Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 165 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kryminalne zagadki - Opracowanie zbiorowe

Nic tak nie fascynuje, jak tajemnica. Nic tak nie rozpala wyobraźni, jak zagadka. Sensacyjne tematy często goszczą w miesięczniku „Focus”.  Nasi autorzy opisują je z naukowym zacięciem. Zaglądają do laboratoriów, prześwietlają ekspertów, tropią dowody, by opisać   najbardziej tajemnicze sprawy i rozwikłać najbardziej skomplikowane  zagadki.

W tym tomiku znajdziesz odpowiedzi na pytania:
– Czy całun turyński jest autentyczny?
– Jak działa bankowy sejf?
– Kto ukradł mózg Einsteina?
– Jak prześwietlić gang?
– Dlaczego tortury nie sa skuteczne?

Opinie o ebooku Kryminalne zagadki - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Kryminalne zagadki - Opracowanie zbiorowe

Copyright for the Polish edition © 2011 G+J

Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy:

tel. (48 22) 360 38 38

fax (48 22) 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77

Korekta:Dorota Miller

Projekt graficzny okładki: Paweł Rafa

Zdjęcia na I stronie okładki: © Lightscapes Photography, Inc. / CORBIS / PhotoChannels

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt i skład: IT WORKS, Warszawa

Redaktor prowadzący: Joanna Nikodemska

ISBN:978-83-778-125-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Kokaina za van Gogha

Z 200 tys. skradzionych obrazów można by stworzyć największą galerię świata. Samych rembrandtów byłoby w niej 150, picassów – 500. Kto kradnie arcydzieła, na czyje zlecenie i jaki związek mają z tym narkotyki?

autor Andrzej Fedorowicz

Dwa lata po przejściu na emeryturę agent specjalny FBI Robert Wittman wciąż szuka śladu, który pomógłby mu w rozwiązaniu najbardziej zagadkowej sprawy w jego karierze. Ten najlepszy na świecie policjant specjalizujący się w tropieniu złodziei dzieł sztuki przez 20 lat służby wziął udział w odzyskaniu dzieł wartości 225 mln dolarów. Mimo to wciąż nie może pogodzić się z tym, co wydarzyło się 18 marca 1990 roku w Isabella Stewart Gardner Museum w Bostonie.

Miasto leczyło kaca po dniu świętego Patryka, gdy w nocy dwaj złodzieje przedostali się na pierwsze piętro muzeum, do tzw. Pokoju Holenderskiego. Z ram wycięli 13 płócien: trzy dzieła Rembrandta, pięć Degasa, obrazy Maneta, Flincka i Koncert Vermeera, uznawany do dziś za najdroższy zaginiony obraz. Wartość łupu sięgnęła 300 mln dolarów: była to największa kradzież dzieł sztuki w historii Stanów Zjednoczonych.

Za pomoc w odnalezieniu obrazów muzeum wyznaczyło rekordową nagrodę 5 mln dolarów, mimo to przez 20 lat ani policji, ani armii prywatnych detektywów nie udało się trafić na ślad prowadzący do zrabowanej kolekcji.

Fortuna na ścianach

Kradzież dzieł sztuki to największy przestępczy biznes po handlu narkotykami i bronią. Według raportu FBI rocznie łupem złodziei padają obrazy, rzeźby, starodruki i precjoza wartości 6 mld dolarów. Archiwa Interpolu liczą 34 tys. informacji o zrabowanych dziełach sztuki, a największa na świecie baza danych – Art Loss Register – 200 tys. zapisów. Najdłużej w policyjnych rejestrach figuruje obraz Narodzenie Pańskie Caravaggia, skradziony w Palermo w 1969 roku.

Aby zrozumieć, dlaczego dzieła sztuki, jeszcze nie tak dawno mało interesujące dla przestępców, stały się jednym z najczęstszych celów ich działań, trzeba cofnąć się 50 lat.

