Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 338 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kryminalistka - Joanna Jodełka

Joanna Jodełka najnowszą książką udowadnia, że jest rasową kryminalistką! Mistrzowsko łączy elementy klasycznego kryminału, powieści psychologicznej, romansu i hitchcockowskiego thrillera. Uwodzi i zwodzi do ostatnich stron. Po zamknięciu książki ma się ochotę otworzyć ją ponownie, przewertować jeszcze raz i odszukać znaczące motywy, za pomocą których myliła tropy, oraz tropy, na które nieustannie naprowadzała. Znakomita intryga! Czytajcie i pozwalajcie się zwodzić i uwodzić!

Trzymający w napięciu kryminał psychologiczny autorki Kamyka i uhonorowanej Nagrodą Wielkiego Kalibru Polichromii

Czy w siedzącej na ławce kobiecie: brudnej, rozczochranej, w porwanym ubraniu, ktokolwiek rozpoznałby autorkę poczytnych kryminałów? Ona sama wie jedno: musi jak najszybciej uciekać, bo… zabiła dwie osoby. Rozpoczyna się więc upiorna podróż, podczas której Joanna będzie walczyć z własnymi słabościami, a nawet otrze się o śmierć. I wciąż będzie próbowała w myślach uporządkować straszliwe wydarzenia ostatnich dni.

Małżeństwu Joanny daleko było do ideału. Krzysztof, autor bestsellerowych poradników psychologicznych, w prywatnym życiu nigdy nie stosował się do rad, którymi tak chętnie dzielił się z czytelnikami. Żonę traktował z góry, a jej pisarstwo uważał co najwyżej za nieszkodliwe hobby. Interesowało go wyłącznie zarabianie pieniędzy. Czas spędzał przeważnie w gronie wpływowych znajomych. W końcu Joanna odważyła się powiedzieć dość. Erotyczna przygoda okazała się tylko wstępem do nieoczekiwanych zmian w życiu potulnej dotąd kobiety. Coraz bardziej osaczana przez znajomych Krzysztofa, Joanna krok po kroku zaczyna poznawać okrutną prawdę.

Czy ktoś w końcu pomoże jej się wyrwać z zaklętego kręgu?

Opinie o ebooku Kryminalistka - Joanna Jodełka

Fragment ebooka Kryminalistka - Joanna Jodełka

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaMirosław Grabowski

KorektaIrena Kulczycka Krystyna Śliwa

Copyright © by Joanna Jodełka, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-163-3

Wszystko, co słyszymy, jest opinią, nie faktem.

Spójrz na mnie! Przynajmniej spróbuj. I nie odwracaj książki, nie wgapiaj się w okładkę. Teraz tak nie wyglądam.

Teraz siedzę na tej ławce. Skulona. Czuję słońce, które parzy mnie w kark. Ale nie potrafię się wyprostować. Patrzę na krople potu gnieżdżące się między moimi piersiami. Nie mają gdzie spłynąć. Jestem chuda, ale mam duże piersi. Gdy ścis­kam ramiona, szczelnie przylegają jedna do drugiej. Widzę je przez rozszarpany dekolt. Od wczoraj dwa kawałki cienkiego białego materiału trzymają się tylko na dwóch maleńkich guzikach. Pozostałe nie wiem gdzie są. Miały prawo się zgubić.

Mam potargane włosy. Niemiłosiernie. Gdy opuszczam głowę, widzę końcówki – są posklejane. Nie chcę myśleć czym. Czy to krew? Czy jakieś inne świństwo? Nie mam odwagi włożyć rąk w te włosy i przeczesać ich palcami. Boję się, że zaczęłabym je wyrywać. Boże! Brzydzę się własnych włosów… a może tylko tego, co się do nich przykleiło? A może samej siebie?

Teraz siedzę na tej ławce i patrzę na swoje ręce. Ciągle drżą. Z wysiłku, z nerwów?

Patrzę na brudne paznokcie, dwa złamane. Były krótkie, ale rozdrapywały skórę do żywego. Miały prawo się złamać. Jeden nawet głęboko. Ale nie czuję bólu. Właściwie nic nie czuję. Patrzę tylko na te swoje szczupłe dłonie. Na długie palce. Na każdy z osobna. Kiedyś lubiłam na nie patrzeć. Obserwować, jak przeskakują po klawiszach, wypisując mniej lub bardziej kryminalne historyjki. Wydawały się wtedy takie wesołe… Teraz się trzęsą. Ciągle napięte. Wygięte niczym szpony wyrastające wprost z kościstych nadgarstków. Raz zmierzyłam te nadgarstki. Niecałe dziesięć centymetrów w obwodzie. Biceps niewiele więcej. Ważę pięćdziesiąt dwa kilo. Więc jak ja dałam radę zabić dwóch ludzi?

Jak ja mogłam zabić dwóch ludzi?! Jednego z zimną krwią. Bez przyspieszonego tętna.

Ja, która wynoszę pająki, szczypawki na karteczce, delikatnie, żeby ich nie uszkodzić. Ja, która płakałam, gdy przejechałam samochodem gołębia.

Ja, o której ktoś powiedział, że jest patologicznie dobra. Ja?

Próbuję to wszystko zrozumieć. Przypomnieć sobie, jak do tego doszło.

Dlatego tu przyszłam. Tu. Na tę właśnie ławkę. Wiem, że białą spódnicę mam uszarganą w błocie. Domyślam się, jak wyglądam. Pewnie jeszcze mam brudną twarz. Zasłaniam ją włosami. Jest mi wprawdzie wszystko jedno, ale nie chcę, by ktoś mnie zaczepiał. Nie teraz. A już na pewno nie ten ksiądz, który właśnie idzie parkową alejką. Nie podnoszę głowy, ale obserwuję go. Zwolnił. Zastanawia się, czy nie przystanąć, może zapytać, jak się czuję. Albo czy potrzebuję pomocy. Niech lepiej tego nie robi. Wiem, że powinnam mu wtedy powiedzieć „pomódl się za mnie”. Ale jestem prawie pewna, że gdy tylko otworzę usta, wypluję z siebie „spierdalaj”. Wcześniej nigdy do nikogo tak bym się nie odezwała… Waha się. Prawie się zatrzymał. Kątem oka widzę, jak przestaje falować unosząca się nad ziemią sutanna. Nagle stanowczy krok… Rozkołysała się czarna płachta. Uf… Odpłynął niczym gigantyczna płaszczka. Dobrze, że nie widziałam jego wzroku, mógł być trujący jak ogon ogończy.

Znowu tkwię tu sama.

Z lewą piersią nagą za każdym razem, gdy wiatr rozchyla porozrywany materiał. Nie mam już siły jej zasłaniać.

Ale wszystko od początku, po kolei. Muszę to jakoś zrozumieć.

A ty, jeśli nie masz dość empatii, odłóż natychmiast tę książkę! Oddaj ją komuś. Zostaw na śmietniku. Daj dziecku, niech porwie. Co mnie to obchodzi. Ale nie czytaj dalej. Po co masz mi się przyglądać? Nie będę ładna!

