Kryminalny Wrocław. Mroczne przechadzki po mieście - Agnieszka Krawczyk, Marta Guzowska, Adrianna Michalewska - ebook
Opis

Nie od dziś wiadomo, że Wrocław stanowi znakomitą scenerię dla sensacyjnych fabuł. Ale takiego literackiego spaceru po Ostrowie Tumskim i jego okolicach jeszcze nie mieliście okazji zaznać. Waszymi przewodniczkami po dawnych cmentarzyskach, tajemniczych mostach, starych bibliotekach, zapomnianych podziemiach będą Zbrodnicze Siostrzyczki – trzy poczytne twórczynie kryminałów. W czasie tej przechadzki spotkacie nie tylko zbrodniarzy i ich ofiary – zetkniecie się również z istotami, w których istnienie nie wszyscy wierzą…

Zbrodnicze Siostrzyczki narodziły się na początku 2012 roku, chociaż każda z Siostrzyczek miała już wtedy za sobą kawał życia. Marta Guzowska („Ofiara Polikseny”, „Głowa Niobe), Agnieszka Krawczyk („Morderstwo niedoskonałe”, „Dziewczyna z aniołem”) i Adrianna Michalewska („Zaułki zbrodni”) stworzyły grupę pisarską, żeby promować powieści kryminalne i sensacyjne, przede wszystkim polskie. Zbrodnicze Siostrzyczki mają na wspólnym koncie dwa tomy opowiadań kryminalnych, pięcioro dzieci, trzech mężów i zmienną liczbę kotów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Marta Guzowska Agnieszka Krawczyk Adrianna Michalewska

Kryminalny Wrocław

Mroczne

Strona redakcyjna

Copyright by Oficynka & A. Michalewska, A. Krawczyk i M. Guzowska, Gdańsk 2013.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2013

Opracowanie edytorskie książki: kaziki.pl

Skład: Piotr Geisler

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce © Badahos | Dreamstime.com;

Lenalir | Dreamstime.com

Zdjęcia Wrocławia:

s. 7 © CCat82 | istock; s. 37 © Patryk Michalski | Fotolia;

s. 61 © satori | Fotolia; s. 87 © fotonaoko | Fotolia;

s. 109 © Krzysztof Szymoniak; s. 129 © VRD | Fotolia;

s. 145 Grzegorz Polak | Fotolia; s. 167 Grzegorz Polak | Fotolia;

s. 191 © Krzysztof Szymoniak; s. 209 © Krzysztof Szymoniak;

s. 217 © Patryk Michalski | Fotolia

ISBN 978-83-64307-19-5

www.oficynka.pl

email:oficynka@oficynka.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Pierwszy dzień jesieni | Marta Guzowska

Komórka straży miejskiej, w której pracował Janusz, miała swoją nazwę, ale nikt nie mówił o niej inaczej niż „komórka do spraw wariatów”, więc i Janusz w końcu zaczął tak mówić. Idea była chwalebna i wyszła od samego komendanta: chodziło o to, żeby obywatel mógł porozmawiać o swoich troskach, problemach i za- żaleniach twarzą w twarz z władzą. Ale obywatel, który zapieprza od rana do nocy, naprawdę ma wiele dużo lepszych rzeczy do roboty, niż latać z byle czym do straży miejskiej. Więc jedyni obywatele, którzy regularnie odwiedzali Janusza, to byli prawdziwi wariaci.

Janusz miał wśród nich swoich ulubieńców. Najbardziej lubił panią Szelest, która twierdziła, że coś jej szeleści w piwnicy. Pani Szelest była emerytką, z tych zadbanych: płaszczyk stosowny do pory roku, kapelusik, pantofelki, pachnąca perfumami, zawsze od fryzjera. Nie awanturowała się, przysiadała na krześle, wpatrywała się w oczy Janusza i opowiadała o szelestach. Czasem przynosiła czekoladki, raz upiekła Januszowi ciasto, a raz przytargała siatkę jabłek „z działki, panie Januszu, niepryskane”. Oczywiście wiadomo, jak jest, łapówki i tak dalej, ale Janusz nie miał serca jej odmówić, a jabłka rzeczywiście były pyszne, domowe ciasto też.

Pan Błyskający, zwany też panem UFO, nie był już, niestety, tak zadbany. Ale zdejmował w wejściu nakrycie głowy, nisko się kłaniał i nie przysuwał z krzesłem zbyt blisko Janusza, jakby dobrze wiedział, że jego zapach pozostawia wiele do życzenia.