Jest wieczór 15 października 1958 roku. Na londyńską New Bond Street podjeżdżają eleganckie limuzyny. Ich pasażerowie podążają do głównej siedziby domu aukcyjnego Sotheby’s. Wkrótce w sali tłoczy się 1400 osób. Wśród gości m.in. Kirk Douglas i żona Winstona Churchilla. Prezesem Sotheby’s jest od niedawna Peter Cecil Wilson, były oficer MI5 – kontrwywiadu Jej Królewskiej Mości. To on wpadł na pomysł, by z pogardzanych dotąd aukcji uczynić wydarzenie dla wyższych sfer. Nie zapomniał o zaproszeniu prasy i telewizji. Okazja pojawiła się szybko: do Sotheby’s trafiło właśnie siedem obrazów z kolekcji berlińskiego bankiera Jacoba Goldsmitha. Tego wieczora pod młotek mieli pójść impresjoniści: trzy dzieła Maneta, dwa Cezanne’a, po jednym obrazie van Gogha i Renoira.

Pierwszych pięć obrazów osiągnęło wysokie ceny, ale nie zrobiły wielkiego wrażenia na publiczności. Wtedy przyszła pora na Chłopca w czerwonej kamizelce Paula Cezanne’a. Licytacja prowadzona przez pośredników, reprezentujących anonimowych kolekcjonerów ze Stanów Zjednoczonych, zaszokowała obecnych. Obraz został sprzedany za kolosalną wówczas sumę 220 tys. funtów – pięć razy drożej niż najdroższe dzieło sprzedane dotąd na aukcji. Gdy następnego dnia gazety na całym świecie podały tę informację na pierwszych stronach, wstrząsnęła ona równie mocno światem sztuki, jak i światem przestępczym. Okazało się bowiem, że „bezcenne” obrazy mają swoją wymierną cenę. I jest ona bardzo wysoka. Zarówno przestępcy, jak i kolekcjonerzy zrozumieli, że na ścianach muzeów i prywatnych domów wiszą dziesiątki miliardów dolarów. Słabo pilnowanych.

Podejrzani miliarderzy

Licytacje w Sotheby’s, za którym poszły inne domy aukcyjne, szybko rozkręciły koniunkturę na rynku sztuki. Pod koniec lat 80. rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo. W roku 1990 za Portret Doktora Gacheta van Gogha anonimowy kolekcjoner zapłacił 82,5 mln dolarów. W 2004 roku za 104 mln dolarów został sprzedany Chłopiec z fajką Pabla Picassa. W 2006 roku rekordy padały jeden po drugim: 135 mln za Portret Adeli Bloch-Bauer Klimta, 137,5 mln za Woman III Willema de Kooninga i rekord wszech czasów – No. 5, 1948, abstrakcyjna praca Jacksona Pollocka – za 140 mln dolarów.

Razem z kolekcjonerami do akcji ruszyli złodzieje. Informacje o aukcyjnych rekordach zaczęły mieszać się na pierwszych stronach gazet z doniesieniami o włamaniach do muzeów i prywatnych kolekcji. Oto największe z nich:

2000 – kradzież autoportretu Rembrandta i dwóch obrazów Renoira z muzeum w Sztokholmie.

2002 – kradzież obrazów van Gogha wartych 30 mln dolarów z muzeum w Amsterdamie.

2004 – rabunek w Muzeum Muncha w Oslo – pierwszy napad z użyciem broni na galerię sztuki. Złodzieje zrabowali słynny Krzyk i Madonnę, obrazy warte 100 mln euro.

2006 – kradzież obrazów Moneta, Picassa i Salvadora Dali z Muzeum Chacara w Rio de Janeiro.

2007 – kradzież obrazów Picassa z muzeum sztuki w Sao Paulo.

2008 – kradzież obrazów van Gogha, Moneta, Degasa i Cezanne’a z kolekcji E.G. Buehrlego w Zurychu. Wśród zrabowanych dzieł był m.in. obraz Chłopiec w czerwonej kamizelce – pierwszy aukcyjny rekord Sotheby’s. Wartość łupu – 160 mln dolarów.

