któ­rzy chcą, część do bi­blio­te­ki, spo­ro od­da­wa­łam zna­jo­me­mu an­ty­kwa­riu­szo­wi. Z ini­cja­ty­wy Ama­zo­nek po­wsta­ła bi­blio­te­ka w Cen­trum On­ko­lo­gii, przyj­mu­ją każ­dą ilość! Tam się czy­ta! Cho­rzy le­żą­cy dużo czy­ta­ją. Tak jak więź­nio­wie. A u mnie na pół­kach umie­ra­ją nig­dy nie­czy­ta­ne sło­wa. Do­oko­ła, jako się rze­kło, mury z ksią­żek. Wnę­trze „ga­bi­ne­tu” pi­sar­ki. W cu­dzy­sło­wie, bo nig­dy tak nie mó­wię, ta po­waż­na na­zwa jest za­re­zer­wo­wa­na dla po­ko­ju Mir­ka, bądź co bądź, pro­fe­so­ra. Pro­fe­so­ro­wie mają ga­bi­ne­ty, pi­sa­rze tak­że. Pi­sar­ki co naj­wy­żej, jak Vir­gi­nia Wo­olf, mają wła­sny po­kój. Wnę­trze mo­je­go po­ko­ju jest co­kol­wiek klau­stro­fo­bicz­ne, jed­nak tak się skła­da, że wła­śnie tu, za­mu­ro­wa­na po­śród czte­rech książ­ko­wych ścian, czu­ję się bez­piecz­nie. Może to złud­ne prze­ko­na­nie, że we wnę­trzu, w któ­rym jest dużo ksią­żek, nie może spo­tkać mnie nic złe­go. Tu­taj nig­dy nie od­czu­wam klau­stro­fo­bii, któ­ra tro­chę mi utrud­nia nor­mal­ne ży­cie.

Początek klaustrofobii

Klau­stro­fo­bii na­ba­wi­łam się na­gle, wie­le lat temu, pew­ne­go let­nie­go dnia. W War­sza­wie w róż­nych ki­nach od­by­wa­ły się Kon­fron­ta­cje. Bie­głam na film ze swo­im mło­dym zna­jo­mym, na­zy­wa­nym przez nie­któ­rych przy­ja­ciół Mię­śnia­kiem albo Osił­kiem, ze wzglę­du na wy­so­ki wzrost i mu­sku­lar­ną bu­do­wę. Cho­dzi­li­śmy wów­czas na fil­my spro­wa­dza­ne z ca­łe­go świa­ta, któ­rych wcze­śniej nie po­ka­zy­wa­no w ki­nach. Lu­dzie go­dzi­na­mi sta­li po kar­ne­ty, chy­ba że ktoś miał doj­ście. Mi­rek nie­kie­dy cho­dził z nami, ale zwy­kle był za­ję­ty pi­sa­niem „pej­pe­rów”. Być może mo­gła­bym za­ła­twić bi­le­ty przez róż­nych zna­jo­mych fil­mow­ców, jed­nak nie chcia­łam z tego ko­rzy­stać, tak więc osi­łek stał w ko­lej­ce. Kon­fron­ta­cje były jed­nym z wen­ty­li bez­pie­czeń­stwa, któ­re w cza­sach ko­mu­ny po­zwa­la­ły in­te­li­gen­tom swo­bod­niej od­dy­chać. Mia­ły też usy­piać na­szą czuj­ność, chę­ci do wal­ki, o ile w ogó­le ktoś wów­czas wie­rzył, że zrzu­ce­nie so­cja­li­stycz­ne­go mun­dur­ka jest moż­li­we. Mój oj­ciec uwa­żał, że miną trzy po­ko­le­nia, za­nim na­dej­dzie wol­ność. Sta­ło się to znacz­nie szyb­ciej, szko­da, że tego nie do­żył. Miesz­ka­jąc jesz­cze w Ber­li­nie, prze­żył od­zy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści w 1918 roku. Tego mu za­zdro­ści­łam, wol­no­ści po la­tach nie­by­tu, to wię­cej niż na­sza, so­li­dar­no­ścio­wa nie­pod­le­głość. Dzia­dek Fran­ci­szek był w eu­fo­rii, ale tata mó­wił, że dla nie­go ta nowa Pol­ska była wiel­ką, pro­win­cjo­nal­ną nie­wia­do­mą, po­wrót wca­le go nie ucie­szył, choć mó­wił, że w Ber­li­nie wśród Po­la­ków pa­no­wa­ła eu­fo­ria, że mają wresz­cie wła­sne pań­stwo. W PRL-u wła­dza, pa­cy­fi­ku­jąc po­mru­ki nie­za­do­wo­le­nia, da­wa­ła nam po­czu­cie, że nie jest aż tak źle, sko­ro mo­że­my oglą­dać te same ob­ra­zy, ja­kie po­ka­zu­ją za że­la­zną kur­ty­ną. Śpie­szy­li­śmy się więc do kina, by­li­śmy już spóź­nie­ni. Nie­bo wi­sia­ło ni­sko, wy­da­wa­ło się, że wy­star­czy wy­cią­gnąć rękę, by go do­tknąć, ob­le­pia­ło nas cięż­kie po­wie­trze, la­ta­ją­ce nie­spo­koj­nie pta­ki za­po­wia­da­ły bu­rzę. Wpa­dli­śmy do ciem­nej sali ki­no­wej, po omac­ku do­tar­li­śmy do na­szych miejsc. Po ekra­nie snu­li się pięk­ni mło­dzień­cy, to był chy­ba film Pa­so­li­nie­go, może Me­dea? Nie­śli gli­nia­ne czy ka­mien­ne na­czy­nia z ge­ni­ta­lia­mi, któ­re, jak mi się wy­da­je, mie­li za­sa­dzić pod drze­wem. Nie pa­mię­tam, co było da­lej, bo ekran na­gle się roz­sze­rzył, za­ja­śniał, i oba te świa­ty, ja­sny, wir­tu­al­ny z fil­mu i re­al­ny z ciem­nej ki­no­wej sali, za­wi­ro­wa­ły jed­no­cze­śnie. Wte­dy osu­nę­łam się na ra­mię mo­je­go ko­le­gi, choć nie ze­mdla­łam, mia­łam świa­do­mość tego, co się dzie­je, jed­nak nie by­łam w sta­nie siąść pro­sto, czu­łam bez­wład w ca­łym cie­le. Mój to­wa­rzysz, mło­dy i sil­ny, wziął mnie na ręce i wy­niósł z kina. Trzy­mał mnie w ob­ję­ciach, gdy sie­dli­śmy na mur­ku, a ze wszyst­kich stron ota­cza­ły nas bły­ska­wi­ce i grzmo­ty, bły­ska­ło się tak, jak­by ar­mia ko­smicz­nych fo­to­gra­fów uży­wa­ła fle­szy do pstry­ka­nia zdjęć ostat­nim lu­dziom, któ­rzy po­zo­sta­li na Zie­mi. Mia­sto było pu­ste, ni­ko­go na uli­cy. Jak do­tąd nie spa­dła na nas ani jed­na kro­pla desz­czu. Po paru mi­nu­tach po­czu­łam się cał­kiem do­brze, wró­ci­li­śmy na se­ans. Nie­ste­ty, hi­sto­ria się po­wtó­rzy­ła. Wi­ro­wa­nie we mnie było jesz­cze sil­niej­sze.

Od tam­tej pory, ile­kroć pró­bo­wa­łam zo­ba­czyć ja­kiś film lub sztu­kę, za­czy­na­łam czuć dusz­no­ści, drże­nie, sła­błam z lęku, mu­sia­łam na mięk­kich no­gach wy­cho­dzić na ze­wnątrz. Nie­któ­rzy są­dzą, że w ten spo­sób wy­mi­gu­ję się od oglą­da­nia efek­tów pra­cy przy­ja­ciół i zna­jo­mych, żeby nie mu­sieć wy­sia­dy­wać w te­atrze czy ki­nie, oce­niać i chwa­lić. Lu­dzie mają skłon­ność, by upa­try­wać we wszyst­kim uda­wa­nie. We­dług nich nie ist­nie­je nic, cze­go sami nie do­świad­czy­li. Dla­te­go cho­dze­nie do fil­har­mo­nii ucho­dzi za sno­bizm, bo pro­sta­kom wy­da­je się, że je­śli sami nie wy­trzy­mu­ją kon­cer­tu mu­zy­ki kla­sycz­nej, to nikt tego nie lubi. De­pre­sja czę­sto jest na­zy­wa­na ka­pry­sem i fo­cha­mi. Naj­le­piej nie zdra­dzać się ze swo­imi od­chy­le­nia­mi od prze­cięt­no­ści. Trzy­mać w ta­jem­ni­cy man­ka­men­ty psy­chicz­ne. Dłu­go tak wła­śnie ro­bi­łam, uda­jąc, że nie boję się win­dy, że nie mam klau­stro­fo­bii, nie wiem, co to de­pre­sja. Po­ka­zy­wa­łam się lu­dziom tyl­ko wte­dy, gdy wy­glą­da­łam i czu­łam się do­brze.