Za to pani Śmietnik stanowiła całkowite przeciwieństwo zarówno pani Szelest, jak i pana UFO. Wkraczała do pokoju marszowym krokiem, krzesło przesuwała trzy razy, zanim wybrała pozycję, która jej pasowała, a ton głosu miała stanowczy. Ale za to historie, które opowiadała, były lepsze niż seriale telewizyjne.

Ulubieni wariaci Janusza pojawiali się regularnie. Minimum raz w miesiącu, ale w przełomowych momentach, jak ocieplanie piwnic (pani Szelest) lub wymiana kłódek przy śmietniku (pani Śmietnik), potrafili przyjść nawet co drugi dzień. Kiedyś pani Szelest nie było przez ponad dwa miesiące i Janusz zaczął się o nią poważnie martwić. Ale w końcu zjawiła się w nowym płaszczu, powiedziała, że była u córki w Anglii, a potem z wnuczkiem drugiej córki na działce. To właśnie wtedy przyniosła te jabłka.

Jednak tego konkretnego wariata Janusz nigdy wcześniej nie widział. Wariat był wysoki i dość chudy, ale poza tym nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przeciętna twarz, przeciętna kurtka, ani za krótka, ani za długa (wariaci miewali czasem problemy z dobraniem odpowiedniego rozmiaru odzieży). I oczy – o w miarę normalnym spojrzeniu.

Wariat zawahał się na progu, a Janusz gestem zaprosił go do środka. Miał to wypracowane – w każdej sytuacji trzeba być dla wariata miłym. Wariat się wtedy uspokaja, a wariat nieagresywny to wariat mniej upierdliwy. Cała tajemnica sukcesu.

– Proszę, niech pan siądzie. – Janusz pokazał Chudemu Wariatowi krzesło. – W czym mogę panu pomóc?

Wariat usiadł, pochylił się do przodu, oparł łokcie o blat biurka Janusza i przycisnął palcami powieki. Janusz wiedział (doświadczenie!), że ponaglanie wariata może się skończyć awanturą, więc spokojnie czekał.

Nagle Chudy Wariat podniósł głowę.

– My... – zaczął.

Oho, pomyślał Janusz. Liczba mnoga zazwyczaj oznaczała cięższe przypadki.

Ale Chudy Wariat nie dokończył. Oparł dłonie o biurko i podciągnął się do góry.

– Bo wie pan, tu chodzi o Ślężę.

– O Ślężę? – Janusz nie zdołał ukryć zdziwienia, chociaż jedna z podstawowych zasad rozmów z wariatami brzmi: „nie dziwić się niczemu”. – O górę Ślężę?

Wariat pokiwał energicznie głową, aż rozwiały mu się rzadkie włosy.

– Ale my nie mamy ze Ślężą nic wspólnego – zaczął Janusz. – To teren państwowy, nie miejski. Musi się pan udać do urzędu wojewódzkiego albo może do gminy. Zależy, w jakiej sprawie.

Chudy Wariat machnął ręką, jakby chciał odpędzić muchę, chociaż tej lodowatej wiosny żadna mucha jeszcze się nie pojawiła.

– Chodzi o zgodę na zorganizowanie zebrania.

– Zebrania? – upewnił się Janusz.

– Zebrania, manifestacji – zniecierpliwił się Chudy Wariat. – Nie wiem, jak wy to nazywacie.

Błąd, kolego, pomyślał Janusz. Jak się chce na coś pozwolenie, to warto wiedzieć, jak się to coś nazywa. Ale przezornie milczał.

– O, zgromadzenia – przypomniał sobie Wariat. – Chodzi o zorganizowanie zgromadzenia na szczycie Ślęży. To do kogo mam się zwrócić w tej sprawie? – Chudy Wariat wpił się spojrzeniem w twarz Janusza.

Janusz odwrócił się do komputera.

– Zaraz... Może by tak... Może Dyrekcja Lasów Państwowych... Albo nadleśnictwo... Ale na Ślęży biegną przecież normalne szlaki turystyczne, jeśli chcą państwo po prostu udać się na wycieczkę, to nie potrzeba żadnego...

– Nie chcemy po prostu udać się na wycieczkę – oznajmił ponuro Chudy Wariat.

– W takim razie, co państwo chcą tam robić?