Białe kruki, stare druki

Od kiedy w 1994 roku Bill Gates kupił za 30 mln dolarów Codex Leicester, w którym Leonardo da Vinci notował przemyślenia, złodziei zainteresowały starodruki. W 1998 roku z biblioteki Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie skradziono pierwsze wydanie O obrotach sfer niebieskich Kopernika. Złodziej po prostu przyszedł do biblioteki i zamówił je do czytania. Następnie wyciął środek z obwoluty i pod pretekstem wyjścia do toalety wyniósł go pod swetrem. Była to jedna z największych kradzieży w dziejach polskiej kryminalistyki, złodzieja ani dzieła nie udało się odnaleźć do dziś. Rok później z Biblioteki Jagiellońskiej skradziono 59 tytułów, w tym unikalną Cosmographie Ptolemeusza.

O zlecenia kradzieży bezcennych dzieł sztuki od zawsze podejrzewano bezwzględnych bogaczy. Kiedy w 1911 roku Włoch Vincenzo Perugio wyniósł z LuwruMonę Lisę Leonarda da Vinci, paryżanie od razu zaczęli posądzać o ten niecny czyn amerykańskiego miliardera Johna Pierponta Morgana. Przekonanie, że za kradzieżami stoją zdemoralizowani bogaci kolekcjonerzy, ugruntował film Dr No – pierwszy z serii „Bondów”, w którym Sean Connery znajduje w kwaterze swego przeciwnika Portret księcia Wellingtona Goi, skradziony rok wcześniej z National Gallery w Londynie. Prawda wygląda jednak nieco inaczej.

Ostatnią tajną misją, jaką detektyw Robert Wittman wykonywał dla FBI, było zaprzyjaźnienie się z francuskim gangsterem Bernardem Jeanem Ternusem. Wiele szampana musiało popłynąć na jachcie przestępcy w Saint Tropez, zanim ten zdecydował się zaufać Wittmanowi i pokazać mu cztery obrazy skradzione z muzeum w Nicei. Były to dwa dzieła Breughla i po jednym Moneta i Sisleya, warte w sumie 4,6 mln dolarów. Ternus został aresztowany i skazany na 5 lat więzienia. Równie skuteczni okazali się funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego polskiej policji, którzy w 2008 roku weszli do domu 57-letniego Marka G., kuriera mafii narkotykowych, w podwarszawskim Piasecznie. Znaleźli tam ponad 100 cennych dzieł sztuki, w tym obraz Nikifora i grafikę Picassa skradzione kilka lat wcześniej z mieszkań krakowskich kolekcjonerów. Po co przestępcom dzieła sztuki?

W 1986 roku irlandzki gangster Martin Cahill i jego wspólnicy włamali się do arystokratycznej rezydencji Russborough House, znanej z kolekcji malarstwa. Wynieśli z niej 18 obrazów wartości ponad 44 mln dolarów, z których najcenniejsze było dzieło Vermeera Pani pisząca list i jej służąca. Kiedy policjanci trafili w końcu na trop obrazu, okazało się, że Cahill użył go… jako zabezpieczenia transakcji zakupu narkotyków. Vermeer stał się po prostu zastawem, gwarantującym że gangsterzy uregulują swoje zobowiązania wobec kontrahentów.

W takiej roli obraz krążył w przestępczym podziemiu przez siedem lat. Podobne było przeznaczenie części dzieł skradzionych przez polskich i francuskich gangsterów. One również miały służyć jako łatwy do ukrycia (a przy tym stale zyskujący na wartości) weksel przy transakcjach zakupu narkotyków od południowoamerykańskich karteli. Czy oznacza to, że także najcenniejsze obrazy świata trafiają do ukrytych w kolumbijskich dżunglach rezydencji narkobaronów? Policjanci nie wykluczają takiej możliwości.

Detektywi mają jedną przewagę nad złodziejami. Wiedzą, że przestępcy zwykle wybiorą gotówkę niż dzieło sztuki, którego poszukuje Interpol i policje wielu krajów. Udając kolekcjonerów, nawiązują kontakty z przestępcami, których parzy „gorący towar”.