Ale jeśli dalej trzymasz ją w ręce… w pociągu, w łóżku, na fotelu, w toalecie, gdziekolwiek, cofnij się ze mną w czasie. I nie zgaduj, co się stało. I nie myśl, że mnie poznasz. Ja sama nie poznaję tego kogoś, kto teraz jest mną.

Teraz patrzę na siebie inaczej. Z perspektywy nóg, w jednym sandale z pourywanymi paskami na podrapanej kostce. Z perspektywy ciągle jeszcze zaciśniętych pośladków.

Z kompletnie innej perspektywy. Z zimną krwią.

A więc cofamy się…

Prawie czuję, jak pachnie Bug – pomyślała Joanna, odwróciła głowę i spojrzała przez tylną szybę samochodu.

Tumany miękkiego piasku, które uniosła, przejeżdżając polną drogą, powoli rozpływały się w powietrzu. Nie miała pojęcia, jak długa mogła być smuga ciągnącego się za nią bladożółtego pyłu. Może sto, a może pięćset metrów. Słabo liczyła. A już na pewno trudno jej było ocenić dystans w przestrzeni, której skończonością była cienka linia lasu gdzieś w oddali. Niewiele też ją to interesowało. Patrzyła tylko na rzedniejący kolor piaskowych drobinek opadających na drogę, która pokrętnym nurtem wiła się pomiędzy falującymi trawą polami.

Zwolniła. Nie dlatego, że bała się kogoś zakurzyć, niewiele osób tędy jeździło, a tym bardziej chodziło. Chciała przez chwilę jeszcze popatrzeć. Dzień był taki, jaki powinien być dzień. Jasny, przejrzysty i letni. Trawy kołysały się leniwie, a kłębiaste chmury płynęły po błękitnym niebie. Westchnęła. Otworzyła szybę.

Tak. Żyję na dnie… – pomyślała, zachłystując się powietrzem – oceanu powietrza – dodała i po chwili kichnęła, wyrzucając z płuc wciągnięte pyłki i mikroskopijne nasionka.

– Ano nie wszystkie wykiełkują – powiedziała głośno, potarła palcem podrażniony nos, po czym ziewnęła, zapatrując się w ładny obrazek, jaki w ramie samochodowego okna tworzyła samotna wierzba na zakręcie drogi.

Tak. Tutaj Bóg się uspokoił… Tutaj nie wypiętrzał skał, nie rozlewał wód. Tu głębokim oddechem wygładził ziemię i pozwolił drzewom rosnąć bez walki. Jednemu tu, drugiemu tam. Tak… – pomyślała i obejrzała się przez ramię, żeby jak najdłużej patrzeć.

– W tym miejscu na ziemi drzewa wyglądają dokładnie tak, jakby pozowały do portretu. Pojedynczo. Na gładkim tle. Stworzone do podziwiania… A nie poupychane w dżungli! – dodała na głos chwilę potem, gdy nagle koło samochodu najechało na pokaźnych rozmiarów kamień leżący na poboczu.

Podskoczyła, a razem z nią jedna z siatek leżących na tylnim siedzeniu. Coś spadło i turlało się po podłodze. W sekundę znikło z jej twarzy spojrzenie zachwyconego dziecka, przykryte zmarszczonymi powiekami czterdziestoletniej kobiety. Naiwnie rozchylone usta zacisnęły się, zakrzywiając kąciki w dół. Niezadowolona mruknęła pod nosem i popatrzyła w lusterku na tylne siedzenie. Piętrzyły się na nim stosy pękających, wypchanych siatek, butelki wina i zgrzewki wody mineralnej. Nie tak zamierzała świętować długi czerwcowy weekend, którym rozpoczynała wakacje nad rzeką. Jeszcze wczoraj miała doskonały plan. Pozastanawia się przez kilka dni nad nową książką, w której wiedziała, co ma być, tylko nie wiedziała, jak to zapisać, a gdy nic rozsądnego i wiarygodnego nie przyjdzie jej do głowy, to wtedy dopiero poodwiedza tych, którzy również zjeżdżali na weekendy do domków nad Bugiem. Okazało się, że będzie dokładnie odwrotnie. Sąsiedzi mieli przyjechać do nich. I to właśnie dziś. Dowiedziała się o tym od męża, który zakomunikował jej to w ostatniej chwili, gdy wyjeżdżała z Siedlec. Jak zwykle nie liczył się z jej planami, ale najgorsze było to, że po raz kolejny próbował jej wmówić, że „przecież wcześniej wszystko z nią uzgodnił”.

Nie uśmiechało jej się to, ani trochę, więc już bez podziwiania, ze zgorzkniałą miną, rękami zaciśniętymi na kierownicy, na pełnym gazie wjechała do lasu i wyjechała z lasu. Po chwili zza zakrętu wyłonił się drewniany domek i zaparkowany przed nim land cruiser. Obok niego, z telefonem przy uchu, na górce z kamieni – jedynym miejscu, w którym był dobry zasięg – stał jej mąż.

Wygląda jak własny pomnik – pomyślała i była pewna, że właśnie się wypowiada. Widziała to już z daleka. Po jego minie. Po gestach. Po tym, jak mówiąc do słuchawki, opiera nogę o kamień, z zadowoleniem oglądając swój doskonałej jakości włoski but. Podejrzewała też, że teraz, gdy przyjechała, będzie się wypowiadał znacznie dłużej. Zapewne do jakiejś gazety dla pań. O budowaniu wzajemnych relacji w małżeństwie, o poszanowaniu… o respektowaniu… ciąg­łym dbaniu… o bacznym patrzeniu na kobietę, czyli na człowieka, z którym tworzymy więź, przecież tak dla nas ważną… o tym, jak łatwo ją utracić… Wiedziała, że gdy to będzie mówił, niby niechcący odwróci głowę. Poczeka, aż ona wniesie do środka te wszystkie siatki, by potem z troską w głosie powiedzieć: „Mogłaś przecież poczekać… bym ci pomógł”, albo dla odmiany huknie, wzbudzając w niej poczucie winy: „Ile ci to zajęło… przez ciebie się spóźnimy!”. Jednego była pewna – nie spojrzy na nią, dopóki nie usłyszy ostatniego trzasku drewnianych drzwi. Wtedy odczeka, a po chwili ładnie podziękuje za wywiad pani dziennikarce, która rozanielona będzie go potem przepisywać, zastanawiając się, dlaczego nie ma na własność tak cudownego męża, partnera, kochanka… kogoś, kto tak dobrze rozumie kobiety… jak znany, przystojny trener, terapeuta uczuć – Krzysztof Maćkiewicz, autor bestsellerowego poradnika.

Joanna uśmiechnęła się krzywo. Nie myliła się. Nie zdążyła wysiąść z samochodu, gdy zobaczyła jedno machnięcie ręką w jej kierunku. Niby pokiwał przyjaźnie, uśmiechnął się szeroko, a znaczyło to tyle co: „Teraz nie przeszkadzaj… właśnie promuję swoją kolejną książkę pod świetnym tytułem Nie zabijaj tej miłości…”. Nieważne, że to miał być tytuł jej kolejnego kryminału. Pochwaliła się nim. A on go sobie przywłaszczył. Nigdy mu tego nie wybaczyła.