Wariat przełknął ślinę. Widać było, że toczy ze sobą wewnętrzną walkę.

– Jesteśmy... Interesują nas pogańskie pozostałości na Ślęży.

Janusz spojrzał na niego zaciekawiony.

– To prawda, tam są te niesamowite rzeźby i kamienne wały. Ale jeśli chcą państwo po prostu zwiedzić to miejsce z przewodnikiem...

– Nieważne – uciął Wariat i wstał. – I tak pan mówił, że to nie państwa rejon.

Przy drzwiach się zawahał, ale w końcu powiedział tylko „do widzenia” i wyszedł. A Janusz zapomniał o nim chwilę potem, bo miał na głowie kwartalne sprawozdanie, a poza tym przyszedł pan UFO.

W niedzielę nadal wiał lodowaty wiatr, ale zza chmur wyjrzało słońce i Janusz uznał, że jeśli trochę się nie przewietrzy, to zwariuje. Wyciągnął z pawlacza górskie buty, a kiedy grzebał głębiej w poszukiwaniu kurtki, znalazł jeszcze jeden karton z rzeczami Majki. Zdjął go na dół i zapatrzył się w napis „Majka, letnie”. Co ja zrobiłem nie tak? – pomyślał. Dlaczego ona po prostu odwróciła się na pięcie i sobie poszła?

Siedział tak dobre pół godziny, ale w końcu się otrząsnął i postanowił, że spróbuje nie spieprzyć kolejnego dnia.

Podjechał samochodem do parkingu w Sobótce, za przystankiem pekaesu, i zaparkował na całkiem pustym placu. Kiedy wysiadł, wiatr prawie okręcił go dokoła własnej osi i przez chwilę Janusz żałował, że nie dołączył do bardziej rozsądnych rodaków spędzających weekend w centrach handlowych. Ale w lesie zrobiło się zaciszniej, tylko drzewa pojękiwały i sypały suchymi gałązkami i drobinkami kory. A najpiękniejsze było to, że nie było żywej duszy. Janusz wreszcie poczuł, jak zaczynają mu się rozluźniać stężałe mięśnie karku i pleców. Odchylił głowę i zaczął cicho gwizdać. Po kilku krokach zasapał się i musiał przestać, ale humor poprawiał mu się z chwili na chwilę.

Przy Pannie z rybą zatrzymał się i wyciągnął z plecaka butelkę wody. Obejrzał jeszcze raz dokładnie bryłę podobną do niedźwiedzia i bezgłową kamienną postać w długiej szacie i z wielką rybą, chociaż znał je na pamięć, włącznie z ukośnym znakiem krzyża na ciele ryby. W końcu przecież pisał z tego magisterkę. A potem zobaczył coś z tyłu, za ogrodzeniem. I cały dobry humor tego dnia uleciał w ułamku sekundy, a Janusz poczuł, jak wiatr przenika go aż do kości.

Dziewczyna była naga. Leżała na boku i przyciskała do piersi kolana, jakby chciała się chociaż trochę ogrzać. Błękitnawy kolor skóry wskazywał, że to się jej nie udało, ale Janusz na wszelki wypadek dotknął delikatnie miejsca na szyi, gdzie powinno coś tętnić. Nie wyczuł nic, skóra dziewczyny była zimna w dotyku jak kamień, z którego wykonano rzeźby.

Janusz zadzwonił na policję. A potem usiadł na głazie i czekał, aż przyjadą. W ogóle nie czuł lodowatej powierzchni ziębiącej go przez materiał spodni.

Policjantów było dwóch. Kiedy zobaczyli dziewczynę, jeden od razu zaczął dzwonić po techników, a drugi przesłuchiwać Janusza. Janusz cierpliwie opowiedział mu wszystko, chociaż właściwie nie miał wiele do opowiedzenia. Postanowił wybrać się na wycieczkę, doszedł do Panny, znalazł dziewczynę. I tyle.

A później przypomniał sobie o Chudym Wariacie. I zamyślił się tak głęboko, że policjant musiał dwa razy powtórzyć pytanie, zanim do Janusza w ogóle dotarł dźwięk jego głosu.

– Bo wie pan, jest jeszcze coś...

Policjant podniósł głowę znad papierów, które trzymał wpięte w twardą podkładkę.