Dewiza Wittmana – „facet z gotówką jest zawsze górą” – pozwoliła mu m.in. odzyskać warty 36 mln autoportret Rembrandta, skradziony w 2000 roku z muzeum w Oslo razem z dwoma obrazami Renoira. O ile renoiry udało się szybko odnaleźć (jeden – przestępcy zostali zatrzymani, gdy próbowali wymusić okup, drugi – w trakcie śledzenia gangu narkotykowego w Los Angeles), to rembrandt zniknął na długie pięć lat. Dopiero Wittman, podając się za znawcę sztuki pracującego dla dużej grupy przestępczej, zdołał doprowadzić do aresztowania złodziei – gangsterów z Iraku.

Dwie strony prawa

Chociaż sam Wittman uważa, że kradzieże na zlecenie bajecznie bogatych kolekcjonerów to raczej mit, świat zbieraczy sztuki kryje wiele zagadek. Jest to środowisko międzynarodowe, ale hermetyczne, a nazwiska z tej sfery rzadko przedostają się do wiadomości publicznej. Wiele transakcji kolekcjonerzy przeprowadzają bezgotówkowo – arcydzieła warte miliony są po prostu wymieniane na inne podobnej wartości. Nikt nie zadaje zbędnych pytań, a nabywcy słynnych dzieł na aukcje wysyłają pośredników. Sami pozostają anonimowi.

Ile zaginionych dzieł krąży w tym środowisku? Prawdopodobnie tysiące. Jeden z warszawskich historyków sztuki opowiada, że w czasie odwiedzin u kolekcjonera w Szwajcarii podziwiał obraz Courbeta Kamieniarze, od lat uznawany za zaginiony. Został jednak zobowiązany, że nie powie nikomu, gdzie i u kogo go zobaczył. Dyskrecja jest w środowisku kolekcjonerów najcenniejszą cechą i podstawowym warunkiem dopuszczenia do obejrzenia dzieł, które przez wiele lat na własne oczy widziała zaledwie garstka wtajemniczonych.

Kolekcjonerzy potrafią oddać bezcenne przysługi policjantom poszukującym skradzionych arcydzieł, ale często zdarza się, że prowadzą podwójną grę. W 1999 roku krakowski antykwariusz Janusz P. wykrył w katalogach domów aukcyjnych z Niemiec, Londynu i Nowego Jorku kilkadziesiąt starodruków skradzionych z Biblioteki Jagiellońskiej. Dzięki szybkiej akcji polskiej prokuratury udało się odzyskać 20 z nich. Prokuraturze pomagał też w roli eksperta Stanisław Sz., profesor z Uniwersytetu Jagiellońskiego, wybitny historyk średniowiecza.

Siedem lat później Janusz P. i Stanisław Sz… zostali zatrzymani przez policję pod zarzutem kradzieży zabytkowych starodruków z biblioteki Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu. Dzieła, w tym pochodzący z 1498 roku inkunabuł Epistolae contra Iudaeorum errores, skradł osobiście profesor, a zleceniodawcą był Janusz P. Okazało się, że krakowski antykwariusz jest zamieszany w kradzieże starodruków na skalę międzynarodową – zlecił m.in. kradzież czterech cennych wydań dzieł Adama Mickiewicza z Biblioteki Lwowskiej.

Byle nie niszczyli

Kradzieże dokonywane dla przestępczych bossów czy szalonych kolekcjonerów nie są jednak najgorszym, co może spotkać dzieło sztuki. Ci ludzie przynajmniej wiedzą, jak się obchodzić z obrazem, starodrukiem czy rzeźbą. Najgroźniejsze, zdaniem policji i dyrekcji muzeów, są kradzieże dokonywane przez przypadkowych złodziei, których oszołomiła wizja milionów dolarów.