Wysiadła z samochodu, zatrzaskując drzwi. Zacisnęła zęby, by nie słyszeć wymądrzania się i wymyślnych rad udzielanych wymyślonym osobom, które to wymysły miały być niby bardziej życiowe od tego, co ona pisze. Ze złości wyjęła tyle siatek naraz, że nim doszła do drzwi, od wrzynających się w ręce foliówek straciła czucie w palcach. Zrobiła jeszcze cztery kursy do samochodu. Zaczęła nawet mruczeć, a i tak słyszała we wdzięczącym się do słuchawki głosie męża raz po raz powtarzany tytuł. Nie zabijaj… bla, bla, bla. Zaklęła pod nosem. O tym, jak rozpłakała się z bezsilności, pytając, dlaczego go sobie wziął, nie opowiadał.

Była pewna, że już nawet o tym nie pamiętał, a jeśli pamiętał, to pewnie uważał, że sam go wymyślił. Mechanizm wyparcia znał doskonale.

A ona nie potrafiła zapomnieć. I za każdym razem, gdy widziała w Internecie, w gazetach czy księgarniach okładkę jego książki – z jego zdjęciem i z jej tytułem! – stawał jej przed oczami, patrzył na nią obojętnym wzrokiem i wzruszając ramionami, mówił: „Wielki masz problem! Kto tam czyta te twoje kryminały? Trzy tysiące osób, może pięć…”. Jego nakład nie schodzi poniżej stu tysięcy… „Ciebie zaproszą na jeden festiwal…”. A on jest w każdej gazecie. W niezliczonych telewizjach śniadaniowych rano i nierzadko jako ekspert w wiadomościach wieczorem…! I to on zarabia… – to powiedziane dobitnie, tak żeby dobić, a potem złagodzić: „A poza tym przecież to słowa piosenki… O miłości… przecież! Nie o zabijaniu! O co ci chodzi? Weź się uspokój!”.

Uspokoiła się, ale nie zapomniała. A teraz, zgodnie z jej przypuszczeniami, skończył rozmawiać dopiero wtedy, gdy wyjęła z samochodu wszystkie zakupy. Zaczęła je segregować, ustawiając pod drzwiami te, które od razu miały trafić na taras. Jeszcze nie dowiedziała się, czy może teraz zechce pomóc, bo usłyszała, jak odebrał kolejny telefon. Weszła do domku.

– A, przepraszam cię… Dzwoniłeś… Jedna dziennikarka zawracała mi głowę…

Akurat – pomyślała Joanna, taszcząc wodę. Nawet pod prysznic bierze telefon. Ustawia wyświetlacz tak, żeby go widzieć, i wylatuje z pianą na włosach, byle odebrać, jeśli z radia, telewizji, stowarzyszenia miłośników kotów, o ile ma swoją gazetę.

– Wiesz doskonale, że dla mnie to żaden problem… A… Lidia się uparła…? – Kiwał głową do telefonu.

Joanna westchnęła. Zatrzasnęła drzwi, ale słyszała, jak mówi dalej:

– Masz rację. Przyjeżdżaj. Wiadomo, jakie to ważne. Socjalizacja to jedyna droga… Takie spotkania bardzo pomagają… Przy takich zaburzeniach… Właśnie… – Mówił o Adalbercie. – To znaczy dobrze ustawione leki. Poczekaj, zapytam jeszcze Asi… Asiu!

Cholera! – pomyślała Joanna, wchodząc do ubikacji. Pyta mnie, jakbym to ja miała problem z akceptacją! Była tą cholerną częścią społeczeństwa, która nie rozumie.

– Asiu, nie masz nic przeciwko temu, żeby Adalbert dziś przyjechał? Do nas…

– Nie! – odburknęła przez drzwi.

– Więc przyjeżdżajcie. Czekamy – powiedział z uśmiechem, rzucając telefon na stół. – Kurwa! – zaklął jeszcze pod nosem. – A jak się zesra na środku pokoju? – usłyszała zza drzwi.

Wiedziała, jaką ma minę, i ledwo mogła się powstrzymać od głośnego śmiechu. Zakryła ręką usta, by nie było jej słychać, i chichotała na samo wspomnienie, patrząc na spuszczaną w sedesie wodę.

Jej małżonek mądrzył się na jakiejś kolacji u sędziostwa, tłumaczył, wyjaśniał i głośno analizował zachowanie Adalberta, zachwalając terapie polegające na otumanianiu lekami, i to gdy ona była w łazience. Odczekał, żeby nie mogła się wtrącić i powstrzymać go przed mówieniem za czyimiś plecami. Przestał rozprawiać, gdy tylko napotkał jej wzrok, ale i tak myślał, że jest bezkarny. Spotkało go jednak to, na co zasłużył. Ledwie wyszedł na zewnątrz odprowadzany przez gospodarzy – wdepnął w ludzką kupę leżącą tuż przy samochodzie, od strony kierowcy. Nikt nikogo za rękę – albo za pośladek – nie chwycił, ale było prawie pewne, że została zrobiona specjalnie dla niego. Wszyscy to wiedzieli. Nieraz rozpamiętywała tę sytuację. Jej niezręczność. Zakłopotanie sędziostwa. Dobrze zagraną przez Krzysztofa wyrozumiałość, choć nigdy, przenigdy nie była tak wymuszona jak wtedy, gdy wycierał swoje włoskie buty o trawę i krawężnik. Tylko ona widziała w oknie zadowoloną minę Adalberta. Wtedy pozazdrościła mu wolności i odwagi. Chociaż gównianej.

– Jeśli zrobi na środku pokoju, to będziemy mieli do czynienia z aktem twórczym – odparła Joanna po dłuższej chwili, stojąc w kuchni i płucząc warzywa.

Studiowała historię sztuki, pamiętała więc, jak omawiano ekskrementy pewnych artystów wystawiane w galeriach. Na przykład zamknięte blaszane puszki z opisem na etykietkach, cóż takiego artysta konsumował podczas procesu tworzenia dzieła. Może to nawet były tytuły tych dzieł. Pamiętała, że chciało jej się wymiotować.

Teraz na wszelki wypadek zerknęła jeszcze do szuflady, gdzie chowała gumowe ogrodowe rękawiczki, kupiła wcześniej kilka par, ale chciała się upewnić. Były. Zamknęła szufladę, wiedząc, że dziś raczej się nie przydadzą. Chłopak nie będzie się powtarzał. Jego dzieło miało mieć jednego odbiorcę, swój cel i czas, więc raczej nie będzie dekorował dywanu gównem – po nic.

– Co ci przeszkadza jedna osoba więcej? – zapytała męża. – Poza tym i tak to nie ty będziesz sprzątał, więc czemu się denerwujesz? – dodała, idąc do samochodu. – Buntuje się w środku, cierpi na brak miłości, chce zwrócić na siebie uwagę i… – powiedziała już bardzo cicho, prawie do siebie, widząc kątem oka, jak Krzysztof na nią patrzy. Nie miała ochoty na kłótnię, a wiedziała, że już się na nią zanosi.

– Asiu! – usłyszała i szybko odwróciła się do niego plecami. Nie musiała go widzieć, by wiedzieć, że mówi do niej przez zaciśnięte zęby. – Zobaczysz, jak wbije komuś nóż w plecy – powiedział wyraźnie.