– Kilka dni temu był u mnie... To znaczy w pracy. Bo ja pracuję... – Janusz za nic w świecie nie był w stanie przypomnieć sobie, jak naprawdę nazywa się jego komórka – ...w straży miejskiej – dokończył na wdechu.

Policjant słuchał.

– Był u mnie taki dziwny interesant. Pytał o możliwość złożenia wniosku o pozwolenie na zgromadzenie. Tu, na Ślęży. Powiedziałem mu, że to nie jest obszar administracyjny miasta Wrocławia i straż miejska nie ma z tym nic wspólnego, i sobie poszedł.

– A dlaczego uważa pan, że to ważne? – Policjant potarł oczy palcami. Wyglądał, jakby się nie wyspał.

– Bo... – Janusz przesunął palcami pod kołnierzem kurtki. – Bo wczoraj był dwudziesty pierwszy marca.

Policjant popatrzył w papiery.

– Pierwszy dzień wiosny – dorzucił Janusz.

Zero reakcji.

– No jak to, to jest przecież Ślęża, nie wie pan? Kulty pogańskie... – Janusz urwał równie gwałtownie, jak zaczął.

– Nie wiem. Proszę mi opowiedzieć od początku.

Janusz zaczerpnął głęboko powietrza.

– Góra Ślęża była prawdopodobnie ważnym ośrodkiem kultu pogańskiego. Te rzeźby... – Machnął ręką w kierunku Panny z rybą i Niedźwiedzia. – Ten mur tam na górze...

Policjant nadal nic nie mówił.

– Dobrze. – Janusz wypuścił powietrze. – Zacznę od początku. Jestem archeologiem, mam dyplom magistra.

Policjant zerknął w papiery.

– Mówił pan, że pracuje w straży miejskiej.

– No i co z tego?! – Janusz się zdenerwował. – Nie wie pan, jak jest z miejscami pracy na uczelniach?

Policjanta to nie ruszyło.

– Proszę mówić dalej – powiedział.

Janusz przewentylował płuca.

– Kulty pogańskie Słowian to moja specjalność, pisałem z tego magisterkę. Ślęża to jeden z najważniejszych ośrodków, przypuszczalnie związany z kultem solarnym. – Janusz starał się wymawiać słowa wolno i wyraźnie, chociaż czuł, że jeszcze chwila i zaczną mu szczękać zęby. – Nie wiadomo, kiedy działał. Niektórzy datują jego początki nawet na czasy neolitu, a już bardzo prawdopodobne jest, że sięga przynajmniej epoki brązu. Ale najwcześniejsza nazwa góry Monte Silencii, czyli Góra Milczenia, pochodzi dopiero z początku dwunastego wieku, mniej więcej z czasów, kiedy za panowania Bolesława Krzywoustego Piotr Włostowic ufundował na szczycie klasztor augustianów. Wszystko, co tu się działo wcześniej, jest niejasne, rozumie pan.

Policjant pokiwał głową, chociaż trudno było po nim poznać, czy rozumie.

– Wiadomo tylko tyle, że organizowano tu różne obrzędy. Badacze przypuszczają, że były to rytuały związane z tradycyjnymi astronomicznymi datami, przesileniem letnim i zimowym oraz jesienną i wiosenną równonocą.

Policjant notował. Kiedy Janusz urwał, podniósł głowę, jakby czekał na ciąg dalszy.

– Obrzędy w pierwszy dzień wiosny, na tyle, na ile można je dzisiaj zrekonstruować, stanowiły odpowiednik obchodzonego jeszcze po wsiach topienia Marzanny. Prawdopodobnie polewano wodą nagą dziewczynę...

Zanim policjant zdołał go powstrzymać, Janusz podszedł do zwłok. Zatrzymał się dwa kroki przed ciałem, pochylił i dotknął ziemi.

– Nie pamiętam, kiedy ostatnio padało. A ziemia jest bardzo wilgotna. Ale – odszedł dalej i pomacał ziemię – ale tylko w okolicy ciała. A w nocy było przecież poniżej zera...

Policjant zanotował to wszystko. A potem zadał Januszowi jeszcze kilka pytań, lecz żadne nie miało związku z pierwszym dniem wiosny, obrzędami pogańskimi ani górą Ślężą.