Problem w tym, że najcenniejsze obrazy są po prostu niesprzedawalne. Poszukiwane przez policje wielu krajów, nawet na czarnym rynku są zbyt „gorącym towarem”. W swoim czasie skorzystała na tym londyńska Tate Gallery, odkupując od przestępców dwa skradzione w 1994 roku obrazy Turnera za 13 mln dolarów – 1/3 ich wartości. Ponieważ dzieła były ubezpieczone na kwotę 26 mln dolarów, galeria zarobiła na kradzieży 16 mln. O wiele częściej jednak zdarza się, że złodzieje – przerażeni szumem, który wywołała kradzież i niemożnością sprzedania łupu – chowają go w sobie tylko znanym miejscu lub po prostu porzucają. Tak stało się m.in. z jedynym w Polsce obrazem Claude’a Moneta Plaża w Pourville, wyniesionym w 2000 roku z Muzeum Narodowego w Poznaniu. Przez 10 lat eksperci uważali, że został skradziony na zlecenie zagranicznego gangu handlarzy sztuką. Odnalazł się po dziesięciu latach w Olkuszu, w mieszkaniu 41-letniego Roberta Z., który trzymał go za szafą. Warty dziś 7 mln dolarów Monet miał szczęście, bo ocalał. Wiele obrazów, porzuconych przez rabusiów, zostało zniszczonych. Jak twierdzą eksperci, lepiej czekać na odzyskanie dzieła nawet pokolenie czy dwa, niż dopuścić do jego nieodwracalnej utraty. Tym bardziej że wiele zaginionych przed laty dzieł w końcu wypływa na światło dzienne. Tak jak Portret rabina Rembrandta odnaleziony po 22 latach czy Pracownia Andrew Wyetha, która pojawiła się na aukcji 30 lat po kradzieży.

CO I GDZIE SIĘ KRADNIE

1. We Francji kradnie się najwięcej dzieł sztuki. Każdego roku łupem złodziei pada tam około 20 tys. cennych obiektów. Francja jest ojczyzną impresjonistów i Pabla Picassa, a właśnie dzieła tych autorów biją rekordy na aukcjach. Na 15 najdroższych obrazów świata aż 9 to właśnie prace Picassa i impresjonistów.

2. Na drugim miejscu są Włochy, które przez wiele lat szczyciły się niechlubną sławą najchętniej okradanego przez złodziei dzieł sztuki kraju. Jednak praca trzech specjalnie wydzielonych struktur policyjnych oraz 300 tajnych agentów dała w końcu rezultaty – liczba kradzieży spadła. Włochom nie sprzyja jednak specyficzne prawo, według którego wystarczy nabyć w dobrej wierze skradzione dzieło sztuki, by stać się od razu jego właścicielem. W Wielkiej Brytanii jest to możliwe dopiero po sześciu latach – jeśli w tym czasie zgłosi się prawowity właściciel, dzieło musi zostać mu zwrócone. W Szwajcarii – ojczyźnie bogatych kolekcjonerów – czas ten wynosi 5 lat, we Francji – 3 lata, a w Japonii – 2 lata. Z tego też powodu Włochy często wybierane są na miejsce przestępczych transakcji, nawet jeśli kradzież została dokonana w innym kraju. Sądy wielu państw, np. Wielkiej Brytanii, uważają bowiem, że w sprawach własności decyduje prawo miejsca, w którym dokonano zakupu.

3. W ostatniej dekadzie przestępcy odkryli także Skandynawię z jej bogatymi i słabo chronionymi zbiorami. Jednak po słynnej kradzieży w Muzeum Muncha w Oslo w 2004 roku Skandynawowie zamienili swoje muzea w prawdziwe twierdze.

4. Po wstąpieniu do Unii Europejskiej państw Europy Środkowej i otwarciu granic miejscem chętnie odwiedzanym przez przestępców stały się Polska i Czechy. Nasz kraj jest obecnie piąty w rankingu najczęściej okradanych z dzieł sztuki państw europejskich: co roku ma miejsce ok. 1000 kradzieży, głównie w kościołach; łupem złodziei pada 2,5 tysiąca dzieł sztuki. Co trzecie z nich jest wywożone za granicę, wiele trafia na aukcje w Londynie, Wiedniu czy Nowym Jorku. W 1973 roku z kościoła w Kaliszu zniknął obraz Rubensa Zdjęcie z krzyża. Rok później z Muzeum Narodowego w Gdańsku złodzieje wynieśli Ukrzyżowanie van Dycka. Oba obrazy są dziś warte fortunę. Czyje ściany zdobią?