Wresz­cie fał­szo­wa­nie sie­bie sa­mej sta­ło się mę­czą­ce i za­czę­łam gło­śno o tym mó­wić. W koń­cu pi­sar­ka może mieć wa­riac­kie pa­pie­ry, a ja nie mia­łam eta­tu, nikt nie mógł wy­wa­lić mnie z ro­bo­ty. W tam­tym okre­sie przy­ję­to do Ate­neum moją sztu­kę Pę­po­wi­na. Gra­no ją w ma­łej sali; rzę­dy fo­te­li od­dzie­la­ła wą­ska prze­strzeń, le­d­wo moż­na się było prze­ci­snąć. Po­sa­dzo­no mnie po­mię­dzy zna­ko­mi­to­ścia­mi te­atru, Ho­lo­ub­kiem, Ła­pic­kim, Mają Ko­mo­row­ską. Ukrad­kiem ły­ka­łam va­li­dol, żeby ja­koś prze­trzy­mać pół­to­rej go­dzi­ny bez prze­rwy, ciar­ki la­ta­ły mi po ple­cach, nie tyl­ko z po­wo­du klau­stro­fo­bii. Wstrzą­sa­ły mną we­wnętrz­ne dresz­cze wsty­du, że ja­cyś lu­dzie wy­krzy­ku­ją ze sce­ny moje sło­wa, krzy­czą, gdy ja chcia­łam w tym miej­scu usły­szeć ci­szę, a mio­ta­ją się tam, gdzie po­wi­nien być spo­kój. To przy­pra­wia­ło mnie na zmia­nę o ner­wo­wy chi­chot i roz­pacz­li­wy dy­got. Re­ży­ser miał wi­zję, a ja cier­pia­łam, choć tym ra­zem nie tyl­ko z po­wo­du klau­stro­fo­bii.

In­ter­pre­ta­cja bywa dla mnie trud­na do przy­ję­cia. Na­wet gdy ak­tor­ka pod­czas pro­mo­cji czy­ta tekst mo­jej po­wie­ści, kulę się w so­bie. Dla­te­go dość czę­sto czy­tam sama. Lu­bię słu­chać po­etów mó­wią­cych albo czy­ta­ją­cych swo­je wier­sze. Do­brze czy­tał Bia­ło­szew­ski, nad­zwy­czaj­ny jest Ró­że­wicz. Do­brze czy­ta tak­że Ju­lia Har­twig. Ak­tor­skie pau­zy, ma­nie­rycz­ne za­wie­sza­nie gło­su, od­gry­wa­nie i ogry­wa­nie po­etyc­kie­go czy dra­ma­tur­gicz­ne­go ję­zy­ka czę­sto bywa ma­sa­kro­wa­niem sztu­ki i wier­sza.

Początek Pępowiny

Tak się nie­szczę­śli­wie zło­ży­ło, że Pę­po­wi­nę wzię­to na be­ne­fis Han­ny Skar­żan­ki. Po­win­ni dać jej do za­gra­nia Wi­zy­tę star­szej pani alboDrze­wa umie­ra­ją sto­jąc, coś w tym gu­ście, a nie de­biut sce­nicz­ny pi­sar­ki. Sztu­ka uka­za­ła się w „Dia­lo­gu” w 1990, spodo­ba­ła się kil­ku oso­bom, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do jej re­ali­za­cji już w 1991 roku. Od po­cząt­ku mia­łam wra­że­nie, że Han­na nie chce grać sta­rej mat­ki, któ­ra leży w łóż­ku i po­pi­ja­jąc na­lew­kę, wspo­mi­na daw­ną wę­drów­kę z ma­łym dziec­kiem, uciecz­kę przed wo­jen­nym po­to­pem, z któ­re­go oca­li­ła syna. Te lata spo­wo­do­wa­ły, że nie­prze­cię­ta pę­po­wi­na za­cie­śni­ła się w pę­tlę na jej wła­snej szyi i szyi do­ro­słe­go już Le­ona. Wy­da­je mi się, że ów­cze­sny dy­rek­tor Ate­neum Ja­nusz War­miń­ski, któ­ry uwa­żał sztu­kę za bar­dzo do­brą, zmu­sił Skar­żan­kę, żeby wzię­ła ją na be­ne­fis. Gdy we­szłam do dy­rek­tor­skie­go ga­bi­ne­tu, za­pro­szo­na na roz­mo­wę, przy­glą­dał mi się dłu­go, wska­zał krze­sło, wresz­cie po­wie­dział: „Jest pani bar­dzo po­dob­na do mo­jej żony”. Nie wie­dzia­łam, kto jest jego żoną. Ża­ło­wał, że żona nie za­gra głów­nej roli. Nie wiem, jak to się sta­ło, że nie sko­ja­rzy­łam go z Alek­san­drą Ślą­ską. O moim ów­cze­snym po­do­bień­stwie do niej mó­wi­ło mi kil­ka osób. Zwłasz­cza star­si pa­no­wie. A ja nie czu­łam się po­dob­na ani do niej, ani do żad­nej in­nej ak­tor­ki. Pod­czas roz­mów w spra­wach za­wo­do­wych uwa­ża­łam na to, co mó­wię, pil­no­wa­łam się, żeby nie po­wie­dzieć o sło­wo za dużo, nie de­mon­stro­wać igno­ran­cji. Dla­te­go nie zdra­dzi­łam się, że nie wiem, do­wie­dzia­łam się do­pie­ro po wyj­ściu z te­atru, od ko­goś zna­jo­me­go, może to był To­mek Łu­bień­ski? Może Ja­nusz Gło­wac­ki? Chy­ba Ja­nusz, bo to on skon­tak­to­wał mnie w spra­wie sztu­ki z Ja­nem Sie­kie­rą, któ­ry chciał mnie po­znać. Czło­wiek o ta­kim męż­nym na­zwi­sku znał się na te­atrze, był kimś w mi­ni­ster­stwie, nie pa­mię­tam kim, może dy­rek­to­rem de­par­ta­men­tu? W każ­dym ra­zie pan Sie­kie­ra stał się fa­nem Pę­po­wi­ny. Otrzy­ma­łam na­wet je­dy­ne w ży­ciu sty­pen­dium twór­cze, dzię­ki temu, że Gło­wac­ki na­mó­wił mnie, że­bym na­pi­sa­ła wnio­sek do Sie­kie­ry. Po­tem Pę­po­wi­na po­je­cha­ła na fe­sti­wal do Wro­cła­wia, a ja do­sta­łam ja­kieś wy­róż­nie­nie i parę gro­szy, nie pa­mię­tam ile, ale bar­dzo nam się przy­da­ły. Nie by­łam na fe­sti­wa­lu, nie cier­pię po­dró­ży, nie lu­bię sie­dze­nia w te­atrze, a już naj­bar­dziej nie zno­szę „śro­do­wi­ska”. To oczy­wi­ście dzia­ła na moją szko­dę, bo gdy­bym się wmie­sza­ła w ten tłum, pew­nie po­zna­ła­bym wy­bit­nych re­ży­se­rów, ak­to­rów, może bym na­pi­sa­ła coś dla ko­goś lub pod ko­goś. Jed­nak to był i jest re­zul­tat świa­do­me­go wy­bo­ru. Wszyst­kie zna­jo­mo­ści, ja­kie mam w „śro­do­wi­sku”, są efek­tem tego, że ktoś chciał ze mną współ­pra­co­wać, pi­sać sce­na­riusz. Żad­nych za­bie­gów w tym kie­run­ku nie ro­bi­łam. Nie pa­mię­tam już, z ja­kie­go po­wo­du mia­łam kon­tak­ty z ze­spo­łem Ja­nu­sza Mor­gen­ster­na, któ­re­go bar­dzo lu­bi­łam i sza­no­wa­łam za jego fil­my. Może to było wów­czas, gdy ra­zem z Mar­kiem Pi­wow­skim pi­sa­łam sce­na­riusz fil­mu chy­ba z Cia­ła ni­czy­je­go, któ­ry to pro­dukt oka­zał się gów­nia­nym ta­siem­cem, choć samo pi­sa­nie, sie­dze­nie w ogro­dzie, na ta­ra­sie, z plan­szą, do któ­rej przy­pi­na­li­śmy pi­ne­ska­mi ko­lej­ne sce­ny, było bar­dzo sym­pa­tycz­ne. Scen było już kil­ka­set, gdy po­wie­dzia­łam dość. Ma­rek, któ­ry wró­cił z Ame­ry­ki, twier­dził, że te­raz mod­ne są ta­kie dłu­gie sce­na­riu­sze. Na szczę­ście Kuba był do­brym ar­ty­stą, prze­czy­tał, we­zwał nas i spy­tał, co to ma być? To gów­no. Miał ra­cję. Chciał z tego po prze­rób­kach zro­bić se­rial An­drzej Do­ma­lik, ja jed­nak mia­łam tyle zdro­we­go roz­sąd­ku, żeby po­wie­dzieć: Nie. Uwa­ża­łam Do­ma­li­ka za do­bre­go re­ży­se­ra, po co mu była taka pla­ma?