Później przyjechali technicy i najpierw zdjęli Januszowi odciski palców, a potem poprosili go grzecznie, żeby spadał i nie przeszkadzał. Na par- kingu stały cztery radiowozy, a pomiędzy nimi łaził w kółko koleś z dyktafonem i drugi – ze sprzętem fotograficznym, bo wejścia na czerwony szlak pilnował policjant. Gdy funkcjonariusz machnął Januszowi, żeby przechodził, natychmiast podbiegł koleś z dyktafonem, ale Janusz wyjaśnił, że policjanci zabronili mu rozmawiać na temat tego, co widział. W końcu dziennikarz wyciągnął z Janusza przynajmniej jego imię i nazwisko oraz to, że ukończył archeologię, a Ślęża jest niezwykle ciekawym reliktem kultów pogańskich. Janusz wsiadł w samochód i pojechał do domu. Przez resztę dnia oglądał telewizję, przerzucając się rozpaczliwie z kanału na kanał, byle tylko nie myśleć o zwiniętej w pozycji embriona nagiej dziewczynie i jej niebieskawej od zimna skórze.

W poniedziałek zadzwonił Jacek i pogratulował Januszowi zdjęcia na okładce jednego z czołowych tabloidów. Janusz zszedł na dół do kiosku, ale w ostatniej chwili stracił odwagę i tylko zerknął na zdjęcie przez szybę. Podpis głosił, że magister archeologii pomaga policji w wyjaśnieniu tajemniczej zbrodni.

W pracy nikt nie zająknął się nawet słowem na ten temat, chociaż Janusz wątpił, czy jego koledzy są odporni na uroki brukowej prasy. Majka też się nie odezwała, a mogłaby – w końcu człowiek niecodziennie jest pierwszej stronie gazety, nawet jeśli to tylko brukowiec. We wtorek i środę Janusz miał urwanie głowy, a w czwartek, kiedy nagle przypomniał sobie o martwej dziewczynie, była już tylko obrazem w jego głowie, nie bardziej rzeczywistym niż scena z horroru.

W połowie czerwca miał dosyć czekania na znak życia od Majki i wziął tydzień wolnego. Wrócił dwudziestego drugiego, przed nocą świętojańską. Najkrótszą nocą w roku. W krajach skandynawskich pali się w tę noc ogniska i Janusz w swojej magisterce próbował udowodnić, że to pozostałości z czasów, kiedy bóstwom składano ciałopalną ofiarę. Dwudziestego trzeciego przejrzał kilka gazet i portali internetowych oraz obejrzał wszystkie serwisy informacyjne w telewizji. Ale nie znalazł nic.

Potem przyszło lato. Koledzy na urlopie i większość wariatów też. W lipcu wylała Odra i pół miasta znalazło się pod wodą, zupełnie jak w dziewięćdziesiątym siódmym. Za to w sierpniu miała miejsce trzytygodniowa fala upałów. Majka ciągle się nie odzywała. Janusz parę razy chciał do niej zadzwonić, ale nie mógł się zdobyć, żeby wcisnąć klawisz „połącz”.

A we wrześniu wrócili koledzy z urlopów i wariaci, pewnie też po wakacjach. I wszystko było po staremu.

Dwudziestego pierwszego września były urodziny Majki. W poprzednim roku przypadały w piątek, wziął wtedy wolne i wyjechali na długi weekend do Zakopanego. W górach był tłok, a ceny kompletnie ich załatwiły, ale noce były ciągle cudownie ciepłe, a Majka...

Na progu stanął wariat. Chudy Wariat, ten od Ślęży. Janusz zerwał się z krzesła i chwycił słuchawkę telefonu.

– Niech pan tego nie robi. – Wariat zamknął za sobą drzwi. Podszedł do biurka i położył palec na widełkach telefonu.

Janusz odskoczył do tyłu, pod ścianę i zaczął macać po kieszeniach w poszukiwaniu komórki.

– Niech pan tego nie robi – powtórzył Wariat i dał krok do przodu. Janusz wcisnął się w kąt i przypomniał sobie, że komórkę zostawił w kieszeni kurtki. A kurtka wisiała na wieszaku, koło drzwi, za plecami Wariata.

– Przyszedłem tylko porozmawiać.

Jeśli te słowa miały podziałać na Janusza uspokajająco, to chybiły. Janusz nie miał się już dokąd cofnąć, z jednej strony drogę blokowało mu biurko, a z drugiej Wariat. A Wariat był od niego sporo wyższy. Nie wyglądał, co praw- da, na silnego, ale z wariatami nigdy nic nie wiadomo.