5. W Europie przynajmniej większość dzieł sztuki jest opisana i skatalogowana. Wiadomo więc, czego szukać. Prawdziwy dramat to Azja i Ameryka Południowa. W samym Meksyku jest ok. 4 mln nieskatalogowanych cennych dzieł sztuki, głównie w kościołach. Co roku tysiące z nich padają łupem złodziei i trafiają – często poprzez internetowe aukcje – do anonimowych nabywców na całym świecie. Skala tego procederu stała się tak wielka, że żadna policja nie jest w stanie sobie z tym poradzić.

Andrzej Fedorowicz

Niezależny dziennikarz, współpracownik organizacji pozarządowych, prowadzi szkolenia i projekty internetowe.

Wielki blef

Wymuszanie zeznań siłą okazało się nieskuteczne. Dziś prowadzący przesłuchanie powinien być przede wszystkim świetnym psychologiem.

autor Andrzej Fedorowicz

Szary pokój bez okien, nie większy niż pięć metrów kwadratowych powierzchni. Na ścianie wielki zegar, na suficie denerwująco migocząca świetlówka. Po jednej stronie stołu dwóch oficerów służb specjalnych. Po drugiej – młodszy od nich mężczyzna, podejrzany o przynależność do nielegalnej grupy neofaszystowskiej. Posadzili go tyłem do drzwi, na wprost zegara. Nerwowo zerka na wskazówki. Mija już trzecia godzina przesłuchania.

„Czy znasz tego człowieka?” – pyta jeden z oficerów, pokazując zdjęcie. „Nie znam” – odpowiada podejrzany. Oficer bierze w ręce jedną z leżących na stole grubych teczek. „Tu są zeznania jednego z członków waszej grupy! Wsypał was wszystkich! Powiedział nam nawet, że twoja kobieta zdradziła cię z innym! Po co kryjesz tych ludzi?”. Podejrzany milczy. Nerwowo sięga po stojący przed nim kubek z kawą. „Czy to ten człowiek wydał ci rozkaz dokonania zamachu? Czy to on dał ci broń? Jak sądzisz, dlaczego wybrał właśnie ciebie?”. Do przesłuchania włącza się drugi oficer. Pytania są zadawane coraz szybciej i głośniej. Podejrzany zaczyna się pocić. Po dziesięciu minutach wielkie krople potu spadają z jego czoła na stół.

Otwierają się drzwi i do pokoju przesłuchań wchodzi kolejny oficer. Młodszy, krótko ostrzyżony, nawet nieco podobny do podejrzanego. Siada na krześle obok niego, naprzeciw dwójki przesłuchujących. „Panowie, dajcie chwilę spokoju. To już trwa stanowczo za długo” – mówi podniesionym głosem. Ci lekko się kulą na krzesłach. Widać, kto tu jest szefem. Teraz „nowy” zwraca się do podejrzanego. Głos ma łagodny: „Twoja matka jest w szpitalu. Ciężko przeżywa to, co się wydarzyło. Jak długo chcesz jeszcze tu siedzieć? Przecież nie musisz” – zawiesza głos. „Powiedz, czy to on dał ci broń?”. Długa cisza. „Tak” – mówi podejrzany ledwo słyszalnym głosem. Atmosfera rozmowy się zmienia. Teraz oficerowie pytają już niemal po przyjacielsku. Gdy podejrzany zaczyna zeznawać, dostaje szklankę zimnej wody. Przestaje się pocić. Ma wrażenie, że samo mówienie sprawia mu ulgę, a nawet że czas zaczyna biec szybciej. W rzeczywistości nic nie było takie, jak mu się wydawało.

Trójkąt dramatyczny

Co tak naprawdę działo się w pokoju przesłuchań? Już sam wystrój wnętrza, w którym znalazł się podejrzany, miał wzmocnić jego poczucie lęku. Mała przestrzeń, szare ściany, brak okien, krzesło stojące tyłem do drzwi.