By­łam w ja­kiejś spra­wie w ze­spo­le, gdy na­tknę­łam się na Pio­tra Szul­ki­na. Był gwiaz­dą. Mło­dy, zdol­ny, zna­ją­cy ję­zyk fran­cu­ski. Do­stał wszyst­kie moż­li­we na­gro­dy za swo­je fil­my do­ku­men­tal­ne. Oglą­da­łam je, były na­praw­dę do­bre. Miał też za sobą fa­bu­ły ze zna­ny­mi ak­to­ra­mi, Jan­dą, Wil­hel­mim, któ­rych nie oglą­da­łam. Wpa­dli­śmy na sie­bie. Zde­rzy­li­śmy się, pra­wie do­słow­nie, ja wy­cho­dzi­łam, on wcho­dził. Po kil­ku dniach od tego zde­rze­nia do­sta­łam te­le­gram z proś­bą o spo­tka­nie. Nie mie­li­śmy te­le­fo­nu, więc kon­tak­ty były albo oso­bi­ste, albo te­le­gra­ficz­ne. Oka­za­ło się, że ta „gwiaz­da” chce ze mną pra­co­wać. Po­wie­dział: „Chcę, żeby na­pi­sa­ła pani dla mnie sce­na­riusz o ko­bie­cie”. By­łam świe­żo po wy­da­niu Pa­wi­lo­nu ma­łych dra­pież­ców. Da­łam mu eg­zem­plarz, któ­re­go nig­dy nie prze­czy­tał. Mó­wił idio­tycz­nie, że nie może czy­tać po­wie­ści, któ­ra roz­po­czy­na się od po­ro­du. Ta­kie były cza­sy. Nie dość, że nie ro­zu­miał, że to na­wią­za­nie do an­giel­skiej po­wie­ści, to jesz­cze brzy­dził się za­pi­sa­ną ko­bie­co­ścią. Mój świa­do­my za­bieg nie zy­skał jego apro­ba­ty. Jed­nak bar­dzo chciał ze mną pra­co­wać. To nie była ła­twa współ­pra­ca. Piotr miał „ar­ty­stycz­ny” spo­sób by­cia, to zna­czy za­cho­wy­wał się tak de­ner­wu­ją­co, że trud­no było z nim wy­trzy­mać dłu­żej niż kil­ka mi­nut. Jego nie­któ­re żar­ty by­wa­ły śmiesz­ne, inne że­nu­ją­ce. Pa­mię­tam je­dy­ny raz, kie­dy śmiał się dłu­go i szcze­rze. Wte­dy, gdy przy­skrzy­ni­łam so­bie pal­ce na skła­da­nym krze­śle i łzy try­snę­ły mi z bólu. Wte­dy już wie­dzia­łam, że jest psy­chicz­ny i nie wol­no się do nie­go zbli­żać. Cią­gle pod­kre­ślał swo­ją mę­skość, mó­wił, ja­kim to jest męż­czy­zną, ja­kim był, gdy był młod­szy, ile miał ko­biet. Pro­wo­ko­wał mnie. Do­pie­ro kie­dy za­czy­na­li­śmy pra­co­wać, spa­da­ło z nie­go na­pię­cie. Na­praw­dę dużo się na­uczy­łam. Po­ka­zy­wa­łam mu na­pi­sa­ną sce­nę, a on szu­kał w niej błę­dów, znaj­do­wał je, to ja­sne, wy­śmie­wał, pa­ro­dio­wał. Mu­siał ko­niecz­nie zwra­cać na sie­bie uwa­gę. Na mo­ich imie­ni­nach, w mar­cu, na któ­rych był tak­że Ma­rek Edel­man, sie­dzie­li­śmy stło­cze­ni w kuch­ni przy sto­le. Po dwie oso­by na krze­śle, w kuch­ni wol­no było pa­lić. Piotr za­czął się po­pi­sy­wać przed Dok­to­rem, za­cze­piał go dzi­wacz­ny­mi py­ta­nia­mi, aż Edel­man nie wy­trzy­mał i spy­tał mnie gło­śno: „Kogo ty za­pra­szasz?”. Wte­dy Szul­kin się uspo­ko­ił. Lu­bił do­pie­kać moim przy­ja­ciół­kom, zwłasz­cza gdy mu się po­do­ba­ły, a były cał­kiem nie­czu­łe na jego awan­se. Jak Mag­da, wów­czas żona Ze­mba­te­go. Po­pra­wia­łam sce­ny, gdy uwa­ża­łam to za słusz­ne, kłó­ci­łam się, gdy nie miał ra­cji. Film po­wstał. Nie­ste­ty Szul­kin zmie­nił ty­tuł z Pa­wi­lo­nu ma­łych dra­pież­ców na ba­nal­ną Fe­mi­nę. Bun­to­wa­łam się prze­ciw­ko wpro­wa­dzo­ne­mu bez mo­jej zgo­dy ty­tu­ło­wi, ale uparł się, a ja zro­zu­mia­łam, że współ­pra­ca z re­ży­se­rem za­bi­ja moją in­dy­wi­du­al­ność, że tekst prze­sta­je na­le­żeć do mnie. Ro­zu­miem, że cho­dzi­ło mu o fe­sti­wa­le mię­dzy­na­ro­do­we i tym po­dob­ne spra­wy, ale dla mnie Fe­mi­na brzmia­ła jak na­zwa kre­mu do po­chwy lub coś w tym gu­ście. Do­brą rolę mia­ła Han­na Skar­żan­ka i jej do­ber­ma­ny sie­dzą­ce przy sto­le, z kol­czy­ka­mi w uszach. Ona mia­ła bi­żu­te­rię i psy rów­nież. Wy­my­śli­łam taką dzi­wacz­ną po­stać, mat­kę nie­do­ro­zwi­nię­te­go chło­pa­ka, któ­ry na­wet nie mówi, ale ma roz­bu­cha­ne po­trze­by sek­su­al­ne, a mat­ka spro­wa­dza mu dziew­czy­ny za pie­nią­dze. Świet­na była Ali­na Ja­now­ska jako mat­ka Bo­gny, choć Piotr wy­pa­czył ideę po­wie­ścio­wej mat­ki, któ­ra była „jed­nym wiel­kim chrze­ści­jań­skim przy­ka­za­niem”, spa­ro­dio­wał moją mat­kę, zro­bił mi to na złość. Jed­nak przy­zna­ję, że była to rola zna­czą­ca i pa­ro­dia bar­dzo pa­so­wa­ła. Wy­my­śli­łam tam prób­ny po­grzeb ko­goś waż­ne­go, wie­le in­nych rze­czy. Po la­tach Piotr, udzie­la­jąc „wy­wia­du rze­ki”, mó­wił, że nie chcia­łam pi­sać, że by­łam le­ni­wa. Po­mi­nął mnie też, gdy oma­wia­no film w ka­na­le Kul­tu­ra. Wi­dzia­łam frag­ment roz­mo­wy, w któ­rej bra­ła udział Agniesz­ka Graff. Pod­czas Kon­gre­su Ko­biet spy­ta­łam ją, dla­cze­go mnie nie za­pro­szo­no, pew­nie bym nie po­szła, ale moż­na było przy­najm­niej dać sy­gnał. Tra­fi­łam na to przy­pad­kiem. Agniesz­ka nie wie­dzia­ła. Nie wpa­dła na po­mysł, by spy­tać o to Pio­tra. Pi­szę o tym, bo to uza­sad­nia mój sto­su­nek do „śro­do­wi­ska”. Film zo­stał w 1991 za­kwa­li­fi­ko­wa­ny na fe­sti­wal, któ­ry od­by­wał się we wrze­śniu w Gdań­sku i w Gdy­ni. Po­je­cha­łam tam z Pio­trem i jego ów­cze­sną żoną Re­na­tą. Wła­śnie wte­dy mia­łam oka­zję po­znać „śro­do­wi­sko”. Piotr udzie­lił mi kil­ku rad na te­mat ma­lo­wa­nia, cze­sa­nia. Był w tym do­bry. W fil­mie Ha­nia Du­now­ska, gra­ją­ca moją Bo­gnę, była pięk­nie „zro­bio­na”, bar­dzo po­cią­ga­ją­ca. Wie­czo­ry i noce były pi­ja­ne. By­łam wte­dy szczu­pła, wło­ży­łam opi­na­ją­cą cia­ło ciem­no­zie­lo­ną, we­lu­ro­wą su­kien­kę z Be­net­to­na. Fry­zjer ucze­sał mnie gład­ko do tyłu, zgod­nie z za­le­ce­niem Pio­tra. Na tego ro­dza­ju re­ży­se­rię mo­głam się zgo­dzić. Gdy po roz­da­niu na­gród ze­szłam póź­nym wie­czo­rem na ban­kiet, więk­szość lu­dzi była już pi­ja­na. Po­zna­łam wie­lu zna­nych i mniej zna­nych. Wie­czór i noc spę­dzi­łam z czło­wie­kiem, któ­ry ujął mnie swo­ją de­li­kat­no­ścią. Miał na imię Krzysz­tof, był sze­fem cze­goś w te­le­wi­zji. Nie wie­dzia­łam wów­czas cze­go. Sie­dzie­li­śmy przy sto­li­ku na dys­ko­te­ce, wszy­scy sza­le­li. Py­tał, cze­go się na­pi­ję. Mia­łam ocho­tę na do­bre piwo. Przy­niósł je. Zim­ne, za­my­ka­ne na por­ce­la­no­wą za­tycz­kę, taką jak oran­ża­da czy le­mo­nia­da z mo­je­go dzie­ciń­stwa. Mia­łam ze sobą różę, któ­rą do­sta­łam na sce­nie, gdy pre­zen­to­wa­li­śmy nasz film. Za­czy­na­ła więd­nąć, a więc, pi­jąc piwo, ob­ry­wa­łam jej płat­ki i ukła­da­łam z nich wzór na bla­cie sto­li­ka.