– Hipokryta – burknęła pod nosem.

– Odwróć się, jak do mnie mówisz. Patrz mi w oczy.

Krzysztof z wściekłością zaszedł jej drogę. Udawał spokój, ale nie wątpiła, że w środku się trzęsie. To samo, z uśmiechem, powiedział mu Adalbert na do widzenia, gdy już wiedział, jaką niespodziankę przygotował dla niego na chodniku.

– Na pewno dobrze się czujesz? – zapytał Krzysztof, patrząc na nią i mrużąc oczy, jakby chciał sprawdzić, jak długo wytrzyma jego spojrzenie. Znała tę minę i to pytanie. Zawsze tak pytał, gdy tylko coś mu się nie podobało w jej zachowaniu i chciał ją upokorzyć, a potem przeprosić. – Przepraszam cię. Ale sama mnie prowokujesz.

– Wiesz co… A zresztą… – Chciała coś powiedzieć, ale tylko machnęła ręką.

Kiedyś go nagram, tego mistrza wyrozumiałości na pokaz – pomyślała, ale głośno powiedziała już tylko:

– Idź, zawieś huśtawkę na drzewie, może zechce się pobujać.

– Kto? – Spojrzał na nią, jakby kompletnie nie wiedział, o czym mówi.

– No, ile ma ta córka Wójcików? – zapytała Joanna przyjaźniejszym już tonem. Nie miała ochoty na te jego spojrzenia ani na rozmowę o Adalbercie.

– Aha… – przytaknął, teraz już z uśmiechem. – Nie wiem – dodał.

– To i tak zawieś – powiedziała, byle jak najdłużej był jak najdalej od niej. Przynajmniej przez jakiś czas. A huśtawkę i tak należało w końcu wyciągnąć z domku na narzędzia i zawiesić na drzewie. Przeczuwała, że jednak Adalbert będzie się na niej bujał, choć miał już dwadzieścia kilka lat.

Nie rozumiała dlaczego, ale była przekonana, że doskonale rozumie chłopaka, choć widziała go tylko parę razy. Adalbert był synem sędziego z pierwszego małżeństwa. Od śmierci matki mieszkał razem z babką i nie bywał w domu ojca, a ten chyba nawet niezbyt się do niego przyznawał. Dlaczego tak się stało, nie wiedziała. Babka też w końcu zmarła, a Adalbert odziedziczył po niej trochę pieniędzy. I podobno od tego momentu zaczęły się z nim problemy. Piekielnie zdolny, przystojny chłopak porzucił grafikę na akademii sztuk pięknych, potem historię sztuki na uniwersytecie i parę innych kierunków, pisał nawet, ale nikomu tego nie pokazał, a potem zaczął się obracać w podejrzanym towarzystwie i zachowywać co najmniej dziwnie. Miewał stany depresyjne albo w fazie dziwnego podniecenia wszczynał awantury. Sam się bił i bywał bity. Z tego powodu raz wylądował w szpitalu, a ostatnio w areszcie za zniszczenie jakiegoś mienia. Joanna nie była do końca pewna, czy to zasługa jego ojca sędziego, ale przypuszczała, że to właśnie jemu chłopak zawdzięczał wyrok i skierowanie na przymusowe leczenie. Na razie chyba nie rozpoznano, czy występuje u niego tylko jakieś zaburzenie osobowości, czy to już początki choroby psychicznej. Sędzia – Stefan Czarnecki – był ponadsześćdziesięcioletnim zasadniczym człowiekiem. Bez problemu wsadziłby własne dziecko do więzienia. To, że tam nie trafił, Adalbert zawdzięczał prawdopodobnie nie komu innemu, tylko swojej macosze Lidii Pająk-Czarneckiej. Czterdziestoletniej pani notariusz, która w takich momentach miała więcej wyrozumiałości dla pasierba niż własny ojciec.

Joanna długo się zastanawiała, z czego to wynika – czy to dlatego, że Lidia nie miała własnych dzieci, czy dlatego, że taką rolę przyjęła, akceptując męża z jego pozycją i całym dobrodziejstwem inwentarza, i nie rozmyślała, czy jej się to podoba, czy nie.

– Nie mogłaś… poczekać? Kiwałem przecież. Widziałaś, że rozmawiam. Zawsze cię proszę… – wyrwał ją z zamyślenia Krzysztof, patrząc, jak wyciąga ostatnie puszki z tuńczykiem, które wypadły z siatek i poturlały się pod siedzenie. – Pomóc ci? – zapytał prawie dokładnie w momencie, w którym spodziewała się, że zapyta.

– Nie – odpowiedziała, głębiej wsuwając rękę.

W samochodzie nic już nie było oprócz jakiegoś płaskiego pudełka, które wpadło pod fotel. Przez krótką chwilę Joanna nie mogła sobie przypomnieć, co to może być. Otworzyła wieczko i uśmiechnęła się do siebie. Kupiony przed miesiącem duży szklany nóż, biały, ze wzorkiem na rączce i ostrzu. W czerwone różyczki. Idealny do domku.

Zupełnie niepotrzebny, ale ładnie będzie tu pasował – pomyślała, patrząc na plecy męża, który zdążył się odwrócić i odejść.

Wyjęłam właśnie spinkę z tych obleśnych włosów i sczepiłam nią dwa rozerwane kawałki materiału. Fruwały nad lewą piersią. Chyba było widać mój sutek.

Zasłoniłam go. Resztki godności? Czy wbudowany schemat zachowań?

Nie wiem.

A ty to czytasz i pewnie myślisz o mnie z politowaniem.

Co za lala – nóż w kwiatki? Biały w czerwone różyczki…

A ja tylko kiwnę głową i dodam, że z jeszcze zielonymi listkami na porcelanowym trzonku.

Granica kiczu?

Też tak myślałam, kupując. I tylko dlatego go kupiłam.

Moje prawdziwe mieszkanie urządziłam monochromatycznie, w gruncie rzeczy wszystko jest białe. Wybieliłam drewniane podłogi, położyłam białe, połyskujące tapety, białym materiałem kazałam obić meble, powiesiłam białe zasłonki, ułożyłam białe płytki.

Pozwoliłam sobie oczywiście na kilka odcieni bieli. Właściwie musiałam pozwolić. I pogodzić się z tym, że przy jednym białym drugi biały zawsze wygląda jak najjaśniejsza odmiana szarości – cóż, biel jest pozorna.

Ja to widzę bardzo wyraźnie, ale inni chyba nie.

Z reguły wchodzą do nas i od progu mówią: „O! Wszystko białe?”. „Nie wszystko” – odpowiadam.

Kolorowe są książki. W jednym z pokoi mamy ich całą ścianę, po sam sufit. I tylko tam mogą stać.

Mężowi podobał się ten styl. Przynajmniej tak mówił. Nowoczesny, modernistyczny. Nawet wtedy, gdy coraz częściej i chętniej nocował w hotelach, i to nie tylko ze względu na kolorowe tapety. Nieważne.