Wydawało denerwujący dźwięk przy każdym ruchu siedzącego, gdy metalowe nogi tarły o twardą posadzkę. „Nawet ta stara, zużyta świetlówka miała znaczenie, gdyż powodowane przez nią mikrodrgania wywołują salwy wysokowolta-żowe w płatach czołowych mózgu” – mówi dr Jakub Spyra, wykładowca technik śledczych. „A te z kolei wywołują zmiany w falach EEG, które indukują lęk”. Podobnie jak mocna kawa, której śledczy nie żałowali przesłuchiwanemu. Chodziło o to, by jego mózg zinterpretował wzrost ciśnienia i łomotanie serca spowodowane wypiciem dużej ilości napoju jako objaw lęku i zagrożenia. Taka kaskada emocji coraz bardziej osłabiała jego układ nerwowy.

To tylko początek psychologicznej obróbki. Zegar wiszący na wprost podejrzanego chodził o połowę wolniej, niż powinien, więc po godzinie przesłuchania pokazywał, że minęło zaledwie 30 minut. To dlatego podejrzany miał wrażenie, że czas dłuży się w nieskończoność. Teczki leżące na stole zawierały stare gazety, a nie zeznania. Miały sprawić, by przesłuchiwany uwierzył, że to nie on pierwszy wsypał swoją organizację. I że to on jest ofiarą. Temperatura w klimatyzowanym pokoju była ustawiona na 19°C, ale gdy podejrzany zaczynał milczeć, a tempo zadawanych coraz ostrzejszym tonem pytań wzrastało, jeden z oficerów podwyższał ją do 29°C – w tempie 1°C na minutę. Podejrzany zaczynał się pocić, mając wrażenie, że to wynik strachu i emocji, które pokazują jego słabość. Z tego samego powodu wzrastało jego poczucie komfortu, gdy zaczynał mówić. Po prostu wtedy temperatura była z powrotem obniżana do 19°C. „Warunkowanie instrumentalne, czyli system kar i nagród, odgrywa kluczową rolę w technikach śledczych” – mówi Jakub Spyra. „Za każde pożądane zachowanie: uległość, współpracę ze śledczymi, przesłuchiwany jest nagradzany. Za opór jest karany”.

Pułapka podobieństwa

To nie koniec blefu. Przesłuchanie prowadziło trzech oficerów, ale najważniejszy był ten, który wszedł ostatni. Specjalnie wybrano do tej roli osobę fizycznie podobną do podejrzanego. „Najłatwiej złamać można kogoś na zasadzie homogenii, czyli fizycznego podobieństwa” – mówi Jakub Spyra. „Ta sama płeć, podobny wiek, brzmienie głosu, oczy, zarys szczęki powodują u przesłuchiwanego wrażenie, że stawiając opór, walczy sam z sobą”. Udawany strach oficerów przed „szefem” też miał znaczenie – chodziło o zarażenie podejrzanego lękiem. To działanie na tzw. paleopsychikę, pierwotny mechanizm, który powoduje, że zwierzęta w stadzie okazują uległość samcowi alfa.

Taktyka przesłuchania została rozegrana zgodnie z trójkątem dramatycznym Karpmana. Każdy róg takiego trójkąta wyznacza jedną z ról: kata (lub katów), ofiary i wybawcy. W roli katów zostali obsadzeni dwaj starsi przesłuchujący. W roli ofiary – podejrzany, a wybawcy – trzeci, młodszy oficer. Był on zresztą głównym śledczym. To on polecił zebranie informacji na temat życia seksualnego podejrzanego i stanu zdrowia jego rodziców, które później wykorzystano w trakcie przesłuchania. Dlatego właśnie służby specjalne gromadzą wszelkie informacje o interesujących je osobach. Przy przesłuchaniu pozwalają one znaleźć słabe punkty u podejrzanego, zaplanować dobry blef czy choćby osłabić jego opór wrażeniem wszechwiedzy śledczego.

Ofiary brutalnych tortur i przesłuchań cierpią zwykle na zespół stresu pourazowego. Przed tą chorobą nie da się uchronić, leczenie jest długie i trudne.

Substytut siły