– Pięk­nie or­ga­ni­zu­jesz prze­strzeń wo­kół sie­bie – po­wie­dział. Dys­ko­te­ka była dla nas za gło­śna. Schro­ni­li­śmy się w po­ko­ju. Pi­li­śmy her­ba­tę. Za­bra­łam płat­ki róży ze sobą.

Z tego fe­sti­wa­lu naj­le­piej pa­mię­tam ten póź­ny wie­czór i noc. Umó­wi­li­śmy się na­za­jutrz. Mie­li­śmy po­je­chać na pla­żę. Wy­je­cha­łam ra­niut­ko z Pio­trem i Re­na­tą. W re­cep­cji zo­sta­wi­łam gar­nu­szek od her­ba­ty z płat­ka­mi róż. Nie­do­koń­czo­ne hi­sto­rie czę­sto by­wa­ją pięk­niej­sze niż ro­man­se. Wy­je­cha­łam nie dla­te­go, że mia­łam go dość, że nie po­do­bał mi się, prze­ciw­nie, ucie­kłam dla­te­go, że nie chcia­łam dal­sze­go cią­gu. My­ślę, że mo­gło być mu przy­kro, nie ro­zu­miał mnie. Ob­ra­zi­łam go. Po la­tach spo­tka­li­śmy się i wy­ja­śni­łam co nie­co. Wte­dy po­jął.

Nie mia­łam pędu do pra­cy zbio­ro­wej na pla­nie, do cią­głe­go uże­ra­nia się o każ­de sło­wo w dia­lo­gu. Nie wy­obra­ża­łam so­bie go­dzin spę­dza­nych na pla­nie, w tej dziw­nej krót­ko­trwa­łej bli­sko­ści. To przy­po­mi­na­ło mi ogni­sko, wspól­ne pi­cie, śpie­wa­nie, nie­kie­dy wę­drów­ki w po­bli­skie krze­wy na ja­kiś nu­me­rek. Nie cier­pia­łam tego ro­dza­ju wspól­no­ty. To na­iw­ne wy­obra­że­nie, są oczy­wi­ście wy­so­ko­ar­ty­stycz­ne pro­jek­ty fil­mo­we i te­atral­ne, po­wsta­ją prze­cież wy­bit­ne dzie­ła, jed­nak w te­atrze i fil­mie za­wsze są zbio­ro­wość, pre­sja, stłam­sze­nie wol­no­ści i pry­wat­no­ści, a to samo w so­bie na­pa­wa mnie od­ra­zą. Niech ro­bią to inni. Bywa, że oglą­dam spek­takl, ra­czej by­wa­ło, i dzi­wię się, że mo­gło po­wstać coś tak wspa­nia­łe­go. Pod bu­tem dyk­ta­to­ra re­ży­se­ra.

Lota na cmen­ta­rzu, zdję­cie mo­je­go au­tor­stwa.

Mi­rek czę­sto po­wta­rza, że za mało in­te­re­su­ję się „śro­do­wi­skiem”, że po­win­nam mieć wię­cej osób, z któ­ry­mi mogę roz­ma­wiać o twór­czo­ści. On nie ro­zu­mie, że twór­cy pra­wie nig­dy nie roz­ma­wia­ją o twór­czo­ści. Ga­da­łam o tym je­dy­nie z Ko­mol­ką. Cza­sa­mi z Gło­wac­kim, z nim krót­ko i wę­zło­wa­to, na ogół tech­nicz­nie: jak my­ślisz, co lep­sze na po­czą­tek? Na­wet te­raz, w trak­cie pi­sa­nia tej au­to­bio­gra­fii, py­ta­łam go, czy da­wać pre­cy­zyj­ne opi­sy klien­tek ojca, choć chcia­łam się tyl­ko utwier­dzić w prze­ko­na­niu, bo znam war­tość szcze­gó­łu. Tak­że Ja­chu za­wsze po­wie co my­śli, bez ce­re­gie­li, on też przy­wią­zu­je wagę do de­ta­li. Z Anią Bo­lec­ką roz­ma­wia­my me­ta­fi­zycz­nie. Za­wsze nos w nos, oko w oko. Nig­dy w pu­blicz­nych dys­ku­sjach, czy w wie­lo­gło­sie. Owszem, są tacy, co pi­su­ją do sie­bie „twór­cze” li­sty, wie­dząc, że zo­sta­ną kie­dyś opu­bli­ko­wa­ne. To gro­za. Fałsz. Co in­ne­go dzien­ni­ki, na­wet jak pi­sa­rze my­ślą o tym, że może to kie­dyś się wyda, praw­da, że to świet­nie brzmi, ta dwu­znacz­ność – gdy ktoś to wyda, wów­czas wyda się, jacy byli. Jed­nak dzien­nik pi­sze się sam na sam ze sobą, co naj­wy­żej przy­wa­lą wro­go­wi, jak ja głu­pim kry­ty­kom, tro­chę na­kła­mią, trosz­kę się wy­bie­lą, ale i tak przez wszyst­ko prze­zie­ra praw­da. Li­sty to wy­pra­co­wa­nia na ocze­ki­wa­ny przez ad­re­sa­ta te­mat. Po­wta­rzam Mir­ko­wi, że „śro­do­wi­sko” to że­la­zna kula u nogi, nie po­ma­ga, a prze­szka­dza, nie jest mi do ni­cze­go po­trzeb­ne, on jed­nak wie swo­je. Wie to, cze­go nie mówi, że mia­ła­bym wię­cej uzna­nia, lu­dzi, któ­rzy sta­li­by za mną. No więc nie mam i nie­źle z tym żyję. Nic nie zro­bi­łam dla Pę­po­wi­ny, a prze­cież była gra­na w dwóch te­atrach w kra­ju, w dwóch za gra­ni­cą. Zo­sta­ła też za­in­sce­ni­zo­wa­na w te­le­wi­zji.

Nie mia­łam po­cią­gu do śro­do­wi­ska, bo otar­łam się o nie dość wcze­śnie. Po­zna­łam łódz­ką Fil­mów­kę, a tak­że kra­kow­ską szko­łę te­atral­ną, po­nie­waż zda­wa­ły­śmy tam eg­za­mi­ny wstęp­ne, z Lotą, moją li­ce­al­ną przy­ja­ciół­ką Mał­go­rza­tą. Gdy ja przy­szłam do li­ceum pla­stycz­ne­go, ona już tam była, bo ja za­czę­łam od dru­giej kla­sy. Zna­ły­śmy się wcze­śniej, jesz­cze z pod­sta­wów­ki, ona cho­dzi­ła co praw­da do in­nej, chy­ba do sió­dem­ki, ale spo­ty­ka­ły­śmy się, gra­jąc w prze­ciw­nych dru­ży­nach w szczy­pior­nia­ka. By­łam wte­dy bar­dzo „uspor­to­wio­na”. To była ostra, dziew­czę­ca gra. Pa­mię­tam, że ho­do­wa­ło się przed me­czem pa­znok­cie, żeby dra­pać prze­ciw­nicz­ki. Oj­cem Loty był zna­ny w Po­zna­niu sce­no­graf, jej mat­ka była pięk­ną, utle­nio­ną blon­dyn­ką. Te po­sta­ci po­ja­wia­ły się póź­niej w mo­ich po­wie­ściach. Po­je­cha­łam dla to­wa­rzy­stwa, żeby Lo­cie było raź­niej. Z Lotą łą­czy­ła mnie wiel­ka przy­jaźń, ko­cha­łam ją jak sio­strę, może na­wet wów­czas bar­dziej, bo moja sio­stra była znacz­nie star­sza i nie mia­łam z nią bli­skie­go kon­tak­tu. Lota nie mia­ła ro­dzeń­stwa, my­ślę, że czu­ła to samo.