Domek nad Bugiem urządziłam inaczej. Zresztą od samego początku. Ściany zostały wymurowane, ale obłożone stuletnimi deskami pomalowanymi na czarno. Do tego zamówiłam drewniane rzeźbione okiennice w kolorze miodu. Miodowe są drewniane drzwi i szlaczek drewnianych wypustek pod spadzistym dachem z ekologicznej słomy o słomianym kolorze. A w środku kolorowe haftowane serwety i koronkowe zazdrostki w oknach. Wszystkie talerze i kubeczki są malowane we wzorki z różnobarwnych kwiatów polnych, głównie niezapominajek i maków. Mam pełno mosiężnych moździerzy w kuchni, porcelanowych czajniczków, wiklinowych koszyków. I jeszcze masę słodkich drobiazgów poprzywieszanych na ścianach. Nawet zegar z kukułką. I piętrową paterę na ciasta z trzema fajansowymi talerzykami, a na nich wymalowane granatowe łabędzie stykające się dzióbkami.

Tu ciągle coś dokupuję, za każdym razem coś przestawiam, czegoś szukam.

Inaczej niż w domu w mieście. Tam liczba wyszukanych przedmiotów jest ograniczona. Na marmurowym białym blacie w kuchni stoi tylko designerska wyciskarka do owoców. Nic więcej. I nie ma prawa przesunąć się nawet o milimetr od miejsca, które dla niej przeznaczyłam. Reszta jest pochowana w szufladach.

Wiem, co sobie myślisz… Ale i tu, i tam to ja.

I na tej ławce też.

Dobrze.

Wystarczy już tego opisu. Jest tu tylko po to, byś zrozumiał, dlaczego się wtedy uśmiechnęłam do tego noża w kwiatki. Był uroczy. Kolorowy. Pasujący. Taki jak trzeba. Kupiony po nic? Dla zabawy?

Czyżby?

Teraz, gdy sobie przypominam, jak ścieram z niego zakrzepłą krew, już się nie uśmiecham.

Ale czytaj dalej.

Zjeżdżają się goście. Niektórzy to zaprzyjaźnieni sąsiedzi, niektórzy to znajomi zaprzyjaźnionych sąsiadów. Już nawet nie pamiętam, skąd ich znamy, ale przyjrzyj się im uważnie. To ja zabiłam.

Ale niech cię oni nie zwiodą. Też są przestępcami.

Może nawet gorszymi.

Aśka, otwórz drzwi!

Joanna spojrzała na sufit.

Głos dobiega z góry, a on stoi przed lustrem od pół godziny, starannie dbając o niedbały wizerunek – pomyślała i z premedytacją włożyła palce w żółty sos. Odkrzyknęła z kuchni, że nie może podejść, bo ma brudne ręce. Drobna złośliwość. W końcu usłyszała, że schodzi, zabrała się więc do przekładania hinduskiego jedzenia, które kupiła w siedleckiej restauracji, z opakowań do naczyń żaroodpornych. Lubiła gotować, ale dla siebie samej, ostatecznie dla nich dwojga. Dla gości nie. Zawsze mogło coś nie wyjść. Raz usłyszała dobrotliwie powiedziane: „Och, kochanie… coś ci się nie udało… nie martw się” – niby miłe, ale gdy tylko po coś wyszła, przystanęła na chwilę za drzwiami i usłyszała to, czego się spodziewała: „Na szczęście moja żona trochę lepiej pisze, niż gotuje”. Więcej tego błędu nie powtórzyła i nie wystawiała się na pokaz. Zamawiała jedzenie.

Teraz, słysząc klakson samochodu, wyjrzała przez okno. Przez szpaler malw dojrzała złotego lexusa. Wiedziała już, kto przyjechał. Samochód należał do kolegi Krzysztofa jeszcze z dzieciństwa – adwokata Artura Filca. Artur był przystojnym, zadowolonym z siebie czterdziestopięciolatkiem. Nadal miał ciemne, prawie czarne włosy, rozbawione piwne oczy i śmiejące się usta, jeśli akurat nie jadł, bo wiecznie podjadał i wiecznie się odchudzał, narzekając na rosnący brzuch, w gruncie rzeczy wcale nie taki duży. Potrafił być zabawny, ale Joanna nie przepadała za ludźmi, którzy pierwsi śmieją się ze swoich żartów, a żartują z ludzi mniej wykształconych, na których w dodatku żerują. A Artur Filc potrafił naigrawać się bezlitośnie ze swoich nieobeznanych z prawem klientów. Nie lubiła tego, tak jak kabaretów z sepleniącym jąkałą w roli głównej – uważała to za szczyt prymitywizmu. Już wolała, jak Artur opowiadał świńskie dowcipy albo historie swoich miłosnych podbojów. Był notorycznym podrywaczem i ją też podrywał, odkąd się znali. Oficjalnie przy Krzysztofie i raz nieoficjalnie po alkoholu u nich w domu, gdy małżonek zasnął. Robił tak dziwne wyznania i na tyle krępujące, że Joanna zaczęła udawać, że jest znacznie bardziej pijana, niż była, a rano wykpiła się brakiem pamięci i szybko wyrzuciła z głowy pijackie wynurzenia o jakimś wielkim uczuciu, które niby w nim rozpala. Uważała zresztą, że nie jest zdolny do wielkich uczuć. Chciał się z nią przespać i tyle. Ręka, która próbowała wtargnąć pod jej bluzkę, nie pierwszy raz potwierdziła jej wyrobione już zdanie na temat męskiej przyjaźni. Od tego momentu trochę przystopował. Ale to akurat ją zmartwiło. Zaczęła się zastanawiać, czy się nie postarzała.

To niesprawiedliwe – pomyślała, patrząc na męża, który właśnie zszedł z góry. Z wypielęgnowanym nieładem na głowie, w białej koszuli z rozchełstanym kołnierzykiem, w modnych dżinsach i z lekko siwiejącym, przycinanym zarostem wyglądał lepiej niż dwanaście lat temu, kiedy się poznali.

Patrzyła przez szybę, jak Artur Filc wysiadał z samochodu, spojrzał w okno i pomachał jej przyjaźnie. Uśmiechnęła się, lecz przestała się uśmiechać, gdy na przednim siedzeniu jego samochodu zobaczyła jakąś małolatę w różowym sweterku, która oglądała się w lusterku, poprawiając kucyk spięty na środku głowy. Nim Joanna schowała się w głębi kuchni, widziała jeszcze, jak Artur wyjmuje z teczki jakieś papiery i rozkłada na masce samochodu. Potem zajęła się nakładaniem sałatki do salaterek. W końcu umyła ręce i ruszyła ku drzwiom, żeby się przywitać, gdy usłyszała dźwięk odjeżdżającego samochodu. Zdziwiona otworzyła drzwi i dojrzała tylko złoty błysk karoserii znikającej za sosnami na granicy działki.

– A jemu co? – spytała.

– Spieszył się, kazał mi uścisnąć twoje pośladki – powiedział Krzysztof, równając plik trzymanych w rękach kartek.

– A to? – wskazała na papiery. Nie miała ochoty dziękować za pozdrowienia, poza tym jak zwykle zirytował ją ton, jakim to powiedział. Do głowy mu nie przychodziło, że tego typu żarty mogą mieć całkiem konkretny podtekst. Nie wiedziała, czy tak mu ufał, czy był taki naiwny, czy po prostu traktował ją jak bezcielesną, zamężną masę.