Chudy Wariat musiał dostrzec panikę we wzroku Janusza, bo cofnął się o krok, a potem przesunął krzesło stojące po drugiej stronie biurka i przysiadł na brzeżku.

– Przyszedłem tylko porozmawiać – powtórzył. – Czy może się pan uspokoić i też usiąść?

Janusz trwał jeszcze przez chwilę w swoim kącie, ale w końcu skinął ostrożnie głową i opadł na krzesło. Nie spuszczał wzroku z kurtki na wieszaku przy drzwiach.

– Chciałbym pana prosić o poradę... – zaczął Wariat, ale w tym momencie w głowie Janusza coś zaskoczyło.

– Jest pan mordercą! – Chciał to wykrzyczeć, ale z jego ust wydobył się tylko zachrypnięty szept. – Zamordował pan tę dziewczynę!

Wariat pokręcił głową.

– Źle pan zrozumiał...

– Ja źle zrozumiałem? – Janusz nie pozwolił mu skończyć. – Źle? Dziewczyna zamarzła na śmierć, a pan mi tu mówi, że ja coś źle zrozumiałem? Ja wiem więcej o starożytnych pogańskich rytach niż pan i pańscy popieprzeni koledzy...

– Właśnie – wszedł mu w słowo Wariat. – Dlatego tu jestem.

Janusz otworzył usta, ale nic nie powiedział.

– Czytaliśmy o panu w gazecie – Wariat uprzedził pytanie, które Janusz mógłby zadać, gdyby przyszło mu to do głowy. – Potrzebujemy pana pomocy.

– Pomocy?

Wariat pokiwał energicznie głową.

– Widzi pan, teraz niedługo przypada jesienne zrównanie dnia z nocą. I my nie wiemy... – Wariat wziął głęboki wdech.

– Nie wiecie, jaki rytuał zastosować? – upewnił się Janusz. – Przychodzi pan do mnie z pytaniem, jak najlepiej zabić człowieka pierwszego dnia jesieni, czy ja dobrze zrozumiałem?

Wariat się zdziwił.

– No co pan? Zabić człowieka? Skąd to panu przyszło do głowy?

Janusz znowu otworzył usta i znowu je zamknął, nie wypowiedziawszy ani słowa.

– Przyszedłem pana prosić, żeby wygłosił pan dla nas wykład.

– Dla nas? – Janusz zdołał zadać pytanie, ale głos miał slaby.

– Dla, nazwijmy to, grupy miłośników starożytności. Takich, wie pan, zapaleńców, hobbystów. Proszę nam opowiedzieć o pogańskich rytuałach związanych z równonocami i przesileniami. Oczywiście zaproponujemy panu honorarium i jestem przekonany, że jego wysokość pana usatysfakcjonuje. – Wariat wymienił sumę i Janusz musiał przełknąć ślinę, chociaż próbował powstrzymać ten odruch.

– Niech pan to sobie przemyśli. – Wariat wstał. – Jeśli się pan zgodzi, proszę być jutro punktualnie o piętnastej przy Niedźwiedziu na szczycie Ślęży.

Otworzył drzwi i wyszedł. Tak po prostu wyszedł. A Janusz został na krześle za biurkiem i gapił się na te drzwi, dopóki nie przyszedł następny interesant.

Kiedy ten następny też wyszedł, Janusz podniósł słuchawkę telefonu. Ale nie wiedział, co mógłby powiedzieć policjantowi. Że Chudy Wariat poprosił go o wygłoszenie wykładu? Że mu zaproponował naprawdę przyzwoite honorarium? To przecież nie jest nielegalne, o ile zapłaci się podatek. W końcu odłożył słuchawkę i poszedł do szefa powiedzieć, że wynikły pilne sprawy rodzinne i musi wyjść wcześniej z pracy.

Do domu wrócił z silnym postanowieniem, żeby jak najszybciej zapomnieć o całej sprawie. Ale nie mógł przestać myśleć. A im dłużej myślał, tym bardziej wszystko wydawało mu się łatwe do wytłumaczenia.

To niemożliwe, naprawdę niemożliwe, żeby Chudy Wariat miał coś wspólnego z tym morderstwem. Mordercy się ukrywają, a nie przychodzą zapraszać niespełnionych archeologów ze straży miejskiej na gościnne wykłady. Gdyby to był prawdziwy morderca, nie pokazałby się więcej.