Są­dzi­łam, że gdy­bym zda­ła, mo­gła­bym zaj­mo­wać się te­atrem. Teo­re­tycz­nie, bo grać bym nie mo­gła. Nig­dy nie chcia­łam zo­stać ak­tor­ką, nie zbie­ra­łam tak jak inne dziew­czyn­ki w kla­sie fo­to­gra­fii So­phii Lo­ren i Giny Lol­lo­bri­gi­dy ani zna­nych wów­czas ak­to­rów. Nie im­po­no­wa­li mi. Mimo to sta­ra­łam się o przy­ję­cie. Ro­bi­łam to dla Loty, któ­ra chcia­ła być re­ży­se­rem (wte­dy for­ma „re­ży­ser­ka” jesz­cze nie ist­nia­ła), i by­łam cie­ka­wa, jak wy­glą­da szko­ła te­atral­na i słyn­na Fil­mów­ka. Jed­nak na­szym pod­sta­wo­wym ce­lem było miej­sce w aka­de­mi­ku pod­czas eg­za­mi­nów wstęp­nych. Moż­na było, ma­jąc miesz­ka­nie za dar­mo, dwa ty­go­dnie sie­dzieć w mie­ście, ła­zić po uli­cach, włó­czyć się z róż­ny­mi nowo po­zna­ny­mi ludź­mi. Lota mo­gła od­da­wać się swo­jej pa­sji fo­to­gra­fo­wa­nia. Na­śmie­wa­łam się z ak­to­rów, lu­bi­łam przy­ta­czać pa­mięt­ni­ki J.Ch. Pa­ska, któ­ry miej­sce tru­py te­atral­nej wi­dział w le­sie, żeby moż­na było ce­lo­wać do nich z łuku jak do małp. By­łam głu­pia, nie do­ce­nia­łam ak­tor­stwa, bo mało wi­dzia­łam do­bre­go. To przy­szło po­tem, gdy zo­ba­czy­łam Koń­ców­kę Bec­ket­ta, z któ­rą przy­je­chał do Po­zna­nia Ro­ger Blin. To był te­atr, ja­kie­go pra­gnę­łam, cho­dzi­ło też o au­to­rów. Czy­ta­łam wów­czas dzie­siąt­ki, set­ki sztuk te­atral­nych, co mie­siąc ku­po­wa­łam „Dia­log”, zna­łam też całą kla­sy­kę dra­ma­tur­gicz­ną, Bec­kett był moim wcze­snym od­kry­ciem. Czy­ta­łam ko­lej­no wszyst­ko, co wy­cho­dzi­ło, a gdy po­zna­łam Ant­ka Li­be­rę, roz­ma­wia­łam z nim za­wsze na te­mat Bec­ket­ta, wy­cią­ga­łam z nie­go in­for­ma­cje, gdzie­kol­wiek aku­rat by­li­śmy. Kie­dyś na­wet na par­ty u ko­goś bo­ga­te­go. Kto był tak bo­ga­ty w PRL-u, żeby mieć ła­zien­kę wiel­ko­ści sa­lo­nu? Ga­da­li­śmy w tej ol­brzy­miej ła­zien­ce, sie­dząc na brze­gu okrą­głej wan­ny, An­tek opo­wia­dał, jak tłu­ma­czy Bec­ket­ta. Mia­łam wte­dy kon­tak­ty z PIW-em, wy­da­wa­li tom mo­ich opo­wia­dań Czło­wiek, któ­ry nie umarł. Cho­dzi­łam na spo­tka­nia z dy­rek­to­rem Mi­cha­łem Ka­ba­tą i świet­ny­mi re­dak­tor­ka­mi. Do­sta­łam od dy­rek­to­ra Dzie­ła dra­ma­tycz­ne Bec­ket­ta, w prze­kła­dzie Ant­ka Li­be­ry, jesz­cze cie­płe, wła­śnie uka­za­ły się na ryn­ku. Na­pi­sał w de­dy­ka­cji, że pro­si o „przy­ję­cie nie swo­je­go dzie­ła, ale za to wrę­czo­ne­go z naj­wyż­szą przy­jem­no­ścią”. Wie­dział, że na to cze­ka­łam. Ten tom, wy­da­ny w 1988, stoi u mnie na bec­ket­tow­skiej pół­ce.

W tek­ście na te­mat Pę­po­wi­ny za­miesz­czo­nym w pro­gra­mie do spek­ta­klu w Ate­neum to po­kre­wień­stwo zo­sta­ło za­uwa­żo­ne przez Wal­de­ma­ra Cho­ło­dow­skie­go. Na­pi­sał tak: „Bo­ha­te­ro­wie Pę­po­wi­ny i ukry­wa­ją, i uda­ją – gra­ją. Mat­ka – że­bracz­kę, Ewa – słu­żą­cą Rozę, Roza – żonę Le­ona, Ku­kła uda­je dziec­ko, Da­wid ży­we­go czło­wie­ka. No więc, tak uda­jąc, ukry­wa­ją. Kon­cept go­dzien naj­lep­szych pi­sa­rzy eg­zy­sten­cja­li­stycz­nych: ból ist­nie­nia po­łą­czo­ny z lę­kiem przed dru­gim, przed kim in­nym, ob­cym, czy­li każ­dym. Jed­no­cze­śnie po­mysł, któ­re­mu pa­tro­nu­je naj­wy­raź­niej Sa­mu­el Bec­kett”. Nie są­dzi­łam, że ktoś to od­kry­je, pi­sa­łam tę sztu­kę z kol­cem Bec­ket­ta w mó­zgu, nie się­ga­łam do cy­ta­tów z nie­go, jed­nak kli­mat prze­siąkł przez bło­nę i zna­lazł się na pa­pie­rze. Ten­że Wal­de­mar Cho­ło­dow­ski był wy­bit­nie zdol­nym kry­ty­kiem, zaj­mo­wał się tak­że fil­mem. Nie zna­łam go oso­bi­ście, aż kie­dyś w Czy­tel­ni­ku z lek­ka pi­ja­ny fa­cet, bo on za­wsze pił spo­ro, sce­nicz­nym szep­tem spy­tał Gło­wac­kie­go, kim jest ta „świet­na dupa”, a ja nie­ste­ty to usły­sza­łam, bo słuch, na swo­je nie­szczę­ście, mam nad­zwy­czaj­ny. To był wła­śnie ów Cho­ło­dow­ski, któ­ry z taką wraż­li­wo­ścią zgłę­bił moją sztu­kę. By­łam wście­kła, ale uda­wa­łam, że tego nie sły­szę. Od po­cząt­ku pi­sa­nia bun­to­wa­łam się prze­ciw wprzę­ga­niu uro­dy i ko­bie­co­ści do oce­ny. Nie de­ner­wo­wa­ły mnie ta­kie uwa­gi poza pra­cą, na uli­cy, na par­ty, na pla­ży. Uwa­ża­łam, że w re­dak­cjach to chwy­ty nie­do­zwo­lo­ne, wte­dy jed­nak było to po­wszech­ne. Do­pie­ro te­raz od Tom­ka Łu­bień­skie­go do­wie­dzia­łam się, że Cho­ło­dow­ski był mę­żem Andy Rot­ten­berg. Tak dłu­go znam Andę, bar­dzo ją lu­bię, dość czę­sto się z nią spo­ty­kam w róż­nych miej­scach, bywa na mo­ich imie­ni­nach w Czy­tel­ni­ku, a do tej pory nie wie­dzia­łam o tym. A po­win­nam.

W tam­tych cza­sach nie było po­praw­no­ści po­li­tycz­nej, któ­ra za­bra­nia­ła­by tego ro­dza­ju uwag. Fa­ce­ci otwar­cie wy­ra­ża­li za­chwyt dla uro­dy, jak re­dak­tor „Li­te­ra­tu­ry”, cały w za­chwy­tach nad pącz­kiem róży, ja­kim rze­ko­mo by­łam, a gdy się nie sły­sza­ło, opo­wia­da­li, kto któ­rą miał, jaka była i jak się pier­do­li. Zda­rza­ło się to dość czę­sto, pa­mię­tam, że pe­wien pi­sarz, obec­nie pra­wi­co­wy kla­syk, nie mógł uwie­rzyć, że Jan Ko­mol­ka, o któ­rym wię­cej póź­niej, się ze mną „tyl­ko przy­jaź­ni”. Po­wie­dział: „Z taką dupą się przy­jaź­nisz, co ty, sta­ry, je­steś pe­da­łem?”. Kie­dyś, gdy sie­dzie­li­śmy na du­żym par­ty u Sa­wic­kich, a może na pro­mo­cji w Klu­bie Księ­ga­rza, wspo­mnia­łam temu kla­sy­ko­wi, że wiem, co mó­wił. Było mu głu­pio, ale dzi­wił się nadal, py­ta­nie: dla­cze­go? za­wi­sło w po­wie­trzu, gdy pa­trzył na mnie brą­zo­wy­mi ocza­mi. Nie wie­rzył, pew­nie są­dził, że to wiel­ka dżen­tel­meń­ska ta­jem­ni­ca Ko­mol­ki i moja. Nie mia­łam ocho­ty opo­wia­dać mu, co było przy­czy­ną, że mimo nie­wąt­pli­we­go ero­tycz­ne­go iskrze­nia wy­bra­li­śmy przy­jaźń, sie­dząc już na skra­ju łóż­ka. Te­raz w na­szym to­wa­rzy­stwie tak się już nie mówi, może też dla­te­go, że „świet­ne dupy” się ze­sta­rza­ły, prze­sta­ły być in­te­re­su­ją­ce w kon­tek­ście „pier­do­le­nia”, jak ma­wia­ją pi­sa­rze oraz pi­sar­ki, gdy są ze sobą bli­sko. A o mło­dych „la­skach”, któ­re wcho­dzą w obieg, nie mó­wią ze star­szy­mi ko­bie­ta­mi, pew­nie przez de­li­kat­ność. Cza­sa­mi z lek­ka wy­tar­ci play­boye, zwłasz­cza ci star­si, wy­py­tu­ją o mło­de zna­jo­me, uda­jąc za­in­te­re­so­wa­nie ich pra­cą, twór­czo­ścią, „cie­ka­wą oso­bo­wo­ścią”, co bywa że­nu­ją­co, wręcz uro­czo śmiesz­ne.