– Do podpisania przez notariusza… – odpowiedział zamyślony.

– Zaraz przyjedzie, to ci podpisze – odparła, wzruszając ramionami. – Znowu coś kupiłeś? Czy sprzedałeś?

– Kupiłem – oznajmił z przerysowanym tryumfem na twarzy.

– To dobrze.

Jakby powiedział „sprzedałem”, też by powiedziała „to dobrze”. Nie interesowało jej to. Mieli rozdzielność majątkową, a poza tym zapatrzyła się na uschnięty konar sosny rosnącej obok budki z narzędziami. Idąc w jego stronę, żeby sprawdzić, czy się złamał, czy oblazły go jakieś szkodniki, zapytała jeszcze z ciekawości:

– A ta panna, która przyjechała z Arturem?

– Jakaś Arleta… – burknął pod nosem – A czy my jesteśmy gotowi? – zapytał już głośno, z zadowoleniem chowając plik kartek do brązowej skórzanej teczki.

– My nie… ale widzę, że ty tak. – Obrzuciła go wzrokiem od stóp do głów. Zadziwiło ją, że zna imię jakiejś małoletniej dziewczyny. Imion jej koleżanek nie pamiętał.

– Aśka, bądź poważna!

– Jestem śmiertelnie poważna – odpowiedziała i odwróciła się na pięcie.

Rozeszli się każde w swoją stronę. Ona do kuchni. On do grilla.

A niech się upaprze – pożyczyła mu w duchu, choć wiedziała, że jak toreador będzie się wyginał, stawał bokiem, odskakiwał przed strzelającym tłuszczem i żadna, nawet najmniejsza kropla nie osiądzie na jego ubraniu. Ona parzyła się za każdym razem, obojętne jak bardzo starała się uważać. Brakowało jej precyzji. Ciągle coś strącała, upuszczała, tłukła. Na zajęciach ze sztuki użytkowej nie wzięła do ręki żadnego kieliszka, żadnej wazy. Bała się, że zakończy ich stu- czy dwustuletni żywot, a i tak, wychodząc, potrąciła stolik, na którym stała porcelanowa papuga. Na szczęście kolega zdążył ją chwycić, nim doleciała do ziemi. Od dziecka Joanna wiedziała, że rzeczy martwe też są złośliwe.

Ale tego wieczoru prawie udało jej się ze wszystkim zdążyć bez nieprzewidzianych zdarzeń. Krzysztof był zadowolony i gwizdał pod nosem. Od razu pomyślała, że to musi być jakaś bardzo udana transakcja. A potem przestała o tym myśleć. Rozkładała już tylko sztućce, gdy zaczęli zjeżdżać goście. Pierwsi pojawili się świeżo nominowany dyrektor banku Andrzej Wójcik z żoną Donatą. Patrzyła na nich oniemiała. Wójcikowie kupili działkę nieopodal i Artur już kiedyś ich tu przywiózł. Z tym że wtedy Andrzej Wójcik nie był jeszcze dyrektorem i zdawało jej się, że zachowywali się zupełnie inaczej. Wtedy byli spokojni i przygotowani do wizyty. Kilka razy dziękowali za zaproszenie. On przeczytał kryminał, ona któryś z poradników małżeńskich. On starał się rzeczowo zagadywać, ona piała z zachwytu. Ogólnie zajmowali niewiele miejsca. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej – on zdawał się o piętnaście centymetrów wyższy i pół metra szerszy, ona jeszcze bardziej blond. On paplał jak najęty, ona śmiała się wyjątkowo głośno. Razem z nimi przyjechała siedemnastoletnia córka Julia. Takiego dziecka Joanna się nie spodziewała. Ugrzeczniona chuda dziewczynka z wytrzeszczonymi oczami, w sweterku nijakiego koloru, z długimi burymi włosami ściśniętymi opaską wokół głowy. Przypominała jej siebie sprzed dwudziestu paru lat. Nie podobał jej się ten widok. Przywitała się z nimi, próbowała coś zagadać do nastolatki, ale ta spuściła głowę i od razu usiadła przy stole, jakby miała powiedziane, że ma przy nim siedzieć i nie dyskutować. Siedziała więc, nic nie mówiła, tylko rozglądała się jak ptak, kręcąc głową. Joanna pomyślała, że przypomina pozbawioną pierza kurę. Zdziwiła się, bo sądziła, że takich dziewczyn już nie ma. Zastanawiała się, czy tylko jest grzeczna, czy tępa. Co w sumie na jedno wychodziło. Dziwnie wyglądała na tle matki, która trzęsła natapirowanymi blond lokami, w wydekoltowanej sukience, cętkowanej niczym futra drapieżnych kotów, tyle że w jaskrawoczerwonym kolorze. Zagadywała Krzysztofa, więc Joanna zajęła się rozpalaniem niezliczonych lampioników z kolorowego szkła, wiszących na drzewach już od wiosny. Robiła to dosyć długo, by nie musieć z nikim rozmawiać. Potem na życzenie Krzysztofa włączyła muzykę, choć szkoda jej było zagłuszać świerszcze.

Wdowę po właścicielu masarni, ubojni i kilkudziesięciu sklepów, Brygidę Chmiel, przywiózł kierowca. Joanna ucieszyła się na jej widok. Brygida ledwo wysiadła z samochodu. Prawie siedemdziesięcioletnia kobieta lubiła jeść, a Joanna lubiła na nią patrzeć. W jej oczach wyglądała jak wielkie wrzeciono, do którego była przytwierdzona mała, ruchliwa, chichocząca główka. Na rękach miała jak zwykle tłustego ratlerka, który prawie nie chodził, bo był wiecznie noszony. Joanna podeszła do niej. Brygida ucałowała ją i jednocześnie pogroziła jeszcze palcem kierowcy. A był nim jeden z jej trzech wnuków. Joanna ich nie odróżniała. Chłopcy wyglądali i ubierali się identycznie. Nie próbowała nawet zapamiętać ich imion. Zresztą za każdym razem przyjeżdżał inny. Brygida miała podobno jeszcze wnuczkę, ale widocznie bez prawa jazdy, bo Joanna nigdy jej nie widziała. Wiedziała tylko, że wnuki prześcigają się w usługiwaniu babci, jakby to była konkurencja olimpijska. Powód był jednak znacznie bardziej banalny – cały potężny majątek ciągle jeszcze był w jej rękach, a Brygida sprawowała rządy dosyć autorytarnie. Obdzielała łaskami bądź cofała swą przychylność nagle i bez ostrzeżenia, według sobie tylko znanego klucza. Joanna o tym wiedziała, ponieważ Brygida chwaliła się własną kapryśnością lub też głośno się na nią żaliła, utyskując przy tym na siebie, że jest zbyt pobudliwa. Joanna sądziła jednak, że nie o nadpobudliwość tu chodzi, tylko o utrzymywanie dobrze przemyślanego stanu niepokoju i napięcia w uzależnionej od niej rodzinie, ponieważ Brygida własne dzieci trzymała bardzo krótko. Jedynie do wnuków miała słabość. Zawsze im się opłacało pojechać po babcię. Nawet jeśli spędzała czas w Mielniku nad Bugiem, gdzie miała swoją letnią siedzibę. Chłopcy nieraz gnali sześćdziesiąt kilometrów z Siedlec, by przewieźć ją na drugą stronę rzeki, najwyżej parę kilometrów dalej, potem czekać pod domem jakichś znajomych, odwieźć babcię z powrotem i wrócić do miasta. Kilka takich kursów i na przykład wymarzony motor stawał pod drzwiami. Niejednokrotnie, albo prawie zawsze, na przekór rodzicom.