To po prostu grupa miłośników starożytności. Trochę pewnie podekscytowanych wiosennym morderstwem na Ślęży, takie rzeczy kręcą ludzi. Chcą się dowiedzieć czegoś więcej o religii pogańskiej i o tych posągach na górze. I pewnie o ofiarach z ludzi. Kiedy jeszcze na studiach miał wykład na ten temat, zwaliły się tłumy. I tyle. Trzeba się cieszyć, że ludzie chcą pogłębiać wiedzę, a nie tylko siedzą przed telewizorem.

– Nie wiem – powiedział głośno. – Nie wiem, nie wiem.

Ale w pustych ścianach nikt mu nie odpowiedział.

Decyzję podjął następnego dnia koło południa. Ostatnią chwilę wahania przeżył, kiedy wysiadał z samochodu na parkingu za przystankiem pekaesu w Sobótce, ale sam się sobie wydał głupi.

Czekali już na niego i oczywiście wyglądali zupełnie normalnie, jak każda grupa amatorów. Dwadzieścia osób, może dwadzieścia kilka, głównie emeryci, tylko kilkoro młodszych. Wszyscy w solidnych traperach, prawie wszyscy w spodniach bojówkach z kieszeniami i lekkich kurtkach. Każde dziecko dzisiaj wie, jak powinni się ubierać badacze przeszłości.

Chudy Wariat uścisnął mu dłoń i przedstawił go pozostałym. Kilka osób skinęło głowami, kilka innych się uśmiechnęło, głównie kobiety. Janusz zawsze działał na starsze panie. Szkoda tylko, że Majka nie potrafiła docenić jego uroku.

Wziął się w garść, a wtedy Wariat powiedział:

– Może przejdziemy kawałek dalej, tam leży kilka pni drzew, można na nich usiąść.

Przeszli, usiedli, a Wariat dał znak, że Janusz może zaczynać.

– Wybrali państwo doskonale miejsce do rozpoczęcia wykładu, tuż koło rzeźby zwanej Niedźwiedziem. Była ona prawdopodobnie kluczowa dla istoty ślężańskiego kultu. Proszę zwrócić uwagę na symbol ukośnego krzyża, prawdopodobnie odnoszący się do kultu słońca. Podobne symbole zauważą państwo też na innych ślężańskich rzeźbach, między innymi na słynnej Pannie z rybą...

Janusz mówił wyraźnie i z dobrą dykcją. Temat wybrali sami. Wydawałoby się, że powinni spijać słowa z jego ust. Ale nie spijali. Kręcili się albo gapili na Niedźwiedzia, a kilka osób z tyłu rozmawiało półgłosem. W końcu pani po pięćdziesiątce, w wojskowej kurtce i z kolorowym szalem na szyi, przerwała mu.

– Mam pytanie, można?

Pytania zazwyczaj zadaje się na końcu, pomyślał Janusz, ale co mi tam, to oni płacą. Uśmiechnął się:

– Oczywiście.

– W pana pracy magisterskiej znalazłam informację, że ogniska w noc świętego Jana są pozostałością po rytuale składania bóstwom pogańskim ofiar ciałopalnych z ludzi.

Zawiesiła głos.

– Bardzo mi miło, że czytała pani moją pracę. – Janusz znowu się uśmiechnął, tym razem szczerze. – Oczywiście w tej kwestii nie można mieć stuprocentowej pewności. W ogóle sprawa ludzkich ofiar u Słowian nie jest pewna, bo istnieją tylko nieliczne...

– Ale tu, na Ślęży, istniał podobno wcześniej ośrodek religii celtyckiej. A Celtowie składali swoim bogom ofiary ciałopalne.

– Tak – przyznał Janusz – składali. Pisze o tym między innymi...

Pani z szalem odwróciła się do reszty osób siedzących na pniach.

– Widzicie, mówiłam. Trzeba było...

Siwy facet obok niej pociągnął ją za ramię.

– Elu, daj spokój – poprosił tonem, który świadczył, że u nich w domu to on podaje jej kapcie i robi herbatę. – Pozwól panu dokończyć.

Pani z szalem przysiadła z powrotem na pniu drzewa, ale powtórzyła jeszcze kilka razy: „przecież wam mówiłam”.

Wszyscy pozostali wpatrywali się w Janusza w milczeniu.

– Proszę kontynuować – powiedział Chudy Wariat.

Janusz