Mia­łam więc jed­nak, jak wi­dać, tro­chę kon­tak­tów w tak zwa­nym śro­do­wi­sku. Naj­pierw byli to pi­sa­rze, po­eci płci oboj­ga, tro­chę dra­ma­tur­gów, po­tem na­pły­nę­ła fala re­ży­se­rów, za nimi w kon­duk­cie cią­gnę­li ak­to­rzy. Z ak­to­ra­mi i ak­tor­ka­mi było naj­trud­niej, choć nie­któ­re kon­tak­ty były i są nie­złe do dziś. Jed­nak brak wpły­wu na ob­sa­dę mo­ich sztuk spra­wił, że od­wró­ci­łam się od te­atru. Nie wi­dzia­łam ni­ko­go, dla kogo mo­głam na­pi­sać rolę. Dzia­ło się tak dla­te­go, że na­wet gdy­bym ko­goś wska­za­ła, to re­ży­ser na złość za­trud­nił­by ko­goś in­ne­go, tak jak to się zda­rzy­ło przy oka­zji sce­na­riu­sza z Pa­wi­lo­nu ma­łych dra­pież­ców. Na po­cząt­ku Szul­kin przy­wiózł do mnie Kry­sty­nę Jan­dę. Nie za­po­mnę tej wi­zy­ty. Jan­da wów­czas była tro­chę jak wła­sna star­sza sio­stra, była star­szą Agniesz­ką z Czło­wie­ka z mar­mu­ru. Szyb­ka w ru­chach, mó­wią­ca bez prze­rwy, krę­cą­ca gło­wą, już gwiaz­da. Po­szu­ki­wa­ła ulu­bio­ne­go sza­la, bez któ­re­go nie może się obejść, zo­sta­wi­ła go w au­cie, a więc Piotr po­wę­dro­wał do sa­mo­cho­du, żeby go przy­nieść. To była scen­ka z ży­cia gwiaz­dy, tro­chę ka­pry­śnej, tro­chę śmiesz­nej. Jan­da jest dziś cał­kiem inna niż wów­czas. Po­dej­rze­wam, że była wte­dy dość nie­śmia­ła. Te­raz jest doj­rza­łą, świa­do­mą ar­tyst­ką. Gdy szal się zna­lazł, za­czę­li­śmy roz­ma­wiać. Po trzech mi­nu­tach wie­dzia­łam, że nic z tego nie wyj­dzie, to nie był sce­na­riusz dla niej. Była prze­cież wte­dy an­ty­ko­mu­ni­stycz­nym su­mie­niem na­ro­du, a ta rola mio­ta­ją­cej się ko­bie­ty, któ­ra szu­ka wol­no­ści, chce się unie­za­leż­nić od męża i robi to na róż­ne spo­so­by, tak­że po­przez cho­ry seks, nie­wie­le mia­ła wspól­ne­go z po­li­ty­ką. Bez­po­śred­nio, bo po­śred­nio szu­ka­nie wol­no­ści wią­za­ło się z nie­wo­lą każ­de­go ro­dza­ju. No i wi­siał nad tym pej­za­żem Sta­lin. Ewa Błasz­czyk, któ­rą ja wi­dzia­łam w roli Bo­gny i sta­ra­łam się ją na­mó­wić, była dla nie­go zbyt nie­pod­le­gła, mo­gła­by od­mó­wić po­słu­szeń­stwa. Nie­któ­rzy re­ży­se­rzy chcie­li­by mieć la­lecz­ki z wo­sku, żeby je le­pić, jak im wy­god­nie. Ak­tor­ki cza­sem mu­szą na to przy­stać, bo wi­dzą w tym dla sie­bie szan­sę. Do­świad­cze­ni lu­dzie pi­szą­cy dla fil­mu i te­atru mó­wią, że naj­le­piej się pi­sze, ma­jąc na oku go­to­wą po­stać, ak­to­ra, któ­re­go się lubi i ceni. Pę­po­wi­nę na­pi­sa­łam z my­ślą o kon­kret­nych oso­bach, jed­nak nie byli to ak­to­rzy, to były byty re­al­ne wto­pio­ne w wy­kre­owa­ną po­stać, jak owad w bursz­tyn.

Początki wszystkiego są w notesie

Z Pę­po­wi­ną było tak. Mam spe­cjal­ny no­tes, leży na noc­nym sto­li­ku „od za­wsze”, pa­mię­ta chy­ba jesz­cze miesz­ka­nie na Mo­ko­tow­skiej. No­tu­ję w nim zda­nia, któ­re przy­cho­dzą mi do gło­wy w nocy. Cza­sem jest to po­mysł na ob­raz, tak jak: „Trzy mo­ty­le, roz­pię­te w lo­cie na swych nie­wi­dzial­nych krzy­żach” – za­pi­sa­łam to w nocy, w pół­śnie, na chwi­lę tyl­ko włą­cza­jąc lamp­kę. Na­ma­lo­wa­łam gwasz, na trzech krzy­żach roz­pię­te trzy mo­ty­le, jak Chry­stus i ło­try po bo­kach. Po­da­ro­wa­łam go Mar­ko­wi Edel­ma­no­wi, wi­siał u nie­go w Ło­dzi, w po­ko­ju.

Da­lej znaj­du­ję taką not­kę: „Sztu­ka PĘ­PO­WI­NA – MAT­KA – SYN – Sta­rzy obo­je ży­ją­cy w raju i pie­kle przez sie­bie stwo­rzo­nym”.

Kil­ka kar­tek wcze­śniej, nie wiem, kie­dy to na­pi­sa­łam, bo no­tes w nocy otwie­ram na chy­bił tra­fił, czę­sto nie ma dat: „PRZE­CIĘ­CIE PĘ­PO­WI­NY TO OSTA­TECZ­NE WY­GNA­NIE Z RAJU”, da­lej, po paru stro­nach, nie wiem ilu no­cach, po któ­rym śnie: „My sta­re dzie­ci w gniaz­dach, za­po­mnia­ne przez umar­łych ro­dzi­ców bo­imy się bu­rzy drży­my przed”, tu się zda­nie ury­wa. Bez kro­pek, prze­cin­ków pi­szę da­lej: „Je­że­li ist­nie­je Bóg ten świat nie ist­nie­je Świat jest do­wo­dem na nie­ist­nie­nie Boga”. To zda­nie, póź­niej prze­two­rzo­ne, wy­po­wia­da mat­ka z Pę­po­wi­ny, mówi pro­ściej: „Jed­no z dwoj­ga, albo ist­nie­je Bóg, albo ten świat”. Mówi tak po tym, co wi­dzia­ła TAM, na tych bez­kre­snych prze­strze­niach, gdzie ucie­ka­ła z ma­łym Le­on­kiem, cały czas w dro­dze, cią­głe ucho­dze­nie, uciecz­ka ich oca­li­ła. Te­raz, bez­piecz­na w domu, le­żąc z bez­wład­ny­mi no­ga­mi, cho­ro­bą trzy­ma syna przy so­bie. Nie wia­do­mo, jaka jest praw­da, czy są na­praw­dę bez­wład­ne, czy ona uda­je, świa­do­mie lub nie­świa­do­mie, by przy­kuć do sie­bie Le­ona kaj­da­na­mi, w ja­kie przez lata wy­ewo­lu­owa­ła pę­po­wi­na. Kil­ka­na­ście stro­ni­czek da­lej, za­pis w noc­nym no­te­sie:

„Mat­ka (do Le­ona) – Ja nie prze­ży­ję swo­jej śmier­ci, nie prze­ży­ję”.