Joanna ceniła ją jednak za charyzmę, a uwielbiała za dystans, z jakim Brygida traktowała samą siebie. Tym razem też jej nie zawiodła. Już od progu zakomunikowała wszystkim, że jej pupil jest na diecie, ponieważ zaprzyjaźniony weterynarz powiedział kategorycznie: „I pani, i pies mają się zmniejszyć o połowę”. Musiał ją dobrze znać i wiedzieć, że jej nie urazi, tylko rozbawi, bo śmiała się długo i perliście.

Chwilę po niej granatowym saabem kabrioletem nadjechała notariusz Lidia Pająk-Czarnecka z mężem, sędzią Stefanem Czarneckim. Przybyli ostatni, choć jechali z pobliskich Serpelic, gdzie mieli rozłożysty letni dom nad brzegiem rzeki. Lidia Pająk-Czarnecka zajechała samochodem prawie pod sam tarasowy stół. Trzasnęła drzwiami kabrioletu. Zdjęła okulary słoneczne, w których prowadziła, choć było już prawie ciemno. Ogarnęła bladoróżowy długi szal, który wił się wokół jej szyi, i przechylając się wpół, udawała Isadorę Duncan.

– Lidio, krzywdę sobie zrobisz – przywitał ją Krzysztof, idąc w jej kierunku z otwartymi ramionami.

– Nie sądzę. Słabo tańczę – odpowiedziała, uścisnęła go i tanecznym krokiem podeszła do stolika, witając się ze wszystkimi po kolei. Ucałowała również w czoło rozbawioną jej widokiem Brygidę.

Dopiero po chwili goście zwrócili uwagę na sędziego i grubego, łysego księdza, który wygramolił się z ciasnego samochodu, podciągając wysoko sutannę. Okazał się proboszczem jednej z ważniejszych siedleckich parafii. Przedstawił się. Ponarzekał na nieopłacalność Bożego Ciała w stosunku do innych świąt, wzbudzając przez chwilę ogólną wesołość, po czym i tak cała uwaga skupiła się na Lidii.

Jak ona to robi? – pomyślała Joanna i uśmiechnęła się do niej.

Lidia puściła oko i również się uśmiechnęła. Wszyscy na nią patrzyli, gdy podchodziła do Joanny, by objąć ją na powitanie. Nawet ksiądz proboszcz, który zdążył umościć się na krześle, przysunąć sobie talerz i nałożyć przekąski, wyprostował się, uniósł podbródek i razem ze wszystkimi podziwiał jej sprężysty krok i wysuniętą do przodu pierś.

No cóż… – pomyślała Joanna z podziwem. Sama miała duży biust od wczesnej młodości, więc garbiła się, kuląc ramiona. Natomiast Lidia Czarnecka swoje piersi nabyła całkiem niedawno za niebagatelną sumę, toteż eksponowała je z dumą godną ich wartości. Solidne, krągłe i napięte, prawie wyskakiwały z obcisłego fioletowego letniego żakieciku, który rozchylał się za każdym razem, kiedy Lidia zamaszystym gestem odgarniała długie brązowe włosy z czoła. A zatem bardzo często.

Nikt natomiast zbytnio się nie interesował wciąż jeszcze siedzącym w samochodzie Adalbertem. Tylko Joanna poszła się z nim przywitać, usiadła nawet obok niego na tylnym siedzeniu, ale chłopak odwrócił głowę i nie powiedział ani słowa, tylko burknął od niechcenia coś niezrozumiałego. W tym czasie reszta została poinstruowana przez Krzysztofa – palcem przyciśniętym do ust – by lepiej nic nie mówić i nie zwracać na niego uwagi. Wszyscy więc jeszcze przez chwilę na nich patrzyli, a gdy stało się to nudne, zachęceni przez częstującego się proboszcza zaczęli nakładać sobie jedzenie na talerze. Joanna nie dziwiła się im, wkrótce sama zrezygnowała. Adalbert siedział skulony i nieobecny. Nie miała pojęcia, pod wpływem jakich był leków, ale z jego twarzy znikła większość emocji, ciężko było nawet go rozpoznać. Gdy pierwszy raz go zobaczyła, pomyślała, że matka chłopaka musiała być piękną kobietą. I że to pewnie jej śmierć zabiła w Stefanie Czarneckim wszystkie ciepłe uczucia. Przynajmniej tak chciała myśleć, zapamiętując lekko przymknięte niebieskie oczy chłopaka, które według niej były smutne i rozmarzone, a według Krzysztofa – złośliwe i wredne. Teraz dostrzegła zadowoloną minę męża, choć bardzo dobrze udawał współczucie, gdy patrzył na Adalberta. Znała Krzysztofa i wiedziała, że cieszy go łagodnie głupkowaty wyraz jego twarzy, jakby taki właśnie powinien być, bo inny jest niebezpieczny, grozi kłopotami, i on jeden to wie najlepiej. Na szczęście Adalbert zdawał się tym nie przejmować. Gdy Joanna wróciła do gości, wyciągnął papierosa z międlonej w rękach paczki i zaczął palić, mocno zaciągając się dymem. Potem burknął coś pod nosem wysiadł z samochodu i z głową przechyloną cały czas na lewe ramię, w za dużych ciuchach wiszących na wychudzonym ciele, poszedł w kierunku huśtawki. Potrząsnął nią. Zadźwięczały spuszczone z grubej gałęzi łańcuchy, na których przyczepione było drewniane siedzisko.

– Widzisz? Dobrze, że kazałam ci ją zawiesić – powiedziała Joanna, a mąż spojrzał tylko na bujającą się huśtawkę i szybko przytaknął, po czym wrócił do zabawiania gości rozmową.

Lidia machnęła ręką w kierunku Adalberta, ale on nawet na nią nie spojrzał, tylko zaczął huśtać się miarowo, patrząc w ziemię lub pewnie nie patrząc na nic. Jedynie od czasu do czasu odrzucał znad czoła tłuste strąki włosów ruchem, który wyglądał, jakby ktoś go szarpał za kark.

Po chwili nikt już nie zwracał na niego uwagi, nawet Joanna, która zafascynowana jak wszyscy obserwowała drugą żonę sędziego. Lidia Pająk-Czarnecka skupiała na sobie spojrzenia obecnych. Miała prawie pięćdziesiąt lat, a błyszczała, jak i gdzie chciała. Imponowała Joannie niespożytą energią i wigorem. A przede wszystkim tym, że była szczerze zadowolona ze swego życia. Najwyżej ceniła pozycję i ją osiągnęła. Miała dowcip, polot. Wyrozumiałość dla trudnego pasierba i dobrotliwą opiekuńczość w stosunku do starszego męża. Wiele mu zawdzięczała i zapewne potrafiła się odwdzięczyć. Na tle siwego, niższego od siebie mężczyzny wyglądała niczym egzotyczny kwiat, z czego on wydawał się dumny, choć rzadko okazywał emocje. Lidii to najwyraźniej nie przeszkadzało, zapewnił jej status finansowy i towarzyski, dokładnie taki, jakiego oczekiwała. Była jedyną znaną Joannie osobą, która ciągle nie chce więcej. Zazdrościła jej i podejrzewała, że oprócz wpatrzonego w nią męża ma jeszcze kochanków, a może nawet kochanki. Trochę jej to imponowało.