Na­wet nie wiem, czy to zda­nie zna­la­zło się w dia­lo­gach, mu­sia­ła­bym prze­czy­tać sztu­kę na nowo. W każ­dym ra­zie Han­na Skar­żan­ka, ra­zem z Krzysz­to­fem Kol­ber­ge­rem i Ma­rią Ciu­ne­lis, po­ja­wi­li się u mnie w domu z mi­sją. Skar­żan­ka chcia­ła mnie na­mó­wić, zmu­sić wręcz, do zmia­ny ty­tu­łu. To był dla mnie zły czas, mimo pew­nych osią­gnięć, suk­ce­sów, jak to się mówi. O co ci cho­dzi, py­ta­li przy­ja­cie­le, wy­da­ją ci książ­ki, chcą grać sztu­kę, a ty po­grą­żasz się w czar­nej roz­pa­czy? To nie roz­pacz, to było znacz­nie gor­sze, roz­pacz ma bar­wę, gra na uczu­ciach. Mia­łam wte­dy cięż­ką de­pre­sję, naj­więk­szą, jaka przy­tra­fi­ła mi się w ży­ciu. Nie mo­głam wstać z łóż­ka, przy­zna­ję, było kil­ka dni, gdy by­łam bli­ska sa­mo­bój­stwa. Nie my­łam się, co dla mnie, nie­odrod­nej pod tym wzglę­dem cór­ki Ma­rian­ny Scho­ener, póź­niej Gał­dyń­skiej, ko­bie­ty, któ­ra pra­ła pie­nią­dze, to zna­czy myła je, a po­tem pra­so­wa­ła, żeby usu­nąć z nich bak­te­rie, za­nim dała mi bank­no­ty do ręki, że­bym za­pła­ci­ła w szko­le skład­ki na ko­mi­tet ro­dzi­ciel­ski albo opła­ci­ła wy­jazd na wy­ciecz­kę, no więc to było dla mnie nie­wy­obra­żal­ne, żeby rano się nie wy­ką­pać. Jed­nak wte­dy tak było. Chcia­łam za­pi­sać de­pre­sję, usi­ło­wa­łam to zro­bić, ale wy­szedł po­two­rek nie do czy­ta­nia, ko­ło­wa­ci­zna, pust­ka. Mi­rek mó­wił przy­cho­dzą­cym go­ściom, że mam za­kaź­ną in­fek­cję. Nie chcia­łam ni­ko­go wi­dzieć. Od­wle­ka­łam przyj­ście tru­py ak­tor­skiej, jak mo­głam. Wresz­cie jed­nak mu­sia­łam się zwlec, umyć, ucze­sać. Uma­lo­wać. Uda­wać zdro­wą, w mia­rę nor­mal­ną ko­bie­tę, pi­sar­kę. Ro­bić minę. Cia­ło mnie uwie­ra­ło, a du­sza była jak po che­mio­te­ra­pii. Jesz­cze wów­czas nie my­śla­łam, że mogę być już zże­ra­na, nad­gry­za­na przez raka, że już się we mnie mo­ści, na ra­zie spał, po­wszech­nie wia­do­mo, że dzie­ci ro­sną we śnie, rak chy­ba też. To był bę­kart, nie­mniej był mój. Do­brze, że tam­te­go dnia mu­sia­łam się zmu­sić do wsta­nia z mar­twych. W ta­kich spra­wach trzy­ma­nie for­my bywa po­moc­ne, je­śli tyl­ko jest moż­li­we i nie bu­dzi chę­ci, by wcie­lić w czyn my­śli sa­mo­bój­cze. Po­tem pu­sta for­ma, jaką jest de­pre­sja, z mo­zo­łem wy­peł­nia się pro­stą tre­ścią. Choć­by z po­cząt­ku uda­wa­ną. Kol­ber­ger wziął mnie na stro­nę, tro­chę jak w te­atrze, prze­szli­śmy do kuch­ni, chciał po­ga­dać o zmia­nie ty­tu­łu, że to wa­ru­nek, żeby Skar­żan­ka za­gra­ła. Są­dzę, że miał mi­sję prze­ko­na­nia mnie, wia­do­mo było, że ko­bie­ty mię­kły pod wpły­wem jego gło­su, jak świe­ce trzy­ma­ne w cie­płej dło­ni. Po­wie­dział mi coś, o czym chy­ba wie­dział mało kto prócz jego naj­bliż­szych, dłu­go trzy­mał to w ta­jem­ni­cy, że jest cho­ry – ma raka. Bar­dzo się tym prze­ję­łam, prze­ra­zi­ło mnie to wy­zna­nie. Zre­wan­żo­wa­łam się, mó­wiąc, że je­stem w cięż­kiej de­pre­sji, że nie wsta­wa­łam z łóż­ka przez wie­le dni… Jed­nak nie mogę zmie­nić ty­tu­łu. Wró­ci­li­śmy do po­ko­ju. Skar­żan­ka ob­ję­ła mnie, po­sa­dzi­ła obok sie­bie na ka­nap­ce. Są­dzi­ła, że jest po spra­wie, że Krzysz­tof za­ła­twił wszyst­ko.

– Ten ty­tuł jest nie­zmien­ny – ode­zwa­łam się schryp­nię­tym gło­sem, bo sło­wa grzę­zły mi w krta­ni, trud­no było je wy­po­wie­dzieć pro­sto w oczy.

De­pre­sja i roz­pad es­te­tycz­ny.

Wte­dy mie­li­śmy okrop­ną, niby-sta­rą, eklek­tycz­ną ka­na­pę, uda­ją­cą se­ce­sję, z wy­gię­ty­mi no­ga­mi i opar­ciem, obi­tą ża­kar­dem w pasy, ta ka­na­pa mo­gła­by za­grać w Mo­ral­no­ści pani Dul­skiej. Han­na opa­sa­ła mnie uści­skiem, za­klesz­czy­ła w ra­mio­nach i swo­im tu­bal­nym gło­sem mó­wi­ła: „Już sły­szę, jak szep­czą, jak się śmie­ją po ką­tach, że Skar­żan­ka, ta sta­ra PĘ­PO­WI­NA, gra te­raz TY­TU­ŁO­WĄ rolę w sztu­ce Ko­fty, nie, nie, ja nie za­gram, je­że­li to bę­dzie wy­sta­wia­ne pod tym ty­tu­łem, trze­ba go zmie­nić, jest wstręt­ny, do­słow­ny, me­dycz­ny, po pro­stu obrzy­dli­wy, moż­na wy­my­ślić inny do­bry, chwy­tli­wy ty­tuł, a w pod­ty­tu­le na­po­mknąć o tym związ­ku, o nie­prze­cię­tej pę­po­wi­nie, to się da zro­bić, ja w każ­dym ra­zie w Pę­po­wi­nie nie za­gram”.

Mó­wi­ła tak dłu­go, po­wta­rza­jąc w kół­ko sło­wo: pę­po­wi­na, owi­ja­jąc nią wszyst­ko, chcia­ła mi obrzy­dzić ten śli­ski wę­żyk, stro­iła pę­po­wi­nę w róż­ne przy­miot­ni­ki, two­rzy­ła wa­rian­ty ma­ją­ce mnie prze­ko­nać, że ty­tuł jest nie do przy­ję­cia. Mia­ła na­wet pro­po­zy­cje no­wych ty­tu­łów, mó­wi­ła tak­że, że ta sztu­ka na­pi­sa­na jest jak­by spe­cjal­nie dla niej i o niej, wszy­scy wie­dzą, że ma pro­blem z no­ga­mi, ga­da­ją, że mia­ła pro­blem z al­ko­ho­lem. Na do­da­tek ona, tak jak Mat­ka, zna „tam­te te­re­ny”, po któ­rych wę­dro­wa­ła Mat­ka z ma­łym Le­on­kiem przy pier­si, jed­nym sło­wem, rola stwo­rzo­na jest dla niej, jed­nak nie za­gra, bo nie może zgo­dzić się na ty­tuł.

– Trud­no, nie mogę zmie­nić ty­tu­łu, nic nie jest w sta­nie na­kło­nić mnie do zmia­ny, prze­pra­szam, je­śli nie może pani za­grać, trud­no. Pę­po­wi­na to do­bry ty­tuł, musi zo­stać – od­po­wie­dzia­łam twar­do, dzi­wiąc się, że sta­wiam opór! Czy to moż­li­we, żeby ar­ty­stycz­ny, twór­czy opór stał się po­cząt­kiem koń­ca de­pre­sji? De­pre­sja to obo­jęt­ność, sza­re nic. A sil­ny opór był zło­ścią, uczu­ciem. Mój Boże, my­śla­łam, ja czu­ję, je­stem wście­kła, jak­bym była już zdro­wa! Może to, że wy­my­śli­łam ty­tuł Pę­po­wi­na w nocy, że był go­to­wy, za­nim jesz­cze po­wstał za­rys ak­cji, spra­wił, że zży­łam się z nim tak sil­nie. Na po­cząt­ku były tyl­ko dwa zda­nia dia­lo­gu, i nic wię­cej. Di­da­ska­lia, po­my­sły sce­no­gra­ficz­ne są póź­niej­sze. Pę­po­wi­na wy­ło­ni­ła się ze snu, ze snów. Może to spo­wo­do­wa­ło nie­ade­kwat­ne po­czu­cie mocy, ja­kie mie­wa­łam w dzie­ciń­stwie, gdy wy­da­wa­ło mi się, że mogę mieć wszyst­ko, cze­go za­pra­gnę. Po­czu­łam więc w so­bie moc, by oprzeć się tru­pie ak­tor­skiej, bunt był to­tal­ny, po­sta­no­wi­łam zre­zy­gno­wać na­wet z wy­sta­wie­nia sztu­ki, mimo że to był mój „de­biut dra­ma­tur­gicz­ny” i bar­dzo mi za­le­ża­ło.