Z zaproszonych gości tylko Wójcikowie nie poznali jeszcze Adalberta, więc co chwila zerkali chciwie na huśtawkę, udając, że nie patrzą. Joanna obserwowała ich, myśląc sobie, że to bardzo ludzkie. Po jakimś czasie nawet oni stracili zainteresowanie monotonnie bujającym się człowiekiem. Najdziwniejszy obrazek – czy uosabiałby najohydniejsze bestialstwo, czy niewysłowione piękno – jeśli będzie trwał w niezmienionej formie przez jakiś czas, to zwyczajnie się człowiekowi opatrzy. I tyle.

Może tylko ich córka, dziobiąc jedzenie, ciągle spoglądała w jego stronę, spuszczała jednak wzrok, gdy Joanna ją na tym przyłapywała.

Wieczór upływał miło. Jedzenie smakowało, i to z restauracji, i to z grilla. Wina ubywało. Pogoda dopisywała. Zrobiło się nieco chłodniej, lecz nie na tyle, by przenosić się do środka. Rozmowy były dosyć płytkie, ale znośne. Nie za wiele polityki i chorób, trochę dylematów. Rozważano na przykład jakąś miejscową historię dotyczącą nieznanych Joannie osób, zastanawiając się, czy jeśli żona zdradzi męża z jego własnym bratem, to do kogo należy mieć większą pretensję. Zdania były podzielone. I tu z salomonową miną wkroczył Krzysztof Maćkowiak, twórca poradników „jak żyć”, i przyjmując naukowy ton, wyłuszczył, że problemy bywają różne, ale przede wszystkim należy zapobiegać takim sytuacjom, bo symptomy choroby w związku pojawiają się już wcześniej, o czym on właśnie pisał. Wszyscy się z nim zgodzili oprócz Joanny, która nie przytaknęła, tylko spuściła głowę i wyszła do kuchni po talerzyki deserowe. Tak długo nakładała ciasto, że gdy wróciła, tematy zmieniły się już na bardziej rubaszne. Nawet ksiądz proboszcz, nim wyszedł, żartował z przykrótkich spódnic dziewczyn uczestniczących w procesji. Zwrócił im nawet uwagę, ale, jak tłumaczył, to nie z powodu spódnic, tylko cellulitu na udach.

Syn sędziego przez cały czas niemrawo bujał się na huśtawce. Wszyscy starali się nie zwracać nań uwagi, więc Joanna nałożyła solidną porcję placka ze śliwkami i podeszła do niego z talerzykiem. Chwilę trzymała go w rękach, patrząc na chłopaka, który obrzucił ją jednym niechętnym spojrzeniem spod opadającej na oczy grzywki, a potem postawiła obok niego na deseczce. Przestał się huśtać. Joanna była pewna, że nie zareaguje na żadną zaczepkę w stylu „może chcesz się czegoś napić” albo „spróbuj, bardzo dobre ciasto, świetna kruszonka”, postanowiła więc zacząć inaczej, starając się, by zabrzmiało to zaczepnie, ale przyjaźnie.

– Adalbercie, może chcesz jeszcze kupę?

Popatrzył na nią z zainteresowaniem.

– Nie, dziękuję – odpowiedział poważnym tonem i znów zaczął się bujać, a talerzyk z ciastem coraz bardziej się zsuwał po drewnianej deseczce.

– A może… – Joanna odwróciła się w stronę stołu i powiedziała ściszonym głosem, tak by tylko on ją usłyszał – razem z Julią posłuchacie muzyki albo włączycie sobie telewizor. Zdaje mi się, że jej też się nudzi, najbardziej chyba samej ze sobą – dodała już szeptem.

Adalbert spojrzał w kierunku gości. I przez krótką chwilę w jego oku pojawił się błysk jak u lisa na widok zmokłej, przestraszonej kury. Ale zaraz znikł i znowu jakiś spazm szarpnął ciałem chłopaka, który zmrużył oczy tak, że wyglądały jak małe szparki, i burknął niespodziewanie.

– Po co? – zapytał, a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu. Nic nie odpowiedziała, a on patrzył spod prawie zamkniętych powiek – To ciebie mam ochotę przerżnąć – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – I to tak, żebyś zapomniała, po co oddychasz – dodał, wysuwając z ust poruszający się na boki czubek języka.

Joanna z wrażenia zasłoniła ręką twarz.

Z sekundowego odrętwienia wyrwał ją krzyk Wójcikowej.

– Wołałaś ją?! Ma podejść?!

Czujna żona dyrektora banku, nie czekając na odpowiedź, klepnęła córkę w plecy. Najprawdopodobniej było jej wszystko jedno, w jakim stanie jest syn sędziego i jak trudne to może być dla młodej, wylęknionej dziewczyny. Zależało jej tylko, by zrobić dobre wrażenie na towarzystwie, wszystko jedno jakimi środkami.

Poklepywana dla odwagi dziewczyna, ociągając się, wstała i posłusznie, z przestrachem w oczach, czekała, aż każą jej iść. Joanna szybko machnęła ręką na znak, że nie ma po co. Sama chciała uciec od Adalberta jak najszybciej. Nie martwiąc się o talerzyk, któremu brakowało jednego energicznego odepchnięcia, by zleciał na ziemię.

Nagle zza pleców dobiegł ją głos Lidii.

– Mogę?

Lidia niby zapytała, lecz nie czekała na odpowiedź Adalberta, tylko w jedną rękę wzięła talerzyk z ciastem, który za chwilę miał spaść, a drugą objęła Joannę i odciągnęła ją do tyłu, podejrzewając chyba, że ona sama nie jest w stanie zrobić kroku. Musiała wiedzieć, że Adalbert powiedział coś co najmniej niestosownego. Nawet na niego nie spojrzała.

– Po twojej minie widzę, że przyszłam w samą porę. A więc kochanie… – Lidia z uśmiechem na twarzy wlokła Joannę w głąb ogrodu. – Korzystając z tego, że jesteśmy same, poplotkujmy sobie trochę…

Joanna potulnie poszła za nią, dając się prowadzić pod rękę. Chociaż krępowało ją i trochę drażniło, że Lidia cały czas gładzi ją po dłoniach, po ramieniu. Nie oponowała jednak, bo ciągle jeszcze rozbrzmiewał jej w uszach metaliczny zgrzyt kołyszącej się na gałęzi huśtawki. Nie wiedziała, czy Adalbert ciągle tam jeszcze jest, ale nie miała odwagi się obejrzeć. Bała się, że znowu zobaczy wysuwający się z ust sztywny, ośliniony język.