– Je­steś upar­ta jak oj­ciec – ma­wia­ła mat­ka, gdy nie mo­gła mnie do cze­goś prze­ko­nać. To zna­czy­ło: upar­ta jak osioł, czy­li twój oj­ciec, ale tego mat­ka nig­dy by mu nie po­wie­dzia­ła.

Pę­po­wi­na była już wte­dy w pró­bach, Skar­żan­ka gra­ła Mat­kę, Ciu­ne­lis była Rozą, jej pie­lę­gniar­ką. Mat­ka nie wie­dzia­ła, że Roza jest ak­tor­ką, że Leon, świa­to­wej sła­wy pia­ni­sta, oże­nił się z nią w ta­jem­ni­cy, bo ta wia­do­mość, jak uwa­żał: „za­bi­ła­by mat­kę”. Kol­ber­ger grał Le­ona, był tak­że ob­sa­dzo­ny, zgod­nie ze sztu­ką, w roli Da­wi­da, swo­je­go ojca, za­gi­nio­ne­go gdzieś w ol­brzy­mich prze­strze­niach Ro­sji, Ukra­iny, Ka­zach­sta­nu. Mia­łam ra­cję, choć wiem, że ty­tuł jest brzyd­ki, jed­nak bar­dzo zna­czą­cy, a sztu­ka pod tym ty­tu­łem zo­sta­ła prze­tłu­ma­czo­na na an­giel­ski – The Umbi­li­cal Cord – i wy­da­na w to­mie, w któ­rym zna­la­zło się tyl­ko sie­dem sztuk z Eu­ro­py Środ­ko­wej i Wschod­niej, je­dy­na z Pol­ski. Po wie­lu la­tach zo­sta­ła za­gra­na na fe­sti­wa­lu w Glas­gow. Re­ali­za­cję te­le­wi­zyj­ną z Niną An­drycz po­wie­rzy­łam Szul­ki­no­wi. Moc­no skró­co­na, w te­atrze te­le­wi­zyj­nej Dwój­ki wy­pa­dła do­brze. Na po­cząt­ku mia­łam wąt­pli­wo­ści, jak dama pol­skie­go te­atru i no­to­rycz­na kró­lo­wa, z cha­rak­te­ry­stycz­nym gło­sem, z „ł” przed­nio­ję­zy­ko­wym, któ­re wy­da­je się nie­kie­dy pre­ten­sjo­nal­ne, bę­dzie wy­glą­da­ła w roli le­żą­cej w łóż­ku i po­pi­ja­ją­cej na­lew­kę mat­ki pi­jacz­ki. Ten kon­trast oka­zał się świet­ny!

Gdy ak­to­rzy wy­szli, czu­łam się jak zu­ży­ta ba­te­ria albo am­pu­to­wa­na noga, to moje ulu­bio­ne okre­śle­nia z Chan­dle­ra, świet­nie od­da­ją sta­ny psy­chicz­ne, każ­dy, kto prze­cho­dził przez coś po­dob­ne­go, zgo­dzi się ze mną. Zmę­czo­na, wy­czer­pa­na, ale nie­po­grą­żo­na w de­pre­sji. Mia­łam ocho­tę krzy­czeć z ra­do­ści. Po­wie­dzia­łam Mir­ko­wi, że wła­śnie stra­ci­łam szan­sę na obej­rze­nie swo­jej sztu­ki w Ate­neum, za­pła­cę za swój bunt nie­wy­gó­ro­wa­ną cenę, bo już nie mu­szę kłaść się do łóż­ka i nie mam ocho­ty się za­bić. Sta­ło się in­a­czej. Skar­żan­ka, psio­cząc, prze­kli­na­jąc ty­tuł, jed­nak za­gra­ła i wi­dzom się po­do­ba­ło. Nie cho­dzi­łam na pró­by, nie wi­dzia­łam ani jed­nej, nie in­te­re­so­wa­ło mnie, co zro­bi z tym mło­dy re­ży­ser Szcze­pan Szczyk­no, co zro­zu­mie­ją ak­to­rzy, jak za­re­agu­je pu­blicz­ność. Nig­dy nie je­stem za­do­wo­lo­na z pra­cy ze­spo­ło­wej, pod czasz­ką wi­dzę cał­kiem co in­ne­go. Naj­śmiesz­niej­sza była re­cen­zja w „Ga­ze­cie Wy­bor­czej”. Wan­da Zwi­no­grodz­ka py­ta­ła w ty­tu­le: Czy­ja jest ta pę­po­wi­na?, za­rzu­ca­ła mi in­te­li­genc­kość, ode­rwa­nie od ży­cia i po­ucza­ła, że „praw­dzi­we ży­cie to­czy się na ba­za­rach”. Ży­cie mat­ki i syna w za­pę­tlo­nym związ­ku, ma­ja­czą­ca woj­na, uciecz­ka, okru­cień­stwo nie do za­po­mnie­nia, były dla re­cen­zent­ki wy­du­ma­ne? Ba­za­ry dość mało mnie in­te­re­so­wa­ły, ale z pew­no­ścią zna­łam je le­piej niż ona. Ku­po­wa­li­śmy na ba­za­rze Ró­życ­kie­go, by­wa­łam tam dwa razy w ty­go­dniu, wi­dzia­łam i sły­sza­łam, czu­łam, do­ty­ka­łam. Jed­nak za­pa­mię­ta­łam po­ucze­nia ciot­ki Zwi­no­grodz­kiej, jak o niej mó­wi­li­śmy. Sie­dzia­ła w Te­atrze Te­le­wi­zji, ode­rwa­na od świa­ta. Na­tknę­łam się na nią póź­niej, gdy było ko­le­gium od­bie­ra­ją­ce wła­śnie tę in­sce­ni­za­cję Pę­po­wi­ny re­ży­se­ro­wa­nej przez Szul­ki­na dla te­atral­nej Dwój­ki, z Niną An­drycz jako mat­ką, a Pa­kul­nis jako Rozą. Nie­wie­le mia­ła do ga­da­nia, za­wsze jed­nak tego ro­dza­ju ciot­ki mogą za­szko­dzić.

Mia­łam tro­chę dość ak­to­rek, ak­to­rów, tak­że re­ży­se­rów, zwłasz­cza Pio­tra, w ogó­le współ­pra­cy, któ­ra nie była ko­rzyst­na dla tego, co pi­szę, była to cią­gła wal­ka o swo­je ra­cje. Pew­nie dla­te­go pi­szę po­wie­ści, a nie sztu­ki, choć po la­tach na­pi­sa­łam i opu­bli­ko­wa­łam w „Dia­lo­gu” jesz­cze jed­ną, Sa­lon pro­fe­so­ra Me­fi­sto. Pe­wien mło­dy, obie­cu­ją­cy re­ży­ser po­wie­dział mi, że mi­nie dzie­sięć lat, za­nim u nas ktoś od­wa­ży się za­grać tę sztu­kę. Po­tem chciał ją zro­bić Piotr Lach­mann, ale nie miał na to pie­nię­dzy. Rze­czy­wi­ście, nikt w kra­ju się nie gar­nął, za to za­grał ją wier­nie i do­brze te­atr nie­miec­ki, jako Der Sa­lon des Pro­fes­sor Me­fi­sto, we Frank­fur­cie nad Odrą. Może dla­te­go spek­takl uzna­łam za do­bry, że pro­fe­sjo­nal­ny te­atr był wier­ny tek­sto­wi i po­my­słom sce­nicz­nym, ja­kie za­pi­sa­łam. Gdy je­cha­li­śmy po­cią­giem do Frank­fur­tu, wzię­łam no­tes i za­pi­sy­wa­łam sce­nę po sce­nie, co za­wie­ra, jak ją wi­dzia­łam, a po­tem, sie­dząc w te­atrze, spraw­dza­łam, jak to od­gry­wa­ją. Wszyst­ko było na miej­scu. Po­do­ba­ło mi się, pew­nie i dla­te­go, że mimo mo­ich ko­rze­ni nie­miec­ki był mi obcy. Ję­zyk wy­ob­co­wał dia­log, sztu­ka od­da­li­ła się ode mnie, też sta­ła się obca. A jed­nak wy­da­wa­ło mi się, że ro­zu­miem szó­stym czy siód­mym zmy­słem, prze­cież zna­łam tekst! A może mimo wszyst­ko mam w so­bie ten ję­zyk ro­dzi­ców i dziad­ków.